- Opowiadanie: Dark Dante - Duchy przeszłości

Duchy przeszłości

Czasem ludzie popełniają zbrodnie tak wielki, że potrafią ciągnąć się za nami całymi latami. A gdy nikt nie poniesie konsekwencji swoich czynów, historia ta staje się jeszcze bardziej przerażająca. Jednak naziści z niczym się nie liczyli. A gdy i ich dopadły duchy przeszłości, nie było już przebaczenia...tal

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Duchy przeszłości

Do wojskowej kantyny, w bazie blisko Kaliningradu, wchodzi jakiś facet w mundurze Wojska Polskiego. Jest cały brudny, ma kilkudniowy zarost, włosy tak przysypane pyłem, że nie da się rozpoznać ich koloru. A na ubraniu plamy krwi.

Taki widok nie powinien budzić zdziwienia, w końcu dzisiaj, piętnastego kwietnia 1945 roku, mijają ledwo sześć dni od wyzwolenia miasta. Oddziały wojska nadal przeszukują okolicę i wyłapują cofających się Niemców.

Jednak jego oczy…

W tych ciemnych oczach, czarnych jak smoła, było coś…

Ciężko określić co to było. Ale jak spojrzał na ciebie, to czuć było tylko strach, wielki smutek i zmęczenie. Te odczucia potęgował jeszcze fakt, że dzisiejsza noc była wyjątkowo czarna.

Jak wszedł to nagle zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Nikt nie ważył się odezwać, ani koty, ani starzy oficerowie. Z dobrych czterdziestu obecnych osób nikt nie wykrztusił nawet słowa.

A on nie patrząc na nikogo podszedł do jedynego wolnego stolika, tego na samym środku i usiadł plecami do drzwi. Wzrok wlepił w blat.

Barman podszedł i po chwili wrócił do niego z kuflem piwa i resztkami z obiadu. Dostał talerz kaszy, jakieś paskudne mięso a to wszystko szczodrze oblane sosem dla zabicia smaku.

Wszyscy się tak na niego patrzyli dobre dziesięć minut, a on udawał, że nikogo nie zauważa. W końcu zaczęły się pierwsze ciche i nieśmiałe rozmowy. To kolejnych trzydziestu minutach wszystko wróciło do normy.

Jednak jeden z żołnierzy nie wytrzymał. Od zawsze był ciekaw wszystkiego a jednocześnie niepozbawiony rozumu. Plutonowy Michaił Szewczenko. Z pochodzenia Rosjanin ale matka była Polką. Nawet go uczyła trochę, więc z tym polakiem nie powinien mieć problemów.

– Można?

Podszedł do stolika i stanął naprzeciw. Żołnierz nie podniósł głowy i przez chwilę wyglądał tak, jakby go nie usłyszał. Kiedy Michaił miał zapytać drugi raz, to on wtedy pokiwał głową.

Usiadł naprzeciw niego i teraz zauważył, że pod ma narzucony na ramiona typowy polski płaszcz ma jesień z odprutymi dystynkcjami. Zostały tylko pagony w stopniu szeregowca chociaż takie płaszcze mieli tylko oficerowie. Już miał zapytać, czy nie okradł trupa ale ujrzał pod niezapiętymi połami mundur polowy oraz blachę na cały korpus, chyba pancerz mający chronić przed odłamkami i kulami małego kalibru. Na pagonach widniał chorąży.

– Kim jesteś?

Powoli przeżuwał kęs mięsa, jakby się delektował tym paskudztwem z wojskowych racji.

– Chorąży Paweł „Pechowiec” Zatorski, Pierwsza Dywizja Piechoty, Trzecia Brygada.

Pechowiec. To przezwisko odbiło się w Armii Radzieckiej szerokim echem. Prawdziwa legenda polskich oddziałów pod wodzą Moskwy.

Dowodził jednymi z najlepszych ludzi. Przez co zawsze dostawał najtrudniejsze zadania. Stąd to przezwisko – „Pechowiec”. Ludzie ginęli jak muchy jednak potrafili dokonać niemożliwego. Oficjalnie wraz z całą brygadą zaginął na zachód od Kaliningradu podczas walk spychających.

W takim razie co robił tutaj? I to w dodatku sam?

Szewczenko rozmyślał nad tym w ciszy, Pechowiec chyba też nie chciał rozmawiać. Dał mu spokój, niech w spokoju zje. Sam zawołał do siebie barmana i poprosił o butelkę wódki i dwa kieliszki. Na te słowa Zatorski się skrzywił.

Ach, tak. Polska tradycja. Toastów nie wznosi się wódką i nie pije się jej w towarzystwie. Nie to nie, Michaił za to chętnie się napije. Rozlał do obu kieliszków ale chorąży wręcz ostentacyjnie podniósł do ust kufel piwa.

– Co tu robisz?

– Jem – Polak chyba starał się uciąć dyskusję, zanim ta jeszcze się zaczęła.

– Tyle to widzę. A gdzie reszta twojego oddziału? Zostaliście uznani na zaginionych. Czemu nie składasz raportu w dowództwie tylko siedzisz tutaj?

– A co cię to obchodzi?

Wreszcie podniósł na niego wzrok. Popatrzył gniewnie a wcześniejsze emocje tylko się nasiliły. Przez co on musiał przejść, że rozsiewa wokół taką atmosferę…

– Przepraszam panie chorąży, nie chciałem urazić ani pouczać. Po prostu jestem ciekaw.

– Czasem lepiej nie wiedzieć za wiele.

Znowu nachylił się nad talerzem.

Dziwne. Ten facet, jeden z największych ludzi tego okresu, znika ni z tego, ni z owego. A jak wrócił, w dodatku sam, to ma do powiedzenia jedynie, że „lepiej nie wiedzieć”…

Intuicja Szewczenki podpowiadała mu, że trzeba go pociągnąć za język.

– Panie chorąży… A może jednak? Jestem dobrym słuchaczem. Będziemy mieć dla siebie całą noc.

Zatorski westchnął ciężko, spojrzał na niego z wyrzutem i odstawił talerz z marnymi resztkami. Potem pociągnął duży łyk piwa i oparł się mocniej o krzesło. Teraz jego twarz skrywał cień, widać było jedynie usta. Z tak sinymi wargami, że ledwie dało się je odróżnić od skóry twarzy.

– Wiesz może co jest po zachodniej stronie miasta?

– Wywiad donosi, że…

– Pierdol wywiad! – Paweł wszedł mu w słowo – Wiesz, czy nie?

– W takim razie nie.

– Bunkry. Sieć ogromnych podziemnych bunkrów. Wybudowanych z całą pewnością dzięki pracy niewolników. Przechodzą najprawdopodobniej do całym miastem oraz okolicami a dłuższe tunele prowadzą w okolice Moskwy, Pitera, Stalingradu i Warszawy.

– Ależ… Ale to przecież niemożliwe! Wiedzielibyśmy…! Prawda…?

Pechowiec odpalił zapałkę. Przez chwilę jego twarz się rozświetliła, a on podpalił papierosa i rzucił ja do popielniczki na stole. Dopiero wtedy Michaił zauważył okropną bliznę idącą od lewej skroni, przez policzek i szyję, aż do barku.

– Gówno wiedzieliśmy, synu. I taka jest prawda.

Głos człowieka zmęczonego całym życiem, wyprutego ze wszystkich wartości. A miał może z czterdzieści lat, o dziesięć mniej niż Szewczenko.

– Jak zdołali to ukryć?

– Pewnie tak jak wszystko inne. Pracę nadzorowali SS-mani a niewolników potem rozstrzelano.

– Skąd wiesz… Skąd pan wie! – Szybko się poprawił, chociaż wszyscy wiedzieli, że Pechowiec nie przestrzegał protokołów pod tym względem.

Po raz pierwszy zaciągnął się głęboko dymem i wypuścił, zadzierając głowę do góry.

– Będzie na to jeszcze czas. Wszystko dowiesz się później.

– No dobrze… Więc co było dalej?

Pawłowi najwyraźniej nigdzie się nie śpieszyło. Jadł powoli, pił powoli, palił powoli. Nawet mówił powoli. Jakby miał mnóstwo czasu tylko dla siebie.

Kolejny długi łyk a potem zaciągnięcie się papierosem.

– Dostaliśmy rozkaz wymarszu. Złapać każdego Niemca w okolicy. W razie konieczności zabić na miejscu. Wyszliśmy całą brygadą. Na początku szło nam bardzo dobrze, starty zerowe a hitlerowców nałapaliśmy jak świń w zagrodzie. Co raz ich odsyłaliśmy do miasta na przesłuchania.

– Jakie przesłuchania? Nikt nie wrócił.

– A więc to tak…

Podrapał się palcem wskazującym po czole dłonią, w której trzymał papierosa. Wtedy dopiero po Michaiła dotarła straszna prawda.

– Niemożliwe… Nie nasze dowództwo…! Nie zgodziliby się…!

– Jesteś jeszcze młody i głupi.

– To nieprawda! Kłamiesz!

Wstał gwałtownie od stołu i chciał już odejść. Dowództwo się nie myli. Dowództwo nie zabija jeńców. Dowództwo nie prowadzi brutalnych przesłuchań w tajemnicy.

Płonne nadziej idealisty.

– Siadaj!

Warknął Pechowiec, znowu wszyscy w kantynie umilkli i patrzyli teraz na nich obydwu. Michaił zaczął się łamać, on miał w sobie coś takiego, że trzeba go posłuchać. Chociaż formalnie mu nie podlegał. Poza tym nadal był ciekawy.

W końcu usiadł a Zatorski kontynuował jak gdyby nigdy nic.

– Wpadliśmy na trop większego oddziału, razem z rannymi byłoby ich z batalion, może półtora. Deptaliśmy im po piętach już tydzień. A kiedy prawie ich dopadliśmy… Rozpłynęli się. Nagle, jak we mgle. Przeczesaliśmy okolicę i znaleźliśmy wejście do tych bunkrów.

– Uciekli do Warszawy?

– Najprawdopodobniej nie dali rady…

– Jak to?

– Dowiesz się niedługo.

„Niedługo, zaraz, za chwilę, potem”. Już go to zaczynało denerwować. Co ten Polaczek sobie myśli?! Po co mu ta historia całego jego życia?! On po prostu chce się dowiedzieć o tych bunkrach!

Narodowy temperament zaczął brać górę. Jednak Michaił i teraz się uspokoił. Ciekawość reportera potrafi zdziałać cuda i w ciągu sekund powrócił do normy.

– Wtedy uradziliśmy co by tu zrobić. Żaden z okolicznych mieszkańców nie znał podziemi ale miałem dobrych zwiadowców. Wysłaliśmy ostatni transport jeńców i weszliśmy…

– Tydzień temu… – wtrącił Szewczenko.

– Dokładnie. Przez tydzień siedzieliśmy w tych podziemiach.

Zostawił niedopałek w popielniczce, chociaż go nie zgniótł. Dym z resztek powoli rozchodził się wokół nich, drażniąc jeszcze bardziej, niż przy paleniu.

– Jak tam było? Przez tydzień w takim molochu… To musiało być nie lada wyzwanie dla umysłu – Zagadnął czerwonoarmista. 

– Żebyś wiedział. Już po pierwszych dziesięciu godzinach chłopakom zaczęło z lekka odbijać. Słyszeli kroki typowo niemieckich butów, uderzenia kilofów, jakieś szepty, rozmowy.

– Straszne…

– Strasznie to było później.

– Jak to?

Zanim Pechowiec odpowiedział, wziął potężny łyk. Odstawił pusty kufel. Szewczenko skinął na barmana a po chwili ten przyszedł z nowym.

– Dwa dni szliśmy po ich tropach. Skubańce znaczyli ściany. Poza tym walały się po nich śmieci, widać było świeże ubytki nawierzchni i mnóstwo innych tropów.

– Mówiłeś, że w końcu ich nie znaleźliście.

– Mówiłem, że nie zdołali dotrzeć do Warszawy. – Jego słowa miały karcący wydźwięk – Bo znaleźliśmy drugiego dnia inne ślady.

– Jakie?

– Krew.

– Krew? – Plutonowy podniósł wysoko brwi.

– Tak, krew. Ciężko było zauważyć, szybko wyblakła a tunel był an tyle przewiewny, że nie dało się wyczuć. Ale odkąd odesłałem pół brygady to śledzeni stało się prostsze.

– A skąd taki ubytek w ludziach?

– Mówiłem ci, że zaczęli wariować. W pewnym momencie stało się to już zbyt niebezpieczne dla wszystkich, więc część odesłałem. Niestety, nie udało im się…

– Co?!

– Potem ci powiem. – Po raz pierwszy wziął nowy kufel do ręki i się napił – Potem jeszcze znaleźliśmy trochę broni, amunicji i inne duperele. Ale w połowie drugiego dnia trop się urwał.

– Jak to „urwał się”?

– Ano tak, o. – Pstryknął palcami, odstawiając kufel – Było, nie ma. Szukaliśmy do końca dnia. Nic, a zrobiliśmy spory kawałek. Tak jakby ktoś ich napadł, obrabował a ciała zabrał ze sobą.

– Napad, rabunek – rozumiem. Ale po co zabierać trupy?

– W tym sęk.

– Więc…?

– Cóż, nic nie wymyśliliśmy. Uznaliśmy, że pora wracać. Szczególnie, że nastrój zaczął się udzielać już chyba każdemu.

Podniósł kufel ale nagle ręka mu zadrżała. Trzymał go tak w powietrzu a potem głośno odstawił na stół.

– Proszę mówić, co było potem?

– W połowie trzeciego dnia byliśmy już w części technicznej, jak się zdaje. Dużo pokoi bo bokach, czasem jakiś tunel odbijający w bok. A wtedy jedne z moich ludzi zwariował.

– Czyli co?

– Nie wiem dokładnie, zajrzałem do jednego z tych pomieszczeń a tu nagle słyszę długą serię z pepeszy. Na cały magazynek, i to bębnowy.

– W podziemiu…?

– No właśnie. Szaleństwo. Kilka rykoszetów weszło nawet do mojego pomieszczenia, chociaż walili gdzieś w przodu. Potem kilka suchych trzasków z TT’ki.

– Kto strzelał?

– Jeden z kaprali. Chłopaki mówili, że krzyknął coś w stylu „Przecież ty nie żyjesz, co tu robisz?! Wynoś się!” a potem zaczął strzelać. Zabił dwudziestu ośmiu ludzi, kolejnych pięćdziesięciu dwóch mocno zranił. Dopiero po opróżnieniu magazynka ktoś go położył trupem. A szkoda, moglibyśmy się dowiedzieć, o co chodziło.

– Ilu was zostało?

– Ja wiem… Z pięciuset?

– Co?! Jakbyście tam weszli?!

– Tunele były szersze niż autostrady, przewidziane na wzmożony ruch batalionów pancernych. I to w obie strony. A my szliśmy kilkoma trasami biegnącymi równolegle, coś na wzór tyraliery.

– Niesamowite… Ja bym się nie odważył z taką ilością ludzi wchodzić do podziemi.

– Weź pod uwagę naszą sytuację. Szukaliśmy całej brygady a trzeba było jeszcze się rozdzielić.

– No dobrze, dobrze… Ale proszę opowiadać.

Musiał się napić. Widać było, że w tym momencie strasznie przeżywa. Jakby jeszcze się łamał, czy opowiedzieć Szewczence wszystko zgodnie z prawdą. Na raz wypił prawie połowę piwa z kufla.

– Znaki na ścianach… Nie było ich. A właściwie były nieczytelne ślady po nich. Pod koniec trzeciego dnia rozbiliśmy obóz w jednym z większych tego typu kompleksów. Rozstawiliśmy posterunki i wysłałem swoich najlepszych zwiadowców do wszystkich tuneli. Mieli najpóźniej za godzinę wrócić i zdać meldunek. Po dwóch godzinach od ich wyjścia wysłaliśmy grupy poszukiwawcze, po siedem osób każda. Te z kolei miały trzy godziny. Kiedy i one nie wróciły, to zrozumieliśmy, że coś tu jest mocno nie tak…

– Niemcy?

– Nie słuchasz mnie! Mówiłem ci, że nie dotarli na miejsce!

– Może jakaś inna grupa?

– Wykluczone.

– Więc kto?

– I to jest dobre pytanie, synu…

Wypił do końca i z brzdękiem odstawił naczynie. Ręce mu się trzęsły a jego wzrok był pusty.

– Koło dwudziestej trzeciej posterunki zaczęły zgłaszać obecność jakichś osób. Wyglądali na jeńców, mieli te piżamy. Ale żaden nie podchodził chociaż wołano, proszono i grożono. Pojawiali się jakby znikąd i momentalnie znikali.

– Tajne przejścia?

– Proszę cię, moi zwiadowcy wykryliby je pierwszego dnia.

– Więc co?

– I tu zmierzamy do sedna…

Położył dłonie płasko na blacie. Aż cały stół zaczął chodzić. Szewczenko takich reakcji nie widział nawet u żołnierzy frontowych. Co odcięcie od górnego świata musi robić z ludźmi…

– Ciągle słyszeliśmy głosy. Szepty. Krzyki, kroki, uderzenia czegoś ciężkiego. Wszyscy na raz nie mogliśmy zwariować. Nikt z nas nie spał ani chwili. I wtedy o północy ogłoszono alarm. Byłem pierwszym, który dobiegł do posterunku. Jeńcy… Były ich całe setki. Stali, gapili się na nas. Bezmyślnie, bez emocji, uczuć czy nawet instynktu. Po prostu obserwowali.

– Ale jak się tam znaleźli?

– Hitlerowcy ich sprowadzili, do robót.

– Dopiero pan mówił, ze wszystkich zabito.

– Bo tak było.

Plutonowy spojrzał na chorążego jak na wariata. Zaczął już się zastanawiać, czy nie posłać gońca do NKWD. Mimo to zamówił dla niego kolejne piwo i sam wreszcie napił się wódki, której nie ruszył od początku.

– Jeńcy… Stali. Dziesięć minut. A potem ktoś szczeknął rozkaz i zaczęli iść w naszą stronę. Mówiliśmy, błagaliśmy, ostrzegaliśmy. Ale oni byli już bezwolnymi maszynami., szli nadal. Wtedy jako pierwszy odezwał się jeden z kaemów. Pierwszy rząd…

Michaił już wyobraził sobie jak bezbronni ludzie padają na ziemię. Jak drzewa podczas wyrębu. Czy zborze pod siłą wiatru.

– Zniknął.

– Co?!

– Zniknął. Kule powinny przejść na wylot z takiej odległości a człowiek zginąć jeszcze w locie. Ale oni nie upadli na podłogę tunelu. Tak jakby ktoś zrobił wielką chmurę dymu z papierosów i… Tyle. Nie ma człowieka.

– To niemożliwe!

– Sam tak twierdziłem jeszcze tydzień temu.

– To miały być jakieś duchy?! Oszalałeś! Idę po NKWD.

– Proszę cię bardzo, idź. To i tak nie wróci życia moim ludziom. Ale ty możesz przekazać to innym, żeby nasze odkrycie i przestroga nie poszły na marne.

Szewczenko był zły jak osa. Pechowiec robi sobie z niego jaja albo zwariował do reszty.  Mimo to został, wezwać oficerów zawsze zdąży a musi wysłuchać opowieści do końca.

– No dobrze… Załóżmy, że ci wierzę. Co dalej?

– Nie żałowaliśmy amunicji. Waliliśmy na prawo i lewo, szczególnie, że mieliśmy duży zapas a duchy chciały nas otoczyć. Dwie godziny później, o drugiej w nocy, rozwaliliśmy ostatniego bydlaka. Została połowa amunicji ale nikt nie był nawet ranny. Zmniejszyliśmy rozpiętość obozu, nie byliśmy w stanie zrozumieć co się stało. Wiedzieliśmy tylko, że jesteśmy pod oblężeniem – Zaśmiał się głośno – Wojskowe nawyki jednak zostają.

– To da się zabić ducha?

– Sęk w tym, że… Nie. Tym strzelaniem tylko je odegnaliśmy. I to na krótko. Dzień czwarty, ósma rano. Kolejna fala, tym razem miniaturowa w porównaniu do poprzedniej. Ale silniejsza, o ile wcześniej jedna kula sobie radziła to teraz trzeba było wpakować w nie co najmniej trzy. A te co się zbliżyły… Zgniatały moim ludziom głowy na płasko, rzucały kilkanaście metrów w górę i w dal, potrafiły z potencjalnie lekkiego uderzenia spowodować złamanie otwarte w kilku miejscach.

– To byli nadal więźniowie?

– Tak, wszyscy w pasiakach. Większość to Polacy, Rosjanie lub Żydzi. Czemu atakowali akurat nas? Bo SS-mani też z nimi umarli w tym miejscu i nadal sprawowali nad nimi władzę? Nie wiem. I szczerze powiedziawszy nie interesuje mnie to już.

– Ilu was zostało?

– Do południa czwartego dnia może z setka. Zaraz po tym mniejszym ataku wyszła kolejna fala. Musieliśmy się zabarykadować w kilku oddzielonych od siebie pomieszczeniach. Na początku byliśmy w nich bezpieczni…

– Do kiedy?

Zatorski westchnął ciężko, przyssał się do kufla i na raz wypił całą zawartość. Michaił też czuł, że nie jest w stanie słuchać tego na trzeźwo. Też długo pił, zostało z dwie trzecie butelki. Po chwili ciężkiego milczenia, Paweł w końcu podjął rozmowę.

– Wieczór czwartego dnia. Ustawiliśmy się tak, żeby jeden był przodem do drzwi a reszta po bokach, żeby linie ognia się krzyżowały. W moim pokoju było nas z piętnastu, nie wiem jak w innych. Około wieczora drzwi wyleciały z hukiem. Krótka seria kontrolna i po strachu, rozwaliliśmy go jeszcze w drzwiach, kolejne nie chciały podchodzić.

– Czemu?

– A skąd mam widzieć? Może były jeszcze za słabe. Mimo wszystko zastawiliśmy to jedną z szaf, zadekowaliśmy się w czymś podobnym do magazynu, chociaż poza szafkami i półkami nic w nich nie znaleźliśmy. Strzały było słychać wszędzie mniej więcej w tym samym czasie. Koordynowały uderzenie. Najgorsze, że najczęściej zaraz po strzałach padał przeraźliwy krzyk…

Tym razem Paweł wyciągnął Michaiłowi flaszkę z ręki i pociągnął prosto z gwintu.

– Do połowy piątego dnia co raz próbowały wywarzać tak zastawione drzwi. Jedzenia mieliśmy tyle co na śniadanie dla jednego z piętnastu. Wody prawie wcale. A umacniaj też była na wykończeniu. Tym razem skubańce nie próbowali wyważać. O nieeee… Po prostu się pojawił przed drzwiami. O tak, pyk – Strzelił palcami – I nagle jest. A strzelanie nic nie dało, kule przechodziły na wylot a on nadal stoi. Dopiero jak złapał jednego z naszych i podniósł wysoko chcąc skręcić kark, ktoś strzelił z ukosa i kule przeszły przez chłopaka. A wychodząc z niego… Przez ducha. Zniknął.

– Trupi jad?

– Nie. Ubrania. Jak ten parszywiec dotknie czegoś, to wystarczy tylko nadać temu czemuś prędkość kuli i proszę, znika momentalnie. Zaczęliśmy wychodzić do sąsiednich pomieszczeń i zdzierać z trupów ubrania. Owijaliśmy lufy i strzelaliśmy w taki sposób. Zostało nas dziewięciu rozsianych po całym ostatnim bastionie.

– Czemu nie zebraliście się do kupy?

– Właśnie o to chodzi. W pierwszej kolejności atakowały te pomieszczenia, gdzie było nas najwięcej. Pod wieczór piątego dnia wyłożyliśmy ściany, podłogę i sufit ubraniami poległych. I spokój, cały dzień szósty mieliśmy spokój. Poczuliśmy się zbyt pewnie, zebraliśmy się wszyscy w tym jednym pomieszczeniu. Nawet się cieszyliśmy, każdy miał coś, czego brakowało pozostałym. Zapasy z trupów momentalnie się skończyły ale jedni mieli mnóstwo wody, inni dużo żarcia… Podzieliliśmy się, mieliśmy żyć jak królowie.

– W takiej sytuacji to było dość…

– Wiem! – Wpadł mu w słowo – Byliśmy skrajnie wycieńczeni fizycznie i psychicznie. Cieszyliśmy się nawet takimi błahostkami.

– Przepraszam, proszę dalej.

– Jedne z chłopków miał świetną pamięć do twarzy. Mówił, że jak już został sam, to zawsze przychodziły do niego te same duchy. Owinął jakimś ciuchem kolbę i uderzał jak maczugą. Duchy znikały ale zaraz wracały. Po strzale nie, nigdy więcej. Szybko skończyła mu się amunicja to owinął granat w szmaty. Efekt ten sam a rykoszety potrafiły dosięgnąć te stojące najdalej.

– Nikt się przy tym nie zabił? I każdy wybuchał? Ciężko coś takiego zrobić.

– Byliśmy zdesperowani. A zdesperowany człowiek potrafi wiele.

Teraz obaj mocno pociągnęli z butelki dzieląc się ostatnimi łykami. Dobiegała już pierwsza w nocy i zostali sami w lokalu. Pechowiec mocno się nachylił nad stołem, jego twarz była trupio blada.

– To co się tam działo…

– Rozumiem.

– Nic nie rozumiesz.

Z ciężkim westchnieniem opadł na oparcie i znowu podjął opowieść.

– Wieczorem szóstego dnia nadal był spokój. Co prawda kilak razy dobijały się do drzwi ale nawet się nie wychyliły razem z szafą. Byliśmy gotowi do ucieczki. Dziewięć osób wyglądających jak banda świrów z bronią owiniętą szmatami.

– Duchy się nie zorientowały?

– To było zbyt piękne, co? Zorientowały się, a jakże. Najpierw pojawiły się szepty. Znowu. Od pierwszego ataku nigdy ich nie było. Teraz jednak wdzierały się nam do głów. Potem wyraźne głosy. Aż wreszcie rozkazy Niemców pilnujących robotników, dźwięki prac przy tunelach, jęki zbyt słabych jeńców… To było nie do wytrzymania. Powiedzieliśmy sobie, że teraz albo nigdy.

– Która była godzina?

– Jakoś koło trzeciej nad ranem. Stanęliśmy w pozycjach bojowych, już mieliśmy odsuwać szafę… A tu pojawił się on. Na samym środku. Stały się tak silne, że ubrania już nie chroniły. Wielki SS-man. Patrzył na nas pogardliwie z wyszczerzonymi zębami. Kilka ciosów kolbami obaliło go na ziemię ale on tylko się śmiał. Jakby wiedział, że to on wygra. Potem strzał z przyłożenia. Przynajmniej jeszcze to skutkowało. A jak już wyszliśmy…

Mocno zacisnął palce na blacie, aż pobielały.

– SS-mani. Ci co nadzorowali i jeszcze ci „świeży”, których goniliśmy. A także pełno naszych ludzi. Czekali w półkolu. Coś około tysiąca osób tylko w naszym polu widzenia. Śmiali się tak przeraźliwym głosem…

– Granaty?

– Tak. Poszło wszystko ale udało nam się zrobić małą lukę. Rzuciliśmy się biegiem, nie ważne gdzie, byle dalej.

– To gdzie reszta?

– Złapali ich. Po kolei nas łowili, jak myśliwi tropiący swoją ofiarę. Czasem tego an końcu, czasem tego z przodu, a zdarzało się, że pojawiał się nagle w środku grupy. Łapał naszego za fraki i nagle znikał w tej mgle jak przy zabiciu. Obaj. Potem często ich widzieliśmy w bocznych tunelach. Wołali o pomoc, porosili, żebyśmy się zatrzymali. A my tylko biegliśmy przed siebie…

– Oni już nie żyli.

– Wiem, do cholery! Kiedy poznałem znajomy tunel to ze mną było jeszcze tylko trzech. Duchy chyba wreszcie zrozumiały, że przegrały i rzuciły się za nami w regularną pogoń. Pół dnia ciągłego biegu, wyobrażasz sobie? Bez chwili przerwy, bez picia… Tak nas napędzał strach.

– To możliwe… W ekstremalnych sytuacjach.

Paweł pokiwał głową w zadumie i po chwili dokończył.

– Zostało nam jeszcze z dziesięć minut ostrego biegu do bramy. Odwróciłem się tylko raz. Te duchy już nie wyglądały jak ludzie. Czarne oczodoły, szczęki obwieszone aż po szyję… Tak się przeraziłem, że odsadziłem towarzyszy na dobre dziesięć metrów. I przez to się potknąłem o jakiś kamyk czy coś innego, nieważne. Ważne, że to ocaliło mi życie, bo właśnie wtedy nad głową śmignęła mi rozcapierzona dłoń wielkości bochenka chleba z palcami długimi jak ostrze noży i tak samo ostrych. Tego, co biegł za mną przecięło w pół bez najmniejszych problemów.

– A drugi?

– Pomógł mi wstać. I przez to zginął. Skoczyłem do dalszego biegu a on wyrwał się z tempa i jedno z tych paskudztw skoczyło mu na plecy. Chwilę się szamotali, usłyszałem strzał. Potem kolejny. Strzelał z TT’ki, na cały magazynek. Poza jednym… Z ostatnim strzałem zwlekał, długo. Kupował mi czas. A potem pewnie strzelił sobie w głowę. Wystrzał usłyszałem w momencie dotknięcia kraty od zejścia do podziemi.

– Czyli to koniec? Wygrałeś?

Uśmiechnął się. Smutno, przejmująco. Jak po pyrrusowym zwycięstwie.

– Tak. Zatrząsnąłem kratę a te paskudztwa do niej dopadły, przepychały się jedne z drugim, wystawiało ręce w moją stronę… Ale żaden nie pojawił się za nią. Jakby byli związani z tym miejscem.

– Czyli tamci, za którymi ruszyliście w pogoń…

– To oni je obudzili. Nie wiem jak Jakoś. A potem stali się ich pożywieniem, urosły w siłę i rzuciły się na nas.

– Jak już wyszedłeś… Kiedy to było?

– Późne popołudnie. Potem jeszcze siedziałem przy tej kracie do wieczora zastanawiając się, czy nie lepiej byłoby po prostu zginąć tam razem z nimi. Ale one dały mi uciec. Jakby chciały, to już dawno temu podzieliłbym ich los…! Czemu? Czemu ja przeżyłem z całej brygady?!

– Nie wiem, Pawle… Może miałeś opowiedzieć ich historię? Historię zabitych jeńców, okrutnych Niemców i poświęceniu własnych ludzi?

– Może… Kto to wie…

Wstał od stolika, mimo porcji alkoholu, wyglądał na zupełnie trzeźwego.

– Gdzie idziesz?

– Jak to gdzie? Opowiadać historię moich ludzi.

I Pechowiec wyszedł. Na oczach plutonowego Michaiła Szewczenko żołnierz szedł pustą salą, podszedł do drzwi, otworzył je i…

Zniknął.

A po chwili drzwi same się zamknęły z cichym jękiem. 

Koniec

Komentarze

Bardzo dużo błędów. Miejscami napisane niezrozumiale i niejasno. Historia niezbyt oryginalna czy pomysłowa, a zakończenie jest dość nielogiczne i nie łączy się spójnie z resztą opowiadania.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Czasem ludzie popełniają zbrodnie tak wielki, że potrafią ciągnąć się za nami całymi latami. A gdy nikt nie poniesie konsekwencji swoich czynów, jej historia staje się jeszcze bardziej przerażająca. 

 

Wiesz, że zniechęcasz takim wstępem czytelnika? Literówka, pomylenie podmiotu (nikt/jej)…

 

“dostał talerz kasy” ← :D Byłoby fajnie, ale podejrzewam, że jednak kaszy?

 

Wszyscy się tak na niego patrzyli dobre dziesięć minut(+,) a on udawał, że nikogo nie zauważa.

 

“matka była polką” ← to ciekawe, że matka była tańcem, który nazywa się polka. Chyba że chodziło o Polkę?

 

Zapominasz o przecinkach w podstawowych miejscach, jak przed “a”, “ale”… Prowadzisz akcję dość leniwie. Pierwsze dwa akapity były niezłe, ale im dalej, tym bardziej rozwlekasz. Z literówek można się śmiać, oto kolejna:

 

“Polka tradycja”

 

…ale są najgorszym rodzajem błędów. Czytelnik sądzi przez nie, że nie przeczytałeś swojego tekstu ani razu przed publikacją. Niestety, dużo pracy przed tobą.

 

– Tydzień temu… – Wwtrącił Szewczenko. ← musisz sprawdzić zasady zapisu dialogów. 

 

– Ano tak, o(+.) – Pstryknął palcami (+,)odstawiając kufel(+.) – Było, nie ma. 

 

Skąd można wiedzieć, obserwując kogoś, że nie ma on instynktu? Piszesz, że jeńcy go nie mieli…

 

Opowieść wydaje się nawet ciekawa, ale rozczarowało mnie, że to jest tylko sprawozdanie. O wiele ciekawiej czytałoby się te wydarzenia dziejące się tu i teraz, osadzone w akcji, a nie w dialogu.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Zgadzam się z Pietrkiem.

Dodam, że interpunkcja kuleje. Skąd wytrzasnąłeś taką pisownię esesmanów? Esesman albo SS-man. Przykłady błędów:

Dostał talerz kasy, jakieś paskudne mięso

Literówka, nawet zabawna. Nie jedyna.

Z pochodzenia Rosjanin ale matka była polką.

Rosjaninowi dałeś dużą literę, a Polce pożałowałeś?

– Chorąży Paweł „Pechowiec” Zatorski, 1. Dywizja Piechoty, 3. Brygada.

Liczby w beletrystyce piszemy raczej słownie, a w dialogach to już obowiązkowo.

Toastów nie wznosi się wódką i nie pije się jej w towarzystwie.

Pierwsze słyszę. Do IIWŚ gorzałę piło się samotnie i w milczeniu?

Pechowiec odpalił zapałkę. Przez chwilę jego twarz się rozświetliła a on odpalił papierosa i rzucił ja do popielniczki na stole.

Raz, że powtórzenie, dwa, że ten pierwszy wyraz słabo pasuje znaczeniowo.

Babska logika rządzi!

No, nie czytało się dobrze :(

Przynoszę radość :)

Podobnie jak poprzednio, jest pomysł. Bardzo ciekawy dla mnie, bo lubię takie realia akurat w tym okresie historycznym. Niestety, został zarżnięty przez wykonanie.

Technicznie słabo, co wykazali poprzednicy.

Mnie nadal razi bycie na bakier z logiką – opowiastka zupełnie nie trzyma się kupy i nie jestem w stanie traktować jej poważnie. Od zachowania plutonowego, poprzez mityczną sieć bunkrów pod połową Europy. Nikt nie wzywa NKWD czy Smierszu. Czerwonoarmista nie wierzy w mordowanie jeńców (skąd on się urwał). Suma takich detali łamie moje zawieszenie niewiary i mocno przeszkadza.

Historia w formie sprawozdania nie wywołuje też takich emocji. Zakończenie na plus, ewidentnie był pomysł, ale poprzednich niedociągnięć nie przesłoniły. Drobina cukru w całym słoiku dziegciu :(

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dość mizerny to horror, jeśli wszystko sprowadza się do potyczek z duchami, strzelaniny i ucieczki. Historia zdała mi się opowiedziana dość beznamiętnie i raczej nie zaciekawiła. Całości nie najlepszego wrażenia dopełniło wykonanie, pozostawiające wiele do życzenia.

 

jak smoła, było coś… Cięż­ko okre­ślić co to było. Ale jak spoj­rzał na cie­bie, to czuć było tylko strach, wiel­ki smu­tek i zmę­cze­nie. Te od­czu­cia po­tę­go­wał jesz­cze fakt, że dzi­siej­sza noc była… – Objaw byłozy.

 

To ko­lej­nych trzy­dzie­stu mi­nu­tach wszyst­ko wró­ci­ło do normy. – Literówka.

 

więc z tym po­la­kiem nie po­wi­nien mieć pro­ble­mów. – …więc z tym Po­la­kiem nie po­wi­nien mieć pro­ble­mów.

 

za­uwa­żył, że pod ma na­rzu­co­ny na ra­mio­na ty­po­wy pol­ski płaszcz… – Pod co ma narzucony płaszcz?

 

rzu­cił ja do po­piel­nicz­ki na stole. – Literówka.

 

Wszyst­ko do­wiesz się póź­niej.Wszyst­kiego do­wiesz się póź­niej.

 

Po­dra­pał się pal­cem wska­zu­ją­cym po czole dło­nią, w któ­rej trzy­mał pa­pie­ro­sa. – Raczej: Po­dra­pał się po czole pal­cem wska­zu­ją­cym dło­ni, w któ­rej trzy­mał pa­pie­ro­sa.

 

a tunel był an tyle prze­wiew­ny… – Literówka.

 

A wtedy jedne z moich ludzi zwa­rio­wał. – Literówka. 

 

cho­ciaż wa­li­li gdzieś w przo­du. – Literówka.

 

Potem kilka su­chych trza­sków z TT’ki.Potem kilka su­chych trza­sków z TT-ki.

 

Wszy­scy na raz nie mo­gli­śmy zwa­rio­wać.Wszy­scy naraz nie mo­gli­śmy zwa­rio­wać.

 

Ale oni byli już bez­wol­ny­mi ma­szy­na­mi., szli nadal. – Zbędna kropka w środku zdania.

 

Czy zbo­rze pod siłą wia­tru.Czy zbo­że pod siłą wia­tru.

Sprawdź znaczenie słowa zbór.

 

pró­bo­wa­ły wy­wa­rzać tak za­sta­wio­ne drzwi. – …pró­bo­wa­ły wy­wa­żać tak za­sta­wio­ne drzwi.

Sprawdź znaczenie słowa wywarzyć.

 

A umac­niaj też była na wy­koń­cze­niu. – Co to znaczy?

 

Jedne z chłop­ków miał świet­ną pa­mięć do twa­rzy. – Literówka.

 

Rzu­ci­li­śmy się bie­giem, nie ważne gdzie, byle dalej.Rzu­ci­li­śmy się bie­giem, nieważne gdzie, byle dalej.

 

Cza­sem tego an końcu… – Literówka.

 

Wo­ła­li o pomoc, po­ro­si­li, że­by­śmy się za­trzy­ma­li. – Literówka.

 

Kiedy po­zna­łem zna­jo­my tunel… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Strze­lał z TT’ki… – Strze­lał z TT-ki

 

Nie wiem jak Jakoś. – Dlaczego wielka litera?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka