- Opowiadanie: Realuc - I wnet z morza wyszedł...

I wnet z morza wyszedł...

Przed przeczytaniem zapoznaj się z treścią przedmowy, gdyż wszelkie błędy i niedociągnięcia nie zagrażają twojemu życiu lub zdrowiu, a autor, choć strona techniczna jest jego piętą achillesową, starał się wielce, by ów tekst był przyswajalny bez większych uszczerbków na twych oczach, Czytelniku ;) 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

I wnet z morza wyszedł...

Wędrówki w nieznane są najlepszym nauczycielem życia. Podążając każdego dnia tą samą drogą, wykonując te same czynności, niewiele wiedzy zyskamy, gdyż małe prawdopodobieństwo, iż coś nas zaskoczy. Weź więc kij swój wędrowcze i idź na szlak.

 

Ku lepszemu życiu

Tom II

Antozy Czarogar

 

 

Zdarłem z niej całe ubranie. Zrobiłem to bardzo szybko i stanowczo. Tak samo szybko i stanowczo ją zerżnąłem. Po wszystkim poderżnąłem gardło i wrzuciłem nagie ciało w gęste krzaki, zasypując trupa kolorowymi liśćmi wczesnej jesieni.

Nie chciałem, żeby mój syn dowiedział się o całym zajściu.

Nie miałem zamiaru jej zabijać. Ale kiedy ktoś w środku nocy próbuje zatopić sztylet w twojej klatce piersiowej to nie ma innego wyjścia. Była wychudzona i brudna, jak my. Zapewne zwabił ją zapach pieczonego królika, którego wraz z synem zjedliśmy tuż przed udaniem się na spoczynek.

Każdy chce przeżyć. A podczas, jak to już mówią niektórzy, końca świata, tylko bezwzględni przetrwają.

Może nie musiałem jej zgwałcić. Może nie powinienem. Ale to zrobiłem i nie mam zamiaru o tym więcej myśleć. Nie w tym świecie. W świecie, w którym umarły wszelkie zasady moralności i przyzwoitości.

Wróciłem do wygasającego ogniska. Tuż przy nim twardo spał mój dwunastoletni syn, Ago. Był bardzo zmęczony, jednak od wielu dni wędrówki, a raczej ucieczki, nie narzekał ani razu. Cudowny dzieciak. Na własne oczy widział jak demony rozszarpują matkę i niszczą cały znany mu świat, a mimo to jakoś się trzymał.

Położyłem się obok niego. Jedną ręką objąłem szczupłe, młode ciało, a drugą ułożyłem tuż obok sztyletu i łuku. Zamknąłem oczy i wsłuchałem się w odgłosy nocy, starając się nie myśleć o tym, co przyniesie jutro.

Choć z zawodu byłem myśliwym to wiele niegdyś czytywałem. Chwała, że mój wujaszek był skrybą i nauczył mnie tej wielce przydatnej umiejętności. Dzięki temu wiem choćby teraz, dokąd powinniśmy podążać, aby mieć jakiekolwiek szanse na przeżycie. Czytałem o świecie, o krainach, ludach i ich zwyczajach. O wojnach małych i dużych, krwawych i okrutnych. Na wszystkie sytuacje można było znaleźć rady.

Ale nikt, kurwa, nie napisał, co robić, gdy na świat zejdą demony, a bogowie będą wtenczas milczeć, jak to mają w zwyczaju.

 

Wyje i wyje, złe wieści niosąc.

Huczy i szepcze, za nos cię zwodząc.

Ślady zakrywa, wzrok twój umartwia.

Na nic się nie zda twa najczujniejsza warta.

Chwała Żarowi! To jego jest siła!

Zamieć to nasza broń, dla wroga mogiła!

 

Zbiór zakazanych tekstów Walarego Wianka

Pieśń demonów

Autor nieznany

 

 

Ruszyliśmy o świcie. Było chłodno i wilgotno. Ago narzucił na siebie futrzany płaszcz, grubą czapę z lisa i schował za pas krótki nóż, który mu podarowałem. W razie czego. Ja miałem na sobie jedynie swój skórzany, myśliwski strój, brudny i połatany w wielu miejscach. Na ramię zarzuciłem łuk, a na plecy kołczan z niewielką ilością strzał. Ago był do mnie bardzo podobny. Tak samo jak ja miał gęste, kręcone czarne włosy i dołki w policzkach. Jedynie oczy miał po mamie. Piękny błękit, który ciągle mi o niej przypomina.

Szliśmy szybkim krokiem przez gęsty las.

Towarzyszył nam zapach wilgotnego mchu i iglastych drzew. Śpiew ptaków i szum gałęzi targanych wiatrem. Deszcz jesiennych liści. Przez chwilę mógłbym pomyśleć, że świat nie jest taki zły. Ale tylko przez chwilę.

– Ojcze, co się stanie, gdy dotrzemy do celu? – zapytał nagle Ago.

– Rozpoczniemy nowe życie. Nie wiem, jak będzie ono wyglądać, ale jedno jest pewne. Będziemy w nim razem.

Tylko tyle mogłem mu obiecać.

– A skąd wzięły się te potwory? Dlaczego zabijają ludzi?

Ujrzałem leśną ścieżkę. Ruszyliśmy w jej kierunku.

– Nie wiem, mały. Wiem jednak, że tej walki nie wygramy. Jedyne co możemy zrobić, to przetrwać. Spójrz. – Wskazałem na błotnisty szlak, na którym widniały jeszcze ślady kół po wozach kupieckich. – Jeśli się nie mylę, to droga do Zielonego Sadu. Ostatniego miejsca zamieszkanego przez ludzi na naszej trasie do morza. O ile nie dotarły tam jeszcze demony.

– Chciałbym zobaczyć inne dzieci… – rzekł posępnie Ago.

– Miejmy nadzieję, że je tam spotkamy. Uzupełnimy zapasy, odpoczniemy chwilę i ruszymy dalej.

Ago pokiwał głową. Długo szliśmy w milczeniu. Zostawiliśmy ostatnie drzewa za plecami, a przed nami rozciągnęła się wielka polana. Wysokie trawy sięgały mojemu synowi niemal do głowy. Chwyciłem go za rękę, przystanąłem i powiedziałem, patrząc mu w oczy:

– Pamiętaj, mały, że cię kocham. Cokolwiek się nie wydarzy, będę z tobą.

– Wiem – odpowiedział i objął mnie w pasie, a ja pogłaskałem go po głowie.

Ruszyliśmy przez polanę.

– Tęsknię za mamą… – powiedział nagle Ago.

– Ja też, mały. Ja też…

Nagle wszystko ucichło. Ptaki, szum traw, szmery owadów. Przyszło zimno. Przeszywające zimno. I biała mgła. Nie, to nie była mgła. To była śnieżna zamieć, którą niósł złowrogi wiatr. Wpadła na polanę, zasypując ją śniegiem i mrozem.

Zakląłem w myślach. Już to widziałem. W tamten dzień…

– Biegiem! – krzyknąłem i popędziliśmy ile sił w nogach ku najbliższemu skraju polany, aby ukryć się w lesie.

Ago potknął się i przewrócił. Wziąłem go na ręce i pobiegłem dalej.

Huk i błysk.

Białe światło zupełnie mnie oślepiło, straciłem orientację. Kiedy wzrok powrócił, zobaczyłem… to coś.

Demon nie przypominał potwora z ksiąg, ballad, czy innych opowieści wędrownych bardów. Był mały i bardzo chudy. Prawie jak chodzący szkielet człowieka, z którego kości zwisała tu i ówdzie gnijąca skóra i organy. W pustych oczodołach nie płonął ogień, lecz ciemnoniebieskie światło. Na plecach nie posiadał wielkich, rozłożystych skrzydeł, a sterczące z kręgosłupa lodowe szpikulce.

Ago wyrwał mi się z rąk i wyciągnął sztylet. Nie próbowałem go powstrzymać. Sięgnąłem po strzałę. Zanim zdążyłem puścić naciągniętą cięciwę, dostrzegłem, że upiór nie jest sam. Otaczała nas cała grupa.

Wszystkie demony rzuciły się na nas w jednym momencie. Ago krzyknął. Strzeliłem na oślep. Usłyszałem przeszywający jazgot bestii. Jeden z demonów padł na kolana, otworzył szeroko odkrytą do kości szczękę, z której wystrzeliło ku niebu niebieskie światło. Chwilę później została po nim kupka kości. Następny, który był od nas już na wyciągnięcie kościstej łapy, również padł. I kolejny, i jeszcze jeden.

Stałem osłupiały i patrzyłem na to, co się dzieje. Ago płakał przyklejony do mojej nogi, z wyciągniętym przed siebie sztyletem.

Wtedy ją zobaczyłem.

Miała na sobie skórzany pancerz, zielony płaszcz z kapturem i długie, jasne włosy zaplecione w warkocz. W rękach trzymała łuk, z którego szyła do demonów jakimiś zaklętymi strzałami. Wystrzelone zostawiały po sobie purpurową mgiełkę, a kiedy trafiały w cielsko potwora, nawet w rękę czy udo, ten od razu padał na ziemię. Kiedy ostatni z demonów zamienił się w kupkę popiołu i kości, zamieć ustąpiła, śnieg i biała mgła zniknęły tak samo szybko, jak się pojawiły.

Podeszła do nas wolnym krokiem, chowając łuk pod płaszcz. Odezwała się jakby nigdy nic, uśmiechając się szeroko:

– Jestem Promyk. Wy też podążacie w kierunku Zielonego Sadu?

 

 

Przemierzyłem większość znanego nam świata. Zwiedziłem ruiny, straszne knieje i opuszczone pustkowia. Napotkałem monstra wszelakie i stwory okropne. Ale byłem też w miastach, wioskach i zamkach. I jedno mogę wam rzec. Nie ma w żadnej krainie, na żadnej ziemi ani w żadnym mrocznym lesie potwora gorszego niż człowiek.

 

Świata opisanie

Tom III, Wielka Podróż

Mieszkowłaz z Sarnich Głazów

 

 

Wioska była opustoszała.

Nie było jednak trupów ani najmniejszych śladów krwi. W ogóle nic nie było w tym cholernym Zielonym Sadzie prócz pustych chat. Zwierzęta zabrane, wszelkie zapasy żywności też. Mieszkańcy zawinęli się ze wszystkim co mieli i opuścili to miejsce. Musieli wiedzieć o zbliżającej się zamieci niosącej śmierć. Ale dokąd się udali?

– Spójrzcie, coś jednak zostało – zawołała Promyk wymachując glinianym dzbanem.

– Tylko nie mów, że to jakiś trunek, bo uznam, że bredzisz. – rzuciłem z przekąsem.

– A żebyś wiedział. Pachnie jak niczego sobie wino. Ktoś najwyraźniej zapomniał sprawdzić jedną półkę.

Promyk uśmiechnęła się, co tylko dodało jej wdzięku, po czym usiadła przy porośniętej bluszczem i mchem chacie. Skinęła na nas głową, potrząsając lekko wypełnionym niemal do pełna naczyniem. Popatrzyłem na syna, poczochrałem jego czarną czuprynę i powiedziałem:

– Zobaczymy młody, czy głowę też masz po tacie.

Ago uśmiechnął się i pobiegł do naszej dziwnej towarzyszki. Poszedłem za nim. Podczas drogi do tej osady nasza trójka niewiele rozmawiała. Dowiedziałem się jedynie, że Promyk też chciała uzupełnić tutaj zapasy, co zważywszy na fakt, że nie miała ze sobą nawet najmniejszej skórzanej torby czy sakwy, było nieco dziwne. Powiedziała o sobie wyłącznie tyle, że niegdyś służyła w zastępach strzelców władcy o jakimś dziwnym, egzotycznym imieniu, którego nawet nie zapamiętałem. Tyle o niej wiedziałem. No i to, że jest kurewsko ładna.

Usiadłem, oparłem plecy o ścianę chaty i pociągnąłem soczysty łyk wręczonego mi od złotowłosej kobiety wina. Było cierpkie i mocne. Przekazałem dzban memu synowi. Ago skrzywił się mocno, ale zanim podał dalej, przechylił naczynie jeszcze dwa razy. Uśmiechnął się do mnie i oparł głowę o mój bok. Po dłuższej chwili ciszy i delektowania się trunkiem, Promyk się odezwała:

– Co teraz zamierzacie? A tak w ogóle, to jak się mam do ciebie zwracać? Bo mały zdradził mi już swoje imię.

Utkwiłem wzrok w okalającej osadę puszczy.

– Dural. Jestem Dural. Będziemy kontynuować podróż. Całe życie byłem myśliwym, więc nawet jeśli nic stąd nie zabierzemy, to jakoś sobie poradzimy. A ty?

– Dokąd chcecie się udać? – Drążyła temat ignorując pytanie.

– Nad wybrzeże Białego Morza.

Pociągnąłem kolejny łyk. Ago miał już błędne spojrzenie, więc świadomie pominąłem go w tej kolejce podając wino Promyk.

– I co? Myślisz, że demony boją się wody, czy jak? – zaśmiała się głośno odbierając ode mnie dzban.

– Kiedyś trochę łowiłem. Żegluga nie jest mi obca. Zamierzam wybudować łódź i zabrać syna na Wyspę Trzech Gór.

– Mówisz o wyspie, która jest domem dezerterów, morderców i wszelkiej maści bandziorów?

– O tej samej. Miejsce na krańcu znanego nam świata, podziemne górskie miasta, gdzie każdy żyje jak chce. Znasz lepsze miejsce?

– Znam wiele miejsc. Na pewno o wiele bezpieczniejszych dla małych chłopców.

– Robię to wyłącznie dla niego! – odrzekłem zdenerwowany. Ago siedział między nami. Słuchał i milczał. 

– Potrafię zadbać o siebie i mego syna. A tobie nic do tego. Zresztą i tak nasze drogi tutaj się rozchodzą.

Promyk wstała i z uśmiechem na ustach odpowiedziała:

– Niekoniecznie. Ja nie mam dziecka, więc mi ten pomysł nawet się podoba. I rzeczywiście, nie powinnam oceniać twojej decyzji. Przepraszam. Jeśli nie będziecie mieć nic przeciwko, ruszę w dalszą drogę z wami. Miejmy nadzieję, że jeśli uda nam się dotrzeć na miejsce to nie dosięgną nas tam te okropne demony. A tymczasem, proszę o wybaczenie, ale muszę udać się za potrzebą. Wino dało o sobie znać.

