- Opowiadanie: Szymon Teżewski - Smoku

Smoku

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Smoku

 

Smoku z pewnością był geniuszem. Wychował się na grach komputerowych, a nie, jak większość dzieciaków z jego dzielnicy, na ulicy. Zawsze dbał o to, żeby mieć czystą kartotekę. Od kiedy zobaczył w telewizji przedwojenny film o napadzie na bank, wiedział, że musi dokonać w życiu tylko jednego, ale za to doskonałego skoku. Wpadki rówieśników przy próbach obrobienia monopolowego albo kiosku ruchu budziły w nim tylko pusty śmiech.

Myśl o idealnej kradzieży nie dawała mu spokoju. Zawsze kiedy wchodził do banku, a nawet zwykłego warzywniaka, dyskretnie oglądał zabezpieczenia. Albo jak to bywa w warzywniakach – ich brak. W głowie już snuł plany. Nigdy ich jednak nie wdrażał w życie, traktując to tylko jako rozrywkę, na równi z krzyżówkami.

W końcu czekał na swój dzień. Na jedną bezbłędną akcję.

 

Nie mógł rzecz jasna działać w pojedynkę. Samotne życie po napadzie niezbyt go pociągało. Nie żeby był szczególnie towarzyski, ale jednak brakowało mu czasem bratniej duszy. Nawet dziewczynę, a w perspektywie żonę, znalazł sobie z myślą o skoku. Marta nadawała się idealnie – od małego ćwiczyła balet, była szczupła i wygimnastykowana, a przede wszystkim piękna. To też miało się przydać. Uwielbiał jej brązowe włosy i piwne oczy.

Czy ją kochał? Na swój sposób na pewno, tak jak to tylko potrafi geniusz taki jak Smoku.

Pat był z kolei jego kumplem ze szkolnej ławki. Rozumieli się doskonale. Był skromny, może nawet zbyt skromny. Miał wybitną zdolność do bycia niezauważanym i zapominanym. Nie mówiło się o nim jako o Pacie, tylko o kumplu Smoka. Nauczyciele nawet pod koniec roku mylili jego nazwisko.

 

Celem ataku był skarbiec banku. Oczywiście konkretnego – główny bank w centrum miasta. Dla Smoka był to symbol kapitalistycznego lewiatana, który gnębił zwykłych ludzi. Tak na to patrząc nie miał wyrzutów sumienia.

Skarbiec był właściwie niezniszczalny. Zdarzały się w historii przypadki kiedy skarbce podobnej konstrukcji przeżywały artyleryjski ostrzał. Minęły też czasy, kiedy wykonane ze stali wrota dało się przepalić palnikiem. Technika poszła do przodu…

Nie było mowy o podkopie. Drzwi dałoby się może wysadzić, ale to nie było w stylu Smoka. Ciężko zresztą nie wywołać wybuchem alarmu… Wrota skarbca były dobrze zabezpieczone. Dwa szyfrowe zamki, które trzeba było otwierać jednocześnie, a także, standardowo, zamek czasowy. Skarbiec otwierano tylko dwa razy w tygodniu. Przed upływem trzech dni od poprzedniego otwarcia nie było to w ogóle możliwe.

Na całym świecie tylko dwóch ludzi znało kody dostępu. Każdy swój. Pewnie, na wypadek śmierci, w dwóch innych skarbcach leżały ich kopie. Smoku przypuszczał, że nawet tych dwóch ludzi może nie znać nawzajem swojej tożsamości. Przecież wówczas mogliby się umówić na sprawiedliwy podział łupu… Tym bardziej włamywacze nie mogli dowiedzieć się kto zna kody.

Oczywiście cały bank był zabezpieczony też na inne sposoby. Ochroniarze przez kamery obserwowali to, co dzieje się w środku i na zewnątrz. Nawet w toaletach, co już nie raz dostarczyło im podczas pracy dużej dawki rozrywki. Pod samym skarbcem nie było jednak kamer. Ktoś mógłby przecież podpatrzeć kody, albo poznać tożsamość ludzi ich używających.

Był też oczywiście system kontroli dostępu do poszczególnych pomieszczeń. Biometryczne zabezpieczenia rozpoznawały głos i odcisk palca, przypisując je do konkretnego pracownika i sprawdzając jego uprawnienia dla danej strefy. Do drzwi skarbca mogło dostać się jedynie kilkunastu najważniejszych pracowników. Dwóch z nich miało kody.

Jakikolwiek alarm bezpieczeństwa powodował automatyczne zaryglowanie wszelkich wyjść z banku i od razu zawiadamiał policję. W przypadku pożaru dojście do skarbca było zamykane, a w odgrodzonych pomieszczeniach i samym skarbcu obojętne gazy gasiły ogień.

Skąd Smoku miał to wszystko wiedzieć? Użycie zabezpieczeń biometrycznych widział w praktyce odwiedzając bank. Odcisk palca i wypowiadanie własnego imienia i nazwiska. Wiele informacji zwyczajnie wydedukował przegrzebując internet. Dodatkowo, na pół roku przed akcją przeprowadził rozpoznanie…

 

Marta niby przypadkiem potknęła się akurat w pobliżu młodego bankiera wysiadającego właśnie z limuzyny. Ten złapał ją, ratując przed upadkiem, a przy okazji, widząc ładną dziewczynę, zamienił kilka słów. Ta spytała go nawet o imię i nazwisko i dała numer telefonu na wizytówce.

To wystarczyło. Mieli już nagranie jego głosu oraz odciski palców. Smoku mógł ubrać się w elegancki garnitur i z pewną miną obejrzeć bank od środka. Pracownik posiadał akurat najwyższe prawa dostępu. Smoku wierzył w szczęście od kiedy zrobił sobie tatuaż ze smokiem. Twierdził, że pomoże mu on zrealizować marzenie. Czuł się pewnie, jakby wszystko musiało iść po jego myśli. No i oczywiście nieprzypadkowo kazał Marcie potykać się tylko na kogoś wysiadającego z limuzyny z szoferem…

W końcu motyw z potknięciem miał się jeszcze powtórzyć. I trafienie na jeszcze jednego pracownika z najwyższymi prawami dostępu było kluczowe dla powodzenia całości.

W wyniku obserwacji banku od wewnątrz udało się Smokowi uzyskać wiele cennych informacji, które posłużyły do zaplanowania całego skoku. Chociażby to, kiedy otwierano skarbiec.

Jak to możliwe, żeby obcy człowiek spacerował sobie po banku, nie wzbudzając niczyich podejrzeń? To jedna z sytuacji, w których wystarczy odpowiednia mina i pewny krok. Pracownicy nie znali się często osobiście, więc nikomu nie przyszło do głowy, że młody, przystojny człowiek w garniturze, chodzący swobodnie po banku, może nie być pracownikiem. Nawet ochroniarz oglądający go na kamerze powiedział kiedyś do drugiego:

– Ten to musi być jakaś szycha.

 

Nadszedł długo wyczekiwany dzień. Biały van z logiem firmy sprzątającej stanął na parkingu przy sąsiedniej ulicy. Nie brali ze sobą broni. Plan był dopracowany i nie zakładał żadnego wystrzału. Smoku i Pat ubrali się w garnitury i poprawili charakteryzację. Nie wyglądali może identycznie jak osoby, pod które mieli się podszywać, ale z pewnością odróżnienie ich na podstawie obrazu z kamery byłoby bardzo trudne. Na palce nałożyli silikonowe odlewy odcisków palców. W kołnierzykach mieli zamontowane głośniczki, które głośno odtwarzały imiona i nazwiska właścicieli tych odcisków. Smoka zawsze śmieszyła ta cała biometria, którą dawało się oszukać śmiesznymi metodami.

Marta zmieściła się spokojnie do podróżnej walizki na kółkach.

Był środek dnia. Mnóstwo ludzi szło ulicą. Jeżeli ktoś by przystanął, żeby popodziwiać bryłę banku w stylu art déco, to nie ustałby długo, bo już po sekundzie zostałby porwany przez napierających ludzi.

Włamywacze rozdzielili się i wmieszali w tłum, bo do środka mieli wejść w niedługich odstępach. Pierwszy wszedł Smoku z walizką. Miał szczęście, bo bankowy system rozpoznał go jako pracownika z wystarczającymi uprawnieniami, żeby przejść do strefy przy skarbcu. Tam już nie było kamer i nikogo poza nimi. Z walizki wyszła Marta, uśmiechając się przy tym rozbrajająco i zgrabnie przeciągając.

Smoku podszedł do swojego zamka. Spojrzał na zegarek. Za kilkanaście sekund przy drugiej klawiaturze miał pojawić się Pat i wstukać swój kod. Skąd mieli kody? Z tego pomysłu Smoku był najbardziej zadowolony. Przed poprzednim otwarciem skarbca niepostrzeżenie ubrudzili klamki i obręcze proszkiem widocznym w ultrafiolecie. Teraz wystarczyło zaświecić maleńką latareczką i nacisnąć przyciski w kolejności od najbardziej do najsłabiej się świecącego.

Zaświeciła się zielona kontrolka gotowości. Pat musiał już być przy swoim zamku. Obaj podświetlili klawiatury i wstukali widoczne kody. Coś przeciągle zgrzytnęło.

Skarbiec stał przed nimi otworem. W pokoju strażników zaświeciła się oczywiście lampka, ale uznali to za rutynowe otwarcie. Za wczesne tylko o kilka minut. A tylko kilka minut miała zająć cała kradzież. Trzeba było jedynie załadować najcenniejsze rzeczy. Pat i Smoku mogli już wówczas spokojnie wyjść na zewnątrz.

Marta z łupem przeciskałaby się w tym czasie przez wąski zrzut nocny. Zanim zjawiliby się prawdziwi pracownicy z kodami, van byłby się już przy zrzucie. Kamera oślepiona podczerwienią nie zarejestrowałaby wychodzącej ze zrzutu kobiety i odjeżdżającego samochodu. Z pewnością minęłaby chwila zanim w banku zorientowaliby się, że skarbiec nie otwiera się z powodu zamka czasowego

W pierwotnym planie w tym momencie w banku miał wybuchnąć pożar, paraliżując jakiekolwiek działania. Możliwe, że ktoś znajdowałby się jednak przy skarbcu i mógłby zginąć w skutek działania systemu przeciwpożarowego. W końcu ludzie raczej nie oddychają gazem szlachetnym.

Smoku zrezygnował więc z tego wariantu. Uznał, że i tak pierwszymi podejrzanymi będą ci, którzy wedle systemu znajdowali się przy skarbcu. Dodatkowo w przypadku braku poważniejszych dowodów, ktoś mógłby to uznać za awarię systemu. Zwłaszcza, ze przez trzy dni nie można będzie otworzyć skarbca, żeby sprawdzić, czy coś ukradziono. Dopiero dokładna analiza obrazu z kamer mogłaby naprowadzić na rozwiązanie zagadki.

Najwyraźniej mieli więc mieć dość czasu, żeby zaszyć się w bezpiecznym miejscu.

 

Ale kiedy stanęli przed otwartym skarbcem zobaczyli coś, czego Smoku, ani nikt inny, nie mógł przewidzieć.

Wewnątrz skarbca siedział olbrzymi smok i patrzył na nich zdziwionymi oczyma. Przynajmniej powinny tak wyglądać, bo jednak gadzie oczy mają ograniczoną ekspresję. Ogromnym cielskiem przysłaniał palety złota, banknotów i bankowe skrytki.

– Co ty tu robisz? – spytał po długiej chwili milczenia Smoku.

– No pilnuję, jak zawsze – odparł smok. – Nowi jesteście? Jeszcze was nie widziałem – i zaczął się im uważnie przyglądać.

– Przecież… – zaczęła nieśmiało Marta. – Przecież smoki nie istnieją! To musi być jakiś hologram dla zmylenia przeciwnika.

Domniemany hologram w tym momencie zaśmiał się i, najwidoczniej dla potwierdzenia swojej realności, zionął ogniem tuż przy jej twarzy. Było gorąco i przekonująco.

– Smok w skarbcu? – pytał, chyba już tylko retorycznie, Pat. – Ale jak to?

– No zwyczajnie – odparł zdziwiony smok. – Pilnuję. Lubię pilnować. Smoki z mojej rodziny muszą koniecznie spać przy szczerym złocie, bo inaczej strasznie boli nas w krzyżu.

Smoku, Pat i Marta zbaranieli już zupełnie. Mieli zaledwie kilka minut, a przed nimi leżał kilkutonowy, ziejący ogniem, mityczny potwór. W dodatku całkiem miły.

– Ha! – krzyknął smok przerywając milczenie. – Wy tu najwyraźniej się włamaliście!

– Skąd możesz wiedzieć? – spytał niewiele myśląc Smoku.

– Oj chłopcze, trochę zaufania. My, smoki – mówił, a jego ton stał się bardzo poważny – mamy doskonałą intuicję. A poza tym ona nie ma odpowiedniego kostiumu, a przecież kobieta nie będzie zwykłym tragarzem.

– Oni cię tu więżą? – spytał Smoku. – To by się trzymało kupy. W takim wypadku, przykro mi to mówić, jesteśmy tutaj żeby cię uwolnić.

Pat i Marta spojrzeli na Smoka robiąc wielkie oczy. Spodziewali się nawet, że cała akcja była zaplanowana właśnie po to, to mogła być kolejna tajemnica ich kompana. Smoku poczuł, że jest im winny wyjaśnienie:

– Wiecie dlaczego ten bank? Bo mi się śniło, że w środku jest smok! Myślałem, że to dobra wróżba. Ale ten we śnie mieścił się do kieszeni…

– To możliwe, że miałeś taki sen – wtrącił się smok. – Wprawdzie skarb jest, ale mi się tu nudzi i chciałem stąd wyjść. W górach czeka na mnie narzeczona. Będzie już z pięć lat! Mogłem tak intensywnie myśleć, że aż się komuś przyśnić…

– Jesteś cholernym smokiem! – krzyknęła Marta. – Nie możesz sam stąd wyjść?!

– To mnie trzyma – odpowiedział smok, pokazując łapą na złoty łańcuszek przymocowany do obręczy na szyi. – Nawet muszę być posłuszny póki to noszę. Dlatego zanim spróbujecie dotknąć tu czegokolwiek… ostrzegam, że to nie będzie moja wina – mówiąc to wystawił rząd ostrych zębów w ironicznym uśmiechu. – Takie polecenie dostałem. To jest obręcz Władców Smoków. Podpisałem tę nieszczęsną umowę i tylko jeden z nich może mi ją zdjąć.

W oku Smoka (ta dyskretna różnice między Smokiem a smokiem…) pojawił się błysk. W końcu miał mieć szczęście i czuł to całym sobą.

– A co czyni Władcą Smoków? – spytał.

– Tatuaż w kształcie smoka – odpowiedział rzeczowo smok. – Zgodnie z, zapewne bardzo tajną, ale nikt mi nie zabronił o tym mówić, konwencją lyońską o użytkowym zastosowaniu smoków.

Smoku podszedł więc do smoka i bez żadnego trudu zdjął z jego szyi złota obręcz. Zanim zdążył o cokolwiek zapytać… na miejscu, w którym leżał wcześniej smok, stała tylko maleńka złota figura. Nie było czasu, Marta złapała tylko ją i pobiegła w stronę nocnego zrzutu. Smoku i Pat zamknęli szybko skarbiec. Wychodząc słyszeli nawet kroki w strefie bezpieczeństwa.

Plan się powiódł. Marcie udało przecisnąć się przez zrzut i dostać do samochodu. Tyle, że bez torby pełnej kosztowności.

– Jedziemy w góry – powiedział zdecydowanym głosem Smoku.

 

Postawili na ziemi maleńką złotą figurkę. Po chwili stał już przed nimi widziany wcześniej potwór i prostował skrzydła. Nie wiadomo skąd nadleciała smoczyca. Ciężko opisać całujące i obejmujące się smoki, ale to najwyraźniej usiłowały one robić. Przy okazji przez nieuwagę kończąc żywot kilku okolicznych drzew.

– Dziękuję wam – powiedział smok, a w kącikach jego gadzich oczu pojawił się śluz, zapewne coś w rodzaju łez. – Nie wiem jak wam dziękować.

– Ja wiem – odparł spokojnie Smoku. – Grałem w gry, a ty jesteś smokiem. Sam mówiłeś, że musisz spać przy złocie, a więc musisz mieć gdzieś tutaj swój skarb. Podzielmy się. Gdybyśmy cię nie uratowali, bylibyśmy teraz bogaci.

– Nie ma sprawy, ale chyba wiesz chłopcze, że to będzie najbardziej dochodowy skok w historii tego świata?

– Taki był plan.

 

***

Komisarz siedział właśnie w eleganckim biurze dyrektora banku i bawił się maszynką do przycinania cygar. Cała sprawa śmierdziała na kilometr. Od trzech dni, bez postawienia żadnych zarzutów, dyrektor bezprawnie przetrzymywał dwóch pracowników podejrzanych o kradzież z bankowego skarbca. Jakimś cudem musieli obejść bankowe zabezpieczenia. Jedynym śladem był dwusekundowy zanik obrazu na jednej z kamer przed bankiem.

Co więcej, nie było pewności czy ze skarbca w ogóle coś zabrano. Rzekomych sprawców zatrzymano w domach, mieli solidne alibi…

Skarbiec miał zostać otwarty pierwszy raz od trzech dni. Wcześniej było to niemożliwe ze względu na zamek czasowy. Komisarz nerwowo stukał palcami w blat. Czekał na wieści.

– Coś zginęło? – zapytał komisarz widząc wchodzącego do środka dyrektora.

– Jakby to panu powiedzieć… – powiedział dyrektor, najwyraźniej zmieszany. – Wierzy pan w smoki?

– Ma mnie pan za wariata!? – wykrzyknął zdenerwowany policjant, aż podnosząc się z fotela. – Proszę mnie traktować poważnie!

– W takim razie niczego nie brakuje. Przepraszam za kłopot.

Żal mu było, że stracił to nowoczesne zabezpieczenie, na które wydali mnóstwo pieniędzy. Starego smoka zastąpili nowym, dużo większym i sprowadzonym na specjalne zamówienie. To był pierwszy napad w historii, w którym smok zawiódł, a dyrektor musiał trzymać język za zębami i nie mógł wydać tajemnicy stosowania potworów w bankowych skarbcach… W końcu zwykli ludzie nawet nie wiedzieli o ich istnieniu. Gdyby wiedzieli, to zaraz miałby na głowie ekologów.

 

Zresztą od początku czuł, że ten konkretny smok sprawi problemy. Zbyt się trzymał przepisów, a to zawsze budziło niepokój bankiera.

 

26 sierpnia 2010

Koniec

Komentarze

Zaczęło się nieźle, ale potem było już gorzej. Co do stylu nie mam zastrzeżeń, natomiast co do treści tak.

Cała operacja włamania totalnie naciągana i nierealna - właściwie dopasowana do założenia "muszą jakoś dotrzeć do skarbca". Opisana jakby to był film i rzeczywiście tylko w filmie by się coś takiego mogło udać. Tu duży minus.

Pomysł wykorzystania smoka jako współczesnego strażnika ciekawy, ale nie powalający.

Ode mnie 4 z minusem.

Pomysł fajny, realizacja moim zdaniem taka sobie. Cokolwiek rozwlekłe. Popracuj nad stylem.

Jak nie czytam dobrych opowiadań, to mnie boli w krzyżu. Tu mi to na szczęście nie groziło. Ale niestety muszę się trzymać przepisów - na więcej niż cztery nie da rady dociągnąć, bo opowiadanie rozwleka się nie tam, gdzie powinno...

Potwierdziły się moje wcześniejsze obawy: zauważalny przeskok jakościowy pomiędzy pierwszym a drugim opublikowanym na tym forum opowiadaniem (nie licząc tych z netu). Mam wrażenie, że powodem tego kontrastu mógł być… pośpiech. Powyższe opowiadanie wydaje się opublikowane „za szybko” – wiele rzeczy można byłoby jeszcze podszlifować, przemyśleć, dodać jakieś nowe, intrygujące wątki. Pośpiech bywa złym doradcą, szczególnie jeśli chodzi o wypuszczanie swoich tekstów w obieg publiczny.

...always look on the bright side of life ; )

Nawet ciekawe, niezgorzej napisane i bez większych błędów. Dość oryginalne potraktowanie tematu (Smoku jako geniusz-włamywacz i smok-strażnik złota), ale reszta niestety mocno trąci filmowością. I chociaż opis skoku jest zajmujący i wyraźnie przemyślany, to jednak pozostaje wrażenie, że czyta się konspekt nowej części "Ocean's Eleven". Właściwie trudno mi się do czegoś przyczepić, ale i tak nie dałbym więcej niż 4.

Styl - całkiem nieźle, nic nie raziło.
Historia - dosyć zaskakująca. Szczególnie moment, kiedy spotykają w skarbcu smoka. Chociaż w pierwszej chwili zareagowałem w stylu: "no bez jaj".
Całość - dobra, ale rzeczywiście widać, że, jak już ktoś wspomniał, zabrakło "ostatniego szlifu".

Do konkursu. ;)

a mi się podobało :) chociaż znowu te krótkie zdania...

Pomysł ciekawy. Interpunkcja trochę kuleje.

A co ten biedny smok jadł?

Babska logika rządzi!

Przeczytałam bez większej przykrości, jedynie opis przygotowań do napadu wydał mi się mocno nużący, a spotkanie ze smokiem, cokolwiek bajkowe, tzn. jakby z innej bajki. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka