- Opowiadanie: AQQ - Jasna - część II

Jasna - część II

Dodaję, tym razem jako fragment, a właściwie dalszy ciąg. Wiem, że były osoby, które chciały poznać dalsze losy bohaterów, więc proszę. Będę wdzięczna za wszelkie uwagi i wyłapanie  baboli.

Oceny

Jasna - część II

Armir i jego kompani popędzali konie i gnali na złamanie karku, by jak najszybciej znaleźć się w Ninie. Chłopak miał dzień spóźnienia i wiedział, że ojciec będzie wściekły. Co prawda król wyraził zgodę, by jego syn odłączył się od orszaku i ostatnie chwile wolności spędził Pod Lipkami wraz z Morim i innymi, ale w stolicy mieli się stawić już dzień wcześniej. Gdyby nie pijaństwo i ta cała afera w burdelu, a na koniec starcie z miejscowymi i ucieczka, pewnie wszystko przebiegałoby zgodnie z planem. Na szczęście Armir doszedł już do siebie i był gotowy stawić czoła nie tylko ojcu, ale też przyszłej małżonce, która, o ile konterfekt nie kłamał, była kobietą niebanalnej urody. Właściwie tylko to pocieszało księcia, bo związanie się na całe życie z kimś, kogo nigdy się nie spotkało, wydawało się czystym szaleństwem. Z drugiej jednak strony całe to małżeństwo traktował jak swego rodzaju przygodę i możliwość wyrwania się z surowego i chłodnego Rokaru. Wciąż jednak nie dawało mu spokoju to, co usłyszał od Morweny.

Kiedy wieczorem dotarli do Ninu, okazało się, że Armir się nie mylił. Król Erik rzeczywiście był wściekły.

– Gdzie ty się włóczysz?! – warknął na widok syna. – Czy zdajesz sobie sprawę, że twoja nieobecność postawiła pod znakiem zapytania nasz sojusz z Plantarią?!

– Wybacz, ojcze. – Armir udał skruchę. – Nastąpiły pewne komplikacje.

– Jakie komplikacje? Czy już wszystko w porządku?

– Tak.

– To dobrze, później mi opowiesz. Najważniejsze, że w końcu jesteś. Zaraz czeka cię spotkanie z przyszłą małżonką i chyba nie muszę ci mówić, że powinieneś zaprezentować się jej jak książę, a nie jak pospolity włóczęga. – Erik krytycznie spojrzał na syna. – Zrób coś ze sobą, byle szybko.

Armir już miał wyjść z komnaty, jednak odwrócił się do ojca i powiedział:

– Spotkałem po drodze jasną z Plantarii. Powiedziała, że Raaz nie pobłogosławiła mojego małżeństwa.

– Jechała na ślub? Jest już tutaj?

– Nie. Pewnie dopiero jutro staną w grodzie.

– Staną? Nie była sama? A inne jasne?

– Była z wnuczką i dwoma ludźmi.

– To było do przewidzenia, że jasne zjawią się na ślubie. Przed nimi nic się nie da ukryć. – Erik się zamyślił. – Pewnie będą chciały zapobiec temu małżeństwu.

– Skoro Raaz nie…

– To nie jest konieczne, synu.

– Ale przecież…

– Zaufaj mi. To, co robimy, przyniesie korzyść nam wszystkim, nawet jeśli wola Raaz jest inna. Zresztą powinniśmy skończyć raz na zawsze z tymi zabobonami i przestać ślepo wierzyć w jej nieomylność.

– Więc ślub się odbędzie zgodnie z planem?

– Nie. Ślub się odbędzie dzisiaj. Zgotujemy jasnym niespodziankę.

 

***

 

– Czy to właśnie tutaj? To jest to miejsce? – zapytała Nila, wpatrując się w turkusową taflę jeziorka, otoczonego lasem.

– Tak. Właśnie tam się zbieramy – przytaknęła Morwena, wskazując pasmo wapiennych skał, rozciągające się na przeciwległym brzegu. – Teraz i ty do nas dołączysz.

– Wydaje mi się… – zaczęła dziewczyna.

– Źle ci się wydaje – przerwała jej stanowczo babcia. – Teraz mamy pewność, że masz moc i jesteś jedną z nas.

– Ale ja jeszcze nie wiem wszystkiego!

– Nikt nie wie wszystkiego. Musisz zaufać przede wszystkim Raaz i swojej intuicji.

– A te wszystkie zaklęcia? Te słowa, które wymawiasz, kiedy kogoś leczysz? – dopytywała się dziewczyna.

– Widziałaś, co robię, gdy kogoś leczę? – zapytała Morwena.

– Kiedyś widziałam, jak byłam mała, no i wczoraj, gdy leczyłaś Armira.

– Widzisz, jak rzadko używam mocy. No i co wtedy robię?

– Przykładasz dłonie i mówisz coś w niezrozumiałym języku.

– Mylisz się. Ten język nie jest niezrozumiały. Proszę Raaz o łaskę uzdrowienia, a moc sprawia, że dla innych te słowa brzmią, tak jak brzmią. Powinnaś je już zrozumieć, kiedy prosiłam Raaz o siłę dla ciebie, po twojej pierwszej wizji.

– No, chyba rzeczywiście coś słyszałam, ale niewiele pamiętam. Czułam się wtedy jakbym dostała obuchem w głowę.

– Masz rację, to nie jest miłe uczucie – przyznała Morwena. – Dlatego mamy zioła, które pomagają nam wrócić do równowagi. Widziałaś, jak przygotowywałam ci mieszankę i teraz sama będziesz umiała ją zrobić.

– Bez problemu – przytaknęła Nila.

– A teraz chodź, przygotujemy nową mieszankę. Będziemy potrzebowały dużo siły, bo niedługo spotkamy się z innymi jasnymi i wraz z nimi będziemy prosić Raaz o mądrość i wskazówki, co mamy czynić dalej.

– Ja też?

– Nila, czy tobie wszystko trzeba powtarzać dwa razy?

 

Morgan z Ilanem zostali nad brzegiem jeziora, a Nila z babcią ruszyły w stronę skał. Kiedy pokonały wąskie wejście do jaskini, którego strzegły gęste zarośla, przeszły długim ciasnym korytarzem, oczom Nili ukazała się ogromna grota. Pośrodku, na dużym płaskim kamieniu stała drewniana misa, z której bił blask, oświetlający kilka postaci siedzących na kamieniach ułożonych w krąg.

– Witajcie – powiedziała Morwena.

– Widzę, że nie jesteś sama, Morweno – odezwała się niska kobieta o dobrodusznej twarzy i podniosła się z kamienia.

– Cieszymy się, że jest nas więcej. Czy to Jasnila? – weszła jej w słowo druga kobieta o identycznej aparycji.

– Nila! Nie Jasnila – zaprotestowała dziewczyna. Nigdy nie lubiła, kiedy zwracano się do niej pełnym imieniem.

– Nila. – Trzecia z kobiet podeszła i długo, dokładnie taksowała nową jasną zimnymi szarymi oczami. – Obudziła się w niej w końcu moc? Coś długo to trwało – dodała sceptycznie.

– Tak – przyznała Morwena, po czym zwróciła się do Nili. – To jest Agata, jasna z Rokaru. Jak zauważyłaś ciepła w niej tyle, co w otaczających nas kamieniach. A te dwie sympatyczne niewiasty, to Lisa i Katka z Animaru. Bliźniaczki.

– Skoro wszystkie już się znamy, to może przejdziemy do ważniejszych spraw – zniecierpliwiła się Agata. – Jak się ujawniła moc Nili?

– Miała już pierwszą wizję, i to w dodatku bardzo niepokojącą – wyjaśniła Morwena.

– Zaraz same to ocenimy – powiedziała Lisa i chwyciła dziewczynę za rękę. Pozostałe kobiety również podeszły i utworzyły krąg.

Nila poczuła, jakby ktoś wdzierał się do jej głowy i zmuszał do tego, żeby jeszcze raz przeżyła wesele Armira. Tym razem jednak wszystko przebiegło bezboleśnie, a odtwarzaniu wspomnień nie towarzyszyły żadne skutki uboczne.

– Jest źle. Tego się nie spodziewałam – powiedziała Katka i pokręciła głową.

– Tak się właśnie dzieje, kiedy nasi władcy zaczynają działać na własną rękę – podsumowała Agata.

– Widać, że Raaz jest wściekła. Zobaczymy, co jeszcze ma nam do przekazania. – Morwena sięgnęła do przewieszonej przez ramię torby i wyciągnęła z niej dwa płócienne woreczki. Jeden z nich podała Nili.

– Co to jest? – zapytała dziewczyna.

– Suszone kwiaty jaśminu. Dar dla Raaz – wyjaśniła Morwena. – Weź garść i wrzuć do misy.

– A ty co masz, babciu?

– Owoce morwy. Też zasuszone.

Nila podeszła do naczynia, w którym znajdowała się garść mieniących się kamieni, oraz kilka zwierzęcych kości. Domyśliła się, że były to dary od pozostałych jasnych. Dorzuciła susz ze swojego woreczka i patrzyła, jak Morwena robi to samo. Zawartość misy rozbłysnęła jeszcze jaśniejszym światłem.

– Zaczynajmy – powiedziała Morwena. – Nila, nie bój się niczego.

– Co mam robić? – zapytała dziewczyna. Było widać, że jest zdenerwowana.

– Proś Raaz o mądrość, o łaskę, i o wskazówki.

– Ale jak?

– Tak jak najlepiej potrafisz, dziecko. – Lisa uśmiechnęła się do nowicjuszki serdecznie.

Kobiety znów chwyciły się za ręce i stanęły wokół misy. Nila patrzyła, jak pozostałe jasne w skupieniu szepczą prośby do bogini. Katka i Lisa miały zamknięte oczy, Morwena wpatrywała się w blask bijący z naczynia z darami, a Agata wzniosła wzrok ku górze. Dziewczyna przymknęła oczy i również zaczęła szeptać. Podobnie jak przy pierwszej wizji otoczyła ją jasność i zaczęła się unosić. A potem zobaczyła i poczuła, jakby tam była…

 

Komnatę wypełniała kusząca woń potraw, którymi zastawiony był stół. W pierwszej chwili uderzał w nozdrza ostry zapach czosnku, którym obficie doprawione było mięso, jednak dawało się też wyczuć jałowiec, przeplatający się z aromatem majeranku i mięty. Pachniało również bigosem, choć co do tego, czy był to przyjemny zapach, można by polemizować. Jasne światło świec odbijało się na powierzchni srebrnych pucharów wypełnionych winem i pater pełnych owoców i warzyw. Noc była ciepła i cicha, jednak nadciągające z południa ciężkie burzowe chmury, zapowiadały, że cisza ta nie potrwa długo. W momencie, kiedy pierwsza błyskawica przecięła niebo, siedzący przy stole starszy mężczyzna nabił na nóż kawał ociekającego tłuszczem mięsa, odgryzł spory kęs i przez chwilę rozkoszował się jego smakiem.

– Jedz, Eriku – zachęcał swojego towarzysza – doskonały prosiak. A może masz ochotę na dzika albo bażanta? Sprowadziłem ostatnio z Animaru. Co jak co, ale dziczyzny i ptactwa nigdzie lepszych nie znajdziesz.

– Dziękuję, Rufusie, ale wolę wino. – Erik dystyngowanym ruchem sięgnął po puchar i uniósł go. – Twoje zdrowie, przyjacielu.

– O tak, tak. Plantaryjskie wino najlepsze. Nie to, co te szczyny z północy – zarechotał Rufus i opróżnił swój puchar do dna, po czym otarł usta rękawem. Nie zdołał jednak przy tym usunąć resztek jedzenia wplątanych w siwą brodę. Czystość rękawa również pozostawiał wiele do życzenia, co mogło tylko świadczyć o tym, że był do tego celu wykorzystywany często i chętnie. Zamiłowanie króla do obżarstwa było powszechnie znane, jednak w Eriku budziło niesmak.

– Sery również godne królewskiego stołu, a do tego te słodkie owoce. – Młodszy mężczyzna wziął kiść winogron i położył na leżącym przed nim srebrnym talerzu.

– Owoce dobre to i wino dobre. Bydło dobre, mleko dobre, to i sery najlepsze – skwitował Rufus, po czym rozpiął pas i nałożył sobie na talerz kolejną porcję. – Tak sobie tutaj siedzimy, rozprawiamy o rozkoszach stołu, ale mam wrażenie, że twoja niespodziewana wizyta ma charakter nie tylko kurtuazyjny. Z czym zatem przybywasz?

– Przyjechałem ubić z tobą interes – odparł Erik i rozparł się wygodnie na rzeźbionym krześle z podłokietnikami. Przez chwilę bawił się jednym ze złotych pierścieni, zdobiących jego palce. Ten akurat ozdobiony był diamentem wielkości sporej rzodkiewki.

– A to ciekawe? – zainteresował się Rufus i zaczął rozpinać guziki kaftana. Kiedy jego tłusty brzuch został uwolniony, odetchnął z ulgą. – Słucham cię uważnie.

– Jesteś coraz starszy, a twoja Lena jest już w tym wieku, że czas ją wydać za mąż. Bogini Raaz nie pobłogosławiła cię synem, więc warto się zastanowić, kto zasiądzie na tronie Plantarii, kiedy ciebie zabraknie.

– Myślisz, że wybieram się już na tamten świat? – sapnął grubas.

– Ależ skąd! – zaprzeczył Erik, choć dobrze wiedział, że przy takim trybie życia Rufus nie pociągnie zbyt długo. – Myślę tylko, że warto zawczasu zadbać o pewne sprawy.

– To prawda, że nie mam syna, a i na córkę przyszło mi czekać bardzo długo. Prawie straciłem nadzieję, że doczekam się dziecka…

– Proponuję zatem – Erik wszedł mu w słowo – połączyć twoją córkę z moim synem Armirem.

Jeszcze jakiś czas temu Erik zastanawiał się, czy sam nie powinien starać się o rękę córki władcy sąsiedniego królestwa, doszedł jednak do wniosku, że to nie byłoby dobrze odebrane, a Rufus nabrałby podejrzeń. Na szczęście jego syn, dowiedziawszy się o planach ojca, nie protestował specjalnie. Niespełna dwudziestoletni młodzian, niespokojna dusza, żądny przygód hulaka, chciał się wyrwać spod skrzydeł ojca, a przede wszystkim opuścić kamienne mury twierdzy położonej wysoko w górach. Każdy sposób był dobry, żeby pozbyć się ograniczeń.

– Wiesz dobrze, że nigdy w historii trzech królestw, potomkowie królewskich rodów nie zawierali ze sobą małżeństw, bo to prowadziłoby do konfliktów. Takie jest stare prawo. Ja, ty, Leon, braliśmy sobie żony ze szlacheckich rodów, ale zawsze z własnego kraju.

– Może nadszedł właśnie czas, aby zmienić prawo – Erik poprawił koronkowy mankiet wystający z rękawa kaftana i sprawdził, czy zawieszony na szyi gruby złoty łańcuch równo się układa. – Małżeństwo naszych dzieci, przyniesie wiele korzyści nam obu i naszym królestwom.

– Mów dalej, ja słucham. – Rufus sięgnął po dzban i po raz czwarty od początku spotkania napełnił swój puchar winem. – Dolej sobie – zachęcił Erika, ale ten nawet nie zareagował.

– Masz wszystko, czego potrzebujesz do szczęścia. Zbierasz obfite plony z pół, na twoich łąkach pasą się tłuściutkie krowy, owce i kozy, pszczoły dają miód, a w winnicach wyrabia się najprzedniejsze wino. Tkacze tkają, rybacy łowią ryby…

– Po co mi to wszystko mówisz? – sapnął Rufus. – Sam dobrze wiem, jak bogaty jest mój kraj. Streszczaj się.

– Jednym słowem głód ci nie grozi, a i okryć zawsze będziesz miał się czym. A jak na przykład najdzie cię ochota zakosztować dzikiego zwierza, to wystarczy, że wymienisz coś z Leonem, albo po prostu od niego kupisz. Kupisz i zapłacisz… złotem. A złoto mam ja.

Kolejnej błyskawicy, która przeszyła niebo, towarzyszył ogłuszający grzmot, a wiejący do tej pory wiatr przybrał na sile, zmieniając się w potężną wichurę. W jednym momencie spadające z nieba krople deszczu uderzyły w wybrukowany dziedziniec zamku z taką siłą, że na huk, który temu towarzyszył, obaj królowie wzdrygnęli się.

– Trudno nie zauważyć. – Na nalanej, czerwonej twarzy Rufusa zagościł lekki wyraz zazdrości. – Myślisz, że potrzebuję więcej twojego złota, niż to, za które kupujesz u mnie te wszystkie wspaniałości, o których wspomniałeś? Jak sam mówiłeś, mam wszystko, choć nie przeczę, że lubię złoto. To raczej ty potrzebujesz mnie. Złotem srebrem i szlachetnymi kamieniami ze swoich kopalni żołądka nie napełnisz. To my was karmimy, a wy płacicie uczciwie, przyznaję. Nasze plony, bydło i wino lądują na waszych stołach, ale gdybym powiedział: koniec, od dzisiaj nic od nas nie dostaniecie, to jedlibyście tylko te kozice, co skaczą po waszych górach, chyba że od czasu do czasu udałoby się wam ustrzelić jakiegoś przelatującego ptaka, czy zabłąkanego niedźwiedzia, a zagryzalibyście to wszystko mchem i popijali źródlaną wodą.

– Możemy kupować żywność w Animarze albo wyprawić się na północ.

– Od Leona nie kupisz wszystkiego. A jak chcesz sprowadzać żywność z północy? Nie masz statków, a dostęp do morza niby masz, a tak naprawdę go nie masz. Odgradzają cię od niego góry. Te same góry, z których czerpiesz swoje bogactwo. Nawet gdyby ci się udało przebić przez nie, to potrwa to długie lata, do tego dochodzi budowa portu. Będziesz potrzebował floty, a do tego konieczne jest drewno. Wystarczy, że dogadam się z Leonem i ani jedna gałązka nie przekroczy granicy Rokaru, a ty będziesz mógł zapomnieć o morskich podróżach. I co ty na to? Widzisz, trzymam was wszystkich w garści. – Władca Plantarii uśmiechnął się triumfalnie i rzucił ogryzioną kość pod stół, gdzie natychmiast zaczęły o nią walczyć dwa wielkie czarne psy. – No i co ty na to? – powtórzył, oblizując palce.

– Jak widzisz, każdy z nas posiada coś cennego. Pomimo tego, że nigdy królewscy potomkowie nie wiązali się ze sobą, aby uniknąć zależności, to te zależności i tak istnieją. Dobrze wiesz, że jesteś w najlepszej sytuacji, ale chyba o czymś zapomniałeś. Pomimo wszystkich bogactw, Plantaria ma najmniej korzystne położenie. Można powiedzieć, że leżycie jak na tacy i jesteście łakomym kąskiem. Słyszałem, że doszło do jakichś incydentów na twoich zachodnich ziemiach. Najeźdźcy z północy coś tam złupili, wyrżnęli w pień kilka wiosek. No ale to nic poważnego. – Erik lekceważąco machnął ręką. – Przecież zawarliśmy z nimi pokój trzysta lat temu. – No, chyba że dojdzie znów do wojny, bo przecież nic nie trwa wiecznie. A wtedy wyślesz do walki swoich chłopów uzbrojonych w cepy i widły albo szlachtę, która zapomniała już, do czego służy miecz. Żyjecie sobie spokojnie, macie pełne brzuchy i spichlerze i nie spodziewacie się, że w każdej chwili wróg może zaatakować.

Przez chwilę było słychać tylko posapywanie Rufusa i chrzęst gryzionych przez psy kości. Na twarzy króla pojawił się wyraz niepokoju. Dobrze wiedział, że w razie napaści jest bezbronny. Niewielki oddział stacjonujący w zamku to za mało, żeby odeprzeć atak, a co dopiero prowadzić wojnę.

– Potrzebujesz armii, Rufusie. Armii, którą trzeba wyszkolić i zaopatrzyć w broń. A to ja mam broń. – Erik wstał i ze splecionymi z tyłu rękami zaczął przemierzać komnatę. – Mam nie tylko złoto, srebro i drogocenne kamienie, ale mam też żelazo, produkuję stal, mam płatnerzy i kuźnie, a także ludzi, którzy wiedzą, za który koniec miecza chwycić i jak się nim sprawnie posługiwać.

– Leon też ma ludzi, którzy potrafią walczyć – stwierdził Rufus.

– Oni potrafią polować, a nie walczyć, a to zasadnicza różnica. Świetnie strzelają z łuku i kuszy, rzucają włócznią, radzą sobie nieźle z nożem czy tasakiem… wtedy, gdy trzeba poćwiartować zwierzynę. Jak więc widzisz, jeśli mój syn poślubi twoją córkę, to wiele zyskasz. – Erik mocno zaakcentował słowo mój, następnie wsparł dłonie na stole i głęboko spojrzał wprost w zaczerwienione oczy starego króla.

– A co ty będziesz z tego miał? – zapytał Rufus.

– Mój syn zostanie królem.

– Po twojej śmierci i tak zostanie królem, więc może lepiej by było, gdyby sobie królował w tym waszym Rokarze – stwierdził Rufus z przekąsem, choć wizja proponowanego małżeństwa coraz bardziej zaczynała mu się podobać. Wiedział, że Erikowi na nim zależy, i dzięki temu może dużo ugrać dla siebie. Chciał jeszcze bardziej podbić stawkę. – A jeśli wydam Lenę za któregoś z trzech synów Leona?

– Chcesz, by na tronie Plantaru zasiadł kiedyś jakiś nieokrzesany dzikus, wychowany w lesie i zarośnięty jak zwierz? Już na sam jego widok twoja córka dostanie mdłości, a nie chcesz chyba, żeby była nieszczęśliwa. Mój syn wychowywał się co prawda w górach, ale otrzymał gruntowne wykształcenie, potrafi władać mieczem, ma przyjemną powierzchowność, która nie odstręcza kobiet, a wręcz przeciwnie. Spodoba się Lenie. – Erik uśmiechnął się szeroko, pokazując ładne zęby. Był przystojnym mężczyzną o jasnej cerze i ciemnych włosach. Jego szczupłą sylwetkę podkreślał idealnie skrojony kaftan ozdobiony szlachetnymi kamieniami. Rufus nigdy nie widział Armira, syna Erika, ale jeśli był on podobny do swojego ojca, to nie miał wątpliwości, że Lena nie miałaby nic przeciwko temu.

– Powiedzmy, że się zgodzę… – stary król zamyślił się. – Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie, co ty z tego będziesz miał?

– Po pierwsze pewność, że mój lud nigdy nie zazna głodu, po drugie to, że w razie wojny, kiedy ja udzielę ci wsparcia, to obaj obronimy nasze królestwa przed wrogiem, co pewnie nie udałoby się, gdybyśmy działali osobno. Ty zostałbyś pokonany, najeźdźcy zalaliby Plantar, a później wkroczyliby do Rokaru. W takim przypadku oczywiście będziemy się bronić, ale lud u nas nieliczny i wcześniej czy później i tak by nas pokonali. Poza tym, jeśli pojawią się dzieci z tego małżeństwa, to któreś z nich zasiądzie po mojej śmierci na tronie Rokaru.

– Tylko tyle?

– Aż tyle. Chcę żyć spokojnie. Sojusz zawarty poprzez małżeństwo naszych dzieci może mi to zapewnić – powiedział Erik, zajmując ponownie swoje miejsce.

– Musielibyśmy więc poprosić jasne o błogosławieństwo Raaz.

– Nie.

– Jak to nie? – zdziwił się Rufus. – Od wieków to one mają decydujący głos w takich sprawach. To one znają wolę bogini, ona przez nie przemawia.

– Bogini Raaz się myli, jasne się mylą. Nie wierzę im. Ćwierć wieku temu pobłogosławiły moje małżeństwo z Ellą i nic dobrego z tego nie wynikło. – Erik zacisnął pięści na wspomnienie ukochanej żony, która zmarła w połogu, wydawszy na świat jedynego syna. Rufus rozumiał jego ból. On sam stracił żonę kilka lat temu. Walczyła z chorobą przez kilka miesięcy i nawet jasna nie potrafiła jej pomóc. Kiedy wreszcie królowa wydała ostatnie tchnienie, Morwena powiedziała, że taka była wola Raaz.

– Proponujesz więc małżeństwo dwojga królewskich dzieci, zawarte niezgodnie z obyczajem, bez błogosławieństwa jasnych, a co gorsza możliwe, że wbrew woli Raaz?

– Tak – zdecydowanie odparł Erik.

– A jeśli nie dojdzie do wojny?

– To przynajmniej będziesz miał zięcia, armię i będziesz obrzydliwie bogaty.

Rufusowi zaświeciły się oczy.

Erik wracał spokojny. Misja się powiodła. Małżeństwo zostanie zawarte.

Rufus długo nie pociągnie. Byłoby dobrze, gdyby jego serce i wątroba wytrzymały do końca wesela. Wtedy on, Erik, tak naprawdę przejmie władzę nad dwoma królestwami, spełni marzenie o potężnej armii, podbije Animar, a być może nawet północne ziemie. Jest jeszcze młody, może wiele i osiągnie wiele.

 

Jasne przerwały krąg i osunęły się na ziemię. Nila jednak wciąż była w transie i unosiła się lekko. Widziała jaśminowy krzew, którego uginające się od kwiatów gałęzie zwieszały się nisko, osłaniając ukryty w ich cieniu kamień.

 

Koniec

Komentarze

Kolejna cześć, poniekąd zgodna z oczekiwaniami. Akcja rozwija się nieśpiesznie, wkradło się trochę niezbędnej polityki, panie jasne, rzec można w gotowości…

No cóż, czekam na trzecią część. ;)

 

Co praw­da król wy­ra­ził zgodę, by jego syn odłą­czył się or­sza­ku… –> Co praw­da król wy­ra­ził zgodę, by jego syn odłą­czył się od or­sza­ku

 

Katka i Lisa miały za­mknię­te oczy, Mo­re­na wpa­try­wa­ła… –> Literówka.

 

choć co do tego, czy był to przy­je­my za­pach… –> Literówka.

 

Jasne świa­tło świec od­bi­ja­ło się na po­wierzch­ni srebr­nych pu­cha­rów wy­peł­nio­nych winem i pa­te­rach peł­nych owo­ców i wa­rzyw. –> …pa­te­r peł­nych owo­ców i wa­rzyw.

Patery to płaskie naczynia. Jeśli były pełne owoców i warzyw, to obawiam się, że od ich powierzchni nie mogło odbijać się żadne światło.

 

Co jak co, ale dzi­czy­zny i ptac­twa ni­g­dzie lep­sze­go nie znaj­dziesz. –> Piszesz o dziczyźnie i ptactwie, więc: Co jak co, ale dzi­czy­zny i ptac­twa ni­g­dzie lep­szych nie znaj­dziesz.

 

Erik dys­tyn­go­wa­nym ru­chem się­gnął po pu­char i uniósł go w górę. –> Masło maślane. Czy mógł unieść kielich w dół?

Wystarczy: Erik dys­tyn­go­wa­nym ru­chem się­gnął po pu­char i uniósł go.

 

– Tak sobie tutaj sie­dzi­my, roz­pra­wia­ły o roz­ko­szach stołu, ale mam wra­że­nie… –> Literówka.

 

Ten aku­rat zwień­czo­ny był dia­men­tem wiel­ko­ści spo­rej rzod­kiew­ki. –> Zastanawiam się, czy pierścień można zwieńczyć.

A może: Ten aku­rat zdobił dia­men­t wiel­ko­ści spo­rej rzod­kiew­ki.

 

Erik po­pra­wił ko­ron­ko­we man­kie­ty wy­sta­ją­ce spod rę­ka­wa ka­fta­na… –> Erik po­pra­wił ko­ron­ko­we man­kie­ty, wy­sta­ją­ce z rę­ka­wów ka­fta­na… Lub: Erik po­pra­wił ko­ron­ko­wy man­kie­t, wy­sta­ją­cy z rę­ka­wa ka­fta­na

 

uno­si­ła się lekko nad zie­mią. Wi­dzia­ła ja­śmi­no­wy krzew, któ­re­go ugi­na­ją­ce się od kwia­tów ga­łę­zie zwie­sza­ły się ku ziemi… –> Powtórzenie.

Skoro Nila unosiła się, to chyba zrozumiałe, że nad ziemią.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, Reg. Poranna kawa gotowa. :)

Bardzo dziękuję za wyłapanie literówek, powtórzeń i nieszczęsnych pleonazmów.

Generalnie nie dzieje się tutaj za wiele. Jest to raczej rozdział wprowadzający. W scenie rozmowy królów chciałam pokazać, jak mniej więcej wygląda świat, w którym rozgrywa się akcja. Nie wiem czy mi się to udało. A co do trzeciej i kolejnych części, to jeżeli powstaną, to pewnie już ich tutaj nie wrzucę. Nie będę ukrywać, że czekam na reakcje czytelników, od których w dużej mierze zależy decyzja, czy jest sens ciągnąć to dalej.

Jeszcze raz dzięki za odwiedziny i komentarz. :)

O, jak miło! Otwiera człowiek oczy, zagląda do pierwszego opowiadania, a tu już czeka poranna kawa. Jestem zachwycona. Dziękuję. ;)

 

Jeśli masz dobry pomysł na ciąg dalszy, to, moim zdaniem, warto pisać.

Na razie oba fragmenty składają się na dość oczywisty wstęp. Może kojarzenie małżeństwa dzieci władców sąsiednich królestw nie jest niczym nowym, ale już włączenie do sprawy jasnych i patronującej krainom bogini, jest chyba czymś, co zapowiada, że sprawy przybiorą nieoczekiwany obrót. No i nie da się ukryć, że czyta się to naprawdę bardzo dobrze.

Z obu zaprezentowanych części wynika, że coś musi się skomplikować, że pewnie trzeba będzie dostosować zamiary do nowych, nieprzewidzianych okoliczności – no, ale właśnie takie zwroty akcji wpływają na atrakcyjność opowieści.

Mam nadzieję, AQQ, że nie zrezygnujesz. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Właściwie jest już południe, więc z przyjemnością wypiję drugą kawę. :)

To czy pomysł jest dobry czy nie, to właściwie nigdy nie wiadomo. Nie ulega jednak wątpliwości, że jakiś tam pomysł mam i pomimo iż losy bohaterów mają być nieźle skomplikowane, to całość z założenia ma być letka jak makijaż gimnazjalistki i z humorem. Cieszy mnie, że według Ciebie czyta się bardzo dobrze, bo to chyba podstawa.

Jeszcze raz dziękuję za odwiedziny i chyba jednak nie zrezygnuję i będę coś tak skrobać, w zależności od kaprysów pani Weny. ;D

W takim razie życzę Ci twórczej wytrwałości i ogromnego sukcesu! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kolejna część, trochę nieśpieszna muszę przyznać. Jak przy poprzednich, czytało się przyjemnie, Nila cały czas bardzo mi się podoba jako postać.

Natomiast jest jeden, olbrzymi zgrzyt: niezrozumienie idei małżeństwa dynastycznego.

O ile rozumiem, ze może istnieć boskie prawo Raaz, które zakazuje mieszać się krwi trzech rodów panujących, o tyle dziwne, że Erik musi przekonywać Rufusa do korzyści ekonomicznych czy politycznych (o ile Rufus nie gra w podobną grę z trzecim królestwem, chcąc uzyskać najlepsze warunki matrymonialne). Korzyści są ogromne – wspólny potomek na tronie połączonych królestw to brak wzajemnych wojen, lepszy handel, trwały sojusz. Nie bez kozery władcy Europy lubili wydawać swe córki i synów za dzieci sąsiednich koronowanych głów.

To mi więc mocno nie zagrało. Realniejsze się wydaje, że Erik musiałby przekonywać Rufusa głównie przeciwko prawom bogini – bo wszyscy wiedzą jakie są korzyści, tylko te głupie jasne się sprzeciwiają.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Reg – dziękuję z całego serducha <3

NWM – No powiem Ci szczerze, że ja również obawiałam się, że to troszkę zgrzyta. Dobrze, że to potwierdziłeś i to już na samym początku. Chyba rzeczywiście powinno to zmierzać w kierunku osobistej zemsty Erika na Raaz za śmierć żony, a przy okazji jakież korzyści! Rufus nie gra w żadną grę z trzecim królestwem, bo nawet nie wpadło mu do głowy, żeby się wyłamać i zrobić coś wbrew tradycji. Trzeba by to chyba jakoś mocniej zaakcentować. Właściwie tylko wzmianka o atakach na jego ziemie i strach przed wojną skłania go do zawarcia przymierza z Rokarem. 

Dzięki za wskazanie usterek w fabule. Na pewno wezmę je pod uwagę. :)

No, nadal czyta się przyjemnie. To wyraźnie informacyjny kawałek, nie da się uznać go za samodzielne opowiadanie. Ale podtrzymuje zainteresowanie – co zrobią jasne, jak zareaguje wycyckany Leon na unię sąsiadów…

Widywałam lepszą interpunkcję, masz gdzieś literówkę czy dwie.

Babska logika rządzi!

To wyraźnie informacyjny kawałek, nie da się uznać go za samodzielne opowiadanie.

Dlatego oznaczyłam jako fragment.

 

Cieszę się, że udało mi się podtrzymać zainteresowanie i czyta się przyjemnie. :)

No, Leon jest teraz w czarnej… Wszystko się gmatwa.

Widywałam lepszą interpunkcję, masz gdzieś literówkę czy dwie.

Zdziwiłabym się gdyby było inaczej. Te literówki, to pewnie brak “w”, bo syn mi zajechał klawiaturę w laptopie. ;)

Dzięki, że zajrzałaś.

 

 

 

Łapanki nie robiłam, nic szczególnego mi w oko nie wpadło – po prostu zanurzyłam się lekturze.  

Ja chcę więcej :) Czekam na dalej. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca – Ciąg dalszy powstaje, ale trudno mi się przestawić z grafomanii i mam pewne obawy, co z tego wyjdzie. ;D

Cieszę się, że jeszcze ci się nie znudziło.

To najpierw skończ grafomanię i poczekaj jeszcze chwilę, żeby Jasna nią nie nasiąkła ;) Ja też poczekam, bo cóż innego pozostaje :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tak zrobię. :D

No, no… Się historia układa. :)

 

Mi też się drobiazgi rzuciły:

 

Zbierasz obfite plony z pół– a to postępowy Rufus, założył farmę wertykalną z Soylent Green :)

 

Czystość rękawa również pozostawiał(a) wiele do życzenia....

 

A co do motywacji obu Panów… Przychylam się do wątpliwości NWMa.

Dla Rufusa, rezolutnego władcy (tak go odbieram), oczywistość korzyści, płynących z takiego sojuszu, nie powinna pozostawiać wątpliwości, w związku z czym w jego postawie warto zaakcentować ten fakt. Ale tak samo mocno i wyraźnie mógłby zaistnieć drugi biegun tej sytuacji/decyzji – przywiązanie, a raczej uwarunkowanie tradycją. Wiara, religia to potężne narzędzia i siły, wiemy o tym doskonale. Robią silne bubu ludziom, w sensie indywidualnym i zbiorowym. Zwłaszcza, że obawa Rufusa, która wynika z perspektywy zerwania z tradycją (te obawy to najsilniejszy aspekt religii – trzymają ludzi na szelkach w rozwoju i podejmowaniu wielu decyzji), wiąże się z zagrożeniem/utratą tego jego dobrobytu, którym się tak chełpi.

Dlatego samo przekonywanie, zbieranie do kupy wszystkich kuszących perspektyw, kompleksowa synteza dokonana przez Erika w rozmowie jest jak najbardziej na miejscu. Erik ma gruby mur do przebicia przed sobą. Ale w każdym murze jest jakaś rysa, pęknięcie, otwór, którym wyprowadza się ścieki poza miasto. I tu u Rufusa stworzyłaś go w postaci żalu, bo przecież Jasne nie ocaliły szanownej małżonki. Tradycja i religia pozwalają nam “akceptować” te trudne momenty w życiu, ale czy żalu po stracie faktycznie w nas nie ma? Wyniósł się, czy tylko śpi w zakamarkach duszy, hibernuje? Może trzeba go lekko posmyrać, obudzić, rozsierdzić i jednocześnie, z drugiej strony, bombardować umysł kuszącą wizją, sugestywnie…

Kwestia rozłożenia akcentów, dopracowania tej kluczowej rozmowy, która i tak jest całkiem dobrze rozpisana. Niech się Erik spoci przy tym trochę, niech wygra tą bitwę, ogarnie misję, nieświadomy tego, że za plecami, a raczej w samym środku zdarzeń, rośnie mu bomba-niespodzianka w postaci Armira i kiełkujących w nim wątpliwości, losu splecionego z najjaśniejszą z jasnych, która rośnie i dojrzewa wraz z ta opowieścią, tak jak AQQ – Autorka. ;)

Przepięknie Ci się to układa, AQQ! Wątpliwości? Masz jeszcze jakieś? Na litość boską! :D

Widzę, że wszyscy jednoznacznie odbierają Twój pomysł, zalążek dużej opowieści i obiecujące wykonanie. A to wystarczający powód, żeby wypuścić tego cerbera na polowanie, tą olbrzymią potrzebę tworzenia, niech się wybiega, niech poluje i najada się do syta. :)

Kiedy tak sobie myślę, że mam niemało lat, ustabilizowane życie, w sensie zawodowym i rodzinnym, nie muszę myśleć o pisaniu, jak o palącej konieczności, sposobie na życie i utrzymanie (co pewnie spala niejeden młody umysł), to dochodzę do wniosku, że zyskuję tym samym doskonałe warunki na rozwijanie pasji pisarskiej. Czas, przestrzeń, spokój. Mimo obowiązków w ramach tej stabilizacji pojawia się komfort, w którym można takie szerokie plany pisarskie konsekwentnie rozwijać. A w międzyczasie, w portalowej i konkursowej rzeczywistości, doskonalić warsztat koncepcyjnie i technicznie. Jeżeli takie same realia Cię zastały w chwili obecnej, to przeszkodą w snuciu tego wątku może być jedynie Twój wewnętrzny opór…

 

I jeszcze drobna wątpliwość mi się rzuciła przy rozmowie Erika z Armirem odnośnie “komplikacji”. Lekko nienaturalnie zabrzmiał mi Erik zwłaszcza:

– Wybacz, ojcze. – Armir udał skruchę. – Nastąpiły pewne komplikacje.

– Jakie komplikacje? Czy już wszystko w porządku?

– Tak.

– To dobrze, później mi opowiesz.

 

Pozdrawiam! ;)

Dziękuję, Majkubarze, za wyłapanie kolejnych baboli. 

Dobrze, że potwierdziłeś zarówno NWM, jak i moje własne wątpliwości, odnośnie pewnych fragmentów. Włanie nie do końca byłam pewna, co zgrzyta w rozmowie królów i sama miałam wątpliwości, co do ich motywacji, a teraz przynajmniej wiem, że moje wątpliwości były słuszne. Podobnie jest z drugim zacytowanym fragmentem. To było trochę pójście na łatwiznę. Popracuję nad tym.

Co do realiów, które zastały mnie w chwili obecnej, to mam dokładnie tak samo jak ty. Pełna stabilizacja, a pisanie, to właściwie przyjemność i może troszkę udowodnienie sobie, że może mi się udać. Poza tym świetna zabawa i możliwość rozwoju. Nawet ten wewnętrzny opór zaczyna powoli maleć, głównie dzięki osobom takim jak Ty i inni, którzy mnie motywują. Wiem, że muszę wszystko na spokojnie przemyśleć i byłabym wdzięczna za wszelkie możliwe uwagi i wskazanie nieścisłości. Pomyślałam sobie, że kolejną część wrzucę na betalistę i jeżeli ktoś będzie ciekawy, to zaproszę do betowania. W sumie byłoby głupio publikować tutaj całość. Więc jeżeli będziesz chętny, to będzie mi niezmiernie miło. :)

Jeszcze raz dziękuję Ci za poświęcony czas i wskazanie usterek. Na komentarz pod pierwszą częścią odpowiem wieczorem, bo chwilowo coś zaburzyło moją stabilizację. ;)

Pozdrawiam!

Fajne :)

Fajnie, że fajne. :)

Oczywiście, AQQ, chętnie zajrzę i podzielę się wrażeniami. Daj znak-sygnał, jak coś. ;)

Bardzo się cieszę, Majkubarze. Jak tekst będzie gotowy, to dam znać. Dziękuję. :)

Ciągle mi się podoba :) I bez wahania podpisuję się pod prośbami o część dalszą. Jak dla mnie piszesz ładnie i wciągająco. Bardzo dobrze się czyta.

No to bardzo się cieszę się, Katiu, że Ci się spodobało. :)

Najlepsze jest to, że dobrze się czyta, ale gorzej się pisze. 

:) Tak już chyba jest, ale warto pisać, jeśli się potem dobrze to czyta :)

Pewnie, że warto, ale ja mam ostatnio jakąś blokadę. :(

:(:(:( Mam nadzieję, że Ci minie…

 

Ja też tak czasem mam, szczególnie z rysowaniem, up and down.

 

Miłego dnia.

Ostatnio masz chyba jednak up, bo dużo piszesz, a każdy tekst opatrzony jest fajną grafiką. :)

Niektóre rysunki tak sprzed czterech lat :) A pisanie rzeczywiście mnie cieszy. Tylko takich krótkich form. Napisałam ponad dwieście tysięcy znaków czegoś na kształt książki i stop… Myślę, że nigdy nie dokończę. Za bardzo mi się zmieniają nastroje :), więc z opowiadaniami dużo łatwiej.

Tak czy inaczej życzę powrotu weny twórczej, bo naprawdę fajnie piszesz :)

Myślałam, że robisz rysunki do konkretnych opowiadań w czasie ich pisania.

Mam chyba podobnie jak Ty. Przy większej rzeczy utknęłam niemalże na początku, co nie znaczy, że nie dopisuję kilku zdań dziennie ;) więc dla odmiany napiszę sobie chyba coś krótszego.

A Ty też się bierz do roboty i natrzaskaj kolejne dwieście tysięcy. :)

Dzięki za odwiedziny i miłe słowa, pozdrawiam!

Nowa Fantastyka