- Opowiadanie: Remi-G - Kudłacz - polowanie na potwora

Kudłacz - polowanie na potwora

Fragment jedno z tekstów nad którym pracuje od jakiegoś czasu.

 

Całość jest fragmentem większego projektu, który był widoczny w niektórych zakątkach internetu.

Dzieje się w moim autorskim świecie, brudnym  i mrocznym jak Dragon Age, ale zamieszkałym przez nie standardowe rasy – jak w Guild Wars.

 

Dostrzec tu można utarte schematy, jednak bohaterowie przemierzają własne szlaki.

 

Miłej lektury i zapraszam.

 

 

Oceny

Kudłacz - polowanie na potwora

================

Potwór z bagien

 

Grupa dzieci bawiła się jak co dzień na skraju wioski, w pobliżu białego dębu. Było to wielkie drzewo, o białej niczym kość korze i wiecznie czerwonych, jesiennych liściach. Mieszkańcy wierzyli, że drzewo to miało moc szczególną, powiązaną z magiczną mocą. Wyrosło długo po wojnie Złamanych Różyczek i nigdy nie gubiło listowia. Wierzono, że drzewo to jest tworem woli istoty wyższej, darem zesłanym im przez cztery bóstwa opiekuńcze mieszkające na mokradłach. Pojawiło się nagle pewnej nocy, której ciszę rozdarł ohydny ryk, tak głośny i przerażający, że wyrwał wszystkich mieszkańców ze snu. Bagniarze, zebrawszy się w kupę i chwyciwszy za broń, ruszyli sprawdzić, z jakiego potwornego gardła dobyły się tamte dźwięki. Gdy przybyli na miejsce, ujrzeli jesienne drzewo, którego wcześniej nie było, oraz umykającą w dzicz czarną kreaturę. Drzewo musiało tu zatem wyrosnąć z woli ich bogów i swoją błogosławioną mocą odgoniło potwora, zanim ten dokonał spustoszeń w wiosce. Uznali to za znak, że bogowie czuwają cały czas nad nimi – mimo że jak wszyscy znani ludziom bogowie już dawno zamilkli – a majestatyczne drzewo, dla którego trwała wieczna jesień, uznali za święte i przepełnione mocą.

Często przyprowadzali dzieci na skraj wioski, by pod okiem dorosłych, w cieniu magicznego drzewa, łaska i opatrzność bóstw spływały na nich. Ponieważ od tamtej pamiętnej nocy drzewo w żaden sposób nie zamanifestowało swojej mocy, a sami mieszkańcy zaczęli powątpiewać w jego cudotwórcze zdolności, to miejsce na skraju wioski z czasem zaczęło funkcjonować jako nieformalny plac zabaw dla dzieciaków. Trudno było na Upadłych Bagnach o drugie takie miejsce, gdzie dzieci mogły bawić się swobodnie, nie myśląc o tym, czy przetrwają na bagnach i bez ciągłego, nudnego słuchania o Rygorze i jego prawach związanych z Bóstwami Opiekuńczymi. Enklawa spokoju na skraju wioski, gdzie na chwilę mogli zapomnieć, gdzie przyszło im żyć i poczuć się dziećmi, a nie małymi dorosłymi.

Dzieciaki bawiły się beztrosko wokół wielkiego drzewa, krzycząc radośnie, ganiając się i skacząc po co niższych gałęziach. Dorośli stali na skraju polanki, aby mieć na wszystko oko. W większości były to kobiety, zebrane na drewnianych ławach przy jednej z chałup. Zajmowały się, bez względu na wiek, haftowaniem lub drugą ulubioną czynnością, plotkowaniem, co raz rzucając okiem na bawiące się urwisy, które doskonale radziły sobie same.

Jedna z kobiet oddaliła się jednak od reszty zgromadzenia, aby w samotności przyglądać się grupce dzieci. Verrana, niespełna czterdziestoletnia szatynka o lekko kręconych włosach, patrzyła na dzieci bawiące się na małej polance wokół dębu. Grały w bagienną piłkę, dziwną grę, która polegała na rzucaniu piłką zrobioną z powiązanych luźno szmat, tak by trafić któregoś ze współzawodników, a przy tym tak wymierzyć strzał i siłę rzutu, aby szmaciana kula nie rozpadła się na szmaty, z których była zrobiona. Dopuszczenie do takiej katastrofy oznaczało pracowite zwijanie szmat, co dawało innym dzieciakom czas na bieganie a jednocześnie narażało niezdarę na głupie i dokuczliwe przezwiska przez najbliższe kilka dni.

Dzieci bawiły się przy tym świetnie, śmiejąc się radośnie. Wszystkie bez wyjątku -poza jednym.

Verrana nie zwracała uwagi na zimny wiatr, który nadciągnął od bagien, majtając połami jej płaszcza i oblewając jej ciało chłodem. Ignorowała to tak samo jak wrzaski dzieci oraz plotkowanie starych bab za jej plecami. Jej myśli krążyły wokół Gessana – małego chłopca w podartej koszuli, który jako jedyny nie uczestniczył w zabawie. Był jej ukochanym synem i jedyną znaczącą osobą, której nie odebrały jej bagna.

Mały chłopiec kucał na uboczu polanki przy jednym z kamieni, trzymając się z dala od drzewa i blisko linii podmokłego lasu, odgrodzonego drutem kolczastym dla ochrony przed dzikimi zwierzętami. Verrana była pewna, że jej synek przypatruje się zapewne jakiemuś małemu robakowi, jak to często miał w zwyczaju. Zawsze fascynowały go tajemnice skrywane przez naturę i jak nikt inni umiał je dostrzegać w tym paskudnym miejscu i badać. Gdyby dorastał w wielkim mieście poza bagnami, które miało wielki kamienny mur oraz akademię, mógłby stać się wspaniałym badaczem albo odkrywcą. Tak by zapewne było, ale nie tu – dopowiedziała sobie w myślach.

Coraz częściej myślała różne rzeczy o Gessanie, zwłaszcza od czasu, gdy jej mąż pewnej nocy nie wrócił z polowania i została z synkiem sama. Cały ciężar wychowania dziecka spadła na jej wątłe barki. Mogła liczyć na wsparcie i pomoc mieszkańców przy pilnowaniu chłopca, zajmowaniu się nim, ale to było za mało. Czuła to całą sobą – tutejsi ludzie przeżarci są powietrzem bagiennym. Nie dostrzegała tego wcześniej, zanim jej maż nie zginął na bagnach, a Gessan nie zaczął zamykać się we własnym świecie myśli i wykazywać coraz większego zainteresowania badaniem przyrody i światem książek, których nie było zbyt wiele w miasteczku, mieszkańcy bowiem przywykli raczej do przekazywania sobie wiedzy z ust do ust. Szybko się okazało, że z chłopca będzie żaden myśliwy, ani rybak, ani nawet rzemieślnik, który mógłby pleść sieci albo robić garnki. Co najwyżej będzie się nadawać do zbierania chrustu, jak niedołężny starzec, albo do prania i gotowania jak baba. Gessan i ona – po tym co się stało – nie pasowali do tego miejsca. Zawsze będą na uboczu, stłamszeni i traktowani jak coś gorszego. Ona – samotna matka, pogrążona w wiecznej żałobie i rozpamiętywaniu o mężu, nie potrafiła znaleźć sobie innego mężczyzny, oraz Gessan – bezwartościowy nieudacznik. Verrana wiedziała, że Bermeld nie jest dobrym miejscem do wychowania dziecka.

Wrogość bagniarzy i ich niechęć do Gessana zaczęły objawiać się z początku niepozornie, poprzez pogardliwe spojrzenia i niewybredne komentarze o jego braku zaradności. Rówieśnicy zaczęli dokuczać mu, bijąc go i przezywając, co szybko stało się codziennością. Mieszkańcy wioski nie reagowali na to, tak samo jak nie reaguje się na gryzące się psy – wychodząc z założenia, że same to załatwią albo silniejszy zabije słabszego. 

Jednak najgorsze zaczęło się, gdy jeden z myśliwych, odpowiednio podchmielony, zobaczył jak Gessan bawi się małą, złotą śrubką, która w jakiś sposób znalazła się w jego posiadaniu. Myśliwy szybko skojarzył, że ten przedmiot musi pochodzić ze starego, zakazanego torfowiska.

Było to miejsce, gdzie ugrzęzły ogromne metalowe istoty – golemy, które przybyły do wioski razem z magami w czasie wojny. Siejące chaos i zniszczenie na polach bitew, teraz spoczywały pod torfem i tylko od czasu do czasu topiel wypluwała na powierzchnię kawałki metalowych rąk i hełmów. Zupełnie jakby siejące zniszczenie istoty nieudolnie próbowała wydostać się z wiecznej pułapki, w którą zwabili ją bagniarze.

Myśliwy, który przyłapał Gessana, nie omieszkał przypomnieć mu tej legendy, bijąc go przy tym do krwi i opowiadając wszystkim, jak to mały Verrany zapuszcza się pod nieobecność matki na obszar, gdzie nikt z Bermeld nie miał odwagi chodzić, bojąc się, żeby przez niewczesną ciekawość nie obudzić mechanicznych potworów, by te dokonały vendetty.

Verrana pamięta jak dziś zapłakaną twarz Gessana, przyprowadzonego do domu przez myśliwego i pretensje mężczyzny o to, że przez jej syna golemy wstaną ze szlamowatego grobu i ruszą na Bermeld, burząc je swoimi żelaznymi pięściami, zdolnymi kruszyć skały i wypalą miasto do gołej ziemi, a ludzi do białych kości swoimi zielonymi promieniami miotanymi z kryształowych oczu.

Od tego czasu minęły wyjątkowo długie trzy dni. Verrana odczuwała cały czas niepokój.

Wciąż jeszcze przyglądała się bawiącym się dzieciom i swojemu synkowi, gdy usłyszała za sobą kroki. Odwróciła lekko głowę i ujrzała Elkre. Przygarbiona staruszka dobrze trzymała się jak na swój wiek. Jej posiwiałe i przerzedzone włosy były zakryte szarą chustą, ale jej oczy w kolorze zieleni zdradzały, że umysł jej nie stracił nic ze swej przenikliwości i sprytu. Spojrzenie staruszki było świdrujące i nasączone przebiegłością.

Ludzie w mieście przychodzili do niej po rady jako do jednej ze starszych i mądrzejszych w wiosce osób. Była najstarszą osobą w miasteczku, znała wszystkie tajemnice i obrzędy związane z Czterema Bóstwami. Sama uważała się z słyszącą głosy zapomnianych Bogów, często wspomagała się przy tym narkotycznymi ziołami, mimo to wielu bagniarzy z miasteczka wierzyło jej wizjom. Elkra była nieformalną przywódczynią tych, którzy uznawali Rygor i kierowali się jego zasadami, co czyniło ją najważniejszą postacią w teju małej społeczności. Verrana nigdy nie darzyła jej zaufaniem.

Pokryte zmarszczkami usta staruszki wygięły się, upodobniając na chwilę jej usta do gęby bezzębnej pijawki.

– Choć do nas, Verrana. Pozwól, aby ogień ogrzał twoje przemarznięte ciało. Ogrzej się – wysapała staruszka. – Wiesz dobrze, że nie mogę tego zrobić – odwróciła się od niej – …muszę mieć dziecko na oku.

– Twoje dziecko jest przecież wśród swoich – odparła starowinka wyraźnie akcentując ostatnie słowo.

– I właśnie dlatego muszę go pilnować.

Przez chwilę między nimi zapadła cisza, którą w końcu Verrana sama zdecydowała się przerwać.

– Oni go tu nie akceptują. – Wiedziała, że to może nie być dobry krok, ale postanowiła powiedzieć, co jej leży na sercu. – Od czasu, gdy odszedł mój mąż, Gessan stał się inny. Czuje, że tu nie pasujemy.

– Samaś sobie winna – odburknęła Elkra – sporo czasu już minęło, do kiedy Twój mąż odszedł. Mogłaś ponownie stanąć na ślubnym kobiercu. Bogowie by Ci pobłogosławili. A mały miałby wtedy nowego ojca, który szybko by go ułożył. Wiem, że Ronid chciał się żenić z Tobą, czemuś go odrzuciła, co ?

– To pijak, moczymorda i awanturnik. – Na samo wspomnienie o tym odpychającym facecie przeszły ją dreszcze. – Nie wiem, czy znajdę tu kogoś, kto zastąpi mi Therna.

Staruszka przez chwilę wydawała się warzyć słowa, które miała wypowiedzieć.

– Jeśli nic nie zrobisz z tym maluchem, to wyrośnie z niego taki sam marzyciel i nieudacznik jak Thern – wypluła te słowa wyjątkowo gładko, bez zająknięcia się szkalując imię jej zmarłego ukochanego. – Też nie wróci z bagien z własnej winy i braku umiejętności, bym tam przeżyć. Mokradła to nie polanka pełna kwiatów. Znasz drugie prawo Rygoru – każdy mężczyzna z wioski musi się udać na bagna, pokazać, co jest wart dla Bermeld, albo zdechnąć w szlamie mokradeł lub paszczy bestii! Tego właśnie chcesz dla swojego dziecka ? – dodała na koniec.

Verrana przez chwilę milczała, spoglądając na Gessana, który cały czas oglądał coś na łące. Po chwili spojrzała staruszce prosto w oczy.

– Wiesz, czemu o tym wszystkim ci mówię ? – powiedziała to lekko drżącym głosem. – Ponieważ podjęłam już decyzję. Odchodzę.

Elkra zrobiła dwa kroki w tył, jakby odepchnięta jej słowami. Verrana kontynuowała.

– …nie lubię obecnego Wójta. Co więcej, uważam, że okupuje to miasteczko sprowadzając tu najemników w tych krwawych pancerzach i zmusza ludzi do niewolniczej pracy, aby móc sobie samemu napchać kabzę złotem, tak uważam, chociaż ty będziesz zaprzeczać i mówić co innego. Zawsze mówisz to, co ludzie chcą usłyszeć, by ich zwieść, mamroczesz coś w narkotycznym widzie o Czterech Bogach i Uśpionym Smoku, a nie prawdę, którą ludzie powinni usłyszeć! – Pokazała palcem pobliskie chałupy.

Nieopodal na ścieżce między budynkami, w pobliżu dużej rozpalonej pochodni wbitej w ziemię, stali trzej zbrojni mężczyźni. Wszyscy mieli rdzawoczerwone, jakby schlapane krwią pancerze, gdzie niegdzie przyozdobione kolcami albo czarnymi malowidłami. Ani ich zbroje, ani broń nie stanowiły jednolitego rynsztunku. Jeden z nich miał na plecach glewię  o długim drzewcu i charakterystycznym zakrzywionym ostrzu, połyskującym nad jego głową jak prywatny półksiężyc, uzbrojenie pozostałych dwóch stanowiły mniej egzotyczne  miecze i kusze, jednak i te, we wprawnych rękach mogły być równie zabójcze. Nie zareagowali na wskazanie ich palcem, nie ruszyli się, a spod ich hełmów nic nie było widać. Z tej odległości sprawiali wrażenie olbrzymich ciem skupionych wokół światła i ciepła. .

Byli tu na zaproszenie Wójta Derota, oficjalnie sprawując funkcję wartowników pilnujących pochodni i dbających o to, by czasem któraś nie zgasła. Wszyscy wiedzieli, że to pozory, czuli się przy nich jak owce w towarzystwie nie do końca oswojonych wilków. Mieszkańcy mawiali, że lepsza taka ochrona niż żadna, gdyż bagniska zamieszkiwały przeróżne stworzenia. Dziś było ich tylko trzech i w samym miasteczku zapewne niewiele więcej, bo większość z nich właśnie o tej porze, podobnie jak większość sprawnych i silnych baśniarzy, była na mokradłach, nadzorując budowę szlaków handlowych, które powstawały na rozkaz zarządcy miejskiego.

Mieszkańcy udawali jak mogli, że nie są zakładnikami we własnym mieście. Miejscowi plotkarze, niezadowoleni z obecnej sytuacji, mówili po cichu o ludziach, którzy zginęli już na bagnach podczas karkołomnej budowy szlaków. Szeptali też o Derocie i ewentualnych planach wygnania go z miasta. A sami najemnicy w krwawych pancerzach – nazywani przez miejscowych szeptem okupantami i ogarami – udawali, że ochraniają bagniarzy podczas ich pracy, w istocie ich nadzorując. Teraz w mieście udawali, że są tu przez przypadek, jednocześnie próbując wychwycić, o czym zebrani mogą rozmawiać.

– Nie mówimy o tym, bo w żaden sposób nie łamie to durnych zasad Rygoru, – kontynuowała Verrana – a poza tym wstyd się przyznać, że takiego człowieka jak Derot mianowali się burmistrzem, dając się uwieść jego pustym obietnicom o bogactwach, które spłyną na miasto, gdy wybuduje się te przeklęte szlaki.

Verrana była z siebie dumna, że dała radę to powiedzieć i złamać tabu. Kolejne słowa same ułożyły się jej w głowie i wyleciały przez usta.

– …jedyne, co jest prawdziwe w tych oparach bagiennego powietrza, absurdu i kłamstwa to szlaki. Budowa, do której ludzie są zmuszani. Dlatego udam się na jeden z nich i razem z Gessanem opuścimy Upadłe Mokradła.

Chociaż przerażała ją myśl o przedzieraniu się przez bagna razem z dzieckiem oraz samotna wędrówka po szlakach handlowych w poszukiwaniu miasta, do którego ich wpuszczą i w którym im się poszczęści, to nie zamierzała się wycofać z tego.

Elkra patrzyła na nią przez chwilę, jakby ta zrobiła coś bardzo złego. Pokręciła przecząco głową, a jej twarz nie wyrażała przy tym żadnego gniewu, żalu, ani rozczarowania, czym kompletnie zaskoczyła Verranę.

– Od chwili Twojego ślubu z Therrnem wiedziałam, że będą z wami same kłopoty – odparła na chłodno – szkoda, że nie podeszłaś do ogniska, tak jak ci to sugerowałam. Verrana patrzyła się na nią przez chwilę z niedowierzaniem, niepewna tego, co zaraz się stanie. Dopiero teraz zaczęła żałować słów, które wypowiedziała.

– Twój syn opuści miasteczko, to prawda, ale ty tu zostaniesz! – Elkra powiedziała to z głosem sędziego, nie kryjącego swojej antypatii do skazanego. – Wiesz dobrze jak Rygor reguluje takie przypadki jak ten, a dziwactwa twojego syna już zbyt długo były tolerowane. Swoim zachowaniem i lekkomyślnością sprowadzi na nas któregoś dnia wielkie zło z bagien. Rygor takich nakazuje pozbyć się od razu.

Verrana przez parę chwil stała osłupiała, nie mogąc uwierzyć w dopiero co usłyszane słowa. Znała prawa Rygoru i parę razy słyszała o przypadkach, gdy dziecko zostało zmuszone do opuszczenia Bermeld i udania się w samotną wędrówkę przez mokradła, albo zabrane przez ludzi w białych płaszczach, którzy przybywali na szklanych łodziach, których szlam zdawał się nawet nie dotykać. Sama nigdy nie uczestniczyła w takich zebraniach, gdzie podobno w nocy mieszkańcy zbierali się w skórzanych maskach, by wydawać wyroki. Jednak wiedziała, jak wszyscy w miasteczku, że takie praktyki miały miejsce.

Dopiero teraz, po latach, gdy sama została matką, dotarło do niej, na jak straszny los skazywane były dzieci, a teraz ten los mógł spotkać jej dziecko. Wszystko w imię Rygoru.

W tej chwili zrozumiała, że została sama, ani burmistrz, ani jego gwardia przyboczna złożona z Czerwonej Stali nie zrobią nic, aby jej pomóc, a sami mieszkańcy Bermeld, wypowiadający się ustami staruchy Elkry również będą przeciwko niej.

 

 

* * *

 

 

Gessan nie wiedział, co robi jego matka, ani też nie zwracał uwagi na bawiące się niedaleko dzieciaki. Teraz był bardzo skoncentrowany na swoim najnowszym znalezisku, które całkowicie go zabsorbowało. Żuczek o złoto-czerwonym pancerzu z czarnymi różkami dzielnie maszerował po kamieniu, chwiejąc się przy tym lekko na boki. Przypominał jesienny liść, tańczący pod wpływem delikatnych podmuchów wiatru. Gdy zrozumiał naturę swojego skojarzenia, zrozumiał też, czemu ten widok wywołał w nim dziwne uczucie chłodu. Ten cudaczny robaczek o żółtawym odcieniu przypomniał mu jego cudowną, złotą śrubkę. Jedno z jego cenniejszych znalezisko, które zdobył w niecodzienny sposób podczas samotnej eksploracji bagien.

To był głupi pomysł – samotna wyprawa na bagna pod nieobecność matki zakończyła się tym, że młody odkrywca szybko zabłądził w głuszy. Długo nie mógł znaleźć właściwej drogi, ani zorientować się, gdzie jest. Właśnie wtedy, po wielogodzinnej tułaczce, trafił do miejsca z opowieści. Tam, gdzie pod ziemią spały golemy. Ich metalowe, ogromne członki wyrastały z bagiennych dołów. Chociaż wiedział, że nie powinno go tam być, ten widok go fascynował i pobudzał jego wyobraźnię. Widział w swojej twórczej głowie, jak takie monstra musiały powstawać, odlewane z ogromnych kotłów, rzeźbione i napełniane magią i przedziwnymi mechanizmami, a także jak wielki strach musiał ogarnąć mieszkańców Bermeld, gdy zastępy tych kolosów przybyły do miasteczka. Zaczął jednak wędrować między ogromnymi hełmami i rękami wykonanymi z metalu, czując się, jakby przechadzał się po jakimś muzeum z niecodziennymi eksponatami.

Gdy po liczbie metalowych, wielkich jak kolumny rąk i równie wielkich hełmów naliczył jedenaście sztuk uśpionych gigantów, pojawił się on – mężczyzna o chłodnych rysach twarzy, nieprzyjaznym uśmiechu i lekkim zaroście na twarzy, który jednak nie skrywał blizny na jego brodzie. Sam siebie nazywał łowcą i władcą tej części bagniska. Wyłonił się nagle przed nim, bezszelestnie i szybko, zupełnie jak ogromna puma, która podążała w ślad za nim. Gessan był przerażony tajemniczym, noszącym się na czarno przybyszem i jego zwierzęcym towarzyszem. Szybko powiedział mu, kim jest i jak znalazł się w tym miejscu. Gessan bardzo denerwował się podczas tej rozmowy, łowca wpatrywał się w niego nieprzyjaźnie, cały czas trzymając dłoń na rękojeści jednego ze swoich ostrzy. Wielki kocur patrzył się na niego jak na potencjalny posiłek. To, co stało się potem, zaskoczyło chłopca jeszcze bardziej, bo mimo swej aparycji i szorstkiego tonu mężczyzna nie rzucił go na pożarcie pumie. Zamiast tego przestrzegł Gessana przed zapuszczaniem się w to miejsce i odprowadził go na skraj wioski, wcześniej wiążąc mu oczy, by chłopiec na pewno nie zapamiętał drogi powrotnej na cmentarzysko golemów. Na pożegnanie mężczyzna wręczył mu złota śrubkę. Jak sam powiedział, była to jedyna, ładna i cenna rzecz, jaką udało mu się znaleźć na cmentarzysku. Dając mu ją, przestrzegł Gessana, aby ten zapomniał o tym, co stało się tamtego dnia i nigdy więcej nie wracał w tamto miejsce, bo za drugim razem tajemniczy człowiek z bagien nie okaże tyle uprzejmości.

Gessan zamierzał zastosować się do tej rady.

Tajemnicza, złota śrubka przez długi czas była jego małym skarbem i najcenniejszą zabawką, jedną z niewielu, jakie posiadał. Stracił ją trzy dni temu, przez własną nieuwagę, gdy spostrzegł go pijany brodacz. Mimo, że wspomnienie utraconego przedmiotu cały czas budziło w nim poczucie utraty, to pamiętał, jakie problemy miała przez to jego matka. Nie wspominając o sińcach, których jego ciało jeszcze nie zaleczyło, a które chował pod lnianą koszulą.

Popatrzył na matkę. Widział, że rozmawia ze staruszką, a nawet on, choć był tylko dzieckiem, kojarzył tę osobę. Wiedział też, że wiele osób w miasteczku traktuje ją jako wyrocznię, posiadaczkę jakiejś tajemnej wiedzy. Ludzie z wioski często chodzili do niej po porady i uważali ją za mądrą kobietę. Mama, nawet przed odejściem taty, rzadko chodziła do niej z pytaniami.

Nie podobała mu się mina starszej pani, taka samo jak mina jego matki, ale mimo to wiedział, że nie powinien wtrącać się w rozmowy dorosłych. Nie tylko z uwagi na fakt, że to nie ładnie, ale głównie przez wzgląd na mamę, której nie chciała sprawiać więcej kłopotów.

Znów skupił swoją uwagę na kamieniu, ale fascynującego okazu owada już nigdzie nie było. Zniknął gdzieś pomiędzy innymi kamieniami. Chłopczyk wyprostował się i spojrzał w stronę majestatycznego, wiecznie czerwonego dębu. Popatrzył na bawiące się tam dzieci, biegające w kółko, krzyczące i przerzucające się piłką ze szmatek. Nie był tacy jak oni, wiedział o tym od bardzo dawna. Praktycznie od chwili, gdy jego zmarły ojciec pokazał mu swój klaser z owadami i zasuszonymi roślinami, to wtedy właśnie zrozumiał, że mokradła nie są niebezpieczną krainą, z którą zawsze trzeba walczyć i jej nienawidzić, jeśli spojrzy się na nie z odpowiedniej perspektywy, wiedziało się gdzie szukać i pod jak kamień zajrzeć – stawały się istnym skarbcem pełnym bogactw oferowanych przez matkę naturę.

Brakowało mu taty. On by wiedział, co robić i mama byłaby szczęśliwsza.

Czasami czuł się straszliwie samotny.

Gdy wiatr wiejący od strony mokradła starł mu lśniącą łezkę z policzka, coś przykuło jego uwagę. Na tle pola, usianego gdzieniegdzie czerwonymi kwiatami i omszałymi kamieniami zobaczył tańczącą na wietrzy nieporadnie żółtą plamkę – jego żuczek się znalazł. Widział jak przysiada na jednym z kamieni nieopodal drutu kolczastego rozwieszonego na solidnych drewnianych palach, które stanowiły prowizoryczną barykadę oddzielającą dzikie zwierzęta od domostw.

Nie wiele myśląc, zadowolony, że znów będzie mógł zaspokoić głód odkrywcy i badaczy przyrody, pomaszerował pewnym krokiem w tamtą stronę.

Nie miał pojęcia, że z gęstwiny coś bardzo uważnie śledzi każdy jego krok.

 

* * *

 

 

– Nie możecie tego zrobić – powiedziała z rozpaczą w głosie Verrana. Jednak Elkra pozostawała niewzruszona, nie skrywała się jednak za maską zobojętnienia. Swoją miną i spojrzeniem demonstrowała perwersyjne zadowolenie, jakie sprawiało jej ukaranie krnąbrnej wieśniaczki.

Przez chwilę zaległa między nimi cisza.

– Przykro mi dziecko, ale to już postanowione – odparła patrząc jej w oczy.

Verrana dopadła jej jednym susem i chwyciła za poły jej szaty. Stare, schorowane ciało kobiety nie było w stanie stawiać żadnego oporu. Pewnym ruchem przyciągnęła je do siebie. Miała jej twarz tak blisko swojej, że mogła dokładnie przypatrzeć się każdej bruździe i zmarszczce rzeźbiącej starcze rysy.

Verrana, przez zaciśnięte zęby wysyczała w furii słowa wymieszane ze śliną, tak że krople spadły na ubranie staruszki.

– Jeśli naprawdę myślisz, że pozwolę wam pozbyć się mojego syna jak worka odpadków, to się grubo mylisz wiedźmo. Prędzej sama zatargam ciebie na bajora albo wrzucę w ruchome piaski.

Pod maską z zniszczonej przez czas skóry i zmarszczek nie dostrzegła jednak ani odrobiny strachu czy spolegliwości. Ostrze słowa i brutalne szarpanie nie zrobiły wrażenia na starej kobiecie.

– Obawiam się, że to będzie wyglądać nieco inaczej. – Elkra uśmiechnęła się szyderczo pokazując przy tym swoje liczne ubytki w uzębieniu i poczerniałe dziąsła. Z tym uśmiechem ze swoimi czarnymi, nieczytelnymi oczami wyglądała niczym ogromna, upiorna lalka z koszmarnego snu.

Verrana cały czas trzymała ją w uścisku, gdy usłyszała za sobą męski, gruby głos. Doskonale jej znany.

– Puść w tej chwili wieszczkę! – ton był niemal rozkazujący. – Nie wiesz, że do starszych trzeba z szacunkiem?

Gdy odwróciła się powoli, przeszło ja przerażenie. To był Ronid, mężczyzna o nieprzyjemnej twarzy, krzywym nosie i kwadratowej szczęce. Jej niedoszły zalotnik, którym tak bardzo gardziła. Nie tylko ze względu na jego brzydotę, ale również fakt, że jeszcze nie zdążyła dobrze oswoić się z myślą o śmierci męża, a on już określił się, nie pozostawiając jej żadnych wątpliwości co do swoich zamiarów względem niej.

Stał tam jak zawsze w swoje szarej, znoszonej koszuli i nie był sam. Za nim stała cała gromada miejscowych. Mężczyźni w różnym wieku, którzy dziś nie pracowali przy karczowaniu lasów i układaniu dróg. Kobiety, które jeszcze parę chwil temu szyły i plotkowały oraz kilkoro staruszków, którym większa grupa ludzi wlała nieco animuszu w stare kości. Byli tu wszyscy ci, którzy do tej pory ogrzewali się przy ognisku. Twarze, które Verrana znała na co dzień z Bermeld. Wszyscy oni obrzucali ją spojrzeniem, jakie rodzic rzuca dziecku nakrywszy je nagle na złym uczynku.

Verrana odruchowo rozluźniła palce, puszczając Elkrę z uścisku, chociaż dobrze wiedziała, że oto nie o szarpanie starego babska tutaj chodziło.

 

 

* * *

 

Gessan przykucnął przy małym stosiku z kamieni, gdzie – jak był pewien – znajdował się obserwowany przez niego żuczek. Uparcie i powoli odrzucał kamienie swoim małym dłońmi, najpierw powoli wsuwając palce w wolną szczelinę, by móc je powoli zdjąć, nie wywołując przy tym zapadnięcia się kamiennego stosiku. Nie chciał zniszczyć swojego upragnionego okazu. Chciał jeszcze raz, choć jeden raz popatrzeć na to małe cudowne stworzonko. To, jak sprytnie zostało skonstruowane przez naturę. Jak przebiera swoimi małymi nóżkami niczym precyzyjny mechanizm w pozytywce.

Na początku udało mu się znaleźć pod kamieniami kilka stonóg, karaluchów i sporo ślimaków bez muszli, ale w końcu, po odrzuceniu kolejnego kamienia, spomiędzy szczeliny wysunął się powoli miedziany owad. Gessan był zachwycony tym widokiem i uradowany, że jego trud nie był daremny. Pochylił się uważnie, aby patrzeć na tę grację, majestatyczność i tajemniczość zamkniętą w ciele tego małego stworzonka.

Gassan znów mógł oddać się swojemu ulubionemu zajęciu, bacznej i fascynującej obserwacji przyrody. Złoty robaczek skutecznie odwrócił jego uwagę od ciężkich trosk.  Dzięki małemu owadowi na parę chwila zapomniał o wszystkich złych myślach, które od czasu feralnej wyprawy na torfowiska kotłowały się w jego głowie.

Patrzył, jak owad stając na kamieniu rozchyla swoje pancerne pokrywy skrzydeł, spod których niczym żagle okrętu rozłożyły się przezroczyste, błoniaste skrzydła.

Gessan doskonale wiedział, co to znaczy. Długo już badał przyrodę na mokradłach i potrafił odczytać pewne ruchy insektów, które choć były dla niego niczym małe samonakręcające się, wykonane z pietyzmem mechanizmy, to mimo wszystko były prymitywne i przewidywalne, a i ten maluch miło całej swej cudowności nie był wyjątkiem. Mały chrząszcz, który wykonał dla niego przedstawienie na kamiennej scenie, machając radośnie czułkami i przebierając czarnymi odnóżami, zbierał się powoli do opuszczenia jej. Chłopiec zawsze w takiej chwili odczuwał pokusę, aby złapać stworzenie i zanieść je do domu, a tam zamknąć do słoika, to powstrzymywał się przed tym. Pamiętał cały czas o naukach ojca, który do znudzenia powtarzał mu, że takie stworzenia są piękne tylko na wolności.

Chłopiec z zapartym tchem i podwiniętymi nogami patrzył, jak przezroczyste skrzydełka żuka zaczynają poruszać się w górę i w dół coraz szybciej, gdy głowa owada cały czas kiwała się z lekka na boki, jakby rozglądał się czy może bezpiecznie wzbić się w powietrze.

Jednak Gessanowi nie było dane stać się świadkiem tego majestatycznego widowiska, jakim miał być lotu błyszczącego owada. Upragniona przez niego chwila nie nastąpiła.

W następnym momencie owad przestał istnieć. Stopa, odziana w brązowy skórzany but, opadła na kamień dokładnie w miejscu, gdzie znajdował się owad.

Gessan podniósł głowę i zobaczył tego, który brutalnie zakończył żywot złotego żuczka. Nie był zdziwiony, że osobą tą okazał się Harsz, miejscowy hultaj i rozrabiaka, najbardziej krnąbrne dziecko w wiosce. Jego prześladowca i gnębiciel, który lubował się w dokuczaniu słabszym. Piegowata, pucołowata buzia Harsza wykrzywiła się w uśmiechu, co w połączeniu z jego kręconymi, rudymi jak marchew włosami upodobniło go do cyrkowego siłacza.

Jego nieodłączny towarzysz, Fell, o czarnych zaniedbanych włosach i wiecznie rozbieganych oczkach, stał za nim niczym giermek u boku rycerza, podobnie jak Harsz odziany w prostą, lnianą koszulę z trokami przeplatanymi na torsie.

Harsz tymczasem pokazywał swoim uśmiechem, jak wielką przyjemność sprawiło mu zabicie chrząszcza.

– O, zabaweczka spsuła się Gamoniowi? – powiedział dumnie sepleniąc i pokazując dwa ubytki w uzębieniu, jeden obok drugiego. Brak zęba był świadectwem po licznych stoczonych w niedawnej przeszłości bijatykach.

Patrzył z góry na chłopca w przykucniętej pozie, pewien tego, że lada chwila, jak to miał w zwyczaju, rozpłacze się, poleci na skargę do matki, albo zaszyje się za jakimś drzewem. Tym większe zdziwienie ogarnęło go, gdy Gessan nie poddał się rozpaczy, tylko szybko zrywając się na równe nogi uderzył w jego pulchne ciało.

Harsz, nie spodziewając się ataku, zachwiał się i runął na ziemię niczym ścięte drzewo. Gessan szybko usiadł na nim i swoimi chudymi rękami zaczął obkładać chłopca, który tak brutalnie i bezmyślnie zabił złotego żuczka.

Przez ten cały czas myślał o swojej złotej śrubce zabieranej przez śmierdzącego myśliwego, poczucie straty znów powróciło, jeszcze silniejsze niż wtedy. Niezdarnie obkładał rudego grubasa zaciśniętymi pięściami. Miał łzy w oczach. Nie miał pojęcia ile razy zdążył uderzyć Harsza i w co trafił, nim Fell złapał go za ręce i wykręcając je, ściągnął go z niego. Harsz powoli wstał, otrzepując się. Przez cały czas śmiał się i Gessan wiedział, że jego pełne gniewu ciosy okazały się nieporadne i jedynie rozjuszyły łobuza, który teraz zamierzał wszystkie te razy oddać mu ze sporą nawiązką.

– Dlaczego ? – spytał drżącym głosem. – Dlaczego to zrobiłeś?? Dlaczego ?!

 Harsz podszedł bliżej niego. Miał lekko różową twarz, kilka uderzeń musiało go jednak dosięgnąć.

– Co za głupie pytanie – powiedział i jego zaciśnięta ręka, twarda niczym kamień, uderzyła Gessana w brzuch. – …bo jesteś ofermą. A tacy zasługują na wszystko, co najgorsze.

Zaciśnięta pieść ugodziła go dwa razy w żebra.

Gessan był lekko zamroczony po tych ciosach. Jego głowa opadła bezwładnie, ale słyszał dokładnie każde słowo.

-… każdy w tej wiosce będzie miał cię za frajera, cholerny miłośniku robactwa. Zapuszczasz się tam, gdzie nie wolno chodzić i narażasz nasz wszystkich. Nawet moim rodzice mówili o tym ostatnio przy kolacji, że z dziwaka stałeś się prawdziwym utrapieniem dla wioski.

Nie patrzył na niego, ale ważył w swoim młodym umyśle każde z usłyszanych słów. Cały czas miał przez oczami, pomimo lekkiego zamroczenia, uśmiechniętą twarz swojego prześladowcy, a był to uśmiech dziecka, które bez powodu znęca się nad mrówką wyrywając jej kończyny. Wszystkie te przykre rzeczy, okrutne słowa, zniewagi i fizyczny ból, zlewały się w jego głowie niczym fale sztormu, które zalewały go. Nagle to wszystko uspokoiło się, gdy coś sobie uświadomił.

Szmery. Głośne, wyraźne szmery, ocierających się o siebie liści i gałęzi.

Słyszał wyraźny szelest listowia. Nie było wiatru, co zauważył już podczas obserwacji żuczka, a mimo to słyszał wyraźnie, jakby jakieś małe tornado poruszyło gałęziami i liśćmi za ogrodzeniem. Trzech łobuziaków, zaaferowanych znęcaniem się nad Gessanem, wydawało się być kompletnie głuchymi na ten dziwny dźwięk. Do momentu, gdy z gęstwiny za lichym, chałturniczym ogrodzeniem dobył się upiorny długi pomruk, który wydawał się przenikać człowieka głęboko aż do kości, by wzbudzić w nim najbardziej pierwotne lęki.

Po chwili ogromny czarny cień przesunął się nad całą czwórką, niczym wielka gradowa chmura. Słychać było ciężkie dudnienia, gdy coś bardzo ciężkiego spadło na ziemię. Dwaj chłopcy cały czas trzymali Gessana w klamrowym uścisku, gdy ich ciała zesztywniały ze strachu. Od jednego z oprawców chłopiec słyszał nieskładne mamrotanie, dziwny dźwięk jakby z zepsutego instrumentu, który powstał, gdy przez usta sztywne od paraliżu nie mógł wydobyć się krzyk przerażenia.

Gessan uniósł lekko głowę i zobaczył rudego, pulchnego chłopca powoli odwracającego się w stronę ogromnej czarnej sylwetki, która wyrosła za jego plecami, niczym ponura góra. Zdążył jeszcze zobaczyć jak Murad spogląda w górę na giganta stwora, prosto w lśniące ślepia, jarzące się z głębi jego potwornej, zniekształconej czaszki.

 Harsz nie zdążył wydać z siebie żadnego dźwięku. Potwór wykonał błyskawiczny ruch łapą uzbrojoną w długie, hakowate szpony. Chłopiec eksplodował niczym wielki balon wypełniony krwią i wnętrznościami.

Krew obficie chlusnęła Gessanowi prosto w twarz.

 

 

* * *

 

Verrana upadła w błoto, gdy powalił ją cios Ronida wymierzony w jej skroń. Mężczyzna nie żałował sił na uderzenie. Tłum mieszkańców cały czas stał za nim, a ich miny wyrażały jedynie obrzydzeniem, pogardę oraz zobojętnienie. Niczym ława przysięgłych, która postanowiła, co zrobić z oskarżonym, którego wina nie ulega wszelkim wątpliwościom.

Verrana podniosła się z błota, upaćkana w nim cała. Spojrzała na Elkrę, oddalającą się od tego miejsca, które powoli zmieniało się w miejsce linczu. Nie patrzyła w jej stronę. Stara kobieta odstawiała grę pozorów. Brudną robotę w postaci bicia pozostawiała innym, podczas gdy ona – patrząc w pochmurne niebo – mamrotała pod nosem jakieś modlitwy.

– Nie zgodzę się na to… – powiedział to sama do siebie , a w jej dłoni pojawił się mały nóż, którego używała do ścinania ziół i patroszenia ryb.

Z tłumu słychać było głosy oburzenia i gniewne pomruki. Pośród tych odgłosów słychać było ciągle powtarzające się zdania:

Rygor tego wymaga…

Rygor to wszystko, co mamy…

Rygor pozwoli nam przetrwać…

Rygor.., Rygor… Rygor..!!

– Chrzanić Rygor i Czterech Bogów – powiedział wściekle Verrana, podnosząc się z błota i mocno ściskając ostrze – został mi tylko Gessan. Nie zabierzecie mi go. Nie za mają zgodą!

Widząc ostrze w jej dłoni tłumek przestał się zbliżać. Ronid pozostał jednak tam, gdzie stał.

– Nie bądź głupia, kobieto – mruknął Ronid, cały czas zerkając się na nóż w jej ręku. – Nie umiałaś wychować syna, więc czas ponieść tego konsekwencje. Znasz zasady. Nie może pozostać, będzie ciężarem. Albo zdechnie na bagnach w paszczy smoka, albo znajdą go Wstęgi i zabiorą do Zakonu. Ty nie musisz przez to cierpieć. Łono długo jeszcze będziesz miała wilgotne, dużo jeszcze bardziej udanych dzieci możesz mieć.

W odpowiedzi Verrana rzuciła mu spojrzenie lwicy gotowej stanąć do morderczej walki w obronie swoich młodych.

Ronid zrobił krok do przodu, unosząc lekko ręce w pojednawczym geście. Kobieta czuła, że to miało tylko zmylić jej czujność. Chrapliwy śpiew Elkri, zawodzenie o czterech bogach z bagien rozbrzmiewał coraz głośniej nad zebranymi.

– Pozwólcie nam odejść – wyszeptała matka, gdy ludzie zaczęli podchodzić coraz bliżej. Jej oczy zaczęły się szklić, gdy uświadomiła sobie, że nie obroni dziecka.

Nagle wszystko zatrzymało się. Nieudolny śpiew Elkri ustał, a ona sam wskazała palcem na polankę. Wszyscy ludzie stali jak wryci, gdy od strony majestatycznego dębu rozległy się krzyki przerażonych dzieci.

– Bestia!! Bestia w wiosce !! Łapcie dzieciaki i chowajcie się ludzie!!

 

 

 

* * *

 

 

Dzieciaki bawiące się przy świętym drzewie zerwały się do panicznego biegu, niczym stado baranów spłoszone przez wilka. Wrzeszczeli, krzyczeli, tratowali się uciekając w kierunku drewnianych chałup.

Dorośli, zupełnie ignorując Verranę, rzucili się w kierunku nadbiegającego stadka bachorów, chcąc jak najszybciej złapać swoje pociechy i wyciągnąć je z tego zamętu.

Verrana, cały czas lekko oszołomiona nagłym obrotem sytuacji, patrzyła się na polanę. Próbowała w tym nadbiegającym tłumie, pośród wszechobecnego chaosu ujrzeć blond włosy Gessana. Jej wzrok skoncentrował się na włochatym olbrzymie, który wyrastał za morzem dzieci niczym podnoszący się z dna oceanu pradawny tytan.

Zobaczyła monstrum z legend, które opowiadano sobie przy ognisku. Potwora z lasu, którejś nocy wypędzonego z wioski przez moc jesiennego drzewa zesłanego przez Bogów. Potwór po latach powrócił. Samą swoją plugawą obecnością naigrawał się z wierzeń bagniarzy, wyglądem i posturą budząc w nich stare lęki. Teraz stał nieopodal prowizorycznego płotu.

Wielka kreatura, o długim, szarym futrze, gęsto porastającym jej cielsko i małpich, umięśnionych ramionach. Okropny pysk przypominający groteskowe połączenie głowy nietoperza ze szczęką wilka, był wypełniony tak dużą ilością kłów, że gęba stwora wyginała się zawsze w demonicznym uśmiechu.

Verrana biegła przez tłum dzieci i rodziców wypatrując swojego synka. Nie spuszczając oka z bestii, była świadkiem makabrycznego zdarzenia. Kudłata bestia trzymała za nogę szamoczącego się chłopca o czarnych włosach. Przez chwilę wydawało się, że potwór pożre nieszczęsne dziecko lub rozkoszuje się zapachem jego strachu, ale po chwili cisnął nim w stronę kolczastego drutu. Dziecko zawisło na kolczastym ogrodzeniu, stalowa lina oplatała się wokół jego ciała, a kolce zaczęły wnikać w jego miękką skórę. Krzyki cierpiącego dziecka rozmywały się przez wszechobecny jazgot, gdy szamotało się w drucie niczym mucha złapana w pajęczą sieć.

Kobieta stanęła jak wryta. Nie musiała już przeczesywać tłumu i nawoływać w poszukiwaniu. Gdy potwór uniósł swoją drugą dłoń, widać było, że trzyma w niej innego pochwyconego chłopca. Verrana poznała w nim swoje dziecko.

Gessan był uwięziony w ogromnych paluchach potwora, które mocno go ściskały. Kompletnie ignorował uderzenia wątłych rączek chłopca, który z krwią na buzi i koszuli wyglądał na ciężko rannego.

Verrana, widząc aż nazbyt dokładnie, jak przed chwilą potwór potraktował innego chłopca, ścisnęła mocniej swój nóż i była już gotowa popędzić w tamtą stronę, by stanąć do rozpaczliwej walki z potworem, gdy nagle czyjeś dłonie mocno zacisnęły się na jej ramieniu.

Obejrzała się i zobaczyła Ronida. Mężczyznę, który jeszcze parę chwil temu uderzył ją.

– Nie bądź głupia. Zginiesz tam, durna babo. – Jego dłonie zacisnęły się mocniej.

Verrana zaczęła się szarpać wściekle na wszystkie strony, ale silne ramiona Ronida utrzymały ją w pewnym chwycie. Spojrzała w kierunku stwora, który trzymał jej dziecko. Na chwilę uspokoiła się, gdy Ronid wskazał jej trzy uzbrojone postacie, kierujące się w stronę potwora. Najemnicy z Czerwonej Stali, którzy do tej pory byli tylko biernymi obserwatorami, w końcu postanowili zrobić to, do czego burmistrz ich wynajął. Ruszyli do walki.

Verrana zobaczyła, jak trzej uzbrojeni mężczyźni ruszyli z impetem w stronę bestii. Obserwowała w napięciu jak dwaj mężczyźni wyciągnęli czarne miecze, a trzeci zbliżał się celując w potwora ciężką kuszą nabitą bełtem.

– Ci idiocie mogą zranić Gessana! – Verrana zaczęła się szarpać, ale mężczyzna nie pozwolił jej się oswobodzić.

– Oni zdziałają tam więcej niż ty! – wrzasnął na nią.

Bełt pomknął z kuszy w stronę potwora i wbił mu się w grube ramię. Żółte ślepia bestii spojrzały na wystający pocisk, który z pewnością przebiłby solidną zbroję na wylot, a w muskularnym cielsku ledwo się zagłębił. W miejscu przebicia skóry zaczęła płynąć gęsta, fioletowa posoka. Potwor nawet go nie wyciągnął. Jedynie spojrzał się na strzelca ślepiami pełnymi nienawiści.

Ręce wojownika drżały, gdy pośpiesznie ładował ponownie kuszę.

Potwór rozwarł szeroko swoją paszczę i wydał z siebie dziki, pierwotny ryk, jakby wszystkie maszkarony zamieszkujące puszczę wrzasnęły jednocześnie w jednym, potwornym chórze. Verrana na parę chwil przestała się szarpać, stojąc jak wryta. Zupełnie tak, jakby demoniczny ryk obudził w niej jakiś pierwotny, zwierzęcy lęk. Gdy przerażający dźwięk rozniósł się echem po wiosce, bestia ponownie zwarła szczęki w przerażającym uśmiechu.

Potwór nachylił się, a jego gęste włosy na grzbiecie i ramionach w jednej chwili stwardniały i nastroszyły się na wszystkie strony. Wyglądało to tak, jakby cielsko stwora pokryło się czarnymi kolcami splecionymi z włosów, nadając potworowi jeszcze bardziej nieludzki wygląd. Z drgającej kępy kolców wystrzeliły czarne smugi, które pomknęły nad głowami nadbiegających wojowników z mieczami, by z błyskawiczną szybkością sięgnąć nieszczęsnego kusznika. Czarne smugi, które okazały się oszczepami ze stwardniałych włosów, przebiły na wylot zbroję wojownika, jeszcze przed chwilą strzelającego do kreatury. Pierwszy czarny oszczep przebił jego hełm na wylot, dwa pozostałe wystawały z korpusu nieszczęśnika, który upadł za ziemię obficie brocząc krwią…

Verrana zaczęła się coraz mocniej szarpać, widząc jak łatwo monstrum pozbawiło życia jednego z najemników i niechybnie uczyni to z kolejnym, gdyż ostrze drugiego z najemników pękało rozbite na kawałki przy konfrontacji z wielkimi szponami bestii.

Ronid nie zamierzał odpuszczać. Ścisnął mocniej jej rękę i zapierając się nogami zaczął ją odciągać, byle dalej od tego miejsca. Mieszkańcy wioski stali w bezpiecznej odległości, z widłami, kosami i inną prowizoryczną bronią, lub przez szpary w oknach patrzyli się na rozgrywający się dramat – zmaganie wojowników w czerwonych pancerzach z potworem z legend i szamotaninę myśliwego z wdową. Nikt z nich w obawie o własną skórę nie ruszył, aby pomóc najemnikom. W ostateczności cały czas byli intruzami, chociaż ginęli w obronie Bermeld. Los kobiety i jej dziecka też był im obojętny.

– Nie bądź głupia – wysyczał Ronid.

Kobieta z gracją wytrawnej tancerki obróciła się wzdłuż jego dłoni i przywarła całą sobą do jego ciała. Zrobiła to nagle, szybko, kompletnie zaskakując myśliwego. Z bliska mężczyzna czuł na swojej ogorzałej twarzy jej niespokojny, przyśpieszony oddech. W tej samej chwili poczuł także liżący go po skórze chłód stali. Nóż dzierżony w wolnej dłoni Verrany przywarł do jego gardła.

– Puść… – powiedział kobieta spokojnym głosem, który łowcy wydał się wyjątkowo nienaturalny na tle ryków potwora, krzyków rozrywanego najemnika i łkania przerażonego chłopca.

Widział już kiedyś ten wzrok, dawno temu podczas polowania. Takim spojrzeniem obrzuciła go wilczyca gotowa walczyć do końca w obronie swoich młodych. Wtedy zrezygnował z walki z wilczycą, teraz także ustąpił.

Zaciśnięte pięści mężczyzny rozwarły się. Nie znalazł żadnych odpowiednich słów, po prostu rzucił się w kierunku ludzi zebranych na skraju.

Kobieta zignorowała to zupełnie i z nożem w dłoni popędziła na potwora. Po drodze minęła rozciągnięte ciało w czerwonym pancerzu, z którego wciąż sterczały czarne szpikulce. Drugi z najemników też był już martwy, jego truchło, z rozoranym torsem i urwaną głową, leżało nieopodal.

Podczas walki z trójką uzbrojonych najemników kreatura ani na chwilę nie puściła chłopca z dłoni.

– Puszczaj mojego syna bydlaku – wydarła z gardła krzyk, biegnąc na potwora.

Zakrwawiona dłoń monstrum sięgała właśnie w kierunku ostatniego z żyjących najemników, stojącego przy dziecku oplecionym drutem kolczastym. Nie ruszało się, ale mężczyzna mimo to próbował je ratować. Za swój mały akt szlachetności przyszło mu jednak zapłacić najwyższą cenę. Ostrze mężczyzny leżało wyszczerbione na ziemi, a w jego klatkę piersiową wniknął głęboko wysunięty szpon, niczym dobrze naostrzony nóż w delikatne mięso perliczki.

Bohaterski najemnik właśnie dogorywał, czując jak opuszcza go życie i nie mogąc uwierzyć, jak żałosny koniec go spotkał. Potwór trzymał pysk blisko jego ciała, jakby rozkoszując się zapachem śmierci. Zaprzestał tego, gdy nóż Verrany zagłębił się w udzie bestii.

Ostrze nie weszło głęboko, twarda skóra stawiała opór, ale to wystarczyło, by i zwrócić jego uwagę. Potwór odwrócił się z zadziwiającą prędkością jak na takie gabaryty i machnął jakby odganiał namolnego insekta. Trafiona Verrana poleciała na kilka metrów, wypuszczając z ręki nóż. Poczuła jak z chlupnięciem wpada plecami w wielką kałużę błota wymieszanego z krwią najemnika.

Była zamroczona i czuła ogromny ból przy każdym ruchu, nawet gdy oddychała. Mimo to usiadła w błocie, podtrzymując się jedną ręką. Druga – dziwnie bezwładna zwisała wykrzywiona pod nienaturalnym kątem.

Mieszkańcy Bermeld, nie ruszyli jej z pomocą. Przez cały czas w milczeniu przypatrywali się spektaklowi mieszającej się makabry, dramatyzmu i ludzkiej bezsilności. Dopiero podnoszeniu się z błota poturbowanej Verrany towarzyszyły ciche westchnienia, szepty, szmery, które z każdą chwilą zmieniały się w coraz głośniejsze komentarze.

Rozszarpie ją.

Potwór pożre nieczystą.

Zabierze ją w las i zgwałci.

Kolos, stał bez ruchu ciężko dysząc i wpatrując się w nią, tak jakby zastanawiał się nad tym, co zrobił. Jego nastroszone, przypominające kolce włosy opadły. Przestał uznawać powaloną kobietę za zagrożenie.

Oczy Gessana były otwarte i spoglądały na nią.

– Mamo! – jęknął, wyciągając do niej ręce i wiercąc się niczym mała myszka pochwycona przez kota. – Mamo! Mamo!

– Proszę. Oddaj mi go, tylko on mi pozostał…  – spojrzała w oczy bestii załzawionymi oczami, brudna od błota, krwi, chwiejąc się jakby za chwilę miała upaść.

Potwór w jakiś dziwny, niezrozumiały sposób zdawał się rozumieć każde słowo, ale jego ślepia, ani na chwilę nie straciły nic ze swej drapieżności. Mruknął coś przeciągle i odwrócił się do kobiety plecami, nie puszczając chłopca. Stał przodem do ogrodzenia i rozciągającej się za nim połaci ogromnych, nieprzebytych bagnisk, pośród których łatwo mógł zniknąć.

– Nie, nie, nie! – krzyczała Verrana kuśtykając w jego kierunku, ale nie mogła już nic zrobić. W jednej chwili stwór wykonał długi sus ponad kolczastym ogrodzeniem i zniknął w gąszczu lasu razem z jej synem.

Verrana opadła bezwładnie na kolana płacząc i nasłuchując cichnących w oddali wrzasków jej ukochanego synka.

Stara Elkra stała na małym wzniesieniu, udawszy się tam po tym, jak oznajmiła ludziom, że musi samotnie pomedytować. Oddała się jednak innej czynności, która nie miała nic wspólnego z oczyszczaniem umysłu czy kierowaniem próśb o mądrość od wyższych bytów. Patrzyła na wszystko z góry, podpierając się laską i taksując wszystko wzrokiem. Miejsce zabaw dzieci i spotkań ludzi z wioski, gdzie zbierali się przy ognisku, by ucztować, śpiewać i słuchać strach legend, zostało zbrukane. Stało się miejscem straszliwej tragedii i właśnie teraz tak będzie się to kojarzyć mieszkańcom.

Ludzie na pewno przypomną sobie legendę o Świętym Drzewie. Zaczną wątpić w jego moc, po tym jak nie udało mu się odegnać potwora, którego lata temu przepędziło w środku nocy. Ludzie już nie uwierzą w jego magiczną moc, mogą też zacząć podważać opiekuńczą siłę Bogów z bagien.

Drugą sprawą była nieudolna szarża najemników. Nie byli w stanie uratować dzieci – jedno jak świniak rozpłatane nożem rzeźnickim, drugie zginęło na kolczastym metalowym drucie, rozwieszone na nim jak pranie. No i to trzecie, wiecznie problematyczny Gessan, nawet porwany sprawiał liczne kłopoty. Wszystko przez to, że dokonało się to na oczach wszystkich. Słynni zabijacy, o paskudnej reputacji i umiejętnościach walki, wyglądali przy kreaturze z bagien jak banda dzikusów szturmująca zamek z pochodniami i dzidami. Nie będą już samą swoją obecnością paraliżować mieszkańców.

Jak donieśli staruszce jej wierni akolici, ludzie już szeptają, po co tak naprawdę przybyli żołdacy – teraz te samotne głosy przybiorą na sile i liczbie, z czasem zmienią się w chór oburzenia i niezadowolenia.

Nie dobrze, nie dobrze – mówiła do siebie w myślach przywódczyni Rygoru, gdy z każdą chwilą rozważała konsekwencje tego, co zdarzyło się na polance na oczach prawie całej wioski i kilkunastu przyjezdnych.

Na polanie znajdowało się teraz więcej najemników z Brygady Czerwonej Stali. Było ich ponad tuzin, a wraz z nimi wójt Bermeld, którego z daleka można było rozpoznać po złotym diademie zdobiącym jego pucołowatą twarz i drogim płaszczu podszytym gronostajami. Przemawiał do ludzi, schowany bezpiecznie za swoimi najemnymi psami przed niezadowolonymi mieszkańcami osady.

Sama Verrana po brutalnym porwaniu jej synka straciła siłę i determinację, którą gotowa była przeciwstawić tłumowi. Dusza wydawała się opuszczać jej ciało, zabrana razem z jej jedynym dzieckiem. Dwóch najemników już dawno odciągnęło jej bezwładne ciało z dala od zebranego tłumu. Verrana szybko i dyskretnie znikła z widoku razem z dwójką najemników gdzieś między niskimi domami.

Teraz, gdy wydawało się, że stwór nie wróci, mieszkańcy wioski zebrali się licznie na placu. Z początku, zaalarmowani ruszyli, by pomóc ewentualnym rannym i przygotować się w większej liczbie do odparcia ataku potwora, gdy ten przybędzie po kolejne dzieci. Jednak, gdy dowiedzieli się, że chłopiec rzucony przez kreaturę na drut kolczasty nie przeżył, a winna masakrze bestia nie wróciła, ich gniew zwrócił się przeciw Verranie. Oskarżali ją o zwabienie do ich osady potwora przez domniemane złe uczynki i nieodpowiednie wychowanie syna, który pozwalał sobie na samowolne wyprawy do zakazanej części bagniska. Przed linczem powstrzymywała ich tylko ściana złożona z czarnych mieczy, włóczni i okrągłych tarcz dzierżonych przez wojowników z Czerwonej Stali.

Wójt, który mimo swojej paskudnej aparycji potrafił rzucać piękne słowa, już omotywał dziki tłum. Starucha mimo pewnej niechęci do tego człowieka, który uważał się za króla miasteczka, podziwiała jego talent dyplomatyczny – miał podwójny język jak żmija. Sprowadził tu najemników, którzy nie zawahaliby się dla niego zabić mieszkańców wioski, gdyby ten pomachał im sakiewką przed nosem i przekonać jeszcze wielu mieszkańców, że to dla ich dobra i bezpieczeństwa.

Teraz działo się coś podobnego, gdy zrozpaczona matka zeszła z oczu rozwścieczonemu tłumowi, ludzie uważnie słuchali słodkich słów tłustego i elokwentnego burmistrza. Mówił im o sprawiedliwości, polowaniu na bestie i również o tym, że tą sprawą należy zająć się należycie.

Starucha nie słyszała jego słów z racji odległości i tego, że była lekko przygłucha. Sposób, w jaki mówił ten człowiek, nerwowe gestykulacje rąk, spięta postawa ciała, maska sztucznej pewności siebie, którą zakładał przed tłumem, wszystko to ukazywało go jako człowieka bezradnego, na którego plecy niczym lawina spadał zbyt duży ciężarów wywołanych tą sytuację. Czuła, że nie tylko ona potrafi to dostrzec.

Staruszka czuła jak wszystko powoli zaczynało się rozpruwać jak nitki w starym prześcieradle szarpanym z każdej strony. Atak legendarnej bestii z mokradeł. Czerwona Stal sprowadzona do miasteczka. Ludzie zaczną też głośniej gadać o wypadku na budowie.

Wiedziała, że wraz z tym wszystkim szybko padną pytania o praktykowany Rygor i obyczaje mu towarzyszące.

Plotki, niczym pierze uwolnione z poduszki i porwane przez wiatr, szybko się rozlecą po świecie. Nie uda się tego już powstrzymać, ani jej, ani Wójtowi.

– Ciekawe tylko, jakie bestie teraz przybędą do miasteczka.… – stara kobieta mruknęła do siebie pod nosem.

 

 

* * *

 

 

Elkrze, tak jak wszystkim innym zebranym na polance, umknęła jedna rzecz. Byli zbyt skonsternowani zaistniałym zamieszaniem i nowymi problemami, by to dostrzec. Wiecznie czerwone liście Białego Dębu poruszały się lekko, cichutko przy tym szeleszcząc. Nie było żadnego wiatru, który mógł je poruszać. Wyglądało to tak, jakby drzewo próbowało wydać z siebie delikatny, melodyjny szept o niezrozumiałej treści.

 

 

Koniec

Komentarze

Remi-G, jeśli to nie jest skończone opowiadanie, a tylko część większego dzieła, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Już

OK. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Doczytałam do pierwszych gwiazdek i, niestety, nie dam rady brnąć dalej. Początek, choć zapowiada dramatyczne wydarzenia, nie okazał się na tyle zajmujący, by skłonić mnie do dalszej lektury tego strasznie długiego fragmentu nie najlepiej napisanej opowieści.

Przykro mi, Remi-G, ale nie mogę poświęcić Twojemu dziełu więcej czasu, niż poświęcam innym opowiadaniom.

 

z woli ich bogów i swoją bło­go­sła­wio­ną mocą od­go­ni­ło po­two­ra, zanim ten do­ko­nał spu­sto­szeń w wio­sce. Uzna­li to za znak, że bo­go­wie czu­wa­ją cały czas nad nimi – mimo że jak wszy­scy znani lu­dziom bo­go­wie już dawno za­mil­kli… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Czę­sto przy­pro­wa­dza­li dzie­ci na skraj wio­ski, by pod okiem do­ro­słych, w cie­niu ma­gicz­ne­go drze­wa, łaska i opatrz­ność bóstw spły­wa­ły na nich. –> Piszesz o dzieciach, a te są rodzaju nijakiego, więc: …spły­wa­ły na nie.

 

Po­nie­waż od tam­tej pa­mięt­nej nocy drze­wo w żaden spo­sób nie za­ma­ni­fe­sto­wa­ło swo­jej mocy… –> Rym, chyba przypadkowy.

 

to miej­sce na skra­ju wio­ski z cza­sem za­czę­ło funk­cjo­no­wać jako nie­for­mal­ny plac zabaw dla dzie­cia­ków. Trud­no było na Upa­dłych Ba­gnach o dru­gie takie miej­sce, gdzie dzie­ci mogły bawić się swo­bod­nie, nie my­śląc o tym, czy prze­trwa­ją na ba­gnach… –> Powtórzenia.

 

En­kla­wa spo­ko­ju na skra­ju wio­ski, gdzie na chwi­lę mogli za­po­mnieć… –> En­kla­wa spo­ko­ju na skra­ju wio­ski, gdzie na chwi­lę mogły za­po­mnieć

 

Grały w ba­gien­ną piłkę, dziw­ną grę, która po­le­ga­ła na rzu­ca­niu piłką zro­bio­ną z po­wią­za­nych luźno szmat, tak by tra­fić któ­re­goś ze współ­za­wod­ni­ków, a przy tym tak wy­mie­rzyć strzał i siłę rzutu, aby szma­cia­na kula nie roz­pa­dła się na szma­ty… –> Powtórzenia.

 

Wszyst­kie bez wy­jąt­ku -poza jed­nym. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

maj­ta­jąc po­ła­mi jej płasz­cza i ob­le­wa­jąc jej ciało chło­dem. Igno­ro­wa­ła to tak samo jak wrza­ski dzie­ci oraz plot­ko­wa­nie sta­rych bab za jej ple­ca­mi. Jej myśli krą­ży­ły wokół Ges­sa­na – ma­łe­go chłop­ca w po­dar­tej ko­szu­li, który jako je­dy­ny nie uczest­ni­czył w za­ba­wie. Był jej uko­cha­nym synem i je­dy­ną zna­czą­cą osobą, któ­rej nie ode­bra­ły jej bagna. –> Zaimkoza. Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Zu­peł­nie jakby sie­ją­ce znisz­cze­nie isto­ty nie­udol­nie pró­bo­wa­ła wy­do­stać się z wiecz­nej pu­łap­ki, w którą zwa­bi­li ba­gnia­rze. –> Piszesz o istotach w liczbie mnogiej, więc: Zu­peł­nie jakby sie­ją­ce znisz­cze­nie isto­ty nie­udol­nie pró­bo­wa­ły wy­do­stać się z wiecz­nej pu­łap­ki, w którą zwa­bi­li je ba­gnia­rze.

 

Lu­dzie w mie­ście przy­cho­dzi­li do niej po rady jako do jed­nej ze star­szych i mą­drzej­szych w wio­sce osób. Była naj­star­szą osobą w mia­stecz­ku… –> Nie brzmi to najlepiej.

Nie rozumiem – była jedną z mądrzejszych w wiosce, a przychodzili do niej ludzie w mieście? Jak to się działo, że będąc jedną z wioski, była najstarszą osobą w miasteczku?

 

Sama uwa­ża­ła się z sły­szą­cą głosy… –> Literówka.

 

co czy­ni­ło ją naj­waż­niej­szą po­sta­cią w teju małej spo­łecz­no­ści. –> Literówka.

 

Po­kry­te zmarszcz­ka­mi usta sta­rusz­ki wy­gię­ły się, upodob­nia­jąc na chwi­lę jej usta do gęby bez­zęb­nej pi­jaw­ki. –> Brzmi to nie najlepiej.

 

Choć do nas, Ver­ra­na. Po­zwól, aby ogień ogrzał twoje prze­mar­z­nię­te ciało. Ogrzej się – wy­sa­pa­ła sta­rusz­ka. – Wiesz do­brze, że nie mogę tego zro­bić – od­wró­ci­ła się od niej – …muszę mieć dziec­ko na oku. –> Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Powinno być:

Chodź do nas, Ver­ra­na. Po­zwól, aby ogień ogrzał twoje prze­mar­z­nię­te ciało. Ogrzej się – wy­sa­pa­ła sta­rusz­ka.

– Wiesz do­brze, że nie mogę tego zro­bićOd­wró­ci­ła się od niej. – …muszę mieć dziec­ko na oku.

Sprawdź znaczenie słów choćchodź.

 

Przez chwi­lę mię­dzy nimi za­pa­dła cisza… –> Przez chwi­lę panowała mię­dzy nimi cisza… Lub: Na chwi­lę zapadła mię­dzy nimi cisza…

 

sporo czasu już mi­nę­ło, do kiedy Twój mąż od­szedł. –> …sporo czasu już mi­nę­ło, od kiedy twój mąż od­szedł.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

cze­muś go od­rzu­ci­ła, co ? –> Zbędna spacja przed pytajnikiem. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Sta­rusz­ka przez chwi­lę wy­da­wa­ła się wa­rzyć słowa… –> Sta­rusz­ka przez chwi­lę wy­da­wa­ła się wa­żyć słowa

Poznaj znaczenie słów warzyćważyć.

 

bez za­jąk­nię­cia się szka­lu­jąc imię jej zmar­łe­go uko­cha­ne­go. –> ?

 

bym tam prze­żyć. –> ?

 

Ver­ra­na przez chwi­lę mil­cza­ła, spo­glą­da­jąc na Ges­sa­na, który cały czas oglą­dał coś na łące. Po chwi­li spoj­rza­ła sta­rusz­ce pro­sto w oczy. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– …nie lubię obec­ne­go Wójta. –> Dlaczego wielka litera?

 

schla­pa­ne krwią pan­ce­rze, gdzie nie­gdzie przy­ozdo­bio­ne kol­ca­mi… –> …schla­pa­ne krwią pan­ce­rze, gdzienie­gdzie przy­ozdo­bio­ne kol­ca­mi

 

Z tej od­le­gło­ści spra­wia­li wra­że­nie ol­brzy­mich ciem sku­pio­nych wokół świa­tła i cie­pła. . –> Z tej od­le­gło­ści spra­wia­li wra­że­nie ol­brzy­mich ciem, sku­pio­nych wokół świa­tła i cie­pła.

 

ta­kie­go czło­wie­ka jak Derot mia­no­wa­li się bur­mi­strzem… –> ?

 

od­par­ła na chłod­no – szko­da, że nie po­de­szłaś do ogni­ska, tak jak ci to su­ge­ro­wa­łam. Ver­ra­na pa­trzy­ła się na nią… –> ?

 

– Elkra po­wie­dzia­ła to z gło­sem sę­dzie­go… –> ?

 

Sama nigdy nie uczest­ni­czy­ła w ta­kich ze­bra­niach, gdzie po­dob­no w nocy miesz­kań­cy zbie­ra­li się… –> Powtórzenie. Zebranie nie jest miejscem, więc: Sama nigdy nie uczest­ni­czy­ła w ta­kich ze­bra­niach, podczas których mieszkańcy po­dob­no gromadzili się w nocy

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Ci w każdym razie za twój czas i chęci.

A może, Remi-G, wrzuć coś krótszego i skończonego. Z pewnością będziesz miał więcej czytelników, a tym samym większy odzew.

Wiedz też, że dyżurni nie maja obowiązku czytać fragmentów i opowiadań powyżej 80 tys. znaków. Takie teksty nie trafiają też do Biblioteki i nie mogą być nominowane do piórek. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobnie jak regulatorzy lekturę solidnie „dociągnęłam” tylko do pierwszych gwiazdek. Resztę przeskanowałam – co prawda pobieżnie, ale jednak, bo mimo wszystko odniosłam wrażenie, że w twoim tekście „coś” jest – zdarzają się nieźle brzmiące frazy, przyzwoicie zindywidualizowani niektórzy bohaterowie, tajemnica rodziny Verrany obiecuje, że być może pozwoli się ciekawie wyjaśnić, pojawił się intrygujący Strażnik, a wójto-burmistrz jest taką świnią, że aż ma się ochotę doczekać chwili, gdy jakiś glan sprawiedliwości zasadzi mu kopa w tłusty tyłek. Niestety, trzeba się porządnie napocić, aby te pozytywy wyłowić, bo doszczętnie utopiłeś je w katastrofalnym wodolejstwie i totalnym bałaganie. Na przykład dzieci bawiące się w pobliżu tego niby świętego drzewa. Po przeczytaniu pierwszego zdania tekstu bez trudu przyswoiłam informację na temat działalności wspomnianych pacholąt, bo skomplikowana to ona przecież nie jest. Potem narrator przypomniał mi ją po raz wtóry, co mnie nieco zdziwiło, ale niech tam! Niestety, dwa zdania dalej znowu podrzucona mi została wiedza na temat bawiącej się dzieciarni + drzewa, zapewne na wypadek, gdyby jednak mój iloraz inteligencji był bliższy IQ rozwielitki niż piśmiennego człowieka. Kiedy jednak rozwydrzone potomstwo bajorowatych wieśniaków było uprzejme po raz czwarty, piąty, szósty oraz siódmy zażywać rozrywki pod owym wiecznie usychającym, przerośniętym badylem, ździebko mnie poniosło. A gdy dowiedziałam się po raz ósmy i dziewiąty, że te chrzanione, wsiowe bachory nic nie robią, tylko furt mordy drą pod dębem – który zapewne z tego właśnie powodu na korze pobladł, a w koronie pożółkł – z ogromną satysfakcją wyobraziłam sobie, jak znękane drzewo animizuje się, bierze potężny zamach lewym konarem, zmiata całą czeredę na kupę i wypluwa z siebie jedynie słuszną, złotą myśl: „Won stąd, gówniarstwo przebrzydłe, bo jak nie, to kornikami poszczuję i w bagnie potopię!”

Cytaty, by nie być posądzonym o gołosłowność:

 

1. Grupa dzieci bawiła się jak co dzień na skraju wioski, w pobliżu białego dębu.

2. (…) miejsce na skraju wioski z czasem zaczęło funkcjonować jako nieformalny plac zabaw dla dzieciaków.

3.(…) takie miejsce, gdzie dzieci mogły bawić się swobodnie (…)

4. Dzieciaki bawiły się beztrosko wokół wielkiego drzewa, krzycząc radośnie, ganiając się i skacząc po co niższych gałęziach

5. (…) co raz rzucając okiem na bawiące się urwisy

6. (…) dzieci bawiące się na małej polance wokół dębu.

7. Dzieci bawiły się przy tym świetnie, śmiejąc się radośnie.

8. Popatrzył na bawiące się tam dzieci, biegające w kółko, krzyczące i przerzucające się piłką ze szmatek.

9. Dzieciaki bawiące się przy świętym drzewie zerwały się do panicznego biegu(…)

 

 

Grały w bagienną piłkę, dziwną grę, która polegała na rzucaniu piłką zrobioną z powiązanych luźno szmat, tak by trafić któregoś ze współzawodników, a przy tym tak wymierzyć strzał i siłę rzutu, aby szmaciana kula nie rozpadła się na szmaty, z których była zrobiona. Dopuszczenie do takiej katastrofy oznaczało pracowite zwijanie szmat

Jak widać narrator zaparł się, że wyjaśni czytelnikowi –  niczym baca tępej owcy na hali – iż gra w piłkę jest grą wielce zaskakującą, bo polega na rzucaniu piłką, która, jako że zrobiona z luźno powiązanych szmat jest szmaciana, więc może rozpaść się na szmaty, a wtedy zonk – można se tylko w kółko albo krzyżyk pokopać.

 

 Dorośli stali na skraju polanki, aby mieć na wszystko oko. W większości były to kobiety, zebrane na drewnianych ławach przy jednej z chałup. Zajmowały się, bez względu na wiek, haftowaniem lub drugą ulubioną czynnością, plotkowaniem (…)

Najpierw dorośli zostali postawieni na własnych nogach, potem okazało się, że jednak siedzą na ławach. I słusznie, bo po cóż stać, gdy można wygodnie klapnąć. Przy okazji wyszło na jaw, że wśród facetów zamieszkujących wioskę są i tacy, którzy lubią dla relaksu pośmigać haftem krzyżykowym, aczkolwiek, gwoli sprawiedliwości należy przyznać, że miłośniczkami tego typu rękodzielnictwa „w większości były kobiety”. Nie zmienia to jednak faktu, że przychrzanianie się hafciarzy do Gessana, wielbiciela robalków, i zarzucanie mu, że nie rokuje nadziei na bycie prawdziwym mężczyzną, było co najmniej niestosowne, bo działało na zasadzie „przyganiał kocioł garnkowi”.

 

Podsumowując: nie panujesz nad szczegółami, które sam przecież do swojego tekstu wprowadzasz. Wielokrotnie powtarzasz te same informacje. Nie dostrzegasz także i tych zwykłych, wyrazowych powtórzeń, które przecież walą po uszach całymi seriami – przeczytaj na głos ze dwadzieścia początkowych linijek tekstu i spróbuj usłyszeć, ile razy powtarza się wyraz „drzewo”! Ponadto strasznie dużo wody lejesz. Człowiek usiłuje czytać, ale nie daje rady, bo mu w głowie brzęczy:

„I wciąż ta sama ballada – Deszcz pada, pada, pada – Rydel narrator gada, gada, gada…”

Żeby twój „Kudłacz” mógł zaprezentować swoje faktyczne walory, musisz go jeszcze bardzo długo i bardzo szczegółowo wyczesywać z rozmaitych mankamentów i insektów. To się da zrobić. Życzę powodzenia.

 

re­gu­la­to­rzy

 

Ja wiem o co Ci chodzi… doskonale to wiem…… Tylko problem jest taki, że ja na prawdę, nie potrafię pisać krótko. Nie umiem się powstrzymać od pisania tekstu.

 

Kiedyś napisałem opowiadanie w ‘Metro 2035’ – miało być krótkie, ale się nie dało nad tym zapanować.

 

W sumie jednak… po raz któryś podczas moich wędrówek przez internet słyszę, że muszę skupić się na krótkich, zamkniętych formach jako wprawkach….. 

Inaczej to sobie planowałem… ale chyba czas skupić się na pracy u podstaw…. Będę wdzięczny za poradę, sugestie….

 

 

 

w_baskerville

 

Powiem Ci w sekrecie, że cały ból polega na tym, że tekst jest po korekcie.

Zapłaciłem komuś za korektę… tekstu mam sporo, a pewne plany i marzenia co do niego….. 

Widzę jednak, że to chyba nie dość.

 

Bardzo mnie cieszy, że pomimo oporu w opowiadaniu znalazło się coś co przykuło twoją uwagę… może nie jest tak żle, jak parę dni temu myślałem :)

Przeczytałam całość.

Rzeczywiście niewiele się dzieje (jak na taką liczbę znaków).

Jest sporo powtórzeń (i informacji, i słów), literówki, miejscami jest problem z przecinkami, pisownią łączną i rozdzielną, zwroty grzecznościowe (cię) pisane dużą literą, pozostałości po poprawkach, takie jak tutaj:

Luźne płaszcz i kaptur szczelnie go zakrywały, ale po bliższym przyjrzeniu się dało się można było dostrzec, że ten człowiek o twarzy młodzieńca nosił pod tkaniną solidny pancerz

Ogólnie pomysł nie jest zły – odizolowane miejsce, w którym się dzieją dziwne rzeczy, wyruszający na ratunek bohater z dodatkową, nieznaną misją, tylko wszystko się rozmywa.

zedytowałem

Nowa Fantastyka