- Opowiadanie: marinho - Zbawiciel

Zbawiciel

Czasem marzenia są mordowane. Czasami marzenia popełniają samobójstwa. Czy godzi się marzeniom walczyć, gdy wszystko wskazuje na to, że czas się już poddać?

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Zbawiciel

 

Krwi­ste pio­ru­ny roz­ry­wa­ły niebo jak starą szma­tę. Otwo­rzy­łem bu­tel­kę na­peł­nio­ną pierw­szo­rzęd­nym piwem i od­chy­li­łem głowę. Ze zgro­zą ob­ser­wo­wa­łem czer­wo­ne roz­dar­cia na fir­ma­men­cie, łap­czy­wie po­ły­ka­jąc przy tym zło­ci­sty płyn. Za­mla­ska­łem i wy­rzu­ci­łem puste na­czy­nie, które nie­mal na­tych­miast znik­nę­ło w za­spie śnie­gu. Teraz mróz jakby mniej szczy­pał w po­licz­ki, a ja ra­do­śnie i z pasją ude­rzy­łem bi­czem tuż obok ucha cią­gną­cej wózek ko­bie­ty. Uczy­ni­łem to nie dla­te­go, że je­cha­li­śmy zbyt wolno, lub zbo­czy­li­śmy z kursu. Zro­bi­łem to z czy­stej zło­śli­wo­ści, bę­dą­cej miłym do­dat­kiem do sma­ko­wi­te­go al­ko­ho­lu roz­grze­wa­ją­ce­go mój żo­łą­dek.

– Tylko głup­cy nie wie­rzą, że nie­ba­wem nie­bo­skłon runie na zie­mię – syk­nął mi do ucha bro­da­ty sta­rzec, któ­re­go mia­łem nie­przy­jem­ność na­zy­wać Mi­strzem.

– Nie śpisz już, Mi­strzu­niu? – wy­ce­dzi­łem przez za­ci­śnię­te zęby, nie ukry­wa­jąc iry­ta­cji. Spo­glą­da­jąc za sie­bie, za­uwa­ży­łem, że ten stary pier­do­ła zdą­żył już wy­gra­mo­lić się spod gru­bych futer i sapał teraz nad moją głową.

– Je­ste­śmy już pra­wie na miej­scu – stwier­dził sta­ru­szek, ba­da­jąc oko­li­cę za­mglo­nym wzro­kiem. – Za­trzy­maj wóz, dalej pój­dzie­my pie­szo.

 

Przez chwi­lę za­sta­na­wia­łem się, jakim spo­so­bem jest on w sta­nie oce­nić sy­tu­ację tymi swo­imi gni­ją­cy­mi ocza­mi, ale ta kwe­stia nie ob­cho­dzi­ła mnie wiel­ce, więc po­słusz­nie za­cią­gną­łem lejce i ze­sko­czy­łem z drew­nia­ne­go wózka. Kop­ną­łem ko­bie­tę w gruby zad i po­gro­zi­łem pal­cem, dając tym samym ostrze­że­nie, aby ni­g­dzie się nie ru­sza­ła. Oczy­wi­ście zro­bi­łem to dla czy­stej przy­jem­no­ści, a nie z obawy przed uciecz­ką ko­by­ły. Ogrom­ne bab­sko przez całe życie przy­mu­sza­ne było do cią­gnię­cia ob­cią­żo­nych wozów, a jej tłu­ste i na­brzmia­łe od ste­ry­dów łap­ska nie nada­wa­ły się do ni­cze­go in­ne­go. Za­szy­te nicią usta nie wy­ra­ża­ły żad­ne­go sprze­ci­wu, a oczy już od dawna nie oka­zy­wa­ły uczuć. Szcze­rze mó­wiąc, gdzieś w głębi mego serca tkwi­ła obawa, że bar­ba­rzyn­ka pew­ne­go dnia wy­rwie się z za­przę­gu i stra­tu­je mnie wiel­ki­mi jak pnie no­ga­mi, ale za nic w świe­cie nie mo­głem tego oka­zać. Zresz­tą, nigdy nie sły­sza­łem, aby ja­ka­kol­wiek ko­by­ła ule­gła po­ku­sie buntu, więc ten strach nie miał uza­sad­nie­nia.

– Nie za­po­mnij wziąć noszy – roz­ka­zał mój prze­ło­żo­ny. – Mogą nam być po­trzeb­ne.

– Oczy­wi­ście, Mi­strzu­niu. – Bez na­rze­ka­nia ścią­gną­łem za­wie­szo­ne na ha­kach u boku wózka, zro­bio­ne z dwóch kijów i sta­rej skóry nosze, choć praw­dę po­wie­dziaw­szy, nie mia­łem zie­lo­ne­go po­ję­cia, po co one nam po­trzeb­ne w spo­tka­niu z le­gen­dar­nym nad­czło­wie­kiem, który miał nas zba­wić. Może sta­rzec ze­mdle­je z wra­że­nia i bę­dzie trze­ba go nieść z po­wro­tem?

 

Nie­wie­le rze­czy na tym pa­do­le czer­wo­nych łez wzbu­dza­ło mą cie­ka­wość, ale sama myśl o spo­tka­niu z kimś, kto miał być wspa­nia­łym bo­ha­te­rem, który po­wstrzy­ma upa­dek nie­bo­skło­nu, po­wo­do­wa­ła coś w ro­dza­ju na­pię­cia i spę­dza­ła sen z po­wiek. Dla­te­go, w prze­ci­wień­stwie do sta­re­go pryka, nie zmru­ży­łem nawet oka pod­czas po­dró­ży. Wy­obra­ża­łem sobie nad­cho­dzą­cą kon­fron­ta­cję od mo­men­tu, kiedy to Mistrz otrzy­mał od Kręgu Oca­le­nia za­da­nie zna­le­zie­nia kan­dy­da­ta na na­sze­go zba­wi­cie­la. Spo­dzie­wa­łem się, że ujrzę pro­mie­niu­ją­cą bo­skim świa­tłem kwa­dra­to­wą twarz umię­śnio­ne­go he­ro­sa i już nigdy wię­cej nie po­czu­ję stra­chu. Ach, cóż to za wspa­nia­ła chwi­la zbli­ża­ła się nie­uchron­nie! Me serce za­czę­ło bić moc­niej.

 

Śnieg przy­jem­nie chrzę­ścił pod na­szy­mi bu­ta­mi, gdy zbli­ża­li­śmy się do sta­rej, gni­ją­cej chaty, oto­czo­nej że­la­znym pło­tem.

– To musi być tutaj – stwier­dził dzia­dy­ga, roz­wi­ja­jąc kart­kę pa­pie­ru z roz­ry­so­wa­ny­mi in­struk­cja­mi.

– Co ta­kie­go? – par­sk­ną­łem ze zdzi­wie­niem. – Je­steś pe­wien Mi­strzu­niu?

Sta­rzec w od­po­wie­dzi wbił mi drew­nia­ną laskę pod ło­pat­kę i kiw­nął głową na furt­kę. Wy­pro­sto­wa­łem się mi­mo­wol­nie i rzu­ci­łem Mi­strzo­wi spoj­rze­nie pełne jadu i nie­na­wi­ści. Jesz­cze na­dej­dzie dzień, kiedy za­tłu­kę cię na śmierć tą twoją la­secz­ką, po­my­śla­łem. Skie­ro­wa­łem wzrok na za­rdze­wia­ły łań­cuch spię­ty kłód­ką. Wła­ści­ciel do­mo­stwa naj­wy­raź­niej nie lubił gości i wolał być po­zo­sta­wio­ny w spo­ko­ju. Szarp­ną­łem bramą, ale na nie­wie­le się to zdało.

– Prze­ska­kuj – po­le­cił Mistrz, zanim zdą­ży­łem stwier­dzić, że wej­ście jest za­ba­ry­ka­do­wa­ne. Po­mi­mo nie­chę­ci, prze­rzu­ci­łem nosze na drugą stro­nę i wspią­łem się po me­ta­lo­wych prę­tach. Na szczę­ście ogro­dze­nie było nie­wy­so­kie, więc ma­newr ten nie kosz­to­wał mnie wiele wy­sił­ku. O dziwo, sta­rzec wdra­pał się zaraz za mną, lecz za­miast wy­lą­do­wać zgrab­nie na no­gach, runął w śnieg jak worek ziem­nia­ków. Cóż za wspa­nia­ły widok! Wy­szcze­rzy­łem zęby w uśmie­chu, czer­piąc nie­opi­sa­ną sa­tys­fak­cję z tej sceny. Po chwi­li jed­nak po­mo­głem dzia­dy­dze wstać, nie z li­to­ści, ale z czy­ste­go prag­ma­ty­zmu. Nie­ste­ty, choć trud­no to przy­znać nawet przed samym sobą, bez Mi­strza nie wie­dział­bym co po­cząć dalej.

 

Wrota do cha­łu­py nie zo­sta­ły za­mknię­te. Po wtar­gnię­ciu do sieni za­uwa­ży­łem drzwi pro­wa­dzą­ce głę­biej. Po ich otwar­ciu w moje noz­drza nie­mal na­tych­miast buch­nął odór rzy­go­win, al­ko­ho­lu i potu. Za­kry­łem usta sza­li­kiem i z de­spe­ra­cją od­wró­ci­łem się w stro­nę Mi­strza, mając na­dzie­ję, że ten wyda roz­kaz do od­wro­tu i jak naj­szyb­ciej opu­ści­my to za­po­mnia­ne przez bo­gi­nię miej­sce. Ku mo­je­mu wiel­kie­mu roz­cza­ro­wa­niu, Mi­strzu­nio nie tylko nie znie­chę­cił się, lecz wręcz prze­ciw­nie, na­brał ani­mu­szu i od­py­cha­jąc mnie, prze­kro­czył próg. Chcąc nie chcąc, po­stą­pi­łem za nim.

Widok, jaki uj­rza­łem w środ­ku, na­peł­niał nie tyle nie­sma­kiem i od­ra­zą, ile po­gar­dą i nie­na­wi­ścią. Jak ktoś mógł do­pro­wa­dzić wła­sne miesz­ka­nie do ta­kie­go stanu? Ścia­ny zostały oplu­te czar­ną fleg­mą. Na pod­ło­dze, na stole, na każ­dej półce i pó­łecz­ce wa­la­ły się puste bu­tel­ki po naj­tań­szych wi­nach. Nie­zli­czo­ne pa­ję­czy­ny i ogrom­ne war­stwy kurzu opla­ta­ły wszyst­kie moż­li­we za­kąt­ki. Po­środ­ku tego cha­osu stało łóżko, dry­fu­ją­ce po oce­anie syfu ni­czym stara łajba, a na nim gło­śno chra­pał pi­ja­ny do nie­przy­tom­no­ści męż­czy­zna. Spo­mię­dzy jego przetłuszczonych wło­sów wy­ra­sta­ły czy­ra­ki, go­to­we, by pęk­nąć w każ­dej chwi­li, wy­le­wa­jąc z sie­bie stru­mie­nie ropy. Jego czar­na jak smoła broda le­pi­ła się od resz­tek je­dze­nia.

– Chodź­my stąd, Mi­strzu – rze­kłem bła­gal­nie, za­po­mi­na­jąc o po­gar­dli­wym zdrob­nie­niu, jakim okre­śla­łem swo­je­go prze­ło­żo­ne­go. – Pew­nie po­my­li­li­śmy domy albo kar­to­graf coś po­pie­przył.

– Za­mknij ryj – wy­szep­tał ła­god­nie sta­rzec, nawet nie zwra­ca­jąc się w moją stro­nę. Wle­pił śle­pia w me­ne­la.

– O co cho­dzi, Mistrz… – nie do­koń­czy­łem, gdyż zo­sta­łem zdzie­lo­ny laską w twarz. Mój umysł nie poj­mo­wał, co tu się u licha dzia­ło.

– Tylko głup­cy nie wie­rzą, że nie­ba­wem nie­bo­skłon runie na zie­mię! – za­grzmiał sta­rzec, a chra­pa­nie do­bie­ga­ją­ce z łóżka mo­men­tal­nie usta­ło. Jed­nak le­żą­cy osob­nik nie drgnął nawet o cen­ty­metr, a jego oczy po­zo­sta­ły za­mknię­te. Lump prze­bu­dził się, ale udaje, że dalej śpi, po­my­śla­łem.

– Co za łajza… – rzu­ci­łem, lecz znów ude­rzył mnie sę­ka­ty kij, tym razem dużo moc­niej. Po­cie­ra­jąc zbo­la­ły po­li­czek, ob­ser­wo­wa­łem tę ku­rio­zal­ną sy­tu­ację.

– Nie mam pie­nię­dzy, żeby spła­cić dług, pa­no­wie. – Owło­sio­na głowa nagle pod­nio­sła się znad po­dusz­ki. Roz­trzę­sio­na ręka, ni­czym dziki wąż, wy­peł­zła spod koł­dry i chwy­ci­ła jedną z bu­te­lek. – Zo­staw­cie mnie w spo­ko­ju – wy­beł­ko­tał pijak i błyskawicznym ły­kiem po­chło­nął resz­tę al­ko­ho­lu, po czym opu­ścił łe­pe­ty­nę i znów za­czął gło­śno chra­pać.

– Dług? – Brwi Mi­strza ścią­gnę­ły się w za­my­śle, a ja ode­tchną­łem z ulgą, wi­dząc, że sta­ru­szek w końcu od­zy­sku­je zmy­sły.

– Ucie­kaj­my, zanim prze­siąk­nie­my tym smro­dem.

– Gdzie masz nosze? – wy­krzyk­nął w furii Mistrz, nie omiesz­kawszy przy oka­zji opluć mojej obi­tej gęby. – Za­pie­przaj po nie i to mi­giem! – Za­mach­nął się laską, a ja pierz­chłem czym prę­dzej, aby unik­nąć ko­lej­nych cio­sów.

 

Za­bra­łem nosze spod bramy i roz­wa­ża­łem, czy na­praw­dę ten głupi sta­ruch za­mie­rza dźwi­gać tę­gie­go, na wpół nie­przy­tom­ne­go, szar­pią­ce­go się w de­li­rium mo­czy­mor­dę. Wra­ca­jąc do po­ko­ju, mia­łem jesz­cze na­dzie­ję, że Mistrz zre­zy­gnu­je, gdy trze­ba bę­dzie god­ne­go po­li­to­wa­nia męż­czy­znę prze­no­sić nad ogro­dze­niem. Ry­chło po­rzu­ci­łem wiarę, że ta prze­szko­da po­krzy­żu­je nam plany, gdyż zo­ba­czy­łem, jak Mistrz pod­no­si z biur­ka pęk klu­czy. Jeden z nich za­pew­ne otwie­rał kłód­kę, stwier­dzi­łem ze smut­kiem. Nie po­zo­sta­ło więc nic in­ne­go, jak po­słusz­nie wy­ko­nać sza­lo­ny za­mysł obłą­ka­ne­go dzia­da.

 

– Na co nam ten śmieć, Mi­strzu­niu? – po­sta­no­wi­łem za­py­tać, gdy już upo­ra­li­śmy się z wrzu­ce­niem pi­ju­sa na wózek.

– Jaki śmieć? – za­py­tał ze spo­ko­jem sta­rzec, pra­wie nie zwra­ca­jąc na mnie uwagi.

– Jaki śmieć?! – wrza­sną­łem z całej siły, tak gło­śno, że nawet ko­by­ła się wzdry­gnę­ła, lekko bu­ja­jąc wozem – Czyś ty zu­peł­nie po­stra­dał zmy­sły stary de­bi­lu? Ten śmier­dzą­cy pijak, któ­re­go tar­mo­si­li­śmy przez ostat­nie pół go­dzi­ny! – sta­ną­łem przed Mi­strzem i za­ci­sną­łem pię­ści. Sta­ru­szek tylko za­śmiał się grom­ko i znów za­czął mnie igno­ro­wać.

– Wra­ca­my – po­wie­dział po chwi­li ni to do mnie, ni to do sie­bie.

– Mi­strzu­niu, chyba nie su­ge­ru­jesz, że ten czło­wiek jest tym, kogo szu­ka­my? – za­py­ta­łem w końcu, choć bar­dzo bałem się nad­cho­dzą­cej od­po­wie­dzi. Sta­rzec mil­czał. – Jak ktoś tak ża­ło­sny i brud­ny miał­by nam pomóc w walce z krwa­wą hordą? Prze­cież on nawet nie umie spro­stać co­dzien­nym za­da­niom, takim jak choć­by po­ran­ne mycie! Jak on ma sobie po­ra­dzić ze skle­pie­niem upa­da­ją­cym na nasze głowy? Jak on ma nas zba­wić, skoro nie zdo­łał zba­wić sa­me­go sie­bie?

– Eh… – wes­tchnął sta­rzec. – Nie zro­zu­miesz tego.

– A co tutaj ro­zu­mieć? Nikt nie bę­dzie miał za grosz sza­cun­ku dla tego wraka czło­wie­ka. Za­ło­żę się, że nawet jak­bym na niego na­szczał, to nie byłby w sta­nie nic z tym fak­tem po­cząć.

– Wi­dzisz, mój drogi chłop­cze. – Dzia­dy­ga wło­żył fajkę mię­dzy zęby. – Świat już tak jest skon­stru­owa­ny, że tylko prze­moc i brak li­to­ści wzbu­dza­ją re­spekt. Jedynie siła i twar­dy cha­rak­ter uła­twia­ją drogę przez życie. Brak skru­pu­łów i brak współ­czu­cia po­zwa­la nam za­sy­piać i wsta­wać każ­de­go dnia.

– Ba­na­ły, Mi­strzu­niu, do rze­czy.

– Hmm… – Sta­rzec za­cią­gnął się głę­bo­ko faj­ko­wym zie­lem – Wi­dzisz, ten śpią­cy męż­czy­zna ma pe­wien dar, któ­re­go mocy nie je­steś sobie w sta­nie wy­obra­zić. Gdy­byś czuł to, co on, już dawno skoń­czył­byś na strycz­ku. On sam za­pew­ne nie jest tego świa­dom, a nawet uważa ten swój dar za klą­twę, co po­nie­kąd jest praw­dą, jak widać po jego sta­nie. Otóż po­sia­da­jąc ten dar, nie spo­sób być sil­nym i szczę­śli­wym. Wręcz nie można robić nic in­ne­go, jak tylko uża­lać się nad sobą i ocze­ki­wać w cier­pie­niu na śmierć.

– Co to za dar, Mi­strzu­niu? – Moja złość po­wo­li za­mie­ni­ła się w cie­ka­wość.

– Ten dar, mój chłop­cze… – Mistrz wy­pu­ścił kłąb sza­re­go dymu, który po­le­ciał wy­so­ko aż pod po­prze­ci­na­ne czer­wo­ny­mi bruz­da­mi niebo. – To świa­do­mość. Świa­do­mość na temat praw­dzi­wej na­tu­ry rze­czy­wi­sto­ści.

 

 

Koniec

Komentarze

Trudno jest mi odnieść się do opowiadania, bo osobiście do mnie nie do końca trafiło. Może dlatego, że to prosta historia mająca przekazać nam coś w zakończeniu, a właśnie wniosek z zakończenia niewiele mi mówi, dopóki znam tylko szkic świata, a natury tamtejszej rzeczywistości nie potrafię odgadnąć? Ale to wrażenie jest całkowicie subiektywne, więc nie masz czym się przejmować ;)

Jeśli chodzi o wykonanie, opowiadanie napisane jest w taki sposób, że potrafiło wzbudzić we mnie ciekawość, a samo czytanie absolutnie nie sprawiało przykrości. Na pewno nie żałuję, że przeczytałem. Niestety obawiam się, że w tekście nie ma nic, co sprawiłoby, żebym miał go zapamiętać na dłużej.

– Nie mam pieniędzy, żeby spłacić dług panowie.

Dodałbym przecinek przed „panowie”. Proponuję też przejrzeć na szybko dialogi, bo takich przecinków przed zwrotem na końcu kwestii nie było jeszcze w kilku miejscach.

Wracając do pokoju, miałem jeszcze nadzieję, że Mistrz zrezygnuje, gdy trzeba będzie godnego politowania mężczyznę przenosić nad ogrodzeniem, lecz rychło porzuciłem wiarę, że ta przeszkoda pokrzyżuje nam plany, gdyż zobaczyłem, jak Mistrz podnosi z biurka pęk kluczy.

Proponuję rozbić to zdanie. Troszkę dużo tych czasowników w jednym zdaniu jak na mój gust.

– Tylko głupcy nie wierzą, że niebawem nieboskłon runie na ziemię

W j.polskim funkcjonuje chyba podwójne zaprzeczenie, więc dodałbym drugie “nie” przed “runie”. IMO wyglądałoby to naturalniej; w tym przykładzie składnia przypomina trochę angielską. Chociaż podkreślam, to moje zdanie, być może Twój zapis jest ultrapoprawny i tylko się czepiam. ;)

 

Zrobiłem to z czystej złośliwości, będącej miłym dodatkiem do smakowitego alkoholu rozgrzewającego mój żołądek.

Zamiast przecinka dałbym kropkę, a dalszą część przeredagował, bo IMO nijak nie wiąże się z pierwszą, nie wynika z niej, więc całość traci sens.

 

a jej tłuste i nabrzmiałe od sterydów łapska

Fantasy, jadą wozem, śpią pod skórami i znają sterydy? Ja rozumiem, że nie każdy świat jest taki sam i nie jest kopią tego z Wiedźmina, czy Władcy pierścieni – to w porządku. Ale ekspozycja trochę leży, bo nie dałeś żadnej przesłanki, że ten świat to nie quasi-średniowiecze, tylko mieszanka starego z nowym.

 

 

Narracja pierwszoosobowa jest zdradliwa. Nie powinieneś na przykład używać wielkiej kwiecistości języka, co bez przeszkód mógłbyś uczynić w narracji trzecioosobowej, jeśli Twój bohater-narrator nie jest egzaltowanym romantykiem, poetą, czy innym tego typu cudakiem, bo jego perspektywa narracji będzie się gryzła z jego wypowiedziami.

Bohater okazuje dość pogardliwy stosunek do swojego mistrza, więc czy powie o nim “staruszek”?

Napisane sprawnie, chociaż faktycznie notorycznie unikasz przecinków przed wołaczami. Ciekawość narasta z rozwojem wypadków, nawet jeśli akcja nie jest zbyt porywająca. No i do czego to wszystko zmierza? Zakończenie, bazując tylko na tym tekście, to przefilozofowany bełkot. Opowiadanie wygląda jak element większej całości, więc może słowa z ostatniej wypowiedzi Mistrza mają głębsze znaczenie – ale oceniam to, co jest, i tego znaczenia nie widzę.

Pozdrawiam!

 

 

– Tylko głupcy nie wierzą, że niebawem nieboskłon runie na ziemię

 

Mnie się wydaje, że to zdanie jest w porządku. Głupcy nie wierzą w to, że nieboskłon runie. Czyli nie-głupcy wierzą. Natomiast nie rozumiem, po co to jest powtórzone. Tak jakby to była jakaś czarodziejska fraza o mocy budzenia pijaków.

Na pewno dorzuciłabym garść przecinków.

I po przeczytaniu całości dopadło mnie wrażenie, że cały tekst jest tylko pretekstem do przekazania mądrości życiowej o roli świadomości. Szkoda, bo pomysł jest do rozwinięcia.

 

 

Znam tylko pięć liter ;)

Czytało się przyjemnie, ale tekst był chyba zbyt krótki, żeby przesłanie mnie uderzyło. Końcówka przeszła, niestety, bez echa.

Nie poznałam też bohaterów, więc nie wiedziałam, co sądzić o relacji mistrz– uczeń. Istniały jakieś powody dla których zachowywali się w stosunku do siebie tak, a nie inaczej? Moim zdaniem ich sposób bycia, cokolwiek nieźle oddany, stracił na mocy przez ten brak większego kontekstu.

 zrobione z dwóch kijów i starej skóry nosze, choć prawdę powiedziawszy, nie miałem zielonego pojęcia,

Czy tam miał być przekreślony przecinek?

 

 

Nie bardzo wiem czemu ma służyć grubo ponad dziesięć tysięcy znaków, poprzedzających ostatnie zdanie. :(

 

na­peł­niał nie tyle nie­sma­kiem i od­ra­zą, o ile po­gar­dą i nie­na­wi­ścią. – Pewnie miało być: …na­peł­niał nie tyle nie­sma­kiem i od­ra­zą, ile po­gar­dą i nie­na­wi­ścią.

 

– O co cho­dzi Mistrz… – nie do­koń­czy­łem… – – O co cho­dzi Mistrz… – Nie do­koń­czy­łem

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

wy­krzyk­nął w furii Mistrz, nie omiesz­ku­jąc przy oka­zji… – …wy­krzyk­nął w furii Mistrz, nie omieszkawszy przy oka­zji

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Też nie bardzo rozumiem, w jaki sposób świadomość może powstrzymać upadający nieboskłon. Stwarza to wrażenie, że puenta wyskakuje nagle, jak diabeł z pudełka.

Uch, całą flaszkę miodu wypił duszkiem i nie puścił pawia? Twardy zawodnik… ;-)

Przedpiścy mają rację: w pobliżu wołaczy powinny stać przecinki.

Zaszyte nicią usta nie wyrażały żadnego sprzeciwu,

To znaczy, że ona nic nie jadła?

Babska logika rządzi!

Może jakoś przez kroplówkę? ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Eeee, jakby tam wisiała kroplówka, to przeszkadzałaby w operowaniu batem. ;-)

Babska logika rządzi!

Autorze, piłeś kiedyś miód? Jeszcze zależy jaki, dwójniak, czwórniak?

 

Nic mądrego nie znalazłam w treści opowiadania ani nic przykuwającego uwagę. Dość infantylne. Ale nieźle napisane, pomijając kilka wpadek przecinkowych.

 

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Całkiem nieźle napisane, ale chyba podzielę opinię reszty, że chyba nie dokońca rozumiem, jaka jest puenta. Liczyłam na coś odkrywczego, a dostałam zdanie odnoszące się do świata, którego nie dałeś nam poznać.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nowa Fantastyka