- Opowiadanie: jacek001 - Słodki sierpień, gorzki wrzesień, słony październik

Słodki sierpień, gorzki wrzesień, słony październik

W opowiadaniu wykorzystałem rekonstrukcje komunikatów powstańczej radiostacji „Błyskawica”. Rekonstrukcje dokonane zostały na podstawie książki Macieja Józefa Kwiatkowskiego „Tu mówi powstańcza Warszawa, Dni Powstania w audycjach Polskiego Radia i dokumentach niemieckich” i filmu dokumentalnego TVP „Radio powstańcze Błyskawica”. Zachęcam do lektury i podzielenia się ze mną opiniami…

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Słodki sierpień, gorzki wrzesień, słony październik

Nie zatrzymamy się więc

 

tej nocy w milczeniu płynąc,

gdy wszystko sen, jesteśmy snem

bez ciała i bez imion.

Lecz gdy kogutów tkliwy głos

doleci nas już siwy –

przy twarzy twarz, przy dłoni dłoń

wrócimy, wrócimy.

 

Tadeusz Gajcy, Przed snem

 

***

Taras widokowy przy kościele św. Anny świecił pustkami. Sezon wakacyjny skończył się nieodwołalnie. Wietrzne, wrześniowe przedpołudnie nie zachęcało turystów do wspinania się na górę. Większość z nich szukała schronienia w przytulnych zakątkach Krakowskiego Przedmieścia, labiryntach uliczek Starego Miasta, kawiarniach, restauracjach, sklepach z pamiątkami. Lidia cieszyła się w duchu z takiego obrotu rzeczy. Chciała, żeby te chwile były dla nich obojga jak najbardziej intymne. Ujęła dziewczynę za bladą, smukłą dłoń i podprowadziła do poręczy na szczycie wieży. Dzień, choć chłodny, był pogodny. Filigranowe, popielate obłoki przesuwały się nad panoramą miasta. Słońce rzucało złociste refleksy na Wisłę, czerwone dachy Starówki, charakterystyczną sylwetkę kolumny Zygmunta i wieżę Zamku Królewskiego. Sielski, pocztówkowy widok cieszył oko, nastrajał do rozmyślań, koił duszę. Z tego miejsca wszystko wyglądało inaczej: tu człowiek mógł odpocząć od rutyny prozaicznych czynności, zatrzymać się, poobserwować świat z dystansu. Ludzie na ulicy wydawali się groteskowo mali, ich pojedyncze istnienia odległe i nierealne.

Dziewczyny były same, otoczone szumem przejeżdżających aleją Solidarności samochodów i tramwajów, w samym sercu współczesnej Warszawy. Lidia wstrzymała oddech. Sytuacja, w jakiej się znalazła była wyjątkowa. Od czasu do czasu, miała ochotę mocno uszczypnąć się w ramię, głośno krzyknąć, albo po prostu uciec stąd jak najszybciej i jak najdalej. Intuicja mówiła jej jednak, że wszystko jest pod kontrolą, że splot wydarzeń miał doprowadzić ją do tego właśnie momentu. Momentu, który na zawsze zmienił jej życie.

 

***

– Hej, promyku? Znajdziesz dziś dla mnie chwilę? – głos w komórce był, jak zawsze, wdzięczny, ujmujący i bardzo męski.

– Obawiam się, że będziesz nieco rozczarowany – Lidia westchnęła głęboko. – Muszę jechać do babci Marii. Poprosiła mnie, żebym potowarzyszyła jej w porządkach. To taki nasz odwieczny rytuał.

– Koniecznie dzisiaj?

– Wiesz, jak to jest ze starszymi ludźmi. Jak już babcia na coś się uprze, to raczej nie odpuści.

– Masz to samo – głos w słuchawce rozpłynął się w teatralnej ironii. – Upór to jedna z twoich podstawowych zalet. Wiem, że w starciu z babcią nie mam szans. Roztropniej będzie ustąpić.

– Nie trać nadziei. Jutro zarezerwuję czas tylko dla ciebie.

– Gdzie chciałabyś pójść?

– Do pijalni czekolady… Dawno tam nie byliśmy… – Lidia uśmiechnęła się marzycielsko i przymknęła na chwilę oczy. Słoneczne chwile sprzed roku… Jak ten czas szybko płynie.

– Wiesz, jak zaimponować mężczyźnie.

– Lata praktyki, mój drogi. Zatem, jutro o piątej?

– Niech będzie. O piątej.

 

***

Szeroka, monolityczna kamienica przy ulicy Wolskiej zawsze robiła na Lidii przytłaczające wrażenie. Pamiętała, że będąc małym dzieckiem, przyjeżdżała tu w odwiedziny wraz z rodzicami. Bała się wtedy wysiadać z samochodu; miała wrażenie, że budynek zaraz zawali się na nią i pogrzebie w gruzach. Potem, oczywiście, wyrosła z tego absurdalnego lęku, ale nawet teraz, jako osiemnastoletnia dziewczyna, podchodząc do fasady domu, czuła się trochę nieswojo.

Mieszkanie babci Marii znajdowało się na czwartym piętrze. Drewniane schody skrzypiały przy każdym stąpnięciu, a pokryta do połowy beżową emalią klatka schodowa przechowywała rozmaite zapachy. Wielkie, czarne drzwi i złota kołatka w kształcie lwiego pyska dopełniały reszty dekoracji. Czasem Lidia czuła się tutaj jak Hermiona stojąca przed drzwiami Hogwartu. Skojarzenie z wnętrzami akademii magii nie było przypadkowe. Lidia, odkąd sięgała pamięcią, zawsze traktowała mieszkanie dziadków jak swoisty, alternatywny świat. Już samo wnętrze mogło przyprawić o zawrót głowy. Trzy wielkie pokoje, utrzymane w pastelowym tonie, z przepięknymi, materiałowymi tapetami na ścianach. Ogromne, przedwojenne szafy. Wielkie lustra w pozłacanych ramach, zdobione liśćmi akantu. Orzechowe komody z niesłychaną ilością szuflad. Stoły i krzesła z misternie rzeźbionymi poręczami. Aksamitne, ciemnozielone fotele, w których mogłoby usiąść kilka osób na raz. Lampy z miodowymi abażurami, które w półmroku dawały bajeczne, miodowe refleksy na ścianach. Biblioteka, która swoją wielkością do dzisiaj budziła respekt nie tylko Lidii, ale wszystkich gości.

Zapukała do drzwi, a w chwilę potem, była już obściskiwana przez rumianą, roześmianą od ucha do ucha, szczebiotliwą staruszkę.

– Mam dla ciebie coś specjalnego – kobieta zawiesiła teatralnie głos i szybko podreptała do kuchni.

– Babciu, ja już dzisiaj nic nie zjem. Jestem po obiedzie.

– O, to nie jest nic do jedzenia, moja dziecko! To raczej coś do posmakowania… Coś dla koneserów – babcia wynurzyła się z wielką salaterką gorących konfitur. Zniewalający zapach rozszedł się na wszystkie strony. – Śliwkowe. U mnie najlepsze, wiesz przecież … – kobieta uśmiechnęła się serdecznie.

Lidia z góry wiedziała, że jest na straconej pozycji. Z drugiej strony, czy mała porcja konfitur kiedyś komuś zaszkodziła? Krztyna słodkości nie powinna jej wyrządzić większej szkody.

Porządkowanie rodzinnych pamiątek to zajęcie, któremu babcia Maria oddawała się z wielkim poświęceniem. Zapraszała wtedy swą jedyną, ukochaną wnuczkę, wyciągała z komody albumy ze zdjęciami, zasiadała w przepastnym fotelu i z dziecięcą wprost zachłannością rozpoczynała wyciągać z albumów chaotycznie ułożoną zawartość. Niekiedy Lidia miała wrażenie, że babcia celowo czyni te nieporządki w swoim archiwum, żeby tylko mieć o czym opowiadać wnuczce.

Tradycji stało się za dość i tym razem. Z albumów wychylały się kolejne zdjęcia, widokówki, dokumenty, listy, stare legitymacje, jakieś urzędowe korespondencje, nawet kartki na mięso. Dużo było tych papierowych śladów przeszłości i w żaden sposób nie można byłoby z tym dojść do ładu. Lidia wiedziała, że porządkowanie zdjęć jest dla babci świetnym pretekstem, aby spotkać się z wnuczką i opowiedzieć jej o swoim życiu. Zdjęcia były pretekstem do soczystych gawęd o starych i tych nieco nowszych czasach. Nie były to dla dziewczyny stracone chwile – jako przyszła dziennikarka świetnie zdawała sobie sprawę, że mądre pisanie o teraźniejszości możliwe jest tylko wtedy, gdy dobrze pozna się przeszłość. Czas w tych staroświecko urządzonych wnętrzach płynął jakby wolniej. Kiedy tu przyjeżdżała, zawsze miała wrażenie, że chciałaby zostać tu na dłużej, zanurzyć się w tym pachnącym naftaliną i anyżem bajkowym świecie. Po kilku godzinach Lidia zawsze wychodziła od babci z poczuciem winy, że nie potrafiła poświecić jej tyle czasu, ile by chciała. Tak było i tym razem.

– Musisz już iść? – w głosie kobiety dał się wyczuć delikatny odcień smutku.

– Babciu, spędziliśmy razem całe popołudnie, a ja mam dziś jeszcze parę rzeczy do zrobienia. Chcę dokończyć szkic artykułu. Mam już w głowie cały pomysł, teraz trzeba to przelać na papier. Jutro rano jadę do biblioteki, żeby dowiedzieć się więcej o Powstaniu. Ten artykuł musi być dobry. Może ktoś mnie zauważy, doceni moją pracę.

– A więc nadal masz zamiar pisać o tamtych… wydarzeniach? – twarz kobiety rozszerzyła się w osobliwej mimicznej stopklatce: ni to zdziwienia, ni to roztargnienia.

– Tak. Na konkurs do Gazety Wyborczej. To moja szansa. Przecież wiesz, jak bardzo mi zależy…

– Tak, tak. Wiem, doskonale… Rozmawiałyśmy o tym, pamiętam – stara kobieta nie mogła sobie znaleźć miejsca. Energicznie wstała z fotela, potok zdjęć spłynął z kraciastej spódnicy na świeżo wypastowany parkiet. Podeszła do wysokiego sekretarzyka stojącego w kącie. Zmierzchało. Dwie abażurowe lampy, ustawione po przeciwległych rogach pokoju, roztapiały mrok potokiem złocistego światła.

– Wiesz, dziecko, byłam wtedy dużo młodsza od ciebie. Cały czas ukrywaliśmy się w piwnicach. Z powstania pamiętam tylko strzępy: bombardowania, gruzy, wysiedlenie, obóz w Pruszkowie… Niewiele więcej… Ale jest coś… – głos kobiety niebezpiecznie się załamał – coś ważnego, o czym chciałabym ci powiedzieć…

Lidia znieruchomiała, dreszcz przebiegł jej po plecach. Nie spodziewała się takiego finału miłej, popołudniowej pogawędki. Czuła, że coś wisi w powietrzu, wzbiera, wypełnia się nieokreślonym jeszcze, ale już wyczuwalnym kształtem.

Babcia wyjęła z wnęki sekretarzyka kluczyk i otworzyła małą szufladkę. Wyciągnęła z niej zniszczoną, pożółkłą kopertę. Trzymała ją blisko siebie jak coś bardzo cennego.

– Teraz uświadomiłam sobie – zaczęła załamującym się ze wzruszenia głosem – że mi się to, póki co, do niczego nie przyda, ale dla ciebie może być ważne. Dla ciebie i twojego artykułu – podeszła do Lidii i wsunęła jej do ręki kopertę. – I tak miałam zamiar oddać go do Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie przypuszczałam, że będę mogła ci go wręczyć…

– Co to takiego?

– To list napisany przez dziewczynę. Była moją starszą koleżanką z podwórka, w powstaniu była łączniczką. Miała osiemnaście lat. Na Woli, od samego początku powstania, Niemcy rozstrzeliwali tysiące ludzi. Musieliśmy uciekać do Śródmieścia. W końcu, na krótki czas zatrzymaliśmy się na Powiślu. W jednej z piwnic był szpital polowy. Tam mnie przypadkiem spotkała. Kiedy powstanie się kończyło, poprosiła mnie, żebym przekazała tę kopertę jej chłopakowi. Potem… Potem już nigdy więcej jej nie widziałam… – głos babci załamał się boleśnie – po jej chłopcu też słuch zaginął. Wiesz, jak to na wojnie… Ludzie ginęli bez wieści… Ja sama cudem uszłam z życiem. List przeleżał tu sześćdziesiąt sześć lat. Najwyższy czas, żeby ktoś go otworzył.

Lidia drżącą z przejęcia ręką wzięła kopertę. Wiedziała, że robi coś, czego – być może – nie powinna. Przecież nie wypada czytać cudzej korespondencji, nawet jeśli minęło tyle lat. Ciekawość była jednak większa od uprzedzenia. Cała ta historia była jej dziwnie bliska. Może przez tę zbieżność wieku? Może poprzez kontekst, w jakim to wszystko się działo? Taki nieodkryty list z powstania warszawskiego mógł być dziennikarską bombą! Zresztą, nie o to chodziło; Lidia była wewnętrznie przekonana, że robi dobrze, że to ma dla nich duże znaczenie – dla niej i dla babci.

 

***

Gdy wracała do domu wieczornym autobusem, była oszołomiona. Zwykłe odwiedziny na Wolskiej zamieniły się w metafizyczny rytuał przekazania czyjegoś istnienia w nowe, nawet nie wiadomo, czy do końca powołane ręce. Nie potrafiła nazwać uczuć, które nią targały. Trzymała w rękach wyblakłą, pewnie kiedyś jasnobłękitną kopertę i nie śmiała nic więcej zrobić. Choć zżerała ją ciekawość, nie chciała jej teraz otwierać. Dopiero, gdy dojedzie do domu przeczyta w spokoju, ale na pewno nie tu, nie w takich okolicznościach.

Z Wolskiej na Tamkę nie jedzie się długo, szczególnie wieczorową porą, kiedy korki na ulicach nie są już uciążliwe. Lidia chciała wypełnić upływający czas. Machinalnie sięgnęła po słuchawki cyfrowego odtwarzacza. Nieodłączny towarzysz wszelkich bliższych i dalszych podróży zamigotał wesołym, błękitnym światłem wyświetlacza. Błądząc oczyma po miejskim pejzażu umykającym za oknem autobusu, wcisnęła „play”. Walkman był domyślnie nastawiony na radio. Odezwał się głos spikera jakiejś komercyjnej stacji, a w chwilę potem popłynęła muzyka.

Lidia zerknęła na kopertę leżącą na kolanach i znowu zaczęła zastanawiać się nad tym, czy dobrze zrobiła, zabierając ją ze sobą. Nagle w słuchawkach gwizdnęło przeciągle, muzyka przycichła, jakby odpłynęła. Potem usłyszała kilka szumów i nastała cisza, wypełniona tylko jakimiś tajemniczymi szmerami. Tymczasowy brak zasięgu stacji – to się zdarza. Gwizdy i szmery w miniaturowych słuchawkach stawały się coraz bardziej natarczywe, w parę chwil wypełniły hałasem całe wnętrzna dźwiękowego świata Lidii. Zakłócenia zdawały się być coraz mocniejsze, żywsze, prawie namacalne. Dziewczyna wyrwana z zamyślenia, wsłuchiwała się ze zdumieniem w te elektromagnetyczne wyładowania. Plątanina myśli w głowie, zestawiona z trzaskami eteru, wydawała się być dość kuriozalna, ale jednocześnie przyciągała uwagę. Już miała zdjąć słuchawki z uszu, gdy zza kurtyny radiowych wyładowań usłyszała jakiś daleki, męski głos. Wrażenie było silne, niemal obezwładniające. Po plecach Lidii przebiegł dreszcz. Usłyszała coś, czego nie powinna usłyszeć – wiedziała o tym. Głos był odległy, ginął w tle przypływów i odpływów radiowych zakłóceń. Czuła się tak jakby wsłuchiwała się w głos istoty z zupełnie innej planety. Opanowała narastające zdenerwowanie, próbowała wyłowić konkretne słowa. Szum, trzask, trzask, szum… Usłyszała głos, rozpięty na krzyżu napływających i odpływających zakłóceń, poraniony wyładowaniami eteru, zdeformowany, ale jednocześnie mocny, żywy, wyraźny: „…adomości. W Śródmieściu… bez zmian. Na Żoliborzu oddziały Armii Krajowej przeprowa… wypierając… z ulicy Skierniewickiej. Mokotów. …atakują Królikarnię. Szturm… pomimo bardzo silnego ognia nieprzyja… Na odcinku… szkoła przy ulicy Puławskiej przechodzi z rąk do… niszczą Goliaty. Działają… wyborowi. Na odcinku wschodnim… pozycje utrzymane…”.

Głos oddalił się tak szybko, jak się pojawił. W chwilę potem napłynęła ze zdwojoną siłą fala rockowej muzyki. Spiker dziarskim głosem zachęcał do aktywnego wzięcia udziału w audycji. Lidia była zbyt zdumiona, żeby pokusić się o jakiś racjonalny komentarz do tego, co się przed chwilą wydarzyło. Sama nie wiedziała, jak dostała się do swojego mieszkania i pokoju. Na szczęście rodzice nie zauważyli jej stanu, pochłonięci oglądaniem jakiegoś filmu. Dziewczyna położyła się na łóżku, wyjęła ostrożnie kartkę z koperty i zaczęła łapczywie czytać.

 

Czy wiesz, ile odcieni może mieć szarość? Jest szarość dnia pochmurnego, kiedy promienie słońca, ukryte za skłębioną warstwą chmur, nadają wszystkiemu bury glans. Przed taką szarością trzeba mrużyć oczy – zupełnie tak, jakbyś wprost patrzył pod słońce. W taki dzień pochmurny, ale nie deszczowy – idziesz ulicami miasta i widzisz, jak wszystko przenika mgławy welon żalu, nicości, pustki. Wydaje Ci się, że wszystko kolor straciło, jakby tuż przed chwilą wyzbyło się woli życia i czekało już tylko na śmierć.

Jest szarość spękanego muru, od którego dawno odpadła farba i tynk. Dotykasz takiego muru i czujesz jakbyś dotykał żywego mięsa, pozbawionego ubrania i skóry.

Jest też szarość zmielonego na pył gruzu, wybuchającego skłębionymi tumanami pod podeszwami wojskowych butów. Choćbyś nie wiem, jak się starał, choćbyś chciał najzwinniejszym kocim susem przebiec przesmyk ostrzeliwanej ulicy – i tak ten tuman lekkiego jak puch, wszędobylskiego pyłu, zdradzi twój ruch.

Jest też szarość popiołu wypalonych domów, który równą warstwą kładzie się pod ocalałymi murami. Rozkłada się szczelnym, burym dywanem w każdej, nawet najdrobniejszej nierówności terenu: w kałużach, w wykuszach wygasłych okien, pod okapami zburzonych dachów, w czarnych wyrwach rozbitych bram, w martwych zatokach wypalonych kwartałów ulic.

Jest wreszcie szarość ludzkich, wychudzonych twarzy. Patrzysz na te twarze poszarzałe, umęczone, twarde, suche jak pakunkowy papier, twarze zarośnięte, z mocno zaciśniętymi ustami, rozpalonymi do granic przytomności spojrzeniami. W tych spojrzeniach nie ma znużenia, ni strachu, ni bólu. Im dłużej patrzysz w te oczy, tym bardziej czujesz moc tych ludzi, ich energię, pragnienie walki za wszelką cenę. Te oczy zbyt wiele widziały, by teraz wyblaknąć. Nie ma miejsca na strach, rezygnację, poddanie. Szczupłe, roześmiane od ucha do ucha, szare twarze wyczerpanych piętnastolatków. A tam znów dwunastolatek wychudły jak patyk, z ręką na kolbie karabinu. Tu dziewczyna, może o rok starsza ode mnie, z amputowaną prawą nogą…

 

***

Kto jeszcze nie był w pijalni czekolady na ulicy Szpitalnej, powinien tam pójść, chociażby po to, żeby obejrzeć to jedyne w swoim rodzaju architektoniczne i gastronomiczne widowisko. Wnętrze po wiedeńsku wykwintne, bardziej przypominające mini pałacyk niż kawiarnię, urządzone w biedermeierowskim stylu. Wysokie, pięknie zdobione sufity, pozłacane żyrandole, stylowe drzwi obrotowe, dyskretna muzyka, staroświeckie gabloty pełne wykwintnych łakoci. Przychodzą tu ludzie szczególnego pokroju: mili, kulturalni, wyciszeni. Nie słychać tu chamskich odzywek, nie unosi się wszędobylski dym papierosów. Czasem przemknie jakiś biznesman, para zakochanych studentów, dziennikarz z popularnej stacji telewizyjnej.

Spotkali się tu pierwszy raz. Ona, jak zwykle zabiegana, w krótkiej przerwie między jednymi a drugimi korepetycjami, wpadła na spóźniony lunch, który składał się z dwóch rogalików i filiżanki gorącej czekolady. On siedział nieopodal, przed laptopem, zaczytany po uszy w jakiejś wielce zajmującej lekturze (dziwnym zbiegiem okoliczności też zajadał rogaliki i, raz po raz, sięgał po filiżankę z czekoladą). Sama już nie wie, jak to się stało, że wreszcie raczył oderwać wzrok od ekranu komputera i zerknąć na nią.

Byli ze sobą już ponad rok. Dla Lidii to był bardzo dynamiczny okres życia. Wtedy, gdy się poznali, była przed maturą – teraz stała się świeżo upieczoną studentką Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Wtedy pod okiem korepetytora szlifowała styl maturalnych wypracowań – teraz startowała w konkursach publicystycznych, wysyłała swoje dziennikarskie portfolia do wszystkich, co bardziej znanych redakcji gazet. Adam dodawał jej odwagi, kibicował staraniom, czasami podpowiadał jak zabrać się do jakichś spraw. Doceniała wsparcie rodziców, bez nich nie dałaby rady. Adam nie chciał konkurować z rodziną o względy dziewczyny – to była zupełnie inna liga, chłopak świetnie zdawał sobie z tego sprawę. Był studentem czwartego roku informatyki. Imponował jej niesłychaną pomysłowością w działaniu i subtelnym poczuciem humoru. No i przy okazji był cholernie przystojnym facetem.

– Cześć – gorący całus wylądował na policzku Lidii. Jakiś bukiet zamajaczył na horyzoncie.

– Róże? Dzięki – dziewczyna uśmiechnęła się sennie, odgarniając z twarzy zabłąkany kosmyk włosów.

– Nie wyglądasz na zaskoczoną tym miłym prezentem – Adam usiadł i wstawił kwiaty do wazonu stojącego na parapecie dużego okna.

– Wybacz, dziś jestem trochę… jak by tu powiedzieć… padnięta – Lidia westchnęła głęboko. – Nie wydębisz ode mnie spontanicznych ochów i achów.

– Robienie porządków u babci Marii nie należy chyba do bardzo wyczerpujących czynności? – Adam, jak zwykle w najmniej oczekiwanym momencie, zaprezentował swój temperament chronicznego zazdrośnika.

– Niekoniecznie chodzi o porządki. Chodzi o coś znacznie, znacznie ważniejszego…

Lidia opowiedziała Adamowi o kopercie, którą dostała na Wolskiej, o dziwnym zachowaniu odtwarzacza, o wieczornej lekturze pożółkłej kartki zapisanej równym, drobnym pismem.

Adam nie przerywał opowieści. Mimo jowialnego stylu bycia, był dobrym słuchaczem i bardzo inteligentnym człowiekiem. Patrzył uważnym wzrokiem na rozgorączkowaną twarz dziewczyny. Oderwał się od tej rzeczowej obserwacji tylko na chwilę, aby zamówić ich zestaw obowiązkowy, rogalikowo-filiżankowy oczywiście.

– Pewnie zaraz mnie zapytasz, co o tym wszystkim sądzę? – uśmiechnął się dyplomatycznie, gdy Lidia skończyła opowieść.

– Właśnie.

– No cóż, racjonalnie podchodząc do sprawy, jesteś przemęczona, zestresowana, cały czas myślisz o napisaniu tego konkursowego artykułu, pracujesz pod ciągłą presją czasu. Na dodatek, teraz doszła jeszcze ta rewelacja z listem. Zbiegły się ze sobą okoliczności, które w konsekwencji wprowadziły cię w taki, a nie inny nastrój.

– Powiedz mi, Adam. Znasz się na technikach przekazu. Czy jest możliwe, aby ktoś mógł nadawać swoją własną, nieautoryzowaną przez nikogo audycję radiową, w samym centrum Warszawy?

– Oczywiście. Nie wymaga to nawet zbytniego inwestowania w sprzęt. Można użyć prostych nadajników, podobnych do anten CB. Cały sprzęt można zmieścić w średniej wielkości plecaku. Przy współczesnym stanie wiedzy i nasyceniu rynku sprzętem radioamatorskim, nie jest to żaden problem.

– A więc to jest możliwe… – upewniła się dziewczyna.

– Jasne. Kojarzysz „Radio Solidarność”? Nadawało konspiracyjnie w okresie stanu wojennego. Nadajnik był zamontowany na dachu dziesięciopiętrowego bloku, w centrum Warszawy. Podobnie było z powstaniową „Błyskawicą”, z tą różnicą…

Lidia wyłączyła się na moment i bezwiednie spojrzała w okno, które wychodziło bezpośrednio na ulicę Górskiego. Popołudniowe światło muskało okna biur, karoserie samochodów, twarze ludzi. W polu widzenia dziewczyny pojawił się jakiś cień, jakby nad miastem przesuwała się ciężka, deszczowa chmura. Spojrzała w górę, ale niebo wydawało się czyste.

Nagle, kątem oka, dostrzegła dziwny ruch za szybą, jakąś nieuchwytną nieregularność przestrzeni. Nie potrafiła powiedzieć, co to było – zupełnie, jakby przez chwilę wszystko straciło ostrość i kolor. Tuż za oknem kafeterii dostrzegła przebiegającą chodnikiem dziewczynę. Niby nic, a jednak coś zwróciło uwagę Lidii. Nie umiała powiedzieć, co to było – wszystko działo się zbyt szybko. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że dziewczyna zza okna nie pasowała do wielkomiejskiego kontekstu ulicy. Ubrana była w wymięty, szary płaszcz. Wyglądało na to, że prochowiec był przynajmniej o kilka numerów za duży, nikła pod nim jak pod wielką płachtą brezentu. Próbowała zewrzeć poły ubrania, jakby pod spodem nic już nie miała. Wysoka, chuda, blada, z długimi blond włosami. Rozejrzała się na boki, jak przechodzień, który chce jak najszybciej przejść na drugą stronę ulicy, a potem – dosłownie w ułamku sekundy – zniknęła na rogu Górskiego i Szpitalnej.

Lidia zbladła jak płótno, jej wzrok stał się matowy, nieobecny.

– Promyku, co się dzieje? Źle się czujesz? Lidia! – Adam zerwał się z miejsca.

– Jeszcze nie wiem… – potrząsnęła głową. – Chyba mi się wydawało… Tak, na pewno coś mi się przewidziało… – szepnęła i jeszcze raz uważnie przepatrzyła ulicę w poszukiwaniu jakiegoś dziwnego, nie pasującego do całej układanki elementu.

Odwróciła głowę, spojrzała przeciągle na Adama, mocno oparła się o poręcz krzesła.

– Co się dzieje? – zapytał z naciskiem chłopak.

– Nic. Masz rację. Jestem przemęczona. Może wyjedziemy na parę dni za miasto?

– Mam nadzieję, że twoi rodzice nie będą mieli nic przeciwko?

– Daj spokój, jestem pełnoletnia.

Powoli rozmowa wróciła na zwykłe tory.

 

***

Po godzinie wyszli z pijalni czekolady. Niebo lekko się zachmurzyło. Wszystko pokryła nieuchwytna warstwa szarego półcienia.

– Podwiozę cię do domu. Będę spokojniejszy – Adam spojrzał na niepewną twarz dziewczyny. Nie protestowała.

Trasa ze Szpitalnej na Tamkę nie jest długa. Przy dobrych wiatrach można ją pokonać w mniej niż pięć minut. Dojechali do placu Powstańców Warszawy, skręcili w prawo w Świętokrzyską. Ruch nie był duży; jedynym ograniczeniem były światła na skrzyżowaniach. Lidia milcząco przyglądała się fasadom budynków, niepewna tego, co może jeszcze zobaczyć. Czuła, że coś jest nie tak, że wszystkie okoliczności składają się w jakąś logiczną całość. Nie była jednak w stanie powiedzieć, czym ta całość była i do czego miałaby ją doprowadzić. Zatrzymali się na skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Nowego Światu. Adam włączył radio. Lidia machinalnie zaczęła wystukiwać rytm popularnej piosenki sączącej się z samochodowych głośników. Zza węgła ulicy, bez żadnego ostrzeżenia, z prawej ku lewej, samym środkiem przejechał przysadzisty, kanciasty, ciemnożółty czołg. Trwało to nie dłużej niż dwie, trzy sekundy. Zapaliło się zielone światło, skręcili w kierunku Tamki.

– Widziałeś to?! – Lidia krzyknęła niemal histerycznie, sama przestraszona tonem swojego głosu. Odwróciła się do tyłu, ale widziała już tylko sznur zwykłych aut.

– Co?! – Adam podświadomie zwolnił, rozglądając się nerwowo na boki.

– Czołg! Przed chwilą z tej strony wyjechał czołg! Ogromny, wielki czołg! Na pełnej prędkości! W samym centrum Warszawy! To cud, że nie wpadł na jakiś samochód!

Adam spojrzał na Lidię takim wzrokiem, jakby przed chwilą zakomunikowała mu o lądowaniu kosmitów.

– Promyku, ty naprawdę potrzebujesz odpoczynku. Jeszcze dziś pogadam o tym z twoimi rodzicami

– Wiem, co widziałam – odparowała niemal opryskliwie dziewczyna. – Nie przewidziało mi się! Nie tym razem.

Do bloku Lidii dojechali w chwilę potem. Grobowa atmosfera tej krótkiej przejażdżki dawała się odczuć obydwojgu.

– Wejść z tobą na górę?

– Nie, poradzę sobie. Masz rację. Jestem przemęczona – dziewczyna wysiliła twarz w naciąganym uśmiechu i pocałowała chłopaka w policzek. – Dziś położę się wcześniej. Zadzwonię do ciebie jutro.

 

***

Który to już dzień? Nie chcę wiedzieć. Już dawno przestałam liczyć. Słodki sierpień. Gorzki wrzesień. Aż strach pomyśleć o październiku. Chyba już nikt nie ma złudzeń: wszyscy wiedzą, że to musi skończyć się kapitulacją. Rozsądek wziął górę nad emocjami. Nie mamy czym walczyć. Przeciwko czołgom i kaemom mamy puste magazynki, bagnety, łomy i łopaty. A jeszcze nie takt dawno – euforia, eksplozja energii, niezachwiana wiara, że Rosjanie zaczną natarcie i wszystko szybko się skończy.

Czy można było zrobić inaczej? Kto mógł przypuszczać, że ofensywa stanie na całym odcinku? Rosjanie Niemcom poszli na rękę. Patrzą jak się tu wykrwawiamy.

Głód nie jest najgorszy, lecz pragnienie. Brak wody o wiele dotkliwszy, przyprawia niemal o szaleństwo. Ludzie jedzą psy. Wraz z wiatrem unosi się przenikliwy zapach dymu zmieszanego ze słodkawo-kwaśnym odorem rozkładających się ciał. Widok zwłok nie robi już na mnie dużego wrażenia, chociaż nadal boję się podchodzić do trupów niemieckich żołnierzy, żeby zabrać im buty, hełm, panterkę, broń, manierkę z wodą. Tym zajmują się chłopcy – czasem dwunasto, trzynastoletni.

Kochany Adasiu! Gdzie jesteś? Odkąd widziałam Cię ostatni raz, minęło dwadzieścia sześć dni (to mój nowy i jedyny kalendarz). Nigdy nie zapomnę Twego widoku. Twoje gorące, roześmiane oczy, biało-czerwona opaska na ramieniu, karabin w ręku. Teraz mi żal, że nie powiedziałam Ci wtedy, jak bardzo Cię kocham, jak bardzo chcę z Tobą spędzić resztę życia. Ale działo się tyle rzeczy na raz, a ja byłam jeszcze pełna naiwnej wiary, że wszystko szybko się skończy.

Adasiu kochany, czy jeszcze kiedykolwiek Cię zobaczę? Teraz wiem, że nic nie jest pewne, a najmniej pewne jest to, czy dożyję jutra. Esesmani straszne rzeczy robią tu z powstańcami. Piszę ten list wierząc, że kiedyś go przeczytasz. Bez względu na wszystko, bez względu na to, czy przeżyję, chcę żebyś był szczęśliwy, żebyś cieszył się pełnią życia – za mnie, za siebie, za nas. Adasiu, kochany, najdroższy… Jak tylko wyjdziemy z tego piekła, koniecznie musisz mnie powiadomić, że żyjesz, że jesteś, że czekasz… Jak tylko to wszystko się uspokoi, daj znać mojej ciotce. Mieszka w Otwocku, na Górnej 20. Ja też tam postaram się jakoś dotrzeć. Całuję Cię gorąco. L.

 

***

Lidia odłożyła kartkę na bok, przeciągnęła się na sofie, westchnęła głęboko. Wszystko, co spotkało ją w ciągu ostatnich dwóch dni składało się na nieprawdopodobny zbiór zbiegów okoliczności. Czuła się trochę jak Alicja w krainie czarów, i choć zdawała sobie sprawę, że to porównanie nie jest najlepsze, ciągle miała dziwne przeświadczenie, że to jeszcze nie koniec tajemniczych wydarzeń, które miały ją spotkać. Można byłoby z tego zrobić nie tylko dobry reportaż, ale obszerne opowiadanie, kto wie – może nawet książkę. Zastanawiała się, co zrobi z listem, kiedy już napisze artykuł i ochłonie po wydarzeniach ostatnich godzin. Pewnie pojedzie z nim do Muzeum Powstania Warszawskiego. Wiedziała, że tam wciąż przychodzą ludzie. Po tylu latach – wciąż przychodzą… Pogłaskała czule zniszczoną kopertę. Tak, to byłoby najlepsze dla niej miejsce. Może ktoś odnajdzie rodzinę, krewnych tej dziewczyny… Choć, z drugiej strony, po tylu latach… Zastanawiało ją, dlaczego babcia nie próbowała odnaleźć nadawcy lub adresata listu po wojnie. Westchnęła. Za dużo znaków zapytania. I tak od razu nie rozwiąże tych wszystkich zagadek.

Pragnęła odetchnąć na chwilę od tej kotłowaniny myśli. Założyła słuchawki i zaczęła słuchać cichej, relaksacyjnej muzyki. Wstała i podeszła do okna. Warszawa widziana z szóstego piętra prezentuje się całkiem ładnie. Przyszła jej do głowy naiwna myśl, że krajobraz widziany z góry prezentuje się lepiej niż obserwowany z dołu. Uśmiechnęła się do siebie – miała nastrój do filozofowania. To dobry znak – objaw, że jeszcze nie utraciła do końca wewnętrznego spokoju. Patrzyła na swoje miasto, na które powoli spływała czerwień zachodzącego słońca. Cieszyła się, że mogła mieszkać w tym miejscu, że mogła powiedzieć o sobie, że jest rodowitą warszawianką, na dodatek – od trzech pokoleń. Błysk dumy zalśnił w jej błękitnych oczach.

Otworzyła okno i przechyliła się przez parapet, aby ogarnąć spojrzeniem szerszą perspektywę ulicy. Samochody szusowały Tamką w górę i w dół. Ludzie krzątali się wokół swoich spraw. Zwykły, codzienny wielkomiejski rozgardiasz. Nagle usłyszała jakiś tajemniczy, głęboki, basowy pomruk wydobywający się z głębi ulicy, który przebił się nawet przez dźwięk muzyki. Zmrużyła oczy, żeby lepiej dostrzec szczegóły, ale przez chwilę nie mogła dostrzec niczego nowego. Dopiero po dłuższej chwili zobaczyła pięć dużych ciężarówek, jadących od strony Wisły. Nie wierzyła własnym oczom: stare, wojskowe ciężarówki podjechały pod blok, stanęły skosem na środku ulicy, tarasując przejazd w obydwie strony. Spod plandek wysypał się tłum żołnierzy. Nawet z wysokości szóstego piętra widać było charakterystyczne niemieckie hełmy, zielone mundury, podkute wojskowe buty. Słychać było ostre komendy wydawane przez oficerów. Żołnierze rozsypali się wokół bloku, kilkunastu wpadło do klatki. Inni zaczęli zwartym kordonem otaczać blok i okoliczne budynki.

Lidia była zdezorientowana do granic możliwości. Nie słyszała, żeby ktoś kręcił w pobliżu historyczny film. Zresztą, kiedy robi się takie akcje, teren jest odpowiednio przygotowany, uprzedza się ludzi, wyłącza ruch uliczny. Oświetleniowcy, kamerzyści, dźwiękowcy, cały sztab ludzi jest zaangażowany w takie przedsięwzięcie, a tu nie było żadnego przygotowania, żadnej logistyki… Po prostu ciężarówki podjechały pod blok, wysunęły się z cienia ulicy jakby przybyły tu z zaświatów.

Jeszcze raz wyjrzała przez okno, żeby upewnić się, że nie padła ofiarą jakiejś szalonej mistyfikacji. Ale teraz zupełnie inny widok przykuł jej uwagę. Lidia poczuła jak słabnie, jak opuszczają ją siły. Otworzyła szeroko oczy, z jej ust wydobył się zduszony krzyk. Nad miastem unosiła się wielka, czarna chmura dymu. Dziewczyna stała i patrzyła jak zahipnotyzowana. Ogromne kłęby czarnego, gryzącego dymu przewalały się nad dachami domów. Gdzieś, w głębi, od strony Śródmieścia niósł się suchy grzechot – zupełnie jakby ktoś strzelał z karabinu. Dźwięki docierały teraz do niej ze wszystkich stron, w pewnym sensie były bardziej namacalne niż to, co mogła zobaczyć na własne oczy. Gdzieś dało się słyszeć potężną detonację. Szyby zadrżały w oknach. Lidia odskoczyła od parapetu jak oparzona. W słuchawkach walkmana (dopiero teraz zdała sobie sprawę, że cały czas ma je na uszach) słychać było wyraźny, męski głos: „Tu Błyskawica! Stacja nadawcza Armii Krajowej! Nadajemy wiadomości! Śródmieście. Niespodziewany niemiecki atak na Nowy Świat, ulicę Książęcą i Plac Trzech Krzyży po trzygodzinnej walce został odparty. Żoliborz. Huraganowy ogień niemiecki skierowany jest na ulicę Gdańską i Słowackiego. Równocześnie nieprzyjaciel rozpoczął natarcie ulicą Krasińskiego, aleją Wojska Polskiego i Mickiewicza, w kierunku placu Wilsona. Zadano Niemcom bardzo duże straty. Nieprzyjacielowi udało się jednak dotrzeć do kościoła św. Stanisława Kostki. W tej sytuacji nasze oddziały wycofały się na parzystą stronę ulicy Krasińskiego. Niemcy wprowadzili do walki kilkadziesiąt czołgów i działek szturmowych”.

Lidia zerwała słuchawki. Odwróciła się w kierunku drzwi pokoju i wtedy zobaczyła ją – dziewczynę zza okna pijalni czekolady! Krzyknęła z całych sił. Była przerażona. Adrenalina natychmiast dopłynęła do wszystkich partii ciała. Tętno i oddech wyraźnie przyspieszyło. Dziewczyna przy drzwiach położyła palec na ustach i tym wymownym gestem nakazała Lidii milczenie.

– Cicho… Inaczej znajdą nas i będzie po wszystkim – powiedziała miękkim, zaskakująco spokojnym głosem.

Lidia rozpoznała od razu za duży prochowiec. Teraz dostrzegła, że spod płaszcza wystawały czuby mocno nadwyrężonych, wojskowych butów, a na lewym ramieniu widniała biało-czerwona opaska. Lidia już miała otworzyć usta, by coś powiedzieć, gdy usłyszała jakieś krzyki i strzały. Nie umiała do końca ich zlokalizować: na dole, na górze, na korytarzu, za drzwiami?… Nie wiedziała. Wszystko działo się zbyt szybko.

– Chodź! – dziewczyna w płaszczu złapała Lidię za rękę i pociągnęła w kierunku wyjścia, a ona nawet się nie broniła. Wydarzenia przekroczyły masę krytyczną, nie można już było traktować ich z przymrużeniem oka, jak sen czy halucynację. Wszystko było zbyt rzeczywiste i zbyt niebezpieczne.

Wybiegły z mieszkania na klatkę schodową i pędem ruszyły na dół. Na drugim piętrze usłyszały jakieś potępieńcze krzyki. Nieznajoma chwyciła Lidię w pół i siłą wepchnęła we wnękę między otworem zsypu, windą a klatką schodową. Dosłownie w chwilę potem usłyszały tupot kilkunastu ciężkich, podkutych butów. Grupa żołnierzy minęła ich na schodach. Słychać było jakieś słowa po niemiecku.

– Moi rodzice – Lidia wyszeptała z przerażeniem.

– Nic im nie będzie. Są bezpieczni.

Odczekały jeszcze chwilę, aż na klatce zrobiło się względnie cicho.

– Teraz! – szepnęła nieznajoma i wciąż trzymając Lidię za rękę pomknęła w kierunku wyjścia. Zatrzymała się jeszcze na chwilę przed samymi drzwiami. Wychyliła ostrożnie głowę, zaczekała parę chwil, a potem pociągnęła z całych sił Lidię za sobą. Dziewczyna była zaskoczona tym mocnym, twardy uchwytem, którego nie powstydziłby się żaden mężczyzna. Czuła, że gdyby nawet bardzo się starała, ciężko byłoby jej uwolnić się od tego stalowego uścisku.

Na ulicy trwało potężne zamieszanie (tak przynajmniej w pierwszej chwili nazwała to Lidia). Fasady domów łuszczyły się i pękały na oczach przerażonej dziewczyny. Płaty tynku odpadały z łoskotem na trotuar i rozbryzgiwały się irracjonalnie jak baloniki pełne szarej farby. Chodniki, ulice, fasady budynków – wszystko to było w ciągłym ruchu, jakby poszczególne atomy, z których składały się elementy miasta chciały zamanifestować swoją odrębność. Znów dało się odczuć to specyficzne, jedyne swoim rodzaju odkształcenie przestrzeni i czasu.

Nie było warunków, aby się nad tym wszystkim zastanawiać, tym bardziej że dziewczyny wciąż szybko biegły, a z pobliskich ulic nieustannie dało się słyszeć przeciągły grzechot wystrzałów z broni krótkiej i automatycznej. Biegły jak szalone, cały czas trzymając się za ręce. Najwyraźniej dziewczynie w płaszczu zależało na tym, żeby się nie rozłączyły. W chwilę potem Lidia zrozumiała, dlaczego.

U zbiegu Ordynackiej i Nowego Światu zatrzymały się zdyszane. Nieznajoma wysunęła głowę za winkiel budynku i niemal w tym samym momencie kawałek ceglanego muru, nieco pół metra powyżej jej głowy, rozprysł się na tysiące drobniutkich kawałków. Kule z broni maszynowej uderzały w róg budynku, ale na szczęście nie zrobiły nikomu krzywdy. Lidia z przerażeniem obserwowała jak potworna siła drzemie w tych wstrzeliwujących się w ścianę pociskach.

– Musimy zaczekać. Jesteśmy na granicy! – wyrzuciła z siebie jednym tchem dziewczyna w płaszczu.

– Granicy?!

– Tam, po drugiej stronie – wskazała ręką – stoi barykada. Tam już są nasi.

Lidia dopiero teraz spróbowała ogarnąć sytuację. Rozejrzała się na boki. Zjawisko jakie ujrzała, przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Nigdy, nawet we śnie, nie widziała czegoś podobnego. Współczesna, wielkomiejska zabudowa miasta była poorana głębokimi bruzdami i wyrwami. W murach domów dostrzegła ogromne wyłomy. Rozpoznawała znajome fasady budynków, przystanki autobusowe, witryny sklepów – wszystko to jednak było naznaczone piętnem wojennego zniszczenia. Ślady po kulach widoczne były na każdym kroku. Wielkie, zionące pustką wyrwy znaczyły wybuchy większych pocisków. Niektóre dachy były całkowicie zrujnowane; wystawały z nich kikuty spalonych konstrukcji nośnych. Nawet kiosk, w którym Lidia często kupowała gazety, stał na swoim miejscu – miał jednak wybite wszystkie szyby, a towar walał się po pustej ulicy. Nieopodal, przy krawężniku stał doszczętnie rozbity, przewrócony na bok autobus ZTM. Fasady kamienic były mocno naruszone, ziały ogromne wyrwy w gołych, ceglanych murach. Można było dosłownie zajrzeć do wnętrz zdemolowanych mieszkań. Wszędzie walały się po ulicy szczątki mebli, rozbite szkło, gruz, pył. Większa część budynków miała powybijane szyby. Róg kamienicy po przeciwnej stronie ulicy był całkowicie zburzony. Wiatr przesuwał tumany dymu, w jedną, to znów w drugą stronę.

W momencie, kiedy następna chmura dymu skierowała się jakimś niepojętym zrządzeniem opaczności w ich kierunku, dziewczyna w płaszczu na powrót chwyciła rękę Lidii i gwałtownie pociągnęła w kierunku przeciwległej strony ulicy. Lidia myślała, że straci równowagę i zaraz się przewróci – tak mocne było szarpnięcie. Biegły, potykając się o gruzy, fragmenty mebli, strzępy rozbitych aut.

Nagle Lidia usłyszała świst nad głową, jakby ktoś zamachnął się tuż nad jej uchem ciężkim, metalowym przedmiotem. W chwilę potem usłyszała następny, i jeszcze jeden. Dopadły do rogu kamienicy i szybko pobiegły w kierunku barykady zbudowanej z wyrwanych płyt chodnikowych, gruzu, bruku ulicznego i cegieł. Kolejne gwizdy nad głowami Lidii, gdy przeskakiwała z trudem przez usypany wał, uświadomiły jej w końcu, gdzie jest i jakie grozi jej niebezpieczeństwo. Przysiadła na ziemi za barykadą. Była w głębokim szoku. Drżała na całym ciele. Nawet nie zauważyła jak z rozciętej jakimś ostrym przedmiotem ręki cieknie cienka strużka krwi. Spojrzała na tę irracjonalną ranę, dotknęła brzegów rozcięcia. Zapiekło. Opuszkiem palca rozmazała krople krwi. A więc to wszystko działo się naprawdę… Dopiero teraz zauważyła, że nie jest sama. Obok tajemniczej dziewczyny w prochowcu stało trzech chuderlawych, wysokich chłopaków. Wszyscy byli mniej więcej w tym samym wieku, średnio po siedemnaście, osiemnaście lat. Odziani byli w niekompletne mundury wojskowe i niemieckie hełmy. Jeden nosił panterkę, a w ręku trzymał karabin maszynowy.

– Kogo nam tutaj przyprowadziłaś?! – chłopiec z kaemem zrobił dwa kroki do przodu. Widać było, że z całej trojki ten miał najwięcej do powiedzenia. Na jego twarzy malował się łobuzerski uśmiech.

– Cicho bądź! Chciała zobaczyć – odparła opryskliwe dziewczyna w płaszczu.

– Zobaczyć? – uśmiech na twarzy chłopca rozszerzył się na tyle, by można było dostrzec brak zęba na przodzie.

– Chciała być blisko. Starała się. No to ją wzięłam na naszą stronę.

Tamten spojrzał jeszcze raz uważnym, badawczym wzrokiem, a potem, w ułamku chwili, stracił zainteresowanie dziewczynami, odwrócił się do swoich towarzyszy i – ciągle z tym łobuzerskim uśmiechem na twarzy – powiedział do nich parę słów na boku. Roześmiali się siarczyście i kiwając z politowaniem głowami skierowali w stronę czoła reduty, gdzie kilku innych powstańców leżało między gruzami, paląc krótkimi salwami do wszystkiego, co ruszało się po drugiej stronie ulicy.

– Chodź – dziewczyna ujęła Lidię za ramię. – Musimy iść dalej. Nie mamy dużo czasu.

– Jak masz na imię? – Lidia sama była zaskoczona tym pytaniem.

– Nie wiesz? Nie domyślasz się? – tamta po raz pierwszy uśmiechnęła się jakby od niechcenia – Tak samo jak ty… Lidka. Lidka z powstania. Tak możesz mnie nazywać.

 

***

„Tu radio Błyskawica!

Przez Mokotów dotarła do nas relacja jednej z sanitariuszek, która była na Powiślu. Z oddziału pozostało przy życiu 30 osób. Nie mieliśmy już z czego strzelać. Nie mieliśmy też ubrań, aby przebrać się za cywilów. Byliśmy w panterkach z opaskami, kiedy pojawili się Niemcy. Dwie serie oddane do porucznika raniły go, ale nie zabiły. Prosił o dobicie. Zrobiono to. Potem kilku będących z nami żołnierzy z armii Berlinga odprowadzono do grupy cywili.

Pojawił się porucznik SS. Kazał ustawić naszych żołnierzy w szeregu. Było ich dwudziestu. Oddano do nich kilka salw. Leżących dobijano strzałem w tył głowy. Łączniczki (było ich pięć) powieszono na pasach.

Nagle rozległ się nieludzki krzyk. Esesmani ciągnęli rannych z piwnicy. Koniec ich był taki sam”.

 

***

Wyglądało to jak sen, ale nim nie było. Zbyt wyraźne były doznania, zbyt mocny zapach spalenizny i odoru rozkładających się ciał. Z drugiej strony, świat, który oglądała nie był dosłowną rekonstrukcją przeszłości. Był mieszaniną dwóch różnych rzeczywistości, które napierały na siebie jak płyty tektoniczne dwóch przestrzeni i czasów. Zupełnie tak, jakby we współczesnym centrum Warszawy toczyły walkę dwie równoległe, równouprawnione w działaniu siły. W praktyce wyglądało to tak, jakby ktoś dokonał idealnego fotomontażu: nałożył kliszę zniszczonej, powstańczej Warszawy na współczesne ulice. Najbardziej zadziwiający był efekt realności tego wszystkiego, co wokół się działo – realności i dopasowania: dwie rzeczywistości nałożyły się na siebie i idealnie dopasowały. Widziała współczesne auta zasypane gruzem walących się budynków, wieże spalonych kościołów wybijające ze współczesnych, odrestaurowanych ścian. Stare przywarło do nowego jak przypalona warstwa strawy do patelni.

Tylko ludzie byli stamtąd, sprzed lat – „powstaniowi”. Krzątali się wokół wraków nowoczesnych aut, chowali za rozbitymi szybami firmowych sklepów. Kilku chłopców w niemieckich hełmach ukryło się za rozbitą budką z hot dogami. Wszystko było irracjonalnie prawdziwe, do bólu materialne. Lidia bała się deliberować nad tym, czy zwariowała, czy raczej doświadczyła czegoś, co można byłoby nazwać wizytą w świecie równoległym. Czytała kiedyś o tym książkę popularnonaukową, ale teraz nie miała czasu zastanawiać się nad tym.

Po godzinie ciągłego kluczenia i krycia się za węgłami rozbitych budynków, znalazły się w Śródmieściu, tuż przy Pałacu Kultury, który miał rozbitą iglicę i buchał w górę dymem nieustającego pożaru. Okoliczne wysokościowce również były poharatane pociskami bomb i artylerii. Tu było jeszcze więcej gruzu, dymu i spalenizny. Dziewczyny wpadły do zdewastowanego budynku dworca Warszawa Śródmieście. Tu było trochę spokoju. Dzień dobiegał końca. Zrobiło się zimno i pochmurno. Nie było mowy o jakimkolwiek oświetleniu. Wszystkie budynki stały w kompletnych ciemnościach. Ciemne niebo rozcinały tylko smugi strzelających co jakiś czas rac oświetlających teren.

– Wiem, że chciałaś mnie zobaczyć – zaczęła beż żadnych wstępów Lidka z powstania. – Wywołałaś mnie na drugą stronę, więc przyszłam. I zabrałam cię tu, żebyś mogła innym opowiedzieć moją historię.

– Na drugą stronę? – Lidia z wrażenia aż przysiadła na piętach. – O czym ty mówisz?

– Nieważne… Przyjdzie czas… Zrozumiesz… A teraz, powiedz mi tylko, czy według ciebie było warto?

– Warto? Ale co? Co warto?

– Czy było warto walczyć o to wszystko, co macie teraz … Tam … – dziewczyna odwróciła się i wymownym gestem spojrzała w kierunku wypalonych Złotych Tarasów.

Lidia zaniemówiła. Nie spodziewała się takiego pytania. Można z przymrużeniem oka powiedzieć, że spodziewała wielu rzeczy, ale nie tego – takiego prostego, a jednocześnie najtrudniejszego pytania. Pytania prosto w serce.

– Czy warto było? – powtórzyła w zamyśleniu współczesna Lidia. Rozejrzała się jeszcze raz wokół siebie. Zaiste był to widok apokaliptyczny. Tak mogłaby wyglądać Warszawa po wybuchu trzeciej wojny światowej. Tlące się gruzowiska Śródmieścia. Wypalone, zburzone budynki. Pozostawione na ulicach rozbite auta. Spojrzała jeszcze raz na dziewczynę z powstania. Teraz miała więcej czasu, żeby się jej przyjrzeć. Była ładna i nawet do niej podobna. Kształtna twarz, blond włosy spięte w zgrabny kucyk, pełne usta, duże, niebieskie oczy. Ich spojrzenia przez chwilę krzyżowały się, jakby zmagając w duchowej walce, ale to uczucie ustąpiło, tak nagle jak się pojawiło.

– Dlaczego mnie tu zabrałaś? – zapytała Lidia dławiącym się głosem. Powoli, jakby w dziwnym olśnieniu, zaczęła rozumieć, że łączy je coś więcej niż tylko podobieństwo imion. Tamta dziewczyna przechyliła głowę na bok i przyglądała się jej z wielką uwagą. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby przeglądały się w sobie jak w lustrze. Wreszcie Lidka z powstania powiedziała twardym głosem:

– Nosisz moje imię. Wiesz, dlaczego?

– Nie wiem. Skąd mam wiedzieć?! – Lidia niemal zaniosła się płaczem.

– Chodź. Pokażę ci – dziewczyna z powstania znów wzięła Lidię za rękę, ale już nigdzie jej nie prowadziła. Teraz wydarzenia działy się znacznie szybciej. Nie przemierzały już pieszo Warszawy, nie kluczyły między barykadami – porwane potężnym wirem ogromnej, nienazwanej siły oczyma duszy przyglądały się jakiejś zdewastowanej ulicy. Wokół stały rozbite niemal do samych fundamentów domy. Pod wypaloną ścianą kamienicy leżeli na noszach ranni żołnierze. Podchodzili do nich żołnierze w czarnych mundurach, przykładali lufy pistoletów do głów szamocących się, bezbronnych chłopaków i oddawali pojedynczy strzał. Siła pocisku wystrzelonego z najbliższej odległości odrzucała głowy biedaków raptownie w bok. Ciała wiły się w szybkim, mocnym paroksyzmie śmierci i nieruchomiały w bezładnych pozach.

Lidia chciała krzyczeć z całych sił, ale nie mogła. Nie mogła nic zrobić. Czuła się jak w koszmarnym śnie, w którym nie można nic zrobić, aby uwolnić się od obezwładniającej wizji. To było jedno z najstraszniejszych uczuć, jakich kiedykolwiek doświadczyła. Widziała śmierć bezbronnych powstańców i nie nic mogła zrobić, aby im pomóc. Zdawało się jej, że sama przed chwilą straciła życie i teraz, zawieszona między niebem a ziemią, obserwuje wszystko oczyma ducha.

Lidka z powstania wskazała jej przeciwległy skraj ulicy. Przy zburzonej bramie stały dwie przedwojenne latarnie. Powieszono tam pięć dziewczyn. Jedna z nich była ubrana w charakterystyczny, długi płaszcz, furkoczący na wietrze.

W oczach Lidii pojawiły się łzy. Teraz już nie mogła powstrzymać płaczu. Spojrzała na swoją przewodniczkę i dopiero teraz spostrzegła na jej szyi ciemną, grubą brunatną pręgę. Przewodniczka niemal beznamiętnym gestem wskazała jakąś drobną twarz młodej dziewczyny wyglądającą z okienka piwnicy.

– To twoja babcia, Lidio… Teraz już wiesz, dlaczego się uparła, żeby nadać ci tak oryginalne imię?

Lidia upadła na kolana i zaczęła płakać całym swoim wnętrzem. Wizja zniknęła i znów były w wypalonych murach śródmiejskiego dworca. Łzy płynęły gęstymi potokami, szloch był rwany, nieregularny. Dziewczyna z trudem łapała powietrze. Płakała długo.

 

***

Dziewczyny stały na szczycie wieży i patrzyły na okazałą panoramę miasta.

– Tak wygląda to po mojej stronie – Lidia spojrzała na wielkomiejski pejzaż. – Zapytałaś mnie, czy było warto. Zabrałam cię tu, abyś mogła się przekonać, odpowiedzieć sobie na to pytanie.

– Sobie? – Lidka z powstania długo patrzyła na Lidię z Tamki. – Ja nie muszę odpowiadać SOBIE. Zapytałam ciebie. To ty potrzebujesz odpowiedzi. Bez powstania też byście to zbudowali – wskazała na panoramę miasta. – Nie budowle są ważne. Najważniejsza jest pamięć, serce, system wartości. Najistotniejsze sprawy są niewidoczne dla oczu.

Twarde słowa uderzyły Lidię jak obuchem. Dopiero po chwili dotarło do niej, że przewodniczka miała rację. Nawet teraz, po jej stronie, cały czas dowodziła, pokazywała kierunek, odkrywała prawdę.

– Musisz zadbać o to, żeby o nas nie zapomnieli – dziewczyna w płaszczu odgarnęła z czoła niesforny kosmyk włosów, dokładnie tak samo jak miała to w zwyczaju robić Lidia. – Dopóki pamiętają, dopóty są w stanie godnie żyć.

Lidia z Tamki wpatrywała się jak urzeczona w panoramę nowoczesnego miasta. Zniszczenia zniknęły. Po dymach nad miastem nie było śladu. Więc to wszystko było tylko złudzeniem? Ale przecież stała tu, obok niej, Lidka z powstania, powieszona przez esesmanów na parę dni przed końcem powstańczej gehenny! Teraz nie potrafiła tego racjonalnie wyjaśnić. Miała tylko nadzieję, że nie zwariowała.

W ciepłym, wrześniowym słońcu dachy Starówki nabrały żywego koloru. Ludzie, jak zwykle, spieszyli do codziennych zajęć, pochłonięci swoimi sprawami. Szli jak zahipnotyzowani, bez świadomości, że tuż obok nich pulsowała nieustającą pamięcią historia tamtych sierpniowo-październikowych dni. I tylko w słuchawkach walkmana Lidii dało się słyszeć ostanie komunikaty „Błyskawicy” z płonącej stolicy.

„Dziś mija sześćdziesiąt dni od chwili wybuchu powstania. Każdy dzień jest gorszy i każdy dzień jest trudniejszy. Wczoraj straciliśmy łączność z Mokotowem. Komunikat niemiecki mówi o zdobyciu tej dzielnicy. Relacje niemieckie mówią o totalnym zniszczeniu. Oto nasza odpowiedź: wprzód kamień na kamieniu trzeba zburzyć, nim złożymy broń.

Przez sześćdziesiąt dni powtarzamy przez naszą rozgłośnię: Warszawa walczy, a dziś już nie wierzymy, aby treść tych słów mogła być pojęta w zwykłym świecie. Nie pojmujemy tego, co się dzieje wokół nas i z nami dzieje. Nie pojmujemy już nic. Nie prosimy o nic. Walczymy. To wszystko”.

 

***

– Obudź się! Pobudka! Czas wstawać! – gwałtowne potrząsanie dało szybkie rezultaty. Lidia błyskawicznie oprzytomniała. Usiadła na łóżku i rozejrzała się po swoim pokoju.

– Dziś spałaś zdecydowanie za długo. Już się o ciebie zaczęliśmy martwić – mama patrzyła z troską na córkę.

– Która godzina?

– Dochodzi dwunasta.

– Boże… – Lidia pomknęła do okna. Wszystko wydawało się w najlepszym porządku. Nigdzie nie dostrzegła śladu wojennych zniszczeń. Odetchnęła z ulgą.

– Zrobiłam ci śniadanie. Pamiętaj o odebraniu poczty i opłaceniu Internetu.

– Dzięki, mamo.

Lidia jeszcze raz rozejrzała się wokół siebie. Coś ją tknęło: sprawdziła lewą dłoń. Po wewnętrznej stronie, przez całą szerokość ręki, biegła świeża rana. Uśmiechnęła się tajemniczo i jeszcze raz ogarnęła panoramę miasta jasnym, czystym spojrzeniem. Już dawno nie cieszyła się tak bardzo z samego faktu, że żyje, że może oddychać, patrzeć, rozumieć, czuć. Z radością zaczęła układać plan dnia. Miała jeszcze tyle rzeczy do zrobienia.

Koniec

Komentarze

W opowiadaniu wykorzystałem rekonstrukcje komunikatów powstańczej radiostacji „Błyskawica”. Rekonstrukcje dokonane zostały na podstawie książki Macieja Józefa Kwiatkowskiego „Tu mówi powstańcza Warszawa, Dni Powstania w audycjach Polskiego Radia i dokumentach niemieckich” i filmu dokumentalnego TVP „Radio powstańcze Błyskawica”.

Świetnym uzupełnieniem tekstu jest strona Miasto Feniksa: www.miastofeniksa.pl  

Materiały tam udostępnione zainspirowały mnie do stworzenia tego tekstu.

Zachęcam do lektury i podzielenia się ze mną opiniami…

Pozdrawiam serdecznie. Jacek.

...always look on the bright side of life ; )

No dobrze, ktoś postawił czwórkę, ale DLACZEGO akurat czwórkę, to już nie chciał napisać. Oceniajcie konstruktywnie, please...

...always look on the bright side of life ; )

Och. Wiesz, ludzie mają prawo do oceny bez komentarza ;] Chociaż sam tego nie popieram, ale tak to już jest.

Jacku, z chęcią przeczytałbym to opowiadanie, bo tematyka jest w moim guście, a styl opowiadania, po przejrzeniu kilku wierszy, robi dobre wrażenie. Jednak szczerze przyznam, że jego długość trochę mnie przytłacza. Postaram się to dzisiaj przeczytać i rzetelnie ocenić, ale pewnie znajdą się ludzie, którzy zrobią to przede mną ;)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Dobrze napisane nastrojowe opowiadanie o Powstaniu Warszawskim z 1944r.

Jedno z lepszych opowiadań, jakie przeczytałam na tym forum, przemyślane, kompletne. A do tego bardzo bliska mi tematyka - wzajemne przenikanie się czasów (no i wieża widokowa przy kościele św. Anny, która i mnie uświadomiła, że Warszawa jest piękna). Świetnie, że zadałeś sobie trud, żeby nie pisać o powstaniu wyłącznie z głowy i filmów, tylko sięgnąłeś po materiały źródłowe, teksty z tamtych czasów. Dzięki temu wierzyłam w to, co czytam. Niesamowity nastrój - na początku aż miałam ochotę przejechać myszką w dół, żeby tylko jak najszybciej dowiedzieć się, co takiego było w tym liście! Potem też momentami dreszcz przechodził po plecach. Świetny pomysł, by zburzona Warszawa była zarazem współczesną Warszawą. Trochę rozczarował mnie ostatni akapit - strasznie szkolny, bohaterka budzi się i odkrywa, że sen nie był do końca snem - jak w czytance. Ale z drugiej strony gdyby tak twoje opowiadanie rąbnąć dzieciakom do podręczników, może czegoś by się nauczyły ;)

Tak a propos, jadę kiedyś obok Pomnika Poległych i Pomordowanych na Wschodzie i słyszę następujący dialog dwóch piątoklasistów:
- A co to jest? Czemu tu tak dużo krzyży?
- Nie wiem, pewnie jakiś wypadek był.

Przede wszystkim za styl i nastrój, 6.

hmm... jeśli chodzi o ten dialog, to już w podstawówce chciałabyś paskudzić życie dzieciom historią męczenników i ofiar, jakich nie brakuje w naszej przeszłości?

Lassar, tak szczerzę mówiąc co ma twoja wypowiedź wspólnego z opowiadaniem?

Do Dreammy: Co do zakończenia: gdyby sen był tylko snem, nie byłby prawdziwym doświadczeniem i nie wywarłby takiego wrażenia na tytułowej bohaterce – tak mi się przynajmniej wydaje. Dziękuję za trud przeczytania tego tekstu, opinię i ocenę :)

Z tematem Powstania Warszawskiego chciałem zmierzyć się już dawno temu, ale brakowało mi jakiegoś sensownego motywu, elementu spajającego całość. Z pomocą przyszła strona, o której napisałem w pierwszym komentarzu i… Incepcja Christophera Nolana. Reszta już się jakoś razem zaczęła składać.

...always look on the bright side of life ; )

Świetnie napisane, ogrom włożonej pracy... Tylko... To przesłanie jakieś takie... "Zbyt".
Poza tym zasługuje na najwyższą ocenę i z przyjemnością stawiam sześć.

*nie tytułowej tylko głównej bohaterce, sorry za przejęzyczenie ;)

...always look on the bright side of life ; )

@ Lassar - nie, chodziło mi raczej o szacunek do historii. Tyle w tym temacie.

Do niezgoda.b: Czasami mam wrażenie, że teraz takie tematy i przesłania jak te zawarte w moim tekście są, jakby tu powiedzieć, z lekka obśmiewane. Za wszelką cenę chce się ludzi odrzeć z tradycji, historii, wszelakich ponadczasowych wartości. Pytanie, po co? Narodem odciętym od swoich korzeni łatwiej się manipuluje. Dlatego warto czasem powiedzieć coś jasnym i otwartym tekstem, chociażby po to, żeby samemu sobie uświadomić, po co się żyje:) Pozdrawiam serdecznie.

...always look on the bright side of life ; )

Jacku001 - nie chodzi mi o odzieranie z dziedzictwa, uważam takie działania jak twoje za chwalebne... Chodzi mi raczej o (może to tylko moje wrażenie) prawie zmuszanie czytelnika do rozrzewnienia. Poza tym zgadzam się w całej rozciągłości z twoim zdaniem.
Z tego wszystkiego dopiero teraz wystawiłam tę ocenę, wcześniej się zagapiłam :)

Z chęcią bym widział jak najwięcej opowiadań z patriotycznym, narodowym przesłaniem :) Nawet mimo tego, że być może, fantastyka nie jest z takimi treściami kojarzona.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Bardzo dobra robota.
Nie miej mi za złe takiego lakonicznego podsumowania, Jacku. Alternatywą byłaby połowa Twojego opowiadania --- w sensie objętości.
Szkoda tylko, że wkradły się trzy lub nawet cztery błędy. Z tego jeden dość poważny, ale mniejsza o potknięcia. Nie liczą się przy reszcie.
Pozdrawiam

Cóż, przy takiej ilości tekstu może się trafić jakaś literówka. Nikt nie jest idealny. Wychwyciłem w międzyczasie jeszcze parę drobnych spraw. Jeszcze raz dziękuję wszystkim za czas poświęcony temu tekstowi. Może się jeszce ktoś tu dopisze z opinią, z oceną:) Serdecznie zachęcam.

...always look on the bright side of life ; )

Tekst bardzo dobry, dopracowany. Nie zapętlasz się w opisach - widać że czemuś one służą (budowie atmosfery) - są lepsze niż u Elizy Orzeszkowej (budowane na zasadzie retrospekcji bohaterki).
Sorry, ale dotarłem do jednej trzeciej (opowiadanie jest długie, a pasuje pospać) więc oceny za całość nie dam.

 

'Po godzinie ciągłego kluczenia i krycia się za węgłami rozbitych budynków, znalazły się w Śródmieściu, tuż przy Pałacu Kultury, który miał rozbitą iglicę...'masz na myśli Pałac Kultury i Nauki?Ależ on powstał w 1955.Może się mylę,nie znam dobrze wa-wy.opowiadanie bardzo klimatyczne, z patriotycznym zacięciem, od czego niestety modnie jest odchodzić na rzecz pacyfizmu.Co pomyśleliby o tym ci, co oddali życie abyśmy wychowywali się w wolnym kraju?Hm...

„…masz na myśli Pałac Kultury i Nauki? Ależ on powstał w 1955…” Tak, ale w opowiadaniu mamy mieszankę nowej i starej Warszawy, obydwie te rzeczywistości przenikają się wzajemnie, co widać wyraźnie w wielu miejscach opowiadania. Nie ma tu żadnej sprzeczności. Pozdrawiam i dzięki za czas poświęcony na lekturę tego sążnistego tekstu ;o)

...always look on the bright side of life ; )

Sama przyjemność.Już rozumiem,troszkę inaczej to widziałam-jako negatyw,chyba nawet tak mniej więcej to ująłeś,ale którego przebłyski są tylko chwilami widoczne dla bohaterki.Już widzę, co autor miał na myśli...

Nie wstawię oceny, bo nie czytałem całości. Może to tylko moje wrażenie, ale w dialogach używasz zbyt literackiego języka, co daje wrażenie pewnej sztywności i sztuczności. Szacunek za nakład pracy. I przyjemny język opisów.

Starałem się dopasować dialogi do charakteru osób, które je wypowiadają. W tej historii biorą udział bohaterowie niecodziennego sortu – rzekłbym, że są oni trochę „przedwojenni” (szczególnie widać to w sferze wartości, które są dla nich ważne). Dlatego stylizowałem dialogi na ton nieco poważniejszy. Potoczne określenia typu „super, fajowo, w dechę” nie pasowałyby, w mojej opinii, do nastroju całości tekstu. Pozdrawiam i dziekuję za opinię :)

...always look on the bright side of life ; )

Opowiadanie niezłe, i wbrew temu, co napisali poprzednicy, uważam, że do dialogów masz niezłe wyczucie. Dialogi nie powinny być zapisem języka mówionego, powinny raczej balansować na granicy pomiędzy językiem mówionym a literackim. Tobie to akurat wychodzi.
Pomysł z retrospektywą i przeniesieniem do przeszłości nie jest jakiś specjalnie oryginalny, za to masz dobry warsztat, i wygląda na to, że dużo czasu poszło na redakcję. Po drugie widać, że przygotowałeś się solidnie do pisania tego tekstu, i że masz wiedzę historyczną.
Jedyne co mi się nie podobało to nie sama wymowa (jestem za takimi patriotycznymi, porządnymi przesłaniami !) ale to urocze zdanie: "Najistotniejsze sprawy są niewidoczne dla oczu". Po pierwsze, wygląda to jak żywcem wyjęte z Małego Księcia. Po drugie powtórzono to tyle razy, że stało się banałem. Takie sprawy można wyrazić mniej patetycznie, a za to w jakiś świeższy sposób.

Cytat z Małego Księcia użyty celowo i z premedytacją :) Może i banalny, ale banały też, od czasu do czasu, zaspokajają ludzkie zapotrzebowanie na Sens.

...always look on the bright side of life ; )

Niesamowity, dopracowany tekst z przesłaniem. Jestem pod wielkim, pozytywnym wrażeniem. Opowiadanie zachwyca bogactwem detalu i ogromem włożonej pracy. Chylę czoła przed talentem autora!

zajrzałam tu do Ciebie, bo doszłam do wniosku, że skoro udało nam się wystawić prawie taki sam komentarz pod tym samym tekstem w tym samym momencie (pod opowiadaniem Jackie'go), to to znak i trzeba się pojawić :P i wiesz - nie zawiodłam się, przeczytałam całe od deski do deski i mogę powiedzieć jedno. To jeden z najbardziej dopracowanych i profesjonalnych tekstów, jakie tu znalazłam. Masz świetny styl, wszystko jest przemyślane w najmniejszym szczególe :P super, stawiam 5 :)

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

:)

...always look on the bright side of life ; )

Totalnie nie moja tematyka, ale doceniam dopracowanie tematu. Faktycznie, końcowe przesłanie wydało mi się nieco czytankowo proste. Czy warto? Ha, żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba wiedzieć, co by było, gdyby…

W momencie, kiedy następna chmura dymu skierowała się jakimś niepojętym zrządzeniem opaczności w ich kierunku,

Ale ta opaczność od opactwa czy ta od robienia na opak? ;-) Przy okazji powtórzenie.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam a zainteresowaniem, ale cóż, na mnie opowiadanie nie zrobiło takiego wrażenia jak na czytelnikach, którzy komentowali je sześć lat temu. Owszem, podoba mi się pomysł, pierwsze omamy Lidii, osobliwe zjawisko przenikania się czasów, ale końcowe odczucie zostało zepsute przez dość jaskrawe i, że tak je nazwę, jedynie słuszne przesłanie. Wolałabym nie być wywoływana do odpowiedzi na pewne pytania, bo wydaje mi się, że każdy z nas ma prawo do własnych przemyśleń o przeszłości, własnego jej postrzegania.  

Rozczarowało mnie, że przeżycia Lidii okazały się snem.

Wykonanie, niestety, pozostawia nieco do życzenia. Masz mnóstwo błędów w zapisie dialogów.

 

Wietrz­ne, wrze­śnio­we przed­po­łu­dnie nie za­chę­ca­ło tu­ry­stów do wspi­na­nia się na górę. – Masło maślane. Czy mogli wspinać się na dół?

Może: …do wspi­na­nia się po schodach.

 

Lidia cie­szy­ła się w duchu z ta­kie­go ob­ro­tu rze­czy. Chcia­ła, żeby te chwi­le były dla nich oboj­ga jak naj­bar­dziej in­tym­ne. Ujęła dziew­czy­nę za bladą, smu­kłą dłoń… – Skoro Lidia ujęła dłoń dziewczyny, to znaczy, że piszesz o dwóch paniach, więc: Chcia­ła, żeby te chwi­le były dla nich obu jak naj­bar­dziej in­tym­ne.

Dla obojga, gdybyś pisał o kobiecie i mężczyźnie.

 

Gdzie chcia­ła­byś pójść? – Raczej: – Dokąd chcia­ła­byś pójść?

 

ro­bi­ła na Lidii przy­tła­cza­ją­ce wra­że­nie. Pa­mię­ta­ła, że będąc małym dziec­kiem, przy­jeż­dża­ła tu w od­wie­dzi­ny wraz z ro­dzi­ca­mi. Bała się wtedy wy­sia­dać z sa­mo­cho­du; miała wra­że­nie… – Powtórzenie.

 

Drew­nia­ne scho­dy skrzy­pia­ły przy każ­dym stąp­nię­ciu, a po­kry­ta do po­ło­wy be­żo­wą ema­lią klat­ka scho­do­wa… – Nie wydaje mi się, by klatka schodowa była pokryta emalią. Podejrzewam, że ścianę klatki schodowej pokrywała beżowa lamperia.

 

Ak­sa­mit­ne, ciem­no­zie­lo­ne fo­te­le, w któ­rych mo­gło­by usiąść kilka osób na raz. – …mo­gło­by usiąść kilka osób naraz.

 

Lampy z mio­do­wy­mi aba­żu­ra­mi, które w pół­mro­ku da­wa­ły ba­jecz­ne, mio­do­we re­flek­sy na ścia­nach. – Nie brzmi to najlepiej.

 

U mnie naj­lep­sze, wiesz prze­cież … – Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Za­pra­sza­ła wtedy swą je­dy­ną, uko­cha­ną wnucz­kę, wy­cią­ga­ła z ko­mo­dy al­bu­my ze zdję­cia­mi, za­sia­da­ła w prze­past­nym fo­te­lu i z dzie­cię­cą wprost za­chłan­no­ścią roz­po­czy­na­ła wy­cią­gaćal­bu­mów… – Powtórzenia.

 

Czas w tych sta­ro­świec­ko urzą­dzo­nych wnę­trzach pły­nął jakby wol­niej. Kiedy tu przy­jeż­dża­ła, za­wsze miała wra­że­nie, że chcia­ła­by zo­stać tu na dłu­żej, za­nu­rzyć się w tym pach­ną­cym naf­ta­li­ną i any­żem baj­ko­wym świe­cie. – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

że nie po­tra­fi­ła po­świe­cić jej tyle czasu, ile by chcia­ła. – Literówka.

 

– Bab­ciu, spę­dzi­li­śmy razem całe po­po­łu­dnie… – Babcia i wnuczka to kobiety, więc: – Bab­ciu, spę­dzi­łyśmy razem całe po­po­łu­dnie

 

Dwie aba­żu­ro­we lampy, usta­wio­ne po prze­ciw­le­głych ro­gach po­ko­ju… Raczej: Dwie aba­żu­ro­we lampy/ lampy z abażurami, usta­wio­ne w prze­ciw­le­głych ro­gach/ kątach po­ko­ju

 

Była moją star­szą ko­le­żan­ką z po­dwór­ka, w po­wsta­niu była łącz­nicz­ką. – Może: Była moją star­szą ko­le­żan­ką z po­dwór­ka, a w po­wsta­niu łącz­nicz­ką.

 

Tam mnie przy­pad­kiem spo­tka­ła. Kiedy po­wsta­nie się koń­czy­ło, po­pro­si­ła mnie, żebym prze­ka­za­ła tę ko­per­tę jej chło­pa­ko­wi. Potem… Potem już nigdy wię­cej jej nie wi­dzia­łam… – głos babci za­ła­mał się bo­le­śnie – po jej chłop­cu też słuch za­gi­nął. – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

Cie­ka­wość była jed­nak więk­sza od uprze­dze­nia. – Do czego była uprzedzona Lidia?

Proponuję: Cie­ka­wość była jed­nak silniejsza od zasad.

 

szcze­gól­nie wie­czo­ro­wą porą, kiedy korki na uli­cach nie są już uciąż­li­we. – Wydaje mi się, że korki na ulicach są zawsze uciążliwe, niezależnie od pory dnia.

 

za­mi­go­tał we­so­łym, błę­kit­nym świa­tłem wy­świe­tla­cza. – Nie brzmi najlepiej. Czy w odtwarzaczu mogło migotać coś poza wyświetlaczem?

Może wystarczy: …za­mi­go­tał we­so­łym, błę­kit­nym świa­tłem.

 

w parę chwil wy­peł­ni­ły ha­ła­sem całe wnętrz­na dźwię­ko­we­go świa­ta Lidii. – Co wypełniły?!

 

w wy­ku­szach wy­ga­słych okien… – Co to są wykusze okien?

 

Kto jesz­cze nie był w pi­jal­ni cze­ko­la­dy na ulicy Szpi­tal­nej… – Kto jesz­cze nie był w pi­jal­ni cze­ko­la­dy przy ulicy Szpi­tal­nej

 

po­wi­nien tam pójść, cho­ciaż­by po to, żeby obej­rzeć to je­dy­ne w swoim ro­dza­ju… – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

Pa­trzył uważ­nym wzro­kiem na roz­go­rącz­ko­wa­ną twarz dziew­czy­ny. – Patrzymy wzrokiem czy raczej oczami?

Proponuję: Pa­trzył uważ­nie na roz­go­rącz­ko­wa­ną twarz dziew­czy­ny.

 

cały czas my­ślisz o na­pi­sa­niu tego kon­kur­so­we­go ar­ty­ku­łu, pra­cu­jesz pod cią­głą pre­sją czasu. – Powtórzenie.

 

– Wiem, co wi­dzia­łam – od­pa­ro­wa­ła nie­mal opry­skli­wie dziew­czy­na. – Nie prze­wi­dzia­ło mi się! – Z pewnością nie przewidziało jej się, ale mogło się przywidzieć.

 

Tym zaj­mu­ją się chłop­cy – cza­sem dwu­na­sto, trzy­na­sto­let­ni. – Tym zaj­mu­ją się chłop­cy – cza­sem dwu­na­sto- trzy­na­sto­let­ni.

 

Ale dzia­ło się tyle rze­czy na raz… – Ale dzia­ło się tyle rze­czy naraz

 

Za­ło­ży­ła słu­chaw­ki i za­czę­ła słu­chać ci­chej, re­lak­sa­cyj­nej mu­zy­ki. – Brzmi fatalnie.

 

ale przez chwi­lę nie mogła do­strzec ni­cze­go no­we­go. Do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li zo­ba­czy­ła… – Powtórzenie.

 

Nawet z wy­so­ko­ści szó­ste­go pię­tra widać było cha­rak­te­ry­stycz­ne nie­miec­kie hełmy, zie­lo­ne mun­du­ry, pod­ku­te woj­sko­we buty. – Z okna szóstego piętra widać było, że buty są podkute?

 

Nad mia­stem uno­si­ła się wiel­ka, czar­na chmu­ra dymu. Dziew­czy­na stała i pa­trzy­ła jak za­hip­no­ty­zo­wa­na. Ogrom­ne kłęby czar­ne­go, gry­zą­ce­go dymu prze­wa­la­ły się nad da­cha­mi domów. – W dwóch podobnych i następujących niemal po sobie zdaniach, podajesz tę sama wiadomość.

 

Czuła, że gdyby nawet bar­dzo się sta­ra­ła, cięż­ko by­ło­by jej uwol­nić się od tego sta­lo­we­go uści­sku. – …trudno by­ło­by jej uwol­nić się

 

tym bar­dziej że dziew­czy­ny wciąż szyb­ko bie­gły… – Masło maślane. Bieg jest szybki z definicji.

 

Zja­wi­sko jakie uj­rza­ła, prze­szło jej naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. – Czy Lidia czegoś oczekiwała?

Proponuję: Zja­wi­sko które uj­rza­ła, prze­szło jej naj­śmiel­sze wyobrażenia.

 

W mo­men­cie, kiedy na­stęp­na chmu­ra dymu skie­ro­wa­ła się ja­kimś nie­po­ję­tym zrzą­dze­niem opacz­no­ści w ich kie­run­ku, dziew­czy­na w płasz­czu na po­wrót chwy­ci­ła rękę Lidii i gwał­tow­nie po­cią­gnę­ła w kie­run­ku prze­ciw­le­głej stro­ny ulicy. – Powtórzenia.

 

Opusz­kiem palca roz­ma­za­ła kro­ple krwi. – Opusz­ką roz­ma­za­ła kro­ple krwi. Lub: Palcem roz­ma­za­ła kro­ple krwi.

Opuszka jest rodzaju żeńskiego. Zbędne dookreślenie, tylko palce maja opuszki.

 

Z od­dzia­łu po­zo­sta­ło przy życiu 30 osób. – Z od­dzia­łu po­zo­sta­ło przy życiu trzydzieści osób.

Wszak cytujesz komunikat słowny.

 

– Czy było warto wal­czyć o to wszyst­ko, co macie teraz … Tam … – Zbędne spacje przed wielokropkami?

 

Można z przy­mru­że­niem oka po­wie­dzieć, że spo­dzie­wa­ła wielu rze­czy… – Pewnie miało być: …że spo­dzie­wa­ła się wielu rze­czy

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Naprawdę piękne, przejmujące i bardzo solidnie napisane opowiadanie, Jacku. Pozwala przenieść się na chwilę w tamte czasy i poczuć ich ducha. Nastrój, przenikanie się perspektyw, dialogi, fragmenty wierszy.. wszystko to bardzo autentyczne i działające na wyobraźnię. Podziwiam twój kunszt niezmiennie :)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Ładne.

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka