- Opowiadanie: śniąca - Skryby Jaśka przypadek

Skryby Jaśka przypadek

Edytka – SPOJLERY! – Ponieważ w komentarzach już zaczynają się pojawiać elementy spojlerujące i przysłowie wprost – radzę nie czytać komentarzy przed lekturą opowiadania (chyba że ktoś lubi zaczynać od rozwiązania ;) ). 

 

A teraz będę lać wodę i ściemniać, żeby w zalewie słów ukryć choć trochę przysłowie. Wszystko po to, by nie waliło po oczach i chcącym zabawy w zgadywanie (nie będzie trudno) tejże zabawy nie psuć. 

Uprzedzam, że trochę poeksperymentowałam i zdaję sobie sprawę, że nie każdemu styl może przypaść do gustu, ale ryzyk-fizyk.  

 

Bardzo dziękuję za opinie i pomoc moim betom: CountPrimagen i MrBrightside, którzy to, że na złodzieju czapka gore, przyjęli na dwa skrajnie różne sposoby :) Ostateczny kształt tekstu i ewentualne usterki, które mogły umknąć, to już moja wina, na panów się proszę nie boczyć :) 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Skryby Jaśka przypadek

Grunt się Jaśkowi pod nogami palił. I to dosłownie, bo rozzłoszczeni mieszkańcy Lipowa postanowili ogniem go wykurzyć. I nawet nie zważali, że niszczą stodołę jednego ze swoich. Suchutkie słoma i siano, których ledwie co po zimie zostało, już kończyły się dopalać, ale płomienie przeniosły się na belki i pięły ku górze, ku przyczajonemu pod strzechą chłopakowi.

– No i na co mi to było? – mamrotał, rozglądając się rozpaczliwie za drogą ucieczki. – Talarów srebrnych mi się zachciało…

Jakby chcąc się samemu za głupotę ukarać, uderzył z impetem czołem o belkę, której się trzymał. Z nadgryzionego przez korniki drewna próchno się posypało. Drobinki zawierciły Jaśkowi w nosie, aż kichnął. Próbował odkaszlnąć i odetchnąć głębiej, ale żar bijący z dołu dusił.

Chłopak przesunął się ostrożnie bliżej skośnego dachu i zaczął grzebać w pokrywającej go słomie. Modlił się, niektóre słowa gorączkowo szepcząc, inne tylko w myślach wypowiadając.

– Panie Boże… uwolnij mnie, biednego sierotę, z tej kabały przeokrutnej, a obiecuję, że się poprawię… poduczę się, do majstra w termin pójdę… Oszczędź tych ogni piekielnych i tych tu i tam na dole Daj ujść z życiem, Panie Boże!

Z każdą chwilą, gdy dziura się powiększała, coraz wyraźniej słyszał gniewne okrzyki wieśniaków, otaczających trawioną ogniem stodołę.

– Oj! Jezusicku kochany, wstaw się za mną u Ojca swego!

Wystawił Jasiek głowę na zewnątrz i wciągnął do płuc chłodniejsze, czyste powietrze. Z lubością przymknął oczy na uderzenie serca lub dwa. Szybko jednak przypomniał sobie o nieciekawej sytuacji i spojrzał w dół, na zgromadzonych.

Ze zdziwieniem odkrył, że to nie na niego tak wrzeszczą, że to nowa awantura się rozpętała. Pod stodołę podjechał konno jej właściciel, Maciej. Już z daleka gospodarz przeklinał i wyzywał, a teraz zeskoczył z wierzchowca i z gołymi pięściami rzucił się na sąsiadów, co mu dobytek podpalili. Chabeta, od pługa odpięta i od ciężaru jeźdźca uwolniona, stanęła spokojnie z boku, skubiąc młode liście na najbliższym krzaku, tuż pod drewnianą ścianą rosnącym.

Jaśko rękę boską w tym zobaczył i postanowił z ratunku bez namysłu skorzystać. Przecisnął się przez dziurę w dachu, ześlizgnął po strzesze i wylądował na Maciejowej klaczy. Jęknął przy tym cieniutko i od razu skulił się, tuląc się do grzbietu, palce na grzywie zaciskając. Kobyła, wystraszona nagłym atakiem, skoczyła, wierzgnęła, prychnęła. Jasiek jednak już pięty w boki zwierza wbił.

Zanim zajęci kłótnią chłopi zauważyli ucieczkę, było już za późno. Końskie nogi szybsze wszak od ludzkich. Nawet wyrzucone niby oszczep silną ręką kowala widły nie dosięgły zbiega. Maciej zaciśnięte pięści ku niebu wzniósł, na twarzy czerwieniejąc coraz bardziej.

– I jeszcze koniokrad! Przeklęty złodziej! Obyś sczezł i w piekle spłonął!

 

***

Jasiek uciekał, ile sił w końskich nogach. Bał się ludzi, więc najbliższe wioski omijał, coby kto Maciejowej chabety nie poznał i rabanu nie narobił. Lasem i polami przemykał. Gdy w końcu poczuł się już bezpiecznie, tempo zwolnił i do najbliższego miasta skierował.

Tam chłopak obietnicy danej Bogu dotrzymał. Sprzedał konia, za część talarów brzuch w karczmie napełnił i poszedł szukać profesjonała, u którego czeladnikiem mógłby zostać.

U skryby Mikołaja Jasiek miejsce znalazł. I zanim Mikołaj tajniki uprawianej sztuki zdradził, biegał chłopak po mieście jako goniec. Tu przynieś, tam zanieś. Raz był to liścik słodko pachnący, innym razem kusząco brzęcząca sakiewka. I choć palce Jaśka swędziały okrutnie, coby do kiesy zajrzeć i sprawdzić, czy przypadkiem jaki zbędny talar się w niej nie zaplątał, to w głowie miał ciągle ucieczkę z Lipowa i przestrogi mistrza.

Aż przyszedł czas, gdy do biegania po mieście nauka prawdziwa doszła. Zaczął się Jasiek wyrabiać, a przy tym i ogłady i pomyślunku nabierać. Lata mijały, z chudego chłystka wyrósł dostojny młodzian. Przy czym jednako sprawnie potrafił posługiwać się piórem i słowem, co sztyletem i pięściami.

I przyszła pora, w której obaj – mistrz i uczeń – uznali, że to miasto za małe jest dla nich dwóch. Jasiek spakował więc dobytek, kupił konia z rzędem, pożegnał ciepło skrybę i bez żalu ruszył w świat, nowego miejsca dla siebie szukając. O przyszłość się już nie martwił. Nie tylko znamienicie zadania wykonać potrafił, ale i później sekretów dotrzymywał i niczym przed nikim z działań się nie zdradził. Talary płynęły więc nieprzerwanym strumykiem. A któż nie chciał, by strumyk w końcu w rzekę się zamienił?

Jasiek, zwany teraz Janem, chciał. I to bardzo. Dlatego zawędrował do krainy mlekiem i miodem płynącej, której stolica, Kappina, z niezmiernego bogactwa słynęła.

 

***

Jan nie chciał do Kappiny jak łachmyta po długiej drodze wjeżdżać, więc nieopodal bram miasta na dłuższy postój się zatrzymał, z traktu nad brzeg rzeki zjeżdżając. Obóz rozbił, odzież przepatrzył, konia wymył i wyszczotkował, uprząż przeczyścił. Założył najlepsze szaty i dopiero do miasta ruszył.

Widok gwardzistów przy wrotach nie zrobił na nim wrażenia, bo w każdym bogatszym mieście normalny to obrazek. Chciał między nimi przejechać, jednak ci zatrzymali konia, zastępując mu drogę. Zza stołu w cieniu bramy schowanego wyszedł urzędnik z herbem miasta na kurcie i z tabliczką w dłoni. Na czubku łysej głowy tkwiła dziwna czapeczka. Jan zapatrzył się na moment w jej zdobienia.

– Witam w Kappinie. Jak się nazywasz i w jakim celu przybywasz, panie, do naszej pięknej i praworządnej stolicy?

– Jestem Jan, skryba, biegły w sztuce pisania i czytania, chcę zaoferować mieszkańcom swe usługi.

Urzędnik odnotował coś na tabliczce.

– U nas dużo ludzi kształconych mieszka, ale o przybyszach nie można tego powiedzieć. Na życie więc zarobisz. A jeśli nie tylko listy, ale i wiersze potrafisz składać, to i estyma większa cię tu czeka. Poeci są cenieni w Kappinie, zwłaszcza w zamożniejszych kręgach.

Jan bez mrugnięcia okiem odrzekł:

– Słyszałem ja o tej modzie i dlatego też przybyłem. Na każdą okazję balladę ułożyć mogę, piękne panie bawić, panom przy pucharku czas uświetnić.

– Dobrze więc. – Urzędnik odłożył tabliczkę na stół. Z leżącej na blacie skrzynki wyjął identyczną jak własna, czarną myckę, złotą nicią w tajemnicze runy wyszywaną i arkusz papieru, gęsto zapisany. – Tu, skrybo Janie, masz spis zasad panujących w mieście. Każdy musi się im podporządkować, a jeśli komuś się one nie podobają, to bramy stoją otworem i nikt nikogo siłą w murach trzymać nie zamierza.

Jan sięgnął po papier i ledwie rzucił na niego okiem, postanawiając później, na spokojnie się z nim zapoznać. Mężczyzna podał mu też czapkę.

– To jest nakrycie głowy, z rozkazu miłościwie nam panującego Przysława Mądrego obowiązkowe dla każdego, kto w murach miasta przebywa, czy to mieszkaniec, czy gość. Jest to w zasadach zawarte, ale od razu uprzedzam, że bez niego z domu wychodzić nie można, a jeśli się zgubi lub zniszczy, niezwłocznie do ratusza lub jednej z bram należy się udać i o nowe poprosić. Żeby problemu nie było, pierwszemu napotkanemu strażnikowi miejskiemu sprawę zgłosić trzeba, by bezpiecznie po nową czapkę odprowadził.

– A jakie mogą być te problemy? I co, jeśli zapomnę czapkę przed wyjściem z domu założyć? – spytał Jan, odbierając niezwykły podarek.

– Kara. Za pierwszym razem grzywna, za drugim chłosta dochodzi, za kolejne już rajcy miejscy nad wyrokiem debatują.

Podziękował Jan za wszystko i założył na czubek głowy myckę, nie większą niż własna dłoń młodzieńca. Skierował wierzchowca w stronę rynku, wokół którego najwięcej karczm stało. Skryba obawiał się, że po drodze mikra czapka zsunie się i zgubi szybko, ale, o dziwo, jakby przykleiła się do gęstej czupryny i spadać nie zamierzała. Czary jakoweś – pomyślał. – Może w opowieściach, jakoby Przysław magiem był, ziarno prawdy się kryje? 

Bystre oczy przybysza łatwo wypatrzyły, że nie było na ulicy przechodnia bez haftowanego nakrycia głowy. Kolorami się jeno różniły – czarne mężczyźni nosili, złote, czarną nicią wyszywane kobiece głowy zdobiły.

 

Po kilku nocach spędzonych w karczmie znalazł Jan przytulną stancję, w której mógł wygospodarować kącik na kantorek. Nad wejściem szyld z wielkim malunkiem pióra i zwoju wywiesił. Gdy zleceń nie wykonywał, rozglądał się po mieście, każdą z dzielnic poznając. Gdzie się dało, wieści o swym interesie rozpuszczał, do skorzystania z usług zapraszając.

Pewnego dnia niepiśmienny bartnik, chcący miody sprzedać, zlecił list do kupca winnego, Olava. Do listu Jan od siebie dwie strofy fraszki dopisał.

I wkrótce zaproszenie do domu handlarza dostał, który zbliżające się urodziny małżonki poematem uczcić zamierzał. Zasiedli więc obaj panowie w saloniku, przy kielichach przedniego wina i zlecenie omówili.

Olav zalety i urodę połowicy opisywał, życzenia przedstawiał, a Jan słuchał, uważnie wszystko notując. Jednocześnie z ciekawością rozglądał się wkoło. Dobrze handlarzowi musiało się powodzić, bo od zdobień i kosztownych bibelotów aż się w głowie zakręcić mogło.

– A portret jakiś małżonki posiadacie, panie? – przerwał niekończący się wywód kupca Jan.

– A jakże! Tam, nad kominkiem wisi, pędzla samego mistrza Bertoliniego.

Podziwiając płótno i panią domu, aż zagwizdał w myślach. Znał z opowieści słynnego portrecistę z dalekich stron, który po świecie podróżował i za ciężkie trzosy złotych talentów portrety dla bogaczy malował. Jeśli i kupca stać było na jego usługi, to zaprawdę dobrze interes mu szedł i skarbczyk pewnie pełen monet posiadał.

Obaj panowie na koniec udali się do kantorku, by targu ostatecznie dobić. W biurze skryba wpatrywał się w notatki, by mieć pewność, że niczego nie pominął. W tym czasie kupiec sięgnął po zaliczkę do skarbczyka, sprytnie w ścianie ukrytego. Widząc, że gość czytaniem był zaaferowany, nawet nie bardzo starał się skrytkę zasłonić.

 

Jan z niecierpliwością czekał zmroku. Ułożenie poematu zajęło utalentowanemu skrybie jedno popołudnie, ale eleganckie wykaligrafowanie i dostarczenie zamawiającemu, pozostawił na dzień następny. Tego wieczoru, a raczej nocy, postanowił zarobić znacznie więcej pieniędzy i znacznie szybszym sposobem. Od paplającego Olava wiedział, że ten wraz z całą rodziną wybierał się na ucztę do zarządcy kontrolującego ruch w miejskim porcie. Czyż mogła się trafić lepsza okazja?

Z dna kufra wyjął zawiniątko z ciemną odzieżą z delikatnej, nieszeleszczącej materii, która swobodę ruchów dawała. Po przebraniu się sprawdził zawartość kieszonek – wszystkie wytrychy były na swoich miejscach. Sztylet lekko chodził w schowanej w rękawie skórzanej pochwie.

Mężczyzna uśmiechnął się na wspomnienie swej pierwszej, nieudanej kradzieży w Lipowej. Jakim był wtedy głupim, nieopierzonym chłystkiem! Dzięki mistrzowi Mikołajowi nauczył się właściwie oceniać możliwe cele, obserwować i dostrzegać zagrożenia i słabe punkty. Od niego dostał szatę i nauczył się posługiwać narzędziami, poruszać bezszelestnie oraz przekonująco kłamać, gdyby przyszło do ewentualnej indagacji. Nikt go nigdy jednak o kradzież nawet nie posądził. Bo któżby podejrzewał skromnego, uczciwego pisarczyka?

Cień, w mrok nocy się wtapiający, wyślizgnął się z domu skryby i ruszył przed siebie.

Mycka, świecąca złotym haftem, została na stole.

 

Do domu kupca Jan bez problemów dostał się po dachach sąsiednich zabudowań. Pod nieobecność gospodarzy i służba postanowiła się zabawić. Z pomieszczeń kuchennych światło, śmiechy, piski dziewek i męskie pokrzykiwania się wylewały. Uśmiechnął się włamywacz pod nosem, po raz kolejny dziwiąc się lekkoduszności i naiwności mieszkańców miasta. Najwyraźniej nie obawiano się takich jak on, skrupulatnie przestrzegając zasad i wierząc w magiczną ochronę władcy. Mężczyzna pomyślał, że nigdy jeszcze tak łatwej roboty nie miał.

Jan nie brał złotych bibelotów ani biżuterii. Wiedział już, że w tym mieście miałby problem z ich odsprzedażą, a szybko wyjeżdżać nie zamierzał. Za dużo bogaczy tu mieszkało. Nie szwendał się więc niepotrzebnie po całym domu, a od razu do kantorka skierował. Bez problemu poradził sobie z mechanizmem skrytki, wszak uważnie, choć niepostrzeżenie, obserwował kupca, gdy ten ją otwierał. Wyczyścił schowek do ostatniego talara i talentu. Ciasno zawinął woreczek, by monety nie brzęczały po drodze i wymknął się tak cicho jak wszedł.

 

Świt zastał Jana siedzącego przy kaligrafowaniu poematu. Gdy skończył, osuszył inkaust, zwinął papier w rulon, który przyozdobił złoto-czerwoną wstążką i specjalną pieczęcią z obrazkiem splecionych dwóch serc, odbitym w krwistoczerwonym laku. Skryba miał kilka pieczęci na różne okazje. Zrobione na zamówienie, trochę go kosztowały, ale swą wyjątkowością już dawno na siebie zarobiły.

Zadowolony z rezultatu, ruszył Jan do kupca, by osobiście dostarczyć mu zamówienie. Ze względu na wczesną porę nie napotkał na ulicach nikogo. Gdzieś na końcu przecznicy zamajaczył ledwie jakiś przechodzień, może dwóch, i to wszystko. Mimo pochmurnego poranka, czuł Jan ciepło od głowy po stopy się rozlewające. Uznał, że to radość z dobrze wykonanego zadania nie tylko serce, ale całe ciało mu rozgrzewa.

Zapukał do bramy domostwa Olava. Wrota uchyliła stara służąca, która na jego widok szeroko otworzyła pełne przestrachu oczy.

– Dobra kobieto, przyszedłem do twojego pana. Możesz mnie do niego zaprowadzić?

Kobieta jednak zamarła bez ruchu, wpatrując się w czubek głowy gościa. Jan, zniecierpliwiony i zdziwiony jej zachowaniem, zaczął po prostu wpychać się w uchyloną furtę. W końcu kobieta krzyknęła rozdzierająco i rzuciła się biegiem przez podwórze do domu. Jednocześnie z ulicy dobiegły Jana szybkie kroki podkutych, strażniczych butów i okrzyk:

– Gore! Czapka gore! Łapać złodzieja!

Z domu wysypała się służba, a za nimi nie w pełni jeszcze ubrany, zaspany gospodarz.

Zwierzęcy instynkt nakazał Janowi ucieczkę i szybki skok w najbliższe drzwi, które okazały się prowadzić do składziku wina. Między gęsto ustawionymi beczkami i dzbanami nie miał się gdzie schować, ale szansę zobaczył pod sufitem, na kratownicy z belek. Sprawnie, wyćwiczonymi ruchami włamywacza, wdrapał się na górę. Przykucnął pod niskim dachem, obserwując wejście do magazynku. W samą porę, bo do wnętrza zaczęli wchodzić jeden za drugim strażnicy. Jan był pewien, że dobrze się schował w cieniu, pod pociemniałą ze starości strzechą. Nie powinni go tam wypatrzeć. A jednak jeden ze zbrojnych wskazał kompanom uciekiniera piką.

Jan poczuł swąd spalenizny i żar ognia. Zerknął ku górze i z przerażeniem stwierdził, że dach nad nim stanął w płomieniach. Odruchowo machnął ręką i zrzucił z głowy płonącą myckę, która spadła na jedną z beczek. Złodziej położył się na belce i zaczął pełznąć w inny kąt magazynu, byle dalej od pożaru. Tymczasem od gorejącej czapki zajęła się beczka, od niej kolejna. Na dole piekło się rozpętało. Na górze lepiej nie było, bo ogień po pokrytym strzechą dachu szybko się rozszedł.

I znów świat Jaśka zapłonął. A przecież terminował u prawdziwego mistrza jakim był Mikołaj, który go na wszelkie niespodzianki przygotowywał. Jeno magicznych czapek nie przewidział…

 

Koniec

Komentarze

Mnie ten styl zdecydowanie przypadł do gustu smiley Opowiadanie ciekawe, czytało się bardzo płynnie.

Jan pomyślał, że nigdy jeszcze tak łatwej roboty nie miał. Jan nie brał złotych bibelotów, ani biżuterii.” – tu się wkradło małe powtórzenie.

Ogólnie często powtarza się ten “Jan”, ale rozumiem, że to część stylu opowiadania.

Dziękuję, bardzo przyjemna lektura wink

Te dwa Jany obok siebie to przeoczenie, które zaraz poprawię.

Bardzo się cieszę, że miło spędziłeś chwilę z Jaśkiem i jego przygodą :)  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Opowiadanie bardzo mi się podobało. Styl jest ogromnym atutem, nadał całości niepowtarzalnego charakteru.  Żałowałam tylko, że tak szybko się skończyło, bo lektura naprawdę mnie pochłonęła ;).

Bardzo przypadł mi do gustu pomysł z wykorzystaniem budowy klamrowej.  W ogóle, motyw ognia, w połączeniu ze stylem, sprawił, że czułam się jak podczas czytania baśni. 

Rosso, cieszę się, że odebrałaś tekst tak, jak zakładałam, że powinien zostać odebrany. Z długością i ja miałam problem, ale limit trzymał i nie mogłam sobie całkiem pofolgować. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dynamiczny początek, dobre wprowadzenie w fabułę, tylko to “pod powałą” co nieco mnie zdziwiło… Z tekstu wynika, że słoma i siano w stodole już się spaliły. Ciekawe, jak Jaśko przyczaił się pod powałą… Może po prostu usiadł okrakiem na jakiejś poprzecznej belce? Albo siedział na powale, pod jeszcze niespaloną strzechą.

Szczegóły mają znaczenie, i to duże.

Wrócę jeszcze po lekturze całości.

Pozdrówka.

Rogerze, dziękuję wstępny komentarz. Zaraz się tej powale przyjrzę, bo może rzeczywiście pomieszałam/nie dopowiedziałam (powała = strop drewniany, a tu mam strzechę i za duży skrót myślowy w tekście). 

Czekam na resztę opinii. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dobry, sprawnie napisany tekst o “baśniowym” klimacie. Countowi bardzo się podobało – począwszy od dynamicznego początku, przez udaną, konsekwentną stylizację, aż po zakończenie, które fajnie nawiązuje do przysłowia.

W ograniczonej przestrzeni opka moja droga Sojuszniczka sprawnie odmalowała życiorys Jaśka oraz jego osobowość – bohater, choć niezbyt skomplikowany, w swej szczerości zdaje mi się całkiem mocnym elementem tekstu.

Z minusów – fabuła z pewnością nie zachwyca zwrotami akcji i nietuzinkowością, zaś końcówka trochę traci przez fakt, że jest taka “nagła” i, jak dla mnie, jest nieco wątpliwa logicznie – w “funkcji” mycki w mieście powinno być głośno, a wytrawny złodziej raczej nie wpadłby w taki sposób.

Ale, z drugiej strony, postrzegam opowiadanie jako pół-baśń, a tenże element jest jakby przestrogą, no więc… pasuje tutaj.

Mimo wszystko czytało się super, akcja wciąga, a poprawiać nie było właściwie czego, a zatem… z pełnym przekonaniem stawiam stempel jakości i przelewam na konto +50 primapunktów.

 

Tyle ode mnie, Śniąca! :D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki za wszystko, Councie :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytałem z zainteresowaniem i mam już wyrobioną opinię.

Tylko tak – już jest znacznie lepiej, jeżeli idzie o początek, bo zniknęła powała. Mamy strzechę. Ale to wcale nie było tak, że na lity dach z desek kładziono warstwę słomy. Nie.

Autorko, zerknij w ten link. Wiązki słomy mocowano do łat, albo też żerdzi, albo belek. Ergo – Jasiu wcale ni musiał robić dziury w dachu drewnianym. Robił dziurę w strzesze, a to łatwe.

No i ten link –>  https://pl.wikipedia.org/wiki/Strzecha

Pozdrówka.

PS. Przysłowie proste do odgadnięcia, ale ładnie bardzo zobrazowane – “Na złodzieju czapka gore”.

Dziękuję za komentarz i miło, że doceniłeś zobrazowanie przysłowia. 

Z tą strzechą/dachem w sensie budowy – zgadzam się (zresztą jakiś miesiąc temu byłam w skansenie i sobie na żywo pooglądałam po raz kolejny różne rzeczy, w tym i budowę takich dachów). Pozostanę jednak przy tym co w tekście jest teraz. Jest to oczywiście pewien skrót myślowy (robienie dziury w dachu – zwróć uwagę, że piszę o rozgrzebywaniu przez Jaśka słomy/strzechy), który czytelnicy powinni zrozumieć. Jeśli jednak więcej osób zwróci uwagę, że to nie pasuje, to wtedy się zastanowię, co z tym zrobić. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Każdy autor pisze tak, jak lubi i jak uważa za słuszne. Ale fakt, teraz na początku jest zdanie, że Jasio grzebał w słomie. I opisywana sytuacja nabrała właściwych wymiarów. 

A to zdanie “Z każdą chwilą, gdy dziura w dachu się powiększała, coraz wyraźniej słyszał gniewne okrzyki wieśniaków, otaczających płonącą stodołę.” wystarczy skrócić. Brzmieć będzie wtedy tak: Z każdą chwilą, gdy dziura się powiększała, coraz wyraźniej słyszał gniewne okrzyki wieśniaków, otaczających płonącą stodołę.

I już, ale to kwestia uznania.

Dobry tekst, sprawnie napisany, dynamiczny, ciekawa fabuła, ładne opisy. Na początku realistyczny,  potem ma świadomy rys bajkowości. Historia zamknięta, wątki dopowiedziane do końca.

Niezła stylizacja języka, ale niekiedy pojawiają się wyrazy, psujące odbiór, na przykład przymiotnik “perfekcyjny”. Jest kilka takich przypadków zbyt nowoczesnych wyrazów. Dla mnie brzęczą.

Ale w sumie klimatyczna i ciekawa opowieść. Czytałem z zainteresowaniem.

Pozdrówka.

Dziękuję za klik i uwagi. Z tymi słowami – jak perfekcyjny – dobra uwaga, nad którą muszę przysiąść. A jakie to jeszcze inne słowa uważasz za zbyt nowoczesne? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Konkretna, racjonalnego, zaoferować, mikra, zaaferowany, eleganckie, przesłuchania, potencjalne.

Z zasady czapeczka jest niewielka, więc dodawanie przymiotnika mikra i tak mija się z celem.

Ok, dziękuję. Zerknę na to. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie ma za co. Kończąc,  jest jeszcze na początku trochę powtórzeń wyrazów.

“Grunt się Jaśkowi pod nogami palił. I to dosłownie, bo rozzłoszczeni mieszkańcy Lipowa postanowili ogniem go wykurzyć. I nawet nie zważali, że palą stodołę jednego ze swoich. Suchutkie słoma i siano, których ledwie co po zimie zostało, już kończyły się dopalać, ale płomienie przeniosły się na belki i pięły ku górze, ku przyczajonemu pod strzechą chłopakowi.”

Sporo jest dachu blisko siebie…

“Chłopak przesunął się ostrożnie bliżej skośnego dachu i zaczął grzebać w pokrywającej go słomie. Modlił się, niektóre słowa gorączkowo szepcząc, inne tylko w myślach wypowiadając.

– Panie Boże… uwolnij mnie, biednego sierotę, z tej kabały przeokrutnej, a obiecuję, że się poprawię… poduczę się, do majstra w termin pójdę… Oszczędź tych ogni piekielnych i tych tu i tam na dole Daj ujść z życiem, Panie Boże!

Z każdą chwilą, gdy dziura w dachu się powiększała, coraz wyraźniej słyszał gniewne okrzyki wieśniaków, otaczających płonącą stodołę.”

Miło było. 

No proszę, ile tego jeszcze zostało. Dzięki, za chwilę to ogarnę. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Koń, wystraszony nagłym atakiem, skoczył, wierzgnął, prychnął. Jasiek jednak już pięty w końskie boki wbił.

Zanim zajęci kłótnią chłopi zauważyli ucieczkę, było już za późno. Końskie nogi szybsze wszak od ludzkich.”

 

“Urzędnik odłożył tabliczkę na stół, którego Jan wcześniej nie dostrzegł.” – Jakoś głupio to brzmi, ze mebla tak dużego jak stół nie zauważył…

 

“Jan nie brał złotych bibelotów[-,] ani biżuterii.”

 

Melduję, że przeczytałam ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jose, meldunek przyjęty :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jęknął przy tym cieniutko i od razu skulił się, tuląc się do grzbietu, palce na grzywie zaciskając. kobyła, wystraszona nagłym atakiem, skoczyła, wierzgnęła, prychnęła. Jasiek jednak już pięty w boki zwierza wbił.

Duża litera uciekła.

 

Urzędnik odłożył tabliczkę na stó.

Ł zjedzone.

 

Czytałam tekst jak baśń, chociaż były momenty, że miałam wątpliwości. Zbyt realistycznie wyglądało, ale to kwestia subiektywna. Może też być związana z bardziej współczesnym słownictwem o którym wspomniał Roger. Miło się czytało obraną przez Ciebie stylizację – świetny rytm nadawała, więc tekst, który nie miał za dużo zwrotów akcji, zyskał na dynamice.

Ładna, klasyczna baśń, dobrze skomponowana klamrą, przyjemna w lekturze.

Bez fajerwerków, ale po prostu solidne opowiadanie.

No, dobra, zaskoczyłaś mnie prawdą o mistrzu Mikołaju!

 

Wiem, że kobyła ma mały bok, ale czemu z małej litery ? ;)

i jeszcze literówka ‘stó”.

Mam wątpliwości, czy beczki z winem tak łatwo zajmują się ogniem.

 

Deidriu, to paradoks korekty – jedno naprawiasz, drugie psujesz. Już poprawiam, dzięki. Nad słownictwem wskazanym przez Rogera myślę, ale nie chcę działać zbyt pochopnie, by bardziej nie popsuć. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

O i Cobold jeszcze nie śpi :) Dzięki za wizytę i komentarz, te usterki właśnie poprawiłam.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ja też jeszcze nie śpię. :-)

Sympatyczny tekścik, dobrze napisany. Spodobał mi się sposób, w jaki ufantastyczniłaś przysłowie. Trochę szkoda, że musiałaś podać w przedmowie, o co chodzi – dużo radości z czytania to zepsuło.

Babska logika rządzi!

Dzięki :) Trzeba było przedmowy nie czytać. 

 

PS. A Ty to chyba w ogóle nie sypiasz ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Licho nie śpi. ;-)

Babska logika rządzi!

I po takim wyznaniu nie wiadomo, czy się bać, czy cieszyć z takiej znajomości ;) 

 

Edycja. 

Zaczynam bredzić, czyli czas spać…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No dobra, uspokoję Cię – sypiam, nawet z przyjemnością.

Pomogło? A-a-a, kotki dwa… ;-)

Babska logika rządzi!

Fajnie, że rozciągnęłaś przedmowę bo miło mi się zgadywało – i szczerze powiem, że aż do samego końca myślałam, że chodzi o ‘czego Jaś się nie nauczy tego Jan nie będzie umiał’ – no kraść tak, żeby nie złapali się nie nauczył ewidentnie ;D więc zaskoczenie było. Ładna stylizacja, ciekawie się czytało, posłałam do biblioteki :)

I nie czekałaś 24 godzin? ;-)

Babska logika rządzi!

Śpioszki dawno nie klikałam, więc nie będzie, że monopolizuję jej opowiadania. Z ostatnich Finklowych chyba każde miało ode mnie klika więc chciałam dać szansę komuś innemu… ale nie skorzystali :P

No dobra, niech Ci będzie. ;-)

Eee, coś tam klikałaś oprócz moich, kilka chyba dopchnęłaś do Biblioteki. :-)

Babska logika rządzi!

Tak, klikam coś poza Twoimi, ale Twoje klikam zawsze :D w tę stronę ;p

Aaaa! Źle Cię zrozumiałam. Dobra, to chyba sygnał, że czas migrować w stronę wyra…

Babska logika rządzi!

ojtamojtam noc jeszcze młoda :D

A jak nas Śniąca rano wyklnie za offtop? (coś mi szlafmyca łeb grzeje…)

Przepraszamy, Autorko. :-)

Babska logika rządzi!

Wyklikałyśmy Śniącą do biblioteki to może nam wybaczy ;)

Przepraszamy!

Doskonałe opowiadanie. Uwielbiam stylizacje językowe, a u Ciebie wyszła na moje oko bardzo naturalnie. I ta klamra kompozycyjna – cudna! 

PS. Widzę, że nie tylko mnie limit znaków uwiera :)

Dobranoc!

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Mi też się bardzo podobało. Język i treść i bajkowy styl. Przyjemne i odprężajace. I dobrze oddaje przysłowie.

Na początek coś, co za cholerę nie ma znaczenia, da mi jednak legitymację do wypowiadania się w oczach wyznawców Najświętszego Szczegółu Formalnego. Tych szaleńców-zaślepieńców, którzy tyle już głupot nawymyślali… :P Zobaczcie, jestem jak wy, nawet jeśli z tym walczę. Łapcie ochłap, kochane wrony.

Otóż – ykhm, ykhm… uwaga! – przymiotniki dzierżawcze piszemy wielką literą (maciejowej klaczy → Maciejowej klaczy). Och nie? Och tak! Ale zaskok, co?

To teraz do rzeczy.

Ładnie napisane i się czyta. Stylizacja OK, choć po prawdzie miałem nadzieję, że kiedy bohater dzięki mistrzowi nabierze już ogłady, narrator przestanie z taką zawziętością naparzać orzeczeniami w prawe bandy ;) Mógł ździebko odpuścić, oj mógł. Złe to orzeczenie, co własne zdanie rozpier… rozwala. A taki błyskotliwy motyw się narzucał – wkomponowana zmiana stylu narracji. Cóż, trudno się mówi i czyta się dalej. Czapka. Czapka od razu wydała mi się podejrzana jako potencjalne narzędzie kontroli/inwigilacji, ale jakoś nie pomyślałem, że zapłonie, aby uczynić zadość tematowi konkursu :)

No więc ładnie. Lekturka okazała się przyjemna, wesoła i nawet trochę zaskakująca :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Oj, ledwie człek przyłoży głowę do poduszki, a tylu nocnych marków :) 

 

Bella – dziękuję za komentarz i klik! I fajnie, że cię opowiadanie zwiodło co do przysłowia. Takie zgadywanie to jednak dobra zabawa.

 

Finklo – szlafmyca Cię grzała, bo kto w takie upały śpi w szlafmycy. Dyskutujcie sobie na zdrowie – nigdy nie wiadomo z jakich pogaduszek jaka ciekawa dyskusja się urodzi (nie zawsze, ale zawsze jest szansa).

 

 Natarela – dziękuję :) 

 

Katiu – też dziękuję :) 

 

Jeroh – aż sobie sprawdziłam i wiesz, co? Najwyraźniej w pamięci mi zapadła mała litera, przeznaczona tylko dla wielkich osób (jak to ładnie określił Bańko – właśnie przeczytałam). Człowiek zaiste uczy się całe życie. Dzięki za tę lekcję, za którą jestem wdzięczna. Co do stylizacji najwyraźniej stoisz po jasnej stronie mocy (czyli Mistera Brighstside) i na to już rady nie mam. Cieszę się, że mimo wszystko lektura była przyjemna i że, mimo domyślenia się podstępnej roli czapeczki, ta czymś zaskoczyła, bo znaczy, że mi się udało. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jakie tam upały? U mnie burza za burzą. ;-)

Babska logika rządzi!

To na jakim kontynencie Ty mieszkasz? :O U mnie termometr pokazuje od kilku dni nie mniej niż 30 stopni na plusie (w cieniu – nie mylić z Cieniem). 

A jeśli nie upały, a szlafmyca grzeje, to pewnie cosik na sumieniu masz… 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

To na jakim kontynencie Ty mieszkasz?

Antarktyda? Nie, ale jakoś podobnie. A już wiem – Atlantyda! ;-)

Babska logika rządzi!

Baśniowym stylem umiesz pisać, nie ma co :) To taka lekka opowiastka, w sam raz na konkurs, ale… Usiądź i zacznij pisać na poważanie, najlepiej swój świat na styl Mistrza ;) Naprawdę jako jedyna z tego forum idealnie się do tego nadajesz, ale chyba nie chce ci się porządnie siąść do roboty ;)

Podejrzewam, że będę cię tak męczył i namawiał przy każdym opowiadaniu, jak zmęczę za mocno, daj znać :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Finklo, to wiele wyjaśnia ;) 

 

Darconie, porównanie do Mistrza uskrzydliło mnie wprost anielsko, przynajmniej na chwilę :) Aczkolwiek nie wiem, czy mnie z kimś nie pomyliłeś ;) Tak, czy inaczej cieszę się bardzo i w taki sposób możesz mnie męczyć ile chcesz. Dziękuję. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Niezłe opowiadanie. Sympatyczna baśń zręcznie nawiązująca do przysłowia. Przeczytałem bez smutku, ale nie jestem szczególnie zachwycony. Dobrze napisane, widać znakomity kunszt, co umiliło lekturę. Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Nie pomyliłem, mieliśmy już podobną dyskusję pod innymi twoim opowiadaniami ;)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Pietrku, dziękuję za podzielenie się opinią. Jeśli tylko czytelnika nie odrzuca, to już nie ma źle ;) 

 

Darconie, ja mam pamięć dobrą, ale dziurawą. Skoro więc tak mówisz, to wierzę :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jerohu, dziękuję Ci za Twój komentarz, bo już szykowałem łopatę, żeby zapaść się pod ziemię przez nietrafioną betę. :p

Powtórzę w skrócie: postać, klimat, scena otwarcia super, zamknięcie i klamra również. Wykorzystanie przysłowia pierwsza klasa i dużo frajdy sprawia odkrycie go w finale, więc nie wiem czemu zdecydowałaś się umieścić je w przedmowie. Pewnie wymóg konkursowy, wielka szkoda. Nieszczęsna stylizacja ma swój urok, ale według mnie momentami jest zbyt gęsto od tych wywalonych na tył orzeczeń i wybijało mnie to z rytmu czytania.

Powodzenia w konkursie. ;)

MrBrightside, nie musisz się nigdzie zapadać, ani zakopywać. Tak ten świat urządzony, że nie wszystkim to samo pasuje – i to jest OK. Tak, przysłowie w przedmowie to wymóg konkursowy, ale starałam się je trochę schować. Jeszcze raz dzięki, mimo wszystko w becie coś tam pomogłeś, więc ja nie mam na co narzekać, a Ciebie mogę najwyżej przeprosić, że musiałeś się męczyć ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Daleko mi było do męki. :p

Może rozważysz wrzucenie do przedmowy bardziej czytelnego baneru o treści “SPOILER”? Finkla chyba tak zrobiła w swoim tekście.

Za Twoją radą dorzuciłam jeszcze słowo SPOJLERY i tylko szkoda, że w przedmowie nie można tekstu wytłuścić. No trudno. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

To nie byłam ja. Wybrałam takie przysłowia i takie konstrukcje, żeby znajomość wyjściowego przysłowia nie przeszkadzała w odbiorze. No, starałam się.

 

Edytka: Chyba że o komentarze chodzi. To tak, przed tym ostrzegłam.

Babska logika rządzi!

Moi drodzy, ja znikam w świecie bez dostępu do sieci, wracam w niedzielę wieczorem. Czytajcie na zdrowie, komentujcie i dyskutujcie ile wlezie, jak jeszcze znajdziecie byczki, to je wskażcie bez litości i wyrzutów sumienia. Na wszystkie komentarze odpowiem po powrocie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Baw się dobrze. :-)

Babska logika rządzi!

Ubawne :) Sporo rzeczy szalenie mi się spodobało w tej baśni, ale dwie wychodzą przed szereg :) Pierwsze to płynność z jaką jedne zdania przechodzą w drugie. Zwróciłam na to uwagę na początku tekstu. Potem mniej tylko z racji tego, że fabuła mnie pochłonęła :)

 

Mikołaj świetny. Chociaż świetny to ciut za słabe słowo :( Podobnie jak Cobold poczułam się zaskoczona prawdą o Mikołaju :D

 

Miały być dwie rzeczy, ale będzie jeszcze trzecia (wiem, że mogłam formatować komentarz, ale w ten sposób składam hołd pierwszym myślom, które ponoć są najlepsze :D). Takie zmyślne wykorzystanie przysłowia jak z Lipowa daleko do miasta Przysława Mądrego. Niestety, nieopatrznie przeczytałam wcześniej komentarze, więc zabawy w zgadywankę nie było, ale za to zabawa przy czytaniu twojego tekstu wystarczyła z nawiązką :)

Ładna bajka, nieźle ilustrująca wybrane przysłowie i choć zakończenie było łatwe do przewidzenia, czytałam z przyjemnością.

 

Gdzie się dało, wici o swym in­te­re­sie roz­pusz­czał, do sko­rzy­sta­nia z usług za­pra­sza­jąc. – O ile wiem, wici to nie rozpowszechnianie wiadomości.

Proponuję: Gdzie się dało, wieści o swym in­te­re­sie roz­pusz­czał, do sko­rzy­sta­nia z usług za­pra­sza­jąc.

 

Nie szwę­dał się więc nie­po­trzeb­nie po całym domu… – Nie szwendał się więc nie­po­trzeb­nie po całym domu

 

Wy­czy­ścił za­war­tość do ostat­nie­go ta­la­ra i ta­len­tu.Wy­czy­ścił skrytkę do ostat­nie­go ta­la­ra i ta­len­tu.

Wyczyścić mógł skrytkę z zawartości, nie zawartość skrytki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajnie się czytało, napisałaś ten tekst brawurowo i lekko. Co do przysłowia – chyba trudno nie było się stosunkowo szybko zorientować, o które chodzi, ale też chyba nie o zagadki tu chodziło. :)

Mnie się dość trudno “wczytać” w tego typu stylizację, bo zamiast cieszyć się opowieścią, sprawdzam, czy autor/-ka znowu uznał/-a, że stylizacja polega na tym, że orzeczenie daje się na końcu zdania (lub na końcu części zdania złożonego). Ty nie uznałaś tak zawsze, ale są miejsca, gdzie ten sposób jednak mnie skutecznie rozpraszał. Ot, np. tutaj:

 

Jan nie chciał do Kappiny jak łachmyta po długiej drodze wjeżdżać, więc nieopodal bram miasta na dłuższy postój się zatrzymał, z traktu nad brzeg rzeki zjeżdżając. Obóz rozbił, odzież przepatrzył, konia wymył i wyszczotkował, uprząż przeczyścił. Założył najlepsze szaty i dopiero do miasta ruszył.

 

Takich fragmentów jest całkiem sporo, co mnie trochę dekoncentrowało (i jest pójściem na łatwiznę, co tu kryć;)). Ale i tak dobrze się czytało.

Melduję, że przeczytałam :)

Hm, zupełnie nie zastanawiam się czy ktoś poszedł na łatwiznę, czy okrutnie tyrał pisząc opowiadanie. Albo mnie bierze, albo nie :) To jeden z nielicznych komentarzy ocho, w którym nie wiem, czy komentujący jest na tak, czy na nie. Ciekawe :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Napisałabym nawet – niezwykle ciekawe.

 

EDIT: A tak serio – wydaje mi się, że normalnym jest chęć wytłumaczenia, co mi nie podeszło w tekście, nawet takim, który generalnie czytało się dobrze. Myślę, że Śniąca zrozumie, a to w tym przypadku najważniejsze.

Fajne, podobało mi się :)

Lenah, cieszę się, że ubawiło. A z Mikołajem miało być takie właśnie zaskoczenie. Przykrywka, moi mili, przykrywka. Nie sztuka być złodziejem, gdy wszyscy wiedzą, żeś złodziej ;) 

 

Reg, dziękuję. Staram się, staram, a Twoje oko i tak jeszcze coś wynajdzie. W hołdzie kłaniam się nisko, do samej ziemi. Jak zawsze masz rację, co widzę dopiero, gdy wskażesz paluszkiem… 

Co do wici, to miało to nie być dosłowne znaczenie, ale raczej pewna przenośnia, używana przez moich znajomych, więc tak napisałam z rozpędu, co nie było najlepszym pomysłem. 

 

Ocho, znów tekst nie do końca w Twoim guście, ale dobrze, że nie poległam definitywnie w Twoim odbiorze :) I tak – masz rację, jak najbardziej jestem wdzięczna za takie komentarze jak Twój, gdzie piszesz co było dla Ciebie nie tak. Ja doskonale rozumiem o co chodzi.

 

Iluzjo, czekam z drżeniem serca na konkrety :) 

 

Darconie, jak wspomniałam – rozumiem Ochę i jej komentarz :)

 

Anet, miło mi :)

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Finklo, nie zapomniałam o Tobie :) Dzięki za życzenia, było świetnie, bawiłam się doskonale w wyborowym towarzystwie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca, jak zwykle miło mi, że się przydałam. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się, że swoją głupotą (niezamierzoną) mogłam sprawić Ci przyjemność bycia przydatną. Aczkolwiek wolałabym sprawiać Ci przyjemność wyłącznie dobrą i pozbawioną usterek lekturą, do czego dążę nieprzerwanie.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Życzę Ci, by stało się to już w następnym opowiadaniu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie dziękuję, żeby nie zapeszyć (bo licho podobno nie śpi) :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

dobrze, że poległam definitywnie w Twoim odbiorze :) – mam wrażenie, że tu zdecydowanie zabrakło jakiegoś słowa. ;)

Tak jest, brakło NIE. Już edytowałam. Na swoje usprawiedliwienie podam, że jestem po imprezie do baaardzo późna w nocy, wczesną pobudką i jazdą za kółkiem prawie cały dzień… I tak mi się udało w miarę sensowne komentarze napisać (chyba) ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Och, a ja mam wiejskie wesele (znaczy, chyba poprawiny) za oknem. Nie ma to jak DJ i hity disco-polo. ;)

Śniąca, mnie się ten tekst podobał. Że się nie zachwycam? To przecież nie jest opowiadanie, z którym wiążesz przyszłość. :) Napisałaś fajny, dobrze się czytający tekst na portalowy konkurs. Wyszło ci. :)

To masz zabawę za darmochę ;) 

Fajnie, że uważasz, że wyszło – skoro tak twierdzisz, to znaczy, że założony cel osiągnięty (u kolejnego czytelnika).

 

Dobra, spadam, bo spływam, wycieczka była super, ale jestem koszmarnie zmęczona…  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo dobry tekst i niezwykle przyjemny styl. Świetnie się czytało do samego końca. Szkoda trochę tego Jaśka, mimo że złodziejem był. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Sam sobie wybrał taki los ;) Dziękuję, Morgiano, za komentarz. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A mnie zupełnie nie przekonało. Styl wydaje mi się nierówny i na siłę. Szyk przestawny fajnie prezentował się w opowiadaniu Huberta Fryca z NF sprzed paru miesięcy, ale tutaj moim zdaniem nie wyszło. Sama historia też nie porywa, szczególnie, że od momentu pojawienia się czapeczek można wszystko przewidzieć. 

Dlaczego w tytule jest przypadek Jaśka, a nie Jana? Przecież opowiadanie skupia się na historii dorosłego już Jana. 

Funie, dziękuję za podzielenie się opinią. Szkoda i trudno, że nie podeszło, ale wiem, że nie wszystko będzie jednako wszystkim się podobać. 

Co do tytułu – żeby podkreślić, że mimo kształcenia się u mistrza i tak został w środku głupim Jaśkiem, który jednak nie do końca przemyślał swoje zachowanie. Taki przynajmniej był zamysł. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Czyli tak jak myślałem :) Pasowałoby do przysłowia “Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał”. 

A tu niespodzianka z przysłowiem, żeby jednak czytelnika coś zaskoczyło ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Stylizacja udana, choć osobiście nie lubię takiego zabiegu. Podobał mi się końcowy twist z przysłowiem, sama fabuła też niczego sobie.

Przyjemnie się czytało :)

Dzięki, Belhaju :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Czytało się dość płynne, chociaż jak dla mnie kwieciste wypowiedzi w dialogach przeszarżowane i tym samym nienaturalne. Jak tylko zobaczyłem czapeczkę to już wiedziałem, że zapłonie, tylko nie rozumiem czemu nie zrobiła tego wcześniej, skoro już na początku opowiadania Jasiek był złodziejem przynajmniej jednego konia.

Natanie, wjeżdżając do miasta masz niejako czyste konto – czapeczka działa na jego terenie (przypomnij sobie słowa urzędnika), czyli zadziała jak coś zbroisz w mieście.

Dziękuję za komentarz. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śpioszko, poznaj swoją nową najlepszą przyjaciółkę:

 

.

 

Tytułem wyjaśnienia: Jako że Kropka ta – egzemplarz wyjątkowo niesforny, ale, przyznacie, przeuroczy, wyrywała się do Śpioszki co najmniej równie mocno, jak Śpioszka do Kropki, za nic mając szereg i kolejkę, i przyzwoitość jakąkolwiek, to postanowiłem okazać trochę serca i zignorować regulaminowy porządek obrad.

Mam nadzieję, że nikt się pokrzywdzony takim spraw – i Kropek – obrotem nie czuje. Jeśli jednak jest inaczej, jutro w samo południe na Placu Straceńców w Gdzieśtown dam się zamknąć na godzinę w dyby, więc można przyjść i obrzucić mnie zgniłymi pomidorami, jajkami z obumarłymi kurzymi płodami, nieświeżą bielizną, nieświeżą bielizną teściowej albo chociaż karcącym spojrzeniem i stosowną obelgą.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu kropki zaczął rozdawać! ;-)

Babska logika rządzi!

Jej! Kropka! 

 

Oświadczam, że jeśli ktokolwiek będzie chciał na Cienia choćby krzywo spojrzeć za zignorowanie porządku obrad, to będzie miał do czynienia ze mną i całą armią wszystkich wcześniejszych Kropek i Kropków. HOWGH!

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A gdzież tam! Ja uważam, że Ty najlepiej zaopiekujesz się mikrym stworkiem, więc godne to i sprawiedliwe, abyś robiła to najdłużej ze wszystkich startujących. ;-)

Babska logika rządzi!

Zwłaszcza też że tylko ja się o to stworzonko upominałam ;)

 

Już się bawi ze starszymi kuzynami :)  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A serce rośnie.

 

(Jeszcze kilka konkursów i podbijemy świat naszą Krop-armią, Generale Śpioszko)

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Hmm, jak skończą zabawę, zabiorę się więc za musztrę ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Do czego to doszło, żeby generalicja musiała osobiście musztrować szwejów… ;-)

Babska logika rządzi!

Inaczej generalicja zgnuśnieje ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie wystarczy, że od czasu do czasu przyjmie jakąś defiladkę? ;-)

Babska logika rządzi!

Przykład musi iść z góry. Sprawny dowódca, to sprawna armia. Taką mam wizję. A czy prawdziwą? To już czas pokaże ;) 

 

PS. nie lubię defiladek, są nuuudne… Lepiej przeczołgać się gdzieś na poligonie :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A później ordynans pobłogosławi szefową… Ale może chociaż do czołgania po błocie baretki odepniesz? ;-)

Babska logika rządzi!

A nie, w błocie czołgać dosłownie będą się szeregowi, ja będę stać obok, wydawać polecenia i pilnować, czy rozkazy są dobrze wykonywane devil

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Sama opowieść na kolana nie powala – ot, dosłowna interpretacja przysłowia zaklęta w przyzwoitą fabułę – ale ten warsztat! Stylizacja bardzo przypadła mi do gustu. Nie męczyła przy czytaniu, pasowała jak ulał do treści i mocno ją eksponowała we właściwy sposób :)

Podsumowując: przyzwoita fabuła podana jednak w smakowitej formie :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereManie, bardzo dziękuję :) Ogromnie się cieszę z każdego zadowolonego czytelnika. 

Tak, wiem, często moje opowieści fabułą nie rzucają na kolana, ale jeszcze kiedyś wpadnę na jakiś naprawdę genialny pomysł i powalę wszystkich jak huragan Katrina ;) W każdym razie warto pomarzyć… 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nadrabiam:

 

Przyznam, że miejscami stylizacja mnie męczyła, niektóre zdania były dość karkołomne.

Jakoś nie kupuję, mimo wszystko, tych magicznych czapek. Czy wykrywały tylko złodziei, czy również demaskowały inne przestępstwa? Jan przez cały swój powód nikogo nie zapytał, po co te czapki? A jak już mu się zaczęła palić, to serio tego nie zauważył? Aha, a składzik z winem to by prędzej eksplodował niż tylko zaczął się palić…

Ogólnie jednak bardzo podoba mi się dosłowne przedstawienie przysłowia ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Eeee, dlaczego eksplodował? Wino to nie spirytus. Chyba żeby opary, ale nie wiem…

Babska logika rządzi!

Nie znam się, może masz rację, ale wydaje mi się, że to kwestia ciśnienia wzrastającego w butelkach od gorąca?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Hmmmm, jakby się winko zagotowało, to może i rozwali flaszkę… Nigdy nie próbowałam. :-) Ale może szkło zmięknie szybciej.

Babska logika rządzi!

Zagadka ;D

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo solidnie napisane opowiadanie. Pomysł super, dosłowna interpretacja przysłowia wyszła nader fajnie. Zaskoczyłaś mnie też z mistrzem Mikołajem – to chyba największy zwrot akcji w historii :) Ciekawie wykreowany bohater, widać, że apetyt rośnie w miarę jedzenia i pewnie jeśli wyjdzie cało z opresji, to nie porzuci fachu, ten typ tak ma ;) Recydywista jeden ;)

Pojawiło się jednak kilka elementów (bądź się nie pojawiło), które sprawiły, że poczułam niedosyt i niepełną satysfakcję (a kto tak miał, to wie, o czym mowa:P). Po pierwsze – stylizacja, choć baśniowa i udana, mnie również momentami męczyła. Może za dużo cukru w cukrze było? A może to przez skojarzenie z Yodą? No coś tam nie tak się zadziało w każdym razie.  Za przykład może posłużyć to zdanie (wiem, wyrwane z kontekstu, ale i tak pogmatwane):

Kolorami się jeno różniły – czarne mężczyźni nosili, złote, czarną nicią wyszywane kobiece głowy zdobiły.

Jakoś niezgrabnie…

 

Druga rzecz to fakt, że mieszkańcy chowali kosztowności. Po co to robili, skoro były magiczne czapki? Przecież nie było potrzeby, żeby strzec skarbów, bo mycki ujawniały wszystko…

I trzecia, chyba najważniejsza rzecz. Mimo że opowiadanie czytało się bardzo płynnie, to jednak brakowało mi…no akcji jakiejś. Okej, mamy pożar, naukę, kradzież i pożar… Ale jakoś mało dynamicznie jest. Może jakby się więcej dialogów pojawiło, to byłoby trochę lepiej? 

Ogólnie – dobrze, ale bez tarabum ;)

Drogie Panie, dziękuję za komentarze. Ze stylizacją przyznaję eksperymentowałam nieco i wyszło jak wyszło – biorę to na klatę. 

Co do wina – w beczkach było, beczki drewniane ogniem się zajęły. A że nie udało mi się jednoznacznie na szybko dowiedzieć, czy płonie, czy wybucha, to temat zakończyłam dyplomatycznie (jak mi się wydawało) na początku pożaru i ogólnym piekle. Dlatego podziwiam dociekliwość Jose w tym temacie :) 

 

Druga rzecz to fakt, że mieszkańcy chowali kosztowności. Po co to robili, skoro były magiczne czapki?

Taka natura człowieka? Że strzeżonego i tak dalej, bez względu na wszelkie inne zabezpieczenia… No i obcy przybywający do miasta mogli nie zapoznawać się z zasadami panującymi w grodzie (Jan miał przeczytać później, ale czy to zrobił, skoro wybrał się na złodziejkę?). A dopytywanie o zwyczaje też nie musi być koniecznością – nie wszyscy, nie wszędzie i nie zawsze dopytują o takie rzeczy. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Kurna, dziewczyno, powiem Ci, niejako tematycznie, coś takiego: koniec wieńczy dzieło. Czasami jedno zdanie na fajrant ratuje całe takie se opowiadanie (bądź książkę lub film), a czasami dzieje się doskonale odwrotnie: z dobrego czy nawet w cholerę dobrego czegoś zostaje typowa kingowszczyzna*. I tutaj, kurna, dziewczyno, niestety, mamy ten drugi przypadek, i to w wydaniu, że tak powiem, encyklopedycznym.

Naprawdę świetnie napisałaś naprawdę świetną historię, po przeczytaniu której chciało mi się jednak płakać, jęczeć i prosić Boga o dar zapomnienia. No dobra, przesadzam. I to sporo. Niemniej:

„Zajebały żule mi,

całą frajdę z lektury”.

I to, mać jego gamratka, dosłownie. Generalnie nie podoba mi się, kiedy ktoś, zamiast inspirować się jakimś przysłowiem, zwyczajnie je obrazuje. A kiedy ktoś przez 90% tekstu udaje, że nie obrazuje tego przysłowia, a potem jednak okazuje się, że je obrazuje, i to tak fest po chamsku dosłownie, to powstaje, niestety, piekący ból tylnych części dolnej połowy ciała. Dobra, część winy za tę niefortunność uczciwie biorę na siebie, bo albo z ambicji, albo z głupoty – prawdy już nie dojdę, niestety – nie odnotowałem sobie na początku, z jakim przysłowiem mam do czynienia, więc i obowiązek noszenia czapków nie wydał mi się jakoś nad wyraz podejrzany (choć zupełnie bezsensowny – wyjaśnienia, po co są te czapki, bardzo mi brakowało w tym wszystkim. Jest to też, że tak powiem, mielizna scenariusza, bo wyraźnie w tekście stoi, iż regulamin miejscowy objaśnia, czym owe czapencje są i po co się je nosi, a Jaśko – jako w swym fachu profesjonał – powinien z zasady doskonale sobie dokument przysposobić, by znać choć w zarysach pole do manewrów. Zresztą „do przeczytania później” w mojej osobistej ocenie nie jest tożsame z „nie przeczytał, bo był ponad to”), a co za tym idzie, zaskoczenie przyszło za późno i było zupełne. Coś jak klęska żywiołowa na skalę jednej toalety i połowy rolki papieru.

Tak więc, niestety, bardzo fajny tekst dla jak dla mnie został… no tak – spalony.

 

Peace!

 

* – słowotwórstwo inspirowane Królem Zjebanych Zakończeń, Stephanem, Pierwszym Tego Imienia.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Wybacz, Cieniu, za te słowa, ale nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać z powodu Twojego komentarza. Usłyszeć/przeczytać, że tekst jest zrąbany, to nie powód do radości, ale napisałeś to w taki sposób, że jednak nie potrafię się smucić. Oczywiście krytykę przyjmuję do wiadomości, mam nadzieję, że w przyszłości pozwoli mi ona uniknąć podobnych wpadek. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Krytyka jak krytyka. Tekst rozbil sie glownie o moj gust. A ten, jak domniemuje, nie jest prawnie sankcjonowanym wyznacznikiem zajebistosci. Z telefonu, wiec na razie tyle. Peace! P. S. Witaj w domu.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ano widzisz śpioszko, tutaj się z Cieniem różnimy. Mi akurat bardzo odpowiadało, kiedy ktoś (na przykład Ty :P) potraktował przysłowie dosłownie. 

W sumie trochę czekałam, aż ktoś napisze dosłowne opowiadanie inspirowane “Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle” ;)

Miałam diabła posługującego się między innymi babami! Jak to się stało, że nie wygrałam? ;-)

Babska logika rządzi!

E tam, kwestia gustu to co najwyżej potraktowanie przysłowia dosłownie lub nie. Ale kwestia roli czapek – może zbyt tajemnicza początkowo? To już jest konkretniejsza uwaga. 

 

Ja miałam drugi tekst napoczęty. Jeszcze dosłowniejsze potraktowanie słów “Bóg ci w dzieciach wynagrodzi”, ale brakło mi czasu. 

 

Finkla, może dlatego, że diabeł się wysługiwał niejako potajemnie, a nie posłał jawnie? Zresztą, niech się jurki tłumaczą :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Częściowo niby się wytłumaczyły. Jeszcze tylko Kozę trzeba wydoić z komentarzy. ;-)

Babska logika rządzi!

Jeszcze tylko Kozę trzeba wydoić z komentarzy.

A to mi przypomniało jedną rzecz. Pytałam na Szetlandach o ser owczy – w końcu tyle ich tam hodują. A w odpowiedzi usłyszałam: A to owce można doić? Znaczy, nie doją i serów nie robią. Tylko swetry. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jak to prawdę za PRL gadali – temu zgniłemu zachodowi to się w łbach poprzewracało od dobrobytu. Jakby ich głód na przednówku regularnie przyciskał, to nawet myszy nauczyliby się doić! ;-) Mogą mieć jakieś rasy bardziej wełniste niż mleczne, nie znam się.

Babska logika rządzi!

Patrząc na nie – różne biegają po łąkach i wrzosowiskach, na przykład takie:

 

 

Jak je widziałam, to od razu przypominała mi się piosenka o czarnym baranie :) 

Ale też się nie znam i nie wiem, które hodowane na co. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hmmm. Może takie rogate to po prostu strach wydoić? ;-)

Babska logika rządzi!

To co byś powiedziała na taką krowę:

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Eeee, że mamusia miała mezalians. I to nie wiem z kim – z psem, lwem, antylopą, hobbitem? Pozazdrościć imprez na tych wyspach. ;-)

Babska logika rządzi!

To stara szkocka rasa, rogi jak tury, futro, łagodne i strachliwe, cielaki wyglądają jak misie – nic tylko przytulać :) 

Gdzieś pod Warszawą kilka  lat temu widziałam niewielkie stado – ktoś sprowadził do nas i hodował, może nadal hoduje. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka