- Opowiadanie: V0yager - Biuro rzeczy zagubionych

Biuro rzeczy zagubionych

Opowiadane przygotowane i opublikowane w trzech odcinkach na... dyskietkach magazynu Hot Style (http://www.hotstyle64.com/pl). Odważyłem się w końcu poddać je pod ocenę szanownego grona.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla, Zalth

Oceny

Biuro rzeczy zagubionych

Istnieją takie miejsca, które wydają się być wyrwane z rzeczywistości. Nie pasują do niej, tkwią wciąż osadzone w innej linii czasu. Bary mleczne na obrzeżach centrów miast, pełne starszych ludzi w szarych, zniszczonych płaszczach, niekiedy przemieszanych ze studentami i całymi, zmęczonymi życiem rodzinami. Zazwyczaj zerkam na takie miejsca ukradkiem przez szybę, nigdy do nich nie zaglądając, jakbym od zawsze obawiał się, że mnie pochłoną, wyrwą z rytmu miasta i posadzą nad miską z fasolą okraszoną masłem. Z jednej strony tkwi gdzieś we mnie strach przed utratą osiągniętego statusu, z drugiej boję się, że ta fasolka mogłaby być przepyszna, a ja na stałe wprowadziłbym do rytmu codziennych rytuałów wizyty w barze mlecznym, wtapiając się w jeszcze jeden poszarzały tłum.

Moim miejscem, okrytym tajemnicą, do którego przez wiele lat bałem się zajrzeć, było tkwiące głęboko w trzewiach dworca kolejowego Biuro Rzeczy Zagubionych. Nie "znalezionych", ale właśnie "zagubionych". I to zagubione miejsce, ze zgubami w nazwie intrygowało mnie latami. Za każdym razem, gdy wracałem z pracy, przechodziłem tunelem łączącym zejścia na perony. Zawsze wybierałem najdalej położony łącznik, mało kto znał tę trasę i mało kto zapuszczał się w odległy tunel. A ten ukrywał niezwykłe atrakcje: pokryte kurzem witryny salonu gier wypełnionego flipperami i automatami do gier, zachęcającymi rozbłyskami świateł i beepami chiptune'ów. Nigdy nie widziałem w środku graczy, ale może nie byłem wystarczająco uważnym obserwatorem. Dalej tkwił jeszcze jeden, nieco młodszy relikt komputerowy: kafejka internetowa z zabudowanymi boksami, w których pewnie kryli się jacyś gracze, do których domów jeszcze nie dotarł Internet. Biuro Rzeczy Zagubionych mieściło się pomiędzy salonem gier i kafejką. Właściwie było to wejście ze strzałką, wskazującą zakręt w prawo. W tym zaułku zaułków, gdzieś za zakrętem ukrywał się przybytek, w którym miejsce spoczynku znalazły zguby. Zawsze zastanawiałem się, przechodząc obok tego niepozornego szyldu, czy odnalazłbym wewnątrz jakieś zguby. Nie przypominam sobie, żebym cokolwiek, kiedykolwiek zgubił, ale myśl była kusząca. I znikała zawsze, gdy już opuściłem tunel, mieszając się z anonimowym tłumem, powracającym z pracy.

Tego dnia było inaczej. Zamiast minąć salon gier, potem szyld biura i kafejkę, zatrzymałem się w połowie drogi. Napis na szyldzie był stary, świadczyły o tym rysy i zadrapania, ale zadbany, jakby codziennie ktoś przecierał litera po literce i uzupełniał braki łuszczącej się farby. Pięć kroków pozwoliło mi stanąć w wąskim przejściu. Następne pięć doprowadziło do zakrętu. Obrót o dziewięćdziesiąt stopni i jeszcze pięć kroków. I znów strzałka, tym razem w lewo. Korytarz za kolejnym zakrętem był nienaturalnie długi i oświetlony równym rzędem świetlówek. Sztuczne, jednorodne światło podkreślało jego niezwykły charakter. Żadna ze świetlówek nie migotała, nie świeciła innym odcieniem, ani nie była przygaszona. Wszystko zbyt idealne i dopracowane. Nawet ekranik mojego telefonu nigdy nie był tak równomiernie oświetlony. Drzwi na krańcu korytarza nie miały żadnych oznaczeń, nie było też przycisku domofonu, albo dzwonka. Czułem się trochę jak w wyidealizowanej scenie z gry.

Zapukałem. Odpowiedziała cisza. Zapukałem jeszcze raz i nacisnąłem klamkę. Drzwi otworzyły się na niewielki pokój, w którego centrum znajdowało się biurko i fotel z oparciem. Nikogo nie było w środku. Przez chwilę, bo gdzieś z prawej strony usłyszałem odgłos przelewanej wody, za nim dźwięk łyżeczki obijającej się o krawędź porcelanowego kubka. Czekałem. Sprawczyni tej małej etiudy wyłoniła się zza drzwi, przypatrując się bacznie niespodziewanemu gościowi.

– Dzień dobry – przywitałem kobietę. Była w nieokreślonym, średnim wieku, kryjąc upływ lat za szkłami rogowych okularów i pod misternie ułożonym kokiem.

– Dzień dobry – odpowiedziała. – Czym mogę służyć?.

Chwila ciszy przeciągała się. Nie wiedziałem co powiedzieć i jak wytłumaczyć swoje najście. Wybrałem najprostsze możliwe wytłumaczenie: – Szukam…

Nie zdążyłem dokończyć, przerwała mi, siadając jednocześnie na biurowym fotelu. – Proszę o imię i nazwisko, datę urodzenia oraz imiona rodziców. Odruchowo przekazałem ciąg danych identyfikacyjnych. Nie odpowiedziała, zajęta stukaniem w klawiaturę i klikaniem. Miałem przez chwilę wrażenie, że pokój, w którym się znajdowałem poruszył się. Musiało to być jednak złudzenie.

– Zna pan regulamin? – zwróciła swój wzrok na mnie i oczekiwała na odpowiedź.

– Nie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

– Może pan przeczytać i podpisać jego skróconą wersję, kompletny zestaw zasad przekażę panu w e-mailu. – podała mi dwustronnie zadrukowaną kartkę, a ja odwdzięczyłem się dyktując adres. Nie było wśród zasad niczego zaskakującego, choć Buro Rzeczy Zagubionych działało raczej jak wypożyczalnia odnalezionych w jego magazynie gadżetów. Można było wypożyczyć dowolny przedmiot i przetrzymać go przez jeden dzień, jeśli złamało się tą regułę, przedmiot pozostawał własnością wypożyczającego, a biuro od tego momentu przestawało świadczyć usługi. Fair enough. Podpisałem, telefon w kieszeni zasygnalizował odebranie e-maila.

– Zapraszam – usłyszałem, i już byliśmy za przypominającymi grodź na statku drzwiami prowadzącymi do magazynu. Po pokonaniu schodów prowadzących w dół (byliśmy chyba na poziomie peronów) i zaledwie kilkunastu krokach, kobieta zatrzymała się, otworzyła karta magnetyczną drzwi i zaprosiła mnie do środka.

– Kiedy wybierze pan odpowiedni przedmiot, proszę nacisnąć dzwonek znajdujący się przy drzwiach. Nie radzę wychodzić samemu, zgubi się pan – zanim wybrzmiało słowo "pan", otwierała już drzwi i wracała do biura. Zostałem sam. Równo ułożone na półkach pudła zajmowały trzy ściany pomieszczenia. Podszedłem do tego, które znajdowało się na wprost – dużego, o długości około metra. Wysunąłem je z półki, położyłem na stoliku znajdującym się obok drzwi. Otworzyłem. Oniemiałem.

Dawno nie widziałem już tego pudełka. Strząsając na boki płatki styropianu, odkrywałem kolorowe, podniszczone zdjęcie: kosmiczny myśliwiec, bolid F1, jakiś anonimowy piłkarz. W kartonie były jeszcze inne pudełka i kilka kaset magnetofonowych. Bez zastanowienia domknąłem pudło i wcisnąłem dzwonek. Kilka minut później, wyposażony w pożyczoną, pokaźną torbę wracałem szczęśliwy jak dziecko do domu.

 

***

 

"Personal Computer" – dawno nie widziałem tego napisu. Widniał dumnie na obudowie kremowo-żółtego komputera. Chwilę zajęło mi połączenie wszystkich elementów retroinformatycznej układanki w działającą całość. Długo szukałem odpowiednich gniazdek w odbiorniki TV, no i zmarnowałem nieco czasu na łatanie kawałkiem drutu przepalonego bezpiecznika w prostokątnym zasilaczu. Włożyłem do magnetofonu kasetę, uruchomiłem procedurę wczytywania pierwszej gry i pełen entuzjazmu pobiegłem do sąsiedniego pokoju streścić ciekawszą połowę dnia żonie. Niestety, nie było jej. Pozostała szklanka herbaty za towarzystwo i wpatrywanie się w poziome paski przebiegające przez ekran. Giana Sisters, pierwsza pozycja na kasecie zabrała mi życia kilka godzin. Później był tylko czas na zbyt krótką drzemkę i pospieszne pakowanie maszyny w nieco niedopasowane pudełko. Chyba nad ranem już tak jest, że po prostu nic do siebie nie pasuje. Równie szybko wypita kawa i zjedzona kanapka stały się zaledwie smacznym wspomnieniem w drodze do pracy. Spóźniłem się zaledwie dziesięć minut. Za to w Biurze Rzeczy Zagubionych byłem na czas. Pięć kroków w prawo, pięć kroków w lewo, przejść przez sterylny korytarz, zapukać. Poczekać (kobieta ponownie wydzwaniała rytm na filiżance herbaty). Dalej zgodnie z procedurą: odłożyć wypożyczoną zgubę na stoliku (kobieta wsunęła pudło bez sprawdzania jego zawartości w otwór w ścianie). Poprosić o kolejną zgubę…

Nie pamiętamy o tym, jak wiele rzeczy w młodości ma dla nas znaczenie. Jak bardzo bawi nas proste składanie konstrukcji z klocków, budowanie (w wyobraźni) wymyślnych miejsc pełnych modeli samochodów, albo odgrywanie fikcyjnych walk na nieistniejących polach bitew. I to, jak wiele miejsca zajmują te wszystkie zagubione rzeczy, które kształtują nas przez lata. Przez kilkaset następnych dni (po szesnastej wizycie w Biurze Rzeczy Zagubionych przestałem liczyć) znosiłem do domu: kolekcję puszek, zdalnie sterowane samochodziki, duży karton klocków, zbiór kilku planszowych gier fabularnych, kilkukilogramowy pakiet komiksów, przeglądarkę analogowych slajdów, wypalarkę do drewna i dziesiątki innych przedmiotów, dawno już pogrzebanych w odległych wspomnieniach. Magazyn Biura Rzeczy Zagubionych zdawał się nie mieć końca. Każdego dnia odkrywał przede mną kolejną rzecz, o której istnieniu prawie już zapomniałem. Moje pytania o pochodzenie przedmiotów i o fakt tak precyzyjnego określenia ich właściciela, kobieta prowadząca Biuro Rzeczy Zagubionych zawsze zbywała, wskazując mi odpowiedni punkt regulaminu. Tajemnica firmy.

Coraz więcej czasu spędzałem wybierając z półek ulubione przedmioty mojego dzieciństwa i młodości. Mogłem czuć się swobodnie, nikt nie ingerował w moje wyprawy w trzewia magazynu Biura Rzeczy Zagubionych. Swoją drogą, nigdy nie poznałem imienia tej kobiety, która za każdym razem wydawała i przyjmowała kolejne przedmioty z moich wspomnień. Pewnie dane personelu skrywał któryś z punktów regulaminu.

Mimo ogromnej przestrzeni zajmowanej przez magazyn, nigdy nie znalazłem w nim rzeczy innych osób, ani nigdy nie natknąłem się na przedmioty, które wcześniej wypożyczyłem. W magazynie panowała też nienaturalna cisza, co kłóciło się z jego lokalizacją – musiał przecież znajdować się na poziomie peronów, a pociągi codziennie regularnie przyjeżdżały i odjeżdżały z dworca.

Pewnego dnia postanowiłem wybrać się w podróż i oszacować wielkość magazynu. Poddałem się po dwóch godzinach marszu wzdłuż ściany. Na półkach, w starannie ułożonych kartonach wciąż znajdowałem moje zagubione rzeczy. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak wiele z nich niegdyś używałem i jak wiele wciąż będzie jeszcze otwierać kolejne, nieużywane od lat wspomnienia.

Podczas jednej z wizyt w Biurze Rzeczy Zagubionych, błąkając się w setkach równoległych i prostopadłych alejek wypełnionych surowymi, metalowymi regałami potknąłem się o wybrzuszenie na podłodze. Zignorowałem ten fakt, zaintrygowany zawartością jednego z kartonów (zbierałem kiedyś znaczki – w pudełku było kilka klaserów, pełnych miniaturowych dzieł sztuki, naznaczonych tuszem, który pewnie pochodził z wielu egzotycznych krain). Dopiero kilka dni później, wspomnienie niepasującego do uporządkowanej rzeczywistości magazynu zdarzenia zaprowadziło mnie ponownie do miejsca, w którym moje nogi poinformowały mnie o niezwykłej skazie na tej idealnej strukturze. Pamięć wskazała mi trasę – od wejścia przed siebie 64 przecznice, obrót w prawo, minąć kolejne 64 alejki. Nieregularność w podłodze układała się w kwadratowy obrys, każdy z boków miał około dwóch metrów długości. W centralnej części znajdowała się rączka, za którą bez namysłu chwyciłem. Drzwi w podłodze ustąpiły z delikatnym zgrzytem. Dostrzegłem pierwsze trzy stopnie prowadzące w ciemność. Nie wahałem się, Biuro Rzeczy Zagubionych było wystarczająco dziwnym miejscem, by porzucić jakiekolwiek obawy. Kiedy postawiłem nogę na podłożu niższego poziomu, przestrzeń natychmiast zalało światło, równomiernie wyłaniające z ciemności każdy detal. Klatki przykryte białymi narzutami. Były wszędzie dookoła. Kątem oka dostrzegłem jakiś ruch i podszedłem do miejsca, które prawdopodobnie odwróciło moją uwagę od rozstrzygania przeznaczenia piwniczki mieszczącej się pod magazynem. Bez chwili zastanowienia odciągnąłem białą płachtę, okrywająca równomiernie rozłożone pręty.

Zza krat patrzyła na mnie para brązowych oczu. Przez chwilę dostrzegłem w nich wyraz strachu i w wrogości, ale błyskawicznie zastąpił go zupełnie inny sygnał. Czworonogi zwierzak rozpoznał mnie. Nie potrafię opisać targających mną przez krótką chwilę uczuć. Dość powiedzieć, że były na tyle silne, że nie pamiętam drogi powrotnej do domu. Wiem tylko, że zaskoczyło mnie to, że przy wejściu do piwnicy znalazłem przygotowaną smycz. Podróż przez 64 aleje i 64 przecznice z drepczącym obok psiakiem upłynęła błyskawicznie. Również wyuczona procedura wypożyczeń z Biura Rzeczy Zagubionych była krótka i mechaniczna. Dostrzegłem tylko, że kobieta nie była nawet zaskoczona obecnością zwierzaka. Wydawało mi się, że nazwa Biura na szyldzie znajdującym się przy wejściu brzmiała teraz inaczej, ale zrzuciłem to na karb rozchwianych zmysłów, napędzanych nieprawdopodobnymi zdarzeniami.

Dotarłem do domu, od progu wołając imię swojej żony. Nie było jej. Prawdopodobnie odrabiała zaległości w pracy. Zagłębiłem się więc we wspomnienia, wyszukując w szafie dawno nieużywaną miskę na wodę i tą drugą, przeznaczonej na jedzenie. Pies dreptał za mną, delikatnie postukując pazurami o kuchenne płytki. Wiecie jakie to uczucie kiedy niedowierzanie miesza się ze szczęściem? Ja do tej pory nie wiedziałem. W całej tej układance wydarzeń nie pasował do rzeczywistości tylko jeden element. Pies który machał ogonem na widok miski z karmą (tak, musiałem podświadomie kupić plastikowy worek z jedzeniem gdzieś po drodze).

Ten sam pies, który już od kilkunastu lat nie żył.

 

***

 

Takiego mętliku w głowie nie miałem już dawno. Myśli goniły jedna za drugą, ale uspokajały się, gdy tylko spoglądałem na zwinięta w kulkę, nakrytą kocem żywą istotę, która jeszcze przed chwilą wylizywała do czysta opakowanie po jogurcie, z radością biegała za piłką i umiejętnie zmiękczała moje serce, prosząc od kolejną dokładkę. Dopiero, gdy usnęła (świt już wdzierał się przez okna) mogłem pozwolić sobie na chwilę zastanowienia. Logiczna część mojego umysłu krzyczała: to sen, to nie dzieje się naprawdę. Pozostała część oddawała się błogiemu zapomnieniu, nie zważając na brak spójności. Cieszyłem się. Tak samo, jak wtedy, jeszcze dwadzieścia lat temu. Nie wiem jak ta mała istota pojawiła się ponownie w mojej rzeczywistości. Na razie nie chciałem tego odkrywać, po prostu rozpierała mnie jakaś ulotna, prosta radość, nieopanowana euforia skłaniająca do ciągłego spoglądania na poruszający się rytmicznie kocyk i wystające spod niego biało-brązowe łapki (chowały się, kiedy dotykałem ciepłych poduszek). Nigdy później nie zdecydowaliśmy się na psa, kota, albo innego zwierzaka, wciąż goniąc za ogonem codzienności. Może trzeba było, teraz przynajmniej to wiem, czuję.

Wyciągnąłem z kieszeni telefon i wybrałem numer do mojej żony. Nie odpowiadała. Po trzeciej próbie zrezygnowałem. Dawno już chyba oddaliliśmy się od siebie na tyle, że skwitowałaby pewnie moje rewelacje krótkim: "idź się wyspać". Może i dobrze, że się nie dodzwoniłem. W czasie krótkiego psiego snu sięgnąłem po tablet i zacząłem szukać hasła "biuro rzeczy zagubionych". Po przejrzeniu dziesięciu kolejnych stron wyników, poddałem się – żaden odsyłacz nie skierował mnie na jakikolwiek trop, wyjaśniający gdzie byłem i czego właściwie doświadczam. Minuty mijały, zasnąłem wpatrując się w wystający spod koca pyszczek, z którego wydostawały się stłumione, gniewne pomruki, podpowiadające, że zabawa wciąż jeszcze trwa, we śnie.

Kiedy się obudziłem, byłem sam w pokoju. Zaniepokojony podniosłem koc (wciąż był jeszcze ciepły), jednak nikogo pod nim nie znalazłem. Za to charakterystyczny zbiór dźwięków: pazury ślizgające się na posadzce, piski i łapki uderzające w drzwi, podpowiedziały mi, że nie śniłem a mój czworonogi towarzysz wyszedł do kuchni po wodę i nie udało mu się wrócić (prawdopodobnie zatrzasnął drzwi, naskakując na nie). Otworzyłem, narażając się na zimne przebudzenie od punktowego dotykania nosem i mokre powitanie językiem. Zagarnąłem tą kudłatą kulę w ramiona i podniosłem w górę (nigdy tego nie lubiła, ale po prostu musiałem). Przez chwilę wpatrywałem się w brązowe, pełne radości oczy, a potem po prostu wyciągnąłem z zakamarków szafy starą smycz i ruszyliśmy obszczekiwać świat. Ten sam świat, który właśnie przestał mnie obchodzić. Do pracy nie poszedłem. Obowiązkowy termin zwrotu towaru do Biura Rzeczy Zagubionych – po prostu przekroczyłem. Nie zastanawiałem się co będzie dalej. Przez miesiąc byłem tylko ja, cztery łapy i całe dnie zabawy. Momentami myślałem, że powoli zamieniam się w psa. Nawet do sklepu zaczęliśmy bezceremonialnie wchodzić razem, mimo początkowych protestów sprzedawcy. Ale się przyzwyczaił. Ja też powoli zaczynałem się przyzwyczajać do myśli, że tak już będzie zawsze. Jednak w życiu rzadko można pozwolić sobie na beztroskę. Prędzej, czy później będę musiał wytłumaczyć się pracodawcy. Najpierw jednak jeden, ważny spacer do centrum.

Musiałem mocno trzymać się smyczy, żeby nie zwalić się na ziemię z wrażenia. Pomiędzy salonem gier wideo a kafejką internetową drzwi owszem widniały, ale wraz z ostrzeżeniem: "Nie wchodzić, nieczynne". Zamiast etykiety "Biuro Rzeczy Zagubionych" widniał tu teraz inny, napis: "Toalety Damskie, Toalety Męskie". Mimo wszystko, złamałem zakaz i popchnąłem drzwi. Ustąpiły. Pięć kroków w prawo i pięć w lewo. W miejscu sterylnego korytarza był teraz cieknący pisuar. Wróciłem do domu. Pamiętam jeszcze, że przez chwilę spoglądałem na witrynę kawiarni internetowej. Wydawała mi się teraz wyblakłym graffiti a nie szybą kryjącą miejsce, które dawno już nie powinno istnieć. I dźwięk: te charakterystyczne, stłumione odgłosy uderzeń i brzmienia melodyjek z automatów; również ich nie słyszałem. Jeszcze bardziej skołowany wróciłem do domu, gdzie byłem tylko ja i brązowe oczy psa. Zadzwoniłem do pracy – nikt nie odbierał. Wysłałem e-maila do Biura Rzeczy Zagubionych – w odpowiedzi dostałem rzeczowe: "Delivery to the following recipient failed permanently. 550 5.1.1 User not found". Moja żona nie wraca do domu i nie odbiera moich telefonów. Wszystko wokół wydaje się blaknąć i rozpadać, ale ja jednak żyję. Wciąż mam dosyć na koncie, by przeżyć jeszcze dwa, może trzy miesiące. Mam swoje małe, czworonogie szczęście, choć nie wiem jak to możliwe i dlaczego tak się stało. Nawet jeśli wszystko wokół to jakaś fikcja, albo bardzo szczegółowy i długi sen, to niech tak zostanie, nie pogniewam się.

