- Opowiadanie: Tregard - Nekrolog

Nekrolog

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Nekrolog

– Pomóż mi ojcze, bo nie wiem, kim jestem.

– Dość niezwykłe stwierdzenie na początek spowiedzi.

– To, co mi się przytrafiło, jest niezwykłe. Nie wiem, do kogo jeszcze mógłbym się udać.

Roztrzęsiony głos przeszedł w szloch i nie mógł mówić dalej.

Kilka minut później człowiek, przez którego ksiądz Stanisław Faltyn skrócił czas spowiedzi, siedział w zakrystii popijając gorącą herbatę. Trzęsły mu się ręce, w oczach czaił się strach, był brudny i śmierdział. W przeciwieństwie jednak do innych bezdomnych, z którymi wikary w kościele pod wezwaniem Świętego Jana miał do czynienia, nie wykazywał oznak nadużywania alkoholu. Na oko księdza, siedzący przed nim człowiek miał nieco ponad czterdzieści lat.

– Mów, synu – zachęcił mężczyznę, dolewając mu herbaty.

 

***

 

Pierwszym, co zobaczył, gdy otworzył oczy, było niebo. Szare, ciężkie od chmur i ograniczone z dwóch stron ceglanymi murami. Poczuł chłód na plecach i domyślił się, że leży na betonie. Usiadł.

Znajdował się w wąskim zaułku. Przy ścianach leżały sterty pudeł i kosze na śmieci, pomiędzy którymi rozlewały się kałuże brudnej wody. Cuchnęło. Gdzieś w oddali przejechał samochód.

Nie wiedział co robi w tym zaułku, ani jak się w nim znalazł. Próbował sobie przypomnieć cokolwiek, ale bezskutecznie. Nie miał pojęcia, co robił wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu… Ze zgrozą uświadomił sobie, że nie pamięta nawet jak się nazywa. Czuł, jak strach zaciska zimne palce na jego szyi.

Gorączkowo przeszukał kieszenie dżinsów w nadziei, że znajdzie jakieś dokumenty. Nic. Jedynie zmięta kartka w prawej kieszeni. Gdy drżącymi dłońmi rozprostował ją, okazało się, że to nekrolog. Czarna ramka, na środku krzyż, a pod nim tekst:

 Dnia 23 lipca 2008 roku, w wieku 46 lat, zmarł Adam Gołdecki.

Krótka, lakoniczna notatka. Oto odeszła z tego świata kolejna dusza. Tylko kim był ten cały Adam Gołdecki? Dlaczego znalazł on jego nekrolog w swojej kieszeni? Kim był on sam i dlaczego obudził się w brudnym, pustym zaułku?

Ogarnęła go panika, a oprócz tego uczucie, że już to kiedyś przeżył. Jeszcze bardziej przerażające déjà vu.

Wstał i chwiejnym krokiem ruszył przed siebie. Po chwili wybiegł z zaułka i rozejrzał się. Wokół wznosiły się szare, odarte z tynku kamienice. Gdzieniegdzie w niebo strzelały wysokie kominy plujące dymem. Dzielnica fabryczna.

Tylko jakiego miasta?

Złapał za rękaw przechodzącego przechodnia.

– Gdzie jestem?

– Czego?! – mężczyzna szarpnięciem uwolnił się od uścisku. – Odwal się, człowieku…!

– Niech pan mi pomoże. Nie pamiętam kim jestem! – zwrócił się do starszego człowieka w kapeluszu, ale ten nawet na niego nie spojrzał, tylko przyspieszył kroku.

– Ludzie! Pomóżcie!

Młoda matka z dzieckiem pospiesznie przeszła na drugą stronę ulicy.

Oparł się plecami o zimny mur i osunął na chodnik.

Nie mając kogo zapytać o drogę, skierował się w lewo. Kilka minut później trafił na przystanek autobusowy. Spojrzał na tabliczkę z rozkładem jazdy, ale jako że nie miał zegarka, niewiele mu ona pomogła. Za to lista przystanków, jakie znajdowały się na tabliczce była długa. Miał nadzieję, że dostanie się stąd do centrum.

Usiadł na ławce. Ukrył twarz w dłoniach i załkał. Pytania, na które nie znał odpowiedzi tłukły mu się po głowie.

Jak się nazywam?

Dlaczego tu jestem?

Dlaczego niczego nie pamiętam?

Kim jestem?

Nagle w jego głowie pojawił się obraz. Stał nad zlewem. W dłoni trzymał szklankę. Rozbiła się o podłogę, gdy rozluźnił chwyt. Brzęk tłuczonego szkła wbił się w jego mózg niczym tysiąc małych igieł.

Co to było? Wspomnienie?

Nie miał czasu się nad tym dłużej zastanowić, bo w tym momencie podjechał zatłoczony autobus. Wsiadł i zajął miejsce przy drzwiach. Czuł na sobie nieufne spojrzenia podróżnych, niepokoiła ich panika widoczna w jego oczach.

Krajobraz za oknem zmieniał się. Zniknęły odrapane kamienice i kominy, pojawiły się samochody i ludzie na chodnikach. Na każdym przystanku dosiadali się nowi pasażerowie.

– Przepraszam, czy tu wolne? – aż podskoczył, gdy kobiecy głos wyrwał go z zadumy.

Spojrzał na stojącą nad siedzeniem dziewczynę, jakby była z innej planety.

– Wolne? – powtórzyła.

Powiódł wzrokiem po wnętrzu autobusu. Wszystkie inne miejsca siedzące były zajęte.

– Tak, proszę – odparł i odwrócił się znów do okna. Po chwili zapytał: – Czy jest tu w pobliżu jakiś szpital?

Może tam znajdzie pomoc. Miał nadzieję, że dziewczyna nie potraktuje go jak natręta i odpowie.

– Szpital… – zamyśliła się dziewczyna. – Tak. Wysiądzie pan na drugim przystanku, skręci w pierwszą przecznicę w prawo i po jakichś dwustu metrach dojdzie pan do szpitala.

– Dziękuję.

 

***

 

– W czym mogę pomóc? – zapytała młoda, uśmiechnięta pielęgniarka, gdy zjawił się w szpitalu.

– Mam zanik pamięci – odrzekł.

Uśmiech zastygł na twarzy kobiety.

– Proszę poczekać – rzuciła po czym wyszła zza kontuaru recepcji i zniknęła w jednym z korytarzy.

Spojrzał na kalendarz wiszący na ścianie recepcji. Był trzydziesty lipca 2008 roku.

Usiadł na twardym, plastikowym krzesełku i czekał. Na widok każdego człowieka w białym fartuchu jego niepokój wzrastał, a serce biło mocniej.

Lekarz, młody blondyn z plakietką na kitlu głoszącą „dr K. Morawski”, zjawił się kilka minut później.

– Ponoć ma pan problemy z pamięcią – zagaił.

Mężczyzna nerwowo skinął głową.

– Jakiego rodzaju? – zapytał lekarz.

– Obudziłem się rano w rynsztoku, nie pamiętam co się działo wcześniej i nie wiem kim jestem.

– Hm… Muszę przyznać, że zaskoczył mnie pan. Nie spotykam się z takimi przypadkami na co dzień. Proszę za mną – ruszył, a mijając pielęgniarkę rzucił: – Zawiadom policję. Może rodzina go szuka.

– Oczywiście, panie doktorze.

Poszli do przestronnego, urządzonego ze smakiem gabinetu. Tam po raz pierwszy ujrzał się w lustrze. Średni wzrost, szczupła budowa ciała, ciemne włosy, przetłuszczone, zmierzwione i lekko przyprószone siwizną, zmęczone i podkrążone oczy, ziemista cera. Przez chwilę przypatrywał się swojemu odbiciu. Ta twarz nie budziła żadnych skojarzeń.

– Proszę siadać – powiedział doktor Morawski. – Więc naprawdę nic pan nie pamięta?

Pacjent skinął głową.

– Rozumiem więc, że pytanie o książeczkę zdrowia również mija się z celem… – mruknął bardziej do siebie, niż do siedzącego przed nim mężczyzny. Po chwili dodał już głośniej: – No dobrze, zostanie pan u nas na obserwacji, przeprowadzimy badania i zobaczymy, co wykażą.

 

***

 

W szpitalu spędził kolejne trzy dni. Pielęgniarki chciały go nazwać Adam, ale nie zgodził się na to. Takie było przecież imię człowieka, którego nekrolog znalazł w swojej kieszeni. Przyjęcie jego imienia było po prostu zbyt przerażające i na samą myśl ciarki przechodziły mu po plecach. Został więc Janem.

Badania nie przyniosły rozstrzygnięć. Tomografia mózgu nie wykazała żadnych urazów, podobnie prześwietlenia i rezonans magnetyczny.

– Nie jesteśmy w stanie nawet zgadywać, co wywołało pańską amnezję – przyznał doktor Morawski. – Obudził się pan w zaułku, co sugeruje jakiś wypadek, może napad na tle rabunkowym, skoro nie miał pan przy sobie dokumentów ani pieniędzy… Być może napastnik, jeśli takowy był, uderzył pana w głowę. Tego typu urazy czasem skutkują amnezją. Przeczą temu jednak wyniki badań. Nie miał pan nawet guza, nie mówiąc o czymkolwiek poważniejszym. Przykro mi. Po prostu nie wiemy. Jedyne, co można teraz zrobić, to czekać. Być może pamięć wróci.

– Być może? – podchwycił Jan. – To znaczy, że równie dobrze mogę jej nie odzyskać do końca życia…?

Lekarz pokiwał głową.

– A nawet jeśli odzyskam pamięć – kontynuował pacjent – to nie ma gwarancji, że odzyskam ją w całości. Możliwe, że jakieś obszary mojego życia na zawsze pozostaną białymi plamami.

– Proszę uzbroić się w cierpliwość. I być dobrej myśli. Jakieś obrazy, może dźwięki wywołają skojarzenia, które sprawią, że w pańskiej głowie rozbłyśnie wspomnienie.

Jan zagryzł wargę. Nie przyznał się do jedynego wspomnienia jakie powracało do niego niemal każdego dnia: widoku rozpadającej się na kawałki szklanki i brzęku tłuczonego szkła. Zresztą nie miał pewności czym tak naprawdę jest ta wizja. Wspomnieniem? Urojeniem? Fantazją umysłu pozbawionego pamięci?

Wizyta policjanta również nie przyniosła rezultatów.

– W bazie danych osób zaginionych nie ma nikogo, kto byłby do pana podobny. Odciski palców również nie na wiele się zdały, najwyraźniej nie był pan notowany – oznajmił młodszy aspirant Piotr Kosecki. – Nie jesteśmy w stanie ustalić pańskiej tożsamości.

Jan tylko westchnął. Miał nikłą nadzieję, że jednak ktoś gdzieś na niego czeka, martwi się. Niestety nadzieja ta okazała się płonna.

Wkrótce będzie musiał opuścić szpital. Gdzie się podzieje?

 

***

 

Zamieszkał w przytułku dla bezdomnych, którego adres dał mu Morawski, ale nie wytrzymał tam długo. Nie mógł znieść ścisku i smrodu długo nie mytych ciał. Odnalazł zaułek, w którym się obudził i ze znalezionych tam kartonów i innych materiałów zbudował sobie szałas.

Za dnia snuł się ulicami, czasem zajrzał do przytułku, gdzie mógł liczyć na talerz gorącej zupy. Nocami, okryty gazetami, leżał bezsennie wpatrując się w mrok, czekając i mając nadzieję, że pamięć wróci.

Któregoś dnia, gdy wałęsał się po mieście bez celu, złapała go ulewa. Nagle powiał wiatr, zaganiając ołowiane chmury, niebo pociemniało i lunął deszcz. Jan rozejrzał się za schronieniem i ujrzał kościół, obok którego przechodził prawie codziennie. Nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, aby wejść do środka.

Może jestem niewierzący?

Wnętrze było ciemne i chłodne. Nieliczne lampy i świece nie rozpraszały mroku, jedynie go podkreślały. Panowała całkowita cisza. Każdy krok Jana odzywał się echem.

Na ławce w bocznej nawie siedziało kilku ludzi. Ktoś właśnie wszedł do konfesjonału. Jan usiadł za spowiadającymi się. Dwoje starszych ludzi spojrzało na niego z ukosa. Zmarszczyli nosy i odsunęli się.

W końcu przyszła jego kolej.

 

***

 

– Nawet nie wiem, jaki mamy dziś dzień – zakończył swoją opowieść dopijając herbatę.

– Jest poniedziałek, dwudziesty piąty sierpnia – odparł ksiądz Stanisław.

– A więc to już ponad trzy tygodnie… Mój Boże…

– I nie przypominasz sobie niczego, oprócz tłukącej się szklanki?

– Nie. Czasem tylko mam wrażenie, że wszystko to już się zdarzyło wcześniej.

Kapłan przez chwilę przyglądał się siedzącemu przed nim mężczyźnie bez pamięci. Zastanawiał się, czy mógłby mu pomóc i stwierdził, że tak. A skoro był w stanie, to powinien. Wszak powiedział Pan: kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Uśmiechnął się.

– Nie wiem co ci doradzić w kwestii pamięci, synu, ale wiara w Boską opatrzność podpowiada mi, że nie trafiłeś tu przez przypadek – rzekł. – Jesteś w kościele pod wezwaniem Świętego Jana. Przybrałeś imię ukochanego ucznia Jezusa. A nam niedawno zmarł kościelny.

– Czy ksiądz mówi…

– To oczywiście będzie wymagało jeszcze zgody proboszcza – przerwał mu Faltyn – ale nie sądzę, żeby miał coś przeciwko. Mógłbyś zamieszkać na plebanii.

– Ratuje mi ksiądz życie – szepnął Jan. Po jego policzkach potoczyły się łzy.

Proboszcz nie sprzeciwił się prośbie ojca Stanisława i następnego dnia Jan wprowadził się na plebanię kościoła pod wezwaniem Świętego Jana. Po raz pierwszy od tygodnia wziął gorącą kąpiel i przebrał się w czystą odzież. Stare ubranie, to, które miał na sobie, gdy się obudził w zaułku, wyrzucił. Zakopany w czystą, pachnącą lawendą pościel zasnął szybko.

Śniło mu się, że stoi nad zlewem, trzymając w dłoni pustą szklankę. Dźwięk tłukącego się szkła wyrwał go ze snu.

Następnego poranka zwrócił się do księdza Stanisława z nietypową prośbą.

– Czy mógłby ojciec dowiedzieć się, gdzie leży ten człowiek? – zapytał wyciągając z kieszeni spodni pomięty nekrolog.

– Jesteś pewien, że tego chcesz? – zapytał kapłan.

– To jedyne, co miałem przy sobie, gdy się ocknąłem – odparł Jan wzruszając ramionami.

– Myślisz, że odnalezienie jego grobu pomoże ci w czymś?

– Nie wiem. Ale muszę spróbować. Coś mi mówi, że powinienem.

– Zobaczę, co da się zrobić.

Godzinę później ksiądz odnalazł Jana w ogródku, gdzie ten plewił grządki.

– Musiałem trochę podzwonić, ale w końcu znalazłem. Grób znajduje się na miejskim cmentarzu komunalnym. Pojedziesz dziewiątką aż do końca i wysiądziesz prawie pod bramą.

– Dziękuję.

– Nie ma za co. Idź, jeśli musisz.

– Nie pochwala ksiądz mojego postanowienia?

– Po prostu mam wrażenie, że to przyniesie więcej szkody, niż pożytku.

Mimo ostrzeżenia księdza, Jan wybrał się na cmentarz. Zgodnie ze wskazówkami ojca Faltyna wsiadł do autobusu linii dziewięć i wkrótce stanął przed wysoką bramą z kutego żelaza.

Cmentarz był rozległy. Do grobów położonych w różnych sektorach prowadziły szerokie, wyłożone białym żwirem alejki, wzdłuż których rosły drzewa. Okazała kaplica tuż za bramą wydawała się świeżo wyremontowana. Miasto dbało o swoich zmarłych.

Nieopodal kaplicy znajdował się niewielki budynek gospodarczy, a za nim szopa z narzędziami. Krzątał się w niej starszy człowiek.

– Przepraszam, czy pan opiekuje się cmentarzem?

– Jestem ogrodnikiem i zarówno grabarzem. Można więc chyba powiedzieć, że się nimi opiekuję.

– Nimi?

– Grobami – uśmiechnął się staruszek. – Przynajmniej tymi, o które nikt inny już nie dba. Bo zmarłym niczego już do szczęścia nie potrzeba. A co pana do mnie sprowadza?

– Szukam grobu pewnego człowieka.

– Ach tak. Ktoś z rodziny?

– Tak – skłamał Jan. – Daleki kuzyn.

Ogrodnik pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Jak nazwisko?

– Gołdecki. Adam.

– Proszę chwilę poczekać.

Starzec ruszył w kierunku budynku. Jan usiadł na ławce stojącej przy jednym z grobów. Ogrodnik wrócił po kilku minutach.

– No, mam – oznajmił. – Sektor czternasty.

– Gdzie to jest?

– No tak, pan pierwszy raz u nas na cmentarzu… Pójdzie pan tą alejką prosto, minie pan sektor piąty i skręci w lewo. Jakieś sto metrów dalej będzie sektor czternasty. To będzie świeży grób, na razie jest tam tylko prosty krzyż i skrzynia.

– Dziękuję panu bardzo.

Ruszył żwirową alejką. Po chwili zauważył małą tabliczkę, na której wymalowana była piątka. Skręcił w lewo i nieco później dojrzał kolejny znak, tym razem z liczbą czternaście. Wszedł pomiędzy mogiły rozglądając się za tą należącą do Adama Gołdeckiego. Tak jak mówił ogrodnik, był to świeży grób. Znicze dawno już się wypaliły, ale ktoś dbał o kwiaty. Ziemia była wilgotna.

Zapewne grabarz i ogrodnik w jednym.

Do półtorametrowego krzyża z jasnego drewna, na którym wisiał ukrzyżowany, nieproporcjonalnie mały Chrystus, przytwierdzona była tabliczka z imieniem, nazwiskiem oraz datami: 15 czerwiec 1966 – 23 lipiec 2008. Jan podszedł bliżej. Widok grobu nie wywołał w nim żadnych emocji. Sam nie wiedział, czego się spodziewać po tej wizycie, ale miał nadzieję, że nekrolog, jaki znalazł w kieszeni spodni ma jakieś znaczenie. Tym czasem okazało się, że to był głupi żart, wybryk jakiegoś gówniarza, który go obrabował z pieniędzy, dokumentów i pamięci.

Westchnął zrezygnowany i pomyślał, że czas wrócić do domu.

Dom. Ta myśl wywołała w nim dziwne uczucia. Tak naprawdę przecież nie miał domu, mieszkał kątem u księży, którzy kierowani współczuciem, miłosierdziem i brakiem kościelnego postanowili go przyjąć.

Raz jeszcze spojrzał na grób. Kim był Adam Gołdecki? Gdzie mieszkał? Kim był? I jakie to miało znaczenie? Jan dotknął tabliczki z nazwiskiem i świat zawirował.

 

***

 

Stał w kuchni. Z kranu leciała zima woda. Właśnie wypił całą jej szklankę. Uniósł głowę i w szybie wiszącej nad zlewem szafki dojrzał odbicie jakiejś postaci. Zdrętwiał. Obcy uniósł dłoń, w której błysnęło ostrze noża. Szklanka wypadła z bezwładnej dłoni. Obserwował jak pada na kafelki i rozbija się na tysiąc kawałków. Towarzyszący temu dźwięk boleśnie ranił uszy. Twarz stojącego za nim mężczyzny była blada i pozbawiona wyrazu. Znał tę twarz. Znał na pewno.

 

***

 

Gdy się ocknął, odkrył, że wciąż dotyka tabliczki. Szybko cofnął dłoń i gwałtownie się wyprostował. Domyślił się, że wpadł w jakiś trans. Teraz już wiedział na pewno, że rozbita szklanka nie jest jedynie wytworem jego wyobraźni, lecz istniała naprawdę. Zarówno ona, jak i Adam Gołdecki mają coś wspólnego z nim i z tym, co go spotkało. Nie miał pojęcia co, ale zamierzał się dowiedzieć.

Na plebanię wrócił wieczorem. Postanowił nie mówić ojcu Faltynowi o wizji, jakiej doświadczył na cmentarzu. Gdyby ktoś go zapytał dlaczego, nie potrafiłby odpowiedzieć.

 

***

 

Rozważania na temat wydarzeń mających miejsce na cmentarzu nie doprowadziły Jana do żadnych wniosków. Rodzina? Najwyraźniej Adam miał jakąś, bo ktoś te kwiaty na grobie musiał posadzić. Czy mógł podążyć tym tropem?

Nazajutrz ponownie wybrał się na cmentarz. Ogrodnika odnalazł akurat, gdy ten był zajęty pielęgnacją klombów nieopodal kaplicy.

– Przepraszam…

– A, to pan – zawołał ogrodnik podnosząc się z klęczek i otrzepując spodnie z ziemi. – Dzień dobry. Co pana tu sprowadza? Kolejny zaginiony krewny?

– Nie – odparł Jan z uśmiechem. – Wciąż ten sam. Orientuje się pan może, kto posadził kwiaty na grobie Adama Gołdeckiego?

– Oczywiście – powiedział staruszek, a Jan poczuł szybsze bicie serca. – Ja.

To jedno słowo sprawiło, że Jan stracił całą nadzieję. Przygarbił się i posępniał.

– O ile sobie przypominam – ciągnął ogrodnik – na pogrzebie było tylko kilka osób. Szybko się rozeszli. Szczerze mówiąc, nie widziałem, aby ktoś odwiedzał ten grób. Znicz też ja postawiłem. Nie ma pan kontaktu z rodziną zmarłego?

Jan pokręcił głową.

– Żadnego adresu, numeru telefonu?

– Nic.

– Więc skąd pan wiedział, że został tu pochowany?

– Muszę już iść – odparł Jan i oddalił się pospiesznie, odprowadzany nieufnym spojrzeniem ogrodnika.

A więc to tyle, jeśli chodzi o Adama Gołdeckiego. Już się nie dowiem, czy coś go łączyło ze mną.

Wrócił na plebanię.

 

***

 

W ciągu kolejnych tygodni pogrążył się całkowicie w wirze nowych obowiązków i stopniowo zapominał o cmentarzu, grobie tajemniczego Adama Gołdeckiego i wizji, jakiej on, Jan, tam doświadczył. Czasem tylko dręczył go sen o tłukącej się szklance. Budził się wtedy zlany potem, przez chwilę rozmyślał nad swoim życiem, po czym znów zapadał w sen.

Każdego ranka wstawał skoro świt, budził ojca Faltyna oraz proboszcza i szedł do kościoła. Otwierał ciężkie drzwi ogromnym kluczem, zapalał świece na ołtarzu i przygotowywał ornaty. Później, w zależności od dnia, pracował w ogrodzie, bądź na plebanii. Dokonywał drobnych napraw, czasem pomagał gospodyni w przyrządzeniu obiadu. Do jego obowiązków należało również zamknięcie kościoła na noc.

Takie proste życie wiódł przez dwa lata. Brakowało mu jednak pamięci o własnej przeszłości. I jeszcze czegoś. Nie potrafił wyjaśnić czego, ale czuł się pusty w środku, jak naczynie czekające na wypełnienie.

 

***

 

Był grudzień. Od tygodnia niemal bez przerwy padał śnieg. Zasypał całe miasto. Jezdnie i chodniki były oblodzone, ponieważ zima znów zaskoczyła drogowców. W centrum świecące, migające i bardzo kolorowe wystawy z choinkami, mikołajami i reniferami w rolach głównych przypominały o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. Panowała gorączkowa atmosfera, wszyscy bardzo się spieszyli i nikt zdawał się nie mieć czasu na nic.

Na plebani kościoła pod wezwaniem Świętego Jana życie na przekór wszystkiemu płynęło spokojnie. Nikt się nie spieszył, nie pędził, bo i nie miał dokąd ani po co. Tamtego poranka Jan odśnieżał przyprószony nocą chodnik prowadzący od furtki do drzwi wejściowych. Kończył już, gdy przed bramą pojawił się listonosz. Na czapce i ramionach jego granatowego munduru zbierał się śnieg. Wymienił z Janem grzeczności, podał mu korespondencję i zgarbiony pod ciężarem śniegu i listów, poszedł dalej.

Jan dokończył odśnieżanie. Gdy wszedł do sieni, śnieg już powoli, acz nieubłaganie zacierał ślady jego pracy. Jan otrzepał kurtkę i spodnie z białego puchu, zatupał mocno, skutkiem czego śnieżne błoto z podeszew butów zostało na podłodze, powoli się topiąc.

Aneta nie będzie zadowolona. Znów mnie ochrzani…

W korytarzu się rozebrał i dopiero wtedy przejrzał przesyłki dostarczone przez listonosza. Nic nowego. Rachunek za telefon, kartka świąteczna, nowy katalog Reala. I jedna zwykła, biała koperta, zaadresowana do Adama Gołdeckiego.

Janowi na moment serce stanęło. W jednej chwili wróciło wszystko: przebudzenie w zaułku, nekrolog, wizyta na cmentarzu i wizja tłukącej się szklanki.

Jęknął i wypuścił rachunek, pocztówkę i katalog. Drżącymi dłońmi chwycił kopertę, szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w nazwisko, jakby spodziewał się, że nagle się zmieni pod jego spojrzeniem. Ale nie. Odwrócił kopertę szukając danych nadawcy. Nie było.

Pod wpływem impulsu rozerwał papier. W środku znajdowała się jedna, złożona na pół, kartka.

 

Mam coś, co bardzo chciałbyś mieć.

Bądź 15-go o godz. 13:00 w kawiarni Pod Arkadami. Znajdę cię.

Życzliwy.

 

Aby dodać wagi słowom, nadawca załączył również nekrolog Adama Gołdeckiego, taki sam, jaki Jan znalazł po przebudzeniu w zaułku.

Jan zerknął na wiszący na ścianie kalendarz. Piętnasty był za dwa dni. Wiedział, gdzie była kawiarnia, często przychodził tam na małe piwo.

Zmiął kartkę oraz nekrolog i schował do kieszeni. Uspokoił oddech i otarł pot z czoła. Pozbierał rozrzuconą korespondencję i ułożył na stoliku. Do tajemniczego listu wróci później. Teraz ma inne obowiązki.

 

***

 

Wieczorem, już na spokojnie, w swoim pokoju, raz jeszcze przyjrzał się kartce i kopercie. Zwrócił uwagę na piękne, kaligraficzne pismo nadawcy. Nikt z kręgu jego znajomych nie miał takiego charakteru pisma.

Nikt, kogo znam w tym życiu.

Zastanawiał się, czy mógłby to być ktoś, kogo znał w czasach przed utratą pamięci. Jeśli tak, to dlaczego zwracał się do niego używając nazwiska zmarłego?

Bo wiedział, że wtedy na pewno zwrócę na to uwagę.

A więc ktoś, z kim się zetknął w przeszłości. Ktoś będący w posiadaniu czegoś, co dla Jana mogło przedstawiać jakąś wartość. Być może coś związanego z jego przeszłością? Nie miał jednak pojęcia co by to mogło być.

Wszystko to w jakiś sposób wiązało się z postacią Adama Gołdeckiego. Jak? Była tylko jedna możliwość, aby się tego dowiedzieć. Za dwa dni Jan stawi się o wyznaczonej godzinie w kawiarni Pod Arkadami. Pozna wszystkie odpowiedzi, choćby miał je siłą wydusić od nadawcy listu.

W nocy śniła mu się potłuczona szklanka.

 

***

 

Dwa dni później Jan czekał w kawiarni Pod Arkadami. Przyszedł pół godziny przed czasem i zamówił kawę, której nawet nie tknął. Był zdenerwowany. Serce biło szybko, dłonie pociły się.

Zupełnie, jak przed pierwszą randką… jeśli kiedykolwiek na jakiejś byłem.

Uśmiechnął się głupawo do swoich myśli, a potem zmartwiał.

Drzwi kawiarni otworzyły się i stanął w nich mężczyzna. Jan od razu wiedział, że to na niego czekał.

Nowo przybyły był wysoki i szczupły. Na oko mógł mieć około sześćdziesięciu lat. Jego krótko przystrzyżone włosy, wąsy oraz brodę przyprószyła siwizna. Miał na sobie modny, grafitowy garnitur, białą koszulę i czerwony krawat. W dłoni ściskał rączkę czarnej aktówki.

Mężczyzna rozejrzał się po wnętrzu kawiarni, zatrzymał wzrok na zesztywniałym Janie i skierował się do jego stolika. Bezceremonialnie usiadł naprzeciw Jana i skinął na kelnerkę.

– Witaj, Adamie – rzekł.

Jan poczuł się, jakby został uderzony obuchem.

– Jak mnie nazwałeś? – szepnął.

W tym momencie podeszła kelnerka. Tajemniczy mężczyzna zamówił kawę, po czym zwrócił się do Jana:

– Nazwałem cię Adamem. Bo przecież tak się nazywasz. Adam Gołdecki.

– Nie wydaje mi się. Widziałem nekrolog. Byłem na jego grobie.

Mężczyzna położył aktówkę na stole. Otworzył ją z cichym trzaskiem. Z wnętrza wylało się jasne światło, pokrywając złotem twarz nieznajomego. Ów wyciągnął coś z teczki, zamknął ją i odstawił na podłogę.

– Adam Gołdecki – rzekł przesuwając w stronę Jana kawałek plastiku. – Według dowodu osobistego pojawiłeś się na świecie piętnastego czerwca roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego szóstego.

Jan spojrzał na dowód. Daty urodzin i śmierci, a także nazwisko zgadzały się z nekrologiem, który znalazł w kieszeni, ale zdjęcie… Na zdjęciu był on, Jan. Co prawda z wąsem i krótką brodą, ale z całą pewnością to był on. Ciarki przebiegły mu po plecach. Gwałtownym ruchem dłoni zmiótł plastikową plakietkę na podłogę.

– To nic nie znaczy. Byłem na cmentarzu, facet nie żyje.

– I tak, i nie – westchnął rozmówca. – To dość skomplikowane, ale postaram się wyjaśnić.

Uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu nie było wesołości, ani szczerości, raczej szyderstwo i ironia.

– Kim ty w ogóle jesteś? I czego ode mnie chcesz?

– Wszystko w swoim czasie. Jesteś martwy, a zarazem żywy. To, czego ci brakuje znajduje się w tej aktówce.

Ponownie położył teczkę na stole, tym razem frontem do Jana.

– Otwórz. Śmiało.

Jan z wahaniem sięgnął do zamków. Zawiasy odskoczyły z trzaskiem, gdy odciągnął zatrzaski. Podniósł wieko. Złote światło niemal go oślepiło. Oszołomiony gwałtownie zamknął walizkę.

– Co to jest? – wydyszał.

Mężczyzna spokojnie zdjął teczkę ze stołu, nim odpowiedział:

– Dusza. Konkretnie rzecz biorąc, dusza Adama Gołdeckiego. Twoja dusza.

Jan zaniemówił. Całkowicie wytrącony z równowagi, wpatrywał się tylko w swojego rozmówcę.

– Została skradziona – dodał mężczyzna, jakby to wszystko wyjaśniało.

– Co ty bredzisz, człowieku?

– Nie jestem człowiekiem.

– Uciekłeś z jakiegoś zakładu? Czemu mnie prześladujesz?

– Może to cię przekona – westchnął nieznajomy.

W jednej chwili postać mężczyzny zmieniła się i nagle naprzeciw Jana siedział człowiek z głową kruka. Z dzioba zwisały mu długie, ostre kły. Kawiarnia zniknęła. Wokół szalały płomienie. Jan chciał wrzasnąć, zerwać się z krzesła i uciec, ale nie potrafił. Mógł jedynie patrzeć w nieruchome, złociste, ptasie oko.

– Nie jestem człowiekiem – powiedział kruk. – A ty nie jesteś ani martwy, ani żywy, Adamie.

Wizja zniknęła i Jan znów znajdował się w kawiarni Pod Arkadami w towarzystwie starszego, dobrze ubranego mężczyzny. Poruszył się niespokojnie. Inni goście zdawali się niczego nie zauważyć. Wciąż rozmawiali spokojnie pochłaniając zamówione napoje, lody bądź ciasta.

– Czy teraz mi wierzysz? – syknął demon.

Jan skinął głową.

– Dobrze. W tej aktówce jest dusza, bez której twa egzystencja jest pusta i jałowa. Czujesz to przecież. Od dwóch lat tak żyjesz. Zapewne zastanawiasz się, jak weszła w moje posiadanie i co możesz zrobić, aby ją odzyskać.

Kolejne skinienie.

– Jak już mówiłem – ciągnął nieznajomy – została skradziona. Pewien człowiek przegrał swoją duszę, ale gdy przyszło do spłaty długu, uciekł. Zamiast swojej, ofiarował mi twoją duszę. Myśląc, że mnie oszukał, żyje sobie w ciepłym kokonie własnej próżności. Ofiaruję ci wiedzę. Wiem, że tego pragniesz. Od dwóch lat marzysz, aby wróciła ci pamięć, abyś dowiedział się, co się stało tamtego dnia, gdy obudziłeś się w zaułku. Wspomnień nie mogę ci przywrócić. Są w tobie i czekają na odpowiednią chwilę. Ale powiem ci, co się stało wtedy, w tej wąskiej uliczce.

Demon przerwał, łyknął kawy i kontynuował:

– Po tym, gdy straciłeś duszę, umarłeś. Ale nie trafiłeś do miejsca, które zwiecie Rajem. Nie oszukujmy się, nie byłeś święty. Znalazłeś się w naszym Królestwie. Nie byłeś jednak tak do końca martwy. Po prostu nie miałeś duszy. Ja oczywiście wiedziałem o wszystkim od początku. Odesłałem cię z powrotem jedynie z twoim nekrologiem w kieszeni. Musisz przyznać, że pędziłeś pusty żywot. Bez pamięci człowiek jest tylko skorupą, naczyniem, niczym pusta butelka. Teraz, gdy w końcu wiesz, co się wtedy wydarzyło, pragniesz odzyskać swą duszę, widzę to w twoim sercu. Proponuję ci wymianę. Wykonasz dla mnie sto jeden zadań. W zamian oddam ci twoją duszę, czystą, jak łza. Bez jednej plamki. Gdy umrzesz spokojną śmiercią, staniesz wprost przed bramą… Raju. Być może wróci ci pamięć. Jak mówiłem, święty nie byłeś. Wcześniej czy później i tak trafiłbyś do Królestwa. widzisz więc, że moja oferta jest szczodra. Skiń głową, jeśli się zgadzasz.

Po długiej chwili powoli, jak w transie, Adam skinął.

– Pierwszym zadaniem będzie przyniesienie mi statuetki, która stoi na biurku księdza Faltyna. Tu masz numer telefonu – powiedział mężczyzna, podając Adamowi kartkę. – Zadzwoń, gdy ją zdobędziesz.

Po tych słowach demon dopił stygnącą kawę, wstał, zabrał aktówkę i wyszedł.

 

***

 

Nocą długo leżał w łóżku nie mogąc zasnąć. Wciąż odtwarzał w głowie przebieg spotkania.

Twoja dusza.

Nie oszukujmy się, nie byłeś święty.

Statuetka…

Widział ten posążek wiele razy. Był wykonany z porcelany, przedstawiał Matkę Boską. Nie wiedział, skąd ksiądz go ma, nigdy nie pytał. Czy był zdolny tak po prostu ją zabrać? Ukraść? W końcu to tylko posążek, prawda? Kawałek porcelany, który można kupić na każdym straganie. Nagle podjął decyzję. Ukradnie figurkę. Wejdzie do gabinetu Faltyna, chwyci ją i schowa do plecaka. Pójdzie do miasta, znajdzie budkę telefoniczną i zadzwoni pod numer, jaki zostawił mu demon. Stawka, o którą toczyła się gra, była wysoka. Adam czuł, że jest gotów zrobić niemal wszystko, aby odzyskać to, co mu skradziono.

Wiedział, że w aktówce, do której pozwolił mu zajrzeć demon była jego dusza. Teraz już nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Przez tą jedną, krótką chwilę czuł, jak ciało się do niej rwie, pragnie jej. Ogarnęła go wtedy radość tak wielka, że wręcz nie do opisania. Był też przerażony, stąd jego reakcja w kawiarni była taka, a nie inna.

Była piękna, najcudowniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek oglądał. Może nie nieskazitelnie czysta – dojrzał kilka pojawiających się tu i ówdzie czarnych plam, ale należała do niego, a ktoś ją zabrał. Na myśl o tym poczuł wściekłość.

Nie oszukujmy się, nie byłeś święty.

Tak powiedział demon w kawiarni, a Adam nie miał powodów, aby w to wątpić. Dowód był w aktówce. Ale skoro tak, to dlaczego policjant w szpitalu stwierdził, że w bazie danych nie ma jego odcisków palców? Czyżby nie dał się nigdy przyłapać? Nie wierzył w to. Podejrzewał raczej, że ktoś został sowicie opłacony, aby odciski niejakiego Adama Gołdeckiego zniknęły. Oczywiście, mógł się mylić. Nie wiedział, co przeskrobał w przeszłości. Może nie popełnił żadnego przestępstwa? Te czarne plamy na duszy mogły być równie dobrze efektem kradzieży w sklepie, jak i zdrady kobiety, z którą kiedyś żył.

Ale było też coś więcej.

Nie oszukujmy się, nie byłeś święty.

Czy jeśli ukradnie tę statuetkę, na duszy pojawi się kolejna czarna plama? Przypuszczał, że tak. I z każdym zadaniem, jakie przyjdzie mu wypełnić, pojawi się kolejna. Aż w końcu nie będzie ani odrobiny bieli, tylko czerń. Wtedy będzie należał do demona. Czy wywiąże się z obietnicy? Czy po stu jeden zadaniach Adam otrzyma swą duszę czystą jak łza? Nie mógł być tego pewien. W końcu zawarł układ z demonem. Nie mógł się teraz wycofać.

Długo patrzył na drewniany krzyż zawieszony nad łóżkiem.

To tylko figurka.

Nim zasnął doświadczył dziwnego uczucia, że wszystko to już kiedyś przeżył.

 

***

 

Zrobił to dwa dni później. Korzystając z okazji, że ksiądz Stanisław odprawiał mszę, Adam wszedł do gabinetu i zabrał z biurka statuetkę. Wyniósł ją z plebanii zaraz po obiedzie.

Faltyn zauważył kradzież dopiero późnym wieczorem, po spotkaniu z ministrantami. Żal i smutek po jej stracie towarzyszył mu do końca życia. Ani przez chwilę nie podejrzewał kościelnego.

Gołdecki pojechał do centrum, kupił kartę telefoniczną i znalazł budkę. Wykręcił numer.

– Za pół godziny Pod Arkadami – usłyszał już po pierwszym sygnale. Potem połączenie przerwano.

Czekał cierpliwie, popijając sok z czarnej porzeczki. Figurka spoczywała na podłodze, zapakowana w reklamówkę. Tak jak poprzednio, demon zjawił się punktualnie. Tym razem nie miał ze sobą aktówki.

– Długo to trwało – powiedział przysiadając się do stolika Adama. – Spodziewałem się twojego telefonu wczoraj.

Adam nic nie powiedział. Demon westchnął.

– Brak przeszłości rzeczywiście ci przeszkadza – rzekł. – Gdybyś wiedział, jakie rzeczy robiłeś wcześniej, nie wahałbyś się tak długo.

– Teraz to co innego.

– Czyżby?

– Chodzi o moją duszę.

Mężczyzna zaśmiał się, jakby usłyszał dobry kawał.

– A wcześniej nie chodziło? Ach, wcześniej byłeś sceptykiem, nie przejmowałeś się. Teraz mieszkasz na plebanii i zawarłeś pakt z diabłem.

W lokalu po raz kolejny rozbrzmiał śmiech demona.

– Mogę zobaczyć figurkę? – zapytał w końcu.

Adam położył na stole kolorową reklamówkę. Mężczyzna z błyskiem w oku sięgnął do środka i wyjął kilkunastocentymetrowy posążek Matki Boskiej.

– I oto jest – powiedział jakby do siebie podnosząc statuetkę na wysokość oczu.

Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu, aż w końcu rzekł:

– Czyż nie jest piękna? Spójrz w te smutne oczy… Odziana prosto, w biel i błękit… Kawałek porcelany. Nic szczególnego. A jednak dla księdza Faltyna jest bezcenna. Tę statuetkę dostał od matki w dniu wyświęcenia na kapłana. Kilka dni później została potrącona przez pijanego kierowcę i zmarła w szpitalu. Od tamtej pory figurka zawsze towarzyszyła księdzu. Teraz jest moja. Faltynowi będzie jej bardzo brakowało.

Adam ukrył twarz w dłoniach. Poczucie winy przygniatało go, niczym worek cementu. Czuł się podle. Najgorsze było to, że nawet gdyby wiedział, ile ta figurka znaczy dla człowieka, który go uratował, zrobiłby to samo.

– Oto, co teraz zrobisz…

 

***

 

Adam w końcu wyprowadził się z plebanii i przestał wykonywać obowiązki kościelnego, którego wszyscy nazywali Janem. Za pieniądze, które zarobił pracując dla demona, wynajmował małe mieszkanie w centrum miasta. Wróciły wizje i sny o rozbijającej się szklance, były jednak wzbogacone o pewien nowy element. Tuż przed samym końcem, na jeden krótki moment, ukazywał się dom. Biały, parterowy, z kolumnami na ganku i otoczony ogrodem. Któregoś ranka po przebudzeniu Adam go narysował.

Z każdym zleconym zadaniem, demon wymagał coraz więcej. Gdy zaczął przechowywać, a potem i również sprzedawać narkotyki, świadomość, że sprowadza na niewinne dusze okropne cierpienia doprowadzała go do obłędu. Kroczył mroczną ścieżką wprost ku zatraceniu, ale wiedział, że nie ma z niej odwrotu. W końcu był zmuszony zabić w sobie sumienie albo ono zabiło by jego. Jedynie myśl, że z każdym wykonanym zadaniem jest bliżej odzyskania duszy, trzymała go przy zdrowych zmysłach.

Miał świadomość, że robił to już wcześniej. To nie było zwykłe déjà vu. Coraz częściej pojawiały się wspomnienia z jego poprzedniego życia. Demon nie kłamał. Adam Gołdecki nie był święty. Wydawało się, że przed utratą pamięci parał się różnego rodzaju przestępczą działalnością, a każde nowe zadanie odblokowywało jakieś wspomnienie. Odzyskiwanie pamięci okazało się torturą, a nie błogosławieństwem. Był złodziejem, dilerem narkotyków i Bóg wie kim jeszcze. Może nawet mordercą. W końcu jego własna przeszłość stała się tak nieznośna, że zaczął pić, aby od niej uciec. Nie mógł uwierzyć, że Adam – przestępca i Jan – kościelny to ta sama osoba. Żałował, że przyjął propozycję demona i obietnicę zbawienia, że w ogóle pojawił się tamtego dnia Pod Arkadami, zamiast zostać na plebanii. Za jego sprawą ponownie wkroczył na tę ścieżkę. Zastanawiał się, dlaczego demon to robi. Czy czerpał z tego jakąś perwersyjną radość? Zapewne tak. Myślał też o tym, co by było, gdyby zignorował owo zaproszenie i nie pojawił się w kawiarni. Być może nadal by wiódł proste, szczęśliwe życie kościelnego Jana, który nie miał żadnej, ani dobrej, ani złej przeszłości?

Na to było już jednak za późno. Jedyne, co mógł teraz zrobić, to poznać swego wroga. W tym celu przeszukiwał Internet, biblioteki, antykwariaty i pchle targi.

W końcu odkrył imię demona. Brakowało mu jeszcze jednej informacji.

Kilka lat później był już na półmetku. Przyszedł czas na pięćdziesiąte zadanie.

 

***

 

Nastał styczeń. Kilka dni po Nowym Roku spotkali się znów w kawiarni Pod Arkadami. To było ich stałe miejsce, choć spotykali się rzadko. Adam jak zawsze przyszedł pół godziny przed czasem. Punktualnie o umówionym czasie w progu stanął elegancki, starszy mężczyzna. Nikt nie podejrzewałby, że to maska, pod którą ukrywa się istota nie z tego świata.

– Witaj, Adamie.

Gołdecki skinął głową. Demon usiadł naprzeciw niego.

– A więc to już niemal połowa. Czterdzieści dziewięć zadań za tobą. To będzie szczególne. Gdy je wykonasz, wiele się zmieni. Nie bój się, nasz układ pozostaje w mocy. Jestem z ciebie bardzo zadowolony.

– Ja myślę – mruknął Adam. – Wykonuję za ciebie kawał brudnej roboty.

– Nie za mnie. Dla mnie. Moją robotą jest zlecanie ci zadań.

– Do rzeczy. Nudzą mnie te dyrdymały.

– Jak sobie życzysz. Pamiętasz jeszcze, dlaczego zawarłeś ze mną pakt?

– Każdego dnia, w każdej minucie.

– Cieszy mnie to. Pięćdziesiąte zadanie jest w pewnym sensie nagrodą dla ciebie za wierną służbę.

– Dostanę cukierka?

– Och nie, nie – mężczyzna nachylił się nad stolikiem. – Dostaniesz coś o wiele słodszego. Zemstę. Pamiętasz, jak mówiłem ci o człowieku, który skradł twą duszę?

– Owszem – odparł Adam. – Pamiętam.

– Chcę, byś go zabił.

Adam aż podskoczył z wrażenia. Miał popełnić morderstwo. Przez ostanie lata robił różne podłe rzeczy, ale nigdy nikogo nie zabił. Nie był na to przygotowany. Z drugiej strony…

Mogłem się przecież tego spodziewać.

– Ten człowiek żyje sobie w błogim przeświadczeniu, że mi się wymknął – ciągnął demon. Drapieżny uśmiech odsłonił czerwone jak krew dziąsła. – Myli się. Tak bardzo się myli. Dostarczył mi twoją duszę i wydaje mu się, że to wystarczy. Ja jednak pragnę jego duszy, pragnę, aby cierpiała straszliwe męki przez wieki wieków. Dość już nacieszył się swoim triumfem. Pora, aby mu uświadomić, jak bardzo się pomylił.

Adam zrozumiał nagle, że ma pewną szansę. Nikłą, ale zawsze.

– Chcę ją zobaczyć – wypalił znienacka przerywając mężczyźnie tyradę. – Gdy wykonam to zadanie, chcę zobaczyć swoją duszę.

Demon wbił spojrzenie błękitnych oczu w Adama. Ten nie spuścił wzroku. W końcu mężczyzna pokiwał głową.

– Dobrze – powiedział. – Zobaczysz ją.

Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki grubą, szarą kopertę.

– Tu masz pieniądze i adres pewnego lombardu – powiedział. – Niestety, znaleźć tego człowieka będziesz musiał sam. Wierzę jednak, że nie sprawi ci to problemu.

To powiedziawszy, demon wyszedł.

 

***

 

Adam otworzył kopertę dopiero w nocy w swoim mieszkaniu.

Wyjął z niej gruby plik dwustuzłotówek oraz kartkę z adresem. Przeliczył pieniądze i wyszło mu dziesięć tysięcy złotych. Sporo. Pod adresem, który otrzymał, miał się znajdować lombard. Czy tam znajdzie człowieka, którego miał zabić? Nie sądził. To nie mogło być tak proste. No i przecież demon wyraźnie powiedział, że będzie musiał znaleźć go sam.

Przyrządził sobie drinka i usiadł w fotelu.

Co można kupić w tym lombardzie? Dlaczego jest taki szczególny?

Broń…

Nie miał pojęcia skąd, ale był tego absolutnie pewien. Zupełnie, jakby jakaś cząstka umysłu nagle się obudziła. Był już kiedyś w tym lombardzie. Zupełnie, jakby ktoś mu to wyszeptał wprost do ucha. Znów pojawiło się uczucie déjà vu.

Czy naprawdę będzie zdolny do odebrania komuś życia? Nie miał pojęcia, ale tamten odebrał mu jego duszę. Razem z duszą zniknęła pamięć, a to tak, jakby pozbawiono go życia.

Nadal nie miał pewności, czy jest zdolny do zabójstwa, ale wiedział, że na pewno spróbuje.

 

***

 

Rankiem wziął taksówkę i kazał się zawieść pod adres, który dał mu demon. Poprosił kierowcę, aby na niego zaczekał i wysiadł z ciepłego wnętrza samochodu. Zadrżał z zimna, gdy stanął na oblodzonym chodniku. Spojrzał na żółty szyld kołyszący się nad wąskimi drzwiami, na którym widniało słowo: „lombard”. Nic więcej. Nie było też okna wystawowego.

A jednak ten kołyszący się lekko szyld i wąskie drzwi ponownie obudziły w nim uczucie, że bywał tu wcześniej. Nie raz, ale dość często. W poprzednim życiu. Tym, którego nie pamiętał.

Otworzył drzwi. Zwisające z sufitu dzwoneczki oznajmiły właścicielowi przybytku pojawienie się klienta. Adam stanął tuż za progiem czekając, aż wzrok przyzwyczai się do mroku.

Pomieszczenie było wąskie i długie, a do tego słabo oświetlone. Wzdłuż ściany po prawej stronie ciągnęła się oszklona lada, pod którą leżały tace z biżuterią oraz innymi drobiazgami. Za ladą, na półkach stały laptopy, monitory, telewizory i odtwarzacze DVD. Po lewej stronie znajdowały się gabloty z telefonami komórkowymi, akcesoriami do nich, odtwarzaczami MP3, kamerami, aparatami fotograficznymi i innymi elektronicznymi śmieciami.

– Adam? – głos dochodził gdzieś z tyłu pomieszczenia.

Adam odwrócił wzrok od aparatu, który właśnie podziwiał i zauważył zasłonięte sznurami z paciorkami przejście. Znajdowało się w głębi lombardu, za ladą.

– To naprawdę ty? – zapytał właściciel podchodząc bliżej.

– Robert – odparł Adam. Nie zastanawiał się, to imię po prostu wypłynęło z głębi umysłu.

Przez chwile był absolutnie pewien, że już to przeżył, dokładnie ten moment.

– Słyszałem, że nie żyjesz.

– Trochę przedwczesne plotki – odrzekł Gołdecki z uśmiechem wyciągając rękę. Robert uścisnął ją krótko i mocno. – Interes się kręci?

– Jak zwykle – Robert wzruszył ramionami. – Raz lepiej, raz gorzej. Co cię do mnie sprowadza? Bo nie sądzę, że wpadłeś, aby pogadać o dawnych czasach.

Nawet nie wiesz, jak bym chciał.

– Masz rację – Adam skinął głową. – Potrzebuję broni.

Twarz Roberta zastygła. Zmrużył oczy.

– Po co ci? – zapytał w końcu.

– Do obrony.

Właściciel lombardu milczał dłuższą chwilę.

– Gdybym nie znał cię od tylu lat… – mruknął. – Zobaczę, co da się zrobić.

Ilu? Jak długo mnie znasz? Skąd?

– Wpadnij jutro po osiemnastej. Zostawię drzwi otwarte.

Adam skinął głową. Dogadali się co do ceny, po czym, ponownie podał rękę Robertowi i wyszedł. Dzwoneczki brzęknęły smutno.

Wsiadł do czekającej wciąż z zapalonym silnikiem taksówki i kazał kierowcy jechać do miejskiej biblioteki.

Przez całą drogę zastanawiał się, co go łączyło z lombardem i Robertem. Najwyraźniej lombard był przykrywką dla jakiejś nielegalnej działalności. Co to mogło być? Adam podejrzewał, że Robert jest paserem. Kogo to czyni z niego? Złodzieja?

Czuł, że zaczyna go boleć głowa.

 

***

 

Następnego dnia, w końcu, w jednym z antykwariatów na półce znalazł egzemplarz księgi, która mogła mu pomóc. Stary księgarz, zasuszony i zakurzony jak jego książki, policzył Adamowi za nią pokaźną kwotę.

Gdy nastał wieczór, Gołdecki ponownie stanął przed lombardem. Drzwi zdobiła tabliczka z napisem „zamknięte”, ale pomimo to były otwarte, zgodnie z obietnicą Roberta.

Adam wszedł do środka przy akompaniamencie dzwoneczków. Wewnątrz panowała całkowita ciemność. Zamknął za sobą drzwi i postąpił dwa kroki przed siebie. Potknął się o coś i zaklął siarczyście.

– Robert? – rzucił. – Jesteś?

W odpowiedzi usłyszał odciągany zamek pistoletu.

– Nie ruszaj się.

– Co…?

– Nie ruszaj się, powiedziałem! – krzyknął Robert.

Adam poczuł na czole zimny dotyk lufy.

– Przecież się nie ruszam. O co chodzi?

– Kim jesteś?

To pytanie zaskoczyło Gołdeckiego. Sam tylekroć się nad tym zastanawiał i wciąż nie miał pojęcia.

– To ja, Adam – powiedział z braku czegoś lepszego.

W tym momencie rozbłysło światło. Gołdecki ujrzał w odbiciu szyby jednej z szafek siebie i stojącego za nim Roberta.

– To Golan, prawda? – zapytał spoglądając na pistolet w dłoni właściciela lombardu. – Izraelski, samopowtarzalny, kaliber dziewięć milimetrów parabellum.

Był tego absolutnie pewien. Zupełnie, jakby na powierzchnię umysłu wypłynęła bańka z tą informacją i pękła.

– Oko cię nie zawodzi – przytaknął Robert.

Tylko skąd ja to wiem?

– Widzę, że o broni palnej wiesz wszystko – ciągnął mężczyzna. – Tak, jak Adam. Ale on przecież nie żyje!

Adama oblał zimny pot.

– Byłem na jego pogrzebie, widziałem, jak spuszczali trumnę do ziemi i jak ją zasypali. Więc pytam raz jeszcze. Kim jesteś?

– Robert, ja… nie wiem.

– Nie wciskaj mi kitu, bo ci wpakuję kulkę w ten zakłamany łeb!

– Nie wciskam! Któregoś dnia obudziłem się w śmierdzącym zaułku i o swojej przeszłości nie wiem nic. Czasem tylko coś mi się przypomni, jak twoje imię, czy model pistoletu.

– Acha. Czyli zostałeś zamordowany, pochowali cię, a kilka dni później obudziłeś się w jakiejś uliczce? Co ty, kurwa, pierdolisz?!

– Zostałem przysłany.

– Co, z zaświatów? Tak, to brzmi o wiele bardziej wiarygodnie! Po co ja tego w ogóle słucham…

Spoglądając na odbicie w szybie, Adam zrozumiał, że Robert go nie zabije. Wdział, jak właścicielowi lombardu lekko drży ręka, widział kropelki potu na jego czole, rozszerzone źrenice. Wszystko to mówiło mu, że Robert nie jest w stanie pociągnąć za spust.

Skąd ta pewność?

Nie wiedział. Ale był pewien, że ma rację.

Powoli odwrócił się i stanął twarzą w twarz z Robertem.

– Zostałem przysłany – powtórzył, patrząc Robertowi w oczy. – Nastąpiła pewna… pomyłka.

– Pomylili się w Niebie? Ha, ha! No tak, przecież Adama takim, jakiego go znam, nikt by tam nie wpuścił!

Instynkt podpowiedział Adamowi, że najlepiej będzie, jeśli powie prawdę.

– Prawdopodobnie masz rację. Nie wiem, co się stało. Wiem tylko, że pewnego dnia obudziłem się w zaułku z całkowitą amnezją.

– Jezu, człowieku, ty przecież nie żyjesz!

– Według słów tego, kto mnie tu sprowadził, nie jestem ani martwy, ani żywy. Nie wiem, ile w tym prawdy. Z mojego poprzedniego życia nie pamiętam nic. Czasem tylko pojawiają się strzępki wspomnień, jakieś imię, nazwa pistoletu… Wiem jedynie, że muszę coś zrobić, a potrzebna mi jest do tego broń. Daj mi pistolet, Robercie. Zapłacę ci, wyjdę i już nigdy mnie nie zobaczysz.

– Skąd mam mieć pewność? Jeśli jesteś jakimś demonem z zaświatów…

– Nie jestem demonem. Uwierz mi, Robercie. Chcę tylko wykonać powierzone mi zadanie i odzyskać to, co zostało mi skradzione.

– Czyli co?

– Duszę…

Słysząc to, Robert zamknął oczy i przytknął dłonie do skroni. Jęknął, a twarz wykrzywił mu straszliwy grymas.

– To jakiś koszmar… – zdążył powiedzieć, nim Adam wyprowadził prawy prosty. Broń wypadła Robertowi z dłoni, a on sam zatoczył się na ladę.

Gołdecki podniósł pistolet. Robert spojrzał na niego, wierzchem dłoni ścierając krew z rozbitej wargi.

– Nie zabijaj mnie… – błagał. W oczach miał zwierzęcy strach.

– Nie zabiję – uspokoił go Adam. – Zrobię tak, jak mówiłem. Zapłacę i wyjdę.

– Po prostu go weź i odejdź.

Adam sprawdził magazynek. Widząc to, Robert skulił się ze strachu. Gołdecki, upewniwszy się, że magazynek jest pełny, wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki kopertę. Odliczył umówiona kwotę z grubego pliku banknotów. Rzucił pieniądze na ladę, schował broń i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.

 

***

 

Dopiero w mieszkaniu głębiej odetchnął. Nie rozumiał, co stało się tam, w lombardzie. Skąd wie tyle na temat broni? Skąd wiedział, jak wpłynąć na Roberta? Skąd w ogóle się znali?

Jak zawsze mnóstwo pytań, żadnych odpowiedzi.

Ostatnimi czasy przestał się zastanawiać nad swoją przeszłością. Żył pod przybranym nazwiskiem skupiając się na wykonywaniu zleceń. Liczył, że może wraz z duszą, odzyska również pamięć. Dzisiejsze zdarzenie wyprowadziło go z równowagi.

Udał się w stronę barku, po drodze zrzucając płaszcz. Nalał whisky do szklanki, wypił jednym haustem, nalał znów. Zagłębił się w fotelu zzuwając buty. Spojrzał na bursztynowy płyn w szklance. Ileż to razy w ciągu tych lat śniło mu się rozbite szkło?

Po raz pierwszy od miesięcy pomyślał o swojej duszy uwięzionej w walizce. Jak teraz wyglądała? Czy przybyło na niej czarnych plam? Pozostała bez zmian?

Jakie to ma znaczenie?

Wypił resztę whisky. Miał pewien plan, ale wymagał on jeszcze dopracowania. Do jego wykonania potrzebował również kilku przedmiotów. Adam żywił nadzieję, że ich zdobycie nie przysporzy zbyt wielu problemów. Ale tym zajmie się dopiero rano.

 

***

 

Pierwsze kroki skierował do rusznikarza. Ten, gdy usłyszał prośbę Adama, wzruszył jedynie ramionami. Robił już dziwniejsze rzeczy, a klient był wypłacalny.

Trudniej było przekonać złotnika. Długo się wzbraniał przed przyjęciem zlecenia. Dopiero dodatkowy tysiąc złotych przełamał opór rzemieślnika, choć nadal miał wątpliwości.

Zostało najtrudniejsze. Adam nie miał pojęcia jak znaleźć człowieka, który skradł mu duszę. Wiedział jedynie, że ów człowiek był hazardzistą. Wszak przegrał nawet własną duszę. Być może Adam był nim również? Żałował, że nie wypytał dokładnie Roberta, ale teraz było już za późno. Postanowił zacząć od pierwszego sposobu, jaki wpadł mu do głowy. Czuł się tak, jakby ktoś wyszeptał mu ten pomysł wprost do ucha, a towarzyszyło temu uczucie déjà vu. Wciąż to cholerne déjà vu.

Udał się na postój taksówek. Wsiadł do niebieskiego mercedesa, podsunął kierowcy sto złotych pod nos oraz wykonany jakiś czas temu szkic domu z wizji i zapytał:

– Wie pan, gdzie to jest?

Mężczyzna bez słowa skinął głową, wziął banknot i zapalił samochód.

No proszę, jakie to łatwe.

Zupełnie, jakby już kiedyś to robił.

Wkrótce potem wchodził po schodach niewielkiego parterowego budynku. Stanął przed drzwiami i nacisnął dzwonek. Zrobił to odruchowo, nie zastanawiając się co powie, gdy ktoś otworzy.

Już tu byłem.

Serce zaczęło mu szybciej bić. Po kilku chwilach drzwi otworzył elegancko ubrany, wysoki i szczupły mężczyzna. Na widok Adama wyszczerzył zęby, spomiędzy których zwisał do połowy wypalony papieros.

– Patrzcie, co kot przywlókł! – zawołał. – Kopę lat. Trafiłeś w samą porę.

Gestem zaprosił Adama do środka. Gołdecki rozejrzał się po przestronnym holu. Wiedział, że jeśli przejdzie przez drzwi po prawej stronie, trafi do kuchni. Drzwi po lewej prowadziły do salonu, w którym stał duży stół, przy którym zasiadali gracze.

Ot tak, bywał tu wcześniej. Był tu nieskończoną ilość razy. Zakręciło mu się w głowie i musiał przytrzymać się framugi, aby nie upaść.

– Chodź – powiedział gospodarz. – Gra się jeszcze nie zaczęła.

– Nie… – wychrypiał Adam. Odchrząknął i spróbował od nowa. – Nie przyszedłem tu grać.

Mężczyzna wyglądał na zaciekawionego. Wałek popiołu oderwał się od papierosa i spadł wprost na marmurową posadzkę.

– Szukam kogoś.

– Ostatniego, który tu kogoś szukał wysłałem do szpitala z połamanymi nogami. Zniknąłeś na całe lata, a teraz przychodzisz, bo kogoś szukasz?

Adam skinął głową.

– A któż to taki.

– Nie wiem. Nie znam imienia ani nazwiska, ale przestał tu przychodzić mniej więcej w tym samym czasie, co ja.

Znowu! Skąd ja to wiem?

– A szukasz go, ponieważ…?

– Jestem mu coś winien.

Mężczyzna przez chwilę milczał. Potem wybuchnął śmiechem.

– Nie wierzę! Adam Gołdecki chce oddać dług!

Adamowi przeszedł dreszcz po plecach.

Gospodarz podszedł i klepnął go w plecy.

– Znamy się od lat – powiedział. – Nikomu innemu bym nic nie powiedział. Ale wiem, o kogo ci chodzi.

Sięgnął po leżące na stoliku przy drzwiach notes i długopis.

– Kiedyś tam mieszkał – rzekł podając Adamowi kartkę z zapisanym adresem. – Nie wiem, czy jeszcze go tam znajdziesz.

– Dzięki – mruknął oszołomiony Gołdecki.

– Nie ma sprawy – odparł gospodarz. – A teraz wybacz, ale mam gości i…

– Oczywiście. Już idę.

– Wpadnij kiedyś to pogadamy o starych czasach.

– Jasne.

 

***

 

To było aż za łatwe. Adam siedział w taksówce, która wiozła go pod adres, który dostał w jaskini hazardu. Prześladowało go wciąż poczucie, że wszystko to już się zdarzyło. Jakby minął pewien punkt, spoza którego nie było już powrotu. Nie miał już wpływu na bieg wydarzeń, zmierzał wprost ku nieuchronnemu końcowi.

Taksówka zatrzymała się przed odrapaną kamienicą. Andrzej zapłacił i wysiadł. Okolica była dziwnie znajoma. Nagle uświadomił sobie, że niedaleko stąd znajduje się zaułek, w którym się obudził całe lata temu. Przez chwilę rozmyślał nad tym przedziwnym zbiegiem okoliczności. Czuł się, jakby jego życie zatoczyło krąg.

Chodnik był pusty. Kamienica straszyła pustymi oczodołami okien, drzwi wejściowe przywodziły na myśl otwartą paszczę potwora. Adam zagłębił się w jej mrok. Wyciągnął i zarepetował pistolet, po czym ruszył na piętro, stąpając po skrzypiących deskach schodów. Stanął przed mieszkaniem pod numerem trzecim. Odetchnął głęboko kilka razy i wszedł do środka.

Wewnątrz było ciemno. Wszystkie okna były pozasłaniane kocami. Adam przemierzył krótki korytarz i zatrzymał się w progu dużego pokoju. Mrok zdawał się tu być jeszcze gęstszy, niż w pozostałej części mieszkania. W samym środku pomieszczenia stał fotel, a w nim siedziała jakaś postać przykryta kocem.

Adam podszedł bliżej. Pomimo ciemności spostrzegł, że na fotelu siedzi mężczyzna. Był przeraźliwie chudy, oddychał szybko i płytko i nawet nie spojrzał na Adama. Wpatrywał się nieruchomo w jakiś punkt na ścianie.

– Jesteś w końcu – szepnął nie odwracając głowy.

Adam aż podskoczył na dźwięk jego słów.

– Wiedziałeś, że przyjdę? – zapytał podchodząc bliżej.

Spojrzał w bladą twarz mężczyzny. Miał wrażenie, jakby patrzył na zdjęcie więźnia obozu koncentracyjnego. Skóra sucha jak pergamin opinała czaszkę z rzadka porośniętą siwymi włosami. Oczy, zapadnięte i nieruchome, spoglądały w pustkę. A jednak Adam nie mógł oprzeć się wrażeniu, że wielokrotnie już odwiedzał w tym pokoju, z pistoletem w dłoni, tego zagłodzonego niemal na śmierć człowieka.

– Zawsze przychodzisz. Zawsze przychodzisz, a ja zawsze siedzę w tym fotelu i czekam na ciebie. Jestem więźniem. Obaj jesteśmy. Różnica polega na tym, że ja o tym wiem, a ty nie. Zabrano ci pamięć, abyś w kółko przeżywał to samo i nie mógł nic zmienić, ale ja pamiętam. Jak myślisz, skąd znam twoje losy tak dokładnie?

– O czym ty do cholery mówisz?

– Próbowałem go przechytrzyć. To był błąd. Jestem przeklęty. Ty również. Ja wciąż siedzę w tym pokoju czekam aż przyjdziesz mnie zabić, a ty nic nie pamiętasz. Ile to już razy…

– Bredzisz, człowieku. Gadasz od rzeczy.

– Ty również chciałeś go przechytrzyć. Odebrać to, co było ci obiecane przed czasem. Zostałeś za to ukarany, ale istnieje szansa. Możesz się uwolnić. Możesz nas stąd wyrwać. Wiesz o tym, czujesz to. Mówiłem ci o tym za każdym razem, gdy się pojawiałeś. Posłuchaj tym razem. Miewasz przebłyski, prawda? Bezustannie towarzyszy ci uczucie déjà vu, ciągle wydaje ci się, że już tu byłeś, że już to kiedyś robiłeś. To nie jest déjà vu. To są szczątki wspomnień. Na miłość boską, wejrzyj w siebie i odłóż ten pistolet!

Gołdecki uniósł pistolet.

– Zamilcz.

– Proszę, nie… – wycharczał żywy trup siedzący w fotelu. Po jego policzku ściekała pojedyncza łza. – Nie znowu…

Adam nacisnął spust, przekonany, że czyni to nie pierwszy raz.

 

***

 

Dzień później siedział w kawiarni Pod Arkadami i popijając kawę zastanawiał się, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi i czemu ma wrażenie, że nic tu nie gra. Rozmyślania przerwało wejście starszego mężczyzny z aktówką.

– Szybko sobie poradziłeś – powiedział siadając naprzeciwko Adama. – Jestem pod wrażeniem. Powiedziałbym, że dochodzisz do wprawy.

– Pokaż mi zawartość aktówki – rzucił Gołdecki.

Demon położył walizkę na stole, otworzył i obrócił w stronę Adama. Ten, rzuciwszy okiem do środka, zbladł. Z jasnego światła bijącego z duszy, gdy widział ją po raz pierwszy, nie pozostało niemal nic. Teraz w środku kłębiła się czarna, lepka i tłusta maź, spod której gdzie niegdzie prześwitywał blask, jak promień słońca przedzierający się przez burzowe chmury.

– Boże przenajświętszy – szepnął. – Co ja narobiłem…

– Nie martw się – odparł demon z chytrym uśmiechem. – Tak jak się umawialiśmy, dostaniesz ją czystą jak łza.

– Zrób to teraz.

– Słucham?

– Wyczyść ją, wybiel czy co tam robisz.

– Nie czas na to.

– Pod stołem trzymam pistolet, załadowany srebrnymi kulami. Cały magazynek. Jeśli nie zrobisz tego, co mówię, właduję go w twoje ohydne cielsko.

– Ty chyba zapomniałeś, z kim rozmawiasz. Za chwilę zniknę razem z tą walizką i nie ujrzysz już nigdy swojej duszy, durny człowieku!

Demon sięgnął po aktówkę, wyprostował się i… stężał. Na jego twarzy odmalowało się zdziwienie przemieszane z niedowierzaniem.

– Wręcz przeciwnie, Amonie, bo tak się nazywasz, prawda? Wiele książek musiałem przewertować, nim znalazłem twoją podobiznę. A potem jeszcze więcej, aby odszukać to.

Adam wyciągnął z kieszeni srebrną pieczęć Amona wykonaną przez złotnika. Rzucił ją na stół.

– Nie odejdziesz stąd, dopóki ci na to nie pozwolę.

– Ale srebrne kule? Doprawdy, chyba pomyliłeś mnie z wilkołakiem.

– Chcesz się przekonać? – warknął Adam nachylając się nad stołem. – Jesteś pewien, że przeżyjesz oberwawszy jedenastoma srebrnymi kulami? Zwłaszcza, gdy nie będziesz w stanie wrócić do swojego… Królestwa? Poza tym srebro działa na wszystkie potwory.

– Władam czterdziestoma legionami duchów! – ryknął Amon, zwracając na siebie uwagę pozostałych gości kawiarni.

– W tej chwili nie władasz nawet muchą, która wpadła do talerza z rosołem. Rób, co mówię.

Demon westchnął.

– Wydaje ci się, że wygrałeś człowieku. Ale zapłacisz mi za to. Tysiąckrotnie.

Tysiąckrotnie…Który to już raz?

Amon uśmiechnął się.

– Gotowe. A teraz zabierz ją i zniknij.

Adam chwycił aktówkę i bez słowa wyszedł z kawiarni.

 

***

 

Gdy wrócił do mieszkania, udał się prosto do kuchni. Położył aktówkę na stole, po czym odkręcił kran. Ochlapał sobie twarz, otworzył szafkę nad zlewem i wyciągnął szklankę. Pomyślał, że to już koniec. Wypił wodę i zamknął szafkę.

Dopiero wtedy poczuł, jak ogarnia go fala ulgi. Ale nie tylko. Czuł się szczęśliwy. Otworzył aktówkę. Ponownie, jak za pierwszym razem, oślepił go blask tysiąca słońc. Dusza przypominała płynne złoto. Tak, to było to, czego mu brakowało przez te wszystkie lata bardziej, niż wspomnień z dawnych lat. To był płyn, który mógł wypełnić pustą skorupę, jaką był. Przepełniająca go radość była nie do opisania. Powoli, nieśmiało wyciągnął dłoń…

Powiedziałbym, że dochodzisz do wprawy.

Dopiero teraz dotarło do niego znaczenie słów Amona i zrozumiał, że człowiek, którego on, Adam, zamordował, miał rację. Gwałtownie cofnął rękę.

Jezus, Maria…

Ktoś stanął w progu. Adam zobaczył w szybie szafki odbicie twarzy bardzo chudego człowieka, o skórze napiętej i suchej jak pergamin.

Intruz zbliżył się i podniósł dłoń do ciosu. Ostatnim, co zobaczył, nim światło zgasło, była roztrzaskująca się o podłogę szklanka. Głośny brzęk ranił uszy. I na jedną, krótką chwilę przypomniał sobie.

– Jestem przeklęty… – wyszeptał, a stojący za nim człowiek powtórzył. – To się nigdy nie skończy…

 

***

 

Pierwszym, co zobaczył, gdy otworzył oczy, było niebo. Szare, ciężkie od chmur i ograniczone z dwóch stron ceglanymi murami. Poczuł chłód na plecach i domyślił się, że leży na betonie. Usiadł.

 

29 VI – 12 X 2008

Koniec

Komentarze

Przeczytałem. Od razu zaznaczam, że nie jestem ekspertem czy wybitnym krytykiem literackim, a podchodzę do tekstu jako czytelnik. I mam mieszane uczucia. Miejscami mi się podobało, miejscami coś w narracji kulało. Fabuła nie jest może zbyt odkrywcza, ale w sumie bez bólu i z niejakim zaciekawieniem doczytałem do końca. W sumie więc ocena pozytywna.

Znakomite. Wątpię, czy jeszcze ktokolwiek raczy przeczytać opowiadanie dwukrotnie dłuższe, niż przewiduje norma, więc postaram się o wyczerpujący komentarz.

 

Na pierwszy ogień błędy.

Nie było ich za wiele. W śladowych ilościach interpunkcyjne, na poziomie wręcz korektorskim (braki przecinków w niektórych dialogach) oraz efekty przenoszenia wyrazów (przypo-mnieć, czter-dzieści itd.). Oprócz tego żadnych nie spostrzegłem.

 

A teraz sobie pochwalę :)

Przede wszystkim - świetny styl. Czujesz każde zdanie, dialogi, rytm historii i tak dalej - jakbym oglądał film. Opowiadanie czytałem z niezmąconą przyjemnością od początku do końca, nie zważając na małą czcionkę na zielonym tle, którą serwuje nam strona NF. Od momentu pierwszego zadania od demona wiadomo już jak to się skończy, ale ta przewidywalność wcale nie przeszkadza. Demon jest bardzo dobrze przedstawiony, odpowiednio "obco" i ascetycznie (jak żywo kojarzył mi się z szatanem z opowiadania Kinga "Człowiek w czarnym garniturze"), bez tego całego przesytu informacji, jaki obecnie stosują wszyscy autorzy w postaciach na motywach religijnych (aniołek koniecznie ze skrzydełkami, a diabełek czerwony i z ogonem w strzałkę...). Dodatkowo ode mnie ukłon do samej ziemi za Goecję ;)

Takie właśnie opowiadania chciałbym widzieć w druku.

Idź, i pisz więcej!

Mortycjanie, trochę przesadzasz, uważając się za ostatniego sprawiedliwego, który czyta dłuższe opowiadania.
Ja też przeczytałam (i mam nadzieję, nie będę ostatnia) i jestem pod wielkim wrażeniem.

Rewelacyjne opowiadanie. Jak dla mnie, o niebo lepsze niż większość tych, które ostatnio czytałam w NF. Akcja ani się nie wlecze, ani nie gna do przodu na złamanie karku - w sam raz, żeby czytelnik zdążył się wciągnać i nie zdążył się znudzić. Błędów nie zarejestrowałam, bo czytałam łapczywie jak kryminał, żeby wiedzieć, co będzie dalej. No, może poza tymi przenoszeniami wyrazów, o których wspomniał Mortycjan. Akurat co do demona niekoniecznie się z nim zgodzę, ja z kolei mam wrażenie, że o ile rzeczywiście anioły w opowiadaniach to skrzydlate duchy, o tyle demonów-diabłów w czarnych garniturach ci u nas dostatek i w tej kwestii nic nowego się nie pojawiło ;) No, może czerwony krawat ;) Ale bohaterowie zarysowani świetnie, bez przegadania, czego nie wyjaśni narrator, wyjaśnią dialogi.

Gdybym miała moc przyznawania piórek, to srebrne dałabym jak nic. 6.

Mortycjanie, trochę przesadzasz, uważając się za ostatniego sprawiedliwego, który czyta dłuższe opowiadania.

Tylko spójrz choćby na to i na to. Pierwsze skomentowały 3 osoby, drugie - 2. Dla autorów to może być "trochę" demotywujące... 

"Ctrl+" i czcionka magicznym sposobem staje się większa:)

Co do opowiadania. Muszę przyznać, że udało Ci się utrzymać mnie przy tekście do samego końca, jednak chyba nawet wcześniej niż w połowie zorientowałem się, że chodzi o nieustanną powtarzalność. Oczywiście czytałem z nie mniejszym zaciekawieniem, ponieważ masz ciekawy styl.

Mortycjanie, dłuższe opowiadania niestety najczęściej giną na stronie. Znam kilka dobrych opowiadań, które tylko ja skomentowałem, jedno jest nawet dwa razy dłuższe od tego - jeżeli nie więcej. To jest demotywujące, ale autorzy powinni wiedzieć, że jeżeli nie będzie rewelacji, mało kto przeczyta opowiadanie na więcej niż 15 stron.

A srebrne piórka przyznaje redakcja jeżeli chce kogoś zaprosić do współpracy.

Ode mnie 5. Ponieważ zakończenie przewidywalne, a klimat również można by podkręcić.

"Ctrl+" i czcionka magicznym sposobem staje się większa:)

Nie, wcale się nie staje. Wszystko staje się większe proporcjonalnie, a w linijce mam nadal ~130 znaków.  Na to samo wyjdzie jak zbliżę głowę do monitora...

 

To jest demotywujące, ale autorzy powinni wiedzieć, że jeżeli nie będzie rewelacji, mało kto przeczyta opowiadanie na więcej niż 15 stron.

Chodziło mi raczej o to, że większość spojrzy tylko na długość, mruknie "e, za długie, nie chce mi sie..." i olewa. Bez przeczytania nawet paru pierwszych akapitów... Smutne.

Ja jednak wolę aż tak głowy do monitora nie zbliżać.
I masz rację, to smutne.

Uwaga! Kolejny pochwalny komentarz ;)
Świetny styl. Czujesz, jak napisał Mortycjan, zdania, dialogi, rytm... Czytałam z rosnącym zainteresowaniem. Widzisz, ja cierpię na taką przypadłość, która rzadko pozwala mi na przewidzenie zakończenia już w połowie historii. Więc dopiero gdy Adam przyjechał zabić tego mężćzyzne domyśliłam się, co dalej. Ale Ty tak piszesz, że nawet jeśli bym się domyśliła (jakimś cudem) to i tak doczytałąbym do końca.

Jedno uwago-pytanie: wy-trzymał i tym podobne. Trochę drażniące.Skąd takie formatowanie?

To skutki włączenia automatycznego dzielenia wyrazów. Tutejszy edytor nie ma chyba zgodności z Wordem i stąd takie hopki. Nie bić Autora, to nie jego wina.
Nikt mi teraz nie uwierzy, ale przeczytałem to opowiadanie tuż po jego ukazaniu się. Nic nie pisałem, bo nie mogłem się zdecydować, za co chwalić, za co ganić. Głodny byłem jak diabli, chyba dlatego... Teraz też nic nie dodam od siebie, bo szkoda klawiatury na powtarzanie tego, co pochwalili przedpiścy.
Daję pięć.
Na prawach post scriptum. Ciekawe, czy redakcja zauważy i oceni nie gorzej, niż --- a nie, nie napiszę, jakie, bo mi dowalą za nieumiejętność rozpoznawania wielkich dzieł, dorównujących i tak dalej.

 a nie, nie napiszę, jakie, bo mi dowalą za nieumiejętność rozpoznawania wielkich dzieł,

Napisz napisz, ja się chętnie dowiem, od początku tutaj nie jestem ;)

Bana mi życzysz? Ładnie to tak?
Sam zgadnij.

Autora bić nie będę. Tak ciekawa byłam.

Świetne. Przeczytałem na jednym oddechu. Bardzo dobrze skonstruowana fabuła.
Daję 6, bo naprawdę niewiele tu opowiadań na takim poziomie.

Wow... Wielkie dzięki wszystkim, którym chciało się przeczytać moje opowiadanie i skomentować je :-) Muszę przyznać, że jestem mile zaskoczony tak pozytywnym odbiorem. Wiem, że nie udało mi się ustrzec błędów, a następny tekst nie będzie miał automatycznie dzielonych wyrazów ;-)

Roland u bram.

Też dość szybko zorientowałam się, o co chodzi i jak się skończy. Ale! Doczytałam do końca. Z przyjemnością. Kulawienie językowe nie buczało zanadto. Stawiam piątkę. Mam takie niewyraźne wrażenie, że to ocena ciut na wyrost, ale zaryzykuję.

dobre. Mam astygmatyzm i nienawidze czytać z monitora zwłaszcza ciemne tło i jasna czcionka to istna tortura. To przeczytałam za jednym zamachem i z przyjemnością.
Co z tego, że przewidywalne. Styl wyjątkowo dobry.

Jakoś mi umknęło to opko. Wpadłam tutaj po przeczytaniu Aniołów i jestem absolutnie zachwycona, że Cię pisarzu znalazłam :) Gratulacje.

A ja się bardzo cieszę, że ktoś jeszcze czasem tu zagląda i podoba mu się mój tekst :-)

to i ja napisze - ze specjalnie przegrzebalam forum, zeby znaleźć ten Twój tekst - i nie żałuję. Naprawdę dobre opowiadanie. Może trochę osobiście mnie rozczarowało rozwiązanie 'amnezji' za pomocą diabła, ale masz dobry styl i umiesz wciągnąć w opowieść. Jak zaczęłam, to musiałam doczytać do końca :)

pozdrawiam,

B.

Też mi się spodobało. Wciągające.

Z rzeczy, o których nikt dotychczas nie wspomniał: zazgrzytał mi autobus z początku tekstu – przyjechał zatłoczony, na każdym przystanku wsiadali nowi pasażerowie, a potem były jeszcze wolne miejsca siedzące.

Tak, wiem – czepiam się szczegółów. :-)

Babska logika rządzi!

Ciągłe wzmianki o deja vu pozwoliły mi domyślić się, że zakończenie będzie rozpoczęciem opowiadania. Mimo to czytało się całkiem nieźle i tylko od czasu do czasu drobne usterki przeszkadzały w lekturze.

 

Zła­pał za rękaw prze­cho­dzą­ce­go prze­chod­nia. – Brzmi to fatalnie.

 

Za­wia­sy od­sko­czy­ły z trza­skiem, gdy od­cią­gnął za­trza­ski. – Brzmi to równie źle jak powyższe zdanie.

 

maź, spod któ­rej gdzie nie­gdzie prze­świ­ty­wał blask… – …maź, spod któ­rej gdzieniegdzie prze­świ­ty­wał blask

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka