- Opowiadanie: Shawarkar100 - Piramida stworzenia

Piramida stworzenia

Hej!

Po dłuższej nieobecności postanowiłem na nowo powrócić do gry. Tym razem próba amatorskiej filozofii, mam nadzieję, że nie bardzo nudna :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Piramida stworzenia

Gdy Edward miał dziesięć lat, stworzył własnego boga.

Nikt mu nie powiedział, że raczej nie wypada tego robić, a on nie słyszał wyraźnego zakazu ze strony rodziców, więc pomyślał: „czemu nie?” i na jego rękach pojawiła się mała glutowata i bezbarwna substancja, która zaczęła pełznąć po jego przedramieniu. Słońce bez problemu przechodziło przez jej ciało grzejąc skórę chłopca. Nie zauważył żadnych oczu, ani innych narządów, które mogłyby świadczyć, że ta substancja żyje. Mimo wszystko był pewien, że tak właśnie jest.

Nie tak wyobrażał sobie własnego boga, ale postanowił nie wybrzydzać i brać co dają. Zresztą słyszał już z dołu głos mamy, która wołała go na śniadanie, więc nie miał zbyt dużo czasu na rozmyślanie. Drugą ręką odczepił galaretę z ramienia i umieścił w szklance stojącej na dębowym, okrągłym biurku. W jej wnętrzu widniały czarne, zaschnięte ślady po coli, ale twór nic sobie z tego nie robił. Przylgnął do ścianki pojemnika i zastygł, jakby zachwycając się swoim własnym istnieniem i doskonałością godną jedynie bogów. Mruknął przeciągle. Edward zarzucił plecak na ramię i zbiegł szybko po schodach, postanawiając trzymać swój twór w tajemnicy.

Niedługo jednak mu się to udawało, bo zaledwie wysiadł z miejskiego autobusu, który co dzień dowoził go do szkoły, spotkał swojego kolegę, Mika. Mik zawsze miał lepsze zabawki i gry, czym nie omieszkał się chwalić.

– Dzisiaj stworzyłem sobie własnego boga. – Edward zaśmiał się w twarz Mikowi na przywitanie i z satysfakcją patrzył jak tamtemu rzednie mina. Chłopcy nie odzywali się do siebie od kilku dni, ponieważ mama Mika zabroniła mu przyjaźnić się z Edim. Twierdziła, że jest on „zepsutym dzieciakiem”, czego Edward nie mógł pojąć. Widział kiedyś zepsutą rybę. Śmierdziała tak, że kręciło w nosie, a jedzenie podchodziło do przełyku. Ale Edi kąpał się niemal codziennie, więc nie rozumiał tych oskarżeń. Był całkowicie świeży, więc po prostu uznał mamę Mika za zwykłą wariatkę.

– Ja, ja… – zająknął się zbity z tropu Mik, po czym dodał: – … ja też mógłbym mieć własnego boga, gdybym tylko chciał. Dużo potężniejszego od twojego. I mój sprałby twojego na kwaśne jabłko.

Mik tego dnia poszedł na wagary. Postanowił, że nie ma na co czekać i chciał stworzyć własnego boga natychmiast, więc uciekł ze szkoły. Edward nie spotkał go już nigdy więcej, czym wcale nie był zmartwiony, bo zwyczajnie Mika nie lubił. Zasadniczo eksperymentowanie z tworzeniem bogów jest równie niebezpieczne co realne (czyli wcale), ale Edi przekonał się przecież, że od każdej reguły zdarzają się wyjątki.

– Dobrze mu tak – dodawał za każdym razem w myślach, gdy przypadkowo przypomniał sobie jego imię.

Dzień w szkole był nudny jak zwykle, a może nawet bardziej. Chłopca przy życiu trzymała jedynie ciekawość dotycząca tego, co ujrzy po powrocie do domu, więc jakby z większą werwą i radością wszedł do zatłoczonego i śmierdzącego ludźmi autobusu. Wysiadł na ostatnim przystanku, zapiął zieloną kurtkę i ruszył przez jesienny krajobraz. Ścięte łodygi zbóż wystawały teraz kilka centymetrów nad ziemię, czyhając na nieuważnych wędrowców i prezentując swoje zaostrzone kolce. Były czymś w rodzaju wspomnienia po minionym lecie. Słońce wisiało nisko nad widnokręgiem. Edward kopnął leżący na drodze kamień, włożył ręce do kieszeni i wsłuchał się rytm kroków. Skręcił nieopodal dużego, omszałego kamienia i ostatni odcinek drogi pokonał biegnąc. Miał nadzieję, że dom będzie pusty, a bóg zmieni się w coś ciekawego i nie zawiódł się podwójnie. Rodzice Edwarda byli jeszcze w pracy, a w szklance pojawiła się mała, lewitująca kulka, jakby ulepiona z kawałka plasteliny. Chłopczyk pobiegł do sypialni i z komody wydobył zupełnie nowy mikroskop, podarowany mu przez babcię pod choinkę. Położył go nieopodal szklanki i przykleił taśmą klejącą, wydobytą z otchłani plecaka, tworząc własną stację badawczą. Założył najmocniejszy obiektyw. Gdy przyłożył oko do narzędzia, jego małe serce zaczęło bić szybciej.

Na kulce toczyło się błyskawiczne życie. Kilka stworów zajęło się budowaniem obszernych szałasów i schronień, inne po prostu siedziały na ubitej ziemi z głowami podpartymi rękoma i myślały. Jeden z myślącej starszyzny zaczął wydawać jakieś polecenia budowniczym, a ci przynieśli olbrzymi kawał drewna i zaczęli go obrabiać prostymi narzędziami. Bóg patrzył na to wszystko z rogu i choć Edi nie był w stanie zrozumieć dlaczego, doskonale wiedział co sobie w tej chwili myśli. Czuł, że jest zachwycony z własnego stworzenia, które uznawał za idealne i jedyne. Nie chciał nic w nim zmieniać, choć zżerała go ciekawość, niczym kilkuletnie dziecko.

Edward nie miał jednak dużo czasu na obserwacje, bo jutro czekała go kartkówka z fizyki. Niechętnie usiadł przy biurku, patrząc jednak co chwilę w kierunku szklanki.

Gdy mama wróciła z pracy, opowiedział jej o swoim nowym, dziwnym przyjacielu. Ucieszyła się, chwaląc go za wyobraźnię. Mama zawsze go chwaliła, a on niespecjalnie się przed tym wzbraniał. Tata mruknął coś, gapiąc się bezmyślnie na transmisję meczu żużlowego. Chłopiec chwilę pogapił się razem z nim, po czym uznał boga za coś ciekawszego od motorów rozbryzgujących żwir na boki i ponownie powrócił na górę.

Obok boga lewitowała druga, niemal bliźniaczo podobna do poprzedniej, planeta.

 

***

 

Gdy Edward obudził się następnego ranka, pierwszym co poczuł był ból gardła. Niespecjalnie się tym przejął, a nawet nieco ucieszył. Postanowił oszukać rodziców i wmówił im, że czuje się fatalnie i ledwo trzyma się na nogach.

Został w domu sam na sam z bogiem.

Zaczął obserwować planety. Były już cztery i każda miała ten sam kształt, ułożenie lądów i mórz. Tylko ludność różniła je między sobą. Na każdej z nich Edward wyodrębnił dwa rodzaje mieszkańców. Pierwszych nazwał budowniczymi. Zabierali się oni, od razu po stworzeniu planety, za wznoszenie mieszkań, ulepszanie życia i ciężką pracę. Drudzy – myśliciele, siedzieli bezczynnie na ziemi zastanawiając się nad czymś nieustannie. Obok nich leżały małe figurki, przedstawiające różne wyobrażenia tego, czego wyobrazić się nie dało.

– Co oni robią? – zapytał boga, wskazując na myślicieli.

Bóg odpowiedział mu w myślach, że szukają jego i sensu życia. Słowa tworu rzęziły w głowie Edwarda, przyprawiając go o gęsią skórkę.

– Czemu więc im się po prostu nie pokażesz? Nie powiesz, o co chodzi w ich istnieniu i co mają czynić? Nie byłoby tak łatwiej?

Bóg nie odpowiedział, tylko wypluł jeszcze jedną, identyczną planetę, umieszczając ją przy dnie szklanki i obserwując z zachwytem swoją doskonałość wyrażoną w stworzeniu.

Edward przestał rozmawiać z bogiem, który nie chciał zdradzić mu sekretu. Postanowił obrazić się na niego na kilka dni, aby zmusić go do gadania. Ta metoda zawsze działała na rodziców, więc chłopiec był przekonany, że sprawdzi się również teraz. Obserwował tymczasem rosnącą liczbę planet. Najbardziej jednak interesowała go pierwsza, najstarsza planeta. Zaczęły się na niej dziać wydarzenia zgoła niezwykłe. Coraz mniej było myślicieli i zmniejszała się ilość rzeźb tworzonych dla nieobecnego wśród stworzenia boga. Planeta rozwijała się w zawrotnym tempie, stając się niemal monumentalną. Jej mieszkańcy korzystali z coraz to nowocześniejszej technologii i nie potrzebowali już boga, który i tak nigdy im się nie pokazywał. Był zimny niczym stal rosnących na planecie wieżowców. Edward czuł, że niezależność istot drażni stwórcę, którego galaretowate ciało zaczęło bulgotać.

Cztery dni od własnego powstania bóg w szklance zniszczył swoją pierwszą planetę.

 

***

 

– Edwardzie, masz zakaz przesiadywania w pokoju! – Słowa mamy brzmiały groźnie. Jeszcze nigdy chłopiec nie słyszał, żeby była ona na niego naprawdę zła. Nie pomagały krzyki, ani lamentowania. – I jutro pójdziesz do szkoły, tak jak wszyscy twoi rówieśnicy!

Edward nie myślał zbyt długo, bo nie miał tego w zwyczaju. Zadziałał impulsywnie, popychając swoją mamę. Impet wyrzucił ją za drzwi dziecinnego pokoju, a chłopiec wykorzystał czas jej oszołomienia, aby zamknąć drzwi na klucz od środka.

– Przyjdziesz do mnie, jak zgłodniejesz! – usłyszał krzyk zza drzwi i później urwane łkanie.

Mama nie wiedziała jednak, że Edward, ukrywał na taką okoliczność niemal tuzin czekoladowych batonów i, mającą już swoje dni, butelkę odgazowanej coli. Mógł utrzymywać tę twierdzę w nieskończoność. Przynajmniej tak mu się wydawało.

Ostro nakrzyczał na boga, po tym jak ten zniszczył jego ulubioną planetę. Bóg znowu nie odpowiedział, zamiast tego przesunął się do przodu o kilka centymetrów i wchłonął kolejne dwie, miażdżąc je swoimi glutowatymi mackami i połykając.

Kilka godzin później, gdy Edward spałaszował już drugiego batona, bóg postanowił stworzyć sześcienną planetę. Uznał ją za doskonałą, tak jak wszystko co pochodziło od niego i lepszą od pozostałych, więc przesunął się na drugi koniec szklanki i pochłonął wszystkie pozostałe planety, nie zważając na rozpaczliwy krzyk ich mieszkańców.

Edward przytknął do szklanki swoją umorusaną czekoladą twarz i lekko się wykrzywił.

– Dlaczego?! – krzyknął głośno.

Bóg tym razem był łaskaw odpowiedzieć. W myślach przekazał, że stare planety po prostu znudziły mu się i nie miał ochoty już oglądać bezowocnych poszukiwań sensu życia przez ich mieszkańców. Chłopak spojrzał z obrzydzeniem na własny twór i odsunął szklankę na drugi koniec stołu. Coraz częściej zaczynał myśleć o zniszczeniu swego dzieła. Bóg zaczynał przerażać Edwarda, a przy tym nudzić. Nie wiedział czemu, ale w jego głowie zrodziła się dziwna myśl. Jest coraz bardziej podobny do, do…

Do ciebie – dokończył za niego bóg.

 

***

 

Zapas batonów i coli nie wystarczył na wieczność, lecz zaledwie do końca dnia. Edward musiał więc poddać swoją twierdzę, opuścić jej mury i chcąc, nie chcąc pójść do szkoły. Spojrzał jeszcze na boga, który zajęty był nieustannym kreowaniem nowych światów i ich niszczeniem dla własnej przyjemności lub po prostu z nudów.

Pierwsza była lekcja etyki. Edward nie lubił tego przedmiotu, ponieważ myśli i pojęcia, które otyły pan Goldsmith próbował włożyć im do głów czasami przerastały możliwości uczniów. Mężczyzna zajął miejsce, jak zawsze w swoim wysiedzianym fotelu, mlasnął i poprawił przerośniętą nieco kozią bródkę.

– Od najdawniejszych wieków ludzie tworzyli sobie bogów. – Pan Goldsmith lubił zaczynać swoje przemówienia znienacka i jakby od środka. – Nierozważnie dopasowywali ich do swojego własnego światopoglądu i potrzeb. Chcieli, aby ich ziemie były płodne i rodziły wiele owoców, więc stworzyli sobie boginię urodzaju, która miała im to zapewnić. Prosty mechanizm, który tak naprawdę sprowadzał się do tego, że bogowie stawali się odzwierciedleniem ich samych, ale nieco zmienionych. Idealnych – takich jakimi chcieliby być, choć nie mogli. Dlatego potrzebowali bogów.

Większość uczniów na tym etapie lekcji już spała, a ostatnie ławki rozpoczęły dyskusję na zgoła inne, bardziej przyziemne tematy. Edward jednak słuchał uważnie.

– Wierzyli, że ich własne twory, stworzyły ich samych. Twory, które tworzyły twory, tworów. Ludzie przecież bogami nie są, więc musieli pochodzić od czegoś bardziej doskonałego – ostatecznego stworzyciela. Tak właśnie tworzy się piramida zależności tworzenia, w której czasami ciężko połapać się, co jest kreacją, a kto kreatorem. Trzeba na to bardzo uważać.

Pan Goldsmith znów mlasnął, przeciągnął się i zaczął coś kreślić w zeszycie mając gdzieś, że większość klasy zupełnie nic sobie z niego nie robi.

– Ostateczny stwórca. Kto nim jest? Na to pytanie od wielu wieków próbują odpowiedzieć religie monoteistyczne. Ale skąd mamy pewność, że jesteśmy na szczycie piramidy stworzenia? Może właśnie sięgamy jej dna i jesteśmy jedynie stworzeniami, stworzeń, stworzeń?

 

***

 

Droga autobusem dłużyła się dziś Edwardowi jak jeszcze nigdy. Przystanki przelatywały przed jego oczyma, a dom wciąż był daleko. Ludzie przepychali się i ciągnęli do automatu biletowego, niczym zwierzęta na sawannie do upragnionego wodopoju.

Może jesteśmy jedynie stworzeniami, stworzeń, stworzeń? A może sięgamy szczytu piramidy stworzenia?

Wreszcie drzwi autobusu rozwarły swą paszczę po raz ostatni i Edward wybiegł na zewnątrz. Pędził, łapiąc szybkie, rwane oddechy i mijając pola, wysmukłe pnie młodych brzózek i duży omszały kamień. Dom znowu był opustoszały. Klucz leżał na swoim stałym miejscu i Edward już po kilku chwilach był na górze. Chwycił bawiącego się własnym stworzeniem boga i uniósł go do łazienki. Odkręcił kran.

– Co ty, do jasnej cholery, robisz?! – zawrzeszczał bóg.

– Nie chcę tworzyć takiego boga. Jesteś zły. Kreujesz z nudów, dla własnej radości i ku próżnej uciesze. Bóg musi być odpowiedzialny za swoje dzieła, a ty jesteś jak rozwydrzone dziecko! Każesz szukać swoim stworzeniom sensu życia, którego tak naprawdę nie uczyniłeś. Bo twoje tworzenie jest losowe i nie posiada żadnego, większego sensu!

– Brawo! – zacharczał podtapiany wodą bóg. – Długo ci zajęło rozgryzienie kogoś, kto jest niemal dokładną kopią ciebie, ty cyniczny, ciekawski i próżny bachorze!

Edward wypłukał szklankę, topiąc boga i światy, po czym wziął płyn do mycia naczyń i dokładnie wyszorował resztki coli i zepsutej boskości.

 

***

 

John władował do ust kolejną porcję pokrytych przyprawami chipsów i tłustym palcem wskazał na drugi koniec puszki. Jego lekko zabarwiony na czerwono bóg, przypominający nieco zakalcowate ciasto, zaczął sunąć ospale w kierunku wskazanym przez chłopca. Ominął setki zniszczonych, lewitujących wraków planet. Unosił się ponad morzem zaschniętej krwi, zabitych stworzeń.

– Zniszcz tę planetę. Nie lubię jej, musi zostać zrównana z ziemią! – John zakrzyknął dziecięcym, przedmutacyjnym głosikiem.

Przyłożył mikroskop do puszki i obejrzał po raz ostatni stworzoną przez jego boga planetę. Była wysoko zaawansowana technicznie. Wieżowce pięły się wysoko, niczym rośliny, rywalizujące o nieograniczony dostęp do światła. Były jednak też obszary zielone, na których gdzieniegdzie przycupnęły niemal identyczne domki. Przybliżył obraz mikroskopu, gdy podziurawione odnóża jego boga zaczęły oplatać nieświadomą bliskiej apokalipsy planetę. Spojrzał przez okno jednego z domów i ujrzał zwyczajny, acz trochę niezwykły obraz: małego chłopca zmywającego naczynia.

Koniec

Komentarze

Interesująca tematyka, chociaż końcówka wydaje mi się słaba. Jakbyś zdradził ją przedwcześnie.

Napisane całkiem przyzwoicie.

Drugą ręką odczepił galaretę z ramienia i umieścił w szklance leżącej na dębowym, prostokątnym biurku.

Prostokąt to figura, a biurko raczej powinno być bryłą. Poza tym, wydaje mi się, że większość biurek ma prostokątne blaty. Gdyby to było półkoliste – o, wtedy warto o czymś takim wspomnieć.

Wysiadł na ostatnim przystanku, zapiął zieloną kurtkę i ruszył przez jesienny krajobraz. Ścięte łodygi zbóż wystawały teraz kilka centymetrów nad ziemię, czyhając na nieuważnych wędrowców i prezentując swoje zaostrzone kolce.

Nie znam się specjalnie na rolnictwie, ale mam wrażenie, że pod koniec wakacji rżyska powoli znikają. A tu szkoła trwa już co najmniej od kilku dni, bo chłopcy się zdążyli pokłócić.

Babska logika rządzi!

No cóż, Shawarkarze, pomysł na pewno miałeś, a zaprezentowana próbka własnej filozofii wcale nie okazała się nudna. Szkoda tylko, że w rezultacie stworzenie boga przez chłopca skończyło się burzą w szklance wody.

 

na jego rę­kach po­ja­wi­ła się mała glu­to­wa­ta i bez­barw­na sub­stan­cja, która za­czę­ła peł­znąć po jego przed­ra­mie­niu. –> Czy oba zaimki są konieczne? Czy substancja pojawiła się na obu rękach, a pełzła po jednym ramieniu? Substancji może być mało, ale nie wydaje mi się, by można powiedzieć, że substancja jest mała.

Proponuję: …na jego rę­ce po­ja­wi­ło się nieco glu­to­wa­tej i bez­barw­nej sub­stan­cji, która za­czę­ła peł­znąć po przed­ra­mie­niu.

 

i umie­ścił w szklan­ce le­żą­cej na dę­bo­wym, pro­sto­kąt­nym biur­ku. –> Raczej: …i umie­ścił w szklan­ce stojącej na dę­bo­wym, prostokątnym biur­ku.

 

po­sta­na­wia­jąc trzy­mać swo­je­go przy­ja­cie­la w ta­jem­ni­cy. –> Kiedy chłopiec zaprzyjaźnił się glutem?

 

Edward nie spo­tkał go już nigdy wię­cej, co go zresz­tą wcale nie zmar­twi­ło… –> Niezbyt to czytelne, bo pierwszy zaimek dotyczy Mika, a drugi Edwarda.

Proponuję: Edward nie spo­tkał go już nigdy wię­cej, czym nie był wcale zmartwiony

 

Chłop­czyk po­biegł do sy­pial­ni i z kre­den­su wy­do­był zu­peł­nie nowy mi­kro­skop… –> Nie spotkałam jeszcze sypialni, w której stałby kredens; już raczej szafy, tudzież komody.

 

ode­zwał się krzyk zza drzwi i póź­niej urwa­ne łka­nie. –> Raczej: …usłyszał krzyk zza drzwi i póź­niej urwa­ne łka­nie.

Odzywa się ktoś, krzycząc.

 

dla wła­snej przy­jem­no­ści lub po pro­stu z nudy. –>  …dla wła­snej przy­jem­no­ści lub po pro­stu z nudów.

 

Pię­tro­we wie­żow­ce pięły się do góry… –> Dwie paczki masła maślanego. Wieżowce są piętrowe z definicji, a pięcie się oznacza dążenie do znalezienia się coraz wyżej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zniszcz tę planetę. Nie lubię jej, musi zostać zrównana z ziemią! – chyba kiepskie porównanie, miasto można zrównać z ziemią, planetę można unicestwić

 Ładnie napisane, ale temat po wielokroć  omawiany. Jedyny element, który mnie zaciekawił, to zniknięcie Mika, ale u Ciebie to tylko epizod: chłopiec pojawił się i zniknął. Myślę, że można było tę scenę lepiej wykorzystać.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Koncepcja tworzenia bogów jest ciekawa, ale ich twórcy trochę mi nie pasowali. Nie odebrałem ich jako geniuszy, a przecież byle kto chyba boga nie stworzy. Jednakże zakończenie jest znakomite. Tekst został przejrzyście napisany. Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Hej!

Dzięki za poświęcony na wychwycenie błędów czas i kliki do biblioteki. Wszystkie usterki już poprawione.

Hej! Przeczytałem z przyjemnością. Końcówka na duży plus. Świetne ostatnie podsumowujące zdanie. Tekst napisany raczej prostym językiem ale to też sztuka – pisać prosto, przystępnie, a o ważnych sprawach;) PS. Autor ma naprawdę 15 lat??? Jest w narodzie potencjał… Pozdr!

,,Czasem Ty zjadasz niedźwiedzia, a czasem... niedźwiedź zjada Ciebie"

No, to poszedł do biblioteki :-) Bardzo przyjemnie się czytało, końcówka też zagrała – i wcale mi nie przeszkadzało, że o istnieniu Boga/boga/bogów wieeeele już zostało napisane. Przyjrzałabym się za to tytułowi, bo wydaje mi się, że może trochę psuć wydźwięk końcówki.

Dzięki za wszystkie opinie i komentarze. Cieszę się, że przypadło do gustu. BardzoGrubaLola – w jaki sposób tytuł psuje wydźwięk?

Pozwala domyślić się zbyt dużo, przez to końcówka nie zaskakuje.

Babska logika rządzi!

Ok. Pomyślę nad bardziej enigmatycznym

Podpisuję się pod wyjaśnieniem Finkli :-)

Zasadniczo eksperymentowanie z tworzeniem bogów jest równie niebezpieczne co realne (czyli wcale)

Może to trawiąca mnie gorączka, ale nie rozumiem, co chciałeś powiedzieć tym zdaniem.

 

Dobry, pełen uroku tekst. Stylistycznie hm… jest jeszcze nad czym pracować, ale jakiś tam charakter zaczyna się już rysować (w każdym razie jest dużo lepiej niż w Jednorożcach). Podobała mi się pewna nonszalancja, z którą z jednej strony kpisz sobie z logiki, a przy tym jakimś cudem utrzymujesz czytelnika w tym absurdalnym ciągu myślowym. Choć to zupełnie co innego, to kojarzyło mi się z Toporem. Albo nawet Vonnegutem.

Lubię takie dziwactwa.

Piąteczka.

Podobało mi się. Koncepcję Ostatecznego Stwórcy zamieniłbym tylko na Prastwórcę lub na Pierwszego Stwórcę. Słowo “ostateczny” odnosi się do czegoś na końcu, natomiast Bóg w jest zazwyczaj pierwszym stwórcą (por. arystotelesowski pierwszy poruszyciel). W hipotezie Pana Goldsmitha to człowiek jest Ostatecznym Stwórcą tworzącym Pierwszego Stwórcę. Tekst bardzo ok. :)

Mnie też się podobało :)

Bardzo mi się spodobało. Zakończenie takie proste i w tym tkwi chyba jego urok :)

Verman

Schludnie napisany, przemyślany i dojrzały tekst. Kilka obrazowych scenek, jak te planety w szklance, jednak całość nie do końca mnie przekonała.

Może to kwestie indywidualne – za dużo filozofii, a za mało akcji, brak kreacji postaci… Przeczytałem w każdym razie z zainteresowaniem, ale na długo raczej nie zapamiętam.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Coboldzie, cudowna ilustracja do tekstu. :-)

Babska logika rządzi!

Fajnie opowiadanie. Przeczytałam na jednym wdechu :)  

Zakończenie też ciekawe. Poza tym podoba mi się dobór słów :)

PS. Naprawdę masz 15 lat? Pytam, bo rzadko  spotykam osoby w takim wieku, z takimi przemyśleniami ;)  Pozdrawiam :)

Count – zdawałem sobie sprawę, że napisanie opowiadania z dużą dawką filozofii, a niewielką akcji, jest ryzykownym posunięciem i nie wszystkim będzie się podobać. Cieszę się jednak, że uznałeś go za przyzwoicie napisanego. To dla mnie bardzo ważne.

Varg – Tak. Ja też lubię takie dziwactwa, dlatego pracuję nad kolejnym, trochę dłuższym, porąbanym tekstem :)

Agnieszka_Gu – Potwierdzam. Musisz mi jednak uwierzyć na słowo, bo nie bardzo mam pomysł jak to udowodnić:) Fajnie, że się podobało.

Zasadniczo eksperymentowanie z tworzeniem bogów jest równie niebezpieczne co realne (czyli wcale), ale Edi przekonał się przecież, że od każdej reguły zdarzają się wyjątki.

Już ktoś pisał o tym zdaniu, pomijając kwestię, że można by je lepiej skonstuować, jest absolutnie niepotrzebne – jest z innego porządku, niż reszta tekstu. Jedną z mocniejszych scen nagle spłaszczasz. W przeciwieństwie to bemik myślę, że nie warto tej sceny eksploatować. Jest prosta i przez to niepokojąca.

Edward nie myślał zbyt długo, bo nie miał tego w zwyczaju.

A w wielu innych fragmentach opowiadania głównie myśli :) Nawet w tym samym fragmencie:

Coraz częściej zaczynał myśleć o zniszczeniu swego dzieła.

To zdanie:

Może jesteśmy jedynie stworzeniami, stworzeń, stworzeń?

Ja nie jestem znawcą przecinkologii, więc na jej temat się nie wypowiadam, ale to jest zdanie ważne dla tekstu i go przy takim ułożeniu przecinków nie rozumiem.  Jeśli dobrze rozumiem, że to gra dopełnieniami, to ja bym zapisał bez przecinków.

 

A generalnie – przyzwoicie napisany tekst, który kojarzy mi się z Sandkings Martina – niestety do tego stopnia, że nie czuję w tym nic nowego. Ja wiem, że wszyscy opowiadamy ciągle te same historie, ale to się udaje wtedy, gdy wkładamy w nie coś nowego. Gdybyś chciał pracować nad tym tekstem dalej, możesz spróbować pokazać więcej Edwarda i jego relacji ze światem, żeby lepiej pokazać, że jest próżny i cyniczny.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Tekst mi się spodobał – choć filozofia nieskomplikowana, to jednak ukazana w ciekawy sposób. Spodobała mi się puenta oraz tworzenie światów przez boga-gluta. Przypadły mi do gustu też komentarze bohatera-dziecka. Na minus – tak od zamknięcia się w pokoju tekst się trochę dłużył. Pewnie jedna-dwie sceny mogłyby zostać skrócone bez straty.

Podsumowując: całkiem sympatyczny tekst, który z przeczytałem z przyjemnością. Jednak nie huczało za bardzo na niebie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Czytało się płynnie i z zainteresowaniem. Choć czasem trafiały się wątpliwe stylistycznie zdania, to całość jest napisana nieźle. Koncepcja za to jest dość prosta i kiedy się klaruje, od pewnego momentu zostaje niewiele nowego do powiedzenia.

Słońce bez problemu przechodziło przez jej ciało[+,] grzejąc skórę chłopca.

Edward kopnął leżący na drodze kamień, włożył ręce do kieszeni i wsłuchał się [+w] rytm kroków.

Mama nie wiedziała jednak, że Edward[-,] ukrywał na taką okoliczność niemal tuzin czekoladowych batonów […]

Pan Goldsmith znów mlasnął, przeciągnął się i zaczął coś kreślić w zeszycie[+,] mając gdzieś […]

Może właśnie sięgamy jej dna i jesteśmy jedynie stworzeniami[-,] stworzeń[-,] stworzeń?

Spojrzał przez okno jednego z domów i ujrzał zwyczajny, acz trochę niezwykły [?] obraz: małego chłopca zmywającego naczynia.

Fajne. Takie “Piaseczniki” w wersji light, choć inny wydźwięk. Jeśli nie znasz “Piaseczników” Martina, to czym prędzej poznaj, bo nie tylko ja uważam to za jedno z najlepszych opowiadań :)

Miejscami trochę zbyt naiwne dialogi, np. scena topienia boga. Za to zwieńczona fajnym zdaniem:

wziął płyn do mycia naczyń i dokładnie wyszorował resztki coli i zepsutej boskości.

Duży plus za te resztki coli i zepsutą boskość. Lubię takie frazy. 

Zakończenie zaskoczyło, choć zaskakujące nie jest – po prostu się nie zastanowiłem ;)

Przydałoby się popracować nad interpunkcją. Mam spore wątpliwości do “stworzenia, stworzeń, stworzeń”. Chyba bez przecinków, bo to jak “samochód mamy Andrzeja”. 

Nowa Fantastyka