Promyk oddaliła się i chwilę później zniknęła za jedną z chat. Nie potrafiłem jej rozgryźć. Przypadkiem na nas trafiła i kolejny raz miała te same plany. Ale przecież uratowała nam życie. Nie mam więc większych powodów, aby jej nie ufać. Zresztą jej łuk i te magiczne strzały mogą się jeszcze przydać. No i jest niezwykle urodziwa, o czym często sobie przypominam. Może, gdy będę dla niej miły, którejś nocy…

– Ojcze, patrz! – wykrzyczał Ago wskazując na trakt biegnący między opuszczonymi chatami.

Szło nim trzech mężczyzn. Jeden miał na sobie długą, czerwoną szatę z wizerunkiem słońca na przedzie. Taką samą, jaką nosili kapłani Niebieskiej, bogini słońca i nadziei. Pozostała dwójka wyglądała na zwykłych, wiejskich chłopów. Mieli poszarpane, brudne lniane koszule, dziurawe buty i łatane w wielu miejscach gacie. Na plecach dźwigali wyładowane czymś wory. Wolnymi rękami dzierżyli widły. Wstałem, stając przed Ago. Kiedy do nas podeszli, pierwszy odezwał się brodaty, łysy kapłan:

– Chwała Niebieskiej! Dobrze spotkać żywych ludzi.

– Ano, dobrze. Jesteście z Zielonego Sadu, wielebny?

– Nie, gdzież tam. Mój klasztor w Świtawie spłonął wraz z mymi braćmi wiary. Bandyci ograbili go i zniszczyli doszczętnie. Ja przeżyłem.

– To widzę. A co tu robicie?

– Przemierzamy nieskażony jeszcze zagładą świat i szukamy wiernych, aby wspólnie w modlitwie stawić czoła złu.

– Dobrze wam idzie. Życzę powodzenia. – powiedziałem mierząc wzrokiem dwóch wynędzniałych chłopów.

Kapłan pochylił głowę i zawiesił wzrok na Ago.

– Przydałby się nam taki młody wyznawca.

– Nic z tego, poszukajcie gdzie indziej. Na nas już czas.

Brodaty patrzył na mego syna z dziwnym uśmieszkiem.

– Jesteś pewien? Mam mieszek wypchany niemałą ilością monet. Kiedy złe czasy miną, a z pomocą naszej bogini i innych przychylnych nam bogów z pewnością tak się stanie, będziesz niezwykle majętny.

Nigdy nie lubiłem kapłanów. Zapytałem, mając już dość tej rozmowy:

– A co ci tak na nim zależy, hę?

Łysol potarł dłonie i nadal głupio szczerząc zęby, odparł:

– Jakby to powiedzieć… jest całkiem ładniutki. A droga niosącego nadzieję i wiarę kapłana nie należy do najłatwiejszych. Trzeba móc sobie jakoś umilić czas.

– Co on mówi, ojcze? – zapytał Ago szarpiąc mnie za nogawkę, ale nie odpowiedziałem. Zamiast tego wyciągnąłem zza pochwy sztylet i powiedziałem wściekły:

– Radzę ci, kurwisynu, abyś szybko stąd zniknął, bo zaraz ja umilę sobie czas patrząc jak zdycha takie ścierwo jak ty.

Brodacz zaśmiał się głośno i skinął na chłopów.

– Nieładnie tak bluzgać na czcigodnego kapłana, bezbożniku. Wsadźcie mu w rzyć te grabie. Chłopiec ma być mój.

Odrzucili wory i doskoczyli ku mnie jednocześnie. Jak na swoją posturę ruszali się całkiem zwinnie i pewnie. Uniknąłem pchnięcia, odskoczyłem. Kopnąłem jednego wprost w krocze. Padł na kolana. Uchyliłem się przed atakiem drugiego napastnika. Oddaliłem go od siebie kopniakiem w brzuch. Chwilę później zatopiłem ostrze w karku klęczącego. Padł na błotnistą ziemię. Zanim drugi pozbierał się do następnego natarcia, mierzyłem już w jego stronę z łuku. Cięciwa zaświszczała. Strzała trafiła prosto między oczy.

Ból zwalił mnie z nóg. Przeklęty kapłan walnął mnie w głowę drewnianą pałą. Omal nie straciłem przytomności. Stał nade mną z uniesioną bronią, mierząc się do kolejnego ciosu, którego moja czaszka mogła już nie wytrzymać.

Nie musiała być poddana tej próbie.

Mimo zamglonych oczu dostrzegłem jak Ago doskakuje do kapłana z wrzaskiem na ustach. Obejmując rękojeść krótkiego sztyletu małymi rączkami zatopił ostrze w wydatnym brzuchu brodacza. Kiedy ten z wybałuszonymi oczami zachwiał się, wypuszczając z rąk drewnianą pałkę, Ago pchnął jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze jeden.

Kapłan zniknął sprzed moich oczu. Tuż nad moją głową pojawiła się za to obryzgana krwią twarz syna. Mojego małego, dzielnego dziecka…

– Ojcze! Nic ci nie jest!? Powiedz, że nic ci nie jest!

– Nic. Zwyczajny guz, nic więcej. Wiesz co, mały?

– Tak? – zapytał Ago przez łzy.

– Wypiłeś dziś mocny trunek i wziąłeś udział w prawdziwej walce. W jeden dzień stałeś się mężczyzną, lecz zapamiętaj. Picia nie musisz sobie żałować, jednak zabijanie nigdy nie jest czymś dobrym. Nigdy.

– Wiem, ojcze. Ale jeśli mógłbym cię ocalić, to zabiłbym samego króla, a nawet boga.

Przytuliłem jego głowę do piersi, ocierając łzy z policzków syna.

– Kocham cię, mały wojowniku.

– Też cię kocham.

Kiedy przekręciłem głowę, ujrzałem opierającą się o studnię Promyk. Uśmiechała się.

Uśmiechała się ciepło i szczerze.

 

 

I wnet z morza wyszedł Grzmotmir. Kiedy postawił pierwszy krok na piasku, błyskawice zalały niebo niczym fale zalewające plażę. Na niebie pojawił się księżyc, aby być przewodnikiem morza. Gdy bóg gromu, wód i nocy postawił drugi krok, na lądzie wyrosły drzewa. Zza nich wyłonił się Leśniwił. Na rozkaz boga życia i opiekuna leśnych stworzeń na niebie pojawiły się gwiazdy, aby wskazywać drogę wszystkiemu, co żyje. Gdy Grzmotmir i Leśniwił objęli się w geście przywitania, ujrzeli unoszącą się nad nimi Niebieską. Gdy bogini uniosła obie ręce, na niebie pojawiła się ognista kula. Po nocy zawsze przychodzi dzień, rzekła bogini nadziei, a słowa jej zostały przekute na promienie słońca.

 

 

Świata opisanie

Tom I, Początek Wszystkiego

Mieszkowłaz z Sarnich Głazów

 

 

Poczuliśmy morską bryzę.

Liściaste drzewa ustąpiły miejsca powykręcanym świerkom i sosnom. Niebo przykryły czarne chmury, zanosiło się na solidną burzę.

Szedłem z synem na przedzie, za nami podążała Promyk. Ago niewiele się odzywał przez ostatnie dni. Nocami miewał koszmary. Wciąż przeżywał swoje pierwsze zabójstwo. Tym razem jednak się uśmiechnął i szturchnął mnie patykiem, którym podpierał się podczas drogi.

– Pamiętasz ojcze, jak kijami przepędzaliśmy wilczory z zagrody? Jak goniliśmy się z nimi tam i z powrotem? Jeden zamiast do lasu poleciał w stronę naszej chaty i wpadł na mamę, która akurat z niej wychodziła. Dała mu solidnego klapsa jak małemu dziecku, a ten z kwikiem uciekł w gąszcz, a za nim reszta watahy.

– Haha, jak mógłbym zapomnieć. Śmialiśmy się wtedy do rozpuku, a matka jeszcze długo po tym mówiła na nas szyderczo pogromcy wilczorów.

Zaśmialiśmy się głośno obaj. Promyk wyprzedziła nas i rzuciła przez ramię:

– Jesteśmy już blisko, pogromcy wilczorów.

– Powiedz mi, Promyk, skąd masz te magiczne strzały? – zapytałem.

– To zwykłe strzały, tyle, że pobłogosławione przez bogów. W moich krainach są całkiem powszechne.

– Skoro tak mówisz. Choć nie wierzę już w żadnych bogów. Nie po tym, co spotkało mnie, moich bliskich i cały znany mi świat.

Promyk zatrzymała się i spojrzała mi prosto w oczy.

– Twoje prawo, twój wybór. Każdy wierzy w co chce.

– A ty wierzysz w tych, którzy dopuścili do tego wszystkiego? Którzy patrzą biernie jak mordują nas demony?

Nie odpowiedziała. Chwilę później stanęliśmy na skraju lasu, a przed nami rozciągała się szeroka plaża. Morze było niespokojne, wysokie fale rozbijały się o skały. Zeszliśmy stromym zboczem i podeszliśmy nad sam brzeg.

– Rozłożymy obóz w lesie. Nie wiem, ile potrwa zbudowanie odpowiedniej łodzi. Trzeba będzie dziś zapolować, Ago. – odezwałem się do syna.

– Nie będzie takiej potrzeby. – powiedziała cicho Promyk, zanurzyła dłonie w mokrym piasku, po czym spojrzała w niebo.

– Że co…

Nadeszła zamieć. Biała i mroźna. Straszliwie mroźna. Śnieżna mgła wyłoniła się zza drzew, ale chwilę później podążała też ku nam od strony morza. Otaczała nas niczym biała peleryna. A spod peleryny wyłoniły się demony. Dziesiątki, nie, setki potworów o mroźnym spojrzeniu i lodowych szpikulcach wystających z pleców.

Odruchowo sięgnąłem po łuk i zakryłem swym ciałem Ago. Szybko jednak zrozumiałem, że jest to bezcelowe. Były wszędzie. Szły nawet po spienionych falach niczym po kamiennych stopniach.

Byliśmy tak blisko celu…

Popatrzyłem na Promyk.

Była naga.

– Co ty wyrabiasz!? – Próbowałem przekrzyczeć wyjącą zamieć.

Uśmiechnęła się, choć był to uśmiech mieszany ze smutkiem.

– Tutaj wszystko się zaczęło i tutaj się skończy.

Nad jej piersiami zaświecił ognisty okrąg. Wyglądał jak wypalony w skórze wizerunek słońca.

– Czy ja śnię, czy to omamy, czy ty to…

Demony były coraz bliżej. Ago, przyczepiony do mojej nogawki, trząsł się z zimna.

– Tak, Duralu. Jam jest Niebieska.

– Ale jak…

– Kończąc naszą poprzednią rozmowę, powiem ci tylko tyle. Bogowie podarowali ludziom wolną wolę. Nie bez powodu nie ingerują w świat, który dla was powstał. Smutną prawdą więc jest, że to wy go zniszczyliście. Wszelkie okrucieństwa popełniane na przestrzeni wieków sprowadziły demony, uosobienie zła i krwi. Ludzkie czyny stworzyły potwory i tylko ludzie są za to odpowiedzialni.

Promyk jednym ruchem ręki zamieniła w popiół pierwszą falę stworów, która była już tuż przy nas.

– Ten świat dobiega końca, jednak kiedy coś się kończy, coś się zaczyna. Wszystko i wszyscy zasługują na drugą szansę. A wy możecie udać się ze mną.

Patrzyłem na nią z otwartymi szeroko ustami i dalej nie byłem pewny, czy to rzeczywiście nie jest sen.

– Udać się z tobą? Z boginią? Przecież dopiero co ci powiedziałem, że w was nie wierzę. Sam zrobiłem w życiu wiele okropieństw, zabijałem innych ludzi…

Niebieska położyła dłonie na naszych ramionach. Poczułem wypełniające moje ciało ciepło.

– Nic nie jest nigdy czarno-białe. Nie ma wyłącznie złych i wyłącznie dobrych. Zabijałeś, bo miałeś po temu powody. Przetrwanie, ratowanie bliskich, miłość. A ta ostatnia jest najważniejsza. To wasza wzajemna miłość, Duralu i Ago, jest nadzieją na lepsze jutro. Jest wielką mocą, która mnie do was sprowadziła. Kochając, można stworzyć wszystko. Bowiem to właśnie miłość jest początkiem.

Bogini otuliła nas swoim ciałem. Chwilę później rzuciły się na nas setki demonów.

 

 

I wnet z morza wyszedł Dural, a wraz z nim syn jego, Ago. Kiedy postawili pierwsze kroki na piasku, na niebie pojawiły się księżyc, słońce i gwiazdy. Tak zaczął powstawać nasz świat…

 

 

Powstanie świata

Lekerh z Andiru

 

Koniec

Komentarze

Historia w większości szału nie robi, ale końcówka fajna.

Z wykonaniem słabo. Czasami zapis dialogów zły, interpunkcja ogólnie kuleje, w jednym miejscu robi się dużo literówek, brzydkie powtórzenia. Kłopoty z pisownią łączną/ rozdzielną.

Skierowaliśmy się w jej kierunku.

Źle to wygląda.

– Nie koniecznie.

Łącznie.

Wsadźcie mu w żyć te grabie.

Sprawdź w słowniku, co znaczy “żyć”. Możesz się zdziwić.

Babska logika rządzi!

Dziękuję Finklo za pierwszy komentarz ;) A może z tym ,życiem” to taka metafora była? :D A tak poważnie, karygodny błąd, walę czołem o blat biurka :( Pierwsze poprawki naniesione ;)

Uważaj, żeby za takie metafory życie Cię w rzyć nie kopnęło… ;-)

Babska logika rządzi!

Tekst na swój sposób ciekawy, motyw podróży z synem przez spustoszone ziemie przywodzi mi na myśl najnowszego “God of War” czy “The Last of Us”.

Postacie mają fajne relacje, zakończenie też niczego sobie. Wstawki światotwórcze mi się mega podobały.

Jednak odbiorowi bohatera zaszkodził motyw gwałtu z pierwszej sceny. To kompletnie nie pasuje do charakteru, który potem budujesz. Zabić zagrożenie dla syna – jasne. Ale wyładować chuć (stwarzając potencjalne niebezpieczeństwo) to raczej nie byłby priorytet, tym bardziej, że w żadnej kolejnej scenie ten zwierzęcy instynkt nie powraca. Pojawił się z początku i potem przepadł. Jakbyś próbował zaszokować mnie, jako czytelnika. Tylko że później dostatecznie mocno zaznaczasz brutalność świata, więc nie widzę sensu sięgania po ten środek.

Wykonanie nie przeszkadza, ale do najlepszych też nie należy.

Podsumowując: niezły koncert fajerwerków, choć dokręcić go jeszcze można.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@NoWhereMan Bardzo dziękuję za opinię. Już się bałem, że tekst przepadnie zapomniany bez niemal żadnych komentarzy w związku z ostatnią nawałnicą prac konkursowych. Wielce cieszy mnie fakt, że sporo rzeczy przypadło Ci do gustu.

A co do początku opowiadania, czyli gwałtu, moim zamiarem było tą sceną na wstępie nakreślić, że główny bohater nie jest idealnym, dobrym wojownikiem walczącym ze złem itp. Że jest człowiekiem jak każdy inny, popełnia błędy i robi złe rzeczy pod wpływem chwili, bo każdemu to się zdarza, szczególnie w warunkach, jakie mają miejsce w opowiadaniu. No i ma to też znaczenie odnośnie samego końca, czyli że mimo czynów takich jak chociażby ten stało się co się stało. Być może rzeczywiście za mocno, być może niepotrzebnie w kontekście całości, jeśli, jak mówisz, i tak jest to widoczne w dalszej części. Przemyślę to, dziękuję raz jeszcze za poświęcony czas ;)

Nie przepadam za opowieściami, w których się okazuje, że to nie człowiek decyduje o sobie, jeno jakiś bóg/ jakaś bogini ma coś do powiedzenia w tej sprawie. Pewnie dlatego zakończenie nie przypadło mi do gustu, choć opowiadanie czytało się całkiem nieźle.

Szkoda, że wykonanie nadal pozostawia sporo do życzenia.

 

roz­szar­pu­ją jego matkę i nisz­czą cały znany mu świat, a mimo to jakoś się trzy­mał. Po­ło­ży­łem się obok niego. Jedną ręką ob­ją­łem jego szczu­płe… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Dzię­ki temu wiem choć­by teraz, gdzie po­win­ni­śmy po­dą­żać… –> Dzię­ki temu wiem choć­by teraz, dokad po­win­ni­śmy po­dą­żać

 

Ale nikt kurwa nie na­pi­sał, co robić, gdy na świat zejdą de­mo­ny, a bo­go­wie będą w ten czas mil­czeć… –> Ale nikt, kurwa, nie na­pi­sał, co robić, gdy na świat zejdą de­mo­ny, a bo­go­wie będą wtenczas mil­czeć

 

i igla­stych drzew. Śpiew pta­ków i szum drzew tar­ga­nych wia­trem. –> Powtórzenie.

 

– Nie wiem, mały. –> Mówienie mały do dwunastoletniego syna, to dla niego chyba despekt.

 

– Wiem. – od­po­wie­dział i objął mnie w pasie, a ja po­gła­ska­łem jego małą głów­kę. –> Zbędna kropka po wypowiedzi. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

Dwunastoletni chłopiec to całkiem podrosłe pacholę i chyba już nie ma małej główki.

 

Był mały i krępy. Pra­wie jak cho­dzą­cy szkie­let czło­wie­ka, z któ­re­go kości zwi­sa­ła tu i ów­dzie gni­ją­ca skóra i or­ga­ny. –> Moim zdaniem demon nie był krępy.

Za SJP PWN: krępy «niewysoki, mocno zbudowany»

 

W pu­stych oczo­do­łach nie pło­nął ognień… –> Literówka.

 

W rę­kach trzy­ma­ła łuk, z któ­re­go ci­ska­ła do de­mo­nów… –> Raczej: W rę­kach trzy­ma­ła łuk, z któ­re­go szyła do de­mo­nów

 

ten od razu padał na zie­mię. Kiedy padł ostat­ni… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Po­de­szła do nas wol­nym kro­kiem, cho­wa­jąc łuk pod pe­le­ry­nę. –> Trzy zdania wcześniej napisałeś, że miała na sobie płaszcz.

 

Ale gdzie się udali? –> Ale dokąd się udali?

 

Było cierp­kie i kwa­śne. –> Wino mogło być cierpkie, ale chyba nie kwaśnie. Kwaśne wino przestaje być winem i staje się octem.

 

Całe życie byłym my­śli­wym… –> Literówka.

 

Na ple­cach dźwi­ga­li ob­ła­do­wa­ne czymś wory. –> To chłopi byli obładowani, nie wory.

Proponuję: Na ple­cach dźwi­ga­li wy­ła­do­wa­ne czymś wory.

 

Ban­dy­ci zgra­bi­li go i znisz­czy­li do­szczęt­nie. –> Raczej: Ban­dy­ci ogra­bi­li go i znisz­czy­li do­szczęt­nie.

 

Mam mie­szek wy­pcha­ny nie małą ilo­ścią monet. –> Mam mie­szek wy­pcha­ny niemałą ilo­ścią monet.

 

Nie ład­nie tak blu­zgać na czci­god­ne­go ka­pła­na… –> Nieład­nie tak blu­zgać na czci­god­ne­go ka­pła­na

 

Od­rzu­ci­li wory i rzu­ci­li się na mnie jed­no­cze­śnie. –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Od­rzu­ci­li wory i doskoczyli ku mnie jed­no­cze­śnie.

 

Jak na swój wi­ze­ru­nek i po­stu­rę ru­sza­li się cał­kiem zwin­nie i pew­nie. –> Chyba wystarczy: Jak na swoją po­stu­rę ru­sza­li się cał­kiem zwin­nie i pew­nie.

 

Kop­ną­łem jed­ne­go wprost w kro­czę. –> Literówka.

 

Chwi­lę póź­niej za­to­pi­łem ostrzę w karku klę­czą­ce­go. –> Literówka.

 

mie­rzy­łem już w jego stro­nę łu­kiem. –> …mie­rzy­łem już w jego stro­nę z łuku.

 

Przez za­mglo­ne oczy do­strze­głem… –> Patrzymy oczami, nie przez oczy.

Proponuję: Mimo zamglonych oczu dostrzegłem

 

Tuż nad moją głową po­ja­wi­ła się za to obry­zga­na krwią twarz mo­je­go syna. Mo­je­go ma­łe­go, dziel­ne­go dziec­ka… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Przy­tu­li­łem jego głowę do swej pier­si… –> Zbędny zaimek. Czy mógł przytulić syna do cudzej piersi?

 

Miała za­ple­cio­ne nogi i ręce. –> Jak to, zaplecione? Jak warkocze?

 

Li­ścia­ste drze­wa ustą­pi­ły miej­sca po­wy­krę­ca­nym świer­kom i sosną. –> Literówka.

 

Nie wiem, ile zaj­mie mi zro­bie­nie wy­star­cza­ją­cej łodzi. –> Raczej: Nie wiem, ile potrwa zro­bie­nie/ zbudowanie odpowiedniej łodzi.

 

– Tak, Du­la­nie. Jam jest Nie­bie­ska. –> Zdaje mi się, że na początku myśliwy przedstawił się jako Dural.

 

Za­bi­ja­łeś, bo mia­łeś na to po­wo­dy. –> Za­bi­ja­łeś, bo mia­łeś po temu po­wo­dy.

 

To wasza wza­jem­na mi­łość, Du­la­nie i Ago… –> ?

 

I wnet z morza wy­szedł Dulan–> ?

 

Tak za­czął po­wsta­wać nasz świat…. –> Po wielokropku nie stawia się kropki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie czytało się całkiem nieźle - to już dla mnie spory sukces ;) Szczególnie, że słowa te zostały napisane przez Ciebie ;)

Dziękuję Reg za niezawodną korektę, jak zawsze zresztą. Tym razem wszyściutko od razu poprawiłem. Ja też żałuję, że wykonanie nadal zostawia, jak to lubisz określać, sporo do życzenia… 

Staram się, choć przez pracę i tryb życia idzie to mozolnie…

Tak czy siak, Twoja pomoc jak i innych użytkowników Tego portalu jest nieoceniona. Mam nadzieję, że kiedyś, w odległej galaktyce, a może trochę wcześniej, błędów będzie znacznie mniej ;)

 

 

Ależ oczywiście, Realucu, że będzie coraz lepiej. Skoro się starasz i pracujesz nad tym, nie może być inaczej. ;)

No i bardzo się ciesze, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem przyzwoicie napisany tekst, z zupełnie fajną fabułą. Z pewnością pracowałeś nad stylem i techniką i to widać, czytałem po wprowadzeniu poprawek i w tym momencie w zasadzie nie mam się do czego przyczepić. Co do samej historii, to takie fantasy postapo jest cacy, zakończenie bardzo miło zaskoczyło.

Również wydawało mi się, że ten gwałt na początku to za dużo i za mocno. Ale po namyśle, doszedłem do wniosku, ze w sumie to twój bohater, i pasuje do okropnego, umierającego świata. 

Zatem – kawałek solidnego tekstu, który przeczytałem z przyjemnością. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

@thargone Bardzo się cieszę, że przypadło Ci do gustu ;) Dzięki za komentarz, każda krytyka jak i miłe słowa są dla mnie niezwykle ważne i dają motywację do dalszych prób w pisaniu.

Pozdrawiam ;)

 

Fajny pomysł :)

Nowa Fantastyka