Żałuję tylko, że od razu nie zajrzałem pod inne płachty, szczelnie zakrywające metalowe klatki. Co, jeśli skrywały one inne zwierzęta, z którymi kiedyś żyłem. Nawet nie wiem, jak bym się wtedy zachował. Może nie potrafiłbym znieść takiego nagromadzenia emocji?

Za każdym razem, kiedy wychodzimy na spacer widzę sylwetki ludzi, jednak oni nie zwracają na nas uwagi. Nawet wtedy, gdy mój psiak postanowił właśnie obszczekać powietrze. Nikt się nie ogląda, nikt nie odszczekuje. Nawet najbardziej słoneczne dni wydaje się pochłaniać codzienna szarość. Dawno już przestałem zaglądać do pracy (byłem raz, zobaczyłem puste biura), pogodziłem się też z tym, że żona zniknęła z mojego świata raz na zawsze. Teraz skupiam się na zabawie: piłkach, kijkach, sznurkach i takich tam zadaniach, które sprawiają że już po kilku minutach intensywnej rozrywki widzę tylko zasapany jęzor przed sobą.

Tylko jedno zdarzenie, i tylko jeden raz zakłóciło codzienne zabawy. Wybraliśmy się tego dnia na szczególnie długi spacer (uzbrojeni w torbę pełną zabawek, smakołyków i taki sprytny wihajster do wydobywania kleszczy). W połowie drogi dotarliśmy na brzeg rzeki. Mój psiak zmieniał się każdego dnia. Pamiętam, że unikał wody w swoim pierwszym życiu, teraz ochoczo wskakiwał w nurt, płynąc radośnie za kijem lub piłką (Dlaczego psy zawsze wytrzepują wodę na swojego opiekuna? Pewnie nigdy się nie dowiem).

Włosy ułożone w kok i zbyt duże okulary. Trudno było nie rozpoznać opiekunki Biura Rzeczy Zagubionych, kiedy spotkało się ją chociaż raz. Bez zastanowienia zbliżyłem się i powiedziałem:

– Dzień dobry.

– Dzień dobry – usłyszałem odpowiedź – Odnalazł pan to czego szukał? – zapytała.

Nie jestem pewien – pomyślałem, jednak na usta już cisnęły się pytania:

– Jak to możliwe?

– Sam odpowiadasz za ten świat. – opowiedziała – I sam go tworzysz. Pomyśl i uważnie się rozejrzyj, wtedy zrozumiesz, co jest możliwe, a co nie.

Pomyślałem. Tylko przez chwilę. O wszystkich towarzyszach mojego życia. Tych małych i tych nieco większych. O gromadce dachowców, wśród których jeden uszkodził sobie łapkę, spadając z drzewa. O innym psie, który zawsze spoglądał mi prosto w oczy, a kiedy nie zwracałem na niego uwagi, dotykał mojej dłoni zimnym nosem. Dużo ich było. Nie potrafiłem ich zliczyć, ale zakopane gdzieś głęboko wspomnienia przechowywały każdą z małych i nieco większych postaci. Nagle poczułem – delikatne, częściowo schowane pazury na zewnętrznej części prawej dłoni. Zbyt szeroko rozstawione, jakby zdeformowane. Obok dotknięcie zimnego nosa. Kiedy otworzyłem oczy, wszystkie były obok – kilka psów, kilkanaście kotów, niektóre podchodziły niepewnie, jakby nie wiedząc, czy mogą to zrobić. Inne właśnie przyglądały się przypadkowo uformowanemu stadu. Trzymałem w dłoni małą, uszkodzoną po wypadku, ale sprawną łapkę szaro-czarnego kota. Zimny nos należał do pierwszego psa, jakiego spotkałem na swojej drodze i przygarnąłem. Musiałem się jakoś uspokoić… co pewnie zabrało kilkanaście minut.

Kobieta wciąż z pewnym zainteresowaniem i przelotnym uśmiechem (wydawało mi się, że przez chwilę go dostrzegłem), przyglądała mi się, a później obróciła, odchodząc.

– Jak to możliwe? – zapytałem jeszcze raz.

Zatrzymała się, ale nie obróciła w moją stronę.

– Kiedyś zrozumiesz. – przez chwilę milczała. Kiedy miałem już wrażenie, że to koniec rozmowy, powiedziała – Sam musisz to rozpracować. Wskazaliśmy ci tylko początek drogi. Opiekuj się nimi, tak samo, jak kiedyś one opiekowały się tobą. To twoje zadanie. W innych światach to one zawsze nad wami czuwają. Są wprawdzie tacy, którzy je krzywdzą, ale nie chciałbyś być teraz w ich skórze. I ciesz się każdym dniem.

Nie odwróciła się już do mnie. Zostałem nad brzegiem rzeki ze stadem psów, gromadą kotów i jednym wróblem. Zacząłem w myślach budować dla nich dom. Nad brzegiem rzeki.

Koniec

Komentarze

Historia rozpoczyna się bardzo ciekawie aż w końcu z impetem przewraca w nieokreśloność. Myślę, że na pewno dało by się lepiej rozegrać zakończenie. No bo dlaczego bohater znalazł z powrotem swoje wszystkie zwierzęta, a nie jakieś inne przedmioty? I dlatego najpierw zachwycał się starymi zabawkami, a potem wszystko porzucił dla jednego psa, który nawet nie był tym najważniejszym psem? Co się stało z żoną, którą jakby nie patrzeć, także zgubił. Opowiadanie ma wielki potencjał, ale jest źle rozegrane. Gdy zszedł do piwnicy, byłem pewien że pod białymi prześcieradłami znajdzie członków swojej rodziny ????

Bardzo interesujący pomysł, spodobał mi się.

Końcówka już trochę IMO zjeżdża w ckliwy banał, ale jeszcze nie nachalnie, da się przełknąć.

Dlaczego uważasz, że to horror?

od wejścia przed siebie 64 przecznice,

W beletrystyce liczby zapisujemy raczej słownie.

Babska logika rządzi!

Podoba mi się pomysł, ale opowiadanie już raczej niekoniecznie, bo jest dość niejasne i mało wiarygodne.

Przyjmuję do wiadomości, że dorosłego faceta oszołomił nagły dostęp do gadżetów z dzieciństwa i młodości, rozumiem jego ponowną nimi fascynację, ale zupełnie nie kupuję dalszego rozwoju wypadków. Zupełnie nieprawdopodobne wydaje mi się, że od chwili ujrzenia pieska dorosły człowiek przestał zawracać sobie głowę żoną, pracą i wszystkim, co nie było ukochanym zwierzątkiem.

No, chyba że od momentu kiedy nie oddał pieska na czas, sam przeniósł się do innego wymiaru, do Krainy Zawsze Pełnej Miski – tam, gdzie były wszystkie jego czworonogi, a nawet jeden dwunóg.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

pełne star­szych ludzi w sza­rych, znisz­czo­nych płasz­czach, nie­kie­dy prze­mie­sza­nych ze stu­den­ta­mi… –> Czy na pewno płaszcze były przemieszane ze studentami?

 

zna­la­zły zguby. Za­wsze za­sta­na­wia­łem się, prze­cho­dząc obok tego nie­po­zor­ne­go szyl­du, czy od­na­la­zł­bym we­wnątrz ja­kieś zguby. Nie przy­po­mi­nam sobie, żebym co­kol­wiek, kie­dy­kol­wiek zgu­bił… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

oświe­tlo­ny rów­nym rzę­dem świe­tló­wek. Sztucz­ne, jed­no­rod­ne świa­tło pod­kre­śla­ło jego nie­zwy­kły cha­rak­ter. Żadna ze świe­tló­wek nie mi­go­ta­ła, nie świe­ci­ła innym od­cie­niem, ani nie była przy­ga­szo­na. Wszyst­ko zbyt ide­al­ne i do­pra­co­wa­ne. Nawet ekra­nik mo­je­go te­le­fo­nu nigdy nie był tak rów­no­mier­nie oświe­tlo­ny. –> Powtórzenia.

 

znaj­do­wa­ło się biur­ko i fotel z opar­ciem. –> Gdyby rzeczony mebel nie miał oparcia, nie byłby fotelem.

 

usły­sza­łem od­głos prze­le­wa­nej wody, za nim dźwięk ły­żecz­ki… –> Raczej: …usły­sza­łem od­głos prze­le­wa­nej wody, po nim dźwięk ły­żecz­ki

 

Była w nie­okre­ślo­nym, śred­nim wieku… – Skoro była w średnim wieku, to chyba określonym.

 

kry­jąc upływ lat za szkła­mi ro­go­wych oku­la­rów i pod mi­ster­nie uło­żo­nym ko­kiem. –> Obawiam się, że ani okulary, ani kok nie ukryją wieku kobiety.

 

– Czym mogę słu­żyć?. –> Po pytajniku nie stawia się kropki.

 

– Zna pan regulamin? – zwróciła swój wzrok na mnie i oczekiwała na odpowiedź. –> – Zna pan regulamin? – Zwróciła wzrok na mnie i oczekiwała na odpowiedź.

Zbędny zaimek. Czy mogła zwrócić cudzy wzrok?

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

jeśli zła­ma­ło się re­gu­łę… –> …jeśli zła­ma­ło się re­gu­łę

 

otwo­rzy­ła karta ma­gne­tycz­ną drzwi… –> Literówka.

A może: …otworzyła drzwi kartą magnetyczną

 

Długo szu­ka­łem od­po­wied­nich gniaz­dek w od­bior­ni­ki TV… –> Literówka.

 

za­pro­wa­dzi­ło mnie po­now­nie do miej­sca, w któ­rym moje nogi po­in­for­mo­wa­ły mnie o nie­zwy­kłej ska­zie na tej ide­al­nej struk­tu­rze. Pa­mięć wska­za­ła mi trasę… – Nadmiar zaimków.

 

Nie wa­ha­łem się, Biuro Rze­czy Za­gu­bio­nych było wy­star­cza­ją­co dziw­nym miej­scem, by po­rzu­cić ja­kie­kol­wiek obawy. –> Powiedziałabym raczej, że wręcz przeciwnie, że dziwne miejsca chyba powinny wzbudzać jak najwięcej obaw i podejrzeń.

 

Przez chwi­lę do­strze­głem w nich wyraz stra­chu i wro­go­ści… –> Literówka.

 

miskę na wodę i  drugą, prze­zna­czo­nej na je­dze­nie. –> …miskę na wodę i  drugą, prze­zna­czo­ną na je­dze­nie.

 

spo­glą­da­łem na zwi­nię­ta w kulkę… –> Literówka.

 

pro­sząc od ko­lej­ną do­kład­kę. –> Literówka.

 

Za­gar­ną­łem ku­dła­tą kulę w ra­mio­na pod­nio­słem w górę… –> Masło maślane. Czy można podnieść coś w dół?

Wystarczy: Za­gar­ną­łem ku­dła­tą kulę w ra­mio­na i pod­nio­słem

 

– Sam odpowiadasz za ten świat.opowiedziałaI sam go tworzysz. –> Powtórzenie.

Proponuję: – Sam odpowiadasz za ten świat – rzekłai sam go tworzysz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładne!

Trochę to jeszcze nieforemne, brakuje pokazania stopniowego oddalania się od żony, akapit o regulaminie “Biura” jakiś taki zdawkowy, bez zdziwienia, ale widać potencjał. Jest nostalgia i jest plastycznie odmalowany świat, który pamiętam.

Jest też sporo literówek, powtórzeń, zgubione przecinki – na pewno większość potrafisz znaleźć sam, tylko musisz tekst przeczytać na spokojnie. To kwestia szacunku dla czytelnika.

Gdyby było poprawniej technicznie, klikałbym.

Ciekawy koncept, spodobały mi się zwłaszcza te odwołania do staroci – nostalgia “for the win” ;) Plastyczność pokazania też przypadła mi do gustu.

Sama opowieść natomiast jakoś specjalnie nie wystraszyła, a po pojawieniu psa ze zdziwieniem zacząłem czytać o kolejnych niewyjaśnionych dla mnie akcjach bohatera. Za słabo moim zdaniem go nakreśliłeś, by uzasadnić takie olewanie rodziny i realnego życia dla psa. O ile rozumiem nostalgię za rzeczami, o tyle nie widziałem, by przerodziła się w obsesję.

Technicznie wypada nie najlepiej.

Podsumowując:  niezłe opowiadanie, któremu jednak przydałoby się trochę oszlifowania. Parę wybuchów na niebie i tyle.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo fajne, takie sentymentalne :) Do tego zgrabnie napisane. Gratuluję :)

Sentymentalna podróż do przeszłości, refleksja nad tym, co przeminęło. Wspomnienia przypięte do Biura Rzeczy Zagubionych, pomysłowo. Podobały mi się te coraz dalej idące poszukiwania, przeszukiwania, tego co było. Historia wciąga, chcesz wiedzieć, co będzie (odkryte) dalej. Wydźwięk finału jest dla mnie zbyt słaby. Brakuje mi tu jednak drugiego człowieka.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Inni pomarudzili, a mi tam nie przeszkadza.

Bardzo piękna historia. Przypomniały mi się niektóre rzeczy.

Dzięki. :)

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Fajne :)

Przynoszę radość

Nowa Fantastyka