- Opowiadanie: Mełko Gomułko - Uczeń kriomanty

Uczeń kriomanty

Cześć! Jestem Krzysztof, ostatnio napisałem pierwsze opowiadanie, którego akcja rozgrywa się w świecie przedstawionym mojego autorstwa. Po kilku miesiącach niepewności uznałem, że najlepiej będzie jeśli opublikuję je tutaj, mam nadzieję, że przypadnie ono społeczności Nowej fantastyki do gustu. Jeżeli tak się stanie planuję regularne publikowanie opowiadań osadzonych w tym samym uniwersum. Bez zbędnego przedłużania zapraszam do lektury.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Uczeń kriomanty

Uliczki Ebbim oświetlały wysokie naftowe latarnie. Pomimo późnej nocy elfie miasto wciąż żyło. Ulicami spacerowało wielu przechodniów, z karczm i zajazdów dobiegały śmiechy i skoczna muzyka, a z zamtuzów stłumione westchnienia. Jedną z uliczek szły dwie zakapturzone postacie. Po kurzu i błocie pokrywających ich odzież można było stwierdzić, że są w drodze od kilku dni. Wędrowcy mijali kolejne przybytki aż zatrzymali się pod największą i najbardziej ekskluzywną karczmą po tej stronie miasta. Z szyldu spoglądał na przybyszów złośliwie uśmiechnięty satyr. Poniżej wyryta była elfickimi runami nazwa przybytku: „Pod pijanym kozłem”. Podróżnicy nie zapukali jednak do drzwi frontowych, wiedzieli, że o tej porze wszystkie stoliki będą zajęte. Zamiast tego obeszli karczmę i zapukali do tylnych drzwi. Po chwili otworzyła im młoda kobieta o wyglądzie kelnerki. Była drobnej budowy, nosiła prosty typowy dla swojej profesji fartuch. Miała pociągłą twarz elfiej urody, z której wyrastały krótkie rogi. Jej drobne usta raczyły niespodziewanych gości zakłopotanym uśmiechem. Rude włosy uczesała w piękne krótkie loki. Piwne oczy wpatrywały się pytająco w przybyszów, a długi zakończony pędzlem ogon kołysał się oczekująco. Nie miała jednak kopyt co oznaczało, że nie była faunem czystej krwi, a animorfą. Istotą powstałą na skutek krzyżowania ras.

 – Dobry wieczór powiedziała kelnerka. – Obawiam się,że zabrakło dla panów miejsc, przyjdźcie rano.

 – A nie znalazłoby się miejsce dla starych przyjaciół? – Rzekł wyższy z przybyszów.

Jego głos przypominał nieco chłodny wiatr podczas ostatnich dni jesieni. Animorfa przyjrzała mu się uważniej. Zza kaptura można było dostrzec zadbaną, krótko przystrzyżoną, czarną brodę i przenikliwie błękitne oczy spoglądające na nią pytająco.

 – Zaczekajcie chwilę. – Powiedziała animorfa, po czym zamknęła drzwi i zniknęła w środku. Po chwili wróciła wraz z karczmarzem – Wysokim, dobrze zbudowanym faunem, o nieco dzikim spojrzeniu. Jego twarz naznaczało kilka starych blizn, a końcówka jednego z jego wielkich rogów była ucięta. Zapewne od ciosu miecza lub topora.

 – Przychodzicie panowie – zabeczał karczmarz, obawiam się jednak, że zdania nie zmieniłem i nie zmienię. Rozumiem, że Brechen źle znosi odmowę, ale mnie tu dobrze. Także sądzę, że już chyba najwyższy czas abyście się…

Nieznajomy  – ten który wcześniej rozmawiał z kelnerką zdjął kaptur.

 – Siward? – Zabeczał zdziwiony karczmarz.

 – Witaj Thorgalu – Przywitał się mężczyzna.

Miał przystojną, pociągłą twarz, krótkie, ciemne włosy wygolone na skroniach i drobny nos. Jego przenikliwe, błękitne oczy z rozbawieniem spoglądały na potężnego karczmarza, a usta rozciągały w czymś co miało być uśmiechem. Był wysoki jak na człowieka, zaledwie kilka cali niższy od fauna. Płaszcz który nosił był w bardzo złym stanie. Nie zmywany od tygodni bród nadał mu zapewne wodoodporność, a może nawet utworzył naturalny pancerz. Nosił także wysokie jeździeckie buty, ręce chroniły proste skórzane rękawiczki pozbawione palców.

 – Widzę, że ostatnimi czasy niepokoją cię nieproszeni goście – Ciągnął. – Mam nadzieję, że znajdzie się dla nas miejsce.

 –Oczywiście – Wybełkotał Thorgal, ściskając wyciągniętą ku niemu prawicę.

 – No proszę, plotki nie kłamały, witaj Książe! – Zabeczał faun po czym ukłonił się przesadnie nisko.

Towarzysz Siwarda zdjął kaptur ukazując swe oblicze. Miał trójkątną twarz, jasnobłękitne oczy, równie niesamowite co jego mistrz i zadarty nos. Głowę porastały mu piękne nieskazitelnie srebrne włosy zapięte w kucyk. Prawe szpiczaste ucho zdobił mały, zrobiony ze srebrzystego metalu kolczyk. Był o głowę niższy od fauna, aczkolwiek dość wysoki jak na swój wiek. Ubrany był bardzo podobnie do swojego mistrza, włączając stan odzieży.

 – Witaj kapitanie. – Przywitał się.

 – Kiedy jest ze mną nie musisz, a nawet nie powinieneś tytułować go księciem. Keth ma sporo złych nawyków których musi się wyzbyć jeżeli chce zostać jednym z nas.

 – Prawda – odparł Thorgal. – Wejdźcie znajdę dla was miejsce przy szynkwasie i pogadamy.

W głównej Sali karczmy panowała swojska atmosfera. W centrum znajdowało się palenisko z rożnem przy którym uwijał się elfi kucharz, w kącie kilka animorfów i faunów obu płci grało na fletach skoczną melodię, a mocno pijani już goście walili kuflami w rytm muzyki.

 – Ładna karczma – stwierdził Siward. – Widać, że włożyłeś dużo wysiłku w prowadzenie tego przybytku.

 – Zgadza się. – Odrzekł Thorgal. – Wolę to zajęcie od bycia kapitanem straży. W tym fachu istnieje o wiele mniejsza szansa na zostanie zadźganym. – Zachichotał.

 – Cóż, nie spodziewałem się takich słów od bohatera wojennego i jedynego stworzenia, które jest w stanie dotrzymać tempa w piciu Brechenowi Srebrzystogłowemu, królowi Eleniwaldu.

Thorgal zarechotał głośno. Jego śmiech przypominał bardziej ryk jelenia niż cokolwiek innego, ale mimo to Siward przyłączył się do niego.

– Widzę, że humor się ciebie trzyma. – Zauważył Thorgal.

– Daerie, przynieś trzy antałki piw. – Zawołał do kelnerki która otworzyła im drzwi. – Daaren podaj nam trochę tego kozła. – Krzyknął do kucharza.

– Coś ty taki małomówny? – Spytał się Siward ucznia. – Nie odezwałeś się odkąd przybyliśmy do Ebbim.

– Obiecałeś ojcu, że będziesz mnie szkolił, tymczasem ciągniesz mnie po karczmach zamiast uczyć zabijać umarłych. – Odparł z wyrzutem.

Thorgal roześmiał się.

– Oj widzę, że ciężki twój los Siwardzie, zostałeś obdarzony wyjątkowo niecierpliwym i skorym do bitki uczniem. Powiedz jak to się stało, że stał się twoim uczniem. Fornir od dawna zaklinał się, że nie dopuści abyś szkolił jakiegokolwiek adepta.

– Wpadliśmy w odwiedziny do Króla i co tu dużo mówić napiliśmy się. Brechen jak to miał w zwyczaju zaproponował zakład. Jeśli Fornir go przepije, otrzyma miecz, a Kheta wyszkoli ktoś inny. Po kwadransie nasz dzielny przywódca leżał pod stołem, wtedy król uśmiechnął się, wręczył mi miecz i oddał jedynego syna na ucznia.

– Stary dobry Brechen. – Zaśmiał się Thorgal. – Chyba pozostanę jedyną istotą która dała radę królowi w jego zawodach.

Uśmiechnął się patrząc na wiszącą nad szynkwasem wielką dwuręczną buławę.

 – Pokaż mi ten kosior. – Zachęcił go faun.

Siward sięgnął przez ramię i zdjął pas z bronią, po czym wręczył przyjacielowi. Thorgal wysunął na kilka cali ostrze z pochwy.

– Hmm, piękny bastard. – Ocenił. – Z pewnością kuciem zajęły się krasnoludy. Jest lekki i bardzo ostry, zetniesz nim niejeden przegniły łeb.

Miecz jaśniał białym światłem jakby zapewniając, że nie zawiedzie swojego dzierżyciela w potrzebie. Faun kontynuował podziwianie ostrza, tymczasem Daerie postawiła na stole piwo, tacę z kozłem, oraz trzy spore kufle. Po ich rozmiarze można było stwierdzić, że Thorgal nie wypadł z wprawy. Karczmarz odłożył miecz po czym rozlał piwo. Najpierw księciu, a na końcu sobie.

Wypijmy za spotkanie. – Wybeczał

– Zaczekaj chwilę. – Powstrzymał go Siward. – Najpierw Khet musi pokazać czego się już nauczył.

– No chłopcze pokaż mi największą zaletę bycia kriomantą. – Zachęcił go Thorgal.

Khet uśmiechnął się lekko po czym dotknął kufel który powoli pokrył się cienką warstwą lodu. Siward zrobił to samo z kuflem Thorgala i swoim, z tą różnicą, że ich kufle zamarzły znacznie szybciej.

Mistrz kiwnął głową z aprobatą po czym wzniósł kufel do toastu

– Wypijmy!

 – Wypijmy za stare czasy. – Zabeczał Thorgal i jednym haustem opróżnił niemal połowę litrowego kufla.

– Coś mi się wydaje, że ostatnio niezbyt dobrze u ciebie z pamięcią przyjacielu, nie spodziewałeś się nas, tymczasem dwa dni temu otrzymałem od gońca takie zaproszenie. – Powiedział Siward wyjmując z kieszeni płaszcza wymiętą wiadomość.

Thorgal wziął od niego list i przeczytał na głos.

– Drogi Siwardzie! Nie widzieliśmy się już od dłuższego czasu. Pomyślałem, że warto byłoby nadrobić zaległości w towarzystwie. Odwiedź mnie w karczmie za dwa dni licząc od dzisiejszego. Thorgal. Obawiam się, że to ty masz problemy z pamięcią przyjacielu. To nie jest moje pismo, ale nie przejmuj się, jak na dwustuletniego człowieka jesteś wyjątkowo dobrze zakonserwowany.

– W takim razie kto napisał ten list? – Zaniepokoił się Siward.

– A czy to ważne? Spotkaliśmy się, więc ciesz się chwilą.

Czas płynął wolniej od piwa, w opróżnianiu którego bezkonkurencyjnie przodował Thorgal. Keth który odzywał się rzadko, tylko wtedy gdy został o coś zapytany, zaczął się rozglądać w poszukiwaniu jakiegoś pretekstu, aby choć na chwilę odłączyć się od nudnego towarzystwa.

– powiedz mi Siwardzie, czy dzieje się coś istotnego wśród Dzieci Ozzymandiusa?

– Wewnętrzny krąg zastanawia się nad połączeniem sił z paladynami.

– Rozumiem, że nadal jedynym arcymistrzem, który ich popiera jest Yohann płomienne serce.

 – Ostatnio dołączył do nas nowy brat, twierdzi, że pochodzi z północy i każe nazywać się Savus Gara

 – Dziadek mróz? – Zdziwił się Thorgal. – Jest to najgłupsze imię jakie kiedykolwiek słyszałem. – Dodał.

– Mhm, i wyobraź sobie, że od razu rzucił wyzwanie arcymistrzyni kriomantce Sakhe.

– I pokonał ją? – Zapytał z niedowierzaniem faun.

Zgadza się, zajął jej miejsce w wewnętrznym kręgu i jak się domyślasz popiera Yohanna i jego poglądy.

– A ty co o tym myślisz chłopcze?

– Mój ojciec nie przepada za paladynami, twierdzi, że nie podobają mu się ich metody, natomiast kiedy pytam się go jacy byli kiedyś zasępia się i milczy. – Odpowiedział adept.

Przez chwilę wszyscy trzej milczeli, przestali nawet pić piwo i raczyć się pieczonym kozłem.

 – Myślę Siwardzie, że byłbyś dobrym arcymistrzem. Fornir z pewnością kiedyś pozwoli ci dostąpić tego zaszczytu.

 – Niestety taką możliwość utraciłem już dawno sprzeciwiając się naszym zasadom, ustalonym zwyczajom oraz spiskowaniem. Fornir mógł mi częściowo przebaczyć i jest moim przyjacielem, to prawda, ale pozostaje upartym tradycjonalistą. Moje szanse na miejsce w wewnętrznym kręgu nadal są bliskie zeru. – Uśmiechnął się smutno.

Khet westchnął, minęła już prawie godzina i nie zanosiło się aby spotkanie zmierzało ku końcowi. Wręcz przeciwnie, wyglądało na to, że dopiero się zaczyna. Ponownie omiótł wielką salę wzrokiem, desperacko szukając jakiejś rozrywki. Nagle ujrzał małego człowieczka siedzącego w kącie sali,  grzechoczącego skórzanym kubeczkiem zapewne pełnym kości do gry. Niechybnie był to hazardzista. Człowieczek skończył trząść kubeczkiem i uderzył nim o stół, jego przeciwnik  – krasnolud o wyglądzie najemnika zrobił to samo. Po dłuższej chwili podnieśli kubki i hazardzista wziął spory stos monet, oraz dziwnie wyglądającą kuszę leżącą na środku stołu. Krasnolud powiedział coś gniewnie, walnął pięścią w stół po czym odszedł poirytowany. Z pewnością grali w kości kłamcy, Keth był mistrzem, grał na dworze swojego ojca i pokonał każdego, kto ośmielił się z nim zmierzyć. Raz udało mu się nawet przekonać Siwarda do gry. Wygrał oczywiście.

– Mistrzu mogę zagrać?

Siward rozejrzał się po Sali, po czym dostrzegłszy hazardzistę odparł:

– No nie wiem Khet, nierozważnym byłoby w tak głupi sposób roztrwonić pieniądze.

– Daj spokój – Zrugał go Thorgal. Tak chłopakowi smycz zacisnąłeś, że ledwo oddycha. Daj mu choć trochę luzu.

– No dobrze. – Westchnął Siward. – Bądź tak miły i nie przegraj wszystkiego jak ostatni idiota.

Khet uśmiechnął się, podziękował i raźnym krokiem ruszył w kierunku hazardzisty.

– W czym mogę ci pomóc przyjacielu?

Był drobny i chudy, miał szczurzą twarz, cienkie usta i chytre błyszczące oczy. Głowę porastały mu gęste tłuste włosy, brodę zaś rzadka szczecina.

– Mogę się dosiąść?

Człowieczek kiwnął głową. Khet usiadł naprzeciwko niego, po czym zrobiło mu się strasznie głupio. Podczas podróży mistrz zabrał mu kości, zrobił z siebie idiotę. Siward i Thorgal musieli pękać ze śmiechu.

– Chętnie bym zagrał, niestety nie mam swojego zestawu. – Wybąkał Khet.

– Nic nie szkodzi, mam zapasowy. – Powiedział hazardzista wręczając mu kubek z kośćmi.

– Nim rozpoczniemy, pokaż mi jakie masz monety.

Khet odpiął od pasa mały brzęczący mieszek, po czym wyjął z niego dość cienką, srebrzyście błyszczącą monetę. Hazardzista przyjął ją i uśmiechnął się szeroko.

– Amidana. – Stwierdził. – W końcu ktoś posługujący się walutą narodową.

– Sprawdźmy próbę monety. – Rzekł, po czym zbliżył monetę do ust i ugryzł ją lekko. Kształt jego zgryzu odbił się na monecie, a po chwili wróciła ona do pierwotnego stanu. Po zębach nie pozostał najmniejszy ślad. Hazardzista pokiwał głową z uznaniem.

 – Bardzo wysoka próba, jedna będzie warta jakieś pięć khostfeinów. – Stwierdził odliczając kwadratowe, pokryte dziwnymi znakami monety.

Khet uwielbiał kości kłamcy, w tej grze nie liczyło się, tak jak w zwykłych kościach, tylko i wyłącznie szczęście. Najważniejszy był spryt, umiejętność zwodzenia przeciwnika i ukrywanie emocji za kamienną twarzą. Celem gry było jak najtrafniejsze odgadnięcie liczby oczek przeciwnika, lub przyłapanie go na kłamstwie. Od wypitego wcześniej piwa kręciło mu się nieco w głowie, mimo to szło mu całkiem nieźle.

– Sprawdzam. – Zakomunikował.

– Niech to szlag zaklął hazardzista przesuwając ku niemu kolejny stosik monet.

– Widzę, że szczęście się ciebie trzyma przyjacielu, co byś powiedział na potrojenie stawki?

– To nie szczęście, lecz umiejętności. Obserwuj to może się czegoś nauczysz. – Odpowiedział kładąc na środku stolika kilka amidanów.

Od momentu potrojenia stawki dobra passa go opuściła. Zupełnie jakby ten niepozorny człowieczek rzucił jakiś urok. Nie minęła godzina, a stracił wszystkie pieniądze. Jedynym wartościowym przedmiotem jaki mu pozostał był rodowy pierścień, któremu hazardzista przyglądał się chciwie.

– Powiem tak, dam ci szansę na odkucie się. Stawiam wszystkie pieniądze jakie od ciebie wygrałem przeciwko temu pierścieniowi.

Keth zastanowił się chwilę. Szczęście hazardzisty musiało się już wyczerpać skoro pokonał go już tyle razy. Spojrzał na swój rodowy pierścień. Wykonany był ze stopu srebra i amidanu, z pewnością był o wiele więcej wart od pieniędzy które jeszcze nie tak dawno przyjemnie pobrzękiwały w pękatej sakiewce. Rozsądek kazał zrezygnować, ale instynkt mówił mu, że tym razem z łatwością pokona hazardzistę, odzyska pieniądze i nadwątloną godność.

– Dobrze. Coś mi się wydaje, że tym razem szczęście ci nie dopisze. – Odpowiedział w końcu z przekąsem.

 – Jasna i pieprzona cholera! – Zaklął Khet, kiedy hazardzista bez większych trudności rozpoznał jego blef.

 –Cóż, szczęście może mnie opuściło, ale nie mogę tego samego powiedzieć o umiejętnościach, więc wyciągnij z tego naukę. – Powiedział człowieczek uśmiechając się złośliwie i nieśpiesznie wychodząc z całym jego majątkiem.

Kurwa  – Pomyślał Khet. Kiedy Siward dowie się co zrobiłem to każe mi do końca życia polerować pancerz, a ojciec chyba mnie wydziedziczy. Muszę jakoś odzyskać ten pierścień. Rozejrzał się po Sali upewniając się, że Siward nie dostrzegł co się stało po czym wyszedł.

 

W Ebbim zaczęło się już przejaśniać. Wyglądało na to, że ktoś zapomniał uzupełnić paliwo w latarniach, więc uliczki tonęły w półmroku. Muszę się śpieszyć, za jakiś czas Siward dostrzeże moją nieobecność – Pomyślał. Wytężył wzrok i dostrzegł nieśpiesznie drepczącego hazardzistę. Podążył za nim, starając poruszać się jak najciszej. Zastanawiał się co zrobić. Z pewnością nie uda mu się przekonać hazardzisty do zwrócenia pierścienia ujawniając kim jest, kradzież również odpadała, nie miał pojęcia gdzie hazardzista schował pierścień, poza tym nie znał się na kieszonkostwie. Jedynym dobrym pomysłem, jaki przyszedł mu do głowy to zakraść się i ogłuszyć szulera, po czym zabrać pierścień. Modlił się, aby Siward nie zauważył jego zniknięcia.

Nagle człowieczek skręcił w jedną z bocznych uliczek i przyspieszył. Khet podążył za nim skracając dystans. Kiedy wszedł w uliczkę poczuł, że coś jest nie tak. Powietrze było mocno zatęchłe, czuć było odór rozkładu. Z mroku wyłonił się nagle wysoki mężczyzna odziany w podarte szaty. Towarzyszyły mu dwa groteskowe stworzenia, to one wydzielały ten smród. Wyglądały jakby ktoś pozszywał ze sobą kilka nadgnitych ciał. Ich ręce były nieproporcjonalnie długie w stosunku do reszty ciała, oczy puste i zamglone, głowy groteskowe i powykręcane o zbyt dużych żuchwach, w których roiło się od spiłowanych na kły zębów. Stworzenia te były zwane mięsnymi golemami, pozszywanymi resztkami gnijących zwłok. Mogły wyglądać jakby miały rozlecieć się po kilku krokach, ale w rzeczywistości były szybsze niż mogłoby się wydawać. Ich szpony były ostre jak brzytwy, a najmniejsze skaleczenie mogło za skutkować zakażeniem, śmiertelnym dla zwykłego człowieka. Nagle przypomniał sobie jedną z pierwszych nauk Siwarda. Słowa mistrza rozbrzmiały mu w głowie zupełnie jakby stał tuż obok niego, jakby cała sytuacja była niczym innym jak sprawdzianem jego umiejętności. Pamiętaj zawsze twoim prawdziwym wrogiem jest nekromanta, nie chodząca kupa mięsa, która go otacza. Zabij go a przekonasz się, że otaczające cię koszmary są niczym innym, jak kukiełkami w rękach lalkarza. Uśmiechnął się, nekromanta nie wyglądał na żwawego jeśli zareaguje natychmiast to cała sytuacja skończy się równie szybko jak się zaczęła. Sięgnął po miecz, lecz jego ręka natrafiła na pustkę. Przypomniał sobie. Kiedy przybył z mistrzem do miasta zostawił miecz i pancerz łuskowy w stajni. Zaklął szpetnie, cóż palił się do pierwszego spotkania z prawdziwym przeciwnikiem, a wyglądało na to, że jego dni jako uczeń kriomanty dobiegły końca.

Karczma już prawie opustoszała. W sali zostali już tylko stali bywalcy i ma się rozumieć Thorgal z Siwardem, za zaproszeniem przysiadła się do nich Daerie. Mocno pijani muzykanci okrutnie fałszowali zamiast grać, co na szczęście mocno pijanym już gościom nie przeszkadzało.

 – No dalej, pokaż Daerie ten miecz, nie daj się prosić. – Zachęcał go Thorgal.

 –To nie jest dobry pomysł. Dużo wypiłem, a to ostrze jest ostre jak twoje żarty po pijaku.

 –Coś takiego. – wybełkotał Thorgal. – Ja myślę, że to wymówka. Patrz go Daerie, zaręczył się i teraz siedzi, i boi się miecz pokazać. – Roześmiał się głośno zupełnie jakby opowiedział znakomity dowcip.

 –Coś cię trapi? – Spytał się Siwarda. Zrobiłeś się dziwnie małomówny odkąd skończyło się piwo.

 – Dziewięć lat, tyle czasu minęło odkąd powróciłem z wygnania. W tym czasie zrobiłem znacznie więcej niż niejeden gevenejari w ciągu swojego całego życia. Jestem najpotężniejszym kriomantą, jaki kiedykolwiek żył, jednakże Fornir, mój przyjaciel stojący na czele cholernego wewnętrznego kręgu, odmawia przywrócenia mi pełnych praw i przywilejów. – Wybełkotał tonem świadczącym o wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu.

 –Panie … . –Odezwała się Daerie po raz pierwszy.

 –Żaden to pan. – Przerwał jej Thorgal. – Jesteś w gronie przyjaciół rozluźnij się dziewczyno.

 – Czyż nie przebaczył ci na tyle, aby przyznać ci ucznia? – Spytała się odważnie.

 – Na Ozzymandiusa! Ten chłopak jest najgorszym uczniem jakiego miałem! Prawda, jest utalentowany, ale brak mu dyscypliny, poza tym dochodzi jeszcze ta jego arogancja. Nagle wstał wziął ręce pod boki i zagrzmiał:

 – Stój niecnoto! Będzie lepiej jak złożysz broń  – jam jest Khet Srebrzysto grzywy, książę Eleniwaldu, syn Brechena Srebrzystogłowego, uczeń legendarnego Siwarda, nietytułowanego arcymistrza kriomanty.

 –Zaiste.  –Zaśmiał się Thorgal. – Powiało grozą tak bardzo, że nekromanta nie ma innego wyjścia jak zesmrodzić się w gacie i błagać o litość.

Daerie zaczęła chichotać, lecz momentalnie przestała.

 –Mówię wam, ostatnio. – Zaczął.

 – Siward. – Przerwała mu.

 – Czekaj, tylko dokończę. – Wybełkotał czerwony na twarzy od wypitego piwa.

– Khet gdzieś zniknął.

– Co!? Jasna cholera! Kiedy?

– Jak zacząłeś żartować to jeszcze tu był, kiedy się odwróciłam już go nie było.

Siward zaklął szpetnie i sięgnął po broń.

– Zaczekajcie tutaj. – Nakazał przyjaciołom.

– Hej! Dokąd idziesz? Jesteś pijany, poza tym nie masz na sobie pancerza.

Nie odpowiedział, przewiesił pas z mieczem przez plecy i ruszył szybkim krokiem ku wyjściu. Z trudem dostrzegł Kheta znikającego w jednej z bocznych uliczek. Kiedy Daerie zauważyła jego zniknięcie przypomniał sobie o liście z zaproszeniem, rzekomo od Thorgala. To musiała być pułapka. Ktoś podstawił hazardzistę wiedząc o skłonności jego ucznia do kości. Pytanie tylko kto. Szedł dalej chwiejąc się lekko i przeklinając głupotę Kheta.

Ostatnie czego mi trzeba to dać się zeżreć po pijaku przez hordę ożywieńców – Pomyślał.

Zastanawiał się gdzie do cholery podziały się nocne patrole straży miejskiej. Po chwili znalazł odpowiedź, na zbroczonym krwią bruku leżał na plecach kapitan straży miejskiej. Jego kolczuga była cała we krwi. Podszedł bliżej, cięcie pazurów rozorało kolczugę oraz kręgosłup nieszczęśnika. Zginął na miejscu, nawet nie zdążył wyciągnąć broni. Fakt ,że amidan zawarty w kolczudze jeszcze nie naprawił pancerza świadczył, że zginął niedawno. Reszty oddziału nie było widać, musiał się mieć na baczności. Nagle poczuł obezwładniający odór zgnilizny. Szybko schował się za ścianą jednego z budynków i wyjrzał ostrożnie. Khet był otoczony, drogę ucieczki blokowały mu dwa mięsne golemy, a dwa kolejne osłaniały nekromantę. Adept sięgnął po miecz lecz jego ręka natrafiła na pustkę. Siward westchnął cicho, cóż trzeba będzie wbić chłopakowi do głowy kilka zasad. Jeżeli to przeżyją oczywiście. Nagle Khet zdecydował się na działanie, z jego palców wystrzeliła jasnobłękitna błyskawica mknąc w kierunku nekromanty. Nie spodziewał się tego, momentalnie jego brzuch pokrył się szronem , a następnie rozkruszył. Wnętrzności chlupnęły na bruk niczym wielkie szkarłatne robaki. Siward był pod wrażeniem, wyglądało na to, że jest jednak nadzieja dla jego niesfornego adepta. Jednak coś było nie tak, mięsne golemy stały i miały się dobrze. Siward wyciągnął z sykiem miecz z pochwy i popędził na pomoc uczniowi. W biegu wystrzelił mroźną błyskawicę celując w najbliższą abominację. Łeb stwora momentalnie pokrył się lodem i rozprysł na setki kawałków niczym drogocenna, starożytna waza. Khet rozpaczliwie unikał ataków pozostałych monstrów. Nagle z dachu zeskoczył najohydniejszy mięsny golem jakiego Siward w życiu widział. Stworzenie było połączonymi ciałami ludzkimi i wilczymi. Stało na długich wilczych łapach, wyliniały popękany tułów odsłaniał połamane żebra. Abominacja została obdarzona długimi łapami o ludzkich przegubach i palcach zakończonych imponującymi szponami. Najgorszy był łeb stwora. Do ludzkiej głowy przyszyta była wilcza żuchwa w której roiło się od ostrych kłów. Z pewnością to stworzenie odpowiadało za śmierć strażników. Ścisnął mocniej miecz bastardowy. Stwór zaatakował pierwszy, jego długie łapska dawały mu imponujący zasięg. Atakował z taką furią, że Siward unikał ciosów z najwyższym trudem. Tymczasem Khet zmaterializował w dłoni niewielki lodowy kolec i zaczął odgryzać się atakującym go potworom. Dostrzegłszy okazję Siward chlasnął wilkoluda w pierś. Stwór nawet tego nie poczuł i ponownie zaatakował. Nagle Khet padł raniony w nogę. Zamiast dobić rannego mięsne golemy rzuciły się kupą na Siwarda. Sytuacja nie wyglądała najlepiej. Od wypitego piwa kręciło mu się w głowie, a wściekłe ataki uniemożliwiały mu skuteczne użycie błyskawicy. Ujął miecz w jedną rękę i skupił się, jego przedramię pokryło się cienką acz wytrzymałą warstwą lodu. Oblodzoną ręką zablokował nadlatujący cios i z dekapitował pierwszego przeciwnika. Wilkolud dostrzegając okazję ominął jego gardę i drapnął go w czoło. Siward stęknął i całej siły zdzielił stwora w pysk, lód eksplodował z suchym trzaskiem odrzucając makabrycznie wyjącego stwora w tył. Nieoczekiwanie kolejny mięsny golem padł, z jego przegnitego czerepu wystawał lodowy kolec.

 – Jesteś cały? – Spytał się Siward rozpłatując ostatniego mięsnego golema.

 – Mistrzu uważaj. – Krzyknął Khet ostrzegawczo.

Było jednak za późno, z dachu zeskoczył kolejny wilkolud mierząc szponami w plecy Siwarda. Kriomanta upadł na ziemię, jego miecz z brzękiem potoczył się po bruku, mógł tylko patrzeć jak pierwszy wilkolud podnosi się, ogłusza Kheta, po czym przerzuca go sobie przez plecy i ucieka w noc. Czuł za sobą nadciągającą śmierć.

Nie w ten sposób. – Pomyślał. Dotknął bruku z którego wyrósł długi sopel lodu, podciął nacierającej bestii nogi i pchnął ją na niego. Z obrzydliwym chrupnięciem czerep mięsnego golema utknął w lodowej pułapce. Z trudem wstał. Czuł ciepłą krew spływającą mu po plecach, zakaszlał krwią i rozejrzał się za mieczem. Nagle ciało martwego akolity zadrżało, po czym podniosło się z ziemi. Trup odwrócił się i depcząc po własnych flakach ruszył w jego kierunku. Dostrzegłszy miecz szybko go podniósł i przygotował się do odparcia przeciwnika. Ból w poranionych plecach spowodował jednak ,że opadł na jedno kolano. Usłyszał w głowie drwiący śmiech, niosący się po jego umyśle niczym echo w pustej krypcie.

 – Doskonała walka. – Powiedział trup klaszcząc kpiąco i uśmiechając się paskudnie. Przez chwilę myślałem, że już po tobie ale i tak udało ci się wyjść prawie cało z sytuacji.

 –Kim jesteś? – Spytał się Siward bezskutecznie próbując wstać.

 –Ty mnie nie pamiętasz ale ja ciebie owszem. – Rozbrzmiało gniewnie w jego głowie.  – Oszukałeś mnie i mojego przyjaciela podstępnie obiecując schronienie i pomoc, chciałeś nas wydać paladynom na tortury i mękę. Jestem Lothar Czarny, przyszedłem tu po zemstę.

 – Czego ode mnie chcesz?

Wrażenie nekropatii było paskudne, jakby wsadził głowę w rozkopaną mogiłę. Musiał jednak wytrzymać i wysłuchać tej gnidy do końca.

 – Jeśli chcesz jeszcze zobaczyć księcia srebrzystołbego spełnisz moje żądania. Zginiesz, następnie twój przyjaciel przekaże ciało jednemu z moich sług, mało uszkodzone. Spędzisz ze mną całe życie po życiu chwiejąc się jako jeden z wielu ożywieńców. – Powiedział Lothar kończąc tryumfalnym rechotem.

Siward miał dość, jednym cięciem oddzielił głowę trupa od reszty ciała i rozdeptał ją przerywając zaklęcie.

 

 – To się cholera porobiło . – Podsumował Thorgal wysłuchawszy relacji przyjaciela. Siward westchnął. Kiedy wrócił do karczmy zakrwawiony, ledwo stojący na nogach Thorgal wyprosił resztę gości, a Daerie zajęła się jego ranami. Cóż przynajmniej nie były fatalne, w przeciwieństwie do sytuacji w której się znalazł.

 – Co zamierzasz? – Spytał go faun.

 – Cóż nie mam pojęcia gdzie może ukrywać się Lothar. Jak sam mówiłeś nie znasz tego hazardzisty, a był to jedyny trop którym mogłem podążyć.

 – Chyba nie zamierzasz się zastosować do warunków tej gnidy? – Spytała się Daerie opatrując ranę na plecach.

 – Niestety moje możliwości są bardzo ograniczone. Wychodzi na to, że udam się do Cesarstwa szybciej niż planowałem. – Powiedział nienaturalnie spokojnie.

Zamierzasz uciec niczym tchórz? – Spytał się go Thorgal z niedowierzaniem.

Siward milczał. Krew z ran na plecach i głowie powoli skapywała na podłogę wsiąkając w słomę którą wyściełane było klepisko . Gdyby Siward był zwykłym człowiekiem pewnie w tym momencie sługi Lothara niosłyby go do jakiejś mrocznej kryjówki, gdzie spotkałby go los po tysiąckroć gorszy od śmierci. Perspektywa służenia nekromancie przez wieczność nie była zbyt kusząca. Podobnie jak podwinięcia ogona i ucieczka. Jednakże Siward nie był bohaterem, dokonał wielu chwalebnych czynów, ale nie zamierzał się poświęcić dla swojego adepta. Bohaterowie żyją krótko, prędzej czy później ich poczucie prawości zmusza ich do najwyższego poświęcenia. Jesteś półbogiem Siwardzie, twojego życia nie może zakończyć upływ czasu, nie umieraj na próżno. Lecz jeśli śmierć jest nieunikniona, Spraw byś zginął krwawiąc z tysiąca ran, z setką przeciwników u twych stup. Niech śpiewają o tobie pieśni  – Powiedział mu kiedyś ojciec kiedy sam był adeptem. Z zamyślenia wyrwała go Daerie.

 – Ten nekromanta Lothar, wspominałeś, że już go kiedyś spotkałeś. – Rzekła pytająco wklepując mu w ranę na plecach maść o ostrym, ziołowym zapachu.

 – Na razie nigdzie się nie wybieram. – Westchnął. – To było dwa lata temu w Veszcie, arcyaeromanta Fornir w porozumieniu z naszym królem Brechenem powierzył mi ważne zadanie.

 

 

Ludzkie miasto leżało niedaleko granicy królestwa Eleniwaldu  – ojczyzny elfów i siedziby gevenejari. Powiedzieć ,że Siward go nie lubił, to tak jakby stwierdzić ,że gówno nie jest szczególnie smaczne. Układ budynków, brudne uliczki i cuchnące rynsztoki potrafiły doprowadzić każdą cywilizowaną istotę do rozpaczy. Zaklął szpetnie kiedy jeden z mieszkańców nieomal wylał na niego miskę pomyj. Odkąd wkroczył do slumsów towarzyszyło mu paskudne wrażenie ,że ktoś za nim podąża. Obicie ryja kolejnemu rzezimieszkowi to ostatnia rzecz na jaką miał ochotę. Na szczęście bez dalszych incydentów dotarł do opuszczonego magazynu. Rozejrzał się dokładnie. Jeśli ktoś go śledził to najwyraźniej dał sobie spokój. Podszedł do drzwi i zapukał trzy razy. Odpowiedziała mu cisza, westchnął.

 –No dalej nie mam całego dnia. – Zaburczał zniecierpliwiony.

Ze środka dobiegała stłumiona rozmowa.

 –Czy to na pewno ten?. – Usłyszał jednego z ukrywających się.

 – To może być podstęp paladynów wynośmy się stąd.

 – Zaczekaj tu Lothar sprawdzę. – Odpowiedział ten pierwszy.

 –Macie świadomość, że was słyszę? – Spytał się ich poirytowany.

 –Nim cię wpuścimy udowodnij nam, że jesteś wysłannikiem elfiego króla.

Siward westchnął rozpiął płaszcz ukazując łuskowy pancerz z amidanu, każdy gevenejari taki nosił. Jego rozmówca odetchnął z ulgą. Szczęknęła zasuwa i drzwi uchyliły się z głośnym piskiem nienaoliwionych zawiasów. Otworzył mu młody chłopiec, co najwyżej szesnastoletni. Stanowił raczej przeciwieństwem zdrowego człowieka. Był gruby i przygarbiony, o przetłuszczonych włosach i wystraszonym, rozbieganym spojrzeniu. Siward zaklął w myślach. Zazwyczaj arkana wiedzy zakazanej studiują doświadczeni już w innych dziedzinach magii mistrzowie. Tacy którzy mają na tyle rozsądku by wybrać lepszą kryjówkę niż rozpadający się magazyn w samym sercu slumsów. Adepci zainteresowani nekromancją rzadko kiedy mają na tyle rozumu by opuścić miasto na czas.

 – Czekasz na specjalne zaproszenie? No dalej bierz tobołek i w drogę. – Ponaglił chłopca.

Grubas stał i wpatrywał się w Siwarda zaczerwieniony. Najwyraźniej zbyt zdenerwowany żeby podjąć jakiekolwiek działanie.

 – jak ci na imię?

 – Drax. – Wybełkotał grubas

 –Jestem Siward, dopóki będziesz trzymać się blisko mnie nic ci nie grozi. – Zaczął kładąc rękę na ramieniu adepta. – Posłuchaj mnie chłopcze. Musimy się stąd wynosić czym prędzej, paladyni mogą się tu zjawić w każdej chwili. Idź po swojego towarzysza i w drogę.

 – Gdzie zamierzasz nas zabrać? – spytał się go drżącym głosem.

 – Udamy się do Królestwa Eleniwaldu, tamtejszy władca nie karze ćwiartowaniem za dociekliwość. O ile okażecie się godni staniecie się naszą tajną bronią przeciwko nekromantom.

Draxa wyraźnie to uspokoiło, lecz zanim zdążył się ruszyć dobiegł ich potężny głos.

 – Słudzy boga śmierci poddajcie się a zostaniecie sprawiedliwie osądzeni. Stawcie opór a wytniemy was. Wybór należy do was.

Siward kojarzył ten donośny, chrapliwy głos. Jego właściciel nie był mu bratem, prawdę mówiąc nie życzył mu najlepiej.

 – Jest stąd jakieś tylne wyjście?

Grubas pokiwał głową.

W takim razie wynoście się stąd jedźcie na wschód. Nie zatrzymujcie się dopóki nie przekroczycie granicy.

Drax posłusznie pobiegł w kierunku schodów, nie oglądając się za siebie.

Siward zdjął płaszcz i rzucił go na ziemię  – Nie był mu już potrzebny. Upewnił się czy miecz gładko wychodzi z pochwy, zaklął i otworzył drzwi.

Przed magazynem czekał mały oddział: Tuzin knechtów z kuszami gotowymi do strzału, dwóch wysokich mężów odzianych w zbroje płytowe. Po grawerunkach na pancerzu i biało złotej emalii Siward stwierdził, że muszą być paladynami. Przewodził im mężczyzna w łuskowym pancerzu z amidanu, podobnym do jego. Był wysoki, niewiele niższy od Siwarda, jego głowę porastała rzadka szczecina. Twarz naznaczały drobne blizny podkreślające ostre jak u posągu rysy. Z tuniki szlachcica spoglądał na kriomantę wyszyty złotymi i czerwonymi nićmi raróg na tle płonącego serca. Mężczyzna był nikim innym jak niesławnym Yohannem płomienne serce, Arcypiromantą Dzieci Ozzymandiusa. Siward zaklął pod nosem. Jego obecność znacznie pogarszała sytuację. Byłby w stanie przepędzić paladynów bez większego wysiłku, być może bez rozlewu krwi. Szanse kriomanty spadły niemal do zera. Yohann miał znacznie wyższą pozycję od niego wśród Dzieci Ozzymandiusa, ponadto pełnił funkcję komtura w zakonie Ubogich Rycerzy Armagiona. Niektórzy twierdzili, że jest on jednym z powodów dzięki którym paladyni i gevenejari nie skoczyli sobie do gardeł, inni uważali go za zdrajcę. Siward zaś uważał go za niebezpiecznego fanatyka który prędzej czy później zacznie sprawiać kłopoty. Cóż nie pomylił się.

 – Śledziłeś mnie . – Rzucił Siward z wyrzutem.

 – Zgadza się ułatwiłeś nam robotę, zejdź nam z drogi abyśmy mogli ją dokończyć.

Siward ani drgnął. Patrzył Yohannowi prosto w oczy. Na jego twarzy malowała się determinacja i opór. Musiał jedynie przedłużyć tę szopkę, a być może wykona zadanie.

 – Obawiam się, że nie mogę wam na to pozwolić. Mam rozkazy od Fornira i króla Brechena. Ci Chłopcy mają trafić do Królestwa Eleniwaldu gdzie zostaną wyszkoleni. Będą naszą tajną bronią przeciwko nekromantom.

 – Fornir zamierza zwalczać ogień ogniem. Cóż w tym przypadku cholernie się pomylił. Wywoła jedynie większy pożar zdolny pochłonąć nas wszystkich. Powinien wysłuchać mojej rady, nikt nie kontroluje pożogi jak ja.

 – Aby zniszczyć wroga musimy w pełni go poznać, okiełznać jego moc, zrozumieć jego mocne strony i słabości. Tylko wtedy odniesiemy ostateczne zwycięstwo.

 – Nie w przypadku tego wroga. Ci chłopcy jak ich nieopatrznie nazwałeś poderżną nam gardła przy pierwszej okazji. Poza tym ten spór nie ma znaczenia Veszta podlega naszej jurysdykcji. Ostatnie ostrzeżenie, wynoś się stąd albo dojdzie do rozlewu krwi.

 – Z pewnością nie tylko mojej odpowiedział i wyciągnął z sykiem miecz.

W odpowiedzi paladyni uczynili to samo, a kusznicy przyłożyli kolby do ramion wstrzymując oddech.

 –Siwardzie bądź rozsądny walcząc z nami nie osiągniesz nic prócz własnej śmierci, odsuń się nekromanci i tak zginą bez względu na to co zrobisz.

 –Yohannie to co robisz jest zdradą, bezpośrednio ingerujesz w interesy Dzieci Ozzymandiusa. Jesteś w wewnętrznym kręgu do cholery, nadeszła pora abyś wybrał stronę.

 –Ty?! nazywasz mnie zdrajcą, Ty?! który spiskowałeś przeciwko Fornirowi, przeciwko naszym zwyczajom utrwalonym przez wieki. Te słowa płynące z ust takiego arcyzdrajcy jak ty brzmią śmiesznie.

 – Starczy tego absurdu. – Wtrącił się jeden z paladynów. – Zejdź nam z drogi kriomanto albo i ciebie będziemy musieli…

Rozdzierający, pełen rozpaczy i bólu wrzask przerwał jego wystąpienie.

Korzystając z rozkojarzenia paladynów Siward odwrócił się i popędził w kierunku drzwi. Szczęknęły cięciwy. Przewidział to, w biegu schylił się i musnął grunt.

W miejscu które dotknął, tuż przed drzwiami wyrosła gruba tafla lodu w którą bełty wbiły się z suchym trzaskiem. Usłyszał przekleństwa paladynów, taka bariera nie zatrzyma ich na długo. Tamten wrzask nie wróżył nic dobrego. Miał nadzieję ,że nie należał do żadnego z adeptów. Wstrzymał oddech i chwycił miecz oburącz gotowy do walki. Lodowa bariera załamała się i rozlała pod wpływem magii Yohanna. Do magazynu wpadł knecht i wystrzelił. Bez większych trudności Siward odtrącił mieczem bełt i zanim przeciwnik zdążył wyciągnąć miecz przebił żołdaka na wylot. Zasłonił się ciałem nieszczęśnika przed kolejnym bełtem i wyrwał miecz rozcinając truchło. Brutalnie, na pokaz. Korzystając z terroru jaki wywołał pozbawił kolejnego knechta znacznej części głowy. Nagły błysk światła oślepił go wystawiając na śmiertelny cios. Szczęknęła cięciwa, tym razem nie zdołał nic zrobić. Czternastocalowy bełt przebił się przez admidanowe łuski i utkwił w jego boku. Siward krzyknął i wystrzelił błyskawicę w kierunku światła. Paladyn nawet tego nie poczuł, jasnobłękitny promień rozlał się po jego pancerzu wywołując co najwyżej miejscowe dreszcze.

No tak, na pancerzach tych skurwysynów były wyryte antymagiczne glify.  – Przypomniał sobie. Parując cios wyczarował bryłę lodu i roztrzaskał ją o hełm przeciwnika. Tak jak się spodziewał bryła eksplodowała w kontakcie z glifami ogłuszając paladyna. Korzystając z okazji chlasnął przeciwnika pod łokciem, gdzie chroniła go jedynie lekka kolczuga. Rycerz wrzasnął wypuszczając miecz. Siward kopnięciem obalił go na ziemię. Zanim dokończył dzieła jakiś zbrojny ciął go w ramię, tym razem łuskowy pancerz wytrzymał i cios który mógł pozbawić go ręki, okazał się jedynie skaleczeniem. Parując ciosy drugiego paladyna odtrącił miecz knechta i wbił mu zmaterializowany sopel lodu prosto w gardło. Nieszczęśnik zagulgotał i powoli osunął się na ziemię. Nagle z ręki paladyna wystrzelił nieskazitelny promień światła, godząc w pierś kriomanty. Odrzucając go do tyłu i powalił. Amidan zaczął powoli łatać dziurę odsłaniającą poparzoną pierś. Paladyn nie tracąc czasu rzucił się na niego i wrzeszcząc zalał go gradem ciosów które parował z najwyższym trudem. Jego własny miecz z każdym cięciem zbliżał się niebezpiecznie blisko jego twarzy. Na szczęście roztrzaskanie lodowej bryły o hełm ostudziło zapał przeciwnika. Nie tracąc czasu obalił rycerza i odsłonił mu wizurę. Paladyn patrzył się z przerażeniem na lodowy sopel gotowy zanurzyć się w jego twarzy.

 – Nie aj, aj litości. – Zaskowyczał

 – Starczy kurwa tego szaleństwa. – Zaryczał Yohann wchodząc do magazynu.

W jego głosie było coś co sprawiło, że Siward usłuchał. Dysząc ciężko zszedł z przerażonego rycerza i rozejrzał się. Pozostali knechci celowali do niego z kusz gotowi na wszystko. Ich drżenie było prawie nie zauważalne. Pierwszy paladyn posykiwał z bólu trzymając się za rozchlastane miejsce. Ten którego życie oszczędził wstał niezgrabnie na nogi i wycofał się pośpiesznie w kierunku knechtów.

 – Zabijcie go zabijcie. – Zawył piskliwie gdy stał już bezpieczny wśród knechtów.

Żołdacy popatrzyli się niepewnie na Yohanna i nie dostrzegłszy żadnej reakcji opuścili broń.

 – Co wy robicie?! Zastrzelcie go zastrzelcie. – Krzyczał dalej paladyn.

 – Powiedziałem, że wystarczy. – Powiedział twardo Yohann.

 – Lepiej sprawdźmy co spowodowało ten wrzask. – Zasugerował Siward.

Yohann dał znak swoim ludziom którzy pośpiesznie ruszyli w kierunku schodów. Siward podążył powoli za nimi przygotowując się na najgorsze. W piwnicy kilka metrów od klapy w podłodze leżał Drax. Jego ciało pokryte było czerwonymi pęcherzami. Z ust oczu i nozdrzy ciekła mu czarna substancja. Ciało zwinięte w pozycji embrionalnej świadczyło o bolesnej agonii.

 – Masz tu swoją broń przeciwko nekromantom. – Powiedział Yohann wskazując oskarżycielsko na trupa.

 – Bogowie czerwona śmierć zajęczał jeden z knechtów.

 – Sukinsyn nałożył klątwę, tędy za nim nie podążymy. – Odezwał się pierwszy z paladynów.

 – Zabiłeś mi ludzi i pozwoliłeś nekromancie uciec nie zapomnę ci tego, przysięgam. – Wycedził Yohann.

 – Nie to wy do tego doprowadziliście, gdybyście nie nadeszli zapobiegłbym temu wszystkiemu. To ty jesteś odpowiedzialny za śmierć swoich ludzi, za śmierć tego chłopca. Co więcej przez ciebie tamten adept stał się nekromantą, sami tworzycie sobie wrogów. – Odpowiedział mu Siward lodowatym tonem. – Kiedy wrócę do Eleniwaldu Fornir dowie się o twojej zdradzie i odpowiesz za wszystko, to koniec.

 – Twoje słowo jest gówno warte. Jesteś nikim, ja zaś jestem członkiem wewnętrznego kręgu, arcypiromantą. – Odpowiedział Yohann i zaśmiał się okrutnie.

 – Mam tego świadomość, na szczęście jest jeszcze próba walki.

Śmiech Yohanna urwał się, jakby od uderzania katowskiego bicza.

 – Kiedy wrócisz do Eleniwaldu Ozzymandius mi świadkiem, wymaluję tobą posadzkę sali pojedynkowej. Wszystkie twoje kłamstwa i matactwo wyciekną z ciebie jak gówno z przepełnionego szamba i poniesiesz zasłużoną karę.

Przez dłuższą chwilę Yohann wpatrywał się w Siwarda. Jego twarz nie zdradzała śladów emocji.

 – Uważaj czego sobie życzysz. Może wyjść tak, że wszystko spełni się na opak. Powiedział ostrzegawczo po czym dał znak swoim ludziom do wyjścia.

Siward stał patrząc na wymaszerowujących fanatyków. Był zły, adrenalina opadła i rana zaczęła dawać o sobie znać. Kiedy ostatni wojownik wyszedł wyszeptał cicho:

 – Nie mogę się doczekać.

 

W Ebbim już świtało. Miasto powoli wybudzało się z koszmaru, równie przerażającego na jawie co w letargu. Śmierć poniosło znacznie więcej niż kilku gwardzistów. Mięsne golemy zabiły każdego kto im się nawinął pod szpony. Każdy umarły natychmiast dołączał do orszaku potępionych, wskrzeszony przez ucznia Lothara do odrażającej parodii życia. Kiedy Siward snuł swoją opowieść resztka straży miejskiej oraz liczni ochotnicy kończyli oczyszczać miasto. Na szczęście pozbawieni nekromanty ożywieńcy nie stanowili zbyt dużego zagrożenia i nikt już nie zginął. Siward czuł się znacznie lepiej. Rana przestała krwawić, a co najważniejsze wytrzeźwiał. Przeszkadzały mu trochę poszarpane plecy i ból głowy typowy po nocnych libacjach. Daerie zdecydowała się przerwać ciszę która nastąpiła kiedy skończył opowieść.

– I co udało ci się pokonać tego fanatyka?

– Nie, było tak jak powiedział. – Odparł niechętnie. – Byłem nieostrożny, zlekceważyłem go.

– Ledwo przeżył. – Dokończył za niego Thorgal. Po walce jedynie bandaże utrzymywały go w jednym kawałku.

Przez chwilę ponownie wszyscy troje milczeli, czekając na nieuniknione. Tym razem ciszę postanowił przerwać Thorgal.

– Dziwię się, że jeszcze nigdy nie powiedziałeś mi o Veszcie. – Powiedział z wyrzutem.

–  To była nasza wewnętrzna sprawa, nie zwykłem rozpowiadać o takowych na prawo i lewo. – Odpowiedział nieco ostrzej niż zamierzał.

Widząc konsternację w oczach swoich towarzyszy podjął ostateczną decyzję. Wstał, przewiesił pas z mieczem przez plecy i powolnym krokiem udał się w kierunku drzwi.

– Chyba nie zamierzasz tak po prostu odejść? – Rzekł Thorgal bardzo cicho.

Siward obrócił się napięcie, gniew, który powoli wzbierał w nim od dłuższego czasu w końcu znalazł ujście.

– Co według ciebie miałbym zrobić?! – Wybuchnął. Nie mogę tu zostać. Król dowie się o wszystkim, być może już jest w drodze do miasta. Brechen może być moim przyjacielem, ale kiedy chodzi o jego dzieci nie zna litości. Dobrze wiesz Thorgalu jaka będzie jego reakcja i co się ze mną stanie jeśli zostanę.Po za tym nie wiem gdzie szukać Lothara, nie ma żadnego tropu którym mógłbym podążyć – Dodał nieco spokojniej.

– I tu się mylisz chłoptasiu.

W progu stał krępy krasnolud o wyglądzie najemnika. Nosił prostą kolczugę i hełm z osłoną na oczy. Z kartoflanego nosa wystawało mu kilka żelaznych kolczyków. W jego gęstą, czarną brodę wplecione były liczne ozdoby. Uśmiechał się szeroko ukazując kilka ubytków w uzębieniu.

– Jak mnie kurwa nazwałeś?!

– Wygląda na to, że szukamy tego samego człowieka, powinniśmy połączyć siły.  –Kontynuował unosząc ręce w obronnym geście.

Siward podszedł powoli do krasnoluda. Ten ani drgnął bezczelnie patrząc kriomancie prosto w oczy.

– Naprawdę wiesz kim jest ten człowiek?

– Nazywa się Hyrax, pojawił się w Ebbim kilka dni temu i jak się domyślasz jest największym skurwysynem w mieście.

Siward spojrzał w szare oczy karła. Nie było w nich widać śladu fałszu. Miał ochotę uczynić bezczelnego najemnika jeszcze bardziej szczerbatym, nie miał jednak innego wyjścia jak mu zaufać.

– Zaprowadzisz mnie do niego.

Krasnal kiwnął głową. Jego uśmiech nie zniknął z twarzy ani na chwilę.

 

Khet obudził się. Kryjówka nekromanty śmierdziała zepsutym mięsem, zapewne to właśnie ten fetor wyrwał go z otępienia. Spróbował poruszyć się i z przerażeniem odkrył, że jest przykuty do ściany. W ustach czuł żelazisty posmak. Krew z rozbitego nosa powoli kapała na posadzkę celi formując niewielkich rozmiarów kałużę u jego stóp. Przypomniał sobie. Kiedy mięsny golem ogłuszył go, jego nos rozprysnął się niczym przejrzały owoc. Skupił się, poczuł mrowienie w czubkach palców. Łańcuchy pokryły się cienką warstwą lodu, która natychmiast pękła nie powodując nawet drobnej rysy.

– Obawiam się, że nie wydostaniesz się stąd w ten sposób.

Khet podniósł głowę. Człowiek, który przed nim stał stanowił zaprzeczenie stereotypowego nekromanty, przynajmniej z wyglądu. Miał przystojną, pociągłą twarz, drobne usta i nos oraz dołeczki w policzkach, które kobiety tak uwielbiały. Jego kasztanowe włosy zawiązane były w długi sięgający do pasa harcap. Przynajmniej ubiór się zgadzał. Nosił workowatą, ciemną szatę z kapturem o szerokich rękawach, tak bardzo charakterystyczną dla jego profesji.

– Ta cela jest specjalnie przygotowana dla twojego rodzaju. – Powtórzył jego oprawca.

Khetowi nie spodobał się fakt, że nekromanta wziął go żywcem. Być może jeżeli go sprowokuje uniknie dalszego cierpienia.

– Kim ty tak właściwie jesteś? Wędrownym komediantem? Początkującym nekrofilem w pogoni za mocnymi wrażeniami? Dzieckiem szczęścia spłodzonym przez niepełno sprytną córkę karczmarza i niewyżytego centaura jebakę? No dalej nie każ mi zgadywać, wprost umieram z niecierpliwości. – Zadrwił, po czym obdarzył rzekomego niepełno sprytnego bękarta, nekrofila krwawym uśmiechem.

– Na twoim miejscu nie pogarszałbym swojej sytuacji.

Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt jęczała osełka. Komuś zależało aby jego miecz pozostał ostry jak brzytwa, gotowy do użycia. Odwrócił głowę w kierunku hałasu. W kącie, na taborecie

siedział trup. Starannymi, nienaturalnie płynnymi ruchami przygotowywał swój oręż. Jego ciało było jedynie wspomnieniem, nieskazitelnie białe kości błyszczały w świetle pochodni. Jedynie czaszkę oblepiał przegnity płat skóry z której wyrastała kępka brudnych włosów. Odziany był w niegdyś piękną płytową zbroję, teraz zardzewiałą. Czerwono biała emalia wyblakła nadszarpnięta przez czas i złowrogie zaklęcia utrzymujące umrzyka w nieżyciu. Błękitne ogniki jarzące się w oczodołach paladyna wpatrywały się w niego z obojętnością. Khet uczył się o takich nieumarłych. Niektóre dusze dobrowolnie dawały się podporządkować nekromantom. Ci w zamian dawali im świadomość, czasami nawet porcję swojej mocy. Tak, tak mawiał Siward nawet największe skurwysyny potrzebują przyjaciół, wszak kim bez nich jesteśmy?

– Fiuu, fiuu. – zagwizdał w udawanym podziwie. Widzę, że się nie pomyliłem, uroczy nieboszczyku, powiedz mi jak to robicie?

„Uroczy nieboszczyk” nie wytrzymał. Trzask! Drewniany taboret rozbił się kilka cali od Kheta. Paladyn ruszył w jego kierunku z obnażonym mieczem i ogniem w oczodołach.

Wystarczy. – Powiedział cicho nekromanta unosząc rękę. On jest nam potrzebny pamiętasz?

Trup spiorunował swojego pana wzrokiem. Jednakże po chwili skłonił głowę i grzechocząc pancerzem wrócił na swoje miejsce.

– Powinieneś zachować bezwzględne milczenie, w przeciwnym razie pozwolę mu cię wypatroszyć. – Warknął

 – Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

 – Jestem Lothar, a ten nerwowy jegomość to Harlej Prawy. – Powiedział nekromanta wskazując na paladyna.

 – Czemu mnie jeszcze nie zabiliście?

 – Oh mamy wobec ciebie szczególne plany. Widzisz drogi książę jesteś jedynie elementem układanki, przynętą.

 – Bóg Śmierci tak mocno pragnie duszy mojego mistrza?

 – Nie służę Bogu śmierci, ściągnęły mnie tu osobiste porachunki. – Odrzekł Lothar.

To była najlepsza wiadomość jaką Khet mógł usłyszeć. Brak więzi między Lotharem a istotą zwaną Raghatoshem oznaczał, że możliwości nekromanty są mocno ograniczone. Jeżeli miał silną wolę mógł jednocześnie kontrolować co najwyżej kilkudziesięciu ożywieńców, co więcej sam kierował swoim postępowaniem. Jego jedynym motywem była zemsta, być może uda mu się go przekonać.

– Właściwie czemu tak bardzo chcesz dopaść Siwarda?

– Zdradził mnie i mojego towarzysza. Miał nas zabrać do Eleniwaldu, mieliśmy stać się bronią przeciwko nekromantom, czymś co mogłoby zakończyć wojnę. Tymczasem przyprowadził do nas paladynów. Widzisz, w tamtym czasie byłem wyjątkowo strachliwy, niewiele myśląc zostawiłem mojego towarzysza. Uciekając rzuciłem najbardziej odrażający czar jaki tylko znałem aby przeszkodzić paladynom w pościgu.

W jego głosie było słychać taki ból, że Khetowi przez chwilę zrobiło się go żal.

 – Znam tę historię, obawiam się, że wszystko pokręciłeś. Mój mistrz niemal zginął za prawdę.

 – Starł się z paladynami żeby umożliwić wam ucieczkę. Wyzwał Yohanna płomienne serce zwanego Rarogiem na pojedynek, chciał zmusić go do wzięcia odpowiedzialności za śmierć twojego przyjaciela.

– Łżesz! – Zaryczał Lothar.

 – Nie sądzę. Jedyne co musisz zrobić to zajrzeć do głowy swojego totumfackiego. Był tam prawda? Po wydarzeniach w Veszcie został ponownie przydzielony do złapania cię. Co za cholerna ironia, że to ty złapałeś jego. – Zadrwił.

Z oczu Lothara biła taka nienawiść, że Khet ledwo wytrzymał spojrzenie.

– Zrób z nim co chcesz. – Rzekł do Harleja, upewnij się tylko, że przeżyje.

Zmarły paladyn wyraźnie ożywił się. Raźnym krokiem ruszył w kierunku więźnia strzelając knykciami. Pierwszy cios odebrał księciu dech w piersiach. Splunął krwią nieumarłemu prosto w twarz.

– Kurwa za życia, kurwa po śmierci. – Podsumował uśmiechając się.

Kolejny niemalże pozbawił go głowy. Krew rozbryzgiwała się po całej celi z każdym uderzeniem. Na szczęście dla niego już tego nie poczuł.

 

Odkąd opuścili karczmę prześladował ich swąd palonych ciał któremu towarzyszyło zawodzenie zrozpaczonych matek i sierot. Pozostali przy życiu gwardziści nieustannie dodawali ciała do wielkiego stosu umieszczonego na głównym placu miasta. Dym unosił się tak wysoko ,że z pewnością widział go król ze swojej siedziby w Irabi Kheszet, znajdującej się zaledwie dzień drogi od Ebbim.

– Mogliście tego uniknąć. – Odezwał się krasnolud przerywając milczenie.

Siward nie odpowiedział mu, nie zwykł dzielić się przemyśleniami z bezczelnymi karłami.

Ale trzeba było przyznać, miał racje straż miejska w Ebbim nie była najlepiej wyszkolona, kiedy Thorgal był jeszcze na służbie Brechena wielokrotnie żartowali ze stanu milicji w Ebbim. „Szmaciarze” tak to była adekwatna nazwa dla zbieraniny która stanowiła jedyną siłę zbrojną miasta.

– To bardzo dziwne, że nekromanta nie zadbał o wyeliminowanie jedynego człowieka z którym można go powiązać. – Zauważył Siward.

 – Zadbał, zadbał, popełnił tylko jeden błąd.

 – Nie docenił Hyraxa. – Dokończył za niego.

 – Tak właściwie to czemu mi pomagasz?

– Mógłbym powiedzieć , że urzekła mnie twoja historia. Prawda jest bardziej prozaiczna. Widzisz hazardzista zajebał mi kuszę.

– Mniemam, że nie jest to zwykła broń.

– Chłoptasiu zaręczam, że nie znajdziesz drugiej takiej na całym południu.

– Jeszcze chwila będziesz potrzebował sztucznych zębów. – Wycedził kriomanta.

– Przepraszam, jesteś bardzo nerwowy, miałem was za stoików.

Siward westchnął zastanowił się czym sobie zasłużył na takiego kompana, na szczęście już prawie byli na miejscu.

 – Tak swoją drogą jestem Berg. – Powiedział nagle krasnolud wyciągając dłoń.

Siward zawahał się przez chwilę lecz uścisnął mocno prawicę swojego towarzysza.

 – Siward. – Przedstawił się krótko.

Cóż krasnoludy były znane ze swojej śmiałości i bezpośredniości, a także z bezsensownego heroizmu. Nie widywało się ich zbyt wiele w królestwie Eleniwaldu. Elfy za nimi nie przepadały.

– Tak swoją drogą co robisz tak daleko od swojej ojczyzny?

– To niecodzienne pytanie ale tobie dobrze patrzy z oczu, więc ci opowiem. Widzisz kriomanto służyłem w garnizonie, który stacjonował w miejscu nazywanym przez Elfy Haellun ap Terra. Ha! Ja i moi chłopcy zwykliśmy nazywać tą ziemię Mizdenscheiss. Pewnego razu zrobiło się gorąco, zdechlaki napływały niezliczonymi falami. Po prostu nie byliśmy w stanie zabijać ich wystarczająco szybko.Słyszałeś może o naszej dewizie Siwardzie?

Kriomanta pokiwał głową. „Ani kroku w tył” tak brzmiał rozkaz oddziałów stacjonujących na dalekiej północy. W miejscu które tak przesiąknięte było energią nekromancji, że zmarli sami się grzebali, a od do czasu do czasu wyłazili aby rozprostować kości. Te przeklęte ziemie nazywane przez elfy piekłem na ziemi były ponurym przypomnieniem dawnego konfliktu. „Czas rozliczenia” tak kronikarze określili wielką wojnę która zmiotła trzy czwarte populacji i zmieniła połowę kontynentu w pustkowia. To właśnie w tych mrocznych czasach narodzili się gevenejari. Potężni nieśmiertelni półbogowie stworzeni przez pana żywiołów Ozzymandiusa. Poprowadzili zwaśnione rasy przeciw fanatycznym wyznawcom mrocznej istoty zwanej Raghatoshem. Siward dobrze znał tą historię, jego ojciec unicestwił tuziny nekromantów i rozkładających się abominacji prowadząc żyjących do ostatecznego zwycięstwa.

– Nie daliśmy kurwa rady, fort był stracony. Nie było sensu stawiać dalszego oporu. Ale nasz dowódca był innego zdania, nawoływał pozostałych przy życiu żołnierzy do ostatecznego poświęcenia. Nie byłem zainteresowany takim końcem. Powiedziałem dowódcy żeby się pierdolił, zebrałem resztę pozostałych przy życiu i jakoś się przedarliśmy. Byłem jedynym ze swojej rasy który się sprzeciwił. Jak wiesz moi pobratymcy nie przepadają za „tchórzami”,

więc musiałem znaleźć sobie nowe zajęcie i miejsce do życia. Padło na królestwo Eleniwaldu.

– Przykro mi.

– Niepotrzebnie. – odrzekł krasnolud i splunął. – Jesteśmy na miejscu.

Nic dziwnego, że Hyrax nie opuścił miasta. Jego dom otaczało kilku ożywieńców którzy głośno charcząc próbowali dostać się do środka. Wielu nadzianych było bełtami niczym monstrualne, gnijące jerze. Hazardzista nie był zbyt dobrym strzelcem. Nie czekając na najemnika kriomanta w kilka chwil rozprawił się z zagrożeniem. Lekko zawstydzony Berg podszedł do drzwi.

 – Musimy uważać, ten kurw wciąż ma moją kuszę.

Siward wzruszył tylko ramionami. Berg miał małe pojęcia o jego zdolnościach, postanowił go więc uświadomić. Przyłożył dłoń do drzwi frontowych. Po chwili drewno zaczęło trzeszczeć pod wpływem jego lodowatego dotyku. Odsunął się aby wziąć porządny rozbieg. Berg spojrzał się na niego i uniósł brew w niemym pytaniu. Zamrożone drzwi trzasnęły niczym tłuczone szkło gdy wpadł do budynku wśród gradu odłamków. Tak jak się spodziewał Hyrax był już przygotowany. Stał w pokoju naprzeciwko mierząc do niego z kuszy. Szczęknęła cięciwa. Kriomanta bez trudności złapał bełt i odrzucił go. Było po sprawie, teraz hazardzista pożałuje swojego udziału. Nagle jego przeciwnik wystrzelił ponownie. Na szczęście dla Siwarda bełt ominął go i ze szczękiem utkwił we framudze, zaledwie kilka cali od jego głowy.

Co do cholery? – pomyślał. Nikt nie byłby w stanie tak szybko przeładować. Nie miał czasu się nad tym rozwodzić. Hyrax kontynuował ostrzał zupełnie jakby miał pod ręką mały zapasik gotowych do strzału kusz. Ledwo uniknął kolejnego bełtu i rzucił się plackiem na ziemię. Dziękował w myślach Ozzymandiusowi, że jego przeciwnik okazał się tak marnym strzelcem. W końcu szczęście go opuściło, bądź hazardzista zdecydował się przycelować dłużej niż pół sekundy. Kolejny bełt trafił go w brzuch kiedy próbował się zerwać. Hyrax zaklął szpetnie, wyglądało na to, że skończyły mu się kusze. Kriomanta znalazł się przy nim w kilka chwil i ciosem w skroń pozbawił przytomności.

 – Cholera już myślałem, że cię dopadł. – Powiedział Krasnolud wchodząc do budynku.

 – Potrzeba znaczenie więcej niż chłystka z kusza by się mnie pozbyć. – Odparł wyrywając bełt.

Berg pokiwał głową z uznaniem.

 – To musi być ten wasz słynny amidan. – Powiedział wskazując pancerz, na którym dziura zaczęła się już zrastać.

 – Jesteś ranny? – Dodał po chwili.

 – Ukąszenie pchły. – Odparł.

Kriomanta podniósł dziwną kuszę za sprawą której niemal postradał żywota. Była ciężka. Trzeba było nie lada krzepy żeby ją unieść, a co dopiero wycelować. Wyglądała na arcydzieło, z całości była wykonana z dziwnego stopu o brązowym zabarwieniu. Cała jej powierzchnia wygrawerowana była krasnoludzkimi runami których nie potrafił odczytać. Z zaskoczeniem odkrył, że kusza nie posiada żadnej korbki czy chociażby ładownicy którą można byłoby osadzić bełt. Łoże również nie było widoczne, najwyraźniej znajdowało się wewnątrz kuszy. Po lewej stronie znajdowało się długie wcięcie z którego wystawała krótka dźwignia, zapewne służyła do przeładowania. Od spodu przytwierdzone było dziwne podłużne pudełko, zastanawiał się do czego służyło.

 – Imponujące prawda?

 – Nie przepadam za kuszami, to broń godna tchórza.

 – Zaręczam, że to twój najlepszy przyjaciel jeśli masz przeciwko sobie tłum ożywieńców. – Odparł Berg z przekąsem .

 – Lepiej bierzmy się do roboty, mamy mało czasu. – Powiedział Siward sadzając nieprzytomnego hazardzistę na krześle.

 

 

Hyrax obudził się. W głowie mu się kręciło, a skroń rwała wrednym tępym bólem. Czuł, że ktoś uciska jego palec, mocno niczym imadło. Zebrał się na odwagę i uniósł głowę. Tak jak się spodziewał kriomanta stał nad nim. Jego twarz nie wyrażała absolutnie nic. Krasnolud stał przy ścianie kilka metrów dalej z równie obojętnym wyrazem twarzy. To było niesprawiedliwe! Przegrał, dał się złapać jak ostatni głupiec. Wszystko przez tego przeklętego nekromantę. Gdyby Lothar miał lepszy plan byłby już daleko, ale wszystko szlag trafił w momencie kiedy zginął pieprzony akolita. Wtedy niemal wszyscy nieumarli pozbawieni kontroli rozbiegli się po mieście w poszukiwaniu ofiar. Hyrax ledwo zdołał uciec.

 – Wygląda na to, że twoje szczęście się jeszcze nie wyczerpało. – Odezwał się kriomanta, byłoby mądrze nie napluć mu teraz w gębę.

Miał rację, ze wszystkich negatywnych alternatyw poczynając od pożarcia żywcem a na lochu królewskim kończąc sytuacja nie była taka zła. Być może jeśli będzie współpracował kriomanta, puści go wolno. Z drugiej strony Lothar nie okaże mu litości jeśli wszytko teraz wyśpiewa.

– Pozwól, że nakreślę ci sytuację. – Ciągnął kriomanta. – Jeśli będziesz współpracował przysięgam puszczę cię wolno. Jeśli nie to cóż, masz dziesięć palców. Za każdym razem kiedy uznam, że jesteś ze mną nieszczery coraz bardziej zbliżysz się do końca.

Dwa palce, musiał choć tyle wytrzymać. Kiedy Lothar złoży mu wizytę i spyta się dlaczego go zdradził być może weźmie go na litość. Hyrax spojrzał prosto w przenikliwie błękitne oczy swojego oprawcy starając się nie drżeć za bardzo.

 – Jak sobie chcesz.

 Palec rozkruszył się z obrzydliwym chrzęstem. Ból był tak silny ,że hazardzista zwalił się z krzesła wyjąc i trzymając się za kikut zaledwie chwilę temu będący jego małym palcem. Jego trofeum – pierścień wygrany od tego szczeniaka, który założył zaledwie kilka godzin temu poszybował do góry. Gotowy powrócić do swojego poprzedniego właściciela. Kriomanta złapał go w locie i schował do kieszeni. Kat Hyraxa nie patyczkował się z nim, brutalnie posadził go na krześle i chwycił za kciuk.

– Za chwilę twoje możliwości zarobkowe znacznie spadną. – Zagroził.

 – Wystarczy powiem, powiem wszystko. – Zaszlochał

– Mów szybko, od tego zależy co z tobą zrobię.

 – Co chcesz wiedzieć?

 – To chyba oczywiste, gdzie jest Lothar?

 – Nie wiem przysięgam na grób matki. On po prostu przyszedł i złożył mi propozycję nie do odrzucenia.

Niemal czuł jak jego kciuk pokrywa się szronem, odmraża się i rozkrusza w niebyt.

 – Nie obchodzi mnie to, chcę wiedzieć jak go znaleźć.

Hyrax milczał bał się co z nim zrobią kiedy nie będzie już potrzebny. Zastanawiał się czy kriomanta rzeczywiście dotrzyma danego słowa.

 – Hyrax spójrz na mnie. Nie sprawia mi to przyjemności, nie pragnę twojej śmierci, powiedz mi co wiesz a puszczę cię wolno.

Hazardzista spojrzał na swojego oprawcę, w jego oczach nie było śladu nienawiści, jego głos uspokajał, napawał poczuciem bezpieczeństwa. Zdecydował się mu zaufać.

– Lothar ma wspólnika  – grabarza, pod osłoną nocy dostarcza mu zwłoki, mogę was zaprowadzić…

 Błysk noża brutalnie przerwał jego zeznania. Z cichym gulgotem osunął się na ziemię podrygując konwulsyjnie w rosnącej kałuży krwi.

 – To nie było honorowe, dałeś mu swoje słowo. – Powiedział Berg głosem pełnym niedowierzania.

 – Nie masz pojęcia co uczyniłby z nim król kiedy by go dopadł. To była łaska, najlepsze na co mógł liczyć. – Odparł Siward chłodno.

 – Ten grabarz podsuwa mi pewien plan, idź do Thorgala. Taki weteran jak on się przyda – Polecił krasnoludowi. – Och bez obaw nie podzieli losu hazardzisty, potrzebuje go. – Dodał dostrzegłszy lekką niechęć w spojrzeniu najemnika.

 

Nie potrzebował dużo czasu aby przekonać grabarza do współpracy. Kilka groźnych słów wystarczyło aby staruszek zmiękł i powiedział wszystko co wie. Siwardowi było go żal, sprawiał wrażenie jakby faktycznie został zmuszony do współpracy przez złego, potężnego nekromantę. A złoto które dostał sprawiało mu ogromny, ciężki do wytrzymania ból. Postanowił, że mimo wszystko pozwoli mu żyć, jego śmierć i tak nic nie zmieni. Niestety nie wszystko szło tak gładko jakby kriomanta pragnął. Jego towarzysze niezbyt entuzjastycznie zareagowali na przedstawiony przez niego plan.

 – Chyba cię popieprzyło! – Podsumował go Thorgal.

 – To samobójstwo. – Zawtórował mu Berg.

 – Wiem jak to wygląda ale innego wyjścia nie mamy, tu chodzi o Kheta. Jeśli Lothar zorientuje się, że nadchodzimy poderznie mu gardło i ucieknie, poza tym pozostało niewiele czasu. Zrobimy to dziś w nocy, albo nigdy.

– Nie moglibyśmy się tam po prostu zakraść? – Spytał się krasnal.

 – Oczywiście jak grzecznie poproszę to może otworzą dla nas przejście, być może nawet zrobią nam przysługę zwiążą się, a następnie każą przekazać się w ręce króla. – Odparł poirytowany. – Już wam mówiłem przejście jest zapieczętowane. Jedynie krew Lothara lub jednego z jego akolitów może je otworzyć. – Dodał nieco spokojniej. – Wiem, że proszę was o wiele ale nie mam nikogo innego. – Dodał po chwili.

Thorgal przestąpił z kopyta na kopyto, zaklął szpetnie i splunął.

 – Niech będzie ze względu na Kheta. – Zabeczał niechętnie.

 – To samobójstwo – powtórzył się Berg. – Ale taka okazja szybko się nie powtórzy, trudno o lepszą rekomendacje dla najemnika niż ukatrupiony nekromanta na koncie. Wchodzę w to.

 – Nie powinieneś go lekceważyć jest psionikem i to dość potężnym. – Zauważył Thorgal

 – Naszpikuje go jak jeża nim zdąży cokolwiek powiedzieć.

 – Doceniam twój entuzjazm, ale lepiej uważaj, myśl jest szybsza niż bełt. – Polecił mu faun.

 – Przygotujcie się, niedługo zapadnie zmrok. – Przerwał im kriomanta.

Siward przyglądał się przygotowaniom swoich towarzyszy. Thorgal wkładał blaszka po blaszce swoją starą zbroję klnąc przy tym siarczyście. Minęło trochę czasu od kiedy miał ją na sobie i zdążyło mu się nieco przytyć. Berg z uśmiechem na ustach i pewnością siebie ładował swoją niezwykłą kuszę. Miał nadzieję, że podczas tej nocy żaden z nich nie zginie. Zadanie które ich czekało było potworne, a każdy błąd mógł sprowadzić na nich los gorszy od śmierci. Nie było już odwrotu, ich trzech przeciwko Lotharowi i jego nieumarłym sługom. Uwolnią Kheta i unicestwią nekromantę lub zginą próbując.

 

Droga była wyboista, wóz grabarza podskakiwał na każdej nierówności przysparzając kriomancie nowych siniaków. Wbrew zapewnieniom staruszka wyściełanie trumny słomą nie dało absolutnie nic. Najwięcej kłopotów sprawił Thorgal. W swoim pancerzu i z buławą ledwo się zmieścił. Napierał na ścianki trumny tak mocno, że zdawało się iż ją lada moment rozsadzi. Najwięcej wygody miał Berg, Siward szczerze mu zazdrościł. W jego trumnie spokojnie zmieściłoby się jeszcze dwóch takich jak on. Wszyscy czworo milczeli, czekali niecierpliwie na moment kiedy wyskoczą z trumien niczym banda złowrogich dżinów ze wspólnej lampy gotowi mścić się za doznane niewygody. Po częstotliwości podrygiwań wozu Siward stwierdził, że muszą być dobre kilka mil poza obrzeżami miasta. Po czasie który zdawał im się wiecznością grabarz zastukał w trumnę Thorgala aby dać im znać, że za chwilę będą na miejscu. Wysoki akolita eskortowany przez dwa odziane w mocno pordzewiały pancerz szkielety zastąpił ich wozowi drogę.

 – Jesteś za wcześnie mistrz Lothar kazał ci przyjść dopiero za dwa dni.

 – Jestem pewien, że dla tych zwłok jest skłonny zrobić wyjątek, są bardzo dobrej jakośc. Jeszcze nietknięte rozkładem.

Siward nie zamierzał wysłuchiwać do końca tej żałosnej konwersacji. Kopniakiem wyważył wieko swojej trumny i w kilka chwil znalazł się przy akolicie. Oczywiście nieumarli w przeciwieństwie do akolity nie dali się zaskoczyć, z cichym skrzypieniem rzucili się na intruza unosząc swe naznaczone rdzą miecze. Pierwszy padł natychmiast kiedy jasnobłękitna błyskawica rozkruszyła jego zmurszałe kości. Szkielet zawył potępieńczo na widok upadku swojego towarzysza udało mu się sparować kilka ciosów kriomanty nim rozleciał się przebity mieczem. Akolita opamiętał się i zaczął skandować jakieś przerażające zaklęcie, lecz zamilkł kiedy głowica miecza rozwaliła mu skroń.

 – Cholera nareszcie mówiłem wam, że w mojej trumnie jest za mało otworów, prawie się udusiłem. – Utyskiwał Thorgal pokryty sianem i odłamkami drewna.

 – Dobra mamy czego potrzebujemy otwórzmy to przeklęte przejście. – Powiedział Siward chwytając nieprzytomnego akolitę.

 – Zaraz a moja zapłata? – Przypomniał o sobie grabarz.

Berg z niesmakiem na ustach rzucił mu odebraną akolicie sakiewkę.

 – Tak jak się umawialiśmy jeśli kiedyś cię zobaczę w Ebbim. Zabiję bez wahania. – Zagroził mu kriomanta

 – Jasna sprawa panie, nigdy nie postawię już nogi w całym królestwie Eleniwaldu. – Wybełkotał staruszek po czym ukłonił się i wskoczył na wóz.

Siward stanął przed dziwnym, pokrytym tajemnymi znakami, głazem. W kilku miejscach naznaczały go zaschnięte plamy krwi.

 – Gotowi?

 – Bardziej nie będę. – Wyszeptał Thorgal mocno ściskając swoją wielką dwuręczną buławę.

Berg pokiwał głową przykładając do ramienia kolbę swojej imponującej kuszy powtarzalnej.

Kriomanta wstrzymał oddech. Złapał akolitę za głowę a następnie roztrzaskał ją o głaz.

Tyle krwi powinno wystarczyć – pomyślał. Nagle skalista ściana rozpadła się ukazując wejście do kryjówki nekromanty. Umarli byli przygotowani. Tuziny wojowników wygrzebanych z jakiegoś pobojowiska. Wpatrywali się w intruzów oczekująco. W ich oczodołach palił się eteryczny, pełen rządzy niszczenia ogień. Siward z wrzaskiem na ustach rzucił się w wir przeciwników z towarzyszami zaledwie kilka kroków za nim. Torując sobie drogę mrozem i stalą szukał wzrokiem Lothara. Thorgal wywijał swoją wielką buławą niczym drewnianym badylem. Z każdym ciosem druzgocząc kości, przerabiając szkieletowych wojowników na mączkę kostną. Berg pruł ze swojej wiernej kuszy zabezpieczając swoich towarzyszy przed otoczeniem. Z każdym strzałem przywracał dawno już zmarłym wojownikom zasłużony spokój.

 – Dalej, dalej napierajcie na nich bo nas zaleją. – Krzyczał Siward do swoich towarzyszy.

 – Nie musisz mnie zachęcać – zaśmiał się Thorgal roztrącając nacierających na niego nieumarłych. – Jak za starych czasów, tylko bardziej śmierdzi.

Berg przetoczył się o włos unikając ciosu który pozbawiłby go głowy. Siward jednym cięciem oddzielił korpus nieumarłego od reszty ciała. Trup czołgał się zawzięcie zdeterminowany ukatrupić krasnoluda, dopóki Thorgal nie rozdeptał mu głowy.

 – Dziękuję, prawie mnie dostał. – powiedział krasnolud chwytając wyciągniętą ku niemu dłoń.

 – Nie ma sprawy, niezgorszy z ciebie strzelec Berg. – Powiedział Thorgal pomagając najemnikowi wstać.

Siward uniknął kolejnego ciosu i rozpłatał próbującego parować jego ciosy trupa jednocześnie zamrażając kolejnego. Jego lodowata błyskawica ugodziła ostatniego znajdującego się poza zasięgiem miecza nieumarłego zmieniając go w lodowe odłamki.

 – Lothar gdzie jesteś ty tchórzliwy skurwysynu?! – Ryczał kriomanta rozkawałkowując zamrożonego trupa niczym wandal dewastujący drogocenną lodową rzeźbę.

 – Masz świadomość jak czasochłonne było wskrzeszenie tych zacnych wojowników?

Lothar kroczył ku nim nieśpiesznie jakby witając niezapowiedzianych, starych znajomych. Towarzyszyło mu dwóch wilkoczłeków i wysoki nieumarły odziany w zbroję płytową. Pancerz trupa był mocno nadszarpnięty rdzą, mimo to nadal można było odczytać znaki i glify typowe dla paladynów na służbie Ubogich rycerzy Armagiona. Siward kojarzył tego nieboszczyka i bynajmniej nie był zachwycony z tego spotkania po latach.

Co za cholerna ironia. – Pomyślał.

 – Pięć dni. Dokładnie tyle zajęło mi wybudzenie ich z wiecznego snu i przyjęcia przysięgi wiecznej lojalności. – Ciągnął Lothar. – A wy barbarzyńsko zniszczyliście moją ciężko pracę obracając ich w proch. Jednakże postanowiłem znaleźć dla was miłosierdzie. Jeśli natychmiast opuścicie moją kryjówkę oszczędzę was. Oczywiście ta propozycja nie dotyczy ciebie kriomanto, dostanę twoją dusze tak czy inaczej.

 – Kurwa, zamierzasz zagadać nas na śmierć? – Zadrwił Berg.

Siward poczuł nagły przypływ sympatii do krasnoluda. Coraz bardziej zaczął uważać tego bezczelnego najemnika za przyjaciela.

 – Oto kontrpropozycja puść wolno Kheta, a obiecuję ci szybką śmierć. – Zaproponował Siward mierząc do niego mieczem.

Nekromanta nie odpowiedział, tylko zaintonował szybko inwokację i zamachał rytmicznie rękami. Siward próbował uniknąć jakoś zaklęcia ale było za późno. Potężna fala nekrotycznej energii odrzuciła ich na drugi koniec jaskini druzgocąc wolę i wysysając siły, czyniąc ich kompletnie bezbronnymi. Kriomanta wstał próbując otrząsnąć się z wyniszczającej klątwy. Z niemałym wysiłkiem ruszył przeciwko Lotharowi. Na niewypowiedziany rozkaz wilkoludy z makabrycznym wyciem rzuciły się na pozornie bezbronnego kriomantę. To był błąd. Siward uniknął bezładnego ciosu pierwszego z mięsnych golemów, chwycił go za połamane żebra i zamroził. Dostrzegając okazję pchnął pokryte lodem truchło na kolejnego nacierającego stwora. Bestia nie zdążyła wyhamować, wpadła na swojego towarzysza rozwalając go na śmiercionośne niczym szrapnel odłamki. Lothar zaklął szpetnie i sięgnął po broń na którą nie był odporny żaden gevenejari. Kriomanta zatrzymał się i opadł na kolana próbując zwalczyć atakującą jego umysł śmiercionośną burzę. Krzyczał rozdzierająco próbując opanować nawałnicę myśli powstrzymującą go od podjęcia jakiegokolwiek działania. Dawno zmarły paladyn ruszył ku niemu z obnażonym mieczem. Nie wiadomo jakby się to skończyło gdyby nie Berg. Najemnik zdołał jakoś przezwyciężyć atakującą jego ciało słabość, przeładował kuszę i wystrzelił. Lothar zawył z bólu kiedy kilkucalowy bełt przebił mu ramię, potknął się i z hukiem wywrócił na kamienną posadzkę rozluźniając uścisk nad umysłem Siwarda. Kriomanta w ostatniej chwili sparował cios który niechybnie pozbawiłby go głowy. Jego ostrze zawyło rozdzierająco kiedy spotkało się z klingą paladyna. Wkładając w pchnięcie cała siłę jaka mu pozostała odrzucił nieumarłego do tyłu.

 – Nie zabijesz mnie tak łatwo Harlej. – Ostrzegł go.

 – Czekałem na to zbyt długo, rozpłatam cię od jajec po grdykę i zobaczymy z czego jesteś zrobiony. – Rozbrzmiało gniewnie w jego głowie.

 –Nie tracąc czasu gnijący rycerz zalał go gradem ciosów, które parował z najwyższym trudem. Wyglądało na to, że nawet w nieżyciu gnijący rycerz nie wypadł z wprawy.

Berg i Thorgal uwolnieni spod wpływu klątwy nekromanty próbowali ruszyć przyjacielowi na pomoc jednakże pokryty odłamkami niczym wielki gnijący jeżozwierz wilkolud zagrodził im drogę. Siward za wszelką cenę starał się trafić Harleja, zadał już mu trzy ciosy w głowę, pod pachę i łokieć, każdy z tych ciosów zakończyłby walkę, niestety każdy został sparowany. Ponownie skrzyżowali miecze, tym razem to paladyn odepchnął jego i natychmiast zaatakował potężnym pchnięciem. Kriomanta uniknął sztychu i chwycił trupa za rękawicę po czym zdzielił w łeb głownią miecza. Rozejrzał się szybko, Lothara nigdzie nie było widać, musiał natychmiast rozprawić się z Harlejem i powstrzymać nekromantę. Ponownie wymienili kilka ciosów, jednakże żaden nie mógł zdobyć decydującej przewagi. Gdyby jego przeciwnik żył mógłby spróbować go zmęczyć i następnie wykończyć jednym zabójczym ciosem. Jednakże to właśnie paladyn zastosował przeciwko jemu tą taktykę. Harlej znienacka wykonał potężny cios. Siward był zbyt zmęczony na kolejny unik, zasłonił się niemrawo mieczem. To był błąd, paraliżujący ból był nie do zniesienia, miecz wypadł mu z rąk i z brzękiem zadzwonił o posadzkę. Harlej stał nad nim tryumfalnie przygotowując się do ostatecznego cięcia. Był taki pewny siebie, Siwardowi niemal było go żal. Złapał za miecz przeciwnika. Ostrze boleśnie przecięło rękawicę, skórę i mięśnie. Nim lepka krew spłynęła na ziemię ostrze zajęczało przeciągle i rozleciało się w chmurze lodowych płatków pozostawiając swojego dzierżyciela bezbronnym. Kriomanta nie tracąc czasu chwycił zaskoczonego przeciwnika w pasie, uniósł go i z całej siły gruchnął nim o ziemię. Chwycił Harleja za czaszkę i rozwalił ją o czerwoną od krwi posadzkę. Wstał chwiejnie i dostrzegł Thorgala rozwalającego łeb naszpikowanego bełtami przeciwnika swoją wielką buławą.

 – Dobra robota – pochwalił Siward towarzyszy. Nie mamy jednak czasu na świętowanie musimy szybko odnaleźć Kheta i …

 – Kriomanto!!! – Zawył tryumfalnie Lothar.

Siward odwrócił się, Lothar nie uciekł tak jak się spodziewał, stał przed nimi przykładając do gardła Kheta drobny nóż. Twarz jego ucznia wyglądała jak szkarłatny rozgotowany kartofel, był przytomny. Słabym wzrokiem wodził po swoich niedoszłych wybawcach, jego rozbite usta próbowały wymówić jakieś słowo, ale udało mu się wydobyć jedynie falę czerwieni.

 – Mówiłem ci, że i tak dostanę twoją duszę. – Zaskrzeczał tryumfalnie. Rzućcie broń albo przekonamy się jak błękitną ma krew.

 – Róbcie co każe. – Polecił Siward swoim przyjaciołom.

 – Taki naiwny – roześmiał się Lothar kiedy ich oręż z brzękiem uderzył o ziemię. Czy naprawdę sądziłeś, że poprzestanę na tobie!? zarżnę was wszystkich, będziecie tańczyć jako moje marionetki w niekończącym się danse macabre.

Jego rechot przerodził się w nagły w krzyk bólu. Khet wyszarpnął się i upadł odsłaniając lodowy kolec wbity w brzuch swojego oprawcy aż po czubek. Siward natychmiast podniósł miecz i rzucił się w kierunku nekromanty. Lothar próbował się bronić, jego myśli zaatakowały umysł Siwarda niczym sfora wygłodniałych psów, próbując rozedrzeć jego wolę na strzępy. Kriomanta był na szczęście zbyt szybki, brutalnie rozchlastał nekromantę od krocza po gardło. Lothar z obrzydliwym, gulgotem upadł na ziemię. Siward podszedł do niego. Wpatrywał się w oczy z których biła czysta, niczym nieskażona nienawiść.

 – Żałuję, że do tego doszło. Mogłeś stać się kimś wielkim, młotem na nekromantów. Ale ty wybrałeś coś innego, sam ściągnąłeś na siebie  taki los.

Nekromanta nie przestawał patrzeć, pomimo ogromnej kałuży krwi i flaków na wierzchu wciąż kurczowo trzymał się cienkiej nici łączącej go ze światem żyjących. Z sekundy na sekundę jego oddech stawał się coraz płytszy. W końcu znieruchomiał i wydał ostatnie pełne nienawiści tchnienie. Siward poczuł czyjąś rękę na ramieniu. Khet uraczył mistrza makabrycznym krwawym uśmiechem.

 – Wspaniałe cięcie mistrzu. – Pogratulował.

 – Wszystko w porządku? – Spytał się Siward z troską.

 – Przeżyję.

 – Ten pierścień jest najcenniejszym co masz, stanowi przypomnienie o twoim pochodzeniu, twoim prawie do tronu. Nie strać go ponownie. – Powiedział Siward zwracając Khetowi jego własność.

 – Pozostanie ze mną aż do końca moich dni.

 – Dobrze w takim razie wynośmy się stąd czym prędzej. Coś mi się wydaje, że odwiedzimy twojego ojca szybciej niż planowaliśmy.

 – Nie, powinniśmy przeszukać tego miejsca? – Zauważył Thorgal.

 – Zbierajmy się, nie chcę tu zostać ani chwili dłużej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

…elfie miasto… – lepiej by brzmiało – miasto elfów.

…najbardziej ekskluzywną karczmą… do karczmy nie pasuje słowo ekskluzywna, poza tym raczej tego słowa się nie stopniuje, jest coś ekskluzywne, i tyle.

Sporo do poprawy.

Część, Autorze, witaj na portalu.

Obawiam się, że nie sięgnę po Twoje opowiadanie, ale mam dla Ciebie krótką i raczej dobrą radę, która będzie jednocześnie swoistym się uzasadnieniem mojego stanowiska:

Otóż opowiadania o gabarytach podobnych do Twojego raczej nie cieszą się szczególnie dużym zainteresowaniem, bo są po prostu zbyt obszerne. Szczególnie, jeśli mówimy tu o opowiadaniu debiutanta, który ma zerowy kredyt zaufania. Kilka osób na pewno sięgnie do lektury, ale większość z pewnością się nie podejmie w obawie przed stratą czasu na czytanie czegoś, co może być – choć oczywiście nie musi – napisane fatalnie w każdym możliwym sensie i nieprzemyślane.

Zresztą nawet nasi stali rezydenci – autorzy sprawdzeni, lubiani i doceniani, niejednokrotnie również i już wydający na papierze – muszą liczyć się z tym, że ich molochy będą miały mniejszą niż zazwyczaj liczbę odwiedzających. Bo czytanie tak obszernych tekstów na komputerze wymaga sporo czasu i zwyczajnie męczy.

Dlatego miałbym dla Ciebie drobną sugestię: na początek pomyśl o napisaniu czegoś krótkiego – a w każdym razie krótszego – tak, by potencjalni czytelnicy byli skłonni zaryzykować chwilę swojego bezcennego czasu na oferowaną im przez Ciebie przygodę.

To opowiadanie, skoro już wrzuciłeś, to już niech sobie jest i cierpliwie czeka na czytelników – ilu by ich nie było, każda informacja zwrotna jest naprawdę bezcenna – ale jeśli napiszesz coś krótszego, co okaże się dobre, to realnie zwiększysz szanse, że zadowolony czytelnik zajrzy i tutaj.

 

Agroelingu, wybacz, ale z Tobą się nie zgodzę.

…najbardziej ekskluzywną karczmą… do karczmy nie pasuje słowo ekskluzywna, poza tym raczej tego słowa się nie stopniuje, jest coś ekskluzywne, i tyle.

Choć rzeczywiście zestawienie tych słów nie wypada jakoś bardzo przekonująco, to jednak karczmy mogą być ekskluzywne; szczególnie te współczesne (oczywiście jeśli za wymierny wyznacznik ekskluzywności przyjąć zestawienia cyfr z menu ;).

Dlaczego nie miałoby się nie stopniować “ekskluzywnego”, też nie rozumiem. Przymiotnik jak każdy inny. “Ten lokal jest bardziej ekskluzywny niż speluny z przedmieść”. “Najekskluzywniejszy burdel w okolicy oferuje atrakcje nie tylko dla dżentelmenów, ale tylko dżentelmenów na te atrakcje stać.” (kurde, to zdanie muszę sobie zapamiętać i wykorzystać ;).

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu Burzy – nigdy nie słyszałem o ekskluzywnej karczmie, nawet tej współczesnej. Nawet blisko mojego miejsca zamieszkania jest jakaś karczma, nie pamiętam, czy ma jakąś nazwę, nigdy w niej nie byłem, ale na pewno nie jest ekskluzywna, po prostu chodzi o żarcie w dawnym stylu i tyle. A w przypadku Autora mamy do czynienia z fantasy i samo słowo “ekskluzywne” po prostu nie pasuje, obojętnie w jakim kontekście.

A co do stopniowania, pewnych przymiotników się nie stopniuje. Jest na to jakaś reguła, ale nie przedstawię jej, aż takim specem nie jestem. Jestem za to pewien, że słówko “ekskluzywne” do nich należy, wystarczy trochę wczuć się – w jaki sposób coś może być bardziej lub mniej ekskluzywne, na czym miałoby to polegać? Zestawienie cyfr z menu to trochę za mało, wtedy by się mówiło, że coś jest tańsze albo droższe. Po prostu

Nie wierzysz mi, uwierz Internetom:

http://stopniowanie.net/stopniowanie/ekskluzywny

http://www.xlingua.pl/pl/niemiecko-polski/exklusiv/83268%2Cekskluzywny

A jeśli dwóch niezależnych przykładów Ci mało, wpisz gdziekolwiek, w edytorze czy na jakiejś stronie sprawdzającej poprawność pisowni – choćby tu – słowo “ekskluzywniejszy” i zobacz, czy Ci podkreśli.

 

A co do meritum naszej dyskusji, W PWN (https://sjp.pwn.pl/sjp/ekskluzywny;2456503.html) definiują słowo “ekskluzywny” w sposób następujący:

ekskluzywny

  1.  «przeznaczony dla zamkniętej grupy osób»

2. «odgradzający się od ogółu albo od osób spoza pewnego kręgu»

3. «luksusowy, elegancki»

Zakładam, że w omawianym kontekście pod uwagę brać należy wyłącznie definicję numer trzy. Mamy więc karczmę luksusową lub elegancką. Słowo “luksusowa” faktycznie tutaj nie całkiem pasuje, choć na upartego też nie musi być nieodpowiednie), ale elegancka już i owszem, nawet w kontekście histori quasi-średniowiecznej; w średniowieczu nazewnictwo tego typu przybytków było raczej okrojone; nie istniały, np. restauracje, bary czy puby, więc chyba – podkreślam, chyba, bo historykiem nie jestem – można założyć, że “karczmą” z równym powodzeniem nazywano najgorsze speluny (choć tu raczej: szynk), przydrożne zajazdy i wykwintne lokale, w których biesiadowało bogate mieszczaństwo i kupcy (o współczesności nawet nie mówię, bo osobiście odwiedziłem już w życiu kilka karczm i lokali karczmami się mieniącymi, które zdecydowanie są eleganckie, niektóre wręcz wykwintne; z tym cennikiem natomiast, to był oczywiście – a przynajmniej zdawało mi się, że oczywiście – żart jeno).

Kto więc zabroni karczmie stojącej w jakiejś bogatej dzielnicy miasta być lokalem eleganckim, przeznaczonym dla ludzi z grubą kiesą i wyrobionym smakiem? A tym bardziej, kto takiej karczmie zabroni bycia bardziej elegancką niż karczma obok albo jakiś szynk umiejscowiony w dzielnicach biedoty?

Naprawdę warto weryfikować informacje, których nie jest się absolutnie pewnym, szczególnie, jeśli na ich podstawie zamierza się komuś udzielać rad.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu Burzy – nie występuję tutaj jako językoznawca czy polonista, bo nimi nie jestem, nie sięgam też od razu po inernety, raczej ufam papierowym słownikom. Oceniam tylko to, co ktoś napisał w danym opowiadaniu. I jeśli chodzi o meritum sprawy, o wyrażenie “najbardziej ekskluzywną karczmą”, nic się nie zmieniło, nadal jest to fatalne wyrażenie w opowiadaniu fantasy.

Nigdy nie uwierzę w ekskluzywną karczmę, nawet obecnie. Choć może nie wykluczam tego ostatniego, bo w dzisiejszych czasach każde dziwactwo jest możliwe.

To, że to słowo jest synonimem “luksusowy” czy “wykwintny”, to zupełnie inna sprawa, zwłaszcza “wykwintny” jak najbardziej by pasowało w opowiadaniu fantasy, bo w dawnych czasach to słowo było po prostu używane.

A ekskluzywne, jesli się nie mylę, pochodzi z francuskiego i jest to stosunkowo nowe słowo. Dlatego mówi się o ekskluzywnych restauracjach i znaczy mniej więcej to samo co luksusowe czy eleganckie, choć tych dwóch ostatnich słów też bym nie użył w tekście fantasy. Kwestia wyczucia eleganckiej polszczyzny po prostu, i bardziej temu należy ufać aniżeli jakimś internetom.

Cieniu Burzy – nie występuję tutaj jako językoznawca czy polonista, bo nimi nie jestem, nie sięgam też od razu po inernety, raczej ufam papierowym słownikom.

A w którym papierowym słowniku pisze, że przymiotnika “ekskluzywny” się nie stopniuje?

 

Kwestia wyczucia eleganckiej polszczyzny po prostu, i bardziej temu należy ufać aniżeli jakimś internetom.

Moim zdaniem kolejny błąd, bo raz, że wyczucie eleganckiej polszczyzny to rzecz stricte subiektywna, a o gustach, jak wiadomo, dyskutować sensu nie ma, a dwa, że zupełnie z innego powodu przywołałem Internety.

Pisałeś wcześniej, cytuję:

A co do stopniowania, pewnych przymiotników się nie stopniuje. Jest na to jakaś reguła, ale nie przedstawię jej, aż takim specem nie jestem. Jestem za to pewien, że słówko “ekskluzywne” do nich należy, wystarczy trochę wczuć się – w jaki sposób coś może być bardziej lub mniej ekskluzywne, na czym miałoby to polegać?

Ja z kolei byłem pewien, że jesteś w błędzie i postanowiłem Cię z niego wyprowadzić. Nie uwierzyłeś mi na słowo, więc udowodniłem Ci to za pomocą dostępnych materiałów – Internety właśnie – a potem wyjaśniłem, na jakiej zasadzie coś może być bardziej, a coś mniej ekskluzywne, skoro pytałeś.

Stąd ten “wykład”. Zasadność zastosowania “ekskluzywności” w opowiadaniu fantasy to zupełnie osobny temat; temat, do którego wrócę jeszcze raz.

Ekskluzywności w sensie stricte znaczeniowym karczmom nie odmawiam nadal, bo nie mam problemu z wyobrażeniem sobie podobnego przybytku, czy to współcześnie, czy w czasach zamierzchłych, ale co do użycia tego słowa w opowiadaniu fantasy, to tutaj faktycznie możesz mieć rację o tyle, że nie brzmi to zbyt autentycznie. Z drugiej strony “ekskluzywny” to francuska przeróbka łaciny, języka powszechnie stosowanego w średniowieczu. Zresztą nasz język w tamtym okresie dosyć mocno się kształtował, zbierając naleciałości dosłownie skąd się tylko dało.

Generalnie jednak, to nie wiem, kiedy faktycznie powstało to słowo, więc tu się od dalszej dyskusji wstrzymuję, bo może faktycznie nie padło przez całe średniowiecze ani razu. Inna rzecz jednak, że świat quasi-średniowieczny to nie jest świat średniowieczny – to świat wymyślony przez autora i tylko autor ma prawo decydować o tym, jakich słów używają zamieszkujące go istoty, i to bez tłumaczenia się, dlaczego.

Andrzej Sapkowski ma na ten temat dość jednoznaczny, a przy tym, moim zdaniem, interesujący pogląd (z którym oczywiście nikt zgadzać się nie musi):

Na koniec jeszcze jedno: gdy "Droga…" ukazywała się w "Fantastyce", wielokrotnie już tu będący przywoływany Maciej Parowski pozwolił sobie na pewne redaktorskie korekty, nie konsultując tychże z autorem – któżby w końcu cackał się z debiutantem. Ofiarą redaktorskiej gumy padły przede wszystkim zwroty, których w fantasy używać nie wolno, bo "podówczas tak nie mówiono". W wydrukowanym w "Fantastyce" opowiadaniu spostrzegłem więc z niejakim zdumieniem, że "pycha" zastąpiła "arogancję", że "inteligentny" stał się "mądrym" itp. Ponieważ twardo bronię teorii, że fantasy nie dzieje się w żadnym "podówczasie" i bezsensowne są zarówno archaizacja języka, jak i jakiekolwiek języka stylizowanie, z wersji, którą Państwo za chwilę przeczytają, poprawki Parowskiego wyeliminowałem, wróciłem do swego dziewiczego maszynopisu. Mają więc Państwo przed sobą wersję, którą Anglosasi określają jako unabridged. Ocenie Państwa pozostawiam, czy tekst zyskał przez to, czy stracił.

Fragment pochodzi z przedmowy do opowiadania Droga, z której się nie wraca, umieszczonego w antologii jego opowiadań Sapkowskigo Coś się kończy, coś się zaczyna (swoją drogą, polecam).

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

W pierwszym komentarzu napisałem, że słowo “ekskluzywne” nie pasuje, a jego stopniowania się raczej nie stopniuje. Nigdzie nie napisałem, że to błąd. Zwyczajnie mi zazgrzytało, a przeczytałem tylko sam początek opowiadania.

Nie mam tu przy sobie żadnego papierowego słownika, zresztą byłoby to jedynie w słowniku języka polskiego, którego nigdy nie posiadałem, niestety.

A na siłę stopniować można przecież wszystko. Nadal jednak nie pojmuję, w czym miałaby się przejawiać mniejsza bądź większa ekskluzywność karczmy. Karczma to po prostu karczma albo oberża. Oczywiście mogły być takie, do których wstęp mieli ludzie wyżej sytuowani, szlachta, i takie, do których uczęszczał plebs, lub jakieś menele czy pijaczki. Nie wiem dokładnie, jak było. Ale tych karczm dla szlachty na pewno nie nazywano ekskluzywnymi, choć może dla plebsu faktycznie były tylko speluny.

Przywołałeś Sapkowskiego, też uważam, że ma rację. A pamiętam, jak kiedyś Parowski nazwał jego prozę postmodernizmem. Dużo zależy od konwencji, w jakiej się pisze. Do Sapka wszystko to jakoś pasowało. A w powyższym opowiadaniu, o ile zdołałem się zorientować, konwencja jest bardziej tradycyjna, chyba to nawet heroic fantasy, ale może doczytam je do końca, bo przez naszą dyskusję jakoś nie miałem czasu.

Jest jakiś pomysł, ale mocno skrzywdzony wykonaniem. Może nawet kilka, spodobał mi się kriomanta, metal odzyskujący kształt, powtarzalna kusza itp.

Fabuła nawet, nawet. Wprawdzie zaczyna się sztampowo (acz przynajmniej bohater wchodzi do niej przez zaplecze), ale potem już robi się ciekawiej.

Tylko to wykonanie… Czeka Cię jeszcze mnóstwo pracy nad warsztatem. Sporo literówek, zapis dialogów do totalnego remontu, słowa użyte niezgodnie z przeznaczeniem, zagubione podmioty, zaimki odsyłającego do niewłaściwego słowa, kulejąca interpunkcja (nigdy nie stawiamy spacji przed przecinkiem)…

Miała pociągłą twarz elfiej urody z której wyrastały krótkie rogi.

Ale rogi wyrastały z urody czy z twarzy? Jedno i drugie bez sensu. Przecinek po “urody”.

Jeśli Fornir go przepije, da mu miecz i zgodzi się aby Kheta wyszkolił ktoś inny.

Ale kto komu da miecz? Fornir? Przecinek po “się”.

wsiąkając w słomiane klepisko.

Klepisko nie jest ze słomy.

Siward westchnął rozpiął płaszcz ukazując łuskowy pancerz z amidanu, każdy gevenejari taki nosił. Jego rozmówca odetchnął z ulgą. Szczęknęła zasuwa i drzwi uchyliły się z głośnym piskiem nienaoliwionych zawiasów.

A jak gospodarze obejrzeli i poznali pancerz przez zamknięte drzwi? Przecinki po “westchnął” i “płaszcz”. “Jego” wydaje się odsyłać do gevenejariego.

 – Udamy się do Królestwa Eleniwaldu, tamtejszy władca nie każe ćwiartowaniem za dociekliwość.

Sprawdź w słowniku, co znaczy “każe”. Możesz się zdziwić.

Thorgal ubierał blaszka po blaszce swoją starą zbroję klnąc przy tym siarczyście.

Zbroi ani ubrań się nie ubiera. Przecinek po “zbroję”.

Kopniakiem wywarzył wieko swojej trumny i w kilka chwil znalazł się przy akolicie.

Nie odkładaj słownika, “wywarzyć” też sprawdź.

Babska logika rządzi!

Bardzo dziękuję wszystkim za komentarze. Jak zauważył Cień Burzy opowiadanie jest bardzo obszerne, a co za tym idzie usunięcie z niego wszystkich kontrowersji jest trudne. Dlatego gorąco zachęcam wszystkich do czytania i komentowania. Pozdrawiam

Ale o co chodzi z kontrowersjami? Błędy to błędy, kontrowersji nie wzbudzają.

Babska logika rządzi!

opowiadanie jest bardzo obszerne, a co za tym idzie usunięcie z niego wszystkich kontrowersji jest trudne.

No i teraz zastanawiam się, czy robić łapankę… Bo skoro dla Autora wiąże się to z kontrowersyjnym trudem, to chyba nie powinnam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka