- Opowiadanie: Podplomyk225 - Martwy Nieśmiertelny

Martwy Nieśmiertelny

Szanowni Państwo,

jest mi niezwykle miło, że mogę zaprezentować Wam swoje pierwsze opowiadanie. Pisałem je z myślą o pewnym konkursie – ale z racji, iż nie jestem do końca zadowolony z fabuły zdecydowałem się, zamieścić je tutaj a na konkurs wysłać co innego.  Uprzedzam, że nie jestem ani twórcą ani specjalnie oddanym czytelnikiem Science-Fiction, a sam “Martwy Nieśmiertleny” był po prostu planowany jako odskocznia od mojej (niepublikowanej wcześniej) pozostałej twórczości.

Pozdrawiam i życzę miłej lektury

Podplomyk225

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Martwy Nieśmiertelny

Zostałem zrodzony w fabryce na Marsie. Niewiele już z tego pamiętam, bowiem program nie działał wtedy jeszcze w pełni. Jedyne, co przychodzi mi na myśl, gdy wracam do tamtych wydarzeń, to duma, którą dostrzegałem w oczach Stwórców. „Niesamowity”, „piękny”, „wspaniały” – tak o mnie mówili, gładząc miękkimi dłońmi moją stalową twarz.

Kilka dni później, gdy mój procesor myślał już jasno, wyprowadzili mnie po raz pierwszy na zewnątrz. Do tej pory jest to jedno z moich najważniejszych wspomnień. Ujrzałem w jednej chwili więcej, niż przez całą resztę mojego życia. Pamiętam żółtoburą trawę wyrastającą z czerwonej ziemi, czarny dym wznoszący się z kopcących kominów, dziwacznie kontrastujący z jasnoniebieskim niebem. Mówili do mnie wiele słów, ale program nie był jeszcze do końca wgrany, więc jedynie potakiwałem niepewnie.

W tych krótkich chwilach, kiedy nie przyglądałem się światu przedstawili mnie Jamesowi. Wymieniłem z wysokim mężczyzną w średnim wieku uprzejmości, podałem mu swoją dłoń i uścisnąłem jego. Pamiętam tylko tyle, że miał ciemne włosy i twarz, na której odmalowywała się troska. Ubierał się po wojskowemu, w mundur zdobiony szeregiem medali. Rozmawialiśmy krótko, głównie na temat specyfiki kierowania „Novus Tempus”. Potężny statek wznosił się wtedy tuż ponad nami i sprawiał istnie monumentalne wrażenie.

Jego ogrom przysłaniał pół nieba, nieustannie dokowały do niego mniejsze jednostki wiozące pierwsze transporty ludzi. Moi Stwórcy wydawali się bardzo zaniepokojeni tą nerwową sytuacją. Zresztą nie tylko oni. Wszędzie, gdzie spojrzałem, Homo sapiens albo gdzieś się spieszyli, albo wręcz przeciwnie, stali w miejscu spoglądając na Marsa z uwielbieniem i smutkiem w oczach.

Nie rozumiałem ich wtedy i do tej pory chyba nie udało mi się w pełni pojąć co czuli opuszczając swój jedyny dom. Rzecz jasna, niektórzy zdecydowali się zostać. Spoglądali wtedy na pakujących się, biegających w tę i we w tę z poczuciem wyższości, ale duma w ich oczach nieudolnie maskowała strach. Wiedzieli, że nadchodzi apokalipsa i że najbliższe dziesięciolecie będzie ich ostatnim.

Nie pojmowałem wówczas również tego jak można zniszczyć własne środowisko – ja nigdy nie podniósłbym ręki na coś, co zapewnia mi życie. Słyszałem ich rozmowy o Słońcu w czasie których ironicznym śmiechem maskowali własną nieudolność i przerażenie. Wielu ludzkich zwyczajów nie rozumiałem, mój program często widział sprzeczności w ich postępowaniu, a tym co mi wpojono. Przykładowo nigdy nie wolno było mi się mścić, chociaż na człowieku, który przygasił Słońce reszta gatunku zemściła się okrutnie.

Widziałem na własne oczy transmitowaną przez sieć egzekucję, którą oglądali moi Stwórcy. Strzelono mu w tył głowy na placu w Nowym Pekinie, zgromadzony tłum był cichy i tylko niektórzy uśmiechali się, ale było w tych uśmiechach więcej mściwej satysfakcji niż prawdziwego szczęścia.

Działo się to wszystko na tydzień przed odlotem. Niedługo później fabryka zupełnie opustoszała, został przy mnie tylko jeden Stwórca, który dbał o moje funkcjonowanie. Przepytywał mnie ze znajomości dzieł kultury i sztuki, a ja odpowiadałem szybko, klarownie i jasno, a gdy nie zgadzaliśmy się w jakiejś kwestii, dyskutowałem zgodnie z zaleceniami programu. Człowiek był bardzo zadowolony, widać było to w sposobie w jaki na mnie patrzył, w tym niemym uwielbieniu, które odbijało się w jego oczach.

Kolejnego dnia wsiedliśmy do transportowca, który poniósł nas w górę, wprost na „Novus Tempus”. Mój Stwórca przez całą podróż nie odezwał się ani słowem, spoglądał tylko tęsknie za okno. Gdy dokowaliśmy, rozpłakał się. Rozumiałem to, ale nie reagowałem, program nie pozwalał.

Zaprowadzono nas do wielkiego pomieszczenia, w którym było mnóstwo wspaniale ubranych ludzi. Wielu z nich ściskało dłonie mojego Stwórcy, gratulowali mu, klepali po ramionach. Przyglądali mi się z zainteresowaniem, ale żaden z nich nie odezwał się do mnie nawet słowem.

A potem ponownie zobaczyłem Jamesa. Siedział już przykuty do tego dziwacznego fotela-urządzenia. W jego szyi tkwiły dwie igły, nieustannie wtłaczając w niego czerwoną ciecz podobną do krwi. Oddychał powoli, pewnie. W jego oczach nie było strachu, a determinacja i duma. Przed nim stała trójka liderów światowych mocarstw.

– Panie James – zaczął środkowy z prezydentów. – Jesteśmy niezwykle dumni z pana i z misji, której się pan podjął. Obiecujemy, że na Nowej Ziemi, będzie pan pamiętany jako największy z ludzi.

Wojskowy skinął głową, a potem odparł:

– To zbyt wielki zaszczyt. Cieszę się, że moja służba będzie się mogła przydać wszystkim ludziom, ale jestem tylko pilotem i inżynierem.

– Jest pan i będzie bohaterem, dla nas wszystkich – powiedział skośnooki prezydent. Następnie podszedł do siedzącego na wózku Jamesa i przypiął mu do munduru nowy medal. Podobnie uczynili pozostali przywódcy.

Potem cała sala, poza mną, skłoniła się przed nim. Zabrzmiała patetyczna muzyka, a na twarzy wojskowego odmalowała się duma. Moje sensory wychwyciły w pewnym momencie, że spogląda on w moją stronę. Skinąłem mu delikatnie głową.

Następnie wszyscy ruszyli do ładowni. James jechał jako ostatni w asyście mojego Stwórcy, rozmawiając z nim cicho. Gdy już dotarliśmy do ogromnego pomieszczenia wypełnionego kabinami, skrzynkami i zaopatrzeniem, Stwórca podszedł do mnie.

– Sprawuj się dzielnie i przynieś mi chlubę – rzekł spoglądając na mnie, a w jego wzroku było mnóstwo miłości.

A potem wszyscy pozostali ludzie poza Jamesem weszli do kabin i zasnęli w jednym ułamku sekundy.

– I zostaliśmy sami – mruknął ostatni człowiek na „Novus Tempus” – sami na dwa tysiące lat.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, odwrócił się na wózku i odjechał w stronę mostku.

Pierwsze lata mijały nam spokojnie. Nie odzywaliśmy się do siebie zbyt często, a jeśli nawet, to zwykle były to jedynie zdawkowe, krótkie rozmowy o technologii, która napędzała nasz statek. Większość czasu James spędzał na mostku, wpatrując się w bezkres kosmosu, który rozjaśniały jedynie gwiazdy. Czasem czytał jakieś książki, oglądał zdjęcia. Dbał o częstą wymianę pojemników z Afcolem, pilnując, aby do jego żył szyjnych wciąż wpływał życiodajny, czerwony płyn.

Gdy mnie widział prostował się dumnie w krześle, prezentując połyskujące medale na swojej piersi. Niezwykle często je polerował i zawsze przypinał tuż po przebudzeniu. Nie udzielałem się i nie narzucałem – James miał ewidentnie samotniczą naturę i niezwykle twardą psychikę. Pilnowałem jedynie podzespołów „Novus Tempus” i czyściłem kabiny. Rzecz jasna była to syzyfowa praca, ja byłem jeden, a ich miliony, ale i tak się starałem.

Później zacząłem zauważać drobne zmiany. James coraz rzadziej siedział na mostku, a na jego twarzy od czasu do czasu pojawiał się zarost. Nasze rozmowy zaczęły dotyczyć coraz bardziej prywatnych kwestii – dowiedziałem się, że był wdowcem i żołnierzem, od dziecka marzył o gwiezdnych podróżach. Razem zagłębialiśmy się w literaturę. Ja poznawałem „Mistrza i Małgorzatę”, on zachwycał się „Solaris”. Toczyliśmy później długie dysputy na temat wartości przedstawionych w każdej książce, dyskutowaliśmy o postaciach, fabule i wątkach. Program uczył się i dostosowywał, a ja czułem się z siebie niezwykle dumny. Mijały lata, w czasie których wszystko biegło naturalnym, zdrowym tempem. James starzał się bardzo powoli, na jego twarzy pojawiło się kilka zmarszczek, a wśród czerni włosów dało się zauważyć odrobinę srebra. Mimo wszystko, było to niezwykle mało, jak na jego osiemdziesiąt lat. Zdarzało się również, że grywaliśmy w szachy – okazał się zaskakująco trudnym przeciwnikiem i gdy wybierał szachowe oprogramowanie o poziomie niższym niż siedem prawie nie miałem z nim szans.

Potem zaczął się dziwny okres w jego życiu. Ciężko mi określić dokładne ramy czasowe, ale z pewnością było to już po pierwszym stuleciu naszej podróży. Wrócił na mostek, często zasiadał tam i czytał Święte Księgi. Oprogramowanie nie potrafiło mi wyjaśnić, czemu to robi, ja nigdy nie odczuwałem takiej potrzeby, ale szanowałem jego wybór. Zdarzało się, że jednego dnia brał w swoje ręce Koran, innego dnia Torę, a jeszcze innego Ewangelię. Modlił się, szepcząc słowa, które ja słyszałem idealnie dzięki moim czułym sensorom. Nie przytoczę jednak tutaj ich treści – pozostanie to jego prywatną sprawą. Do tej pory nie wiem, do którego Boga wznosił swoje prośby.

Zacząłem coraz bardziej doceniać mojego cichego, introwertycznego towarzysza o skromnym usposobieniu. Jego wytrwałość i upór budziły sympatię, a wierność obowiązkom była godna podziwu. Codziennie rano, zgodnie z harmonogramem sprawdzał trasę statku, jego stan i stan pasażerów – nigdy nie pominął nawet najmniejszego kroku i był niezwykle punktualny.

Z czasem jednak książki ciekawiły go coraz mniej a szachy stały się frustrujące – nieważne, jak bardzo się starał, nie był w stanie mnie pokonać, gdy ładowałem sobie najwyższe oprogramowanie. Od chwili naszego wylotu z Marsa minęło już ponad trzysta pięćdziesiąt lat.

Powoli na moim towarzyszu pojawiały się oznaki czasu – chociażby bruzdy na czole, czy fakt, że teraz czarne włosy były w mniejszości wobec siwych. W oczach jednak pozostało to samo życie i duma, która aż od niego biła za każdym razem, gdy spoglądałem na medale zdobiące jego pierś. Wiedziałem, że sprawia mu to przyjemność, więc robiłem to często.

Potem zaczął oglądać filmy. Zasiadał w wielkiej sali multimedialnej i oglądał różnorakie klasyki. Zaczął mniej uwagi poświęcać wierze i dość często nie miał ochoty na rozmowy. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, pamiętam jedynie zaskoczenie, którego doznałem, gdy pewnego dnia zauważyłem, że siedzi na stołówce ściskając w dłoniach jeden z medali. Nie polerował go, ani nie spoglądał na niego z dumą, w jego wzroku widać było jedynie jakiś nieuchwytny żal. Na stole oprócz obiadu, który mu przyrządziłem, stał jeszcze kieliszek wódki.

Dozownik nie wydawał mu więcej niż litr na kwartał, więc zdziwiłem się widząc, że pił samotnie – zwykle robił to w moim towarzystwie. Mijały lata, a „Novus Tempus” wciąż leciał. Dopiero pięć wieków z zaplanowanych dwudziestu. Z czasem James ponownie stawał się milczący, rzadko chciał rozmawiać, prawie w ogóle już nie czytał. Wciąż się modlił, ale zdawał się robić to raczej z przyzwyczajenia niż szczerej chęci. W jego oczach powoli gasło to nieuchwytne, radosne światło. Zaczął oglądać dużo lżejsze filmy, w których królowały absurd i komedia. Starałem się, jak tylko mogłem, program wykorzystywał każdą komórkę mojego procesora, ale nie potrafiłem wyrwać go z depresyjnego nastroju. Cieszyło mnie jednak, że dalej sumiennie podchodził do swoich obowiązków pilota i konserwatora statku.

Następnie James odkrył wirtualną rzeczywistość. Znikał w niej na długie godziny, wychodząc jedynie wtedy, kiedy musiał coś zjeść, iść spać, czy też wypełnić codzienne zobowiązania. Trwało to przez kilkadziesiąt lat, ale w niedługim czasie zbrzydło mu i to. Nakryłem go kiedyś jak z furią, o którą go nie podejrzewałem, uderzał w dozownik alkoholu. Jedyne, co zdołał osiągnąć, to obtłuczenie sobie dłoni. Po tym incydencie zwracałem na niego baczniejszą uwagę, ale i tak nie zdołało to go powstrzymać przed kilkoma innymi przykrymi sytuacjami. Przykładowo, pewnego dnia, gdy jadł obiad, a ja starałem się bawić go rozmową, w pewnej chwili zerwał z piersi jeden ze swoich medali i cisnął nim o ścianę. Zaczął krzyczeć, a programowi zajęło sporo czasu odnalezienie sposobu aby go uspokoić. Gdy powiedziałem mu już odpowiednio dużo kojących słów, wstał ze swojego miejsca i podniósł medal – po czym rozpłakał się na nowo. Wspierałem go i pocieszałem przez długi czas, aż w końcu atak minął. Rozmawialiśmy długo tego wieczoru i o ważnych kwestiach. Choć znałem szczegóły jego życia (które, nawiasem mówiąc nie było zbyt przyjemne) to ta konwersacja dała mi na nie nowy, całościowy ogląd. Prawdziwe kłopoty miały jednak dopiero nadejść.

U progu tysiąclecia naszej podróży zdarzyła się wielce niepokojąca sytuacja. Choć James już od dawna zwykle się nie modlił, tego pamiętnego dnia spędził na rozmowach z bytem wyższym kilka godzin. Nie przeszkadzałem mu, a żeby zapewnić mu odpowiednią dozę prywatności poszedłem czyścić kabiny. W dziwaczny sposób odprężało mnie to – przecierałem szmatką zaparowane szkło, a pod nim pojawiała się śpiąca, ludzka twarz.

Gdy to robiłem, nagle mój program rozszalał się, a do procesora zaczęły docierać niezwykle przerażające sygnały. Pędem ruszyłem w stronę miejsca, w którym znajdował się James. Znalazłem go w jego pokoju, stojącego dumnie, z tym samym błyskiem w oku. Fotel leżał obok, przewrócony, a dwa pojemniki z Afcolem były rozbite. W dłoni mój towarzysz ściskał żyletkę.

Program szalał, rozpaczliwie starając się znaleźć rozwiązanie tej sytuacji. Błagałem go, prosiłem i przekonywałem. Nie wiedziałem co mówić i zdawało mi się, że wszystko, co wychodzi z moich ust to bełkot. Nagle jednak, gdy spoglądałem na jego medale, które spoczywały jak zawsze na lewej piersi, zdołałem znaleźć rozwiązanie.

– Nie był pan dziś na obchodzie – powiedziałem – proszę sprawdzić statek, trasę i stan pasażerów. Wiele od pana zależy.

Dopiero to sprawiło, że odłożył żyletkę. Nigdy się tak nie bałem, jak w ciągu tych kilku minut.

Razem sprawdziliśmy wszystkie podzespoły, a potem zaprowadziłem go do ładowni i pokazałem kabiny. Na całe szczęście zrozumiał. Było kilka problemów z ponownym podpięciem go do aparatury – ale w końcu wsadziłem go na wózek i podłączyłem nową porcje rubinowego płynu.

I choć nigdy nie podjął już podobnej próby, z każdym dniem było coraz gorzej. Starzał się w oczach – fizycznie i psychicznie. Włosy miał całkiem siwe i przerzedzone, twarz obwisła, ale wciąż zachowała coś z dawnej siły. Było to jednak jedynie echo zamierzchłej przeszłości. Zacząłem poważnie martwić się o nasze losy. Po wyżej opisanych, pamiętnych wydarzeniach James porzucił także religię. Było mi z tego powodu niezwykle żal – choć nie rozumiałem dlaczego to robi, wiedziałem, że było mu łatwiej wtedy, kiedy wiara zajmowała ważne miejsce w jego życiu.

Nie korzystał już z wirtualnej rzeczywistości, nie oglądał filmów – jeśli sięgał po jakąś książkę to zawsze była to już znana mu powieść. Znów zaczął spędzać długie dni na mostku, przypatrując się odległemu bezkresowi gwiazd. Było to jednak zupełnie inne zjawisko, niż wtedy, kiedy dopiero zaczynaliśmy naszą odyseję.

Kolejny groźny incydent zdarzył się, kiedy James pewnego dnia wjechał na wózku do ładowni. Zwykle nie niepokoiło mnie takie zachowanie – mój towarzysz lubił spoglądać na śpiących ludzi. Tym razem jednak ruszył w stronę kabiny, z tak zdeterminowaną miną, że program natychmiast rozpoznał jakieś negatywne emocje i kazał zastąpić mu drogę. Zrobiłem to rzecz jasna, cały czas powtarzając proste pytanie:

– Co chce pan zrobić? – zdawało się, że za każdym razem gdy James słyszy, jak z moich głośników wydobywa się „pan” wykrzywia twarz w gniewnym grymasie.

Starał się mnie wyminąć, ale ja chwyciłem wózek, unieruchamiając go. W kolejnej chwili uderzył mnie z nadspodziewaną siłą. Przewróciłem się na podłogę, a on wstał z wózka, igły oderwały się od jego szyi, powoli zaczął się sączyć z nich drogocenny Afcol.

Kopnął mnie kilka razy, wrzeszczał coś, czego nie mogłem zrozumieć. Mój pancerz wytrzymywał wszystko, ale bałem się o jego kości – nie był już młody. Musiałem powstrzymać to szaleństwo. Zerwałem się, chwyciłem go w żelazny uścisk, unieruchomiłem. Poczułem jak uspokaja się pod moim dotykiem, jak jego napięte mięśnie rozluźniają się. Położył mi głowę na ramieniu i rozpłakał się. Nie wiedząc co robić delikatnie rozluźniłem chwyt.

– Przepraszam – szeptał raz za razem – Ja tylko chciałem kogoś obudzić… Tylko obudzić…

Długo rozmawialiśmy tamtej nocy, a było to ponad tysiąc dwieście lat od naszego wylotu.

– Nie rozumiem, po co tu jestem – rzekł w pewnej chwili – po co ja, słaby człowiek, gdy istniejesz ty?

Znałem odpowiedź na to pytanie, wiedziałem, że on ma pilnować mnie, gdybym zawiódł, a ja jego. Ale ta odpowiedź nie wydawała mi się właściwa.

– Jest pan tutaj – powiedziałem – Bo ratuje pan swój gatunek. Czy nie zechciałby pan sprawdzić podzespołów statku?

Jak zwykle, codzienny obchód sprawił, że James zyskał odrobinę dobrego humoru.

Niestety ów humor szybko wyparował, a on sam stawał się z każdym dniem słabszy. Postarzał się zarówno „na duszy” jak i psychicznie. Mówił jeszcze mniej, zwykle zbywał mnie milczeniem. Wypadły mu wszystkie włosy i zęby – stawał się zbyt słaby, aby się samodzielnie ubierać i polerować medale. Na głowę zakładał specjalny hełm-implant, który pomagał mu myśleć, dzięki czemu jego umysł pozostał bystry. Nie korzystał jednak z niego w najmniejszym stopniu. Zwykle po tym, jak go ubrałem i wypolerowałem jego medale, a następnie razem sprawdziliśmy statek, kazał zawieźć się na mostek i tam zostawić. Przynosiłem mu obiady, ale po pewnym czasie odmówił nawet jedzenia, musiałem dosypywać mu odpowiednich proszków do Afcolu, aby utrzymać go przy życiu.

Po kilkudziesięciu latach, nie pozwalał mi się nawet przebierać, poruszał się bez ubrania, jedynie w dłoniach ściskając medale. Milczał teraz przez całe dnie, nie odzywał się nawet jednym słowem. Jego pozbawione wyrazu oczy błądziły po otaczającym nas, pustym i zimnym wszechświecie. Mimo, że do celu było już całkiem blisko, nie wywoływało to w nim żadne reakcji.

Ostatnie lata naszej wędrówki spędziliśmy razem, ale zarazem bardzo samotnie. Choć nieustannie trwałem w tym samym pomieszczeniu co on, czuwałem nad nim w czasie snu i pracy to James zdawał się mnie nie widzieć. Żył w swoim własnym, zamkniętym małym świecie w którym liczyły się jedynie medale ściskane w dłoni i codzienny obchód.

A potem dolecieliśmy. Nie mogę mówić, że stało się to z dnia na dzień, długo zbliżaliśmy się do planety, ostrożnie wchodziliśmy na orbitę. Dwa dni przed wylądowaniem zacząłem proces wybudzania ludzi – James zachowywał się tak jakby go to nie obchodziło w najmniejszym stopniu – ale miałem wielką nadzieję, że inni ludzie ponownie przywołają na jego twarz uśmiech.

Po dwóch tysiącach lat i równych dwudziestu dniach weszliśmy w atmosferę Nowej Ziemi. Program był ze mnie (i z siebie zarazem) niezwykle zadowolony, a James spoglądał na zielone łąki i błękitne jeziora z takim uwielbieniem jakby, nigdy nie widział jeszcze czegoś podobnego.

Gdy tylko rozwarłem wrota „Novus Tempus” mój towarzysz wstał z wózka, wątłą dłonią wyjął z siebie dwie igły, a następnie przywołał mnie gestem.

– Pomóż mi iść – szepnął. Były to pierwsze słowa, jakie do mnie powiedział od ponad dwunastu lat.

Razem, człowiek i robot, stanęliśmy na soczyście zielonej trawie. James odetchnął świeżym powietrzem, które wywołało u niego napad kaszlu. W oczach zaszkliły mu się łzy, cały drżał.

Po krótkiej chwili dołączyli do nas inni ludzie – wyszli z ładowni, zaczęli klaskać, otoczyli nas kręgiem. Na ich twarzach malowała się przede wszystkim ogromna radość, ale i zdezorientowanie. Moje czułe sensory usłyszały, jak coś upada na ziemię. Spojrzałem tam – w trawie leżały trzy medale. James oparł się o mnie mocniej, oczy miał przymknięte, a na jego twarzy widać było błogość i spokój. W tłumie ludzi wzrokiem odszukałem mojego Stwórcę. On także mnie dojrzał i uśmiechnął się.

Koniec

Komentarze

Fajny klimat. Wyobraziłem sobie wersję filmową na podstawie tego opowiadania. Wczułem się :)

tak o mnie mówili, gładząc swoimi miękkimi dłońmi moją stalową twarz – zbędny zaimek; w wielu miejscach dostrzegłam zbędne zaimki – zwłaszcza mój/moje

 

Kilka dni później, gdy mój procesor myślał już jasno, wyprowadzili mnie po raz pierwszy na zewnątrz. (…) Mówili do mnie wiele słów, ale program nie był jeszcze do końca wgrany, więc jedynie kiwałem głową, od czasu do czasu potakując niepewnie. – tu mi się logicznie nie zgrywa. Jeśli nie wszystko było gotowe – niewgrany program – to po co go wyprowadzali i do niego mówili? Po co on kiwał głową?

 

Wielu ludzkich zwyczajów nie rozumiałem, mój program często widział sprzeczności w ich postępowaniu, a w tym co mi wpojono. – coś w konstrukcji tego zdania mi nie pasuje, czyba raczej powinno to brzmieć: …sprzeczności między ich postępowaniem, a tym

 

Gdy dokowaliśmy, rozpłakał się zupełnie. – takie określenie miałoby większy sens, gdyby wcześniej była wzmianka, że np. popłakiwał, a teraz już całkiem się rozpłakał. 

 

Pan, pana itp. – małą literą; wielką tylko zwracając się do kogoś bezpośrednio w liście, piśmie

 

W jego kark wpijały się dwie igły (…) Dbał o częsta wymianę pojemników z Afcolem, pilnując, aby do jego żył szyjnych wciąż wpływał życiodajny, czerwony płyn. – nie znam się za dobrze na anatomii, ale jeśli te igły miały podawać płyn do żył szyjnych, to chyba jest do nich krótsza droga niż przechodzenie przez kark.

 

Ciężko mi stwierdzić dokładne ramy czasowe, ale z pewnością było to już po pierwszym stuleciu naszej podróży. – chyba lepszym słowem byłoby określić

 

Codziennie rano, zgodnie z harmonogram – harmonogramem

 

Powoli na moim towarzyszu pojawiały się konsekwencję czasu – poza literówką, ten fragment mi zgrzyta, nie lepiej by brzmiało coś takiego: pojawiały się oznaki upływającego czasu?

 

 Zdecydowanie leży interpunkcja. 

 

Jeśli chodzi o pomysł, to całkiem niezły. Nie wiem, jak się do narratora odniosą więksi miłośnicy AI/SI tudzież SF niż ja, ale czujący i całkiem sympatyczny robot mi się spodobał. Zawarłaś czytelnie dwa tysiąclecia w raptem parunastu tysiącach znaków :) 

Witaj na portalu :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Fajne :)

Podoba mi się pomysł z uczynienia narratorem SI. Cóż, niby dwa tysiące lat podróży, a jakoś mi się nie dłużyło ;)

Nieźle napisane, czytało się naprawdę dobrze.

Wciągające opowiadanie.

Przynoszę radość

Dziękuję za wszystkie komentarze i punkt :D

Wszelkie zaproponowane przez śniącą poprawki wprowadzone, a nad interpunkcją obiecuję się jeszcze pochylić ;)

Bardzo ciekawe, muszę przyznać :) To chyba jakieś moje skrzywienie zawodowe, ale znowu czuję lekki niedosyt. Trochę więcej szczegółów podróży by nie zaszkodziło.

Poza tym, interesuje mnie jeden drobiazg… Biologiczne wspomaganie ludzkiego ciała przez tak długi czas jest już dość trudne do zrealizowania, ale chyba nawet najbardziej odporny psychicznie umysł nie wytrzymałby dwóch tysięcy lat samotności.

To jednak tylko moja skromna opinia :)

Precz z sygnaturkami.

Uczucia mam mieszane. Bo tekst napisany ładnie, poprawnie, spokojna narracja znakomicie pasuje do treści. Opowiadanie wciąga, mimo że niewiele się tam dzieje.

Co zgrzyta?

Może założenia fabularne. Nie umiem wyobrazić sobie, dlaczego musiano utrzymywać Jamesa przy życiu przez dwa tysiące lat, skoro można było wzbudzać i usypiać całą "dynastię" pilotów-inżynierów. Nie mówiąc już o tym, że to, co działo się z Jamesem  (mentalnie, nie fizycznie), musiałoby nastąpić na przestrzeni góra kilkunastu lat, a nie dwóch tysiącleci.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że bez takich założeń, choćby nawet wyjątkowo nieprawdopobnych, nie byłoby Twojego tekstu, więc nie mogę się specjalnie czepiać ;)

Brak pewnego dramatyzmu w zakończeniu… Sam lubię końcówki z przytupem, ale Ty miałaś taki, a nie inny pomysł na finał, więc nie powinienem mędzić, że wyszło jakby płasko ;)

Przede wszystkim zabrakło mi jakiejś szczerby, skazy na idealnej, wypolerowanej na wysoki połysk "psyche" SI. A niechże by mu się coś pochrzaniło w obwodach, niechby okazał słabość, niech choćby raz pilot dostał szansę być oparciem dla robota, a nie tylko odwrotnie. Tekst zyskałby wtedy, a ja nie kręciłbym nosem.

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Widzę pomysł tego opowiadania. Brakuje dla mnie paru detali fabularnych – np. czemu James leciał sam, a nie z kilkoma innymi ludźmi, czemu nie zrobiono kilku autonomicznych robotów miast tak dziwnej pary – które pozwoliłyby lepiej zrozumieć zarysowany świat. Nie wiedzieć czemu oczekiwałem na koniec jakiegoś zwrotu, ale to wina mnie jako czytelnika. Ogólnie czytało mi się to dobrze ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nie mogę powiedzieć, żeby się nie spodobało :)

 

Pomysł ciekawy. Czytało się lekko. Spokojną, może nawet nieco chłodną, relację można usprawiedliwić postacią narratora.

 

Koncept SI jako towarzysza podróży dla pilota rzuca też nowe światło na samotność i nieśmiertelność, tudzież samotną nieśmiertelność. Kontent :)

 

Ale w zakończeniu liczyłam na coś więcej.

@Niebieski_kosmita – dziękuję za miłe słowa ;) Względem Jamesa: do tej misji został wybrany, jako osoba nadzwyczaj odporna psychicznie, ale i tak pod koniec zaczyna wariować. Być może nie zaakcentowałem tego dostatecznie mocno, ale akt agresji wobec robota, poruszanie się nago, odmawianie jedzenia i długotrwałe “odłączanie” się od rzeczywistości na mostku miały to przedstawiać.

 

@thargone – jest dokładnie tak jak piszesz ;) Zależało mi na przedstawieniu pewnej relacji, ukazaniu heroicznej, acz bardzo wymagającej postawy. Przyjąłem do tego pewnego założenia – być może rzeczywiście zbyt naciągane. A jeśli kiedyś powrócę do SF z perspektywy robota to z pewnością przemyśle twój pomysł względem psychiki SI ;)

 

@NoWhereMan – James leciał sam z racji zbyt małej ilości Afcolu dla dwóch osób. A co do ilości robotów… obawiam się, że to właśnie zbyt naciągane założenia autora służące przedstawieniu duetu człowiek-robot. ;) Cieszę się, że ogólne wrażenia pozytywne :D

 

@lenah – Dziękuję :D A co do zakończenia: obiecuję, że w przyszłości będą mocniejsze ;)

Był ze mnie bardzo zadowolony, widać było to w sposobie w jaki na mnie patrzył, w tym niemym uwielbieniu jakie odbijało się w jego oczach.

Z poprzedniego zdania podmiotem został program.

 

i oglądał różnorakie klasyki.

Trooooooszkę mi to nie pasuje do sposobu narracji tego robota, ale chyba nie masz się co tym przejmować, tak se narzekam ;)

 

dość często nie miał ochoty na rozmowy.

Nie lepiej: “coraz rzadziej miewał ochotę”?

 

rzadko chciał rozmawiać,

A już widzę, chciałeś uniknąć powtórzenia. Nie wiem, czy warto o tym pisać 2 razy…

 

było zbyt różowe

To też mi lekko zgrzyta w tym samym sensie, co te “różnorakie klasyki”, ale no… ok :)

 

Pędem ruszyłem w stronę, gdzie znajdował się James.

Aj, niezręcznie.

 

Po kilkudziesięciu latach,

Od kiedy? Myślę, że w tym momencie może powinny być trochę mocniej zarysowane ramy czasowe, tak dla jasności.

 

Bardzo dobrze napisane opowiadanie. Z dużą lekkością podszedłeś do tematu robota, który na swój sposób czuje i stara się interpretować ludzkie stany mentalne, miła odskocznia od “robotycznych” robotów (stop antytranshumanistycznej propagandzie! :D ) i za to dostajesz ode mnie punkt biblioteczny.  Fajnie zarysowana relacja człowiek-robot, całość fabuły przekonywająca. Opisy raczej zwięzłe, ale nie przeszkadza mi większy margines na interpretację.

Jestem w stanie przymknąć oko na fakt, że prościej byłoby wybudzać ludzi po kolei, dajmy na to na rok każdego ;)

Zabrakło mi jakiegoś mocniejszego zakończenia, ale i tak tekst jest w mojej opinii co najmniej naprawdę dobry.  yes

 

No nieźle.

Miałem dziś trochę wolnego czasu, ale i szczęście, że trafiłem na ciekawe teksty, aby go wypełnić. To drugi z tekstów, jakiemu dziś chętnie oddałem swój głos na bibliotekę. Lubię takie opowiadania, gdzie autor stawia bohatera w trudnej, nietypowej sytuacji, a potem stara się zmierzyć z tematem próbując przewidzieć ludzkie reakcje. Twój bohater doświadcza samotności w niekończącej się podróży, mając do dyspozycji elektroniczną imitację towarzysza i nadzorcę w jednym – ​ciekawy problem. Czy jego reakcje są wiarygodne? Można się zastanawiać. I o to zastanowienie chodzi w SF.

Pozdrawiam

@ Skoneczny – postaram się zastosować do wszelkich uwag ;) Cieszy mnie pozytywna opinia i punkcik :D

 

@Unfall – Ślicznie dziękuję za miłe słowa i punkt :D

 

 

Bardzo przyjemne opowiadanie, lekki styl i uważam, że temat dość ciekawy. Robot dobrze opowiada, a sama samotność i pogrążanie się człowieka zmusza do zastanowienia. Sama końcówka mogłaby być trochę lepsza, ale nie narzekam.

Bibliotekę kliknąłem, gdyż opowiadanie po prostu mi się podobało – pomysł jest dobry, może miejscami naciągany, lecz gdy okazało się, że osią fabuły jest “samotny” lot człowieka przez dwa tysiące lat – wsiąkłem. Fakt, mogło to być lat dwieście czy nawet dwadzieścia, lecz fabuły by to nie zmieniło, a znowu dwa tysiące przemawia do wyobraźni, to już jest ogrom, który ciężko pojąć. Lubię sf, gdzie wątkiem jest kwestia ludzkiej psychiki w obliczu pustki kosmosu, a tu mamy to jako motyw główny, do tego w niezwykle skrajnej formie. Przy tym czytało się płynnie, ciekawa narracja rekompensuje niemal zupełny brak dialogów.

Opowieść o samotności, nawet nieźle potraktowana.

Nieco zgrzytają mi założenia fabularne – taka metoda lotu wydaje się wręcz sadystyczna. I nie przemawiają do mnie argumenty, że pilota wybrano ze względu na wyjątkową odporność, bo nikt go nie mógł przetestować w porównywalnym okresie. To cud, że przeżył podróż i nie przegryzł sobie żył. Właściwie z narratorem podobnie – chyba jeszcze nie wymyślono sprzętu, który tyle wytrzyma i to bez profesjonalnego serwisowania, tylko samoróbki… Nie wiem, z jaką prędkością lecieli, ale nie znalazło się nic bliżej? Gdyby jeszcze doliczyć dylatację… Ale rozumiem, że bez tego wszystkiego nie byłoby opowiadania.

Interpunkcja nadal kuleje.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam, dobre opowiadanie, skłania do zastanowienia się. Dałabym klik do biblioteki, ale się spóźniłam ;)

Przeczytałem i ja. Podobało się, choć większych zachwytów nie będzie.

Kuleją założenia fabularne – Thargone podsumował to w słowach rzeczowych i konkretnych, w pełni się z nim zgadzam. Tutaj nie ma sensu nic już zmieniać, ale w przypadku kolejnych opowiadań z nurtu Sci-Fi, radziłbym mocniej pochylić się nad podobnymi kwestiami.

Podobała mi się relacja robota z człowiekiem, to niezrozumienie pewnych zachowań Jamesa, uczenie się człowieczeństwa… Fajne motywy, a Ty przedstawiłeś je w naprawdę niezły sposób. Zresztą, to właśnie główna część tekstu, opisująca lot, jest moim zdaniem znacznie lepsza niż dość chaotyczny początek.

Warsztatowo nieźle, zwraca uwagę zaimkoza i nędzna interpunkcja. Trzymaj, to jest taki elementarz, z którego czasami korzystam. Powiem Ci, przed którymi łącznikami masz stawiać przecinek, jeśli ZA łącznikiem jest czasownik. Są wyjątki, odstępstwa i jeszcze inne zasady, ale jak będziesz stopniowo się z nimi zapoznawał, to zapamiętasz i zaczniesz pisać bardziej poprawnie.

 

Tyle ode mnie, na koniec kilka uwag:

Kilka dni później, gdy mój procesor myślał już jasno, wyprowadzili mnie po raz pierwszy na zewnątrz. Do tej pory jest to jedno z moich najważniejszych wspomnień. Ujrzałem w jednej chwili więcej, niż przez całą resztę mojego życia.

Przykład zaimkozy.

Mówili do mnie wiele słów, ale program nie był jeszcze do końca wgrany, więc jedynie kiwałem głową, od czasu do czasu potakując niepewnie.

Niezręcznie napisane. Chodziło Ci pewnie o potakiwanie w stylu: “tak”, “aha”, jednak potakiwać można również głową. Czyli kiwać. Generalnie, niepotrzebne znaki, można zostawić samo potakiwanie.

Jego ogrom przysłaniał pół nieba, nieustannie krążyły do niego mniejsze jednostki wiozące pierwsze transporty ludzi.

Krążyć to można wokół czegoś. Więc albo tak, albo “dokowały” do niego. Albo jeszcze inaczej ;)

Spoglądali wtedy na pakujących się, biegających wte i wewte z poczuciem wyższości, ale w duma w ich oczach nieudolnie maskowała strach.

Zbędne “w”.

Widziałem na własne oczy transmitowaną przez sieć egzekucję, którą oglądali moi Stwórcy. Strzelono mu w tył głowy na placu w Nowym Pekinie, oglądający to tłum był cichy

Powtórzenie

Siedział już przykuty do tego dziwacznego fotela – urządzenia.

(…)

Na głowę zakładał specjalny hełm – implant, który pomagał mu myśleć, dzięki czemu jego umysł pozostał bystry.

W takich zestawieniach używasz dywizu, nie półpauzy.

– Panie James – zaczął środkowy z prezydentów[+.] – Jesteśmy niezwykle dumni z pana i z misji, jakiej się pan podjął.

Brak kropki. I to nie jest jedyna taka sytuacja. Zajrzyj sobie do poradnika pisania dialogów, a nuż się przyda.

Zresztą, “środkowy prezydent” to słaby kolokwializm. Rzekłbym – mało profesjonalny ;)

Podobnie uczynili wszyscy inni przywódcy.

Raczej “pozostali”, skoro było ich ledwie trzech ;P

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nie czuję się do końca usatysfakcjonowana lekturą.

Podróż, trwająca dwa tysiąclecia, moim zdaniem, została opisana szalenie skrótowo i niezwykle pobieżnie. Rozumiem, że w czasie takiego lotu trudno o fajerwerki i zwroty akcji, ale to, co działo się z Jamesem było chyba do przewidzenia. Odosobnienie fatalnie na nas wpływa, a rutynowe czynności, lektura, oglądanie filmów, modlitwy i polerowanie medali, tudzież obecność świetnego i sympatycznego robota, nie są w stanie zastąpić towarzystwa ludzi.

Zastanawiam się też, jak przez dwa tysiące lat udało się utrzymać Afcol w stanie nadającym się do użycia. Czy ta substancja nie uległa przeterminowaniu?

Wykonanie, niestety, pozostawia sporo do życzenia. Sugeruję, abyś z większą rozwagą używał zaimków. Są one potrzebne, ale nie zawsze niezbędne. Interpunkcja zawodzi, a niektóre zdania mogłyby być zbudowane nieco czytelniej.

Mam nadzieję, Podpłomyku, że Twoje kolejne opowiadania dostarczą mi wyłącznie przyjemności. ;-)

 

Zro­dzo­no mnie w fa­bry­ce na Mar­sie. Nie­wie­le już z tego pa­mię­tam, bo­wiem pro­gram nie dzia­łał wtedy jesz­cze w pełni. Je­dy­ne, co przy­cho­dzi mi na myśl, gdy wra­cam do tam­tych wy­da­rzeń, to duma, którą do­strze­ga­łem w oczach moich Stwór­ców. „Nie­sa­mo­wi­ty”, „pięk­ny”, „wspa­nia­ły” – tak o mnie mó­wi­li, gła­dząc mięk­ki­mi dłoń­mi moją sta­lo­wą twarz.

Kilka dni póź­niej, gdy mój pro­ce­sor my­ślał już jasno, wy­pro­wa­dzi­li mnie po raz pierw­szy na ze­wnątrz. Do tej pory jest to jedno z moich naj­waż­niej­szych wspo­mnień. Uj­rza­łem w jed­nej chwi­li wię­cej, niż przez całą resz­tę mo­je­go życia. – Przykład groźnej zaimkozy. Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

Ubie­rał się po woj­sko­we­mu, w mun­dur upstrzo­ny dzie­siąt­ka­mi me­da­li. – Mam wrażenie, że na co dzień ordery na mundurze nie są wygodne, że wojskowi przypinają medale i odznaczenia raczej na wyjątkowe uroczystości. Na co dzień ich mundury zdobią baretki. Ale rozumiem, że Twój bohater lubił być obwieszony jak radziecki generał. ;-)

 

Po­tęż­ny sta­tek wzno­sił się wtedy tuż ponad nami i spra­wiał ist­nie mo­nu­men­tal­ne wra­że­nie. – Monstrualne było wrażenie, czy statek?

Czy nie miało być: Po­tęż­ny sta­tek wzno­sił się wtedy tuż ponad nami i spra­wiał wrażenie ist­nie mo­nu­men­tal­nego.

 

przed­sta­wi­cie­le Homo Sa­piens albo gdzieś się spie­szy­li… – …przed­sta­wi­cie­le homo sa­piens albo gdzieś się spie­szy­li

 

bie­ga­ją­cych wte i wewte… – Raczej: …bie­ga­ją­cych w tę i we w tę

 

ale w duma ich oczach nie­udol­nie ma­sko­wa­ła strach. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Wie­dzie­li, że nad­cho­dzi Apo­ka­lip­sa i że naj­bliż­sze dzie­się­cio­le­cie bę­dzie ich ostat­nim.Wie­dzie­li, że nad­cho­dzi apo­ka­lip­sa

 

Sły­sza­łem ich roz­mo­wy o słoń­cu w cza­sie któ­rych… – Sły­sza­łem ich roz­mo­wy o Słoń­cu w cza­sie któ­rych

a na czło­wie­ku, który przy­ga­sił słoń­ce resz­ta ga­tun­ku ze­mści­ła się okrut­nie. – …przy­ga­sił Słoń­ce

Zakładam, że rzecz dotyczy centralnej gwiazdy Układu Słonecznego.

 

Wkrótce później, moja fabryka zupełnie opustoszała… – Moim zdaniem masło maślane.

Proponuję: Nieco/ Trochę później moja fabryka zupełnie opustoszała… Lub: Wkrótce moja fabryka zupełnie opustoszała… Albo: Po jakimś czasie moja fabryka zupełnie opustoszała

 

Wkrótce później, moja fabryka zupełnie opustoszała, zo­stał przy mnie tylko jeden Stwór­ca, który dbał o moje funk­cjo­no­wa­nie. Prze­py­ty­wał mnie ze zna­jo­mo­ści dzieł kul­tu­ry i sztu­ki, a ja od­po­wia­da­łem szyb­ko, kla­row­nie i jasno, a gdy nie zga­dza­li­śmy się w ja­kiejś kwe­stii, dys­ku­to­wa­łem tak, jak kazał mi pro­gram. Czło­wiek był ze mnie bar­dzo za­do­wo­lo­ny, widać było to w spo­so­bie w jaki na mnie pa­trzył… – Kolejny przykład zaimkozy.

 

w tym nie­mym uwiel­bie­niu jakie od­bi­ja­ło się w jego oczach. – …w tym nie­mym uwiel­bie­niu, które od­bi­ja­ło się w jego oczach.

 

W jego szyję wpi­ja­ły się dwie igły… – Raczej: W jego szyję wbite były dwie igły… Lub: W jego szyi tkwiły dwie igły

Za SJP: wpić sięwpijać się  1. «zagłębić się w coś zębami, paznokciami lub palcami» 2. «cisnąc, sprawić ból»

 

Je­ste­śmy nie­zwy­kle dumni z pana i z misji, ja­kiej się pan pod­jął.Je­ste­śmy nie­zwy­kle dumni z pana i z misji, której się pan pod­jął.

 

Woj­sko­wy ski­nął głową, a potem od­parł: To zbyt wiel­ki za­szczyt. – Wypowiedź otwiera półpauza. Zapis powinien wyglądać tak:

Woj­sko­wy ski­nął głową, a potem od­parł:

– To zbyt wiel­ki za­szczyt.

Nie zawsze poprawnie zapisuje dialogi. Pewnie przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Za­gra­ła pa­te­tycz­na mu­zy­ka… – Muzyka nie gra. To muzycy grają na instrumentach,

Proponuję: Zabrzmia­ła pa­te­tycz­na mu­zy­ka

 

Dbał o czę­sta wy­mia­nę po­jem­ni­ków z Af­co­lem… – Literówka.

 

Nie­zwy­kle czę­sto je po­le­ro­wał i za­wsze przy­pi­nał tuż po prze­bu­dze­niu. – Po co je w ogóle odpinał na noc? Czy spał w mundurze, czy medale kładł spać? ;-)

 

Pil­no­wa­łem je­dy­nie pod­ze­spo­łów „Novus Tem­pus” i czy­ści­łem ka­bi­ny. Rzecz jasna była to sy­zy­fo­wa praca, ja byłem jeden, a ich mi­lio­ny, ale i tak się sta­ra­łem. – Czego były miliony, podzespołów, czy kabin?

 

Cięż­ko mi stwier­dzić do­kład­ne ramy cza­so­we… – Trudno mi ustalić/ określić  do­kład­ne ramy cza­so­we

 

Zda­rza­ło się, że jed­ne­go dnia brał w swoje ręce Koran… – Zbędny zaimek. Czy istniała możliwość, by brał coś w cudze ręce? 

 

Mo­dlił się szep­ta­jąc słowa… – Raczej: Mo­dlił się, szep­cząc słowa

 

Za­sia­dał w wiel­kiej sali mul­ti­me­dial­nej… – Dlaczego sala była wielka, skoro korzystał z niej tylko jeden człowiek?

 

Nie po­le­ro­wał go, ani nie spo­glą­dał na niego z dumą, w jego wzro­ku widać było je­dy­nie jakiś nie­uchwyt­ny żal. Obok niego… – Raz jeszcze nadmiar zaimków. W dodatku trudno się zorientować czy piszesz jeszcze o medalu, czy już o Jamesie.

 

Za­czął krzy­czeć, a pro­gra­mo­wi za­ję­ło dłuż­szy czas od­na­le­zie­nie spo­so­bu aby go uspo­ko­ić. – Raczej: Za­czął krzy­czeć, a pro­gra­mo­wi sporo czasu zajęło od­na­le­zie­nie spo­so­bu, aby go uspo­ko­ić.

 

chwy­ci­łem wózek, unie­ru­cha­mia­jąc go w miej­scu. – Czy mógł unieruchomić wózek tak, by nie pozostał w miejscu?

Chyba wystarczy: …chwy­ci­łem wózek, unie­ru­cha­mia­jąc go.

 

Prze­wró­ci­łem się na zie­mię… – Prze­wró­ci­łem się na podłogę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Lijen – Dziękuję :D

 

@Reinee – Bardzo mi miło, że się podobało ;)

 

@Finkla – Również cieszę się z pozytywnego odbioru :D Co do zarzutu dotyczącego czasu podróży: dwa tysiące lat w skali kosmosu to i tak niesamowicie blisko ;) A co do pozostałych wad – nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Mnóstwo założeń po prostu, a także limit znaków (20k). Nie skupiałem się na szczegółach technicznych, bardziej zależało mi na samej relacji. Na przyszłość postaram się dopieścić obie te kwestię. Co do interpunkcji – kiedyś do niej porządnie przysiądę i wszystko poprawię, obecnie przygotowuję się do Olimpiady i mam bardzo mało wolnego czasu.

 

@Bellatrix – Dziękuję ;)

 

@CountPrimagen – Z zaimkozą, tak jak z interpunkcją będę walczył po sobocie, ale wprowadziłem troszkę drobnych poprawek. Wszystkie pozostałe, wymienione błędy poprawione ;) Ślicznie dziękuję za korektę ;)

 

 

@regulatorzy – Tak jak powyżej jestem bardzo wdzięczny za wszelkie sugestie ;) Uwzględniłem niemal wszystkie uwagi , nie zmieniłem jedynie monumentalności i odpinania medali. Co do pierwszego punktu to wrażenie było monumentalne, czyli duże po prostu :D A co do odpinania medali – wydaje mi się że jak się składa rzeczy przed spaniem (a tak zapewne, jako wojskowy robi James) to jednak łatwiej z odpiętymi. Jeszcze raz dziękuje za twoje sugestie, bo z pewnością podwyższyły jakość tekstu ;)

 

Ogromnie się cieszę, Podpłomyku, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

 

Gdybym nosiła mundur z dziesiątkami medali, pewnie łatwiej i wygodniej byłoby mi go wieszać, niż składać w kostkę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

Widziałem na własne oczy transmitowaną przez sieć egzekucję

Raz, że mi to śmierdzi masłem maślanym. A dwa – maszyna ma oczy? Parę akapitów później sprytnie nazywasz je sensorami.

 

– To zbyt wielki zaszczyt. Cieszę się, że moja służba będzie się mogła przydać wszystkim ludziom, ale jestem tylko pilotem i inżynierem.

I jeszcze dwie bezglutenowe bułki, bo wie pani, studiuję prawo…

 

Zabrzmiała patetyczna muzyka, a na twarzy wojskowego odmalowała się duma.

To zdanie jest absolutnym zaprzeczeniem zasady “pokazuj, nie opisuj”. Tym bardziej, że wybrzmiewa z perspektywy syntetyka, dla którego abstrakcyjne rzeczowniki jak “duma” czy “patetyczność” powinny być trudne do zdefiniowania ot tak.

 

program wykorzystywał każdą komórkę mojego procesora

Procesory składają się z komórek?

 

przecierałem szmatką zaparowane szkło, a pod nim pojawiała się śpiąca, ludzka twarz

Czy to oznacza, że w kabinach była wilgotność 100% i wysoka temperatura? Dość spartańskie warunki na przechowywanie kapsuł mających wytrzymać 2000 lat…

 

Z mojej strony raczej nie będzie zachwytów. Opowiadanie jest poprawne – i tylko poprawne. Jeśli miałbym porównać nijakość tej narracji, to na myśl przychodzi mi jakieś szkolne opowiadanie, które zostało zarżnięte przez niezbyt kreatywną polonistkę, aby pasowało do sztywnych i wąskich norm bylejakości.

Wszędzie, gdzie spojrzałem, przedstawiciele Homo sapiens albo gdzieś się spieszyli

Czy ci “przedstawiciele” są tutaj niezbędni?

 

Przykładowo nigdy nie wolno było mi się mścić, a na człowieku, który przygasił Słońce reszta gatunku zemściła się okrutnie.

To jedno “a” czyni zdanie nijakim. Tutaj aż się prosi “chociaż”, “mimo że”.

 

To tylko dwa przykłady, może drobiazgi, ale jest ich dużo więcej. Chodzi mi o pewną zachowawczość w narracji, która nie służy absolutnie niczemu, a jedynie nuży mnie jako czytelnika. Wybrałeś, Autorze, narrację pierwszoosobową, która daje przeolbrzymie możliwości zaprezentowania całej gamy cech bohatera i wypiąłeś się na nią bez litości. Ktoś wyżej wspomniał, że syntetyk nie ma skaz – moim zdaniem, nie trzeba tego rozważać jako wady; on wcale nie musi ich mieć. Ale w tym, jak android opowiada swoją historię, nie ma nic >jego<, przez co wyszła przynudnawa, sucha relacja, a mnie nie obchodził ani główny bohater, ani jego towarzysz. I nie, mówienie, że to w końcu robot i tak miało być, to żaden argument. On też się uczył, też brał udział w całej tej podróży, odczuwał różne rzeczy, a tekst jest bardzo ubogi w opis tych doznań.

Założenia fabularne leżą i niedługo zaczną kwiczeć. Zaczynając od cudownego czerwonego płynu – jestem bardzo ciekaw, jak ta breja zdołała pokonać limit żywotności ludzkich komórek, wyznaczany przez mitochondria i szacowany na około 120 lat. Cóż to za uniwersalne cudo, mające powinowactwo do każdego jednego rodzaju komórek w organizmie Jamesa? Na jakiej zasadzie ta nieśmiertelność tutaj funkcjonuje? Jeśli płyn spowalnia metabolizm aż tak drastycznie, to James powinien po paru latach lotu ważyć trzysta kilo i przesypiać 23 godziny na dobę. Taki cudowny czerwony płyn, który rozwiązuje wszystkie problemy fabularne ot tak, cuchnie mi przeobrzydliwie marysuizmem. Uważam, że użycie tutaj tagu “SCIENCE-fiction” to nadużycie. Osadzenie akcji na statku kosmicznym to jednak za mało.

Dalej, sprawę ludzkiego członka załogi można by rozwiązać dużo prościej, budząc co 50-70 lat innego człowieka. Android mógłby oglądać kolejne pokolenia swoich towarzyszy, to jak przemijają i dumać na ten temat, stawać się mądrzejszym ze śmiercią każdego z nich. Ale zamiast tego dostaliśmy rubinowe panaceum na wszystkie troski medycyny. Meh.

Sam pomysł na motyw jest szalenie ciekawy, według mnie, ale ostatnio widać go i w “Mass Effect Andromeda”, jeśli chodzi o gry, a także w filmie “Pasażerowie”. Więc nic nowego na tym polu nie uświadczyłem.

Taki trochę gorzki komentarz mi wyszedł, nie odbieraj go proszę, autorze, personalnie. Mam nadzieję, że dzięki tym paru wskazówkom, Twoje kolejne teksty będą jedynie lepsze.

Pozdrawiam!

@regulatorzy – O wieszaniu nie pomyślałem… Uwaga jak najbardziej słuszna ;)

 

@MrBrightside – Jak najbardziej rozumiem ;) Z wieloma zarzutami się zgadzam, z kilkoma jednak pozwolę sobie na polemikę ;)

Cóż, oczy to może nie do końca dobre określenie, ale skoro górne kończyny robota nazwałbym rękoma, to nie widzę problemu aby sensory odbierające światło nazwać oczami. Co do komórek – są w nich przechowywane dane na których obliczenia wykonuje procesor. Wszystkie uwagi dotyczące stylu uważam za jak najbardziej zasadne i wprowadzę odpowiednie poprawki.

Co do Science-fiction… Ja wiem że tutaj nie ma science ;) Ale trudno to opowiadanie nazwać fantasy, albo horrorem, a na “inne“ też mi nie pasuje ;) Co do Afoclu i jego długoterminowości… Skoro umożliwiam bohaterom podróż w kosmosie (a pamiętajmy, że według dzisiejszej nauki podróż z prędkością większą niż prędkość światła jest niemożliwa, zaś zbliżanie się do prędkości światła powoduje wzrost masy, co powoduje wzrost energii potrzebnej na transport, co sprawia że podróż z jakąkolwiek rozsądną prędkością jest niewykonalna) to czy aż tak wielkim nadużyciem jest ów płyn? Na tej zasadzie wszystkie science fiction gdzie występują podróże kosmiczne trzeba by zdyskwalifikować. Nie zależało mi na realizmie a na opisaniu sytuacji psychicznej, którą uznałem za ciekawą.

I zdaje sobie sprawę, że pomysł jest dość mocno eksploatowany – to główny powód dla którego we wstępie pisze, że nie jestem do końca zadowolony z fabuły. Wszelkie pozostałe uwagi przyjmuję i postaram się poprawić w przyszłości ;)

 

 

Podplomyku, czyżbym odkryła przed Tobą wygodę wieszania odzieży? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie nawet dobrze się czytało, mimo że klimat dosyć monotonny. Ale… No właśnie, o czym jest ta historia? O człowieku, który tracił zmysły w długiej podróży? Każdy by je stracił. Czy o większej odporności andka nad człowiekiem w takiej misji? Niby okej, ale  dla czego, bo zrobiony z czegoś innego? Czy wyłącznie logiczna maszyna mogłaby być prawdziwą SI? Nie sadzę. Z czego był zrobiony robot, że wytrzymał tak długi okres? Bardziej już mnie przekonało przeżycie człowieka.

Jak dla mnie, za dużo wątpliwości. SI niewystarczająco i nieprzekonywująco przedstawiona. Nie urzekło, ale zajrzę do kolejnego tekstu Autora. Powodzenia. 

Pomysł i narracja – 5+. Po dopieszczeniu i rozbudowaniu byłaby ciekawa powieść, zakończenie można trochę udramatyzować . Wróżę przyszłe sukcesy.

Nowa Fantastyka