- Opowiadanie: wibig - Kotek

Kotek

jest to fragment większej całości, a właściwie wyjątek z jej początku. Większa całość zawiera wiele wyjaśnień, ale nie są one tu najważniejsze i można było wyjąć ten kawałek bez szkody dla logiki narracji. Całość nazywa się “Nieekstensywność kotowatych” (tytuł niezrozumiały dla tego fragmentu i dlatego zmieniłem go na łatwiejszy) i jest zbyt długa dla większości czytelników tego portalu, bo jak zauważyłem nie tylko z pisaniem, ale i z czytaniem mają oni problemy. Z góry dziękuję za cenne uwagi w rodzaju “nie przeczytałem, ale nie podobało mi się” i za recenzje ortograficzno-interpunkcyjne.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Kotek

Było to małe miasteczko. Hieronim trafił tu w zasadzie przypadkiem. Choć pojęcie, przypadku w przeciągu najbliższej doby miało ulec zasadniczemu przedefiniowaniu. Hieronim pracował w instytucji, której trzyliterowy skrót niektórym mówił wszystko, ale większości ludzi nie mówił niczego. Była to instytucja zdecydowanie tajna. Zajmowała się wieloma dziedzinami naszego życia. Zbyt wieloma, by ktokolwiek mógł w pełni ocenić jej zasięg i możliwości, ktokolwiek, oczywiście, ze zwykłych śmiertelników, albo i nawet z wąskiego grona wtajemniczonych w jakimś tam stopniu. Niektórzy z mówili, że nikt w ogóle, nie wyłączając najwyższego Szefa, nie wie tego do końca. Właściwie nie było to ważne. Instytucja istniała, a Hieronim w niej pracował. Nie zajmował się niczym specjalnie ekscytującym, czytał raporty nadchodzące z rozmaitych stron, porządkował informacje. Nie osiągnął jeszcze szczebla, na którym informacje te analizowałby i wyciągał z nich jakieś wnioski, ale systematycznie i konsekwentnie posuwał się w tym kierunku awansując co kilka lat o niewielki szczebelek w instytucyjnej hierarchii. Jeszcze kilka lat i będzie mógł sugerować to, czy tamto. Na razie gromadził przesłanki, decyzje podejmowali inni. To, że trafił do tego miasteczka było oczywiście związane z jego praca. Dobrowolnie chyba nikt tu nie zajrzał. Nie było po temu żadnej przyczyny. Miał dotrzeć do miejscowości M. Osiemnastego miało się tam odbyć małe zebranie, konferencja jakby, na którą został nie tyle zaproszony, co wezwany. Być może oznaczało to kolejny awans. Jak dotąd nie bywał na wyjazdowych służbowych spotkaniach.

Wewnętrzny regulamin zakazywał podróżowania w takich wypadkach samochodami i Hieronim skazany był na kolej, a że połączeń bezpośrednich nie było, zdecydował się na przesiadkę właśnie tutaj. Pociąg, którym jechał, spóźnił się, co zdarzało się niestety czasami, a że spóźnił się sporo, dalszą podróż mógł kontynuować dopiero nazajutrz. Jakże chwalił sobie swą zapobiegliwość i to, że nie odkładał podróży na ostatni dzień.

Miał szczęście, bo okazało się, że w mieście był hotel. Nie było to wcale takie oczywiste. Hotel wydaje się zbędnym luksusem w mieście, gdzie sezon turystyczny kończy się, nim zdąży się zacząć, a z atrakcji największą jest kościół z XVII wieku, swego czasu zniszczony przez pożar i odbudowany niecałe sto lat temu w nieokreślonym stylu, ale za to z wyraźnym brakiem smaku i konsekwencji. A jednak był. Zadowolony zajął w nim najlepszy, reprezentacyjny pokój, ten z najładniejszym widokiem i niedawno wymienionymi tapetami w fantazyjne, acz dyskretne kwiaty w odcieniach brązu i zieleni. Był jedynym gościem i mógł wybierać, tylko po co. Wspomniany widok nie odbiegał od oczekiwań: okna wychodziły na rynek. Ten był zaskakująco przestronny. Zapewne kiedyś był to solidny plac targowy i może nawet dużo się tu działo – raz na jakiś czas. Ale było to bardzo dawno temu. Teraz w czworokącie ulic rosły rzędami klony, przestrzeń wybrukowano i gdzieniegdzie ustawiono ławeczki. W sumie sprawiało to bardzo miłe wrażenie, zwłaszcza, gdy, tak jak teraz, słońce chyliło się ku zachodowi oświetlając wieżę kościoła i rząd parterowych, a czasem nawet piętrowych domków Wyglądając przez okno Hieronim zauważył po drugiej stronie kawiarnię. Nikt by się jej tu chyba nie spodziewał, ale skoro już była i to otwarta postanowił napić się czegoś zabijając czas, którego akurat miał nawet w nadmiarze, a tak mu się przynajmniej wydawało.

Kawiarnia we wnętrzu była skromna, co było zrozumiałe i poniekąd przytulna. Stały w niej cztery małe mające najlepsze lata dawno za sobą stoliki otoczone krzesłami i fotelami w różnych konwencjach, generalnie także dość wiekowymi i zużytymi przez czas, ale za to zaskakująco wygodnymi, jeśli wybrało się właściwie. Hieronim usiadł przy oknie. Zanurzył się w głęboko uginającym się wnętrzu. Tak lubił. Rzucił okiem na kartę propozycji napojów i deserów. Nie była specjalnie rozbudowana, ale była w niej kawa, na czym właściwie zależało mu najbardziej. Po kilku minutach podszedł doń człowiek o wyglądzie także nieco zużytym, dokładnie w klimacie umeblowania, ale utrzymany nienagannie, a przynajmniej próbujący sprawiać takie wrażenie. Do czarnych wąskich spodni i kamizelki w jakiś sposób pasował ciemnozielony fartuch i zmierzwiona strzecha siwych włosów.

– Co podać? – zapytał.

– Na razie kawę poproszę. Zastanowię się jeszcze.

Kawa pojawiła się dość szybko. Zanurzony w fotelu delektując się, na ile się dało, gorącą, gorzką, bo Hieronim kawy nie słodził, zawartością filiżanki, wyglądał przez okno. Na wprost widział front hotelu i fasady przylegających doń reprezentacyjnych domów. Z jednej strony była chyba siedziba władz miejskich. Urzędowa tabliczka wisiała przy wejściu. Dalej biblioteka i zakład fotograficzny. Z drugiej strony sklep ogólnospożywczy, obok chyba bank, albo jakaś inna instytucja o podobnym charakterze, może poczta. Dalej kilka zwykłych domów zamieszkałych przez tubylców, potem może księgarnia i coś co wyglądało na gabinet lekarski. Dalej zapewne warsztat samochodowy i jeszcze jeden sklep. Wszystko, co niezbędne, było po drugiej stronie ulicy i tam też ludzie chodzili w tę i w tę niosąc swoje sprawy, swoje sprawunki, problemy swoje, zapewne. Dzieci przebiegały w podskokach z hałasem, starsza pani z chodzikiem powoli. Na pierwszy rzut oka zupełnie zwyczajna ulica w zwykłym miasteczku. Kawy ubywało, powoli stawała się coraz chłodniejsza, słońce zniżało się systematycznie, ludzie mijali się i wtedy przed oknem kawiarni pojawił się kot. Właściwie kotek, małe kociątko barwy popielatej. Wyglądało jak pospolity dachowiec, ale zadbany jakiś, syty. Pojawił się znienacka, jak to koty maja we zwyczaju. Usiadł na chodniku na wprost okna i zaczął gapić się. Hieronim początkowo go ignorował. W końcu może ma kotek jakiś powód, jakiś koci powód, by tak siedzieć. Kocie powody zwykle odlatują szybko, a jeśli nie, nudzą się kotom po paru minutach. A tu czas mijał i kocię nie przestawało wpatrywać się w Hieronima. Poczuł się nieswojo. Oczywiście było to całkowicie nieracjonalne. Nie sposób przypisać kotkowi jakiś głębszych przemyśleń, które mogłyby usprawiedliwić logicznie jego nachalne wpatrywanie się, a jednak pewien niepokój zaczął udzielać się.

– To pana kot? – spytał kelnera, który zupełnie bez powodu pojawił się obok.

– Nie, skąd!

– Co on się tak gapi?

Kelner otworzył drzwi, wychynął na zewnątrz i powiedział coś cicho do kotka. Ten jakby zrozumiał, bo podniósł się powoli i oddalił z kocią godnością. Hieronim przyglądał mu się, gdy przechodził na drugą stronę ulicy. Przez chwilę kotek zatrzymał się przy księgarni, jakby przeglądał tytuły, a potem wsunął się przez niedomknięte drzwi do gabinetu lekarskiego. Choć może nie był to gabinet lekarski, z tej odległości trudno było rozstrzygnąć.

– Co tam jest? – spytał kelnera wskazując na drzwi, za którymi zniknął popielaty kotek.

– Księgarnia.

– Nie, nie tam. Następny.

– A to… Weteryniarz. – przyznał po chwili zastanowienia, może wahania i szybko skierował się na zaplecze.

– Weterynarz? Tam kot poszedł… – kelner nie zareagował. – A może mają Państwo jakieś ciasto? – próbował zatrzymać go Hieronim.

Kelner odwrócił powoli, jakby zastanawiał się, czy warto, ale w końcu taką miał pracę.

– Przykre, ale, tylko wczorajsza szarlotka została. Nieświeża. Nie polecam.

Szczerość kelnera mogłaby wzruszyć Hieronima, ale nie wzruszyła tym razem. Spojrzał, co dzieje się za oknem. Drzwi do gabinetu weterynarza zamknęły się w międzyczasie. Kotek najwyraźniej pozostał wewnątrz. Koty dobrowolnie nie chodzą do weterynarza, pomyślał Hieronim. Raczej wprost przeciwnie. Co mogło skłonić kotka, by postąpił tak niekonwencjonalnie. A może nie był to zwykły weterynarz? Może w ogóle nie był to weterynarz?

– A może jednak bym spróbował kawałek tej szarlotki. Lepszy rydz niż nic – zażartował bez przekonania.

– Nie polecam. – powtórzył – A w ogóle to zaraz zamykamy.

Hieronim chciał wyrazić zdumienie, ale nie zdążył, bo zasuszony jegomość oddalił się wyjątkowo sprawnie.

– No jak, zamykamy?… o tej porze?

Ale odpowiedzi nie doczekał się. Kelner zniknął. Po chwili za kontuarem przygasło światło, dając wyraźnie do zrozumienia, że z tym zamykaniem, to nie był żart. Hieronim położył obok opróżnionej filiżanki dokładnie odliczoną kwotę, bez napiwku żadnego, taki postanowił być złośliwy i wyszedł na pustą ulicę. Przeszedł się trochę w lewo. Nic tam nie było. Zawrócił. W prawo trochę i tam też nie było nic ciekawego. Wrócił do hotelu. Do kolacji zostało trochę czasu. Jedyne, co przyszło mu do głowy to drzemka.

Obudził się dokładnie wtedy, kiedy chciał. Miał taką zdolność od zawsze. Wyjrzał za okno. Drzwi kawiarni były zamknięte. Właściwie nie działo się nic. Pustą ulicą szedł starszy przygarbiony lekko człowiek. Niósł jakiś pakunek. Wyglądało to jak klatka z papużką nakryta cienkim kocykiem dla psychicznego komfortu ptaka – jeśli był tam ptak. Hieronim nie zwrócił na niego początkowo w ogóle uwagi. Nie rzucał się w oczy. Nie rzucał się w oczy na tyle, że aż zwracało to uwagę, jeśli ktoś przyjrzał się uważniej. Szedł powoli. Minął kawiarnię i przeszedł na drugą stronę niemal na wprost okna zza którego Hieronim obserwował go coraz bardziej. Nie wiedział jeszcze co, ale było w tym człowieku coś niepokojącego. Gdy wszedł na chodnik, zniknął z pola widzenia Hieronima i ten musiał otworzyć okno i wychylić się, by zobaczyć, jak zamykają się za człowiekiem z klatką drzwi gabinetu weterynaryjnego.

I znów ulica pogrążyła się w bezruchu nadchodzącego wieczoru małego miasteczka, w którym nic nie powinno się dziać o tej porze. Nie powinno, ale jednak chyba działo się. Hieronim zaczął obserwować ulicę. Nie patrzył tak sobie, bez sensu. Tym razem już obserwował. Nie trwało długo, nim kolejne niepokojące drobiazgi rzuciły mu się w oczy. Niebawem pojawił się znowu na ulicy ktoś niosący delikatnie pudełko, może koszyczek, pakunek rozmiarów niewielkich, akurat takich, by można było w nim przenosić nieduże zwierzątko. Zachowywał się też nie do końca normalnie. To znaczy właściwie normalniej niż normalnie zachowujący się ludzie. Szedł krokiem zdecydowanym, ale nie za szybkim i z drugiej strony jednocześnie nie za wolnym. Krokiem w sam raz. Takim, jakim powinni chodzić ludzie normalni nie mający nic, ale to zupełnie nic do ukrycia. Nie rozglądał się też na boki, ale także nie wlepiał wzroku w jakiś określony punkt przed sobą, w nieistotny element chodnika, czubki butów, tak jakby bał się zdradzić spojrzeniem coś, co próbował ukryć głęboko. Nie pogwizdywał rzecz jasna, nie uśmiechał się do siebie, nie marszczył brwi, nie pociągał nosem. Szedł doskonale obojętny, choć skupiony, zdecydowany i pozornie rozluźniony. Pozornie. Było w nim także coś, czego Hieronim nie potrafił zdefiniować. Coś niezauważalnego, coś czego normalnie nikt by nie zauważył – gdyby nie obserwował uważnie.

Człowiek z pudełkiem zniknął za drzwiami weterynarza i znów totalny bezruch opanował widok za oknem. Na jakieś piętnaście minut. Gdy minął kwadrans na ulicy pojawiła się nieduża staruszka z dużą torbą. Powoli dreptała w kierunku gabinetu weterynarza i jakby nigdy nic weszła do środka.

Hieronim ze swoim doświadczeniem zawodowym oszacował prawdopodobieństwo tego, że w odstępie kilkunastu minut w tak niedużym miasteczku – ile tu może być mieszkańców? tysiąc, góra pięć – naraz zachorują dwa małe zwierzątka i trafią, zostaną jedno po drugim przyniesione, do gabinetu. Wyszło mu, że jest to prawie niemożliwe. Ale Hieronim miał doświadczenie większe niż przeciętny pracownik Instytucji. Przeanalizował z kolei swoje rozumowanie i znalazł w nim kilka nieścisłości. Oczywiście gabinet weterynaryjny w małym miasteczku nie musi być otwarty codziennie po osiem godzin. Jeśli otwierają go tylko we wtorki na dwie, trzy godziny, to wtedy właśnie wszystkie chore zwierzęta są tam przynoszone z nadzieją na wyleczenie. A dziś był wtorek. Hieronim skarcił sam siebie za brak profesjonalizmu i zbyt pochopne wyciąganie wniosków. Zrozumiał, że na awans może jeszcze jest trochę za wcześnie. Ale fakt, że sam od razu skorygował swój błąd wlał w jego duszę odrobinę optymizmu. Aby rozstrzygnąć wątpliwości, wystarczyło zejść na dół i sprawdzić godziny otwarcia gabinetu. Hieronim zszedł.

Okazało się, że to jednak nie takie proste. Na drzwiach wisiała wprawdzie tabliczka z nazwiskiem i lakonicznym wyjaśnieniem: „lekarz weterynarii”, lecz brak było informacji o godzinach przyjęć. Hieronim nie był z natury człowiekiem czynu. Po krótkim zastanowieniu postanowił jednak dowiedzieć się wszystkiego w środku. Nacisnął klamkę. Spotkało go duże zaskoczenie. Drzwi były zamknięte. Spróbował raz jeszcze. Nie ulegało wątpliwości: zamknięte. Poszukał wzrokiem dzwonka, ale nie było go. Zapukał lekko zastanawiając się, co powie, gdy drzwi się otworzą. Jego pukanie z weterynaryjnego punktu widzenia było zupełnie nieuzasadnione. Okazało się, że niepotrzebnie się martwi. Nikt mu nie otworzył. Dla formalności zapukał raz jeszcze, nieco głośniej i odszedł, po części zadowolony, że nie wyszedł na durnia, ale jednak z pewnym niedosytem. Jego wątpliwości pozostały nierozwiane.

Jedząc kolację uświadomił sobie coś jeszcze: jeśli staruszka z torbą weszła kilka minut wcześniej, nim on stwierdził, że nikt za drzwiami nie odpowiada, to jak mogła stamtąd wyjść? Na ogół, a właściwie zawsze, jeśli ktoś przychodzi do lekarza, czy to dla zwierząt, czy dla ludzi, to jednak w końcu wychodzi. Oczywiście staruszka mogła wrzucić swój problem do wnętrza razem z torebką, wybiec od razu i uciec z rynku nim on wyszedł na ulicę. Ktoś jeszcze musiałby w tym samym czasie zamknąć drzwi i schować się udając, że nie ma go tam. Jeśli staruszka była rzeczywiście staruszką, nie mogła odbiec chyba tak szybko. Oczywiście mogła być kimś zupełnie innym w przebraniu, ale takie rozwiązanie osiąga już granicę absurdu. Staruszka nie wyszła od weterynarza i to nie było normalne.

Takie myśli podczas kolacji może nie sprzyjają trawieniu, ale powodują, że je się szybciej i mniej. Można by je zalecać osobom poszukującej odpowiedniej diety na nadwagę. Hieronim nadwagi nie miał, a nawet, gdyby miał, nie przyszłoby mu to teraz na myśl. Gdy tylko skończył jeść, wyszedł przed hotel i usiadł na jednej z ławeczek tak, by mieć na widoku wejście do gabinetu weterynaryjnego. Nie spodziewał się wiele, bo gabinet był już przecież zamknięty, a i na zewnątrz robiło się ciemno, ale że było ciepło i nie miał nic lepszego do roboty, równie dobrze mógł siedzieć tu, jak i gdziekolwiek indziej.

Małe miasteczka o zmierzchu nie są tak nudne, jak można by sądzić. W oknach powoli zapalają się światła i czasem widać przez niedomknięte firanki jakiś ruch. Widać też światła włączonych telewizorów oglądających w większości ten sam program z tym samym odcinkiem tego samego serialu. Zdarza się, ze skądś dobiegają odgłosy i inne. Ludzie może kłócą się, może się godzą akurat, może kochają, a może mordują, jak to w filmach, nie słychać wyraźnie . Czasem zaszczeka pies, którego może pora wyprowadzić, ale na to jeszcze nie czas, jeszcze z godzinkę. Z restauracji na tyłach hotelu dobiegał coraz głośniejszy gwar, choć gości niewielu. Czas mijał leniwie, a Hieronim siedząc w cieniu zastanawiał się nad czymś zupełnie bez znaczenia. Czekał. Czekał, choć nie wiedział zupełnie na co.

A kto czeka, doczeka się, jeśli tylko czekać będzie dostatecznie długo. Sprawdziło się to w przypadku Alicji w krainie czasów, sprawdziło się i w przypadku Hieronima: czekał zaledwie niecały kwadrans. Nie zauważył skąd pojawił się na ulicy kolejny starszy pan z paczką pod pachą. Szedł zdecydowanym, a jakże, krokiem w kierunku gabinetu. Wewnątrz nie paliło się światło. Wyraźnie było zamknięte. Hieronim przyglądał się ciekawy, co stanie się za chwilę. Nie spodziewał się jednak tego, że starszy pan wyjmie z kieszeni klucz, otworzy sobie drzwi i szybko zniknie wewnątrz. Trwało to krócej niż sekundę i znów na ulicy nie było nikogo i wszystko było takie, jak przed chwilą. W gabinecie nie zapaliło się żadne światło, zastanawiające. Gdyby ktoś teraz dopiero pojawił się tu, zobaczyłby małe senne miasteczko, w którym nie dzieje się nic, no bo co mogło by się dziać. Ktoś wyprowadził na spacer owczarka niemieckiego, który załatwił się pod najbliższym drzewem. Jak co wieczór.

Pora była jeszcze wczesna, zresztą Hieronimowi ochota na sen odeszła zdecydowanie. Potem może będzie tego żałował, ale na razie postanowił poczekać, aż starszy pan wyjdzie z gabinetu. Każda logika wskazywała na to, że musi to kiedyś nastąpić. Domy w rynku nie miały drugiego wyjścia, od innej strony, od strony zaplecza. Głownie z braku innej strony – było to małe miasteczko. Czas mijał. Hieronim przesiadł się na inną ławeczkę. Dokładnie taką samą, ale zmiana kąta widzenia pozwoliła mu zachować skupienie na następnych kilka minut. Hieronim nienawykły do takich działań rozpraszał się na rzeczach nieistotnych, oddając się podróżom w wyobraźni, zamiast poświęcać się temu, co istotne. Starszy pan, jak nie wychodził, tak nie wychodził. Właściwie można by już było zakładać się o duże sumy, że raczej na razie nie wyjdzie. Hieronim zakładał optymistycznie, że jeszcze kiedyś jednak wyjdzie. Wszystko co wiedział dotąd o gabinetach weterynaryjnych, skłaniało do takich założeń, choć pewne wątpliwości mogły już zacząć kiełkować w jego umyśle. I gdy tak się nad tym zastanawiał, minęło kolejne pół godziny i wtedy niespodziewanie nadszedł ulicą kolejny starszy pan z paczką. To już była przesada! Hieronim wstał i skierował się w jego stronę. Nie zdążył. Nagle staruszek przyspieszył i to tak, że wyminął go, otworzył drzwi i zniknął wewnątrz szybciej, niż Hieronim zdołał zareagować. Dodajmy, że, zaskoczony, nie bardzo wiedział od razu, jak zareagować powinien.

Hieronim stał tak dłuższą chwilę wpatrując się w zamknięte drzwi. Własna bezsilność, żeby nie nazwać tego dosadniej, wprowadziła go w nastrój głębokiej determinacji. Nie mógł pozwolić, by jakkolwiek sprytna banda staruszków pod samym jego nosem bezkarnie wchodziła do zamkniętego gabinetu weterynaryjnego dodatkowo nie wychodząc zeń wcale. Zdenerwowany usiadł na ławeczce, a uspokoiwszy się skonstatował, że kolejni wieczorni, a właściwie już nocni goście gabinetu pojawiali się niemal dokładnie co pół godziny. Spojrzał na zegarek.

Minęło dwadzieścia minut. Hieronim podniósł się z ławeczki i podszedł do drzwi gabinetu. Tym razem nie da się zaskoczyć! I rzeczywiście, nie dał się. O właściwej porze u wylotu ulicy pojawiła się staruszka z pudełkiem po butach w ręku. Powoli szła w jego kierunku niespeszona wcale jego obecnością.

– Co pani tam ma? – spytał dość bezceremonialnie, gdy zatrzymała się przed drzwiami.

Staruszka podniosła głowę, a jej spojrzenie nie było zwykłym spojrzeniem staruszki idącej ulicą z pudełkiem po butach. Jej oczy wyraźnie jarzyły się niebieskawo. Popatrzyła na Hieronima raczej bez zdziwienia, jakby spodziewała się tego pytania.

– Kotka. – odpowiedziała.

Trudno powiedzieć, czy Hieronim takiej odpowiedzi spodziewał się też. W końcu podświadomie chyba jednak tak, ale bezpośredniość staruszki wprowadziła go w zmieszanie po raz kolejny. Zupełnie nie wiedział, co ma teraz powiedzieć. Czuł, że powinien coś zrobić, zareagować na tę jawną prowokację, ale właśnie dotarło do niego, że nie potrafił wykonać najmniejszego ruchu. Staruszka odsunęła go bez wysiłku jedną ręką, po czym otworzyła drzwi i weszła do ciemnego wnętrza. Hieronim odzyskał władzę w członkach dopiero, gdy klucz obrócił się w zamku zamykając drzwi gabinetu po raz kolejny.

Hieronim pomyślał przez chwilę, że najprostszym wyjaśnieniem tego wszystkiego jest to, że po prostu śni i że gdy się obudzi wszystko będzie znów normalnie. Żadnych kotków, staruszek i nic z tych rzeczy. Mógłby teraz pójść do hotelu i położyć się spać. Tylko, zastanowił się, jego sen byłby śniony we śnie i nie wiadomo by było, w jakiej rzeczywistości obudziłby się z niego. Trudna sprawa. No, a poza tym, to nie był sen. Chłodny wiaterek był bardzo realny. Postanowił dać sobie jeszcze jedną szansę. Jeszcze pół godziny. W końcu jutro musi już pojechać do M. i powinien być wyspany. Znów usiadł na ławeczce i obserwował mijający czas.

Tym razem nie minęło pół godziny, kwadrans najwyżej, gdy otworzyły się drzwi z jednego z domów po drugiej stronie ulicy i wyszła zeń kobieta. Nie miała nic w rękach, co Hieronim zauważył od razu i tym samym stracił dla niej większość zainteresowania. Po chwili jednak zmuszony był zainteresować się nią znowu, gdyż wyraźnie szła w jego kierunku. Poczuł lekki niepokój. Zatrzymała się przed nim. Wstał nie wiedząc, co powiedzieć. Ona milczała także przyglądając mu się uważnie. Widać ogląd wypadł pozytywnie, bo powiedziała:

– Ja przepraszam, że tak zapytam… – zawahała się – Zauważył pan też?

– Co przepraszam?… – Trzeba przyznać, że nie był to fortunny początek rozmowy z nieznajomą, ale w końcu kobietą.

– No ich.

– Ich? … Tak zauważyłem. A co?

Rozmowa wyraźnie nie kleiła się.

– Może usiądźmy. – zaproponował.

Usiadła, Hieronim też.

– Ja tu mieszkam. – zaczęła opowieść, która zaczynała toczyć się coraz płynniej. – Właściwie naprzeciw gabinetu. Nie wiem, co się dzieje, ale od kilku dni wchodzą tu jacyś ludzie, których nigdy nie widziałam na oczy. Obcy. Oni tu nie mieszkają. Wchodzą i nie wychodzą. Nie wiem, ilu ich tam jest, ale pewnie już ponad setka.

– Wydaje mi się, że przychodzą dokładnie co pół godziny. Zauważyła pani? – pochwalił się swoim odkryciem sprzed paru chwil.

– Tak, dokładnie. To chyba nienormalne.

– No, ale chyba ktoś się tym powinien zainteresować, interweniować, skoro to już trwa. To podejrzane. Tak myślę.

– Najdziwniejsze, że chyba nikt tego nie zauważył. Albo udają.

– Tam w kawiarni jest kelner, taki zasuszony gość, który chyba coś wie, ale udaje, że nie. Tak myślę. – Hieronim podzielił się swoimi obserwacjami z popołudnia.

– Nie wiem, co myśleć.

– Coś jest nie tak. I mówi pani, że nikt nic nie robi? A weterynarz? Co to za jeden?

– Nie wiem. Nie znam go. Nie mam żadnego zwierzaka, to nie miałam z nim kontaktu.

– A ja myślałem, że w małych miasteczkach to wszyscy się znają. – rzucił Hieronim, ale po chwili zmitygował się – Nie żebym miał coś na myśli. Tak myślałem sobie.

– Fakt, to małe miasteczko. Ale to się tylko tak wydaje. Nie wiem nawet, jak on wygląda. Zresztą przyjechał do nas nie tak dawno. Przedtem był tu pan Kazimierz. Jego znałam. Był miły. A tego nie znam.

Zapadła cisza. Zmiana tematu byłaby nie na miejscu, a w temacie weterynarza i jego gości, ani jemu, ani jej nic nie przychodziło do głowy. Wreszcie odezwał się Hieronim.

– Wie pani, myślę, że ktoś następny przyjdzie tu za jakieś pięć minut. Poczekajmy na niego. Może coś się wyjaśni.

– Z panem jakoś się nie boję… Znaczy mniej się boję. – pochyliła głowę, a Hieronim skłonny był przysiąc, że zarumieniła się, choć chyba po ciemku nie mógł tego zauważyć. Sam za to podświadomie wypiął pierś. Poczuł się trochę jak Superman, oczywiście zachowując właściwą skalę: taki superman przez umiarkowanie małe „s”.

I rzeczywiście. Od strony hotelu zbliżał się ktoś. Tym razem starszy pan z koszykiem nakrytym chusteczką. Szedł powoli, jak oni wszyscy. Hieronim był zdecydowany.

 – – -

Nieobecność Hieronima na konferencji w M. została zauważona. Nie dlatego, że był kimś ważnym, po prostu było w zdecydowanie złym tonie nie pojawiać się na takich spotkaniach. Było to na tyle niezwyczajne, że nikt nie pamiętał, aby zdarzyło się kiedykolwiek w ostatnich latach. Ktoś przypomniał sobie, że podczas kryzysu w Darfurze na podobnym spotkaniu nie pojawił się ktoś, kto pojawić się powinien. Uznano tę nieobecność za uzasadnioną dopiero po znalezieniu, kilka miesięcy później, jego ciała na pustyni, mimo to jednak nikt jej nie usprawiedliwiał. Uznano ją za dużą niezręczność.

Poszukiwania Hieronima rozpoczęto następnego dnia. Prześledzono trasę jego podróży niezakończonej w M. aż do małego miasteczka, w którym zatrzymał się na noc. Najprawdopodobniej zajrzał tam do kawiarni, podobno ktoś widział go wychodzącego w nocy z hotelu, ale nie było pewności, czy to był on, zwłaszcza, że inny świadek mówił o tym, że ktoś w nocy siedział na ławce na rynku w towarzystwie młodej kobiety. Zaginięcie Hieronima zostało odnotowane, a że nie był kimś ważnym, zapomniano o nim. Niektórzy czekali być może na odnalezienie ciała, ale nie dłużej niż miesiąc, dwa.

Od tamtych wypadków minęły prawie dwa lata. W małym miasteczku prawie wszystko wyglądało znów tak jak wtedy, jak zawsze. Uprzątnięto gruzy pozostałe z budynków lecznicy weterynaryjnej i księgarni i postawiono w ich miejsce zupełnie zwyczajny dom z warsztatem szklarskim na parterze. Zasypano pozostałości wielkiego leja i odnowiono rynek. Nowe ławeczki ufundował jeden z lokalnych biznesmenów, producent znanych w okolicy wędlin. Nowe klony zasadzone na miejscu tych starych, które padły tamtej nocy, rosły powoli, acz systematycznie, nie dając jeszcze zbyt wiele cienia, ale obiecując go dużo już niedługo. Cukiernia niezmiennie oferowała kawę i herbatę nielicznym klientom. Hotel także nie zmienił się ani na jotę. Na dworzec kolejowy przyjechał właśnie pociąg. Wysiadło zeń troje ludzi: starsze małżeństwo wracające z wizyty u dalszych krewnych i młody człowiek z niedużą walizeczką. Nie był to Hieronim, choć pewne podobieństwo można by zauważyć. Nie wiadomo kim był, ani po co przyjechał. Udał się do hotelu, wynajął pokój z widokiem i resztę wieczoru spędził w kawiarni. Właściciel zaproponował szarlotkę. I nie zdarzyło się tego wieczoru nic niepokojącego, nic nie zakłóciło spokoju małego miasteczka. Nikt od jakiegoś czasu nie widział tu też żadnego kotka.  

Koniec

Komentarze

Cześć.

Twój poziom arogancji i bezczelności (choć powiedziałbym, że zwykłego nieokrzesania) nie jest “pewnością siebie”.

To według mnie wszystko, na co zasługujesz, gdy myślisz o komentarzu.

Teraz, zgodnie z tym, co napisałeś na początku, wejdź na górę i podziękuj. Ładnie podziękuj.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Problemy z czytaniem nie pozwoliły mi zapoznać się z tekstem.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Odcinek z serii “Dramatyczne kariery, błyskawiczne upadki”.

Hieronim pracował w instytucji, której trzyliterowy skrót niektórym mówił wszystko, ale większości ludzi nie mówił niczego. Była to instytucja zdecydowanie tajna. Zajmowała się wieloma dziedzinami naszego życia. Zbyt wieloma, by ktokolwiek mógł w pełni ocenić jej zasięg i możliwości, ktokolwiek, oczywiście, ze zwykłych śmiertelników, albo i nawet z wąskiego grona wtajemniczonych w jakimś tam stopniu. Niektórzy z mówili, że nikt w ogóle, nie wyłączając najwyższego Szefa, nie wie tego do końca. Właściwie nie było to ważne. Instytucja istniała

ZUS? Ale na przyszłość może lepiej nie rozwodzić się tak nad opisem jakiejś rzeczy tylko po to, by na koniec stwierdzić, że tak właściwie, to wszystko jest jednak nieważne.

Wibigu, jeśli to nie jest skończone opowiadanie, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

 

edycja

Co Cię skłoniło, Wibigu, by wrzucić tekst na portal dla analfabetów?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam. A reszta Autora nie interesuje.

Babska logika rządzi!

Dopiero teraz przeczytałam przedmowę:D Jak dobrze rozumiem można zamieszczać jedynie komentarze pochwalne?  No, mój będzie zawierał pochwałę, bo trudno nie chwalić takiego świetnego tytułu <3 Jeszcze tak dobrodusznie zmienionego z łaskowości samego AAutora przez dwa wielkie A < 3 dla  analfabetów, którzy z “ Nieekstensywnością kotowatych” nie potrafiliby dać sobie rady, ale “Kotka” już przełkną ;) 

 

I nie ma za co, bo już przecież z góry podziękowałeś za moją opinię,  której podobnych zamieszczania sobie nie życzysz,  AAutorze;)

 

 

Miałem ominąć, ale że mój dyżur to chociaż napiszę: “nie przeczytałem, ale nie podobało mi się” (swoją drogą to brzmi słabo).

Chyba nikt się nie obrazi…

To przestaje być śmieszne…

F.S

Jeśli chodzi o konstrukcję, to sugerowałbym krótsze akapity odnarratorskie. I dialogi, szczególnie na początku, gdy następuje wprowadzenie do wydarzeń głównych, co mocniej angażowałoby odbiorcę, przy okazji wtedy postacie opiszą się same.

Odkrycie dotyczące tajemniczych zjawisk chyba byłoby korzystniej rozłożyć na nieco dłuższy czas albo ukazać więcej wydarzeń typowych, te dziwne czyniąc przez to mniej oczywistymi. Niech dzieją się na granicy tego, co dostrzegalne dla wszystkich, od tego, co możliwe do zobaczenia dla pojedynczego obserwatora, w tym wypadku Hieronima. Kontrast tych dwóch oglądów zakłócałby pewność co do realności zjawisk, przez to niepokoił.

W ogóle niech to będzie bardziej senne miasteczko, takie zwykłe, a niesamowitość ujawnia się stopniowo. Tu od razu czytelnik wie, że coś się dzieje. Zaskoczenie byłoby korzystniejsze. Oczywiście moim zdaniem.

 

Nie­obec­ność Hie­ro­ni­ma na kon­fe­ren­cji w M. zo­sta­ła za­uwa­żo­na. Nie dla­te­go, że był kimś waż­nym, po pro­stu było w zde­cy­do­wa­nie złym tonie nie po­ja­wiać się na ta­kich spo­tka­niach. Było to na tyle nie­zwy­czaj­ne (…)

Za duże skupiska czasownika być. Zresztą nie tylko w tym przypadku.

 

(…) przed oknem ka­wiar­ni po­ja­wił się kot. Wła­ści­wie kotek, małe ko­ciąt­ko barwy po­pie­la­tej. Wy­glą­da­ło jak po­spo­li­ty da­cho­wiec, ale za­dba­ny jakiś, syty. Po­ja­wił się znie­nac­ka, jak to koty maja we zwy­cza­ju. Usiadł na chod­ni­ku na wprost okna i za­czął gapić się. Hie­ro­nim po­cząt­ko­wo go igno­ro­wał. W końcu może ma kotek jakiś powód, jakiś koci powód, by tak sie­dzieć. Kocie po­wo­dy zwy­kle od­la­tu­ją szyb­ko, a jeśli nie, nudzą się kotom po paru mi­nu­tach. A tu czas mijał i kocię nie prze­sta­wa­ło wpa­try­wać się w Hie­ro­ni­ma. Po­czuł się nie­swo­jo. Oczy­wi­ście było to cał­ko­wi­cie nie­ra­cjo­nal­ne. Nie spo­sób przy­pi­sać kot­ko­wi jakiś głęb­szych prze­my­śleń (…)

Dalej podobnie z kotem. Trzeba by zmienić formę na alternatywną: zwierzę, stworzenie itp., w formach przymiotnikowych zamiast koci powód, chociażby na: własny, osobliwy, jedyny w swoim rodzaju itp.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Jastek co ty!? Przecież autor sobie nie życzył poprawek. Przedmowę przeczytaj i się pośmiej :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytrix, jestem ponurakiem pozbawionym poczucia humoru. I choć przyznam, że da się z tym żyć, to  jednak trudno.

Choć Autor zarzuca, że nie czyta się do końca i ze zrozumieniem, to się postarałem, dlatego pomijam ortografię i interpunkcję, bo tego sobie życzy. Niech ma. W gruncie rzeczy poświęcam uwagę niemal samej konstrukcji. Ona sprawdzi się zarówno w opowiadaniu, jak i w czym innym. No i napracował się, a wolę zająć się tym, co przedstawia niż nim samym.

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Można i tak do tego podejść, dosyć rozsądnie :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Tyle że na portalu jest tak wielu piszących, z którymi pracuje się znakomicie, którzy są wdzięczni za przeczytanie ich opowiadania i za ewentualne rady, podczas gdy autor Kotka wykazuje postawę dość osobliwą, w dodatku, mimo kilku zamieszczonych tekstów, do tej pory nie splamił się żadnym komentarzem.

Chyba nie warto stawiać się w roli dziada, który gada go obrazu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Komentarz Reg świetnie podsumowuje tę i inną dyskusję. Jeśli Autor nie chce współpracować, to nie. I nic nam do tego… Do Jego tekstów też. Lepiej skupić się na chcących.

F.S

Mytrix, dzięki za dobre słowo, ale z rozsądkiem miewam pewien kłopot, w postaci jego znacznego niedoboru :)

 

regulatorzy, Autorzy są kapryśni. A jak za kilka lat taki lekceważony spłodzi arcydzieło? Serce drży z lęku, że Mu się szkodziło,  bo przecież mógłby się zniechęcić, co szkodą niepowetowaną dla czytelników. Arcydzieł wszak tyle, co kot napłakał. A obraz jak Bóg, może nie odpowiada, ale czy to znaczy, że nie słucha?

 

Widzę, że wątek rozwija się całkiem obok omawianego utworu. Pozwolę więc sobie go nie ciągnąć.  Omawiałem Kotka. Ewentualnie odniosę się do komentarza Autora, jeśli taki popełni.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Choć w oznaczeniu jest ‘fragment’ – to nie odczułam tego, wygląda spójnie. Sam początek z informacjami o Tajnej Instytucji mało zachęcający i mało istotny dla reszty opowiadania, ale historia z dziwnym weterynarzem intryguje. Czy miał on na imię Erwin?

Trafiło się kilka literówek (piec zaszczekał :)).

Nowa Fantastyka