- Opowiadanie: Bellatrix - Nie moje światy. Fismir

Nie moje światy. Fismir

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Nie moje światy. Fismir

Szept, raz cichszy, raz głośniejszy, niespokojny, dobiega mnie zewsząd. Otula niczym kokon i pobrzmiewa echem w mojej świadomości. Nikogo tu nie ma, tylko ja i ten szept. Wsłuchuję się w niego, próbując doszukać się treści, wyodrębnić powtarzalną frazę czy znaleźć choćby najmniejszy sens. Nic. Znowu nic. Delikatny szelest przechodzi nagle w głuchy jęk. A po nim cisza.

 

***

 

Kreatorzy tworzą światy. My, Obserwatorzy, odbieramy je zmysłami. Jesteśmy narzędziami umożliwiającymi Kreatorom pojęcie tego, co stworzyli. Ich oczami, uszami, nosem, językiem, dłońmi. I myślą.

Trudno mi ocenić Fismir, mimo że spędziłam na niej już kilka obrotów. Kreator wyznaczył mi zadanie: sprawdzić, czy obecna tu forma inteligencji rokuje nadzieję na przyszłość, po czym rozpłynął się w niedostępnym mi wymiarze, prosząc, bym go nie wzywała bez wyraźnej potrzeby. Nawet jak na Niego, polecenie brzmiało dość enigmatycznie, choć nie umniejszało to odpowiedzialności. Decyzje Kreatora, również te ostateczne, opierały się o to, co mu przekazałam. Na tyle, ile potrafię go zrozumieć, to wolał tworzyć niż niszczyć. Dobre dzieła napełniały jego bezosobowe jestestwo czymś w rodzaju dumy. Czasem jednak coś ewoluowało w niepożądanym kierunku, czasem zwyczajnie się nie udawało. Wtedy przynosiliśmy światom śmierć.

Pozostawiona samej sobie zwiedzałam Fismir, niewielką okołopodwójną planetę, położoną stosunkowo daleko od macierzystych gwiazd oraz pozostałych, niezamieszkanych obiektów układu. Oba słońca widniały na ciemnym, zielonkawo opalizującym niebie, jako malutkie tarczki. Nawet gdy równocześnie znajdowały się nad horyzontem, panował tu delikatny półmrok. O dziwo, mimo takiej odległości, skorupa nie zamarzała, a na planecie istniały zbiorniki ciekłej wody. Ogromne jezioro na równiku i mnóstwo strumyków, które ciągle zmieniały bieg, zanikając i pojawiając się bez żadnej regularności. Tak jak bez żadnej regularności znajdowałam obszary rozkopanej, czarnej gleby a wokół powyrywane i połamane rośliny. Zupełnie jakby przetaczały się tu lokalne kataklizmy o wyjątkowo niewielkim zasięgu i niepojętej przyczynie.

Fismirczycy dopiero rozpoczynali ewolucję. Zdziwiło mnie, dlaczego Kreator chciał, żebym oceniła inteligencję właśnie tutaj. Znajdowali się na samym początku drabiny, w zasadzie zostali przez Niego w naszej skali czasu, dopiero co stworzeni. Z początku myślałam, że Kreator popełnił jakiś błąd, ale nic na to nie wskazywało. Ich ciała i fizjologia nie wyróżniały się spośród setek innych stworzonych istot lądowych na tym etapie rozwoju. Dwie płcie, o bardzo zbliżonej fizjonomii, najłatwiej rozróżnialne za pomocą węchu. Poruszali się na czterech kończynach, z głową i tułowiem blisko przyciągniętym do powierzchni. Żywili się roślinnością. Nie zdążyli jeszcze wykształcić pełnej świadomości, nie wspominając o myśleniu abstrakcyjnym, jednak nie miałam wątpliwości, że potrafią kojarzyć i łączyć ze sobą fakty. Przekonałam się o tym i to w dość nieoczekiwanych okolicznościach.

 

***

 

Szepty, o różnym natężeniu, przechodzące w zawodzenie i z powrotem cichnące, zdecydowanie nie pochodziły od Fismirczyków. Obserwowałam ich na tyle długo, by wiedzieć, że potrafią się porozumiewać, używając kilkunastu pojęć i by być pewną, że te dziwne dźwięki nie wydobywają się z ich jam rezonacyjnych. Zjawisko nasilało się nocą, ale zdarzało się również wtedy, gdy obie gwiazdy świeciły wysoko. Przyglądałam się akurat liczącej około dwudziestu osobników grupie, gdy dźwięki wpadły w nieznaną mi do tej pory tonację. Szum narastał, brzmiał niczym niezwykle rozgniewany głos, próbujący wyartykułować swe pretensje. Cała grupa Fismirczyków słysząc to, zaczęła nawoływać się w popłochu do ucieczki. Ich prymitywne słownictwo zawierało pojęcie „niebezpieczeństwo” i to właśnie nawzajem do siebie wykrzykiwali w wyraźnej panice. Szum niespodziewanie przeszedł w wyraźne, przejmujące wołanie. Uczucie dziwnego lęku udzieliło się i mnie. Instynktownie uciekłam za Zasłonę, niematerialny wymiar niedostępny zwykłym mieszkańcom światów. Wołanie, coraz głośniejsze, zakończyło się serią dudniących głębokich echem krzyków. Po czym spod ziemi, niczym bicze wystrzeliły długie, giętkie kłącza. Zacisnęły się na jednej z kończyn tubylca, który nie zdążył uciec. Szarpał nią, a gdy to nic nie dało, w panice usiłował ją odgryźć. Nikt nie próbował mu pomóc, reszta zniknęła za skupiskiem powyginanych, ciemnych roślin, nie obejrzawszy się za siebie. Obserwowałam tę nierówną walkę, zastanawiając się, czemu on chce odgryźć kawał własnego ciała, zamiast oderwać dziwny, lecz stosunkowo cienki pęd. Szarpanie nieco go uszkodziło, z kłącza wyciekł na glebę różowawy płyn. Fismirczyk zaskomlał przeraźliwie i równocześnie ze skowytem rozległ się huk. W miejscu, gdzie przed chwilą walczył, wyrosły trzy, ostro zakończone skały. Przebiły i rozerwały nieszczęsną istotę. Ciemna, niemal czarna krew oblepiła ich wierzchołki. Nastąpił po tym jeszcze jeden zdławiony krzyk, jakby szloch i zarówno kłącza, jak i skały zniknęły tak nagle, jak się pojawiły, zostawiając jedynie place rozrytej ziemi. Gdyby nie martwe, rozkawałkowane ciało, pomyślałabym, że to nigdy nie miało miejsca. Ogarnięta grozą czekałam w napięciu, czy zjawisko się nie powtórzy, ale nic już się nie wydarzyło. Jedynie miałam wrażenie, że słyszę, jak delikatny szept woła: Fismir… Fismir…, lecz zdawałam sobie sprawę, że to akurat jest tylko złudzeniem.

 

***

 

Zastanawiałam się, czemu Kreator stworzył ich na tak niebezpiecznej planecie, rządzącej się dziwnymi mechanizmami. Pojawiające się i znikające pędy rośliny, której nie umiałam zidentyfikować na powierzchni, zdawały się celowo polować na żywe istoty. Wyrastające znienacka skały, niczym uderzenia gigantycznej pięści, zabijały kogoś niemal co obrót. I te niepokojące dźwięki, których pochodzenia nie potrafiłam określić. Może moim zadaniem było sprawdzić, czy mimo tak niesprzyjających warunków są w stanie utrzymać się przy życiu? A może na tej planecie mieszkał ktoś jeszcze?

 

***

 

Fismirczycy nie byli tak wystawieni na działanie sił szalonej przyrody, jak mi się z początku wydawało. Niektóre grupki wędrowały w głąb planety, lecz duża część po prostu osiedlała się w pobliżu Wielkiego Jeziora, gdzie skały nie rozdzierały ziemi. Pokarmu było tu pod dostatkiem. Jezioro, przy samym brzegu dość płytkie schodziło niespodziewanie kilkanaście kroków dalej pionowym urwiskiem w dół. Woda w nim, idealnie przejrzysta, pozwalała widzieć dno. Tam, gdzie znajdowała się głębia, miało dziwną właściwość. Zwykle przyjmowało jasny, niemal biały kolor, lecz gdy coś działo się przy brzegu, zabarwiało się kolistą falą na czarno, zupełnie jakby przykrył je jakiś cień. Czasami czerń cofała się od razu, czasem pozostawała dłużej, lecz wyraźny był jej związek z pojawieniem się żywej istoty przy samym brzegu. Na mnie reagowała tak samo, ale tylko wtedy, gdy nie skrywałam się za Zasłoną.

Zadziwiało mnie, jak możliwe jest, by woda była tak czysta. Wyjaśnienie przyszło, gdy spróbowałam wrzucić niewielką gałązkę na dno zbiornika. Jezioro usuwało zanieczyszczenia natychmiast. Najpierw wokół obcego obiektu wytwarzała się fala, wypychająca go na powierzchnię, a następnie druga, pchająca nieproszonego gościa do brzegu. Próbowałam wrzucać wszystko, co się dało, efekt był ten sam. Co dziwniejsze, działało to również na istoty żywe. Żaden Fismirczyk nie mógł w Jeziorze utonąć, natychmiast zostawał wyrzucany na powierzchnię i pchany do brzegu. Ta okolica stanowiła oazę spokoju, lecz właśnie tu wydarzyło się coś, co mnie przeraziło bardziej, niż wszystko inne.

 

***

 

Głos niespokojnie szepce, w nieznanym, nieistniejącym języku. Śpiewa pieśń nieutulonej tęsknoty, przynajmniej tak ją odbieram. Nie potrafię rozszyfrować słów, lecz mogę rejestrować osobliwą melodię. Szelest drżący w delikatnym tremolo, pomruki rozciągnięte w nadchromatycznych glissandach. Wołania zwodniczych kadencji. I nagle w tej osobliwej eufonii rozpoznałam wyraźną, powtarzalną frazę. Moje imię.

– Mirais… Mirais… – szeptał słodko szum.

Zamknęłam oczy, zjawisko nie umilkło. Nikt na tej planecie nie miał prawa znać mojego imienia, jednak słyszałam je tak wyraźnie, jak huk rozdzieranej przez skały ziemi. Istoty tworzone przez Kreatorów nie wiedzą o ich istnieniu, jak i nie wiedzą o funkcji pełnionej przez Obserwatorów. Czasem czegoś się domyślają, czasem potrzebują w coś uwierzyć, czasem tworzą legendy mniej lub bardziej zbliżone do prawdy. Wiedza, że zostali stworzeni, nie jest im do niczego potrzebna, a mogłaby sprowadzić rozwój na niewłaściwe tory. Na stawianie nowych pytań, na które nie ma prawidłowej ani zrozumiałej odpowiedzi. Kreatorzy dbają, by ich dzieła nie wiedziały, kto je stworzył. Obserwatorzy nie wtrącają się w działanie światów i nigdy nie informują, kim są ani po co przybyli. A jednak ktoś tu, w niepojęty sposób poznał moje imię.

Istniała jeszcze jedna możliwość. Coś uszkodziło moje zmysły. Oznaczałoby to mój koniec współpracy z Kreatorem, wszak odbierając nieistniejące bodźce, wprowadzałabym Go w błąd. Narzędzia są po to, by je używać zgodnie z przeznaczeniem. Popsute rdzewieją i stają się niechcianym odpadem. My, Obserwatorzy, możemy żyć wiecznie, lecz pewnie prosiłabym Go o szybką śmierć.

 

***

 

Nie mogłam jednak skupiać się na sobie, zanim nie wykonałam zadania. Fismirczycy z pewnością rokowali na przyszłość, sam fakt, że przetrwali w trudnych, nieprzewidywalnych warunkach, świadczył o inteligencji idącej w dobrym kierunku. Przyglądali mi się z ukrycia z wyraźnym zainteresowaniem. Wiedzieli, że jestem dla nich obca, ale nie bali się mnie. Na Fismir mogłam przebywać we własnej postaci, ich stopień rozwoju był jeszcze zbyt niski, by rozumieli, kim jestem.

Stałam tuż przy wodzie, patrząc na własne odbicie i zarazem dno, które jak zwykle, szybko zasnuło się czernią. Cichy szept dobiegał do mych uszu, lecz teraz brzmiał łagodnie, uspokajająco. Wciąż nie wiedziałam, czy wtedy naprawdę mnie wołał, czy po prostu zawiódł mnie słuch. Nie potrafiłam też zrozumieć, czego dokładnie oczekiwał ode mnie Kreator, a ambicja nie pozwalała mi Go wezwać, by poprosić o bardziej szczegółowe instrukcje. Ani tym bardziej zapytać, skąd te dźwięki się biorą. Czułam, że ma to jakiś związek z Jeziorem. Obeszłam zbiornik wokoło, wszędzie wyglądał i reagował tak samo. Uderzyło mnie, jak bardzo regularny kształt ma linia brzegowa. Niemal idealna elipsa, lekko spłaszczona po obu krańcach wielkiej osi. Zapragnęłam zobaczyć je w całości, z góry. Rozłożyłam skrzydła i wzniosłam się, wzbudzając u tubylców okrzyki podziwu i zachwytu, a zarazem usłyszałam długi, przeciągły jęk, niewiadomego pochodzenia. Unosząc się nad Wielkim Jeziorem, popatrzyłam w dół. Kształt miało faktycznie idealnie regularny. Woda nawet stąd była przejrzysta i bezbarwna, za to dno… Dokładnie pode mną widniało ciemne koło, stanowiące większą część jego powierzchni. W samym środku ciemnego koła lśniło drugie, małe, delikatnie pulsujące intensywnie zieloną barwą. Nie sposób było dostrzec je z powierzchni. Coś przy brzegu poruszyło się i oba koła natychmiast przesunęły się w tamtą stronę, ale szybko powróciły na wcześniejszą pozycję, zupełnie, jakbym była ciekawszym obiektem do obserwacji. Jakby czekały na moją reakcję.

Nagle uświadomiłam sobie, co tak naprawdę mam pod sobą.

 

***

 

Gdy tylko moje stopy dotknęły na powrót powierzchni Fismir, oplotły mnie kłącza. Wciąż oszołomiona tym, co zobaczyłam, dałam się zaskoczyć. Widok gigantycznego oka był niezwykły, ale jeszcze bardziej niezwykły był jego wyraz. Widziałam w nim potworne cierpienie i nieskończoną tęsknotę. Jakby świadomość istoty patrzącej nim oszalała z rozpaczy. Potężna roślina unieruchomiła moje nogi i usłyszałam słodki szept. Ocknęłam się z zamyślenia i szarpnęłam gwałtownie, ale szept zamruczał gniewnym basem, a uścisk nie zelżał. Fismirczycy w panice rozpierzchli się, słysząc ów niepokojący dźwięk.

– Czuję twój ból – powiedziałam łagodnie, próbując się wyplątać. – Ale nie mogę z tobą zostać.

Szept wzmógł na sile i usłyszałam, jak powtarza moje imię.

– Mirais… Mirais…

Pochyliłam głowę, nagle zrozumiawszy cel Kreatora. Osunęłam się na kolana, pędy uwolniły mnie, chociaż nie przestawały ostrożnie dotykać i delikatnie głaskać.

– Wiem, że cierpisz. – Pogładziłam ostrożnie ciemną glebę. – Rozumiem twoją rozpacz i samotność.

– Fismir… Miraaiiis… – szept zaśpiewał słodko niczym wyznanie miłości.

Kilka łez stoczyło się z moich oczu i upadło na ziemię. Z Jeziora w odpowiedzi wypłynął mały strumyczek. Płakałyśmy obie.

– Ukoję twój ból. Obiecuję – dodałam, czując, jak ściska mnie żal.

 

***

 

Kreatorzy nie pojmą nigdy, czym jest samotność. Oni nie czują, oni tylko tworzą. Tak musi być, gdyby potrafili czuć, ich zachowanie nie odbiegałoby wiele od rozdartej cierpieniem Fismir. Ona mogła niszczyć jedynie zamieszkujące ją istoty, mimo że w głębi świadomości na pewno je na swój sposób kochała. Kreator ogarnięty rozpaczą mógłby zniszczyć wszystko.

Wezwałam Go.

(Odbierz jej świadomość. Tak będzie najlepiej dla niej i istot, które żyją na jej powierzchni) – przekazałam mu. Odparł, że spodziewał się takiej oceny.

Spytałam go jeszcze, dlaczego skazał istotę inteligentną na więzienie w tej postaci. Po co pozwolił jej żyć przez wieki w samotności? Jaki cel miała jej egzystencja? Odpowiedział dopiero po dłuższej chwili, że inteligentna planeta miała pomagać w rozwoju mieszkańców, opiekować się nimi, dostarczać pożywienia by proces ewolucyjny skupił się na czymś innym, niż przetrwanie. Nie przewidział, że z rozpaczy będzie ich zabijać.

 

***

 

Stanęłam nad brzegiem i popatrzyłam raz jeszcze w ogromne oko Fismir. Szeptała znów do mnie słodko, w końcu nie znała żadnej innej istoty, która, choć w części, ją rozumiała. Zdawałam sobie sprawę, czym jest jej samotność, w pewnym sensie przecież byłam do niej podobna.

Westchnęłam cicho. Wiedziałam, że trzeba skrócić jej mękę, zanim w akcie szalonej rozpaczy zniszczy wszystko na swej powierzchni, jednak było mi jej żal. Przez całe istnienie czekała, wypatrując kogoś, kto nigdy nie mógł nadejść. Cieszyła się, mając mnie, a ja przynosiłam jej śmierć. Polubiłam ten szept, którym wyrażała swój nastrój. Nie mogłam niestety się z nią porozumieć, zapytać, czy mogłabym coś dla niej zrobić, dzieliła nas zbyt duża przepaść. Nie wiem, czy domyślała się, co za chwilę się stanie, ale chyba mi ufała do końca.

Szept zakończył się głuchym stęknięciem, a czerń jej oka rozpłynęła się w przejrzystej wodzie. Dno pozostało jednolicie białe i nie reagowało już na nic.

 

***

 

Kiedyś, po wielu wiekach, przybyłam na Fismir raz jeszcze. Jej mieszkańcy wyewoluowali do dojrzałej, inteligentnej formy, zbudowali całkiem ciekawą, bardzo bliską natury cywilizację. W ich przekazach odnalazłam pradawną legendę, o żyjącej, świadomej planecie, która opiekowała się swymi dziećmi, spoglądała na nich Wielkim Okiem, potrafiła też się rozgniewać, ale ich kochała. I która została uśmiercona przez Anioła Zagłady.

Fismirczycy jednak rozumieli dużo więcej, niż mi się kiedyś wydawało.

Koniec

Komentarze

Bella, a Ty się nie odgrażałaś przekroczeniem limitów konkursowych? :P 

Odgrażałam. Przekroczyłam dolny limit o jeden znak :)

Nie podobało mi się. Motyw samotnej planety wydaje mi się w porządku, ale nie jako główna problematyka utworu. Narratorka wyszła miałko. Nie jest wyrazista, wiemy, że czuje się równie samotna co planeta, ale tego nie widzimy. Nie lubię, gdy zamiast przedstawiać poprzez narrację, uczucia targające bohaterami przekazywane są bezpośrednio i łopatologicznie. Motyw Kreatorów i Obserwatorów też jakoś specjalnie oryginalny i ciekawy mi się nie wydawał. Skojarzył mi się trochę z marvelowskimi Galactusem i Srebrnym Surferem, ale to mało trafne skojarzenie :D Nie lubię zakończeń podsumowujących dalsze losy bohaterów. Uważam je za denne i mało pomysłowe. Motyw legendy potraktowałaś dosłownie, ale to jakoś mi zbytnio nie przeszkadza.

No dobra, skoro już się wyżyłem, to na osłodę muszę przyznać, że tekst napisany jest bardzo dobrze :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Dzięki za opinię, Soku :) Narratorka nie miała być wyrazista – ona ‘służy’ do obserwowania, jest przekaźnikiem, nie bohaterem.

Ja rozumiem zamysł, ale po prostu do mnie nie przemawia :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Tak mało znaków? Nie poznaję Sojuszniczki! :P

 

Postaram się przeczytać jak najszybciej :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

U mnie albo dolny limit, albo górny, półśrodków nie uznaję ;)

Nie mogę powiedzieć, że motyw świadomej, cierpiącej planety, to coś zasakakującego.

Ale tekst jest napisany tak dobrze, że czytałem z zainteresowaniem i autentyczną przyjemnością. 

Ba, choć prosta, rzecz była ciakawa i nawet… wzruszająca. Dobra robota!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuję za przeczytanie i opinię. Cieszę się, z tej przyjemności i nawet wzruszenia :) Mam prośbę, mógłbyś powiedzieć z jakimi opowiadaniami/książkami/filmami skojarzył Ci się motyw świadomej/cierpiącej planety?

Bardzo oryginalne podejście do tematu konkursu. Umiesz pisać – to wiadomo. Są emocje, są pytania – jest dobrze. Może rzeczywiście ci Kreatorzy trochę od czapy, za to Fismir – palce lizać.

Mam tylko parę pytań:

– “Na tyle, ile potrafię go zrozumieć, to wolał tworzyć niż niszczyć” – a nie lepiej tak: “na tyle, na ile potrafię go zrozumieć, wolał tworzyć niż niszczyć”?;

– “okołopodwójną planetę” – takie słowo istnieje czy to Twój neologizm? bo nie wydaje się prawidłowy;

– “Dwie płcie, o bardzo zbliżonej fizjonomii” – palce Ci się ześlizgnęły ;) – fizjologii;

– “rządzącej się dziwnymi mechanizmami” – tak się mówi? “rządzącej prawami” znam, ale mechanizmami?;

– “by je używać zgodnie z przeznaczeniem” – by ich używać;

– “Popsute rdzewieją i stają się niechcianym odpadem” – trochę to porównanie mi zgrzyta, bo sugeruje, że narzędzia są wykonane ze stali lub żelaza, bo tylko one rdzewieją;

– “Nie sposób było dostrzec je z powierzchni” – dostrzec ich;

– “istotę inteligentną na więzienie w tej postaci” – chyba “na uwięzienie”?

 

Głowy nie urywa, ale czyta się bardzo dobrze. A i do refleksji zmusza!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Dzięki, Staruchu :) Co do uwag:

  1. Chyba Twoja wersja jest lepsza, ale już nie powinnam zmieniać, ze względu na termin konkursowy. Wrócę do tego po zakończeniu.
  2. istnieje, planeta okołopodwójna to taka, która obiega oba składniki podwójnego układu gwiazd /inaczej planeta typu P/. Bo może obiegać jedną gwiazdę z dwóch.
  3. Nie, miałam na myśli fizjonomię – wygląd. “Na oko” wyglądały bardzo podobnie, rozpoznawali się węchem :)
  4.  Szczerze – nie wiem :) Wydawało mi się poprawne, ale zaczynam mieć wątpliwości.
  5.  racja – poprawię po zakończeniu
  6. też mi zgrzytało, ale jakoś nie mogłam wymyślić nic lepszego :)
  7.  wydaje mi się, że jednak ‘je’ – dostrzec kogo? co?
  8. hm, nie jestem przekonana :) “uwięzienie” nie brzmi mi na słuch, ale nie będę się kłócić.

Dzięki, Bello :). Człowiek się uczy całe życie :). Dla mnie fizjonomia to twarz, a okołopodwójna – fiu, fiu…

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Fizjonomia ma dwa znaczenia :) jedno – twarz, drugie – cechy składające się na wygląd. Może mogłam użyć bardziej jednoznacznego słowa, mea culpa :)

Bella, tak troszkę inna niż do której przywykłam :) Tak czy inaczej z przyjemnością przeczytałam Twój kolejny test. Lubię Twój styl pisania i oczywiście doskonały warsztat. A opowiadanie? Emocjonalne, przenikające do środka, refleksyjne… I fajny pomysł na legendę. Odznaczający się na tle innych tekstów.

Pozdrawiam serdecznie i powodzenia w konkursie :)

Bellu – doczytałem o tej fizjonomii wcześniej. To raczej mea culpa :).

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

z jakimi opowiadaniami/książkami/filmami skojarzył Ci się motyw świadomej/cierpiącej planety?

Heh, i tu mnie masz! To jak z drugoligowym aktorem:

" – A tak, znam go, grał w mnóstwie filmów. 

 – W ktorych konkretnie? 

 – Eeee…" 

A tak naprawdę, to myślącą, świadomą planetę w takim sensie, jakim ją przedstawiłaś, pamiętam chyba tylko z trzecio – czwartoplanowego wątku w "Autostopem przez Galaktykę", ze "Strażników Galaktyki 2" (ojciec Quilla był w pewnym sensie żywą planetą, a Kurt Russell jej awatarem), oraz jakiegoś rosyjskiego opowiadania z lat siedemdziesiątych, którego tytułu nie pomnę. Cała reszta skojarzeń pochodzi raczej od tej nieszczęsnej hipotezy gai i jej pochodnych, albo jakiegoś ogromnego organizmu zajmującego całą planetę, tudzież czegoś solarisopodobnego.

W życiu natomiast nie spotkałem się z planetą, łypiącą jeziornym okiem, zatem jeśli me słowa odebrałaś jako posądzenie o wtórność, to natychmiast je cofam :-) 

Na marginesie – swojego czasu, w swoim tekście na Grafomanię 2016 miałem wielgachnego grzyba, oplatającego strzępkami, działającej jak sieć neuronów grzybni, całą planetę :-) 

Tyle, że prawie nikt tego nie przeczytał, bo 40k grafomańskich znaków to ponad siły normalnego czytelnika :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Katiu, dziękuję za komentarz i klika :) Cieszę się, że – mimo iż nieco inne – opowiadanie przypadło Ci do gustu :)

Thargone, rzadko czytuję teksty z Grafomanii, a już te dłuższe to w ogóle, ale w wolnej chwili spróbuję się zmierzyć :)

Podobało mi się. 

Nie spodziewałam się, że będę w stanie przeżywać losy planety, ale jednak. Tekst bardzo emocjonalny. Mimo że to krótkie opowiadanie, na pewno je zapamiętam.

Zakończenie również przypadło mi do gustu, ładnie podsumowało historię. Może i jest stosunkowo prostym rozwiązaniem, ale chyba największą sztuką jest operowanie prostotą. 

Zgłaszam do biblioteki. :)

Bardzo dziękuję za ciepłe słowa i zgłoszenie :)

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Drobne uwagi:

 

obszary rozkopanej, czarnej gleby(+,) a wokół powyrywane i połamane rośliny.

Scena trzecia (po drugich gwiazdkach) na moje oko mogłaby mieć jakieś dodatkowe akapity (jest blokiem tekstu).

zmieniasz czas narracji w jednym miejscu (Głos szepcze…) ← dlaczego?

A jednak ktoś tu, w niepojęty sposób poznał moje imię. ← hm, albo dałabym “w niepojęty sposób” jako wtrącenie, albo zlikwidowała ten przecinek

Co do narzędzi i “je” ← mam problem z biernikiem, ale tutaj obstawiłam, że jest ok, i chyba dobrze zrobiłam ;)

dostarczać pożywienia(+,) by proces ewolucyjny

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Ech, ja i przecinki… :) dobrze, że nie wystarczyło ich na dyskwalifikację ;)

Czas zmieniony celowo – nawiązanie do wprowadzającego akapitu, gdzie też jest szeptanie w czasie teraźniejszym. Jakoś tak sobie wymyśliłam, że w teraźniejszym lepiej oddam ‘zagubienie’ narratorki w związku z tymi szeptami. Nie wiem, czy mi wyszło, ale plan tak wyglądał.

Zgadzam się, trzeci fragment powinien zostać rozdzielony, jakoś mi to umknęło. W sumie, całe opowiadanie jest jednym wielkim blokiem tekstu, dialogów tu nie ma :)

Dzięki za życzenia i klika :)

Piękna, obrazowa, emocjonalna podróż – czułem się wspaniale, przemierzając tą przestrzeń za Twoimi słowami. Lubię, kiedy Autor dzieli się sferą subtelną, w umiejętnym stylu, z użyciem słowa takim, które działa na zmysły, ale trąca też głębiej schowane struny w czytelniku. Zagrałaś, Bello, nastrojową melodię, rozkołysałaś moją percepcję delikatnie i z wyczuciem. I tak sobie myślę, hmm… Nie Twoje światy…?

Dziękuję za lekturę!

Pozdrawiam!

Cieszę się, że odebrałeś ten tekst jako nastrojową melodię, bo sama bardziej je ‘słyszę’ niż czytam. Bardzo dziękuję za podzielenie się wrażeniami i również pozdrawiam :)

Podoba mi się zwięzłe przedstawienie historii, bardzo dobra scena, kiedy wyjaśnia się natura jeziora. Fajne podejście do tematu konkursu.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dziękuję, Dziadku :)

Świetny warsztat, piękna historia, interesujący świat, do tego wszystkiego tajemniczy Kreatorzy i Obserwatorzy, a na koniec zaskoczenie w momencie, kiedy wyjaśnia się czym jest jezioro, ale jak dla mnie… za spokojnie. Płynęłam przez tekst z przyjemnością, ale wydaje mi się, że gdyby był dłuższy, to pewnie nie dobrnęłabym do końca. A tak jest w sam raz. Ładnie. :)

Jest coś bardzo subtelnego w Twoim pisaniu i bardzo mi się to podoba. Zaskoczyła mnie jednak ta niesamowita długość tekstu, bo pamiętam, że Twoje prace to czytywałam o wiele dłuższe ;) 

Dla mnie, tekst to śliczna opowiastka. Świetnie się czyta i cały czas czuć melancholię oraz smutek, więc Twój cel w moim odbiorze treści, osiągnięty. Z jednej strony, chciałabym więcej, a z drugiej myślę, że gdyby to był dłuższy tekst, przekaz i melancholia stałby się miałki, bez wyrazu.

Na początku jakby skok na głęboką wodę – dużo informacji do przetrawienia, większość z nich podana, jak już ktoś wcześniej zauważył, “łopatologicznie”, jak w tekście popularno-naukowym. Z tego też powodu gdzieś tak do połowy trochę mi się dłużyło i brakowało mi akcji czy innych wydarzeń. 

Dalej było już ciekawiej. Podobała mi się Twoja autorska mitologia, jeśli można to tak nazwać. Na plus też zdecydowanie oryginalny motyw planety obdarzonej inteligencją i świadomością.

Od strony technicznej – w niektórych miejscach przydałoby się podzielić na więcej akapitów.

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Opowiadanie jest w zasadzie blokiem tekstu bez dialogów (tak, powinnam bardziej podzielić na akapity), więc celowałam w dolny limit. Zdaję sobie sprawę, że dłuższe ‘gadanie’ mogłoby być niestrawne. Bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarze, cieszę się z odbioru tekstu :)

A po co Ci druga kropka w tytule?

Interesujący owoc hipotezy Gai.

Tekst raczej statyczny, czasami nawet miałam wrażenie, że lejesz wodę, żeby dobić do 15 kilo.

Bohaterki mi się spodobały. Myśląca planeta jest wystarczająco rzadka, żeby cieszyć.

Podejście do legendy nietuzinkowe, dzięki temu fajne. Ale zabrakło mi elementu “jestem”. Toć już nie ma! ;-)

Napisane porządnie, tylko ten tytuł…

Babska logika rządzi!

Po co mi ta kropka, to bardzo dobre pytanie. Po zastanowieniu w sumie uznałam, że chyba po nic :) jak się da, to zaraz ją wyrzucę. Elementu “jestem” możesz dopatrzeć się u narratorki – wszak zaistniała w legendzie jako ta, która ukatrupiła planetę ;P

Łeee, rola antagonisty w legendzie to nie to samo. ;-)

Babska logika rządzi!

Why not? :) Legenda to legenda, a czy jest się w niej tym dobrym, czy tym złym… ważne, żeby być :)

Jednak Smoka Wawelskiego rozpoznaje się od pierwszego rzutu oka, a Dratewkę już niekoniecznie, nieprawda? ;-)

Babska logika rządzi!

Też nie widzę problemu, legenda to legenda, nie ważne czy postać jest pozytywna czy nie.

Ale przecież to właśnie smok był zły i on jest teraz legendarny?

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Mnie bardziej chodziło o to, kto jest najważniejszy, kto się bardziej wyróżnia… Ale przyznałam przecież, że to podejście jest ciekawe.

Babska logika rządzi!

Aaaa, rozumim. Że antagonista w sensie przeciwnik bohatera legendy, a niekoniecznie że postać negatywna. Kapewu.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Ciekawy tekst, ale mocno statyczny i przez to dla mnie trudny w odbiorze. Bohaterowie dobrze wykreowani, uniwersum wykreowane w interesujący sposób. Jednak przez swą statyczność musiałem podejść do niego bardziej skupiony, by w którymś momencie nie odpłynąć. Doszedłem do końca, doceniam kunszt, ale po prostu nie jestem kupiony tym koncertem fajerwerków. Bywa.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wybrany styl narracji i sposób opisania historii na pewno mają swoje plusy i minusy. Ale nie będę o nich za dużo pisał, bo z pewnością dokładnie je znasz.

Ktoś mógłby kręcić nosem: opisanie pomysłu, brak akcji typowej dla „tradycyjnej” prozy, zero dialogów, czyta się niezbyt szybko. I na pewno miałby trochę racji.

Ktoś inny mógłby stwierdzić: czy wszystkie historie muszą być napisane w ten sam sposób? W tekście ładnie oddane są emocje, zawarty został interesujący pomysł, a całość nie sposób czytać bez zainteresowania.

Ja jestem tym drugim „kimś”, zwłaszcza że opowiadanie ma tylko 15 tysięcy znaków i absolutnie nie zdążyło mnie zmęczyć. Tekst w krótkim czasie przybliża ciekawy pomysł i częstuje czytelnika satysfakcjonującym zakończeniem.

Może nie jestem zachwycony, ale przeczytałem z dużą przyjemnością.

Dziękuję NWM i Perruxie za przeczytanie i podzielenie się uwagami :)

Fajne, podobało mi się :)

I mnie się podobało. Ładna historia, dobrze opowiedziana. Pomimo tego, że szyta na miarę limitu, to proporcjonalnie skrojona – nie wyczułem ani dłużyzn, ani pośpiechu. Pomysł ze ślepymi Kreatorami potrzebującymi Obserwatorów daje do myślenia. Scena z lotem nad jeziorem faktycznie zapada w pamięć. Tytuł sugeruje, że to jeden z elementów cyklu?

Anet, dziękuję za tradycyjny komentarz ;)

Coboldzie, przyznam Ci się, że to opowiadanie zostało wygrzebane i trochę przepisane z mojej szuflady i tak, to pierwotnie było drugie z serii, planowanej na pięć, skończyło się na dwóch :)

Miałam podobne skojarzenie, co Finkla: ciekawe podejście do hipotezy Gai. Konsekwencja posiadania świadomości przez planetę jest niby logiczna, a tak naprawdę mało kto o tym myśli ;)

 

Całkiem nieźle pokazujesz rozterkę bohaterki, choć może przydałoby się nieco mocniej podkreślić, jak bardzo jest podobna, a jednocześnie jak różna od Fismir. Tekst jest krótki i tajemnica szybko się wyjaśnia – w moim odczuciu nieco za szybko. Brakowało mi trochę napięcia, mylnych tropów (i nie chodzi tu o większą dynamikę czy dodanie dialogów, sposób opowiadania absolutnie mi odpowiadał. Po prostu bohaterka szybko orientuje się, co i jak). Natomiast ten religioznawczy w sumie pomysł na Kreatorów i Obserwatorów jest bardzo fajny. 

 

Napisane bardzo dobrze, ale niczego innego się nie spodziewałam. I chociaż czytałam lepsze Twoje teksty, to przy tym też miło spędziłam czas.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Ładnie to opowiedziane, wręcz poetycko, na plus też niezwykle malownicze opisy, ale jednocześnie historia zdała mi się dość monotonna, a przez to nieco nużąca. Choć to niedługie opowiadanie, wyczekiwałam zakończenia. Przeczytałam bez przykrości, ale i satysfakcji większej nie zaznałam.

 

Wo­ła­nie, coraz gło­śniej­sze, za­koń­czy­ło się serią dud­nią­cych głę­bo­kich echem krzy­ków. –> Czy aby nie miało być: Wo­ła­nie, coraz gło­śniej­sze, za­koń­czy­ło się serią dud­nią­cych głę­bo­kim echem krzy­ków.

 

Je­dy­nie mia­łam wra­że­nie, że sły­szę, jak de­li­kat­ny szept woła: Fi­smir… Fi­smir…, lecz zda­wa­łam sobie spra­wę, że to aku­rat jest tylko złu­dze­niem. –> Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

Je­zio­ro, przy samym brze­gu dość płyt­kie scho­dzi­ło nie­spo­dzie­wa­nie kil­ka­na­ście kro­ków dalej pio­no­wym urwi­skiem w dół. –> Masło maślane. Czy mogło schodzić w górę?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mam problem z tym opowiadaniem. Nie sposób odmówić mu jakości, zarówno warsztatowej, jak i kompozycyjnej. Ogólnie na poziomie języka, zdania, słowa czuć wprawne i wyrobione pióro. Jednak jako fabuła, opowieść o Fismirze nie zbliża się nawet do poziomu Twojego sztandarowego tekstu. Historia Obserwatorki Mirais jest ledwie sympatyczną opowiastką, opartą na wcale nie odkrywczych pomysłach "świadomej planety" oraz kreatorów światów.

Toczy się ta historia spokojnym, stonowanym rytmem, ale także emocje, jakie wywołuje, są ledwo letnie. Owszem, czytelnik może się zastanowić nad cierpieniem i samotnością myślącej planety, ale czy potrafi się przejąć losem i udręką takiego bytu? Nie sądzę. Owszem, czytelnik czerpie przyjemność z lektury, gdzieś w tle rozpoznaje znajome elementy ułożone i połączone na nowo, jednak ogólne wrażenie czytelnika są, powiedzmy szczerze, umiarkowane. Nie porywa akcja, nie wyrywają z butów obnażone tajemnice, a bohaterowie są totalnie abstrakcyjni i brak poruszających interakcji między nimi. Także forma łagodnej, opisowej narracji nie sprzyja zaangażowaniu się w wydarzenia i świat przedstawiony.

Tytuł zasugerował mi, że być może mamy do czynienia z historią wybraną z cyklu historii o Obserwatorach. I jako jedna z serii opowieści, pewnie wybrzmiałaby mocniej.

Podczas lektury zastanowiło mnie kilka kwestii. Po pierwsze, na wstępie piszesz, że Kreatorzy tworzyli światy. Potem z fabuły wynika, że tworzyli raczej jedynie życie na planetach ("Zastanawiałam się, czemu Kreator stworzył ich na tak niebezpiecznej planecie, rządzącej się dziwnymi mechanizmami."). Potem gdy okazuje się, że także planeta Fismir była dziełem Kreatora, nieco się pogubiłem.

Kolejna kwestia. Oko. Jak wynika z domysłów bohaterki, jezioro było okiem planety. I tu mam problem. Jako oko, opisane przez Ciebie małe jezioro, ze źrenicą, której ruchy są widoczne z brzegu i niewielkiej wysokości, w skali planety jest zdecydowania zbyt małe. Ciężko to sobie wyobrazić.

Zazgrzytał mi również Anioł Zagłady jako określenie niszczycielskiej istoty w świecie roślinożernych, czworonożnych stworzeń biegających z pyskiem przy ziemi.

 

Podsumowując. To niewątpliwie dobry tekst. Dla mnie trochę taki "le guinowski" w klimacie i wymowie. Nie jest to jednak mój przysmak, nie jest to apetyczny, soczysty i doprawiony kawałek prozy, lecz tylko smaczny chłodnik owocowy podany w delikatnej zastawie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję za przeczytanie i uwagi. Czasem warto spożyć i chłodnik, zwłaszcza, jak upał na zewnątrz ;) Reg, dziękuję za wyłapanie usterek, poprawię po konkursie.

Podobało mi się. Dobrze napisane, gdyby było dłuższe, mogłoby znudzić, ale w tej liczbie znaków mieści się w sam raz.

Droga Bello, będę z Tobą szczery – jak żem się zapowiedział, tak wróciłem na Fismir wiele dni temu, tyle że… szybko uciekłem :/ Bo to chyba jednak “nie mój świat” ;)

Pomysł miałaś w sumie niezły i przedstawiłaś go porządnie, ale moja niechęć do Twoich krótkich form jest wprost proporcjonalna do wielkiej miłości, jaką darzę te dłuższe :3

Czyli – nie odpowiada mi taka struktura tekstu. Bardziej przypowieścio-opracowaniowa, niż stricte opowiadaniowa :/ Druga kwestia – nie lubię motywu siły wyższej, która tworzy życie XD

A zatem, jak widzisz, element subiektywny jest nie do przeskoczenia.

 

Instynktownie uciekłam za Zasłonę, niematerialny wymiar niedostępny zwykłym mieszkańcom światów.

To mnie nieco skonfundowało. Dlaczego niematerialny? Można w ogóle określać wymiary jako materialne/niematerialne? W tej tematyce dopiero raczkuję, więc będę wdzięczny, jeśli mnie oświecisz ;)

Wydawało mi się, że dziołcha wstąpiła po prostu w wymiar, którego mieszkańcy Fismira nie postrzegają. Choć i to jest nieco dziwne – w końcu człowiek nie mógłby ot tak zrezygnować z głębokości. Ale powiedzmy, że Obserwatorzy są potężniejsi niż ludzie ;D

 

Zakończenie przyjemniackie, warszatat bez zastrzeżeń (od lat…). Gdyby nie kwestie subiektywne, to chyba bym chwalił – dobrze się sprawiłaś. Choć, kurde, idea żyjącej planety, która dostaje świra, ma naprawdę całkiem duży potencjał, pozwalałaby zawrzeć w tym więcej treści ;/

OK, kończę smędzić, bo zaraz mi się włączy Cień mode ;)

 

Trzym się ciepło, Bello.

 

 

 

Ach, jeszcze do jednego muszę się odnieść:

U mnie albo dolny limit, albo górny, półśrodków nie uznaję ;)

Z tego co pamiętam, uznajesz jeszcze limit znacznie przekroczony ^^

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki za przeczytanie, Marcinie i Hrabio :) Cóż, zdaję sobie sprawę, że nie wszystko co napiszę będzie się podobać, ale eksperymentować trzeba :)

Tekst wylądował w moim prywatnym rankingu na szóstym miejscu. Co prawda o tę pozycję biło się sporo opowiadań, zdecydowałem wybrać Fismir z kilku powodów.

 

– Na plus na pewno duża dawka emocji zawarta w niewielkiej liczbie znaków. Kilka ciekawych pomysłów i bardzo satysfakcjonujące zakończenie. Długość jest odpowiednia, biorąc pod uwagę styl.

– Bohaterka (ta od obserwowania) może nie jest wybitnie charakterystyczna, ale dobrze dobrana do swojej roli. Obserwuje i opowiada – przekazuje emocje, ale głównie nie swoje. Druga bohaterka (planeta) wypada jeszcze lepiej.

– Styl na pewno z wyższej półki. Pod tym względem opowiadanie trafia do ścisłej konkursowej czołówki. Te „obojętne” zdania czasem kleją się naprawdę ładnie.

– Motyw konkursowy widoczny i oryginalny. W niektórych tekstach był bardziej wyeksponowany, ale tutaj na pewno nie jest doczepiony na siłę.

Serdecznie dziękuję Perruxie za głos i analityczny komentarz!

Jaaa, Solaris z trawą.

Bardzo delikatne i przyjemnie się czyta.

Rzeczywiście robi się smutno na myśl o świadomej planecie, choć zupełnie nie ruszyła mnie narratorka.

Przypadła mi do gustu ta delikatna, powolna, monotonna narracja, bo grzebię trochę w tych legendach i ta jest taką miła przerwą od akcji ;)

 

Pomarudziłabym, że wolę wielkie organizmy nie zwracjące uwagi na człowieka, ale wtedy widze to wielkie, smutne oko Fismir i trudno marudzić.

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Pomysł jest jednym z najciekawszych konceptów konkursu. Eksperyment z intelignetną planetą… Dobre.

Ale otrzymał mało wyrazistą bohaterkę i szczątkową fabułę, przez co jego potencjał nie został wykorzystany. 

Ladnie napisane, ale z wymienionych powodów wrażenia nie robi.

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Serdecznie dziękuję za przeczytanie i skomentowanie :) Wybranietz (nie odmienia się, żeńskie zakończone na spółgłoskę, deklinacja jak Wenus (i Fismir;), nie?), komentarz “Solaris z trawą” dał mi do myślenia. No i dopiero teraz przyszło mi do głowy, że wszak mogłam zrobić: “Smutne oko Fismir zgaśnie, ale możesz je uratować! Jeszcze 20… 19… 18… punktów brakuje do ocalenia!” ;D

Zarzuty o bohaterce pozostającej w tle się powtarzają, ale taki był koncept. Gdyby więcej mówiła o sobie niż o Fismir i jej mieszkańcach, to wyleciałaby z “roboty” ;)

Ja siebie nie odmieniam (bo w ogóle wołaczy nie lubię), ale jak czasem widzę, co mi tu z tym nickiem wyczyniają, to aż strach ;)

Solaris z trawą był pierwszym wrażeniem, jak tę pędy wyskoczyły z ziemi. Potem to już bardzo ludzka była ta planeta.

 

Można jeszcze wrzucać zdjęcia smutnych piesków. Szantaż emocjonalny sprawdzony w wątku z prośbą o betę ;)

Damn, spartaczyłam sprawę.

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Nowa Fantastyka