- Opowiadanie: Realuc - W stronę słońca

W stronę słońca

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

W stronę słońca

– Dziś opowiem wam o ognistej kuli, zwanej słońcem.

Dziesiąty raz?

Cały klan gurloków, jak co wieczór, zebrał się w Wielkiej Pieczarze, aby słuchać opowieści Starego. Wszyscy siedzieli wokół podziemnego jeziora, prócz tego, który przemawiał. Ten stał na głazie wystającym pośrodku wody. Pomijając dygoczące nogi i zgarbioną postawę, niewiele się różnił od reszty, bowiem wszystkie gurloki wyglądały niemal identycznie. Wzrostem dorównywały co najwyżej ludzkiemu karłowi, skórę miały koloru ciemnego brązu, zasłoniętą jedynie w intymnych miejscach przez opaskę, stworzoną z kapeluszy jaskiniowych grzybów. Okrągłej czaszki nie pokrywał żaden włos, a większą część twarzy zajmowało oko, doskonale przystosowane do widzenia w ciemności.

– Całe życie spędzamy pod ziemią, ale wiedzieć musicie, że tam, na górze, wszystko wygląda inaczej. Mieszkają tam istoty zwane ludźmi, olbrzymy, których świat nie ogranicza się do ciasnych jaskiń i korytarzy. Nad głowami mają nieograniczoną przestrzeń…

Lecz nigdy, ale to nigdy nie myślcie nawet, aby zobaczyć tamten świat – dopowiedział sobie w myślach Guko. Rozejrzał się po innych i dostrzegł, że niemal wszyscy słuchają Starego z wielkim przejęciem, z szeroko otwartym okiem, jakby słyszeli tę opowieść po raz pierwszy. Jedynie jego przyjaciółka, Rika, która siedziała tuż obok, bawiła się kamieniem, nie zainteresowana słowami przemawiającego gurloka.

– …aby zobaczyć tamten świat. Dwie okrutne rzeczy was przywitają. Olbrzymy, o których mówiłem, nie znoszą przedstawicieli innych gatunków. Uważają się za najważniejszych i najlepszych, zdeptaliby nas jak robaki. A jeszcze okrutniejsze od ludzi jest słońce!

Westchnienia i jęki wypełniły Wielką Pieczarę.

– Tak, to jest nasz najgorszy wróg, gorszy nawet od pożeraczy, którzy tak nas prześladują. Jednak dopóki jesteśmy pod ziemią, nic nam nie grozi.

– Dlaczego to słońce jest takie złe? – odezwał się ktoś zza pleców Guko. Stary wskazał na swoje oko i odpowiedział:

– Kiedy ktoś z was chciałby chociaż popatrzeć na tamten świat, słońce wypali wam oko, roztopi skórę, zabije! Jest strażnikiem, który nie dopuszcza istot z podziemi na górę.

– A jeśli to olbrzymy zechciałyby zejść na dół? – dopytuje ten sam gurlok.

– Spokojnie, też mamy swojego strażnika. A jest nim ciemność. Przeciwieństwo słońca. Ludzkie istoty nic tutaj nie ujrzą.

Guko wystarczająco się już zanudził, więc postanowił zagadać do Riki. Szturchnął ją łokciem i odezwał się szeptem:

– Ale on głupoty gada, nie? Skąd może wiedzieć, jak tam jest i czy to całe słońce jest takie niebezpieczne, skoro nikt z nas nigdy nie był na powierzchni.

Rika wyrzuciła kamień do wody, jednak plusk nie oderwał żadnego gurloka od dalszej opowieści Starego. Popatrzyła na przyjaciela, uśmiechnęła się.

– A nie słyszałeś Legendy o Okomo Odważnym?

– Tak, słyszałem. Sto razy z ust Starego. Wystawił tylko rękę na zewnątrz i do swojego klanu wrócił już bez niej. To tylko legenda. Poza tym, ile razy on się już mylił? Tyle czasu wmawiał, żeby nie zbierać Białych Purchawców, bo są trujące, a okazały się pysznością, która wcale nam nie szkodzi. Albo, co mówił o Pożeraczach? Że są nieśmiertelne, że nie można z nimi walczyć. A jak Mulek zabił przez przypadek jednego, bo uciekając poruszył stertę kamieni, która zawaliła się na stwora, to Stary nie odezwał się ani słowem.

Rika wrzuciła do wody kolejny kamyk.

– To był przypadek i szczęście. Realnie patrząc, nadal ma rację. Nie można z nimi walczyć.

Dlaczego płeć przeciwna zawsze jest taka uparta!?

– Wszystko można, trzeba tylko chcieć! A jak mamy myśleć o walce z nimi, czy o czymkolwiek innym, co nie jest elementem naszej codzienności, skoro Stary wciąż wpaja nam strach przed wszystkim, ucząc jedynie jak się kryć i gdzie uciekać.

– Och, mój drogi przyjacielu. Jesteśmy tylko gurlokami, kiedy w końcu sobie to uświadomisz?

Rika pogłaskała Guko po głowie, a on poczuł się, jakby miała go za głupka, wymagającego troski. Wstał i ruszył w stronę wyjścia z pieczary, choć wiedział, że nie ominie go kara. Słuchanie opowieści Starego było bowiem obowiązkiem każdego członka klanu. Kolejnego dnia wyślą go pewnie do Górnych Korytarzy, gdzie nikt nie chce pracować, a wcześniej dostanie ostrą reprymendę od ojca i matki. Ale nie obchodziło go to.

Nie pierwszy i nie ostatni raz.

Wszedł do swojej rodzinnej jaskini, położył się na macie, wykonanej z tych samych grzybów, które opasały jego biodra i starał się zasnąć. Bardzo lubił spać. W swoich snach mógł być kimś więcej, niż tylko gurlokiem.

 

 

*

 

 

Następny dzień rozpoczął się bez żadnych niespodzianek. Wysłuchał przemowy ojca, który próbował go przekonać, jak ważne są opowieści Starego, a następnie do jaskini przyszedł strażnik, który nakazał Guko pracować w ten dzień w Górnych Korytarzach.

Ależ tu cuchnie.

Wypełniał skalne szczeliny lepkim, śmierdzącym mchem, który miał odstraszać wszelkie robactwo żerujące na podziemnych grzybach, głównym pożywieniu gurloków. Nie miał się nawet do kogo odezwać. Dostał na wyłączność mały, ciasny korytarz, z którym musiał się uporać do końca dnia. A w zasadzie do czasu, kiedy strażnik mający obchód, oznajmi koniec pracy, gdyż w podziemiach nie było przecież cyklu dnia i nocy. Dzień zaczynał się pracą, a kończył opowieścią Starego, po której nastawała pora snu. Kiedy upychał mech w jedną ze szczelin, ktoś wszedł do jego korytarza. Podskoczył przestraszony i niemal walnął głową o wiszący tuż nad nim stalaktyt.

– Mulek, to ty. Następnym razem daj jakiś sygnał czy coś.

Miał o wiele gorzej, niż Guko. Został przyłapany na nielegalnym handlu Czarną Purchawą, halucynogennym grzybem, surowo zakazanym. Trzydzieści dni pracy w Górnych Korytarzach i ograniczone posiłki.

Dziwi mnie, że się tu jeszcze nie udusił od tego smrodu.

– Siedzisz tu sam i pomyślałem, że pewnie nawet nie wiesz, że jest przerwa.

– I miałeś rację, dzięki. Chodźmy zaczerpnąć nie skażonego tym świństwem powietrza.

Wyszli na Główny Górny Korytarz. Reszta nieszczęśników, którzy też odbywali w tym miejscu swoje kary, siedziała pod zimnymi, kamiennymi ścianami, jedząc grzyby. Mulek sięgnął do kieszeni przy opasce, aby wyjąć swoje pożywienie i… zamarł, podobnie jak reszta, kiedy dobiegły ich z dołu krzyki i ten charakterystyczny, przeraźliwy dźwięk…

– Pożeracze!

Krzyknął ktoś. Gurloki wpadły w panikę, obijały się jeden o drugiego, biegając to w jedną, to w drugą stronę. Nagle przybiegł strażnik. Oznajmił drżącym głosem:

– Wszyscy wracają do swoich korytarzy, w których pracowali, ale już! Te bestie są za duże, żeby do nich wleźć, tam będziecie bezpieczni.

Nikomu nie trzeba było powtarzać dwa razy. Nikomu, prócz Guko. Mulek złapał go za rękę, kiedy tylko spostrzegł, że ten biegnie w przeciwną stronę, niż powinien.

– Co ty wyprawiasz!? Chowaj się!

– Na dole są moi rodzice! Nie zostawię ich tak!

Wyrwał się z uścisku kolegi, jednak zaraz objął go od tyłu strażnik, unieruchamiając obie ręce.

– Zostaw mnie! Mówię… że… na… dole… są… moi rodzice! No puszczaj!

Mulek próbował go jeszcze uspokoić:

– Mają swoje skrytki i już na pewno się w nich schowali. Tobie radzę to samo.

Pobiegł do swojego korytarza. Guko został sam ze strażnikiem, z którym nie był w stanie wygrać. Krzyki ucichły, za to dźwięki wydawane z paszcz pożeraczy zbliżały się w ich kierunku. Strażnik zwolnił uścisk i powiedział:

– Ja ratuję życie, a ty rób, co chcesz, choć teraz nie masz już chyba wielkiego wyboru.

Zniknął w najbliższej, wąskiej odnodze.

Oby byli cali i zdrowi. Oby nic im się nie stało… a Rika? No nie, przecież ona też była na dole!

Dźwięk skrobiących o kamień kolczastych odnóży był już naprawdę blisko. To przywróciło mu trzeźwe myślenie. Teraz nie mógł zrobić już nic więcej, jak się schować. Jak zrobić to, czego są uczeni i co zawsze czynią.

Ruszył ile miał sił w swoich krótkich, chudych nogach. Czuł już niemal na karku klekoczące szczypce depczącego mu za plecami pożeracza. W strachu zagubił się zupełnie i nie wiedział już, gdzie był jego korytarz. W ostatniej chwili wskoczył w pierwszy lepszy, a za nim rozległ się dźwięk uderzających o siebie kleszczy.

Miał szczęście. Wnęka była wąska i ciasna, sam ledwo wpychał się w jak najdalszy jej zakątek. Bestie wciskały jeszcze do środka swoje owłosione odnóża, przystawiały do otworu łeb, wypełniony wieloma parami oczu, jednak w końcu odpuściły. Guko oddychał ciężko i głośno, leżąc nieruchomo. Nie zważał na wbijające się w ciało ostre krawędzie skał.

Oby nic im się nie stało…

 

 

*

 

 

– To niemożliwe! Przecież… schrony…

– Byli akurat przy Wylotach. Nic nie mogliśmy zrobić.

Guko klęczał nad kamiennym kopcem swoich rodziców, a z jego oka płynęły rzewne łzy. Stary stał tuż za nim.

– To twoja wina! To wszystko twoja wina! I moja też, powinienem im pomóc, a nie chować się jak szczur!

Młody gurlok wstał i zaczął obkładać pięściami starczą klatkę piersiową klanowego mentora.

– Przykro mi. Naprawdę jest mi przykro.

Nagle podbiegła do nich Rika, wciskając się między Starego a swego przyjaciela.

– Guko, to nie jest niczyja wina. Pewne rzeczy są od nas niezależne.

– Nieprawda! – wykrzyczał w twarz przyjaciółce – jesteś taka sama jak on! Jak oni wszyscy! Zostawcie mnie samego…

Odwrócił się i padł na kolana, obejmując kamienny kurhan. Stary skinął na Rikę i po chwili oboje się oddalili.

Za co spotkała mnie taka kara!? Nie dość, że zawsze czułem się tutaj obcy, choć byłem jednym z nich, to teraz straciłem jedyne bliskie mi osoby.

– Za co to wszystko, ty cholerna Ciemności, ty przeklęte Słońce czy cokolwiek sprawujące nad nami pieczę!

Podniósł spory kamień leżący tuż pod kopcem, podbiegł nad brzeg podziemnego jeziora i rzucił z całych sił. Wpatrzył się w utworzone na powierzchni wody kręgi, które zniekształcały jego odbicie.

Tylko przez chwilę mogę być kimś innym. Kiedy woda się uspokoi, będę wyglądał tak, jak naprawdę. Nie można w nieskończoność rzucać kamieniami, aby mętnić swoje odbicie. W końcu zabraknie nam sił. Nie oszukamy samych siebie. Jestem tylko gurlokiem. Tylko gurlokiem.

 

 

*

 

 

Minęło trochę czasu, zanim Guko odezwał się do kogokolwiek. W pierwszej kolejności przyszedł do Riki. Przeprosił ją za swoje zachowanie i za to, że na nią krzyczał. Przez wiele kolejnych dni to ona była dla niego oparciem i jedyną osobą, przy której czuł się dobrze.

– Jutro mamy święto, nie musimy iść zbierać grzybów. Pomyślałam, że może wyskoczymy razem na Gejzery? – zapytała Rika, kiedy wracali do swych jaskiń po opowieści Starego.

– Jasne, czemu nie – odpowiedział Guko zniechęconym tonem. Wciąż trudno mu było cieszyć się z czegokolwiek.

– To super. Śpij dobrze, do jutra.

Pocałowała go w policzek i skręciła w boczny korytarz. Po chwili wkroczył do swojej samotni. Pustej jaskini, która była niegdyś domem dla całej jego rodziny. Padł na matę i zamknął oko. Czuł się wyczerpany, choć sam nie wiedział dlaczego. Zasnął, a w snach odwiedzały go setki gurloków i każdy coś do niego mówił…

Zrób to!

No dalej, nie bój się!

Co ci szkodzi, przecież nie masz nic do stracenia.

Będziesz bohaterem!

Tylko ona ci została, wyłącznie tak możesz jej pomóc!

Zrób im wszystkim na złość! Pokaż, że się mylili!

Wyobraź sobie minę Starego, kiedy wrócisz. To będzie bezcenna chwila.

Działaj, nim kolejny raz będzie za późno.

ZRÓB TO!!!

Wybudził się z krzykiem. Otarł pot z czoła i usiadł, chowając głowę między kolana. Odkąd pierwszy raz przyszła mu do głowy ta myśl, ten plan, ciągle nawiedzały go takie sny. Nagle zobaczył przed okiem obraz krwiożerczych pożeraczy i Rikę, która błaga rozpaczliwie o pomoc.

Moje sny mówią prawdę. Tylko ona mi została. Gdyby tak jeszcze jej coś się stało… nie mogę do tego dopuścić! Dość użalania się nad sobą!

Wstał, upchał w kieszeń swojej przepaski tyle grzybów, ile zdołał i cichym krokiem ruszył do wyjścia z jaskini. Nie miał pojęcia, jaka jest pora, choć wydawało mu się, że zasnął tylko na moment. Tak czy siak, wszyscy już lub jeszcze śpią, więc musiał poruszać się bezszelestnie. Wychylił głowę na korytarz. Pusto. Ruszył w stronę Górnych Korytarzy.

Początkowo chciał zwyczajnie próbować rozmowy ze Starym i z innymi członkami klanu. Przekonywać ich, że trzeba zmienić przyzwyczajenia i nie obawiać się tak wszystkiego, ale szybko wyrzucił z głowy ten pomysł. Wiedział, że prędzej poślubi pożeracza, niż przekona Starego do swoich racji. I nie, wcale nie zależało mu na dobru swych pobratymców. Chodziło tylko i wyłącznie o Rikę. Jako swój życiowy cel obrał sobie, aby ją chronić. Żeby już nigdy nie chować się, kiedy ktoś bliski jest w potrzebie. Jednak wiedział, że sam wiele nie zdziała. Tylko wspólnymi siłami gurloki mogłyby przeciwstawić się swemu wrogowi, pożeraczom. By tak się stało, należało sprawić, aby dostrzegli, że niemożliwe jest możliwe. Że nie trzeba się wszystkiego bać i przed wszystkim uciekać.

Może, kiedy raz czy drugi zwyciężymy i pogonimy te bestie, dadzą nam spokój? Przestaną traktować nas jak łatwą, strachliwą ofiarę?

Myślał wówczas.

Skoro nie przemówię do nich słowami, to muszę im to udowodnić.

Nie pożegnał się z Riką, która nazajutrz będzie na niego czekać zmartwiona. Nie zrobił tego z dwóch powodów. Po pierwsze wiedział, że będzie chciała go powstrzymać i tylko namiesza mu niepotrzebnie w głowie, a po drugie, nie dopuszczał do siebie myśli, że więcej się nie zobaczą. Miał nadzieję, że w najgorszym wypadku wróci niczym Okomo Odważny. Choć szczerze wierzył, że będzie znany jako Guko Odkrywca, pierwszy, który stanął przed Słońcem, a kwiat rosnący na powierzchni, który przyniesie jako dowód, stanie się symbolem zmian na lepsze.

 

 

*

 

 

Wiele razy chciał zawrócić. Gdy zabłądził w plątaninie ciasnych tuneli i krążył w kółko. Kiedy skończyły mu się grzyby, a korytarze, którymi akurat przemierzał, nie miały w sobie nic prócz suchej skały. Chciał też zawrócić nawet wtedy, kiedy nazbierał już nowe pożywienie oraz znalazł właściwą drogę, a przynajmniej wydającą się taką, bo pięła się w górę. Dręczyły go tysiące myśli, a te były gorsze od pustego brzucha czy podążania piąty raz tym samym korytarzem. Na dodatek, zawsze kiedy kładł się spać, słyszał charakterystyczne klekotanie pożeraczy, jakby śledziły go i bawiły się z nim.

A, niech się jeszcze pomęczy. Zjemy go w swoim czasie.

Myślał przed zaśnięciem. Mimo wszystko, nie zawrócił. I był coraz wyżej.

Nagle z wąskiego tunelu, w którym musiał się czołgać, wypadł do wielkiej pieczary. Wylądował na tyłku i się rozejrzał. Była jeszcze większa od tej, w której gurloki słuchały opowieści. Też miała podziemne jezioro, głębsze i rozleglejsze. Wysoko, na skalnych, zaokrąglonych ścianach, dostrzegł wiele mniejszych i większych dziur, szczelin czy tuneli. W większości z nich zmieściłby się bez problemu. Jednak co innego było zmartwieniem.

Jest ich cholernie dużo, a moja intuicja nie chce już ze mną współpracować. Znowu będę błądził… nie daję rady…

Drobne kamienie posypały się z jednej z większych szczelin, a zaraz potem… wychylił się z niej pożeracz. Szedł po skalnej ścianie, wbijając w nią zakończone kolcami odnóża.

Młody osobnik, dwa razy mniejszy od tego, który gonił mnie wtedy w Górnych Korytarzach. Ale co z tego, nadal jestem przy nim tylko małym, bezbronnym gurlokiem.

Stwór zszedł na dół, utkwił na moment swoje małe oczka w oku swojej ofiary, po czym ruszył na gurloka rozwierając szeroko kleszcze. Guko podniósł drżącą ręką pobliski kamień, rzucił w stronę bestii. Następny. I następny. Tylko ją bardziej zdenerwował. W ostatniej chwili, nie mając żadnego lepszego wyjścia, skoczył do jeziora. Popłynął pędem na środek, zanurkował, uczepił się dna i czekał. Czekał z zamkniętym okiem na to, co się wydarzy.

Może w wodzie chociaż mniej boli.

Kiedy nic się nie działo, a gurlokowi zabrakło już powietrza do tego stopnia, że czuł, jakby miał zaraz zemdleć, wynurzył się gwałtownie. Otworzył oko. Pożeracz chodził nerwowo nad brzegiem jeziora, klekocząc kleszczami. Guko postanowił zaryzykować. Podpłynął na odległość dalszą od zasięgu potwora, nabrał wody w usta i plunął wąskim strumieniem w stwora. Kiedy woda rozprysła o jego pancerz, pożeracz wydał z siebie przeraźliwy dźwięk. Nachylił się w stronę Guko, zanurzając przez przypadek kilka odnóży w wodzie. Zacharczał jeszcze głośniej i oddalił się pośpiesznie od jeziora.

A więc, wy też się czegoś boicie.

Guko wyszedł z wody. Stał na brzegu, czekając na reakcję potwora. Ten zaklekotał jeszcze parę razy i wskoczył na ścianę. Chwilę później zniknął już w tym samym tunelu, z którego przyszedł.

No to jedna droga odpada.

Usiadł na skraju jeziora. Czuł się tutaj bezpiecznie. Miał ochotę zostać w tym miejscu i już nigdzie się stąd nie ruszać. W zasadzie nawet nie był pewien, czy będzie w stanie odtworzyć drogę powrotną. Utkwił wzrok w błękitnej wodzie. Coś przyciągnęło jego uwagę.

Czy to jest… światło?

Ledwo widoczna, świetlista smuga, której odbicie dostrzegł w jeziorze, przelatywała przez całą pieczarę. Guko podążał za nią wzrokiem, ku górze, aż jej ślad urwał się nagle w jednej ze szczelin, prosto nad głową gurloka. Siedział przez moment nieruchomo, ale zaraz dotarło do niego, co to oznacza.

To słońce! To słońce! Jestem już prawie u celu…

Zawahał się jeszcze na chwilę, ale zaraz potem piął się już po skalnej ścianie. Nie było to trudne zadanie, gdyż długie palce u stóp i rąk były przystosowane do takich wspinaczek. Gorzej zrobiło się pod sam koniec, kiedy nie mógł być przyklejony do skały, a musiał się jej kurczowo trzymać, mając pod plecami jezioro, które mimo wszystko dodawało mu otuchy. Mięśnie zaczęły już lekko drgać ze zmęczenia, jednak szybko im ulżył wślizgując się w szczelinę. Oparł się stabilnie o ściany i złapał oddech. Popatrzył w górę. Smuga światła trafiła wprost w jego oko. Zamknęło się gwałtownie, ale nic więcej.

Na pewno się przyzwyczai.

Czuł, jak rozpiera go duma i radość.

Głęboki wdech.

Ruszył w stronę światła.

 

 

*

 

 

Dotarł do końca szczeliny. Otwór był bardzo wąski, żaden olbrzym, zwany człowiekiem, z całą pewnością nie przedarłby się tędy. Na szczęście Guko był gurlokiem.

Wystawił na zewnątrz rękę, tak jak zrobił legendarny Okomo. Czekał. Nic się nie stało. Popatrzył na dłoń, poruszał palcami. Nawet nie bolała, nienaruszona.

Teraz nie ma już odwrotu.

Wciągnął brzuch, zamknął kurczowo oko i wcisnął się w szparę. Poczuł pod dłońmi łaskoczącą trawę. Wstał, dostał dreszczy, kiedy silny podmuch wiatru uderzył w jego ciało. Słyszał dobiegające gdzieś z dołu dźwięki morza, uderzające o skały fale. Mógł zrobić to, co zamierzał i wracać. Jednak zachłyśnięty sukcesem, chciał pójść o krok dalej.

Otworzył oko.

Tylko przez moment pojawił mu się rozmazany obraz stojącego na skraju klifu olbrzyma. Chwilę później poczuł tak ogromny ból, że padł na ziemię. Miał wrażenie, że w głowie mu się gotuje, a oko zaraz eksploduje. Całe ciało piekło coraz bardziej, jakby wpadł do ogniska.

– Ikarze, nie tak wysoko!

Usłyszał krzyk człowieka. Guko nie był wstanie się już nawet ruszyć. Leżał drętwo na ziemi, wył z bólu. Czuł jak coś sączy się z jego ust, z jego oka, z różnych części jego ciała.

– Ikarze, twoje skrzydła!

Kolejny krzyk olbrzyma.

Dlaczego ze wszystkich głupot, które gadał Stary, ta musiała okazać się prawdą?

Ostatnim dźwiękiem, jaki do niego dotarł, był głośny plusk wody.

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Cześć.

  1. Interpunkcyjnie dość kiepsko. To nie odkrycie, ale przyznam, że gdy widzę kolejne teksty tej samej osoby, które powielają te same błędy, to coś się we mnie burzy. Przywykłem do eliminowania błędów (nie, nie do udoskonalania w nieskończoność). Zgrzyta.
  2. Było nudno.
  3. Było zbyt bajkowo. W bajkach bohaterowie wychodzą poza siebie, myślą w sposób co najmniej rewolucyjny. Również w bajkach bohaterowie mówią w taki sposób, że ich wypowiedź zawiera didaskalia (zawiera podpowiedzi dotyczące danego uniwersum). Zarzut, że było zbyt bajkowo = było zbyt naiwnie.
  4. Nie, nie wiem, o co chodzi z Ikarem, ale nie zadam sobie trudu, by to rozważyć, bo musiałem przebić się przez dość długi i dość nudny tekst, aby dotrzeć do kilku ostatnich wierszy, które być może wywołują efekt “łał”. No… nie zawsze wywołują. A nawet gdyby wywołały, to co z tego, skoro było nudno?

    Mojemu dziecięciu czytam tak średnio pięć bajek dziennie. Każdego dnia. I są one w podobnym stopniu ciekawe i zaskakujące, co Twoje dzieło.

     

    Zapominam o tym, że taki tekst powstał i – jak zawsze – czekam na coś, czego naprawdę przywykłem oczekiwać od Ciebie. :-)

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Co do interpunkcji, nie zgodzę się z przedpiścą – uważam, że w porównaniu z poprzednimi tekstami jest lepiej. Literówek i innych usterek też mniej.

Co do treści – nie porwało. Historia, pomijając końcówkę, do bólu przewidywalna i wyeksploatowana. Postacie schematyczne i przez to bez własnego charakteru. Domyślam się, że bajkowość tekstu jest zamierzona jednak wydaje mi się, że tym razem brakuje jakiegokolwiek przekroczenia schematu przy takiej długości tekstu. Raziła mnie też postać Riki – jakoś nie przepadam za tak przedstawianymi postaciami “kobiecymi” – nieporadna, bierna, bezkrytyczna wobec rzeczywistości.

Zakończenie – jakaś teoria mi po głowie chodzi, ale ogólnie, nie za bardzo się to wszystko składa w sensowną całość.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

dogsdumpling, dzięki, że zauważyłaś poprawę w kwestii interpunkcji i błędów, pracuję nad tym z tekstu na tekst i cieszy mnie, że ktoś to jednak dostrzega, a nie tak jak Piotr ( choć rozumiem Twoją irytację, odpowiem jedynie takim banałem: nie od razu Rzym zbudowano ). Hmm… może, to znaczy na pewno przeczytałem w życiu o wiele mniej od Was, jednak mimo, że jakiś tam schemat się pojawił, to w ocenie całości nie myślałem, że wszystko co stworzyłem było już tak wyeksploatowane. No ale w takim razie pewnie było. Co do końcówki, poczekam jeszcze trochę i w swoim czasie napiszę swoje objaśnienie, jednak jestem niemal pewny, że ktoś zrobi to wcześniej. Dzięki za opinie :) 

Okrągłe czaszki nie pokrywał żaden włos, a większą część twarzy zajmowało oko, doskonale przystosowane do widzenia w ciemności. – czy tu nie miało być okrągłej?

 

Jedynie jego przyjaciółka, Rika, która siedziała zaraz obok, bawiła się kamieniem, nie zainteresowana słowami przemawiającego gurloka. – jakieś takie to zaraz jest dziwne; nie lepiej tuż?

 

Został przyłapany na nielegalnym handlu Czarną Purchawą, halucynogennym grzybie, surowo zakazanym. – grzybem

 

Na prawdę jest mi przykro. – naprawdę

 

Dlaczego ze wszystkich głupot, które gadał Stary, ta musiała okazać się prawdą?

No właśnie, dlaczego? Dlaczego gurlok nie mógł zostać Guko Odkrywcą? Dlaczego taki los mu zgotowałeś? Polubiłam malca, który wykazał się pewnym sprytem (np. kwestia pożeracza). 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Realuc – w kwestii wyeksploatowania tematu powiem tak – motyw społeczności, która ma jakieś ustalone reguły funkcjonowania i zakazy, których pod żadnym pozorem nie wolno lekceważyć (bo inaczej bohatera spotka straszny los!), ale zawsze pojawia się śmiałek, który się na to nie godzi, i w rezultacie wyrusza na samodzielną wyprawę, zwycięską, bądź nie, jest stary jak świat ;) Podziemna rasa to też nic nowego – weź chociażby drowy albo Morloków. Podziemna pieczara z jeziorem skojarzyła mi się z Gollumem…

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

dogsdumpling, no tak, masz rację, przyznaję bez bicia, trochę tego było :(

śniąca, dzięki za wyłapane błędy, a co do pytania: odpowiem Ci na nie z pewnością, ale jeszcze nie teraz. Chciałbym przeczytać wcześniej chociaż jedną czyjąś interpretację, choć może się oczywiście okazać tak, że to co w mojej głowie wydaje się być oczywiste, wcale takowym nie jest :P zobaczymy ;)

Każda kultura ma swoich Ikarów… A kiedy Ikarowi przypadkiem się uda, zostaje bohaterem.

Trochę niezdecydowana ta historia – z jednej strony prosta i naiwna jak bajka, z drugiej zabrakło jej happy endu. Heloł, jak już główna postać została osierocona, to nie ma innego wyjścia, niż zostać bohaterem! ;-)

Miałam też nadzieję, że w końcówce okaże się, do jakich, dobrze nam znanych gatunków, należą gurloki i pożeracze.

Masz trochę literówek. Szczególnie ę/e. Na przykład “Rike”.

z którym nie był wstanie wygrać.

Pożeracz połakomił się na spację.

Babska logika rządzi!

To może ja się pochwalę moją, pewnie nietrafną i raczej przewrotną, interpretacją zakończenia :-P

Odebrałam je jako ironię losu. Przedarłszy się wreszcie na powierzchnię, bohater trafia akurat na moment, w którym Ikar postanawia odbyć swój pierwszy i ostatni lot, i najzwyczajniej w świecie obrywa roztopionym woskiem w głowę. I tak oto mityczne fatum zamienia bredzenie starego gurloka w rzeczywistość.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Teoretycznie tak. Ale wosk chyba dość szybko krzepnie. IMO, kropelka powinna spaść już w postaci bryłki. No, ale to bajka przemieszana z mitem, wszystko jest możliwe. ;-)

Babska logika rządzi!

Finkla.

Heloł, jak już główna postać została osierocona, to nie ma innego wyjścia, niż zostać bohaterem! ;-) – A byłem przekonany, że kto jak kto, ale Ty nie znosisz przewidywalnych i oczywistych zakończeń, czyżbym się mylił :O?

z którym nie był wstanie wygrać.

Pożeracz połakomił się na spację. – Między innymi dlatego tak lubię umieszczać tutaj swoje teksty ;)

dogsdumpling i Finkla, Obie macie w zasadzie rację i coś tam się zgadza, jednak główne meritum nie zostało odkryte. Tak tylko przypomnę, że staram się, aby każde moje opowiadanie miało jakieś istotne przesłanie ;P

 

P.S. odnośnie wosku, jak to było w micie, wosk stapia się pod wpływem słońca, przez co skrzydła zwyczajnie się rozlatują. Ikar nie musiał oberwać niczym w głowę, aby spaść ;)

Wzbicie się w powietrze na skrzydłach posklejanych woskiem też jest raczej wbrew fizyce ;-)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Realuc, tu mnie masz. :-) Ale mógł zostać bohaterem w sposób nieprzewidywalny! ;-)

Ale że trzeba słuchać starszych, bo mają zawsze rację, to takie nieodkrywcze przesłanie… Wszystko można, co nie można, byle wolno i z ostrożna. ;-)

Dogsdumpling, ano też. A już to, że wyżej robi się cieplej ze względu na bliskość słońca, to dopiero megaściema. :-)

Babska logika rządzi!

Ikar nie musiał oberwać niczym w głowę, aby spaść

A ja zrozumiałam, że woskiem w głowę oberwał Guko.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca, ja też :)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

śniąca, dogsdumpling - hehe :P Nie, Guko oberwał tylko słonecznymi promieniami, które zrobiły z niego gurlokową jajecznicę :/ To co działo się z Ikarem, działo się w tle, obok. Tak jak zauważyła wcześniej dogsdumpling, Guko wyszedł na powierzchnie w momencie pewnego mitycznego wydarzenia.

Dobra, w tym momencie powiem o swoich zamysłach co do tego zakończenia.

Ogólnie mamy wiele analogii między historią Ikara i Dedala ( całą, nie tylko końca ), choćby pierwsza z brzegu: ojciec przestrzegał Ikara przed tym lotem, mówił, że będzie to miało tragiczne skutki – analogia do Starego.

A o jakie przesłanie głównie mi chodziło? Pozwólcie, że wkleję  z wiki jedno zdanie:

Lot i upadek Ikara stanowią szeroko rozpowszechniony symbol ludzkiego dążenia do realizacji własnych celów wbrew naturalnemu porządkowi świata, a jednocześnie symbol nadmiernej ambicji. 

Ale jednak ludzkość opanowała latanie. :-)

Babska logika rządzi!

Lot i upadek Ikara stanowią szeroko rozpowszechniony symbol ludzkiego dążenia do realizacji własnych celów wbrew naturalnemu porządkowi świata, a jednocześnie symbol nadmiernej ambicji. 

Tere fere! Zgadzam się z Finklą i nadal pozostaję nieusatysfakcjonowana losem bohatera, którego polubiłam. Howgh!

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ale z Was uparciuchy! śniąca, bardzo się cieszę, że polubiłaś mojego bohatera, jednak niezaprzeczalnie i nieodwołalnie tak musi być, aby spełniło się to, co wkleiłem. Guko mógł przecież zrezygnować już w podziemiach, kiedy odkrył sposób na walkę z pożeraczami, bo przecież właśnie O TO mu głównie chodziło. Chciał stanąć przed słońcem i wrócić jako bohater, ale właśnie po to, by ludzie za nim poszli i wspólnie stawili czoła stworom. Nie spodziewał się, że już w drodze, sam znajdzie sposób na bestie. Ale nie! On chciał spełnić swój cel, wbrew wszystkiemu, a niepotrzebnie! I jeszcze raz to wkleję, jakby ktoś przeoczył, a co:

Lot i upadek Ikara stanowią szeroko rozpowszechniony symbol ludzkiego dążenia do realizacji własnych celów wbrew naturalnemu porządkowi świata, a jednocześnie symbol nadmiernej ambicji. 

 

Reasumując, bardzo mi przykro śniąca, ale tak musiało się stać :(

Dostał mały, ciasny korytarz na wyłączność, z którym musiał się uporać do końca dnia

na wyłączność, z którym… słabo to brzmi, a wystarczyło zrobić “dostał na wyłączność”

kiedy jeden ze strażników mający obchód,

mających albo z przecinkiem, inaczej wygląda dziwnie (choć z przecinkiem też słabo w gruncie rzeczy, chyba samo to “jeden ze” jest zbędne)

miał sił w jego krótkich, chudych nogach

zbędny zaimek

Stary skinął na Rike

wspomniana przez Finklę literówka

Wybudził się z krzykiem.

Nigdy nie obudziłem się z krzykiem. Nikt przy mnie też nie – a chyba bym wiedział, bo ze snu wyrwać mnie łatwiutko. Z tzw. koszmarów budzę się raczej z uczuciem “o ja!” (cóż, nie jestem wtedy elokwentny) i potrzebą sporządzania notatek. Wiem, że ten krzyk to stary motyw, ale zawsze mnie razi jego “teatralność”.

Tak czy siak, wszyscy już lub jeszcze śpią

Nie wiem czy podoba mi się zmiana czasu na teraźniejszy

a przynajmniej wydającą się na taką,

wydającą się taką lub wyglądającą na taką (ale nie jestem chodzącą encyklopedią, najwyżej Reg mnie poprawi:)

W większości z nich wcisnął by się bez problemu

ortograf, ponadto w większości by się np. zmieścił, do wcisnął nie pasuje ten przypadek

Znowu będę błądził… nie daje rady…

literówka

wychylił się z niej pożeracz. Szedł po skalnej ścianie, wbijając w nią

Dla czujności na przyszłość, ale nie raziło tak bardzo

swoje małe oczka oku swojej ofiary

Może to zamierzone, ale raziło

 

Przesłanie zrozumiałem bez problemu. Problem mam z samym mitem, który zawsze uważałem za głupi… Tzn. starożytni mogli tego nie wiedzieć, ale my wiemy już, że od “zbliżania się” do Słońca wosk nie topnieje. Z oczywistym wyjątkiem. Jako historyjka taki mit sobie może istnieć, ale żeby go w fabułę zaprzęgać…

Technicznie jest mocno średnio, a pod tym względem jestem wymagający. Interpunkcja powyżej średniej wg mnie i wystarczy. Fabularnie: moim zdaniem końcówka mimo wszystko dodaje opowiadaniu sporo punktów, bo gdyby nie ona, to rzeczywiście byłoby całkowicie przewidywalnie. Od pierwszej sceny wiemy, że bohater tam pójdzie (zapomniałem jego imienia – musiało nie być udane, ale to drobiazg) i przez resztę opowiadania czekamy tylko na informację, co tam znajdzie. Ale sympatyczne były te twoje stworzonka. Trochę fragglesowe ;) Wybacz, jeśli miałeś zupełnie inny ich obraz, każdy ma swoje skojarzenia.

Całościowo jednak ode mnie wątłe 4.

varg, wielkie dzięki za poświęcony czas, wyłapane błędy i opinię! 

Uroczyście obwieszczam, iż kolejne opowiadanie będzie przeciwieństwem przewidywalności i schematyczności! Jeśli złamię słowo, proszę o surową karę :p 

Myślałam, że czytam bajeczkę o chłopcu, którego rozpierała chęć ujrzenia słońca, a okazało się, że to dość śmiałe połączenie bajki z mitem o Ikarze. Pomysł taki sobie, bo zupełnie nie rozumiem, jaki jest związek wyprawy Guko, z upadkiem Ikara. Poza tym Guko nie powinien w ogóle słyszeć krzyków Dedala, bo, o ile dobrze pamiętam, kiedy Ikar runął do morza, Dedal leciał z synem. Wszak uciekali z Krety.

 

Wy­słu­chał prze­mo­wy ojca, który pró­bo­wał mu wmó­wić… – Nie brzmi to najlepiej.

 

bie­ga­jąc to w jedną, to w drugą stro­nę. Nagle przy­biegł jeden ze straż­ni­ków. – Powtórzenia.

 

Ru­szył ile miał sił w jego krót­kich, chu­dych no­gach. – Czyimi nogami ruszył Guko? ;-)

Proponuję: Ru­szył ile miał sił w swoich krót­kich, chu­dych no­gach.

 

a z jego oka rzew­nie pły­nę­ły łzy. – …a z jego oka płynęły rzew­ne łzy.

Rzewne są łzy, nie ich płynięcie.

 

Stary ski­nął na Rike i po chwi­li oboje się od­da­li­li. – Literówka.

 

Jako swój ży­cio­wy cel przy­brał sobie, aby ją chro­nić. – Raczej: Jako swój ży­cio­wy cel o­brał sobie, aby ją chro­nić.

 

Znowu będę błą­dził… nie daje rady– Literówka.

 

Wcią­gnął brzuch, za­mknął kur­czo­wo oko i wci­snął się mię­dzy szpa­rę. – …i wci­snął się w szpa­rę.

Szpara była jedna, nie można się wcisnąć między coś pojedynczego.

 

Po­czuł pod dłoń­mi ła­sko­czą­cą trawę. – Skąd wiedział co poczuł, skoro nie znał trawy.

 

Sły­szał do­bie­ga­ją­ce gdzieś z dołu dźwię­ki morza, ude­rza­ją­ce o skały fale. – Morza i jego dźwięków też nie powinien znać, bo i skąd?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy, wersji owego mitu jest więcej niż jedna, choćby taka, że wcale nie lecieli, a płynęli specjalnymi statkami, a w mojej Dedal stoi na klifie ( co jest napisane, więc Guko mógł go usłyszeć ). Może akurat tylko testują, może ojciec puścił syna przodem ( taki cwany :P ), nie jest to istotne. A co do związku, wydaje mi się, że napisałem już wszystko w poprzednich komentarzach. Tak czy siak, rad jestem z tak krótkiej listy wyłapanych przez Ciebie błędów ;) Wciąż staram się rozwijać w tych kwestiach i wielce cieszy, kiedy widzi się efekty. 

No, to czas działać dalej. Koniec z bajkami…

Koniec z bajkami…

Koniec z bajkowymi zakończeniami był już w tym opowiadaniu.

Koniec czegoś oznacza początek czegoś innego.

Koniec końców opowiadanie przypadło mi do gustu.

Koniec dyskusji o Twoich opowiadaniach będzie Twoim końcem.

Koniec…znie pisz dalej.

Baśń jak baśń – wykonanie bardzo ładne, przesłanie widoczne jak na dłoni. Powiem szczerze, że dla mnie niepotrzebny był ten Ikar na końcu. Zapachniało mi to łopatologią, by nie daj Boże czytelnik nie pomyślał niczego innego, niż zamierzony wniosek. Poza tym przyjemnie się czytało i wrażenie pozostawiło dobre.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Podobało mi się osadzenie historii w podziemnej scenografii i przedstawienie świata z perspektywy jego mieszkańców. Nie zrozumiałem za to zakończenia i trudno mi z tego powodu rzetelnie ocenić fabułę  :(

Nowa Fantastyka