- Opowiadanie: Caestrelle - Zaklęte jezioro

Zaklęte jezioro

Strasznie dawno nie publikowałem tutaj niczego. Wrzucam zatem opowiadanie, które weszło do finału konkursu z okazji 30-lecia ukazania się opowiadania “Wiedźmin”. Miało ono szansę wejść do niedawno wydanej antologii “Szpony i kły”, ale niestety ostatecznie się tam nie znalazło. Dlatego wrzucam tutaj. Może komuś się spodoba? Pisząc to opowiadanie (pierwsze prawdziwe jakie tak naprawdę kiedykolwiek napisałem), myślałem “w jaki sposób można najlepiej oddać hołd tej postaci?”. Oto co wymyśliłem. Jest sporo drobnych smaczków i odniesień do uniwersum po drodze w lekturze, także co bardziej obeznani może się uśmiechną w duchu kilka razy ;)
Miłej lektury!

 

P.S. Trzymałem się bliżej rachuby lat, której się trzyma AS, oczywiście wciąż tu czy tam mogą komuś się komuś wkraść nieścisłości, starałem się żeby w każdym razie być w pół drogi między tym co mówią gry/fani, a Sapek/książki/komiksy. Generalnie nie roztrząsajcie tego za mocno, nie ma sensu.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

zygfryd89

Oceny

Zaklęte jezioro

Zbudzonej czarodziejce ukazała się kobieta, o oczach zieleńszych od królewskich szmaragdów, o włosach popielatych i pięknej, choć straszliwej twarzy. Klacz, której dosiadała, czarniejsza była od samej nocy, a za plecami jej spoczywał miecz, równie piękny i straszliwy co jego Pani.

Pokazała ona uzdrowicielce wizje i mary przeróżne – wielkie zamczysko wśród niedostępnych gór, przeklętą bestię, która z nastaniem świtu przemienia się w młode dziewczę o ognistych włosach, ogromnego smoka o łuskach bardziej złotych od cesarskich florenów, białego wilka szczerzącego wściekle kły na otaczający go w mroku motłoch i wiele innych dziwów.

Przemówiła do czarodziejki w te słowa: "Jedź na północ i odnajdź najsłynniejszego z wiedźminów spod znaku wilka. Oddaj mu to, co masz, a o czym jeszcze nie wiesz. Takie jest Twoje przeznaczenie".

 

Flourens Dellanoy, Bajki i Klechdy

 

 

 

 

 

 

Zaklęte jezioro

 

 

 

 

I

 

Wiedźmin pochylił się nad kupką zdartej ziemi i przyjrzał śladom. Wiedział, że potwór czai się gdzieś blisko, tak jak wcześniej czaił się na niczego nie podejrzewające ofiary. Na pary młodych mieszczan, które zwykły przechodzić tędy po kryjomu, by z dala od wścibskich oczu oddawać się miłosnym uniesieniom, na złaknionych gorzałki żołdaków udających się do leśniczówek, zawsze przyjaźnie witających tych, którzy skończyli swoją wartę, bądź na chcących zaoszczędzić kilka monet kramarzy, którzy przybyli zbierać zioła, polecone im na rozwolnienie albo reumatyzm przez miejscowego zielarza.

Do tej pory zawsze kończyło się to tak samo – ludzie ginęli bez wieści, aż do czasu, kiedy ktoś odnajdywał porozrzucane resztki nieszczęśników podchodzących na skraj lasu o zmierzchu. Tym razem jednak monstrum musiało się liczyć z kimś, kto był na nie gotowy, kto miał ze sobą miecz ostrzejszy od brzytwy. Kogoś, kto potrafił się tym mieczem posługiwać, nie mając sobie równych, tak szeroko, jak sięgały Królestwa Północne, gdzie w wielu zakątkach znane było imię oraz różne dokonania owego łowcy potworów. Niektóre z tych dokonań były prawdziwe, niektóre przypisane mu przez wiejskich bajarzy i szukających poklasku bardów, a niektóre skonfabulowane przez nieżyczliwych czarodziejów bądź kapłanów. Wiedźmin nie chciał jednak ryzykować zaniechania środków ostrożności, których wiele lat temu nauczył się jeszcze jako uczeń w Kaer Morhen. Miał swoje podejrzenia dotyczące tego, z czym może mieć do czynienia. Ślady wskazywały na wygłodniałe nekkery, a z kolei sposób obchodzenia się z ofiarami – na podchodzącego wyjątkowo blisko skraju lasu skolopendromorfa. Niestety, obydwie możliwości nie pasowały do pozostałych poszlak.

– Coś mi mówi, że za mało wziąłem za to zlecenie – westchnął cicho mężczyzna.

Skrócił o dwie dziurki przecinający pierś na ukos pas, na którym z drugiej strony, w ozdobnej pochwie, spoczywał pokryty runicznymi znakami miecz. Wyciągając zza pazuchy przygotowane wcześniej flakoniki z ciemnego szkła, odciągnął zębami korki, wypluł je, a następnie wypił zawartość obu naczyń do dna, puste flakoniki chowając z powrotem za pazuchę.

Targnęło nim, jego oddech stał się nagle chrapliwy i nierówny. Przestąpił dwa, nieco chwiejne, kroki i podparł się na rosnącym obok młodym jesionie. Wytrzymując pierwszy moment po spożyciu eliksirów, czarownik, jak nazywali go nieprzychylni mu ludzie z miasta, spojrzał przed siebie. Nasłuchując bardzo uważnie, przybliżał się niemal bezszelestnie do zwartej linii lasu okalającego Tridam. Za horyzontem miasta czerwona łuna wieczornego słońca znikała niepokojąco szybko, ustępując miejsca ciemnościom. Wydłużały się mroczne kałuże cieni rzucanych przez stare i pokrzywione drzewa, zdające się niemal wyciągać swoje konary ku wiedźminowi, by niczym palce szaleńca zacisnąć gałęzie na jego krtani. W normalnych warunkach nikt z cechu wilka nie polowałby na tego typu potwora po zmroku, jednak ataki zdarzały się wyłącznie wtedy. Za dnia wyśledzenie legowiska potwora okazało się niemożliwe, nawet dla kilku grup żołnierzy z wprawionymi leśniczymi na czele.

Wiedźmin również rozejrzał się w ciągu dnia po okolicy, w której dochodziło do ataków. Chłonął dokładnie każdy szczegół otoczenia, który mógł przesądzić później o jego życiu. Niezmienna, nocna pora ataku podpowiadała mu, że może mieć do czynienia z lykantropem bądź wampirem niższym. Z drugiej strony jednak, miał świadomość zbyt wielu niewiadomych oraz rzędu tajemniczych sprzeczności. Powodowało to u wiedźmina chwilową chęć porzucenia zlecenia i odjechania do Yspaden jeszcze przed świtem. Miał złe przeczucie, lecz szybko zwalczając w sobie niespokojne myśli, posuwał się dalej. Wiedział, że na szali stała tu reputacja profesji, której słuszność niejednokrotnie była podważana.

Chwilę później poczuł, że eliksiry zaczynają działać. Za kilka dni wypadało Saovine, zdziwił go więc charakterystyczny zapach kwiecia, który momentalnie uderzył go w nozdrza, przebijając się przez silną woń ściółki. Spojrzał pod nogi, gdzie, bez trudu przebijając wzrokiem ciemność, zauważył, że jego kostki utonęły w morzu późnych wrzosów.

Medalion w kształcie głowy wilka, do tej pory jedynie lekko podrygujący, szarpnął się nagle na jego szyi. Skok adrenaliny wyrwał go z natłoku bodźców wyłapywanych przez niezwykle wyostrzone zmysły. Słysząc szelest i chrobotanie na jednym z drzew, raptownie poderwał głowę w górę, łowiąc źródło dźwięków. Pomimo wypicia kota – eliksiru który pozwalał widzieć w najgłębszym mroku – wiedźmin miał pewien problem ze zidentyfikowaniem kształtów stworzenia, siedzącego w koronie dębu. Przez głowę przemknęło mu, że stwór musi być w pewnym stopniu natury magicznej, choć trudno było ocenić, w jak dużym. Nagle uderzyła go inna niepokojąca myśl. Instynktownie zdał sobie sprawę, że stworzenie wie, iż zostało zauważone.

W tym samym momencie, kiedy łowca przestawił lewą nogę do tyłu, szykując się do odskoku, stworzenie, na które polował, rzuciło się błyskawicznym skokiem wprost na niego, zmieniając na chwilę role w tym spotkaniu. Po niewiarygodnie szybkim uniku, dłoń przezornie spoczywająca na karbowanej rękojeści, natychmiast wysunęła broń z pochwy. Klinga opisała świetlisty okrąg młyńca, na chwilę dezorientując bestię, która jeszcze przed chwilą wydawała się być żbikiem, teraz natomiast nabrała bardziej humanoidalnych kształtów.

– A więc jesteś leszym – powiedział do potwora wiedźmin. – Pewnie broniłeś swojego totemu, który co uważniejszy leśniczy zauważyłby gdzieś niedaleko stąd. Tylko dlaczego atakujesz tylko po zmroku? Trochę to dziwne… Może chodzi o coś więcej?

Stwór nie ruszał się ani nie wydawał żadnych dźwięków, jakby zastygł pod wpływem zabłąkanego czaru.

– A może ktoś, kto nie chce, żeby kręcili się tutaj ludzie, kontroluje magicznie twoje zachowania? – spytał cicho wiedźmin. – Albo jesteś pewną anomalią wśród reliktów? Cóż, będę się musiał nad tym zastanowić później.

Potwór nie poruszał się, bacznie obserwując stojącego na odległość dłuższego skoku człowieka. Pierwszy raz, od kiedy zadomowił się w tym lesie, poczuł coś, co odezwało się gdzieś w środku dziwnym i nieznanym wcześniej uczuciem. Coś, co podpowiadało instynktownie, że na tę istotę trzeba uważać. Że ta istota jest zupełnie inna od tych, które się tu zapuszczały do tej pory. Widział sztych wymierzonego wprost w niego, pokrytego runicznymi znakami oręża i czekał na sposobność. Wiedźmin nie zamierzał jednak dać się złapać na nieuwadze i zaczął powoli okrążać leszego, dbając o to, by rytm kroków był zmienny i niezgodny z rytmem ruchu miecza, którego koniec wędrował w powietrzu z miejsca na miejsce, nie pozwalając bestii wyczuć dobrze momentu.

Nie trwało to jednak długo.

Pod stopą wiedźmina trzasnęła sucha gałązka wiązu. W ułamku sekundy leszy runął wprost na człowieka z mieczem, ten jednak, okazując niebywały wśród swojego gatunku refleks, wykręcił się piruetem z zasięgu mijających jego plecy o cal szponów potwora. Korzystając z impetu obrotu, natychmiast wywijając odwrotny piruet, ciął na odlew mieczem w miejsce, gdzie powinien znajdować się leszy. Chybił. Stwór odskoczył i również odpowiedział szybkim jak wicher atakiem. Nagle zobaczył dziwny błysk i coś odrzuciło go w tył, jakby oberwał niewidzialnym młotem uderzającym znienacka w tułów. Upadł na ziemię, a tuż nad nim wyrosła raptem sylwetka tajemniczego człowieka, jedną ręką trzymającego miecz, a drugą, z palcami złożonymi w skomplikowany znak, mierzącego w potwora. Kopiąc szponiastą nogą, zwalił łowcę na chronione utwardzaną skórą kolano. Ten jednak natychmiast ciął krótko klingą, czując niewielki opór przy przecinaniu skóry swojego przeciwnika. Leszy odskoczył, wyjąc po zranieniu srebrem. Ciemna, parująca posoka pojawiła się na jego przedramieniu. Ryknął wściekle, wzbijając z drzew chmarę ptaków. Ryk przerodził się w niemal ogłuszający, nieludzki, przeciągły wizg.

Teraz się dopiero zacznie, pomyślał wiedźmin.

Potwór runął przed siebie, szaleńczo miotając łapami uzbrojonymi w szpony o długości przedramienia. Jednak w jego atakach brakowało precyzji, był w szale po ranie od srebrnego miecza. Na to właśnie liczył atakowany człowiek. Wykorzystując wybicie z rytmu, wykonał kilka szybkich uników, każdy w innym kierunku. Nie docenił determinacji stworzenia, które końcami pazurów rozcięło rękaw jego kaftana. Przez ten moment zaburzenia ruchów, wiedźmin musiał ratować się uderzeniem pięścią w łeb napastnika. Nabrał błyskawicznie impetu i wymierzył cios. Silne zderzenie srebrnych ćwieków rękawicy z ciałem leszego odrzuciło stwora na parę kroków.

Uderzenie dało mu co najwyżej dwie sekundy na wyprowadzenie ataku, gdyż bestia, wyjąc dziko, niemal natychmiast ponownie skoczyła do gardła swojemu przeciwnikowi. Łowca zawirował w odskoku i niespodziewanie zatrzymując piruet, ciął świszczącą w powietrzu klingą. Rosnąca wokół trawa, ściemniała zroszona krwią, a na listowie spadła ogromna koścista łapa z rządem zakrzywionych szponów. Stwór, po raz kolejny dotkliwie raniony bezlitośnie zimnym metalem, zaczął głośno wyć.

Srebrny brzeszczot błysnął znowu, niemal śpiewając w powietrzu podczas cięcia. Wycie potwora gwałtownie ustało.

Głowa leszego wyleciała w górę, upadając po chwili głucho na darń. W chwilę później opadło żylaste, bezwładne cielsko poczwary. Wiedźmin odetchnął i otarł o skórzany rękaw ostrze miecza, który schował do pochwy na plecach. Przestąpił dwa kroki, po czym pochylił się, podniósł krwawiącą głowę stwora i nabił ją na długi hak zaczepiony przy pasie.

Mimo wszystko zamarł i wyczekiwał, jakby zaraz miało się nieuchronnie stać coś strasznego. Niepokojąca myśl, że poszło zdecydowanie za łatwo, przykleiła się do niego jak świeżo upleciona pajęczyna.

Zaklął pod nosem, ganiąc się za niepotrzebne mitrężenie. Nie miał na to czasu, musiał jak najszybciej rozliczyć się ze zlecenia, gdyż następnego dnia wyruszał do królestwa Koviru. Tam, na dwór zimowej stolicy, mieszczącej się w Lan Exeter, wezwał go sam król. Wiedział, że to oznacza kłopoty, ale kiedy na pomoc wzywa monarcha, odmowa nie jest wyjściem.

– Ech, z deszczu pod rynnę – powiedział cicho sam do siebie, wyciągając list od posłańca, na którym widniały runy: Do wiedźmina Vesemira.

 

 

II

 

Przepływając przez Wielki Kanał, wiedźmin pomyślał, że dziwny to kraj, który ma dwie stolice. Tyle zachodu przy przenoszeniu się do pałacu w ujściu rzeki. Wolno posuwając się ku rosnącej w oddali Ensenadzie, tęsknił już za siodłem swojego konia. W miarę posuwania się naprzód, wysłany po niego doradca królewski, wielmożny Pastard zdawał się być coraz bardziej spięty. Siedział przygarbiony, skubiąc bezwiednie rękaw błękitnego kontusza.

Mijając kolejne bogate, choć wąskie kamieniczki, Vesemir zauważył przechadzających się druidów, co w miejskim otoczeniu było niespotykanym widokiem. Zwłaszcza że nie była to pierwsza grupka, którą widział.

– Co u Was robi tylu druidów, panie? – spytał Vesemir, wykorzystując okazję do przełamania ciszy. – Czyżbym nie był jedynym, który ma się zmierzyć z owym problemem, o którym wciąż nic nie wiem?

Pastard, jakby wyrwany z głębokiej zadumy, obejrzał się na wiedźmina.

– Co takiego? Ach, tak… Druidzi. Nie, to bez związku z powodem, dla którego was wezwano. Kilka tygodni temu paru druidów z Kovirskiego Kręgu było na audiencji u króla, jeśli musicie wiedzieć. Druidzi poprosili o uznanie świętego gaju w Velhadzie u stóp Gór Smoczych i o zlikwidowanie wioski, którą tam wznieśli górnicy wydobywający w górach złoto. Problem polega na tym, że ci górnicy nie mają najmniejszej chęci się przenosić. Więc od wielu miesięcy trwa konflikt, którego rozwiązania na razie nie widać, jako że król niespecjalnie lubi druidów.

– Za to lubi wydobywane tam złoto – domyślił się Vesemir.

– Owszem, ale radziłbym nie być tak wyrywnym przy królu. Przy nim mówi się tylko wtedy, kiedy o to prosi, i tylko tyle, o ile prosi.

– Zatem nie różni się pod tym względem zbytnio od innych królów – odparł Vesemir.

– Możliwe. W każdym razie, druidzi, wracając z pałacu, znaleźli jakiegoś porzuconego w rynsztoku, przy jednym z kanałów, niemowlaka. Uznając to za święty znak, przygarnęli bachora i od tego czasu regularnie przemierzają Lan Exeter w nadziei na nowe wyrzutki mogące zasilić ich szeregi. Pewnie podpatrzyli to od was, wiedźminów.

– My korzystamy z odwiecznego prawa niespodzianki. To coś zupełnie innego, panie Pastard.

– Spokojnie, jedynie żartowałem. – odrzekł wielmoża, uśmiechając się nerwowo. – Nic mi do waszych metod.

Pastard machnął ręką, ponaglając wioślarzy. Łódź zaczęła poruszać się szybciej, wzburzając niemal czarną wodę wypełniającą kanał. Vesemir był tu kiedyś, dawno temu, ale od tego czasu trochę się zmieniło. Thyssenidzi, ród o barwach szkarłatu, nastał jako nowy, panujący nad wolnym od przeszło ponad pół wieku, królestwem Koviru i Poviss.

Wkrótce dobili do wielkich schodów z białego marmuru, które prowadziły do jednej z najbardziej imponujących rezydencji królewskich stąd aż do ziem Cesarstwa Nilfgaardu. Wiedźmin z pewną ulgą wyczuł pod butem twardy grunt w postaci drogiego surowca, z którego było zbudowane wejście do pałacu. Energicznym krokiem przeszedł przez schody oraz kolumnadę, a za nim, mając spore problemy z nadążeniem, dreptał, sapiąc głośno, Pastard.

– Dalej musisz mnie zaprowadzić, panie – stwierdził wiedźmin, odwracając się.

– Zawsze tak pędzicie, wy, wiedźmini? – spytał, dysząc, Pastard.

– W naszym fachu czas odgrywa kluczową rolę. Im dłużej zwlekamy, tym więcej ludzi może ucierpieć.

– W tym wypadku nie musicie się o to martwić.

– Czy audiencja będzie prywatna czy oficjalna?

– Oficjalna – odpowiedział wielmoża, łapiąc oddech. – Udział wezmą łaskawa królowa Agnes, zaufani doradcy króla oraz królewicz Baldwin, miłościwy następca tronu.

– W takim razie czegoś tu nie rozumiem, panie Pastard. Skąd ta dyskrecja przy wejściu do miasta i do pałacu?

– Nasi miłościwie panujący nam król i królowa przyjmą was oficjalnie na swój dwór, nie chcąc wzbudzać taniej sensacji – odparł doradca, idąc na przedzie. – Przyjazd znanego w tych okolicach, jak i na ponad połowę krain północy wiedźmina Vesemira, pogromcy potworów, mógłby wzbudzić nadmiernie ludzką ciekawość, zatem nasz rozważny władca, za radą rozważnych zauszników, oficjalnie przyjmuje was w gościnę, gdyż zaszczyt to przyjmować tak znamienitego obrońcę ludzi. Natomiast szczegółów zlecenia dowiecie się ode mnie po audiencji.

– Znaczy się, będzie pozorowane przyjęcie wiedźmina na dworze królewskim? – zapytał Vesemir.

– Znaczy się, będzie bajzel, panie wiedźmin.

– Mówcie mi Vesemir – powiedział wiedźmin, wyciągając rękę.

– Pastard – odrzekł wielmoża, uściskując podaną mu dłoń.

Po chwili dotarli do wielkich wrót z ciemnego drewna, okutych mosiądzem, na których widniały wymyślne wzory. Musiały niemało kosztować, jak zresztą wszystko inne, co po drodze mijali w pałacu. Pastard podszedł do wrót, złapał za mosiężną kołatkę i uderzył nią trzykrotnie. Po chwili wrota rozwarły się powoli, ukazując rozległą i imponującą salę tronową.

Wiedźmin ocenił w myślach, że Pastard nie ubarwiał zbyt mocno, kiedy wyraził swoje zdanie.

W sali tronowej zebrał się niemały tłum ludzi – doradcy, dworzanie, uczeni, a nawet kilkunastu szlachciców. Wśród zebranych wyróżniali się rosły książę Baldwin i stojący za jego plecami, nieprzyjemnie wyglądający bliźniacy, każdy z dwoma smuklejszymi wersjami zerrikańskiej saberry, przewieszonymi u pasa.

Na pierwszy rzut oka Vesemir wydedukował, że to półelfy. Obaj bacznie obserwowali wiedźmina w milczeniu. Nie spodobali mu się ani trochę.

Na marmurowych wzniesieniach stały wielkie trony z ciemnego dębu, każdy z rozetą przedstawiającą zbrojną rękę Thyssenidów i obity szkarłatnym materiałem. Na tronie zasiadała pełna gracji i wdzięku para królewska, patrząca życzliwie na stojącego na dole wiedźmina. Na środek wyszedł królewski herold.

– Jego wysokość król Koviru, Poviss, Naroku, Velhadu, Talgaru, protektor Creyden, Malleore, Caingorn, Łukomorza i Jamurlaku, miłościwie nam panujący Esteril Thyssen, pierwszy ze swej dynastii! – zawołał donośnie herold.

Jeden z dworzan wyjął z pochwy ozdobny rapier i wzniósł go wysoko w górę.

– Niech żyje król!! – zawołał dworzanin.

– Niech żyje król!!! – gromko zawtórowali pozostali obecni w sali tronowej, którzy również wznieśli w górę, co mieli pod ręką – inkrustowane rapiery, złote buławy, srebrne puchary, a kto nie miał nic pod ręką, zdjął z głowy kapelusz i również wzniósł go w górę. Jedynymi osobami, które niczego nie wzniosły, był Vesemir oraz pilnie przyglądający się mu, stojący po prawej stronie od tronów pary królewskiej, tajemniczy, młody człowiek w czarnym wamsie z białą kryzą. Spod kryzy zwisał złoty medalion przedstawiający słońce.

Król Esteril niedbale wzniósł rękę na wysokość barku, po czym jego poddani opuścili puchary, założyli kapelusze z powrotem na głowę i schowali rapiery.

– Witaj nam, Vesemirze! Witamy cię na naszym dworze – rzekł z uśmiechem władca.

– Witaj, królu – Vesemir skłonił się dwornie. – Wielki to dla mnie zaszczyt gościć u waszej wysokości na dworze.

– I dla nas to zaszczyt gościć tak znamienitego obrońcę ludów północy – odparła królowa Agnes, siedząca na równi ze swym mężem.

Królowa miała na sobie szkarłatną suknię, kontrastującą z wielkim jak pięść szafirem, którym wysadzana była zwisającą z jej szyi kolia. Bardziej złote od kolii wydawały się być tylko jej lśniące włosy.

– Gościmy tu was, ale jednocześnie wezwaliśmy w wielkiej potrzebie – rzekł oficjalnym tonem Esteril Thyssen.

Pastard, stojący koło wiedźmina, poruszył się niespokojnie, słysząc słowa króla. Jego twarz stężała i pobladła.

– Prosimy cię o pomoc, Vesemirze. Na szali jest tu przyszłość naszego królestwa.

Na słowa władcy wszyscy obecni zwrócili na niego swój wzrok, wyczekując dalszych słów. Pod koniec audiencji oczy większości zebranych były większe od szafiru zdobiącego złotą kolię spoczywającą na dekolcie królowej.

 

 

III

 

– Cholera, dlaczego ogłosił sprawę przy całym dworze? Na oficjalnej audiencji?! Teraz to dopiero wzbudzimy tanią sensację na sąsiednich dworach! – Pastard otarł czoło drżącą dłonią.

Mała komnata, do której zabrał wiedźmina królewski zausznik, nawet pomimo zdecydowanie bardziej użytkowego wystroju, potrafiłaby zawstydzić niejednego z co biedniejszych władyków rezydujących w salach mniej gustownych od tej. Portale okien zdobionych witrażami z kolorowego szkła wpuszczały do środka rozproszone na różne barwy światło, nadając wnętrzu przytulny charakter. Na środku komnaty przy sporym drewnianym stole, oprócz Vesemira, siedzieli Pastard, a także nieznany wiedźminowi młody szlachcic ubrany w żółty dublet z karmazynowymi rękawami. Jasnowłosy mężczyzna chrząknął znacząco.

– No co, Benner? Taka prawda! Toż to zwykła głupota! Nie po to uradzaliśmy nad tym, co by sprawę zachować w tajemnicy, żeby teraz nasz miłościwy Esteril rzucił wszystko w diabły!

– Nasz miłościwy władca może robić, co uzna za słuszne, Pastard. A ty, jako jego poddany, powinieneś dostosować się, nie kwestionując jego wyborów – rzucił zimno szlachcic.

– Nie pouczaj mnie! To, że jesteś jednym z ulubieńców króla i przyjacielem królewicza, nie zmienia faktu, że to ja jestem doradcą królewskim! A taki szczyl jak ty, który nawet nie ma trzydziestu wiosen na karku, powinien się słuchać starszych!

– Ostrzegam cię, Pastard.

– Dosyć! – fuknął wielmoża. – W jednym masz słuszność. Nasz miłościwy władca zrobił to, co uznał za słuszne. Teraz trzeba wprowadzić w szczegóły wiedźmina i odpowiedzieć na wszelkie jego pytania. Ale do tego będzie nam potrzebny królewicz. Udaj się po niego z łaski swojej, dobrze? Wszak jesteś jego przyjacielem.

Benner spojrzał z kwaśną miną na Pastarda, wstał powoli i wyszedł z komnaty, zamykając za sobą drzwi. Siedzący naprzeciwko wiedźmina wielmoża opadł na oparcie krzesła.

– No, od razu lepiej – odetchnął Pastard. – A więc co o tym sądzisz, Vesemir?

– Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem króla, Pastard. Chodzi o zdjęcie klątwy z jakiejś zmienionej w łabędzia dziewczyny, która spodobała się królewiczowi Baldwinowi?

– Och, to trochę bardziej skomplikowane. Pozwól, że wyłożę ci wszystko wprost i rzeczowo.

Pastard nalał ze srebrnego dzbana wino do dwóch pucharów. Jeden z nich podsunął Vesemirowi, drugi wziął dla siebie, od razu wypijając zawartość i dolewając sobie więcej.

– Otóż było to jakiś czas temu – ciągnął Pastard. – Pewnego razu nasz młody królewicz wyjechał w odwiedziny do jednej z hrabin, która poparła Esterila przy ubieganiu się o tron, kiedy ten jeszcze był młokosem. A była z tym niezła heca, bo po śmierci jaśnie panującego Gerarda, ostatniego z rodu Trojdenidów, okazało się, że sukcesja bywa kapryśna. Niestety wszystkie jego dzieci zmarły przedwcześnie. Ostała się tylko jego młodsza córka, Alicja. Rada regencyjna była przeciwna wstępowaniu na tron kobiety, a że królewna wyszła za Edmunda Thyssena i mieli syna, w którym płynęła królewska krew, tak oto nasz Esteril został wyniesiony na tron, zapoczątkowując nową dynastię panującą. Pewnie gdyby jego szanowny dziadek jeszcze żył, to wyciągnąłby kopyta z szoku po takiej wieści. A żebyś ty wiedział, co to było za młodu za ziółko! Kiedyś potajemnie, bez zgody króla Videmonta z Aedirn, widywał się z dzisiejszą naszą królową Agnes. Stary król nic nie podejrzewał, nawet mu do głowy nie przyszło chyba, że młodzi na jednym ze zjazdów w Ard Carraigh tak się sobie spodobali! Aż tu pewnego razu, wtedy jeszcze hrabia Esteril, przyjechał na koniu i uciekli razem z Agnes. Zaszyli się w Kaedwen, gdzieś za Aedd Gynvael, w opuszczonej wieży, którą potem przezwano Wieżą Radości, bo wielu podobno słyszało stamtąd miłosne uniesienia młodych. Podobno krąży nawet legenda, że po drodze schronili się u was, wiedźminów, w tym waszym Kaer Morhen. Domyślam się, że to bujda? – spytał Pastard, nachylając się w stronę Vesemira.

– Kompletna. Nasze Siedliszcze służy do szkolenia przyszłych obrońców ludzkości. Nie jest schroniskiem górskim.

– Tak właśnie sądziłem. No ale, cóż to był wtedy za szaleniec z tego naszego monarchy! W sumie, co niektórzy w dalszym ciągu tak na niego patrzą…

– Co niektórzy inaczej mówili o swoim królu, kiedyśmy płynęli w łódce – odpowiedział Vesemir.

– Oj, Vesemir, Vesemir. Wtedyśmy się jeszcze nie znali. Poza tym nie gniewaj się, podenerwowany byłem, nie lubię takich spraw – wybąkał Pastard.

– Dobrze, już dobrze – uśmiechnął się wiedźmin. – Widać, że robisz, co możesz, dla swojego kraju, nie bojąc się wyrazić własnego zdania, a to się chwali. Ale wróćmy może do przedmiotu mojego zlecenia, jeśli pozwolisz.

– A, tak. – Pastard zrobił pauzę, by dopić kolejny puchar. – No więc królewicz Baldwin wyjechał do Naroku, do jednej z przyjaciółek Esterila z młodości, żeby poznać się z jej synami. Król pomyślał, że trochę towarzystwa rówieśników dobrze zrobi królewiczowi. Droga prowadziła wzdłuż rzeki Tango, nielicho trzeba się starać, żeby się tam zgubić. Ale, wystaw sobie, młodemu Baldwinowi się to udało. Odłączył się od swojej świty, cholera jedna wie po co, może po to, żeby sobie ulżyć po drodze. W każdym razie, szukali go dobrych kilka godzin. Od tego czasu król przydzielił mu swoich prywatnych ochroniarzy, tych paskudnych bliźniaków, którzy nie odstępują królewicza na krok. Wołają ich Gerri i Frekki, król kilka lat temu ich wyratował z szafotu i od tego czasu wierni są jak psy – rzucił Pastard, wlewając kolejną porcję wina i upijając nieco. – No, ale wracając do królewicza, to w tym czasie, kiedy go szukali, ten młokos pojechał przed siebie, tam, gdzie mu się zdawało, że spotka się z resztą eskapady. Aż tu nagle zajechał nad jezioro, nazywane Łabędzim Jeziorem, bo te ptaszyska ciągle tam przesiadują. Jeziorko nieduże, jakieś pół dnia drogi stąd, co najwyżej. No więc królewicz nad tym jeziorem chciał napoić konia, podszedł więc z wierzchowcem do wody, kiedy akurat zachodziło słońce. No i wtedy podobno zobaczył, jak jeden z łabędzi przemienia się w piękną dziewkę. Tedy wywnioskował, że musowo po zachodzie słońca dziewka przemienia się z powrotem w ludzką postać i że przeklęta! Ale żebyś ty widział, jak go trafiło! Cały czas niemal tylko o niej gadał, chodził dobrych kilka dni jak struty i jeszcze parę razy nad to jezioro się wybrał, tym razem to z czarodziejem jakim, to z druidem, to z kimś tam jeszcze. Wreszcie zdybał dziewkę w ludzkiej postaci i mówi jej, że się w niej zakochał i że chce ją na żonę i żeby pojechała z nim na dwór królewski. Ta mu na to, że nie może, bo okrutny czarodziej, Forn Rotbart, przemienił ją w łabędzia i że ją tam więzi, że tylko w nocy odzyskuje ludzką postać, ale wtedy zły czarodziej wychodzi ze swojej kryjówki i pali każdego, kto spróbuje jej pomóc, a w dzień jest zwykłym łabędziem, jak dziesiątki innych nad tym jeziorkiem, to i nie wiadomo, który z nich to ona.

– Zaraz. Jaki znowu czarodziej? Król nic o nim nie wspominał.

– Ano właśnie, bo tu sprawa się komplikuje. Otóż proszę ja ciebie, niejaki Forn Rotbart to piekielnie zdolny czarodziej, którego król specjalnie sprowadził zza granicy, bo go sobie upodobał na nadwornego magika. Było to kilka lat temu. Na początku wszystko szło gładko i wydawało się, że będzie tak, jak król sobie umarzył, ale potem zaczęły napływać niepokojące wieści. To, że jakiegoś dworzanina przemienił w kaczkę, to, że przypalił ogniem żołnierzy, kiedy rozprawiali się z jakimiś niezasymilowanymi nieludźmi, to, że przeklął jakiegoś kupca, to, że uwolnił politycznych z jednego z więzień i tak dalej. Król się zmartwił i kazał sobie czarodzieja sprowadzić przed oblicze. Ale nikt z tych, którzy po niego poszli, nie wrócił, znaleźli tylko potem potopione pancerze i kupki popiołu. A Rotbart przepadł. Ludziska potem snuli różne historie, co to on nie zrobił i gdzie on teraz nie jest, kolejne klątwy rzucając i okropieństwa czyniąc. Ot, wyhodowaliśmy sobie czarodzieja-renegata, drogi wiedźminie.

– Posłuchaj, Pastard – powiedział Vesemir. – Ja zabijam potwory. Ghule, żagnice, utopce, oszluzgi i tym podobne. Nie zabijam czarodziejów, którym prawo przestało się podobać. To wykluczone.

– A widzisz, nikt ci tego robić nie każe. Twoim zadaniem ma być zdjęcie klątwy i uratowanie dziewki, ale jeśli przeszkodzi ci w tym czarodziej, to chyba się zamierzasz bronić, prawda?

– Tak, zamierzam.

– Zatem wszystko jasne. Baldwinowi diabelnie zależy, na tej dziewczynie, a i jego ojcu też, bo już czas królewicza za kogoś wydać, a ten nie przestaje o tej znad jeziora gadać. Wszystkie miniaturki od sąsiednich królestw i księstw drze, a córki okolicznych możnowładców uraczy co najwyżej grzecznościową przechadzką za bramy pałacu, o ile jest w dobrym humorze. Ta jedna mu we łbie siedzi i wybić jej sobie z tegoż nie da. W dodatku jeden z czarodziejów twierdził, że magicznie zerwał wiążący dziewczynę z jeziorem czar i że jeśli dziewka przyjdzie na królewski dwór, a królewicz wyzna jej miłość, to odczyni w ten sposób klątwę. Więc królewicz pojechał po swoją nieszczęsną wybrankę, zabrał na konia i zawiózł na dwór, gdzie kazał sobie zorganizować wielki bal. Tam, przy dworzanach, szlachcicach, wielu dostojnych gościach z sąsiednich królestw, wpadł jak wicher do sali balowej i w obecności wszystkich wyznał miłość dziewczynie, a ta wtem przemieniła się w garbatą córkę młynarza z okolicznej wsi! – Pastrad zaśmiał się głośno. – Tym oto sposobem królewicz ośmieszył kompletnie siebie i całą swoją rodzinę przy zagranicznych dygnitarzach! Ha! Co to była za afera! Nawet sobie nie wyobrażasz!

– Jak miała na imię ta córka młynarza? – spytał Vesemir.

– Hę? Zaraz, niech pomyślę. Dziewka nazywała się chyba Odelia, czy Adalia… jakoś tak. Ale co to ma do rzeczy? – spytał Pastard, nalewając sobie kolejny, tym razem pełniejszy puchar.

– Czysta ciekawość. Kontynuuj proszę.

– Jak cię tak ciekawość o zwykłą córkę młynarza zżera, to pewnie zachodzisz w głowę, co się stało z czarodziejem, który zapoczątkował całą awanturę? Oczywiście został jedynie łaskawie skazany na banicję pod groźbą skrócenia o głowę, choć Baldwin nalegał na natychmiastowej egzekucji. Cała sprawa urosła do rangi lokalnej legendy, a ową przeklętą dziewczynę nazywają teraz Łabędziem z Poviss. A od tego czasu królewicz nabrał jeszcze większej obsesji, by odczynić klątwę dziewki. Nie tak dawno posłał kilku ludzi nad jezioro w ciągu dnia, by wyłapali mu i przywieźli wszystkie ptaszyska, jakie zdołają, na dwór. Łabędzie zostały przywleczone w klatkach, a potem Baldwin zwołał swego ojca, matkę i dworzan do sali tronowej i po kolei kazał sobie wyciągać je i klękał przed każdym z nich, oświadczając się. A taki łabędź to nie byle ptaszek, to i we dwóch musieli je trzymać, a i tak mimo to jeden z łabędzi na koniec urżnął królewicza w palec. To dopiero był widok!

– Domyślam się – odpowiedział Vesemir.

– Aż jakiś tydzień z okładem wstecz jeden z radców przyszedł z pomysłem, że skoro trzeba urok odczynić, to może by tak sprowadzić wiedźmina? Królowi spodobał się ten pomysł. Tyle że stwierdził, że nie będzie sprowadzał byle jakiego wiedźmina, tylko najsłynniejszego na północy! I tak oto, siedzisz tutaj teraz ze mną.

– Słuchaj, Pastard, naprawdę to dla mnie zaszczyt, jeśli wasz król szczerze tak ceni moją osobę, ale skoro czarodziej nie podołał, a do tego inny czarodziej czyha na każdego, kto spróbuje uwolnić od klątwy dziewczynę, to ten sam król zrozumie chyba też, że chciałbym to jeszcze przemyśleć?

– Widzisz, mój drogi wiedźminie, problem polega na tym, ze król zlecił ci to zadanie oficjalnie i przy sporej liczbie świadków. Może właśnie dlatego zdecydował się prosić cię o pomoc przy takiej kupie luda, żebyś nie mógł odmówić. Dlatego teraz ani tobie nie sposób się wycofać, w końcu kilka tuzinów par uszu słyszało wyraźnie, żeś powiedział mu, że się podejmujesz, ani nam sprawy zatuszować, bo nazajutrz pół miasta będzie już wiedziało. Więc wyjście jest tylko jedno.

– Król nie powiedział mi wszystkiego, tak się nie godzi.

– A kto wie, czy królowi nie przyjdzie do głowy, żeby was o co oskarżyć i nie zamknąć w lochu – rzucił ponuro Pastard.

– Myślisz, że aż tak?

– Myślę, że Baldwin będzie pierwszym, który będzie chciał cię przymknąć. A w końcu wyprosi o to ojca. Myślę, Vesemir, że nie masz wyjścia.

Kiedy Vesemir chciał już coś odpowiedzieć, drzwi do komnaty rozwarły się i stanął w nich królewicz Baldwin. Jego młodziutka twarz wykrzywiona była grymasem zniecierpliwienia, a ręce skrzyżowane na piersi. Nie mógł mieć więcej niż osiemnaście lat, choć w przypadku mężczyzn z jego rodu wygląd był często zwodniczy. Wszedł powoli do komnaty, za jego plecami, jakby przywiązani do niego niewidzialną smyczą, trzymając ręce na saberrach, szli bliźniacy półelfy, jako ostatni zaś wszedł znany już wiedźminowi szlachcic Benner. Pastard zerwał się na nogi i pokłonił.

– Wasza miłość! Prosimy usiąść z nami – zaprosił wielmoża, z uniżeniem odsuwając krzesło koło siebie.

– Nie wydurniaj się, Pastard – rzucił pogardliwie królewicz. – Usiądę przy kominku.

– Jak wasza wysokość sobie życzy.

– A więc to ty jesteś tym sławnym wiedźminem? – spytał z szyderczym uśmiechem królewicz. – No cóż, spodziewałem się, że będziesz… straszniejszy.

– A ja spodziewałem się, że syn będzie dorównywał królewską życzliwością ojcu, wasza miłość – odparł Vesemir, kłaniając się niedbale.

Uśmiech gwałtownie spełzł z ust królewicza.

– Uważaj, wiedźminie. Pamiętaj, z kim rozmawiasz – syknął Baldwin.

– Wybacz, wasza wysokość. Chyba się zapomniałem.

– Widzę, że lubisz też wypunktowywać oczywistości. No trudno, mam jednak nadzieję, że się sprawisz.

– Zrobię, co w mojej mocy, wasza miłość.

– Oby – powiedział z naciskiem Baldwin.

Królewicz usiadł na krześle przy krańcu stołu, Benner po jego prawicy, koło wiedźmina, a bliźniacy stanęli za następcą tronu, po obu stronach marmurowego kominka.

– Ufam, że Pastard wyjawił wam szczegóły zlecenia? – spytał królewicz.

– Tak. Mniej więcej.

– Dobrze, to ułatwi nieco sprawę. Czy potrzebujecie wiedzieć coś więcej?

– Tak, panie. Każdy szczegół może mi pomóc. Najlepiej, jeśli opowiecie mi dokładnie i z najdrobniejszymi szczegółami o całym zajściu nad jeziorem i o dziewczynie, którą tam zobaczyliście.

– W porządku. Od czego mam zacząć?

– Najlepiej od początku, wasza miłość.

– Pastard! Nalej mi wina, zawsze mnie suszy, kiedy coś opowiadam.

Wielmoża posłusznie chwycił srebrny dzban, postawił puchar przy młodzieńcu i wlał resztkę wina do środka. Puchar wypełnił się jedynie w połowie.

– Ojej, chyba służba znowu wlała za mało. Jak to się mawia, ludzie dzielą się na tych, co widzą puchar w połowie pustym, i tych, co go widzą w połowie pełnym, wasza miłość! – rzucił Pastard, chichocząc nerwowo.

Królewicz nie zaśmiał się, za to patrzył z rosnącą odrazą na doradcę. Pastard zrozumiał, że należy natychmiast zamilknąć.

– Wybaczcie mi, wasza miłość. Za waszym pozwoleniem, udam się po więcej wina.

Baldwin, nie patrząc na Pastarda, machnął ręką, dając mu swoją zgodę. Wielmoża skłonił się i poczłapał, sapiąc, w stronę drzwi.

Opowieść królewicza trwała aż do zachodu słońca. Zgodnie z oczekiwaniami Vesemira, okazało się, że po pucharze wina następca tronu lubi o sobie opowiadać. Wersja Baldwina różniła się znacząco od wersji przedstawionej przez Pastarda. Głównie pod względem niebywałego poziomu heroizmu okazanego przez nieustraszonego Thyssenidę podczas wyprawy do Naroku.

 

 

IV

 

Następnego dnia przed południem Vesemir siedział w królewskim ogrodzie, gdzie chciał spędzić ostatnie chwile przed wyruszeniem w drogę. Nawet wtedy, kiedy lada dzień spodziewano się tam pierwszych śniegów, okrągła marmurowa fontanna olśniewała kunsztem rzeźb ryb i nimf wodnych, a alejki porośnięte późnojesiennymi kwiatami witały soczystymi barwami przechadzających się gości. Wiedźmin pochylił się nad pniem jednego ze starszych cisów, na którego korze wyryte było nieco koślawe serce, a w środku widniał napis: Esteril + Agnes. Niewątpliwie była to sprawka obecnego monarchy, która musiała służyć za swego rodzaju pamiątkę z młodzieńczych lat.

Vesemir usiadł obok drzewa, wśród żywopłotu, na jednej z ciosanych z kamiennego bloku ławek. Podniósł wzrok i dojrzał zbliżających się ku niemu króla Esterila Thyssena oraz młodego mężczyznę w czarnym wamsie, którego widział poprzedniego dnia wśród zebranych na sali tronowej osób. Gawędzili o czymś cicho, kiedy jednak zbliżyli się do wiedźmina, urwali rozmowę

i przystanęli na chwilę.

– Ach, witaj nam, drogi Vesemirze! – zawołał król. – Cieszycie się naszym słynnym ogrodem zimowym?

– Tak, wasza wysokość. Jest on w każdym calu tak piękny, jak słyszałem – odpowiedział Vesemir, kłaniając się.

– Cieszę się, że ci się podoba. To doprawdy niezwykłe miejsce. Sam przychodzę tu często, gdy potrzebuję oderwać się od ważnych państwowych spraw i zebrać myśli.

– Nie dziwię się waszej wysokości – wtrącił się mężczyzna w czarnym wamsie.

– Proszę poznać miłego naszemu dworowi ambasadora z wielkiego Cesarstwa Nilfgaardu, oto graf…

– Gruffyd Morvran Dyffryn aep Morteisen z Vicovaro – przedstwił się dygnitarz, kładąc na sercu przeoraną głęboką blizną dłoń i pochylając głowę, na której wiedźmin zauważył kilka kolejnych, pomniejszych blizn, będących nieomylną oznaką służby wojskowej.

– Vesemir – przedstawił się wiedźmin, również pochylając głowę.

– Skąd, panie?

Vesemir zastanowił się przez chwilę.

– Z Kaer Morhen.

– A więc zaszczyt to dla mnie poznać vedymina Vesemira z Kaer Morhen, o którym tyle wczorajszego dnia słyszałem.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Wybaczycie mi moją uwagę, panie, ale wyglądacie raczej na kogoś bliższego wojaczce niż na ambasadora.

– Cóż, macie rację – uśmiechnął się formalnie dygnitarz. – Zwykłem być dowódcą jednego z oddziałów armii cesarskiej, jednak chwilowo pełnię rolę emisariusza na dworze znamienitego króla Esterila.

– Tak, to prawda – potwierdził król. – Wielkim dla nas honorem jest gościć was w naszej zimowej stolicy. Czy zechciałbyś, szanowny gościu, udać się do sali narad? Dołączę niebawem, chciałbym zamienić słowo z Vesemirem. W międzyczasie moja służba jest do waszej dyspozycji, przyniosą jadło i napitki.

– Jak rozkażesz, wasza wysokość – Nilfgaardczyk ukłonił się dwornie i spojrzał przenikliwie

w oczy wiedźmina.

– Panie Vesemir, miło było was poznać – dygnitarz skłonił głowę, cały czas nie spuszczając przeraźliwie niebieskich oczu. Vesemir, którego dopadło dziwne i bliżej nieokreślone uczucie niepokoju, bez słowa również skłonił głowę. Nilfgaardczyk odwrócił się i odszedł. Wiedźmin wodził przez chwilę wzrokiem za ambasadorem, w duchu poprzysięgając sobie nigdy nie zapuszczać się poniżej masywu Gór Amell. Król odwrócił się i uśmiechnął inaczej niż dotychczas, nie tak formalnie jak do tej pory.

– Wybacz mi, wiedźminie, nie przejmuj się ambasadorem. Wiem, że zdawać by się mogło, jakoby ten człowiek miał swoim wzrokiem wypalić w człowieku dziurę na wylot, ale to kwestia dość specyficznej służby u cesarza Fergusa var Emreisa. Widzisz, ten graf, choć dosyć młody, jest już dowódcą nie byle jakich oddziałów, ale słynnych jak świat szeroki cesarskich oddziałów specjalnych. Skończyłby na szafocie, jeśli nie byłby bardziej przenikliwy od wszystkich.

– Pojmuję, wasza miłość.

– Niestety jestem chwilowo skazany na jego obecność i tą grę pozorów – ciągnął Esteril Thyssen. – Tak się składa, że mam nadzieję podpisać z cesarzem Fergusem traktat o nieagresji. Na razie idzie to bardzo powoli, a do tego jestem prawie pewien, że nasz dygnitarz został raczej wysłany na przeszpiegi niż na jakiekolwiek negocjacje czy zacieśnianie stosunków. Ale podobno wszystko, co dobre, rodzi się w bólach.

– Tak mawiają, panie.

– Wybacz mi, nie chcę zanudzać cię polityką. Oprócz pana ambasadora przez dwór w ostatnich dniach przewinęło się kilka innych ciekawych person. Na przykład mag Eltibald. Straszny fanatyk i mitoman. Był kandydatem na nadwornego czarodzieja, ale zupełnie mi się on nie podoba. Jest u nas też w gościnie Vysogota z Corvo. Młody badacz, filozof i etyk. Niestety ma dość specyficzne i mało popularne wśród jakichkolwiek władz poglądy, za które, jak oceniam, kiedyś ktoś go będzie ścigał. No i oczywiście ty, Vesemirze. Ciekawi ludzie przychodzą na mój dwór, nie uważasz?

– Nie mnie to oceniać, wasza wysokość, jestem tylko prostym wiedźminem.

– Oczywiście. Przejdźmy zatem do rzeczy, prosty wiedźminie. Wybacz mi tę wczorajszą szopkę w sali tronowej.

– Nie ma czego wybaczać, wasza miłość.

– Ależ jest. Był to co prawda pomysł moich doradców, którzy nalegali na tego typu rozwiązaniu. Nie wszystko jednak poszło po ich myśli – uśmiechnął się król.

– To prawda.

– Na szczęście jesteś w dobrych rękach. Pastard to zacny człek, choć w nerwach potrafi sporo wypić. Uwielbia powtarzać w kółko te same historie. Spośród tego,co o mnie mówi, myślę, że największą prawdą jest to, że mój dziadunio faktycznie wyciągnąłby kopyta z szoku po wieści o moim wstąpieniu na tron – monarcha zachichotał pod nosem.

Vesemir milczał, patrząc badawczo na Thyssenidę.

– Spokojnie, Vesemirze. Etykieta na bok, nikt nas tu nie widzi ani nie słucha. Pastard jest lojalnym sługą, więc jego prywatne opinie mnie nie zrażają.

„A to ci dopiero nietypowy król”, pomyślał wiedźmin.

– Mój syn Baldwin nie zapowiada się na razie na przykładnego władcę. Widzę to, nie jestem ślepy i wbrew temu, co sądzi Pastard, wymierzyłbym mu srogą karę, gdyby na nią zasłużył. Dlatego myślę, że ożenek, z właściwą kobietą, zrobiłby z niego lepszego człowieka. Tak, jak zrobił ze mnie. Powiedz mi, czy to zwykła mrzonka, czy tego Łabędzia z Poviss da się odczarować? Jest na to jakaś nadzieja?

– Ciężko powiedzieć, królu. Szansa zawsze istnieje. Każdy urok da się teoretycznie jakoś odczynić, ale niczego nie mogę zagwarantować. Nam, wiedźminom, łatwiej idzie zabijanie potworów, niż zdejmowanie klątw.

– Zatem jakaś nadzieja jest. Dobrze to od was słyszeć – rzekł Esteril, podchodząc do cisu i dotykając dłonią koślawego serca. – Wszyscy widzieli we mnie szaleńca, kiedy wyszła wieść o tym, że Agnes ze mną uciekła. Czy wiesz, że ktoś nawet rozpuścił legendę, jakobyśmy z Agnes ukryli się w waszej szkole wiedźmińskiej?

– Tak, obiło mi się o uszy, wasza wysokość.

– A czy wiesz, że faktycznie wtedy to rozważaliśmy z królową? – spytał Esteril, uśmiechając się lekko. – Spokojnie, nie musisz nic mówić. Wiem teraz doskonale, że skończyłoby się to katastrofą, nawet jeśli udałoby nam się znaleźć waszą warownię. Nie muszę chyba podkreślać, jak potwornie naiwną w ogóle była taka myśl. Ale byliśmy wtedy tylko zdesperowanymi, zakochanymi szczeniakami. Moja ukochana rzuciła dla mnie w diabły życie królewny, nie mając żadnej pewności, jakie będzie jutro. Jej ojciec, król Aedirn, dopiero od niedawna utrzymuje z nami względnie poprawne kontakty. Lecz ja wiedziałem, że albo ona, albo żadna. Podobnie jest teraz z następcą tronu. Jest zdesperowanym, zakochanym szczeniakiem i kto jak kto, ale ja rozumiem, co to znaczy. Z drugiej strony jednak, wiem też, jak cholernie nie na rękę wszystkim jest taka sytuacja. No i wolałbym oczywiście, żeby już więcej się nie ośmieszał przy dworze, a tym bardziej przy dostojnikach z innych Królestw Północy. Dla jego własnego spokoju mam nadzieję, że to tylko młodzieńczy zryw serca, który mu przejdzie. Tyle że coraz mniej na to wskazuje. Dlatego proszę cię, wiedźminie, zdejmij klątwę, jeśli zdołasz. Nic więcej. Chociaż chętnie dostałbym w swoje ręce Rotbarta i, chociaż byłaby to sposobność na upieczenie dwóch przepiórek na jednym ogniu, to nie oczekuje od ciebie, że uwolnisz mnie od tego problemu.

Król odwrócił się i spojrzał w oczy wiedźminowi.

– Jeśli ci się nie powiedzie, zaręczę Baldwina z córką księcia Malleore. W końcu tak czy siak, najwyższa pora szykować się do ożenku. Niemniej oczekuję, że jeśli tylko to możliwe, uczynisz, co należy.

– Jedno mogę przyrzec, wasza miłość. Zrobię, co tylko będzie w mojej mocy.

– Wiem, Vesemirze – uśmiechnął się monarcha, odchodząc. – Życzę ci powodzenia.

Król przeszedł kilka kroków i odwrócił się na pięcie.

– Ach, przypomniało mi się! – zawołał król. – Dwie sprawy. Po pierwsze, druidzi postanowili wysłać jednego ze swoich z tobą, by pomóc rodzinie królewskiej. Ma to być, chyba, swego rodzaju karta przetargowa w konflikcie z górnikami. Zgłosiła się jakaś uzdrowicielka odwiedzająca tutejszy Krąg, zezwoliłem jej pojechać z tobą. Myślę sobie, że ktoś obeznany w magii zawsze może się przydać przy zdejmowaniu klątwy. Masz się z nią spotkać po drodze, w miasteczku Stokentrent, do którego towarzyszyć ci będzie w drodze Baldwin, wysyłam go tam w jednej ważnej sprawie. Po drugie, skoro mowa o Rotbarcie, to myślę, że powinieneś znaleźć Pastarda. Na pewno wszędzie cię szuka, przed godziną dotarła do nas wieść, że czarodziej podobno porwał dzieciaka jednego z naszych radców miejskich.

 

 

V

 

– Nie ma mowy! Absolutnie się nie zgadzam! – krzyczała rudowłosa czarodziejka. – Nie będę jechała na doczepkę, na cudzym wałachu! Chcę własnego konia!

– Pani, nie krzyczcie tak, bo pół miasta się zleci! – uspokajał stary stajenny. – Ja nic tu nie poradzę, ostał nam się jeno ostatni wałaszek, ale to świeży koń na powrót dla umiłowanego królewicza naszego przeznaczony.

– Nic mnie to nie obchodzi! Oni potrzebują mojej pomocy, a ja we dwójkę na jednym koniu jechać nie zamierzam, jasne? Przyjechałam tutaj specjalnie z kręgu druidzkiego, bo usłyszałam, że potrzebna wam pomoc uzdrowiciela, a tu w podzięce ktoś mi konia kradnie! Zapłaty żadnej nie biorę, ale należy mi się od was koń, prawda?

– Pani, ja bym wam tego konia z pocałowaniem rączki podarował, ale nie mogę, pojmujecie?

– Ja bardzo dobrze pojmuję, że ukradziono mi konia, więc należy mi się koń – powiedziała przez zaciśnięte zęby druidka.

– Ależ pani, królewicz nas by w dyby zakuł i wychłostać kazał!

– A za cóż to miałbym w dyby zakuwać i wychłostać kazać? – spytał królewicz Baldwin, stojąc u wejścia stajni. – Nie żeby mi się to nie podobało, ale przydałoby się podać do wiadomości gawiedzi jakiś powód.

– Wasza miłość! – ukłonił się nisko stajenny. – Litości! Raczcie wybaczyć! Tą oto panią uzdrowicielkę, która przyjechała do nas, z konia okradli i teraz chce, żeby jej dać nowego, ale ja jej tłumaczyłem, że to świeży wierzchowiec dla waszej wysokości!

– A jak to się stało, że konia wam ukradli, pani? – spytał rozbawiony królewicz.

– Nie wiem, wasza miłość, ale jeśli mam pomóc waszemu wiedźminowi, będę potrzebowała konia.

Kobieta dotknęła placami czegoś, co połyskiwało spod opaski na czole. Królewicz zamrugał kilka razy i lekko otworzył usta.

– Dobrze, weź tego. I tak zostanę na tyle długo, żeby mój zdążył odpocząć – powiedział nieco zmienionym głosem Baldwin.

– Dziękuję wam, miłościwy panie. Niezwykle jesteście hojni.

W tym samym momencie do stajni weszli bliźniacy prowadzący swoje klacze i wałacha Baldwina. Po chwili w drzwiach stajni stanął Vesemir. Spojrzał na postać stojącą przez królewiczem. Dostrzegł, że zielone oczy, ubranej w męski strój kobiety, rozszerzyły się nieco na jego widok, spod płomiennorudych włosów, spiętych opaską z wężowej skóry.

Kiedy cała czwórka wyszła przed stajnie, Baldwin Thyssen skinął na swoją obstawę. Bliźniacy natychmiast stanęli u boku przyszłego następcy tronu. Vesemir i jego nowa towarzyszka trzymali za uzdy konie, gotowi do dalszej drogi.

– Tutaj na razie nasze ścieżki się rozchodzą, wiedźminie – rzekł królewicz. – Dalej pojedziecie sami.

A myślałem, że to ja lubię wypunktowywać oczywistości, pomyślał Vesemir.

Druidka nagle parsknęła cicho pod nosem. Królewicz najwyraźniej pomylił to z kichnięciem.

– Będę na was tu czekał jakiś czas. Mam nadzieję, że do tej pory wrócicie z odczarowaną dziewczyną. W końcu mój ojciec zapłaci sowicie za zdjęcie uroku. A ja być może dołożę coś od siebie. Liczę na was, panie Vesemir, i na was, pani, również. Bywajcie.

Królewicz odszedł szybkim krokiem w dół uliczki prowadzącej ze stajni w stronę grodu, dawno temu znanemu w Starszej Mowie jako Caer Aevonadan.

– A więc to ty jesteś tym słynnym wiedźminem, ze szkoły wilka? Słyszałam, że jesteś tam preceptorem.

– Owszem. Chwalę sobie, że uczyłem wielu młodych wiedźminów tajników walki.

– Doprawdy? – odparła kobieta mierząc Vesemira wzrokiem. – W takim razie muszą wywijać tymi waszymi mieczami zręczniej, niż otyły hrabia Landorff z Redanii widelcem podczas uczty.

– Wy za to jesteście tą druidką, którą chciała mi koniecznie towarzyszyć?

– Tak. A dokładniej to mistrzynią Mayeńskiego Kręgu.

– No, no. Cóż to przywiało was tak daleko na północ, pani?

– Jadę wszędzie tam, gdzie jestem potrzebna. Akurat byłam z wizytą u mistrzów Kręgu Kovirskiego, a tu potrzebowali pomocy uzdrowiciela. Jakaś przejezdna banda najemników potruła im studnie, bo nie dali skurwielom zgwałcić w tutejszej karczmie dwóch dziewek.

– Chwali się to wam, pani. Jeśli chcecie ze mną jechać, bronić wam nie będę. Chociaż myślałem, że wy, druidzi, macie nas, wiedźminów, za coś gorszego od zarazy.

– Przyznaję, część mistrzów ma takie poglądy. Ale ja jestem bardziej otwarta. Jedyne, co uważam za gorsze od zarazy, to zwracanie się do kogoś w trzeciej osobie. Mów mi Visenna.

– Dobrze więc, Visenna. Mów mi Vesemir.

– W porządku. Możemy już ruszać? Słońce niedługo zacznie chylić się ku zachodowi.

– Ruszajmy.

Oboje wsiedli na konie, wiedźmin na swoją kasztankę, a czarodziejka na zdobytego, karego wałacha.

– Visenna? – odezwał się Vesemir.

– Tak?

– Czy czytałaś mi w myślach, kiedy Baldwin nas żegnał?

– Może. – odparła Visenna, uśmiechając się lekko.

– Nie rób tego więcej, proszę.

Visenna nie odpowiedziała.

– Jako że ja w myślach czytać nie potrafię, to może powiesz mi, jak się stało, że ukradli ci konia?

– Nie przeciągaj struny, wiedźminie. Aż tak otwarta nie jestem.

 

 

VI

 

Słońce prawie całkowicie zniknęło za horyzontem, kiedy przed oczami wiedźmina i czarodziejki ukazało się małe, wciśnięte między gęsty las, a piętrzące się po zachodniej stronie, wzgórza jezioro. Spokojna woda skrzyła się w ostatnich promieniach słońca. W oddali widać było szczyty rozległego masywu Gór Smoczych, którego nikt nigdy do tej pory nie przebył. Były różne teorie, co się znajduje za potężnym łańcuchem górskim. Jedna z nich mówiła, że leży za nim kraina zasypana wiecznym śniegiem, zamieszkała przez mityczne białe smoki. Choć w tych górach faktycznie niejednokrotnie natykano się na zielone czy czarne, Vesemir nigdy, w swoim niebywale jak dla zwykłego człowieka długim życiu, nie widział białego smoka. Lecz był przekonany, że istnieją.

Visenna, idąc za wiedźminem, rozglądała się czujnie.

– Vesemir, tutaj wcale nie ma łabędzi. W ogóle żadnych ptaków. Żadnych. Posłuchaj, słyszysz?

– Niczego nie słyszę.

– Właśnie. Nie słychać nawet słowików, kosów czy drozdów. Ani jednego z ptaków, które normalnie o tej porze są aktywne. Tu się dzieje coś niedobrego.

Wiedźmin wysunął z pochwy swój miecz i ruszył dalej ostrożnym krokiem, okrążając brzeg jeziora. Visenna ruszyła w ślad za nim. Było już ciemno, więc wolała nie oddalać się od towarzysza. Po chwili Vesemir zobaczył leżącą na skraju drzew ciemną, nieruchomą sylwetkę. Było to dobre kilkadziesiąt stóp od nich, więc mógł to być spróchniały pień, ale zmutowane oczy rzadko kiedy myliły wiedźmina. Podszedł powoli i w połowie drogi zobaczył drugą sylwetkę, znacznie mniejszą, Vesemir mógłby przysiąc, że jakby ptaka pochylającego się i lekko się trzęsącego nad leżącym cieniem. Podeszli ostrożnie bliżej i okazało się, że to nie żaden ptak, tylko człowiek. Dopiero wtedy usłyszeli cichutkie szlochanie. Visenna zdjęła przepaskę z wężowej skóry, odsłaniając diadem, z dziwnym białym kamieniem, który nagle rozjarzył się magicznym światłem.

Pierwsze zobaczyli nienaturalnie wykrzywione stopy i połamane nogi leżącego mężczyzny. Potem zakrwawioną koszulę i ręce. Visenna widziała już wielu poważnie rannych, po ciężkich wypadkach, po walkach z potworami czy po krwawych potyczkach lokalnych możnowładców, dlatego taki widok nie był dla niej niczym nowym. Mimo to, patrząc na leżącego mężczyznę, żołądek podszedł jej niemal do gardła. Mężczyzna miał rozpłatany w trzech miejscach brzuch, jego wnętrzności, przytrzymywane przez nieruchome już ręce, wystawały spomiędzy bladych palców. Jego oczy rozwarte były szeroko w przerażeniu. Krew pokrywała jego twarz i połowę ubrań i sięgała aż po łokcie młodej dziewczyny, która łkała nad leżącym mężczyzną. Końcówki jej jasnych włosów umoczone były w pokrywającej ciało posoce, nadając jej upiornego wyglądu.

Visenna, otrząsnąwszy się, momentalnie kucnęła, pochyliła się nad zmasakrowanym, odrzuciła poły płaszcza i dotknęła palcami jego szyi.

– Vesemir, zabierz dziewczynę. Potrzebuję miejsca.

Wiedźmin chwycił dziewczynę za ramiona. Ta skuliła się, drżąc na całym ciele. Vesemir podniósł ją i odciągnął kilka cali. Dziewczyna zaczęła się nagle wyrywać, jęcząc.

– Spokojnie! Próbujemy pomóc. Moja towarzyszka jest uzdrowicielką.

Visenna spojrzała na nich wzrokiem, który dawał wiele do zrozumienia.

– Niestety nie mogę mu pomóc, przepraszam. Jest już za późno.

– Nie, proszę, to nie może być prawda! Błagam, zróbcie coś…

– Przykro mi… On nie żyje.

– Nie! Forn! Nieee! – krzyczała dziewczyna.

Vesemir puścił jasnowłosą, która natychmiast przywarła znowu do ciała mężczyzny.

– Forn? – spytał Vesemir, wskazując na zabitego. – Forn Rotbart, czarodziej?

Dziewczyna, płacząc, kiwnęła głową. Vesemir spojrzał na Visennę, która wyglądała na zaniepokojoną.

– Co się tutaj stało? – spytał Vesemir.

Dziewczyna milczała przez chwilę. Potem uspokoiła się nieco i przemówiła.

– To był ten chłopak. Przyszedł tu kilka razy.

– Jaki chłopak? Powiedz nam, to ważne – powiedziała Visenna, kładąc rękę na ramieniu dziewczyny.

– Ten królewicz i jego dwóch bliźniaków, którzy za nim zawsze chodzą.

– Baldwin?

Vesemir spojrzał na czarodziejkę. Ścisnął mocniej rękojeść miecza.

– My mu nic nie zrobiliśmy. Chcieliśmy po prostu, żeby on i wszyscy inni zostawili nas

w spokoju. Chcieliśmy żyć z dala od ludzi. Ale on wciąż przychodził. Prosił, groził i nalegał. Nie pomogło, kiedy Forn rzucił ognistą kulę, żeby go odstraszyć. On wciąż wracał, a my chcieliśmy tylko, żeby dał nam spokój. Nie chciałam, żeby zabierał mnie na dwór. Nie mogę tam jechać.

– To ty jesteś tą zaklętą w łabędzia dziewczyną?

Dziewczyna pokiwała lekko głową.

– Spokojnie. Opowiedz nam wszystko od początku.

Dziewczyna, powstrzymując się od płaczu, wyprostowała się nieco.

– Jakiś miesiąc temu przyjechał tu po raz pierwszy. Widziałam go tylko przez chwilę, jak mi się przyglądał. Potem odjechał. Kilka dni później przyjechał znowu, a za następne kilka – jeszcze raz. Przyjeżdżał tu i patrzył na mnie. Odkrył, że o zmierzchu przybieram ludzką postać. Któregoś razu podszedł do mnie i powiedział, że się we mnie zakochał i że chce zabrać mnie na swój dwór. Postraszyłam go swoją klątwą i Fornem. Jego ludzie przyjechali tu kiedyś w dzień i wyłapywali po kolei łabędzie z jeziora. Forn to zobaczył i ukrył mnie przed nimi.

– Poznał cię w skórze łabędzia?

– On zawsze by mnie poznał. Mój Forn był dobrym człowiekiem.

– Dobrym człowiekiem? – spytał Vesemir. – Podobno zmienił w kaczkę jednego z dworzan, przypalił ogniem królewskich żołnierzy, przeklął jakiegoś kupca i uwolnił więźniów. A kiedy przyszli po niego strażnicy, stawić go przed obliczem króla, całkowicie ich spopielił.

– On nie chciał nikomu robić krzywdy. To był wypadek! Ci ludzie zasługiwali na swój los. Ten dworzanin chciał utopić jakieś bezbronne dziecko, tylko dlatego, że poprosiło go o kilka groszy na jedzenie! Żołnierze znęcali się nad elfkami, kupiec zawyżał ceny, przez co okoliczne wioski głodowały, a więźniowie byli niesłusznie skazani! On naprawdę nie chciał nikogo skrzywdzić. Po tym wypadku ze spalonymi strażnikami uciekł do lasów i został samotnikiem. Odnalazł mnie tu któregoś razu i przychodził do mnie po zmroku. Rozmawiał i przynosił mi jedzenie i wino. Zdążyłam zapomnieć, jak słodko smakuje wino. Zaopiekował się mną, powiedział, że tak jak ja, chce żyć z dala od ludzi.

– Więc zamieszkał tutaj, z tobą – dokończyła Visenna.

– Tak. Nie przeszkadzało mu to, że jedynie od zachodu słońca do świtu byłam w ludzkiej postaci. On mnie kochał, a ja pokochałam jego. Chcieliśmy żyć z dala od okrutnych ludzi i od tego cholernego świata, ale świat i ludzie nas i tutaj znaleźli. Ludzie to krew, ogień i okrucieństwo. Kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, do mojego domu w nocy przyszli ludzie. Mieli noże i pochodnie. Zabili mojego ojca, moją matkę zawlekli na górę i nie pozwolili jej szybko umrzeć.

Do dzisiaj pamiętam, jak strasznie krzyczała i wołała pomocy. Chciałam do niej biec, ale trzymali mnie. Obcięli mi nożami włosy i podarli sukieneczkę. Ostatkiem sił uciekłam. Znaleźli mnie

i przygarnęli wędrowni cyrkowcy. Tamci szukali mnie jeszcze długo, nie chcieli pozwolić, żeby ktoś z mojej rodziny przeżył.

– Jak ci na imię? – spytał Vesemir.

– Gemma. Po mojej babci. Ten królewicz przyszedł tu i zażądał od Forna, żeby mnie oddał. Forn chciał ich odstraszyć czarem, ale jego bandyci byli szybsi. Potem poszli gdzieś, chyba chcieli mnie znaleźć. Nie zauważyli, jak wyszłam z wody i przybrałam ludzką postać.

– Kto rzucił na ciebie urok? – zapytał Vesemir. – Mogę się postarać go zdjąć, zabrać cię stąd, żebyś mogła zacząć nowe życie.

– Zacząć nowe życie? Gdzie? Wśród ludzi? Nie, to ostatnia rzecz, jakiej chce. Nie chcę też, żebyś zdejmował ze mnie uroku. Jestem taka już wiele lat. Przyzwyczaiłam się. A urok rzucił na mnie jakiś kapłan Lwiogłowego Pająka, kiedy z trupą cyrkową byliśmy w siole pod Mirtem w Gelibolu. Zabili moich kompanów, spalili nasz kram, a mnie przeklęli. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Bo tacy właśnie są ludzie.

– Też tak kiedyś myślałam – powiedziała Visenna, patrząc dziewczynie w oczy. – Ludzie potrafią być niebywale okrutni, ale potrafią też być bardzo życzliwi.

– Nie. Nie ci, których ja spotykam. Zostawcie mnie tutaj. Zostawcie, żebym mogła dokonać żywota wśród łabędzi. One zawsze były dla mnie życzliwsze niż jakikolwiek człowiek. Chcę być łabędziem już na zawsze i chcę wspominać mojego Forna. W świetle księżyca, który oglądaliśmy, w śpiewie ptaków i na tafli wody. Chcę być sama.

Vesemir chciał coś powiedzieć, ale zabrakło mu słów. Dziewczyna wstała i spojrzała na ukochanego.

– Czy pomożecie mi go pochować? – spytała Gemma.

– Odsuńcie się. Pomogę – powiedziała Visenna, klękając na jedno kolano.

Vesemir i Gemma cofnęli się posłusznie, a druidka rozłożyła ręce nad ciałem, które wnet zajaśniało od magicznych płomieni. Sycząc lekko i pełgając we wszystkie strony, czarodziejski ogień strawił zwłoki w ciągu kilku chwil. Prochy porwane przez podmuch powietrza rozsypały się wokół jeziora. Wokół tętniącej tajemnicą i wspomnieniem tafli spokojnej wody, gdzie spotkali się i pokochali Forn i Gemma.

Dziewczyna kiwnęła głową na znak podzięki, odwróciła się i odeszła wolnym krokiem. Wiedźmin i czarodziejka patrzyli, jak Gemma zanurza w wodzie kostki, kolana i biodra, wchodząc coraz głębiej i głębiej, aż w końcu zniknęła pod jej powierzchnią. Po chwili w górę wzleciał piękny, biały łabędź, machając srebrzącymi się od wilgoci skrzydłami. Osiadając, po krótkim locie, na środku jeziora, łabędź pochylił swoją długą szyję w żałobnym geście.

Visennie przez chwilę wydawało się, że to nie dziewczyna, lecz samo jezioro jest zaklęte. Nad tym miejscem wisiało coś prastarego i niewypowiedzianie smutnego. Miłość dwojga ludzi została upamiętniona w powiewie wiatru, odbiciu gwiazd i szumie drzew, naznaczonych przez czarodzieja i sierotę, którzy, pragnąc uciec od innych, odnaleźli siebie. Ich historii jednak nikt nigdy nie miał poznać.

Piękno chwili przerwał głuchy odgłos, zduszony jęk i upadająca na ziemię Visenna. Koło niej upadł i potoczył się rzucony kamień. Vesemir obrócił się gwałtownie, podnosząc miecz. Nadchodził Baldwin, a za nim bliźniacy, trzymający w rękach zakrwawione saberry.

– Coś ty zrobił, chędożony czarowniku?! Miałeś ją w garści! Kazałem ci ją odczarować, a ty coś zrobił? Zapłacisz mi za to! Ona należała do mnie!

Vesemir poczuł, jak niczym fala przyboju, wzbiera w nim wściekłość.

– Co zrobiłeś z synem radnego Gustawa? Pewnie nigdy nie opuścił Lan Exeter, prawda? Od początku wykorzystałeś dzieciaka jako pretekst. Chciałeś mnie tutaj, żebym pomógł ci z dziewczyną, a ty w tym czasie, miałeś rozprawić się z Rotbartem, co się zresztą udało i pewnie wróciłbyś do domu jako bohater, który zabił złego czarodzieja i uratował syna radnego. Świetny plan. Tyle że nie wliczyłeś komplikacji w postaci mistrzyni Kręgu Mayeńskiego, która w ostatniej chwili zdecydowała się pomóc i wyruszyć ze mną.

– Pogratulowałbym domyślności, jeśli cokolwiek z tego byłbyś w stanie udowodnić – odpowiedział królewicz, zaciskając zęby. – Chcesz usłyszeć, jak się przyznaję? Nic z tego. Nie wiem, o czym bredzisz, wiedźminie. A jeśli masz jakieś złudzenia, to wiedz, że i tak z nikim nie podzielisz się tymi rewelacjami.

– To się jeszcze okaże. Nie wiesz, co znaczy, kiedy dama odmawia?

– Oszczędź mi tych bzdur! – wysyczał przez zęby królewicz. – Ten obszarpaniec był zwykłą kpiną! Cholerny, zbuntowany czarodziej, któremu wydawało się, że mnie przechytrzy… w moich żyłach płynie szlachetna, królewska krew, a w jego? Jak się mu ją spuściło, to na kilka sążni było czuć rynsztok i chlew, z którego ten parszywiec się wyczołgał! Wyświadczyłem jej przysługę, durniu! Ja dałbym jej całe królestwo! Dałbym jej wytworne tkaniny i naszyjniki! A co ten kaprawy włóczęga miałby jej do zaoferowania? Szałas nad jeziorem?!

Vesemir poczuł, jak rękojeść miecza, pod siłą uścisku, zaczyna wrzynać mu się w palce.

– Miał jej do zaoferowania znacznie więcej niż całe królestwo Koviru ze wszystkimi jego bogactwami, ale ciebie zaślepia egoizm i brak szacunku do czegokolwiek. Jaśniejący kaganek nadziei narodu… wolne żarty. Jak to mówią, najjaśniejszy płomień, rzuca najmroczniejszy cień. Dla własnej zachcianki, zniszczyłeś życie dwojgu ludziom. Jesteś obrazą dla swojego kraju!

– Każę ci wyrwać język za te słowa, wiedźminie! Znowu chyba zapomniałeś, z kim rozmawiasz!

– Rozmawiam z tchórzem i zdrajcą – odpowiedział złowrogo Vesemir. – Zdradziłeś swojego króla i swoich poddanych. Mawiają, że kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Jak myślisz zatem, od czego umrze ktoś, kto wojuje za pomocą zdrady?

– Zawrzyj pysk! Dosyć tego, czas, żebyś bliżej poznał moich przybocznych. Gerri! Frekki! Zróbcie z tym wiedźminem porządek!

Bliźniacy podeszli, młynkując saberrami. Vesemir poczuł, jak gotująca się w nim wściekłość sięga granic. Rzucił się na półelfów, wirując z nadludzką prędkością. Przeciwnicy nie dali się zaskoczyć i natychmiast wyrwali się z zasięgu meteorytowego ostrza, wykonując następnie błyskawiczny, zgrany kontratak. Wiedźmin w ostatniej chwili uratował się szeroką paradą. Nigdy przedtem, nie spotkał się z niczym podobnym. Bracia byli niewiarygodnie dobrze naoliwioną, precyzyjną maszyną, służącą do eliminacji każdego, kto stanie im na drodze. Walka nie trwała długo.

 

 

VII

 

Kiedy Visenna się ocknęła, w pierwszej chwili pomyślała, że ma strasznego pecha do kamieni. Zaraz potem zobaczyła Vesemira, stojącego nad dwoma nieruchomymi ciałami. Jedno z ciał było pozbawione prawej ręki oraz żuchwy, a drugie zgięte w pół, w taki sposób, że nienaturalnie wykręcone do tyłu plecy dotykały nóg. Powodem tej makabrycznej pozy okazały się dwa rozległe cięcia na lędźwiach i podbrzuszu denata. Czarodziejka, po dłuższej chwili przypatrywania się, rozpoznała w martwych osobach wiecznie towarzyszących następcy tronu Koviru ochroniarzy. Wiedziała, że wiedźmin zabił ich w sposób widowiskowy i przerażający. Po królewiczu Baldwinie nigdzie nie było śladu, co było tego najlepszym dowodem. Wiedźmin stał jak wryty z opuszczonym, ociekającym świeżą krwią mieczem w ręku. Jego wzrok, wbity w rosnącą przed nim, ciemną od posoki kępę trawy był nieobecny. Dolna warga zdawała się mu lekko drżeć. Visenna podniosła się na nogi i podbiegła do niego.

– Musisz stąd uciekać.

– Wiem – odpowiedział z ociąganiem Vesemir.

– Nie wracaj nigdy do Koviru. Ja pojadę na dwór i zadbam o to, żeby cię nie ścigali. Spróbuję dogonić królewicza i utnę sobie z nim małą pogawędkę. W najgorszym wypadku kupię ci trochę czasu na dotarcie poza granice królestwa.

– A co, jeśli się nie uda i zdybią mnie, zanim tam dotrę?

– Wtedy pewnie przyjdzie ci stanąć na szubienicy – odparła Visenna, patrząc wiedźminowi w oczy. – Ale wiedz, że będę czuwać. Jak to kiedyś ktoś mi powiedział: gdy cię mają wieszać, poproś o szklankę wody. Nigdy nie wiadomo, co się stanie, zanim przyniosą.

Czarodziejka uniosła kącik ust w tajemniczym uśmiechu.

– Dziękuję za wszystko Visenna – rzekł po chwili wiedźmin. – Wiem, co z dzieckiem radnego. To był podstęp Baldwina.

– Następca tronu się znalazł. – skrzywiła się Visenna.

– Jest ukryty gdzieś w Lan Exeter. Przeszukajcie rynsztoki, piwnice i opuszczone budynki.

– Tak zrobimy. Vesemir, zanim ruszysz, chcę cię jeszcze o coś prosić.

– Proś, o co chcesz.

– Chciałabym, żebyś po drodze zajrzał do Tridam. Miałam nadzieję tam cię odnaleźć, ale się spóźniłam. W jednym z domów czeka poinstruowana kobieta, która ma coś dla ciebie.

– A co na mnie tam czeka?

– Twoje przeznaczenie.

Vesemir wyglądał na wyraźnie zaskoczonego. Spojrzał przez moment uważnie w oczy czarodziejki, a potem spuścił wzrok i pokiwał powoli głową.

– Rozumiem. Myślałem, że czarodziejki nie mogą mieć…

– Ja też – przerwała mu Visenna. – A jednak. Ja… ja nie mogę go zatrzymać. Krąg mi na to nie pozwoli. Poza tym parę dni przed tym jak się zorientowałam, miałam dziwny sen. Może nawet wizję. Musisz zabrać tego chłopca, Vesemir. Tak po prostu musi być, nie potrafię tego wyjaśnić.

– Nie musisz się tłumaczyć. – wiedźmin uniósł swoje ciemnożółte oczy na Visennę. – Ale musisz wiedzieć, że życie, jakie prowadzą wiedźmini, nie należy do łatwych. Jeśli w ogóle przeżyje próby i zmiany, będzie pogardzany i wyklinany. Stanie się wyrzutkiem. Wielu będzie robić wszystko, by uniknąć zapłaty, podczas kiedy on będzie się narażał. Żaden wiedźmin nie umarł jeszcze w swoim łożu. Muszę ci zatem zadać ważne pytanie. Czy jesteś tego pewna?

– Tak – odparła Visenna. – Najlepszą rzeczą, jaką mogę w tej chwili zrobić, to oddać go w twoją opiekę. Teraz to widzę.

– W takim razie muszę pomyśleć w drodze nad jakimś imieniem.

– Nie. Ja doskonale wiem, jak go nazwiesz.

– Jak? – spytał wiedźmin.

Visenna patrzyła na Vesemira, wyczekując. Powietrze wokół wydawało się tężeć, jakby to, co miała zaraz powiedzieć, było zwiastowaniem czegoś, co na zawsze odmieni świat Królestw Północy.

– Geralt. Nazwiesz go Geralt.

Koniec

Komentarze

Okej, są plusy dodatnie i plusy ujemne. 

Dodatnie – to bardzo porządne, solidnie napisane opowiadanie. Jeśli to naprawdę pierwsze twoje duże opowiadanie, to istotnie, masz szansę całkiem sporo osiągnąć. Do tego użycie wątków Vesemira i Visenny – bardzo fajne.

Plusy ujemne – mocno przypomina opowiadania Sapkowskiego. Minus polega na tym, że w ten sposób nie unikniesz porównań. Ot choćby pierwsza scena z leszym – niby okej, ale bardzo, bardzo brakuje jej dynamizmu. Jest za długa. Najpierw rozważania, czy to aby na pewno jakiś nekker, skolopendromorf, a może leszy, bo takie a nie inne ślady zostawił, ale nietypowe, ale może jednak nie, bo nie atakował typowo, a może to coś innego… A potem wiedźmin, trzymający potwora na wyciągnięcie miecza, ale zastanawiający się, czy aby na pewno ten leszy jest normalny, bo chyba inaczej się zachowuje, a może magicznie kierowany, a moze… I tak dalej. 

Przede wszystkim – próby naśladowania Sapkowskiego w opisach walk, to lipa. Cokolwiek by nie twierdzić o jego pisaniu, to walki – mistrzostwo. Nawet, jeśli nieprawdopodobne. Potrzebne jest inne podejście. Dlatego pierwsza scena Twojego tekstu jest najsłabsza. Ale poza tym – naprawdę nieźle! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki! Co do naśladowania ASa, to jak najbardziej w sporej mierze to robiłem, tak jak zresztą prawie wszyscy uczestnicy konkursu, bo też takie były założenia – aby było to coś co ewidentnie przywodzi na myśl ASa, łącznie z elementami stylu, ale też żeby przy okazji dodać coś od siebie, żeby był “o krok więcej” niż to. W to właśnie celowałem. Czy jest to lipa czy też nie.

Normalnie zapewne bardziej starałbym się o jak największą niezależność stylistyczną, ale to po prostu było wpasowanie się w pewne oczekiwane ramy, co tu dużo gadać. A co do opisów walk tylko i wyłącznie w pierwszej scenie mocno się opierałem o ASa, ale miałem też ku temu pewien konkretny cel. Później już w przypadku walki – nie zamierzałem próbować naśladować mistrza nieco randomowo stosowanych terminów szermierczych, dlatego też rozwiązałem to tak, a nie inaczej ;)

Pierwsza scena jest troszkę przydługa, zgadzam się. Ale ciężko było mi się zdecydować co z niej wywalić, więc tak już zostało. No coż, nie ma doskonałych opowiadań!

Dzięki za przeczytanie i podzielenie się uwagami!

Wiedźmin pochylił się nad kupką zdartej ziemi i przyjrzał śladom.

Nienaturalnie, na siłę ominięte “się”, a wystarczyłoby napisać: “i obejrzał ślady”

 

Do tej pory zawsze kończyło się to tak samo – ludzie ginęli bez wieści, aż do czasu, kiedy ktoś odnajdywał porozrzucane resztki nieszczęśników podchodzących na skraj lasu o zmierzchu.

Dysonans. Zawsze kończyło się tak samo, bo ludzie ginęli bez wieści, czy dlatego, że odnajdowano ich resztki?

 

Skrócił o dwie dziurki przecinający pierś na ukos pas, na którym z drugiej strony, w ozdobnej pochwie, spoczywał pokryty runicznymi znakami miecz.

 

Z trzeciej strony nie bardzo wiadomo, czym jest owa druga strona. Szczególnie pasa. Ta wewnętrzna? “na którym spoczywał na jego plecach miecz”?

 

Wyciągając zza pazuchy przygotowane wcześniej flakoniki z ciemnego szkła, odciągnął zębami korki, wypluł je, a następnie wypił zawartość obu naczyń do dna, puste flakoniki chowając z powrotem za pazuchę.

“Je”?

Poza tym ciężko odciągnąć korki z flakoników jednocześnie je, korki, wyciągając. Lepiej chyba:

“wyciągnął” i kropka po ciemnym szkle. Jedno po drugim.

 

Przestąpił dwa, nieco chwiejne, kroki i podparł się na rosnącym obok młodym jesionie.

Da się oprzeć na jesionie nie rosnącym obok?

 

Za horyzontem miasta czerwona łuna wieczornego słońca znikała niepokojąco szybko, ustępując miejsca ciemnościom. Wydłużały się mroczne kałuże cieni rzucanych przez stare i pokrzywione drzewa

Jeśli słońce już czerwone i znika za horyzontem, cienie nie wydłużają się, lecz, uwaga, “ustępują miejsca ciemności” ;)

 

W normalnych warunkach nikt z cechu wilka nie polowałby na tego typu potwora po zmroku, jednak ataki zdarzały się wyłącznie wtedy.

Dziwne zamieszanie. Kto atakował, polując? :)

 

Za dnia wyśledzenie legowiska potwora okazało się niemożliwe, nawet dla kilku grup żołnierzy z wprawionymi leśniczymi na czele. Wiedźmin również rozejrzał się w ciągu dnia po okolicy, w której dochodziło do ataków.(…) Za kilka dni wypadało Saovine

Z drugiej strony jednak, miał świadomość zbyt wielu niewiadomych oraz rzędu tajemniczych sprzeczności

Niezbadany umysł wiedźmina… ;)

 

Spojrzał pod nogi, gdzie, bez trudu przebijając wzrokiem ciemność, zauważył, że jego kostki utonęły w morzu późnych wrzosów.

Szkoda, że nie potrafił przebić wzrokiem późnych wrzosów. Późnych? Znaczy takich listopadowych? Bo słowo “późne” przy wrzosach tak jakoś chyba wymaga wytłumaczenia. Szczególnie, że chwilę wcześniej jest: “Chwilę później poczuł”

 

Pomimo wypicia kota – eliksiru który pozwalał widzieć w najgłębszym mroku – wiedźmin miał pewien problem ze zidentyfikowaniem kształtów stworzenia, siedzącego w koronie dębu.

Jest czemu się dziwić… szczególnie, że nie potrafił dostrzec czubków butów w “późnym wrzosie” ;)

 

(Potwór – lesz) Widział sztych wymierzonego wprost w niego, pokrytego runicznymi znakami oręża i czekał na sposobność. Wiedźmin nie zamierzał jednak dać się złapać na nieuwadze i zaczął powoli okrążać leszego

Skoro wymiarzał oręż, to najwyraźniej nie zamierzał. 

Okrążanie w pojedynkę jest zupełnie magiczną zdolnością, warto zaznaczyć, że wiedźmiak użył tej mocy. 

 

Pod stopą wiedźmina trzasnęła sucha gałązka wiązu

Fakt, gałązki wiązu trzaskają zupełnie inaczej niż wszelkie inne, szczególnie w środku lasu.

 

Korzystając z impetu obrotu, natychmiast wywijając odwrotny piruet,

Czyli zawracając (z impetem) karuzelę? ;)

 

(Wiedźmin) Chybił. Stwór odskoczył (…). tuż nad nim wyrosła raptem sylwetka tajemniczego człowieka, jedną ręką trzymającego miecz, a drugą, z palcami złożonymi w skomplikowany znak, mierzącego w potwora. Kopiąc szponiastą nogą, zwalił łowcę na chronione utwardzaną skórą kolano.

Zgubiłem podmiot. :) Stwora…

 

Wykorzystując wybicie z rytmu, wykonał kilka szybkich uników, każdy w innym kierunku

Jak to z unikami :D

 

Stwór, po raz kolejny dotkliwie raniony bezlitośnie zimnym metalem, zaczął głośno wyć.

 Da się wyć tak troszkę cicho? 

 

Wiedźmin odetchnął i otarł o skórzany rękaw ostrze miecza, który schował do pochwy na plecach.

Trudno, schować i jednocześnie ocierać, czy nie? ;)

 

Aaaaa, już wiem, ale jestem głupol…. :D

To tekst z Grafomanii :)

 

Przepraszam, ale nawet nie ma sensu komentować tego powyżej. Być może i są tam błędy, ale niektóre argumenty są po prostu tak niebotycznie absurdalne, że aż mi się śmiać chce :D Więc albo ktoś tu się zwyczajnie czepia zamiast ocenić, bo ja wiem, czy historia jest jakkolwiek ciekawa, albo czy bohaterowie są dobrze napisani i twierdzi, że kilka zdań wyrwanych z kontekstu jest najwyraźniej tak straszliwie niezrozumiała, że szok, albo jestem faktycznie grafomanem! No jak można taką grafomanię uprawiać! Cóż za wstyd! Ciekawe, że te "uwagi", nie wychodzą poza pierwszą scenę – rozumiem, że nie dotarłeś do końca? No najwyraźniej takie łajno. Trudno się mówi.

 

Ciekawe, że te "uwagi", nie wychodzą poza pierwszą scenę – rozumiem, że nie dotarłeś do końca?

Nie, fakt :) Koniec niestety nie zawsze wieńczy. Ale było mi trudno po prostu. Jeśli sobie życzysz, to dotrę, choć nie bardzo mam na cokolwiek czas.

 

Przepraszam, ale nawet nie ma sensu komentować tego powyżej. Być może i są tam błędy, ale niektóre argumenty są po prostu tak niebotycznie absurdalne, że aż mi się śmiać chce :D

Cieszę się, że Cię rozbawiłem :) Wiem, że czasem bywam zupełnie absurdalny :)

To, co napisałeś, nie jest w żadnym wypadku “łajnem”. 

Przepraszam, jeśli odniosłeś takie wrażenie i to ze względu (chyba) na mnie. 

Przecież nie napisałem, że źle się czytało ;)

 

Jest jakaś historia, mocno osadzona w uniwersum wiedźmina. Fajnie było spotkać znane postacie i miejsca.

Co do pierwszej sceny… Ja bym ją całkiem wywaliła. Nic nie wnosi, pokazuje tylko, czym na co dzień zajmują się wiedźmini. Ale jeśli ktoś czyta opowiadania z tego konkursu, to zapewne już wie. Potem nijak do tej walki z leszym nie nawiązujesz.

W ogóle trochę bym poskracała. Często opisy wydają mi się zanadto kwieciste i zbyt szczegółowe. Na przykład jasne, że żeby zakołatać, trzeba znaleźć się tuż przy drzwiach i złapać kołatkę. Gdyby ktoś załomotał siłą woli, to wtedy owszem, można się pokusić o dokładniejszą relację.

I sporo usterek typowych dla początkujących. Czasem błędny zapis dialogu, powtórzenia i inne potknięcia.

– Co u Was robi tylu druidów, panie?

W dialogach ty, twój, pan itp. piszemy małą literą. Tylko w listach dużą.

Królowa miała na sobie szkarłatną suknię, kontrastującą z wielkim jak pięść szafirem, którym wysadzana była zwisającą z jej szyi kolia.

Biedactwo. Tak latać z kamorem na szyi musi być potwornie niewygodnie. I łańcuszek pewnie się strasznie w ciało wrzyna.

– Niestety jestem chwilowo skazany na jego obecność i tą grę pozorów

Tę grę. Chyba wypada, żeby król wyrażał się poprawnie.

Mimo to, patrząc na leżącego mężczyznę, żołądek podszedł jej niemal do gardła.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to żołądek patrzył.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam bez przykrości, ale i przyjemności specjalnej nie zaznałam. Ot, jeszcze jedna opowieść o wiedźminie, podejmującym się kolejnego zlecenia, a do tego garść intryg dworskich. Miejscami przegadane.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

oraz różne do­ko­na­nia owego łowcy po­two­rów. Nie­któ­re z tych do­ko­nań były praw­dzi­we… –> Czy to celowe powtórzenie? 

 

z kolei spo­sób ob­cho­dze­nia się z ofia­ra­mi – na pod­cho­dzą­ce­go wy­jąt­ko­wo… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

pod­parł się na ro­sną­cym obok mło­dym je­sio­nie. –> Raczej: …wsparł się na ro­sną­cym obok mło­dym je­sio­nie.

Podpieramy się czymś, np. laską/ kosturem, nie na czymś.

 

Wie­dział, że na szali stała tu re­pu­ta­cja pro­fe­sji, któ­rej słusz­ność nie­jed­no­krot­nie była pod­wa­ża­na. –> Czy mam rozumieć, że reputacja profesji może mieć słuszność?

 

szy­ku­jąc się do od­sko­ku, stwo­rze­nie, na które po­lo­wał, rzu­ci­ło się bły­ska­wicz­nym sko­kiem wprost na niego… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

na chwi­lę dez­orien­tu­jąc be­stię, która jesz­cze przed chwi­lą wy­da­wa­ła się… –> Jak wyżej.

 

Tylko dla­cze­go ata­ku­jesz tylko po zmro­ku? –> Jak wyżej.

 

nie po­zwa­la­jąc be­stii wy­czuć do­brze mo­men­tu. –> Momentu czego?

 

Pod stopą wiedź­mi­na trza­snę­ła sucha ga­łąz­ka wiązu. –> Wiąz w lesie, powiadasz… Ciekawostka raczej, albowiem wiąz rośnie zazwyczaj pojedynczo lub w niewielkich grupach z nielicznymi drzewami.

 

Ko­rzy­sta­jąc z im­pe­tu ob­ro­tu, na­tych­miast wy­wi­ja­jąc od­wrot­ny pi­ru­et, ciął na odlew mie­czem w miej­sce, gdzie po­wi­nien znaj­do­wać się leszy. –> Chyba nieco zagmatwałeś…

Na czym polega wywijanie odwrotnego piruetu? Czy chodzi o to, że obrócił się w drugą stronę?

 

ciął na odlew mie­czem w miej­sce, gdzie po­wi­nien znaj­do­wać się leszy. Chy­bił. Stwór od­sko­czył i rów­nież od­po­wie­dział szyb­kim jak wi­cher ata­kiem. Nagle zo­ba­czył dziw­ny błysk i coś od­rzu­ci­ło go w tył, jakby obe­rwał nie­wi­dzial­nym mło­tem ude­rza­ją­cym znie­nac­ka w tułów. –> Ale kto oberwał? Bohater czy potwór?

 

Ko­piąc szpo­nia­stą nogą, zwa­lił łowcę… –> Masło maślane. Czy można kopać inaczej, nie nogą?

 

Po­twór runął przed sie­bie, sza­leń­czo mio­ta­jąc ła­pa­mi uzbro­jo­ny­mi w szpo­ny o dłu­go­ści przed­ra­mie­nia. –> Czyjego przedramienia?

 

Łowca za­wi­ro­wał w od­sko­ku i nie­spo­dzie­wa­nie za­trzy­mu­jąc pi­ru­et… –> Zatrzymał piruet czy sam się zatrzymał? A może piruet wirował niezależnie od łowcy?

 

na li­sto­wie spa­dła ogrom­na ko­ści­sta łapa z rzą­dem za­krzy­wio­nych szpo­nów. –> Chyba miało być: …na li­sto­wie spa­dła ogrom­na ko­ści­sta łapa z rzę­dem za­krzy­wio­nych szpo­nów.

 

Stwór, po raz ko­lej­ny do­tkli­wie ra­nio­ny bez­li­to­śnie zim­nym me­ta­lem, za­czął gło­śno wyć. –> Masło maślane. Wycie jest głośne w definicji.

 

Srebr­ny brzesz­czot bły­snął znowu, nie­mal śpie­wa­jąc w po­wie­trzu pod­czas cię­cia. –> Co srebrny brzeszczot ciął w powietrzu?

 

Głowa le­sze­go wy­le­cia­ła w górę, upa­da­jąc po chwi­li głu­cho na darń. –> Darń w lesie? Chyba raczej na runo lub ściółkę.

 

Wolno po­su­wa­jąc się ku ro­sną­cej w od­da­li En­se­na­dzie, tę­sk­nił już za sio­dłem swo­je­go konia. W miarę po­su­wa­nia się na­przód… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

– Za to lubi wy­do­by­wa­ne tam złoto – do­my­ślił się Ve­se­mir. –> – Za to lubi wy­do­by­wa­ne tam złoto.Do­my­ślił się Ve­se­mir.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

– Spo­koj­nie, je­dy­nie żar­to­wa­łem. – od­rzekł wiel­mo­ża… –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Thys­se­ni­dzi, ród o bar­wach szkar­ła­tu, na­stał jako nowy… –> Co to znaczy ród o barwach szkarłatu? Czu ono rodzili się szkarłatni?

 

Wiedź­min z pewną ulgą wy­czuł pod butem twar­dy grunt w po­sta­ci dro­gie­go su­row­ca, z któ­re­go było zbu­do­wa­ne wej­ście do pa­ła­cu. –> W jaki sposób wiedźmin wyczuł, że surowiec użyty do budowy drogi był kosztowny i dlaczego sprawiło mu to ulgę?

 

Ener­gicz­nym kro­kiem prze­szedł przez scho­dy oraz ko­lum­na­dę –> Przeniknął???

 

Jeden z dwo­rzan wyjął z po­chwy ozdob­ny ra­pier i wzniósł go wy­so­ko w górę. –> Masło maślane. Czy mógł wznieść rapier wysoko w dół?

 

któ­rzy rów­nież wznie­śli w górę, co mieli pod ręką – in­kru­sto­wa­ne ra­pie­ry, złote bu­ła­wy, srebr­ne pu­cha­ry, a kto nie miał nic pod ręką, zdjął z głowy ka­pe­lusz i rów­nież wzniósł go w górę. Je­dy­ny­mi oso­ba­mi, które ni­cze­go nie wznio­sły… –> Kolejne paczki masła maślnego. Powtórzenia.

 

Ale, wy­staw sobie, mło­de­mu Bal­dwi­no­wi się to udało. –> Czy był również stary Bal­dwi­n­?

 

No więc kró­le­wicz nad tym je­zio­rem chciał na­po­ić konia, pod­szedł więc z wierz­chow­cem… –> Powtórzenie.

 

bo już czas kró­le­wi­cza za kogoś wydać… –> Za kogoś/ za mąż wydaje się dziewczynę, chłopaka, także królewicza, można co najwyżej z kimś ożenić.

 

spy­tał Pa­stard, na­le­wa­jąc sobie ko­lej­ny, tym razem peł­niej­szy pu­char. –> Nalewał nie puchar, a do pucharu.

Proponuję: …spy­tał Pa­stard, kolejny raz napełniając puchar, tym razem pełniej/ po brzegi.

 

choć Bal­dwin na­le­gał na na­tych­mia­sto­wej eg­ze­ku­cji. –> …choć Bal­dwin na­le­gał na na­tych­mia­sto­wą eg­ze­ku­cję.

 

A od tego czasu kró­le­wicz na­brał jesz­cze więk­szej ob­se­sji… –> Można mieć obsesje, ale chyba nie można jej nabrać.

 

by od­czy­nić klą­twę dziew­ki. –> To nie dziewka rzuciła klątwę.

Proponuję: …by zdjąć klą­twę z dziew­ki.

 

jeden z ła­bę­dzi na ko­niec urżnął kró­le­wi­cza w palec. –> Czym rżną łabędzie?

 

– Aż jakiś ty­dzień z okła­dem wstecz… –> – Aż jakiś ty­dzień temu z okła­dem

 

– Myślę, że Bal­dwin bę­dzie pierw­szym, który bę­dzie chciał cię przy­mknąć. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

A w końcu wy­pro­si o to ojca. –> A w końcu po­pro­si o to ojca. Lub: A w końcu wy­pro­si to u ojca.

 

Ve­se­mir usiadł obok drze­wa, wśród ży­wo­pło­tu, na jed­nej z cio­sa­nych z ka­mien­ne­go bloku ławek. –> Ławka stała w żywopłocie???

 

wśród ze­bra­nych na sali tro­no­wej osób. –> …wśród ze­bra­nych w sali tro­no­wej osób.

 

Ga­wę­dzi­li o czymś cicho, kiedy jed­nak zbli­ży­li się do wiedź­mi­na, urwa­li roz­mo­wę

i przy­sta­nę­li na chwi­lę. –> Zbędny enter.

 

uśmiech­nął się for­mal­nie dy­gni­tarz. –> Jak wygląda formalny uśmiech?

 

Zwy­kłem być do­wód­cą jed­ne­go z od­dzia­łów armii ce­sar­skiej… –> Czy to znaczy, że dygnitarz miał zwyczaj być dowódcą, np. wedle nastroju i ochoty?

 

– Jak roz­ka­żesz, wasza wy­so­kość – Nil­fga­ard­czyk ukło­nił się dwor­nie i spoj­rzał prze­ni­kli­wie

w oczy wiedź­mi­na. – Zbędny enter.

 

Spo­śród tego,co o mnie mówi… –> Brak spacji po przecinku.

 

Cięż­ko po­wie­dzieć, królu. –> Raczej: Trudno po­wie­dzieć, królu.

 

– Wszy­scy wi­dzie­li we mnie sza­leń­ca, kiedy wy­szła wieść o tym, że Agnes ze mną ucie­kła. –> Raczej: …kiedy rozeszła się wieść

 

by­ła­by to spo­sob­ność na upie­cze­nie dwóch prze­pió­rek na jed­nym ogniu… –> …by­ła­by to spo­sob­ność na upie­cze­nie dwóch pieczeni na jed­nym ogniu

 

– Pani, nie krzycz­cie tak, bo pół mia­sta się zleci! – uspo­ka­jał stary sta­jen­ny. –> Zbędny wykrzyknik. Skoro uspakajał, to chyba nie krzyczał.

 

Do­strzegł, że zie­lo­ne oczy, ubra­nej w męski strój ko­bie­ty, roz­sze­rzy­ły się nieco na jego widok, spod pło­mien­no­ru­dych wło­sów, spię­tych opa­ską z wę­żo­wej skóry. –> Czy dobrze rozumiem, że wiedźmin zrobił wrażenie na kobiecie, ukazując się spod pło­mien­no­ru­dych wło­sów, spię­tych opa­ską z wę­żo­wej skóry?

 

Bliź­nia­cy na­tych­miast sta­nę­li u boku przy­szłe­go na­stęp­cy tronu. –> Baldwin jest następcą tronu już teraz, w przyszłości miał zostać królem.

 

jego wnętrz­no­ści, przy­trzy­my­wa­ne przez nie­ru­cho­me już ręce, wy­sta­wa­ły spo­mię­dzy bla­dych pal­ców. Jego oczy roz­war­te były sze­ro­ko w prze­ra­że­niu. Krew po­kry­wa­ła jego twarz… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

na­da­jąc jej upior­ne­go wy­glą­du. –> …na­da­jąc jej upior­ny wy­glą­d.

 

Vesemir, zabierz dziewczynę. Potrzebuję miejsca.

Wiedźmin chwycił dziewczynę za ramiona. Ta skuliła się, drżąc na całym ciele. Vesemir podniósł ją i odciągnął kilka cali. Dziewczyna zaczęła […] krzyczała dziewczyna.

Vesemir puścił jasnowłosą, która natychmiast przywarła znowu do ciała mężczyzny.

– Forn? – spytał Vesemir, wskazując na zabitego. – Forn Rotbart, czarodziej?

Dziewczyna, płacząc, kiwnęła głową. Vesemir spojrzał na Visennę, która wyglądała na zaniepokojoną.

– Co się tutaj stało? – spytał Vesemir.

Dziewczyna milczała przez chwilę. –> Powtórzenia.

 

Zna­leź­li mnie

i przy­gar­nę­li wę­drow­ni cyr­kow­cy. –> Zbędny enter.

 

Forn chciał ich od­stra­szyć cza­rem, ale jego ban­dy­ci byli szyb­si. –> Bandyci Forna?

 

Nie, to ostat­nia rzecz, ja­kiej chce. –> Literówka.

 

Nie chcę też, żebyś zdej­mo­wał ze mnie uroku. –> literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo przyzwoite opowiadanie, ładnie osadzone w świecie Wiedźmina. Fabuła ciekawa, może trochę przyspieszyłbym początek. Podobały mi się zaskoczenia i to, że wszystko połączyło się w miarę sensowną całość. Z minusów – zgubiłeś gdzieś w fabule Pastarda.

Sympatyczne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka