- Opowiadanie: Aurinko - Z wyrazami niebieskimi

Z wyrazami niebieskimi

Część zaznaczona kursywą powinna być zapisana czcionką maszynową, czego edytor na stronie nie przewiduje. Trudno, trzeba sobie inaczej radzić.

Miłej lektury, czekam na wasze opinie :>

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Z wyrazami niebieskimi

Szanowna Pani,

z przykrością informujemy, że pani Anioł Stróż, z przyczyn od nas niezależnych, tymczasowo nie jest w stanie pełnić swoich codziennych obowiązków wobec Pani. Od dnia dzisiejszego przez czas nieokreślony, jest Pani zobowiązana sama troszczyć się o swoje bezpieczeństwo. Dołożymy wszelkich starań, aby wspomniany AS jak najszybciej wrócił do swojej normalnej roli.

Prosimy o ostrożność, ponieważ pewne siły mogą podjąć próby przejęcia pani duszy. Niech Pani uważa na kolor granatowy i ogórki.

Życzymy powodzenia i przepraszamy za niedogodności

Z wyrazami szacunku

Niższy Urząd Chóru Principatus

 

***

 

Był chłodny styczniowy poranek. Ledwo wyszłam z klatki schodowej, poślizgnęłam się na lodzie i upadłam tak, że później przez cały dzień lewe biodro pulsowało tępym bólem. A co jeszcze gorsze, niesamowicie chciało mi się spa, mimo, że do śniadania wypiłam wyjątkowo mocną kawę. Czas, w którym teoretycznie powinnam pracować, upłynął mi na powstrzymywaniu się od zaśnięcia, ukradkowym przymykaniu oczu, rozcieraniu stłuczonej części ciała i śledzeniu uparcie wolnych wskazówek zegara.

W drodze powrotnej do domu prawie przejechałabym mój przystanek i mało brakowało, a znów przewróciłabym się w tym samym miejscu, co rano. Wspinając się po schodach na najwyższe piętro niskiego bloku, zabrałam pocztę ze skrzynki. Trzy ulotki, które wyrzuciłam bez czytania, jedna kartka z Bremy, zaadresowana do mojej współlokatorki i elegancka koperta. Do mnie. O, ciekawe! Senność na chwilę odpuściła, gdy zaintrygowana zaczęłam ostrożnie rozrywać papier. Nigdy nie dostawałam listów. Czasem tylko pisma urzędowe albo jakieś reklamowe gazetki dla stałych klientów tego czy tamtego sklepu.

Wyciągnęłam z koperty białą, migoczącą kartkę. Szybko przebiegłam wzrokiem pisany odręcznie tekst i… cóż, to zdecydowanie najbardziej osobliwa rzecz, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Może wyłączając co poniektóre książki, ale nie ma co porównywać alternatywnych rzeczywistości Neila Gaimana do listu, który dostałam. Anioł stróż na urlopie? Niższy Urząd Chóru Principatus? W sensie, że co? Nie zapominajmy też o kolorze granatowym i ogórkach.

Dokładnie obejrzałam kopertę. Ten sam rodzaj błyszczącej papeterii, co w środku, ani śladu znaczka, adresu nadawcy ani… odbiorcy. Pod światło było widać odciśniętą pieczęć z lilią. Obok wykaligrafowane ‘Janna’ i tyle. Ktoś musiał wrzucić to prosto do skrzynki… Tylko że w starych skrzynkach w blokach nie da się tak zrobić. Zrezygnowana odłożyłam kopertę z listem na stół i zrobiłam to, o czym marzyłam przez cały dzień – poszłam spać. Może we śnie oświeci mnie czym jest ten cały urząd.

 

 

 

No to… Nie mam już anioła stróża. Podobno tymczasowo. Ciekawe co takiego się z nim stało? Czy anioły mogą chorować? Albo dostał kogoś jeszcze do opiekowania się i teraz musi dzielić czas między dwie osoby? Albo zawsze to robił, tylko teraz ten drugi ktoś z jakiegoś powodu wymaga więcej uwagi niż ja? Może to jakiś prezydent albo członek rodziny królewskiej, więc anioł uznał, że ja jestem mniej ważna. Nie brzmi to zbyt uczciwie, jak dla mnie…

Z drugiej strony, nie każdy dostaje listy z nieba, chyba powinnam czuć się wyróżniona. Nawet jeśli to tylko jakieś powiadomienie z niższego urzędu czegoś tam. Oczywiście, trzeba patrzeć na jasne strony sytuacji!

Będę miała okazję się sprawdzić. Zobaczę o ile inaczej świat wygląda bez tej zewnętrznej opieki; do tej pory nawet nie wiedziałam, że ją mam, a teraz już muszę sobie radzić bez niej. Ale, szczerze mówiąc, nie widzę żadnej różnicy.

Rozejrzałam się. Tak dla pewności. I zobaczyłam, że się zgubiłam. Zgubiłam się idąc z domu na przystanek. I autentycznie nie wiedziałam, gdzie się znalazłam, chociaż mieszkam w tej okolicy od lat.

Aha, więc to tak…

 

Po kilku incydentach podobnych do porannego zabłądzenia stwierdziłam, że obycie się bez opieki anioła stróża, to po prostu kwestia odpowiedniej koncentracji przy codziennych czynnościach. Trochę uwagi i nie czekałabym dziesięć minut aż włączy się komputer, którego w ogóle nie uruchomiłam, nie pomyliłabym godziny przerwy i może nawet nie wylałabym gorącej kawy na błyszczące buty jakiegoś dyrektora w markowym garniturze – ha, dobrze, że to były buty, a nie ten garnitur właśnie…

Ale nieustanne skupianie się na wszystkim nie jest takie proste. A z dnia na dzień było tylko trudniej. Trudniejsze było też kontrolowanie zmęczenia. Wracałam z pracy, czasem coś jadłam i szłam spać. Rano z trudem wstawałam, a przez cały dzień marzyłam o położeniu się z powrotem do łóżka, przez co nie zwracałam dość uwagi na to co robię i wysyłam urwane w połowie maile albo próbowałam włamać się do jakiegoś pokoju, pomyliwszy go z moim.

Tylko w weekendy było w miarę normalnie: po prostu nie wstawałam z łóżka. Aż któregoś dnia, gdy zadzwonił budzik, oznajmiając mi, że czas zaczynać dzień, zwyczajnie go wyłączyłam i leżałam dalej. Byłam zmęczona. Siedzenie w pracy i tak nie miało sensu. Bałam się, że w końcu zapomnę się rozejrzeć przy przechodzeniu przez ulicę i coś mnie potrąci.

Ludzie już zauważyli, że coś było nie w porządku. Kilka osób pytało co się ze mną dzieje. Co im miałam powiedzieć? Że to przez anioła? Udawać, że ostatnio w stacji krwiodawstwa przypadkowo wypompowali ze mnie dwa razy więcej krwi, czego efektem jest długotrwałe przymulenie? Tak, to z pewnością właśnie w taki sposób działa.

Następnego dnia naprawdę chciałam wstać i normalnie wyjść z mieszkania. Postanowiłam, że będę żyć jak gdyby nigdy nic, że nie będę się nad sobą rozczulać i załamywać nad nie wiadomo czym; ale znowu nie poszłam do pracy, nawet nie ruszyłam się z łóżka. Trzeciego dnia moje postanowienie było silniejsze, ale rozpłynęło się po tym, gdy poślizgnęłam się na schodach.

Później stwierdziłam, że i tak nikt mnie nie potrzebuje w tej wielkiej korpo-maszynie. W ciągu dwóch dni znajdą kogoś na moje miejsce, a ja w spokoju poczekam aż mój anioł wróci. Nie stawiłam się nawet na rozmowę z przełożonym.

Całe dnie spędzałam w łóżku. Czytałam czasem książki albo blogi, oglądałam filmy i seriale. Jadłam bardzo mało albo w ogóle nic, aby nie spowodować katastrofy próbując coś przygotować. Cierpliwie czekałam aż anioł znowu się pojawi. Mijał tydzień za tygodniem. Od czasu do czasu przychodziła mi do głowy myśl, że muszę coś w końcu zrobić – z niebieską opieką lub bez niej, że nie mogę tak dłużej wegetować i liczyć na cud. Oczywiście mogłam. Czasem postanawiałam od jutra zacząć szukać nowej pracy. Raz otworzyłam stronę internetową i przejrzałam ogłoszenia.

Czułam się źle. Zamknęłam przeglądarkę z myślą, że to i tak nic nie zmieni, że od siedzenia w jakimś biurze nie będzie mi ani trochę lepiej. Tutaj czy tam, mój wkład w rozwój naszej cywilizacji jest tak śmiesznie mały, że aż żaden. Nie wychylając się z mojego pokoju mogłam przynajmniej na chwilę o tym zapomnieć. Zagłębiałam się w dramaty fikcyjnych postaci i jeśli wczuwałam się w nie wystarczająco mocno, to wciąż rosnąca pustka zdawała się nie istnieć.

W moje urodziny niespodziewanie do mieszkania wpadła hałaśliwa, świętująca kompania. Nawet nie pamiętałam, że mam urodziny, więc tym bardziej nie rozumiałam co się dzieje, kiedy obudzili mnie wcześnie rano – byli tam wszyscy, cała paczka, z którą jeszcze niedawno spędzałam czas. Stali w moim pokoju, śpiewali, wymachiwali grzechotkami i tamburynem, ogólnie bawili się cudownie. Dostali się do mnie z całym urodzinowym arsenałem – mieli papierowe czapeczki, serpentyny poobwieszane dookoła szyi i oczywiście tort ze świeczkami; obudzili mnie, wprawiając tym w głęboką konsternację, dokładnie tak jak się spodziewali, ha! Jak zabawnie!

– Jestem chora – poinformowałam w pierwszym momencie, w którym dopuścili mnie do głosu.

Nie akceptowali tego, kazali mi wstać, zrobić wszystkim kawy, zjemy tort! Domowa produkcja Tomka i Asi, czekoladowo-malinowy, ósmy cud świata! A później wychodzimy, bez dyskusji, bo wymyślili dla mnie coś super.

– Nie mogę, naprawdę. Od kilku dni w ogóle nie ruszam się z łóżka. Nie jestem w stanie nigdzie wyjść.

Podziękowałam za starania, udałam wielki atak kaszlu i w końcu udało mi się wyprosić całą urodzinową gromadę. Zostawili po sobie confetti porozrzucane po dywanie i tort. Nie chcieli słyszeć o zabieraniu go – a co ja sama miałam z nim zrobić?

Zrezygnowana poprawiłam poduszkę. Mogłam wracać do spania. Po chwili uświadomiłam sobie, że właśnie zmarnowałam okazję, aby spełnić obietnicę dnia poprzedniego i wrócić do normalnego życia. Teraz znowu zostało mi tylko czekać na powrót anioła i ewentualnie oszukiwać się, że jutro wezmę sprawy w swoje ręce. Eh, nie, lepiej nie ryzykować.

Usłyszałam dzwonek. Zbliżające się kroki… Do mojego pokoju zajrzała Milka, która została zmuszona do opuszczenia go kilka minut wcześniej.

– Janna – zaczęła – co się z tobą dzieje?

– Jakaś paskudna grypa – odparłam.

– Nie o to mi chodzi. Przecież widzę, że coś tu jest bardzo nie na miejscu i to nie jest twoje zdrowie.

Zrobiłam zdziwioną minę.

– Przestań udawać – powiedziała Milka, po czym zaczęła chodzić po pokoju i pokazywać co jej nie pasuje. Tu porozrzucane pudełka po pizzy i chińszczyźnie – Od kiedy tak uwielbiasz zamawiać jedzenie? – tutaj, że okna chyba przez miesiąc nie otwierałam, że wyglądam jakbym nawet nie wychodziła z łóżka, aby się umyć (cóż, nie mogę zaprzeczyć…), ale katar tylko udaję, żadnych chusteczek nigdzie nie widać, a na stole gruba warstwa kurzu. – O, Janna, co to jest? Co to jest Chór Principatus?

Milka wzięła do ręki list, który leżał na stole – tak, na tym zakurzonym stole.

– Janna?

Nie odpowiedziałam. Co miałabym jej powiedzieć?

– Wytłumaczysz mi, co się tu dzieje?

– Naprawdę się o ciebie martwię – dodała po chwili. – Przestałaś się odzywać, wychodzić, a teraz… – Machnęła ręką – To wszystko. Chodzi o ten list? Janna, powiedz mi.

Powiedziałam jej. Na początku niechętnie i niezręcznie, a później jakoś poszło. Opowiedziałam jak próbowałam sobie radzić i jak funkcjonuję od czasu kiedy przestałam próbować.

– A nie pomyślałaś, że to może być tylko głupi żart?

– Nie jest. Ja to po prostu wiem, to się czuje.

Milka postanowiła, że tak dłużej być nie może.

 

Szanowni członkowie Niższego Urzędu Chóru Principatus,

w związku z wiadomością, którą od Was dostałam, zwracam się do Was z następującą prośbą: proszę o przysłanie do mnie zastępczego anioła stróża.

Brak anioła przysparza mi wielu kłopotów i utrudnia normalne funkcjonowanie. Ponieważ nie zostałam poinformowana kiedy mój anioł wróci, ani dlaczego odszedł, uważam, że rekompensata jest uzasadniona. Myślę, że przysłanie mi zastępczej ochrony rozwiązałoby problem.

Proszę o pozytywne rozpatrzenie niniejszej prośby i odpowiedź informującą o decyzji.

Z poważaniem

Janna

 

 

***

 

Napisałam list do urzędu Chóru Principatus, czymkolwiek on jest, na odwrocie pisma, które dostałam od nich wcześniej. Włożyłam go z powrotem do tej samej koperty, przekreśliłam swoje imię, a obok niego napisałam nazwę instytucji docelowej.

Milka mi kazała. Kazała coś zrobić i zaakceptowała wysłanie listu jako aktywność mogącą coś zmienić. Później zmusiła mnie – prawie siłą – do wyjścia z łóżka i przejścia do końca ulicy. Udało jej się tylko dlatego, że wiedziałam, że przyjaciółka będzie mi towarzyszyć w tej krótkiej, ale względnie niebezpiecznej wyprawie i w razie czego nie pozwoli mi wpaść pod samochód.

– No i co, było się czego bać? – zapytała, kiedy tryumfalnie wrzuciłam kopertę do skrzynki.

– Jeszcze muszę trafić z powrotem do mojego pokoju.

– Dobrze, nie histeryzuj. Teraz pójdziemy na mały, urodzinowy spacer. Tylko do bloku z muralem i wracamy.

Nie miałam siły się o to kłócić. Poszłyśmy. Zdałam sobie przy tym sprawę od jak dawna nie zapuszczałam się nigdzie dalej niż do najbliższego sklepu spożywczego. Nie czułam, że coś straciłam, ale uświadomienie sobie tego było dość niepokojące.

Na dworze wszędzie leżała śnieżna chlapa, chodniki były śliskie i mokre, a niebo wyglądało jak wysłużona, ścierka kuchenna zawieszona nad miastem o podobnym odcieniu szarości. Świat zewnętrzny prezentował się jednak nieco lepiej z ciepłego, przytulnego mieszkania, otoczony kolorowymi zasłonkami. Zasłonki zawsze można było zaciągnąć.

Milka nie weszła ze mną z powrotem na górę, ale nakazała mi natychmiast informować ją o wszelkich zmianach w sprawie anioła stróża. I poradziła chodzić na spacery i nie leżeć całymi dniami w łóżku. Łatwo mówić.

W drodze na ostatnie piętro zatrzymałam się i wyciągnęłam ze skrzynki jasną kopertę z moim imieniem i odciśniętą lilią w miejscu znaczka. Mają tempo w tym urzędzie, no ładnie, ładnie.

Szybko przebiegłam wzrokiem po starannie wykaligrafowanym tekście, a następnie przeczytałam go powoli w całości. Rzuciłam pismo na stół, tam, gdzie jeszcze niedawno leżało to mówiące o zniknięciu mojego stróża. Szczerze mówiąc, wcale nie spodziewałam się, że kogoś mi przyślą. Gdyby nie Milka nawet nie pisałabym tego listu.

Miło, że w ogóle pofatygowali się i odpisali tak szybko.

 

Szanowna Pani,

Z przykrością informujemy, że nie jesteśmy w stanie spełnić Pani prośby o przydzielenie zastępczego AS-a.

Powód nieobecności Pani AS-a jest informacją z kategorii tajemnic niebiańskich, nieudostępnianym bytom doczesnym. Zdajemy sobie sprawę z tego w jak niekomfortowej sytuacji się Pani znalazła i razem z Pani AS-em robimy wszystko, co w naszej Mocy, aby jak najszybciej przywrócić ją do właściwego stanu.

Cieszymy się, że ma się Pani dobrze i z sukcesami unika Pani kontaktu z pewnymi nieprzyjaznymi podmiotami.

Z wyrazami szacunku,

Niższy Urząd Chóru Principatus

 

 

***

 

Janna: urząd mi odpisał

Milka: i co? i co?

Janna: jedno wielkie ‘nie bo nie’

Milka: jak to?! :((

Milka: ale co konkretnie napisali?

Janna: że nie mogą, że tajemnica, tylko bardzo mądrze brzmiącymi słowami

Janna: i dobrze, że nie zaprzedałam duszy diabłu, jeżeli dobrze zrozumiałam

Milka: o ja. a powiedzieli ci kiedy wróci twój anioł?

Janna: niee. tylko to, że robią co mogą.

Milka: aha

Milka: to zapytaj o to jeszcze raz

Janna: znowu mi powiedzą, że tajemnica

Milka: no to powiedzą. ale pokażesz, że ci zależy i w końcu załatwią sprawę, byleś tylko przestała pisać

Milka: co masz do stracenia? nawet nie musisz znaczka kupować!

Milka: wpadnę do ciebie jutro z wieczora, zerknąć na ten list, ok?

Janna: właściwie to chciałam napisać do Piotrka i spróbować się z nim jakoś umówić. wiesz, tak w ramach resocjalizacji, którą mi zaleciłaś ;)

Milka: jasne! pisz do niego, ja się już nie odzywam

Milka: powodzenia!!!

 

 

Nie miałam najmniejszego zamiaru pisać do nikogo, a już na pewno nie do Piotrka. Za żadne skarby. A spotkanie z nim teraz skończyłoby się… tragicznie. Jak nic zrobiłabym coś wybitnie głupiego. Nie ma innej opcji, skoro nawet z anielską opieką mi się to zdarzało. Zaskakująco często w obecności Piotrka właśnie.

Po prostu wiedziałam, że taka wymówka jak żadna inna zniechęci Milkę do kolejnych odwiedzin. Chociaż jutro i tak będę musiała wstać i znowu wybrać się na koniec ulicy do skrzynki na listy.

 

Szanowni członkowie Niższego Urzędu Chóru Principatus,

Dziękuję za odpowiedź i za Wasze działania w mojej sprawie.

Czy mogłabym dowiedzieć się, kiedy w przybliżeniu mogę spodziewać się powrotu mojego AS-a?

Z poważaniem

Janna

 

 

***

 

Szanowna Pani,

dokładamy wszelkich starań, aby Pani AS wrócił do wypełniania swoich obowiązków. Niestety nie jesteśmy w stanie określić, kiedy to się stanie. Prosimy o cierpliwość.

Z wyrazami szacunku

Niższy Urząd Chóru Principatus

 

 

***

 

Podobnie jak poprzednio odpowiedź odebrałam już w drodze powrotnej do mieszkania. Tak samo jak wcześniej wyjęłam ze skrzynki jasną, migoczącą kopertą z odciśniętą lilią. Tę samą kopertę. Co prawda była cała, bez żadnych rozdarć ani powtórnych zaklejeń taśmą, ale w miejscu adresu widać było krzywo przekreślone ‘Janna’ i powyżej nazwa dziwnego zarządu nakreślona moim okrągłym pismem, jak zwykle z krzywym dużym ‘N’. To znowu było przekreślone idealnie równą linią, a obok jeszcze raz stało wykaligrafowane moje imię. Wyglądało to wręcz komicznie. Już widziałam reakcje jakiegoś szeregowego listonosza, który dostał taką przesyłkę do doręczenia.

Odpowiedź od urzędu była wciśnięta na tej samej stronie, co moje pytanie. Czyżby ktoś tam dowiedział się o planie Milki? Gdyby ta wiadomość mnie nie zniechęciła to i tak nie miałabym sposobu aby zasypać Principatusów listami bez ich magicznej papeterii.

Z resztą, ja wcale nie miałam zamiaru pisał kolejnych epistoł, ale skoro tak stawiają sprawę… Wolałabym wrócić do łóżka i poczekać – tylko, że nie mogę czekać w nieskończoność. Będę sobie radzić sama. Dobrze, nie sama, Milka mi pomoże. Aha i wyszukiwarka internetowa też.

 

Wyniki moich poszukiwań w sieci (na które składało się około dwunastu haseł używających różnych słów, wpisywanych w okienko Google’a po kolei w trzech językach) przedstawiały się następująco: dużo mrocznej poezji i jeszcze mroczniejszych obrazków od zdołowanych nastolatków dla zdołowanych nastolatków; równie dużo stron dotyczących okultyzmu, w tym jedna wróżka oferująca przepowiednie z anielskiego tarota, nad czym przez moment nawet się zastanawiałam, zanim nie doczytałam, że to po prostu karty z obrazkami aniołów; trochę mniej, chociaż wciąż sporo rozmaitych, zazwyczaj mocno perwersyjnych fanartów dotyczących czegoś, czego zdecydowanie nie chcę rozumieć; kilka sklepów z autorską odzieżą/biżuterią/pocztówkami/świeczkami, jeszcze trochę fanartów, tym razem z Doctora Who; parę opracowań sztuki średniowiecznej, dewocjonalia na każdą okazję – dwa lub trzy razy, i w końcu pewna ilość portali religijnych, z czego niektóre były raczej odrzucające, a na innych ludzie wgłębiali się w coś takiego jak angelologia.

Nigdy bym nie pomyślała, że istnieje taka dziwna nauka. Jednak bardzo się cieszę, że ktoś się nią zajmuje, bo eksperci w tej dziedzinie rozjaśnili mi kilka kwestii – chociażby ten „Chór Principatus”. Według angelologów principatus to inaczej księstwa lub zwierzchności i jest to coś w rodzaju klasy aniołów, które zajmują się organizacją świata materialnego i inspirowaniem. Cokolwiek to dokładnie znaczy.

Trafiłam też na informację o aniołach stróżach samych w sobie – podobno to w ogóle nie jest możliwe, aby stróż opuścił człowieka, którym miał się opiekować, bo „życia nie wymyśliła Dorota Terakowska”. I jeszcze kilka argumentów, tym razem sensowniejszych. Nawet dałabym się przekonać, gdyby nie to, że akurat zdarzyło mi się stracić mojego anioła. Może powinnam pokazać któremuś z tych mądrych ludzi mój list z nieba?

Dzięki wielkiej wędrówce po Internecie udało mi się trochę doedukować, mimo że koniec końców nie znalazłam tego, czego szukałam. Z drugiej strony: czego ja się spodziewałam? Chyba wpisu na jakimś głupim forum z tytułem „pomocy! Straciłam anioła stróża! Co robić?!?!?!” A pod spodem byłaby rada od innej osoby mającej już doświadczenia na tym polu albo link do strony agencji zajmującej się wynajmem zastępczych aniołów, których to urząd przecież nie może przyznać.

Jareth spełnia życzenia również w twoim mieście!

Na ekranie moją uwagę zwrócił ciemny prostokąt wciśnięty między strony, które polubili moi znajomi, których nie widziałam od siedmiu lat, a grupy moich znajomych, których spotkałam góra dwa razy w życiu.

Usługi wszelakie natury nieprawdopodobnej i nadprzyrodzonej: cuda na zamówienie, odwracanie złego i dobrego losu i wiele innych! Zapraszamy! – głosił opis pod tytułem zapisanym większymi literami.

Wiele razy się przekonałam, że przeglądarki nas śledzą, ale tego się nie spodziewałam. Kliknęłam w odnośnik. Granice dziwności już i tak dziś przekroczyłam grasując po portalach z twórczością fanowską.

Ukazała mi się minimalistyczna strona o profesjonalnym wyglądzie. Jasny szablon, ciemna czcionka i logo firmy – bo nie miałam wątpliwości, że to firma, a nie jakieś internetowe dziwactwo – w nagłówku. Symbol przedstawiał fikuśną literę J na tle czarnej, pięcioramiennej gwiazdy.

 

Centrum Marzeń Niemożliwych „Jareth” oferuje usługi jedyne w swoim rodzaju.

Spełniamy wszystkie życzenia klientów mające – lub nie – związek z siłami nadprzyrodzonymi, dobrymi i złymi mocami, zdarzeniami paranormalnymi, orłami w snach i wszystkim innym, z czym zainteresowani nie mają do kogo się zwrócić.

 

– czytałam w zakładce „O nas”.

 

Działamy na rynku od lat. Założenie firmy poprzedza wiekowa tradycja, która jest żywa po dzień dzisiejszy i doskonale uzupełnia się ze stosowanymi przez nas nowoczesnymi technologiami.

 

Dalej jeszcze długo chwalili się swoim doświadczeniem, niezawodnością, zadowolonymi klientami i ogólną wszechmocą. Imponujące, prawda, ale mało konkretne, podobnie jak cennik. Była w nim tylko informacja, że „usługi wyceniają indywidualnie, uwzględniając szczególne wymagania i indywidualną sytuację klienta”.

Na tej samej podstronie zapraszali do jednego z punktów obsługi na rozmowę o moich potrzebach. Wpisałam w okienko kod pocztowy, aby wyszukać najbliższą placówkę Jaretha. Ku mojemu zaskoczeniu pozycja na mapce wskazywała adres w samym centrum miasta, na jednej z ulic, którą chodzę prawie codziennie. Czy raczej chodziłam prawie codziennie, zanim postanowiłam siedzieć w łóżku zamiast wychodzić. Rzecz w tym, że nie przypominałam sobie tam żadnego Jaretha. Ani tam ani nigdzie indziej.

Na początku ulicy był pusty budynek starej biblioteki, a za nim odnowione kamienice z początku poprzedniego wieku, po drugiej stronie ulicy szare, betonowe kloce. Jedne i drugie od poziomu ulicy miały wejścia do księgarni, banków, piekarni czy sklepów z oryginalnymi prezentami. Był też jeden antykwariat, ogromny lumpeks i komis z płytami. Były bramy, a w nich kolejne miejsce, gdzie można wydać pieniądze: ulubiony pub Asi albo ta tania księgarnia skąd potrafiłam wynosić całe siatki książek… Doskonale znałam tę okolicę, ale tego punktu obsługi klienta nie potrafiłam nigdzie umiejscowić. Symbolu z czarną gwiazdą nigdy wcześniej nie widziałam. Coś, co szumnie tytułuje się Centrum Marzeń, chyba nie może się chować na zapleczu sklepu ezoterycznego? A jeśli nawet – raczej nie miałam innego wyboru, niż tylko iść i dowiedzieć się czy mogą tam sprowadzić mi mojego anioła. Skoro są takimi bezkonkurencyjnymi ekspertami…

 

 

No to jestem. Dotarłam na docelową ulicę prawie bez komplikacji i pozostaje mi tylko znaleźć odpowiedni numer. Nigdy nie zwracałam tu uwagi na numerację, ja po prostu wiem gdzie co tu jest. Poza tajemniczym Centrum Marzeń Niemożliwych.

Trafienie do niego zabrało mi więcej czasu niż się spodziewałam, a to dlatego, że znajdował się w miejscu, którego w ogóle nie brałam pod uwagę – na tym samym podwórku co moja ulubiona księgarnia. Nieee… wcześniej tego tu nie było. Mam na myśli nie tyle gabinet sam w sobie, co fakt, że nic nie znajdowało się pomiędzy punktem oprawy obrazów, a schodami do sklepu z książkami. Powiedziałabym, że to co najmniej podejrzane, ale czego innego mogłabym się spodziewać po specjalistach od rzeczy niemożliwych?

Weszłam do środka. Znalazłam się w jasnym, modernistycznym wnętrzu, które chyba było recepcją. Niespodziewany widok jak na coś, czego drzwi są o połowę węższe od normalnych i prowadzą na obskurne podwórko.

Zza wypolerowanego blatu w korporacyjnym stylu spoglądała na mnie kobieta o aparycji korporacyjnej sekretarki.

– W czym mogę pomóc? – zapytała.

– Hm, ja… – zaczęłam, niepewna jak wyłożyć moją sprawę.

– Czy chciałaby pani spotkać się z naszym konsultantem w celu przedyskutowania pani problemu i wybrania najdogodniejszej formy rozwiązania go? – mechanicznie wyrzuciła z siebie formułkę i uśmiechnęła się na zakończenie. – Konsultacje są całkowicie bezpłatne – dodała.

– Ja… Tak, poproszę.

– Proszę usiąść – sekretarka wskazała na beżowe fotele stojące pod ścianą. Sama opuściła stanowisko i zniknęła w korytarzu prowadzącym w głąb lokalu. Przez chwilę słyszałam stukot obcasów.

Nie bardzo wiedziałam co o tym myśleć. Wygląd pomieszczenia niepokojąco kłócił się z tym, co podobno potrafili zrobić w tej firmie. Wnętrze było jasne, schludne, urządzone ze smakiem, ale bez zbędnych ozdobników. Chciałoby się powiedzieć, że to najnormalniejsze miejsce na świecie, przynajmniej tak długo jak nie zauważało się trzech obrazów na ścianie, które całkowicie burzyły to wyobrażenie. Ze wszystkich spoglądał mężczyzna z co najmniej ekscentrycznym makijażem i długimi, nastroszonymi włosami. Raz pomiędzy kukiełkowymi stworami rodem ze starych filmów fantasy, to znowu trzymając w objęciach dziewczynę wystrojoną w suknię balową albo w otoczeniu schodów biegnących we wszystkich kierunkach.

Siedziałam tak przez kilka minut, wpatrywałam się w ścianę i zastanawiałam o co w tym wszystkim chodzi – aż wróciła sekretarka.

– Konsultantka Morko oczekuje na panią w pokoju numer 15 – powiedziała.

Podziękowałam i skierowałam się w stronę korytarza. Wskazane pomieszczenie znajdowało się w jego połowie. Na uchylonych drzwiach widniała tabliczka z numerem biura z imieniem i nazwiskiem konsultantki. Małgorzata Morko.

Konsultantka okazała się szczupłą kobietą z zapadniętymi policzkami. Miała czarne włosy upięte z tyłu i cała była ubrana w ciemną zieleń. Na mój widok wykrzywiła usta w wyuczonym uśmiechu zarezerwowanym dla klientów.

– Zapraszam – powiedziała. – Proszę usiąść. Napije się pani czegoś? Kawy, herbaty, soku?

Podziękowałam. Odczekała chwilę i znowu się odezwała:

– Z jaką sprawą pani do nas przychodzi?

– Chciałabym odzyskać mojego anioła stróża – odpowiedziałam. – Zniknął na początku stycznia.

– Proszę mi dokładnie opowiedzieć o tej sytuacji.

Opisałam jej listy, które dostałam i to, co się działo od kiedy zostałam bez anielskiej opieki. Kobieta od czasu do czasu dopytywała o jakiś szczegół. Poza tym słuchała uważnie i wydaje się, że była nawet przejęta.

– Oczywiście możemy dowiedzieć się dla pani, co stało się z pani aniołem i, w zależności od przyczyny jego nieobecności ściągnąć go z powrotem lub nie – powiedziała konsultantka po wysłuchaniu mojej historii i wynotowaniu jej elementów w notesie z zielonymi kartkami. – Jednak korzystniejsze będzie dla pani wybranie tymczasowego opiekuna. Możemy związać panią z innym aniołem, który będzie pełni obowiązki stróża do powrotu pani własnego. Chyba, że zdecyduje pani inaczej. Nasz anioł może również całkowicie przejąć rolę pani opiekuna. Wybierając zastępczego anioła ma pani zagwarantowaną natychmiastową opiekę bez podejmowania ryzyka, że coś się stanie, zanim zdążymy sprowadzić pani stróża. Najprawdopodobniej będziemy w stanie to zrobić, ale to zazwyczaj wymaga czasu.

Pokiwałam głową. Wyglądało na to, że naprawdę mieli doświadczenie w takich sprawach. I że nie mnie pierwszej się to przytrafiło.

– A jakie są koszty? Tego tymczasowego anioła, znaczy się.

– Na początek możemy pani zaproponować bezpłatny, trzydziestodniowy okres próbny. Nie musi pani nic podpisywać – wystarczy jedno słowo i sprowadzimy dla pani opiekuna, a po miesiącu może pani wybrać czy  decyduje się pani na dalsze korzystanie z usługi. A muszę przyznać, że jeszcze nie zdarzyło się, aby ktoś z niej zrezygnował.

– A później? Ile to będzie kosztować?

– Cena jest indywidualnie ustalana przy spisywaniu umowy. Bierzemy pod uwagę możliwości klienta. Koszt jest symboliczny.

– Dobrze… – Brak konkretnej odpowiedzi mnie nieco niepokoił. Ale może w czasie tego miesiąca mój anioł zdąży wrócić i nie będę musiała tu wcale wracać. – To wezmę na razie ten okres próbny.

– Przeprowadzę jeszcze krótki test osobowości, abyśmy mogli jak najlepiej dobrać dla pani opiekuna.

Test polegał na tym, że kobieta czytała słowa, a ja miałam podawać do nich skojarzenia, które ona wprowadzała do komputera. Trwało to kilka minut. Zauważyłam w tym czasie, że nawet oprawki jej okularów i cała biżuteria mają ten sam odcień ciemnej, butelkowej zieleni.

Chwila klepania w klawiaturę, klik, klik, klik, enter, więcej klawiatury i jedno zdecydowane uderzenie.

– Gotowe – powiedziała konsultantka. – Pani okres próbny właśnie się rozpoczął.

 

 

W pierwszej chwili nie czułam żadnej różnicy – anioł jest, anioła nie ma, anioł się pojawia, niebiosa się nie otwierają, ziemia nie drży, żadne czary-mary, nawet fanfary nie zagrają, i skąd ja mam wiedzieć, że on faktycznie do mnie przyszedł? Tak po prostu, na zawołanie zielonej kobiety z dziwnej korporacji? A nawet nie tyle na zawołanie, co na kliknięcie.

Nie minęło jednak dziesięć minut, gdy znalazłam dowód na to, że mimo wszystko coś się zmieniło. Dzień wcześniej, gdybym postanowiła się przejść w okolicy budynków z jakimikolwiek spadzistymi elementami architektonicznymi, to pokrywający je śnieg niechybnie zjechałby z nich akurat na moją głowę. Tym razem zimna masa postanowiła poddać się działaniu grawitacji kilka sekund szybciej, tak że uderzyła o ziemię tuż przede mną. Popatrzyłam na białą górkę u moich stóp i zaczęłam się śmiać.

Na przystanek trafiłam całkowicie bezwypadkowo, bez nawet najmniejszego potknięcia. A później, podczas jazdy autobusem, spojrzały na mnie najbardziej niesamowite oczy, jakie kiedykolwiek widziałam. Wyglądały znad na pół zaparowanych szkiełek okularów, szeroko otwarte, z wyrazem fascynacji i zdumienia, jakie na ogół widuje się wyłącznie u dzieci. Ciemnobrązowe, a jednak jaśniejące najprawdziwszym światłem, jakby ten człowiek był nie człowiekiem, a jakąś niesamowitą latarnią – tak samo, jestem przekonana, widoczny byłby z oddali, chociażby jego sylwetka jedynie majaczyła gdzieś na horyzoncie, tak przeszywające i inne od wszystkiego dookoła wydawały się te oczy – w tej chwili utkwione we mnie.

Gdy nasze spojrzenia się przecięły, oczy uciekły. Siedzący kilka metrów dalej chłopak przeniósł je na swoje zaciśnięte na krawędzi płaszcza dłonie i wpatrywał się w nie, jakby spodziewał się odczytać z nich wszystkie sekrety ludzkości. Po paru przystankach zerwał się z miejsca i wysiadł z autobusu, nie dając mi już szansy na złapanie chociaż promyka z tego magnetyzującego blasku.

Ta przelotna wymiana spojrzeń zrobiła na mnie takie wrażenie, że o mało co przejechałabym moją ulicę i pojechałabym aż do zajezdni – jednak tym razem nowy stróż mnie pilnował i w porę wyskoczyłam na zewnątrz. Nie wiem co dokładnie stało się chwilę wcześniej, co kryło się za tym wzrokiem, za tymi rozświetlonymi oczami, ale jakoś utwierdziło mnie to w przekonaniu, że nie muszę już być tą przerażoną, przyciągającą nieszczęścia Janną.

Spodziewałam się, że wszystko po prostu z czasem wróci do normy. Nie miałam racji: było dużo lepiej niż w normie. Układało mi się wręcz nienaturalnie dobrze. Nie żebym narzekała, nadszedł czas na odmianę!

Na początku zadzwonili do mnie z pracy. Brakuje im mnie, czy nie chciałabym wrócić? Na wyższe stanowisko, ma się rozumieć, bo najwyraźniej poprzednie mi nie odpowiadało, skoro odeszłam. To całkiem przekonujący dowód, że miały tu udział jakieś siły wyższe – takie rzeczy się po prostu nie zdarzają.

Zaledwie kilka dni później mój ukochany zespół ogłosił trasę koncertową po Europie i, jako jego część, występ w moim mieście, chociaż mało która grupa o światowej sławie tu zagląda. Jakoś wtedy dostałam również zaproszenie na imprezę od Andżeliki, która najwyraźniej zapomniała, że przy naszym ostatnim spotkaniu perfidnie zatrzasnęłam jej drzwi przed nosem i ogólnie nie reagowałam na żadne próby nawiązania kontaktu przez dłuższy czas. Dlaczego o tym wspominam? Bo u Andżeliki właśnie po raz kolejny zobaczyłam właściciela rozświetlonej pary oczu. Okazało się, że jest kuzynem pewnego jej dobrego znajomego, którego kojarzyłam z opowieści przyjaciółki.

Wiedziałam, że mnie rozpoznał, gdy tylko się tam pojawiłam. Tym razem nie próbował uciekać, czekał aż witając się ze wszystkimi po kolei, podejdę również do niego. Wtedy się uśmiechnął, jego oczy aż strzeliły iskrami, i się przedstawił – Rafał. Oboje pamiętaliśmy, ale żadne z nas nie wspomniało o sytuacji w autobusie.

– Przeraziło mnie to, że tak mocno zareagowałem na kompletnie obcą osobę – powiedział mi dużo później. – Bardzo chciałem COŚ zrobić, jakby jakaś siła mnie do tego pchała, ale jednocześnie nie wiedziałem co. I zwyczajnie bałem się, że faktycznie COŚ zrobię i będzie to wyjątkowo głupie COŚ, czego będę później żałował. Miałem poczucie, że mógłbym z miejsca ci się oświadczyć, nieznajomej dziewczynie w autobusie. Dlatego po prostu wysiadłem. I żałowałem.

To, że później na siebie trafiliśmy, tam, u Andżeliki, było prawdziwym cudem. A ja wiedziałam jak to się stało, że ten cud się przydarzył. Wiedziałam też, że w jednej chwili mogę stracić wszystko, co się dla mnie liczyło. Trzydzieści dni już prawie minęło. Nie miałam wątpliwości, że gdy kolejny anioł ode mnie odejdzie, to w jakiś sposób zabierze ze sobą Rafała z jego świetlistym spojrzeniem i całą tą paradą szczęścia, w której żyłam przez najkrótszy miesiąc mojego życia.

Znalazłam więc wizytówkę, którą dostałam poprzednio od Małgorzaty Morko.

Tak, spodziewała się, że zadzwonię. Umowa dla mnie już była gotowa. Najwyraźniej pracownikom nie mieściło się w głowie, że klient mógłby zrezygnować po okresie próbnym i nie podpisać umowy – ale to całkowicie zrozumiałe, jeżeli wszystko co robili działało tak dobrze jak w moim przypadku.

W Centrum konsultantka Morko postawiła przede mną kałamarz z zanurzonym piórem.

– To stara firmowa tradycja – wyjaśniła. Tym razem też była ubrana od stóp do głów w zieleń. – Tak to bywa w organizacjach z długą historią – czasem przywiązujemy wagę do pozornie nieistotnych szczegółów, a bywa nawet, że sami nie wiemy dlaczego!

Poza tym, że w umowie zamiast mojego pełnego imienia i nazwiska stało tylko skrótowe „Janna”, formularz wyglądał bardzo zwyczajnie. Plik zapisanych drobnym druczkiem kartek, który nasuwał raczej skojarzenia z otwieraniem konta w banku niż z jakąkolwiek duchowością i aniołami. Dla mnie był przepustką do szczęścia. Musiałam zadać jeszcze tylko jedno pytanie. Nie mogłam tego nie zrobić.

– A jak z ceną?

– W tej kwestii też mamy pewne staromodne zwyczaje – powiedziała konsultantka. – Nie chcemy od pani pieniędzy.

Odetchnęłam. To była dobra wiadomość. Gdyby chcieli, to pewnie bez sprzedaży nerki by się nie obyło. Nadprzyrodzone usługi nie mogą być tanie.

– Kontrakt przewiduje, że będzie pani winna Centrum Marzeń Niemożliwych „Jareth” przysługę – kontynuowała zielona kobieta. – Nic wielkiego, firma zawsze prosi tylko o coś, co jest w zasięgu danego klienta i nie stanowi dla niego kłopotu. A na wypadek ewentualnych obiekcji, jest jeszcze możliwość negocjacji.

Sytuacja nie przedstawiała się wcale źle. Obawiałam się gorszych warunków – a nie zdobyłabym się na odmowę, czegokolwiek by ode mnie zażądali. Oddam pierworodnego, zorganizuję bal dla Szatana, cokolwiek, tylko nie zabierajcie mi Rafała! Nie, układ z przysługą brzmiał całkiem przyjemnie.

Przerzuciłam druk na ostatnią stronę i podpisałam. Dla Rafała. Piórko skrzypiało. I jeszcze drugi egzemplarz. Konsultantka Morko też postawiła po parafce na obu kartkach używając podobnie hałasującego pióra umoczonego w podobnym czerwonawym atramencie. Obok przystawiła pieczątki z logiem w kształcie czarnej gwiazdy, a na koniec schowała jedną kopię do teczki i podała mi ją z uśmiechem na twarzy.

– Życzę miłego dnia i zapraszam ponownie, czegokolwiek będzie pani potrzebowała.

Opuściłam Centrum Marzeń Niemożliwych. Teraz może ten stary anioł sobie w ogóle nie wracać. Ja już sobie poradzę.

 

Na zakurzonym stole leżała mała, szklana kulka. Wyglądała zupełnie zwyczajnie i na pewno nikt, kto nie wie czym jest ta kulka nie zwróciłby na nią uwagi, gdyby nie zaczęła toczyć się po blacie, jakby pchana własną mocą. Dotarła do krawędzi mebla i przesunęła się jeszcze troszkę dalej. Uderzając o niemyte nigdy panele, roztrzaskała się na kawałeczki. W ciemnym dotychczas pokoju na ułamek sekundy mignęło oślepiające światło.

Nie wiadomo jakim sposobem ludzki okultysta zdołał zatrzymać o wiele potężniejszą od siebie istotę, taką jak anioł, w jednym miejscu i czasie wbrew jej woli. Prawdopodobnie sam nie wiedział co robi. Jego cel mógł być zupełnie inny, a przez pomyłkę w jego sidła wpadł anioł. Trudno powiedzieć co samozwańczy czarownik chciał zrobić ze swoją zdobyczą i czy w ogóle miał pojęcie czym ona była – ale na pewno już nie zrealizuje swoich zamiarów.

Więzień ucieka.

 

Anantielo jest przy Ludzkiej Istocie, którą ma się opiekować. Ale jest przy niej coś więcej, jest coś ciemnego i złośliwego, nie może jej pomóc, pilnuje jej Upadłe Anielę Lucyfera – a Małej Duszyczce Jannie się to podoba, nawet jeszcze jest mało. Bezbronna, taka naiwna, taka zakochana, nawet nie myśli, podpisuje kontrakt na samą siebie w zamian za wątpliwą ochronę wysłannika Władcy Potępionych, nie wie co robi, dlaczego nie czyta umowy, jak może dać się tak zwieść, czy nikt jej nie ostrzegł, ktoś powinien ją ostrzec, dlaczego nikt jej nie ostrzegł?

Tak, przecież otrzymała list, wiadomość z przestrogą, dostała wskazówkę od Chóru Principatus, Oni jej nap…

Niech pani uważa na kolor granatowy i ogórki.

Tak. Nie. Kruchemu Człowiekowi taka wiadomość nie może pomóc, Principatus nie rozumieją ludzkich Zmysłów, Principatus nie znają Świata, ich rady nie są radami dla ludzi, są nie do odczytania, Człowiek nie zatrzyma się przed Drzwiami bo są granatowe, Człowiekowi nigdy inny Człowiek nie skojarzy się z ogórkiem, Człowiek zapomni o przestrogach w mgnieniu oka, uzna, że są absurdalne, głupie. Nikt nie okłamał Janny, Nieświadomej Duszki zostawionej samej sobie, po prostu nikt jej nie poinformował, że obiecana przysługa jest już ustalona, że nawet mając możliwość negocjacji, nic nie wynegocjuje, że nawet nie dowie się o powrocie jej stróża, że składając podpis skazuje się na Wieczne Męki, zgadza się na przejście na Służbę u Lucyfera, niczym w Opowieściach dużo starszych od siebie, oddaje Diabłu Duszę.

Upadłe Anioł początkowo spełnia każde Jawne i Ukryte Pragnienie Człowieka, ale przestaje się troszczyć, gdy zostaje związane z nim Kontraktem, nie pomaga, nie daje Rad, po prostu jest, a Kruchy Człowiek jest znowu jakby sam. Przy Jannie jest także poprzednie, jej Prawdziwe Anielę, Anantielo. Anantielo nie ma nad nią żadnej Mocy, ale nie odchodzi, kocha Małą Duszyczkę i trwa bez względu na tą drugą siłę, z którą się sama związała.

Szczęśliwie i zaskakująco, gdy Złe Anielę już nie interesuje się Naiwnym Człowiekiem, Janną, jej związek z Rafałem wciąż trwa. Z każdym dniem coraz bardziej zakochani, zamieszkali razem. Jest tam też jeszcze jedno Anielę, stróż Rafała. Anantielo podszeptuje, aby podszepnąć coś człowiekowi – kot. Kot jest rozwiązaniem. Tylko tymczasowym, ale lepszym niż brak rozwiązania w ogóle. Bo koty… Koty są niezwykłe. Chociaż anielskie zadanie to opieka nad Człowiekiem, do kota jest anielęciu bliżej.

I tak, niedługo po przeprowadzce w nowym domu pojawia się trzeci Mieszkaniec, Kot Koniec. Anantielo wie jak znów wpłynąć na Bezbronną Jannę, być może nawet uratować Lekkomyślną Duszyczkę.

Anielę się nie zastanawia, wie co jest dobre, co jest anielskim obowiązkiem i chociaż już Kruchy Człowiek wierzy ślepo Lucyferowej Mocy, zadanie Anantiela musi być wypełnione jak najlepiej, konsekwencje się nie liczą. Anielę nawet nie może umrzeć, istniejąc poza Czasem lub nie istnieje w ogóle, bo nie posiada Ciała, które mogłoby uschnąć, Duszy zdolnej do odłączenia się od powłoki. Śmierć nie dotyczy Istot Wiecznych, one mogą jedynie przestać Być.

Anantielo zrealizował anielskie powołanie, w trosce o Duszyczkę Jannę, z Istoty Wiecznej przemienia się w hybrydę, przenika przez Ciało Kota Końca, zatrzymuje się w nim. Nagle doświadcza Czasu, Przemijania, doświadcza Doświadczania samego w sobie. To są Zmysły: Anankontieclo widzi orientalne wzory na dywanie, słyszy kroki w sąsiednim mieszkaniu, czuje delikatny zapach rośliny stojącej na szafce i ciepło promieni słonecznych rozlewających się po puszystym grzbiecie. Kot Stróż jest gotowy, aby bronić swojego Człowieka przez złem na Świecie.

Pewnego dnia kocie Ciało umrze, a scalone z nim Anielskie Pierwiastki się rozpadną i znikną. Ale przynajmniej do tego czasu Kruchy Człowiek, Nierozważna Dusza Janna, będzie bezpieczna.

 

 

***

 

 

Był piękny dzień. Janna postanowiła wrócić do domu pieszo. Szła przez park przy Arenie w rozpiętej kurtce z szalem tylko przewieszonym przez szyję.

Świeciło słońce. Wydawało się, że cały świat odżył i wypiękniał. Czy w okolicy naprawdę cały czas było tyle dzieci?

Jakaś dziewczynka z piskiem kręciła się wokół własnej osi, próbując złapać jak najwięcej baniek mydlanych. Części z nich udawało się wymknąć poza zasięg małych rączek aby uciec ku niebu radośnie migocząc. Pewnie nawet śmiały się tam w górze, że udało im się przechytrzyć tę, która na nie polowała.

Janna przystanęła, aby popatrzeć na szybujące kolory. Nawet sama zbiła jedną zabłąkaną kulę, gdy widziała, że dziewczynka już nie da rady jej dosięgnąć. Uśmiechnęła się do samej siebie. A bańki tak ładnie błyszczą…

Otworzyła drzwi do mieszkania.

– Cześć, Koniec – przywitała się z kotem, czekającym przy wejściu. Nie zauważyła nawet, kiedy sama zaczęła używać głupiego imienia, które nadał zwierzakowi Rafał. – Jak minął dzień?

W tym momencie Janna pomyślała, że latem powinni z Rafałem dokądś pojechać. Do Szkocji. Dlaczego tak niewielu ludzi jeździ do Szkocji? Szkocja brzmi fascynująco. Szkocja brzmi jakby tam miało przytrafić się coś dobrego.

Koniec

Komentarze

Bardzo mi się podobało i wciągnęło od pierwszego zdania :) Przez większość czasu czytałam płynnie i jednym tchem, choć to nie moje klimaty. Natomiast od powrotu Anioła zaczyna się trochę gorszy fragment, pełen literówek, powtórzeń i nie do końca zrozumiałych zdań. Niestety jest też bardzo łopatologiczny – wolałabym jakieś niedomówienie niż dokładne wytłumaczenie; nie trudno się z resztą domyślić, że Janna podpisała cyrograf. Nie do końca zadowala mnie też zakończenie, brakuje w nim jakiejś puenty, jest zbyt otwarte, jak na mój gust.

Ale poza tym, aż do tej słabiej napisanej części (z resztą jestem pewna, że poprawienie tego fragmentu nie stanowi dla ciebie problemu), opowiadanie jest naprawdę na poziomie i zapadnie mi w pamięć. 

A co jeszcze gorsze, niesamowicie chciało mi się spać. Bardzo dziwne, bo poprzedniego wieczoru położyłam się spać jakieś dwie godziny wcześniej. – nieładne powtórzenie

 

Trochę uwagi i nie czekałabym 10 minut aż włączy się komputer, – liczebniki raczej słownie, a w takim kontekście zdecydowanie słownie

 

Dlaczego zamiast kropek na końcach zdań używasz średników? 

 

Upadłe Anioł początkowo spełnia każde Jawne i Ukryte Pragnienie Człowieka, ale przestaje się troszczyć, gdy zostaje związane z nim Kontraktem, nie pomaga, nie daje Rad, po prostu jest, a Kruchy Człowiek jest znowu jakby sam. Przy Jannie jest także poprzednie, jej Prawdziwe Anioł, Anantielo. Anantielo nie ma nad nią żadnej Mocy, ale nie odchodzi, kocha Małą Duszyczkę i trwa bez względu na to drugie anioł. – co to za literówki? Wygląda, jakbyś pisała szybko i nawet nie zerknęła, w jakie klawisze trafiają palce i co z tego wychodzi. Mniej więcej od tego przez coś takiego prawie nie da się dalej czytać.  

Generalnie od tego miejsca reszta wygląda jak szkic, a nie treść opowiadania. Jesteś pewna, że ukończyłaś je przed opublikowaniem? Bo ja mam bardzo duże wątpliwości. 

 

Ciężko mi jest wypowiedzieć się o treści, bo ewidentnie tekst nie jest dokończony. Poza tym zdecydowanie nie jestem dobrym targetem dla tego typu opowiastek, bo od razu uznaję bohaterkę za idiotkę, przy jej podejściu do życia i sprawy. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ciemnobrązowe, a jednak jaśniejące najprawdziwszym światłem, jakby ten człowiek był nie człowiekiem, a jakąś niesamowitą latarnią – tak samo, jestem przekonana, byłoby go widać z oddali, chociażby byłby tylko majaczącą sylwetką, tak przeszywające i inne od wszystkiego dookoła były te oczy – w tej chwili utkwione we mnie.

Od tego fragmentu tekst wydaje się być mniej dopracowany, chociaż i tak całość czytało się w miarę płynnie. Bohaterka mogłaby też mieć w sobie więcej głębi, charakteru.

Niemniej jednak pomysł i przesłanie bardzo się spodobały. 

Przykro mi to pisać, ale Z wyrazami niebieskimi przeczytałam z największym trudem. Cały czas miałam wrażenie, że słucham zwierzeń dość niezrównoważonej osóbki, szczebioczącej coś o utracie poczucia bezpieczeństwa, bo opuścił ją anioł stróż. Gdybyż jeszcze bohaterką opowiadania była naiwna gimnazjalistka, pewnie byłabym bardziej wyrozumiała dla Twojego pomysłu. Niestety, Aurinko, narratorką opowieści uczyniłaś dorosłą, pracującą kobietę, a to, według mnie, kłóci się ze zdrowym rozsądkiem.

Wykonanie, delikatnie mówiąc, pozostawia sporo do życzenia. Mnóstwo tu fatalnie skonstruowanych zdań, powtórzeń, literówek i innych usterek, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę.

Domyślam się, że osobliwe zakończenie, wyjątkowo niechlujnie napisane i zawierające tak wiele błędów, że nie wskazuję żadnego, nie jest zakończeniem właściwym i zostało zamieszczone przez przypadek.

 

z przy­kro­ścią in­for­mu­je­my, że pani Anioł Stróż… i …pewne siły mogą pod­jąć próby prze­ję­cia pani duszy. – …z przy­kro­ścią in­for­mu­je­my, że Pani Anioł Stróż… i …pewne siły mogą pod­jąć próby prze­ję­cia Pani duszy.

To jest list, a w listach zwroty grzecznościowe piszemy wielką literą. Konsekwentnie, nie wybiórczo.

 

i prze­pra­sza­my za nie­do­god­no­ści – Brak kropki na końcu zdania.

 

W chłod­ny stycz­nio­wy po­ra­nek po­śli­zgnę­łam się na lo­dzie, ledwo co wy­szłam z klat­ki scho­do­wej. – Czy mam rozumieć, że narratorka poślizgnął się na lodzie, po czym ledwo wyszła z klatki schodowej?

Proponuję: W chłod­ny stycz­nio­wy po­ra­nek, ledwo wy­szłam z klat­ki scho­do­wej, po­śli­zgnę­łam się na lo­dzie.

 

Bar­dzo dziw­ne, bo po­przed­nie­go wie­czo­ru po­ło­ży­łam się spać ja­kieś dwie go­dzi­ny wcze­śniej. – Skoro nie wiem, o której bohaterka kładła się zazwyczaj, nic mi nie mówi, że położyła się dwie godziny wcześniej. Nie wiem też jak długo spała, bo nie powiedziała o której się obudziła.

 

Czas, w któ­rym teo­re­tycz­nie po­win­nam pra­co­wać… – Na czym polegała teoretyczna praca bohaterki?

 

W dro­dze po­wrot­nej do domu pra­wie za­snę­łam w au­to­bu­sie i mało bra­ko­wa­ło, a znów prze­wró­ci­ła­bym się w tym samym miej­scu, co rano. – Nie było mowy o tym, że rano bohaterka przewróciła się w autobusie.

 

Wspi­na­jąc się po scho­dach na naj­wyż­sze pię­tro ni­skie­go bloku, wy­ję­łam ze skrzyn­ki pocz­to­wej trzy ulot­ki, które wy­rzu­ci­łam bez czy­ta­nia… –W jaki sposób, wspinając się, można opróżnić skrzynkę?

Wyrzuciła ulotki na schodach??? A fuj!

 

Wy­cią­gnę­łam z ko­per­ty białą , mi­go­czą­cą kart­kę. – Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

cóż, to zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej oso­bli­wa rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek prze­czy­ta­łam. – Można czytać rzeczy?

 

Ktoś mu­siał wrzu­cić to pro­sto do skrzyn­ki… Tylko że w sta­rych skrzyn­kach w blo­kach nie da się tak zro­bić. Zre­zy­gno­wa­na rzu­ci­łam ko­per­tę… – Powtórzenie.

 

Albo do­stał kogoś jesz­cze do opie­ko­wa­nia się i teraz musi dzie­lić czas mię­dzy dwie osoby? Albo za­wsze to robił, tylko teraz tamta druga osoba z ja­kie­goś po­wo­du wy­ma­ga wię­cej uwagi niż ja? Ta druga osoba to jakiś pre­zy­dent albo czło­nek ro­dzi­ny kró­lew­skiej, więc opie­ka nad nim jest waż­niej­sza. – Powtórzenia.

 

Tro­chę uwagi i nie cze­ka­ła­bym 10 minut… – Tro­chę uwagi i nie cze­ka­ła­bym dziesięć minut

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Trze­cie­go dnia z moje po­sta­no­wie­nie było sil­niej­sze… – Literówka.

 

do­kład­nie tak jak się spo­dzie­wa­li, ha!, jak za­baw­nie! – Po wykrzykniku nie stawiamy przecinka.

 

– Prze­sta­łaś się od­zy­wać, wy­cho­dzić, a teraz… – mach­nę­ła ręką – to wszyst­ko.– Prze­sta­łaś się od­zy­wać, wy­cho­dzić, a teraz… – Mach­nę­ła ręką.To wszyst­ko.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten watek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

aby Pani AS wró­cił do wy­peł­nia­nia pełni swo­ich obo­wiąz­ków. – Nie brzmi to najlepiej.

 

zna­jo­mi, któ­rych nie wi­dzia­łam od 7 lat… – …zna­jo­mi, któ­rych nie wi­dzia­łam od siedmiu lat

 

Sym­bol przed­sta­wiał sty­li­zo­wa­ną na styl go­tyc­ki… – Brzmi to fatalnie.

 

na roz­mo­wę o moich po­trze­bach. Wpi­sa­łam w okien­ko mój kod pocz­to­wy, aby wy­szu­kać naj­bliż­szą pla­ców­kę Dok­to­ra Fau­sta. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu… – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

któ­re­go w ogóle nie bra­łam pod uwagę, – na tym… – Przed półpauzą nie stawiamy przecinka.

 

ale już cał­kiem na miej­scu w kor­po­ra­cji. Czy Dok­tor Faust był kor­po­ra­cją? Tro­chę to tak wy­glą­da­ło…

Zza wy­po­le­ro­wa­ne­go blatu w kor­po­ra­cyj­nym stylu spo­glą­da­ła na mnie ko­bie­ta o apa­ry­cji kor­po­ra­cyj­nej se­kre­tar­ki. – Czy te wszystkie korporacje są niezbędne?

 

I że nie mi pierw­szej się to przy­tra­fi­ło.I że nie mnie pierw­szej się to przy­tra­fi­ło.

 

mo­że­my pani za­pro­po­no­wać bez­płat­ny mie­siąc okre­su prób­ne­go. – Miesiąc i okres znaczą tu to sam – pewien czas.

Proponuję: …mo­że­my pani za­pro­po­no­wać bez­płat­ny mie­siąc prób­ny/ okres próbny.

 

-Cena jest in­dy­wi­du­al­nie usta­la­na przy spi­sy­wa­niu umowy. – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

ude­rzy­ła o zie­mię zaraz przede mną. – …ude­rzy­ła o zie­mię tuż przede mną.

 

cho­ciaż­by byłby tylko ma­ja­czą­cą syl­wet­ką… – …cho­ciaż­by był tylko ma­ja­czą­cą syl­wet­ką…Lub: …cho­ć­by był tylko ma­ja­czą­cą syl­wet­ką

 

Gdy nasze spoj­rze­nia się prze­cię­ły, oczy ucie­kły. – Wiem, że spojrzenia mogą się spotkać, ale nie wiem, jak mogą się przeciąć.

 

i po­je­cha­ła­bym aż do za­jezd­ni– jed­nak… – Brak spacji przed półpauzą.

 

Na po­cząt­ku za­dzwo­ni­li do mnie z pracy; Bra­ku­je im mnie… – Zamiast średnika powinna być kropka. Po średniku nie zaczynamy wielka literą.

 

W po­dob­nym cza­sie An­dże­li­ka za­pro­si­ła mnie na im­pre­zę… – W czasie podobnym do czego?

 

Wie­dzia­łam, że mnie po­znał, gdy tylko zo­ba­czył jak wcho­dzę. – Czy bohaterka wchodziła w jakiś charakterystyczny, szczególny i tylko sobie właściwy sposób?

 

30 dni już pra­wie mi­nę­ło.Trzydzieści dni już pra­wie mi­nę­ło.

 

Obok przy­sta­wi­ła pie­cząt­ki z lo­giem firmy w kształ­cie czar­nej gwiaz­dy… – Czy dobrze rozumiem, że firma była w kształcie czarnej gwiazdy?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Wielkie dzięki za wszystkie miłe i niemiłe słowa.

W kwestii tego strasznego zakończenia… Cóż, jest w tym wszystkim pewien zamysł. Powtórzenia, szkicowość i dziwolągi typu “to drugie anioł” miały być w ten sposób i nawet już się z kimś wykłócałam, że nie zmienię. Ale najwyraźniej jednak muszę nad tym jeszcze popracować, bo nie może być tak, że bez dodatkowego komentarza wszyscy widzą tylko masę literówek. 

 

regulatorzy – nigdy w życiu bym nie pomyślała, że w części z tych zdań, które mi wypisałaś są jakieś błędy. Z paroma się nie zgodzę – przykładowo, nie sądzę, aby opisywanie o której bohaterka kładła się spać w konkretnym dniu, wnosiło coś do całości. Ale poza tym zwróciłaś mi uwagę na kilka ciekawych rzeczy, których już na pewno będę starała się pilnować.

…nie sądzę, aby opisywanie o której bohaterka kładła się spać w konkretnym dniu, wnosiło coś do całości.

Skoro nie wnosi, to po co w ogóle wspominać, że powinna być wyspana?

Poza tym to, że położyła się dwie godziny wcześniej, nie jest równoznaczne z tym, że spała dwie godziny dłużej, bo położywszy się, mogła dwie godziny przewracać się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. ;-)

 

Jeśli inne uwagi okazały się przydatne, cieszę się. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie się zasadniczo podobało. Na początku czytało się całkiem sympatycznie, korespondencja z Chórem ciekawa – to fajny pomysł. Tak, bohaterka zachowuje się skrajnie niefrasobliwie. Podobno kupuje sporo książek i “Faust” nic jej nie powiedział? Ale ostatnio życie ją przeczołgało, więc może słabo jarzy. Chociaż taki przekaz mi nie leży – wolę wierzyć w wolną wolę. :-) No i po miesiącu luksusu powinna wrócić do pionu. Żeby tak podpisać umowę bez czytania… No, idiotka. Może to z zakochania.

Potem powieść skręca w stronę romansu i to mnie nastroszyło, ale okazało się, że ma on jakieś uzasadnienie, więc niech będzie. Końcowa część – mam wrażenie, że chodziło o podkreślenie bezpłciowości aniołów, stąd owo “drugie” itp. Może być, ale dało się to zrobić zgrabniej, na przykład używając nijakiego rodzajowo “anielę” zamiast męskiego “anioła”.

Za to zakończenie mnie rozczarowało – zbyt otwarte. Czym takim wyróżnia się Szkocja? Niechby chociaż Watykan, albo okolice Lourdes czy inne Medjugorje…

Ale ogólnie na plus – za ten sympatyczny początek.

Milka: D:

To miała być emotikonka?

Babska logika rządzi!

regularorzy – idąc takim tropem każde opowiadanie i każda książka nagle dwukrotnie zwiększyły objętość, bo wszędzie należało by precyzować, że chociażby, kiedy ktoś wychodzi do sklepu, to rzeczywiście tam dotarł. Przecież po drodze mógł wpaść pod samochód. Rzecz jasna, uwagę o wysypianiu się można zupełnie pominąć, bo jest najwyżej narzekaniem bohaterki, która jednak wolałaby być wyspana. Tak podchodząc do sprawy, znowu należałoby połowę tekstu wykreślić. W zasadzie chyba zrobię kiedyś taki eksperyment.

 

Finkla – wszystko działa mniej więcej tak, jak to ujęłaś. I, jej, “anielę” to faktycznie może być rozwiązanie tego problemu nijakości! Dzięki!

Dlaczego Szkocja? Chyba głównie dlatego, że od dłuższego czasu marzy mi się wycieczka po Szkocji. Nie jest to oczywisty wybór, coś, co po prostu przychodzi ludziom do głowy, kiedy myślą, że chcieliby pojechać na jakieś wakacje. I też raczej Janna tak sama na to nie wpadła.

Tak, ten fragment to czat, a “ D: ” to emotka. Czy uważasz, że jest nietrafiona?

No, takiej nie znam. Taką: :D to już bardziej.

Babska logika rządzi!

Początkowo czytałam to opowiadanie z pewną nieufnością, jednak z każdym kolejnym zdaniem byłam coraz bardziej zainteresowana. Uważam, że jest tutaj duży potencjał. Zamysł jest rewelacyjny, w szczególności podoba mi się pomysł “Niższego Urzędu Chóru Principatus” oraz korespondencji z nim. Jest to raczej dość oryginalny pomysł.

Oczywiście, jest też sporo do poprawienia. Literówki, powtórzenia i interpunkcja – jednak wydaje mi się, że prawie wszystko zostało wymienione we wcześniejszych komentarzach. Również nie podoba mi się użycie “ D: “ – może być to niezrozumiałe przez niektórych czytelników.

Opowiadanie oceniłabym jako bardzo dobre, gdyby nie zakończenie. Teraz widzę, że to jest to celowy zabieg stylistyczny, ale nadal on do mnie nie przemawia.

Autorka nie poprawia błędów, a zatem łapanki ode mnie nie będzie. Albo inaczej – prawie nie będzie, bo na kilka spraw zwrócę uwagę.

Przede wszystkim zdanie, którego bronisz:

Bardzo dziwne, bo poprzedniego wieczoru położyłam się spać jakieś dwie godziny wcześniej.

Masz naturalnie rację, że pisanie o której zazwyczaj bohaterka chodzi spać stanowiłoby zwykłą szczegółowość i jest niepotrzebne, jednak słowo “wcześniej” zawiera w sobie pewne odniesienie. Więc albo piszesz “wcześniej niż zwykle”, albo zmieniasz zdanie na inne. W tej formie może budzić wątpliwości.

Postanowiłam, że będę żyć jak gdyby nigdy nic, że nie będę się nad sobą rozczulać i załamywać nad nie wiadomo czym; Ale znowu nie poszłam do pracy, nawet nie ruszyłam się z łóżka.

Chyba dwa razy zauważyłem coś takiego. Dlaczego po średniku zaczynasz wielką literą? Powinna być mała.

Nie akceptowali tego, kazali mi wstać, zrobić wszystkim kawy, zjemy tort! – domowa produkcja Tomka i Asi, czekoladowo-malinowy, ósmy cud świata! a później wychodzimy, bo wymyślili dla mnie coś super.

ale katar tylko udaję, żadnych chusteczek nigdzie nie widać, a na stole gruba warstwa kurzu, o, Janna, co to jest? Co to jest Chór Principatus?

Starasz się kreować swój własny, interesujący styl, jednak pomieszanie narracji z rzeczywistą myślą bohatera często kuleje. W pierwszym przypadku powstawiałaś półpauzy w dziwnych miejscach i jest to nieczytelne. W drugim – połączyłaś w zdaniu jedno i drugie…

Zamysł jest ok, tylko przedstaw to jeszcze we właściwy sposób ;)

 

Jeśli chodzi o uwagi warsztatowe, na tym skończę.

Opowiadanie całkiem niezłe, choć początek nieco nuży – przydałoby się szybciej wprowadzić Gabinet Fausta i rozwinąć nieco tę część, gdy dziewczyna miała już szczęście. W tej chwili tempo opowieści jest nieco zaburzone – początek leniwy, końcówka po łebkach z przerwą na wyjaśnienie intrygi.

Mnie również przeszkadzała nieco naiwność bohaterki, choć po czasie zaakceptowałem to – ludzie są przecież różni, nie każdy jednakowo lotni ;)

Sama idea paktu z diabłem, naturalnie, mocno wtórna, jednak przedstawiona całkiem zgrabnie, a korespondencja z niebiosami – zajmująca. Zresztą, urozmaicenie tekstu listami i rozmową na czacie uznaję za zaletę. Ach, i ta nieszczęsna emotikona… Pewnie byłoby w porządku, gdyby była napisana we właściwy sposób, takie “D:” wygląda po prostu dziwnie.

 

Na koniec pytanie – czytałaś “Kłamcę”? Fajna książka, a Ćwiek odpowiada na postawione w tekście pytania – te, odnoszące się do aniołów opiekuńczych ;)

 

Tyle ode mnie, powodzenia w dalszych wojażach.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

CountPrimagen – poprawiam błędy, bo padło dużo cennych spostrzeżeń. Niektóre rzeczy zaczęłam nieco bardziej modyfikować i raczej mam zamiar pozwolić tekstowi znowu odleżeć po przeróbkach i ewentualnie wtedy znowu wstawić. Nie wiem tylko czy to się nie kłóci jakoś z forumowym savoir-vivrem, aby dwa razy to samo pokazywać, chociażby po przeróbkach.

“Kłamcy” nie czytałam, ale widzę, że to nordyckie klimaty są, więc dopiszę sobie do listy :)

IMO – kłóci. Nie lubię czytać dwa razy tego samego, drugi raz na bibliotekę nie kliknę. Lepiej poprawiaj ten tekst.

Ale stanowczego zakazu nie ma.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka