- Opowiadanie: zrywoslaw - Casus NB-12X3

Casus NB-12X3

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Reinee, c21h23no5.enazet

Oceny

Casus NB-12X3

Pęczniejący w próżni bąbel załamującego się horyzontu zdarzeń wypluł maleńkie ziarno. Wewnątrz nagłe szarpnięcie zwiastowało wyjście statku z nadprzestrzeni. Należący do Międzyplanetarnej Służby Kryminalnej kosmiczny radiowóz, manewrując pomiędzy dwoma naturalnymi satelitami, wszedł na orbitę. Sklasyfikowana w astronomicznych atlasach pod numerem NB-12X3, szarobura planeta, na pierwszy rzut oka nie wyróżniała się niczym szczególnym.

– Piach, dupa i kamieni kupa – prychnął prywatny detektyw O’Brian, spoglądając przez panoramiczną przednią szybę kokpitu. Po chwili kontemplacji nad brzydotą skalistego globu zerknął tęsknie na opróżnioną do połowy szklankę z whisky i zaciągnął się papierosem. Umowa z ministerstwem przewidywała spełnianie kilku jego życiowych potrzeb i przez cały, trwający dwanaście godzin lot, skwapliwie z tego korzystał.

– Oszczędziłby mi pan słuchania tych nietolerancyjnych uwag – burknęła na pasażera inspektor Teresa Sklodovsky. Niebieskawy odcień skóry sugerował płynącą w jej żyłach domieszkę anduriańskiej krwi. Przełączywszy sterowanie na obsługę manualną, chwyciła mocno manetki i zaciskając wąskie usta, aby nie wyrwała się z nich żadna seksistowska uwaga, rozpoczęła procedurę wejścia w rzadką atmosferę.

W końcu nastał ten przykry moment, w którym mężczyzna musiał połknąć pastylkę redukująca poziom alkoholu we krwii. Aby umilić sobie ten nieprzyjemny obowiązek popił ją resztką drinka. Po chwili zreflektował się i spożył jeszcze trzy takie tabletki. Następnie sięgnął po kapsułki energetyczne i elektrolity. Aby ułatwić ich przyswojenie nalał sobie zwykłej wody. Jej nijaki smak spowodował u niego odruch wymiotny, po którym w ustach pozostał cierpki posmak soków żołądkowych.

– Teraz już rozumiem dlaczego planeta została tak szybko włączona do Unii Międzyplanetarnej – kontynuował swoje wywody O’Brian. – Śladów cywilizacji brak, ale kopalnia rośnie tu na kopalni. Kogo tu nie ma, same znane marki. Ciekawe jaki procent zysków trafia do tubylców?

– Przypominam panu, że Unia kieruje się wyłącznie dobrem swoich obywateli, a jedną z głównych prerogatyw jest solidarna redystrybucja zasobów – wyrecytowała inspektor.

– Ależ pani mózg wyprali w tej akademii. Pożyje pani jeszcze trochę na tym świecie, to pozna realia w nim panujące.

Policjantka zbyła przytyk drwiącym sarknięciem. Jej uwaga skupiła się na poprawnym zadokowaniu do stalowej wieży ambasady.

Śluza otwarła się z sykiem wyrównywanego ciśnienia. Korytarz po drugiej stronie zalewało mlecznobiałe światło, wydobywające się z całej jego powierzchni. Detektyw mimowolnie zmrużył oczy. Obronną reakcję organizmu na blask życzeniowo zrzucił na karb zmęczenia podróżą. W odległości kilku metrów zamajaczyła tyczkowata sylwetka unijnego ambasadora. Wspierając się o lasce kuśtykał w stronę przybyszy.

– Teodor Szulc – przywitał się staruszek. – Witam na Rkhanie!

– Na czym? – zdziwił się O’Brian.

– To miejscowa nazwa planety – odpowiedział Szulc. – Zapraszam za mną do mojego biura.

– Gdzie są pozostali pracownicy placówki? – zapytała inspektor, zdziwiona panującą w mijanych korytarzach pustką.

– Od wylotu ekipy etnografów jestem tu zupełnie sam. Wie pani, cięcia budżetowe. Stacja jest jednak w zupełności zmechanizowana i samowystarczalna, więc nie ma problemu – wyjaśnił gospodarz.

– Nie nudzi się tu pan? – spytał O’Brian ze szczerą troską w głosie.

– W moim wieku najbardziej pożądaną rozrywką jest szklanka szkockiej i częste drzemki.

Weszli do niewielkiego przyciemnionego pomieszczenia, które wyglądem przypominało staroświecką bibliotekę. Jednak zamiast prawdziwych regałów i spoczywających na nich książek, na ścianach wyświetlane były tylko ich obrazy.

– Przechodząc do rzeczy. – Szulc usiadł za biurkiem i zaczął przesuwać palcami po blacie, który okazał się pełnić role dotykowego pulpitu sterującego. – Tydzień temu, należący do jednej z górniczych korporacji, robot geologiczny, w trakcie rutynowego rekonesansu, natknął się na zwłoki. Należały do autochtona. – Ambasador znalazł wreszcie odpowiedni plik i uruchomił projektor, który zwizualizował przestrzenny obraz.

– Przecież to jest jakiś robal – skomentował O'Brian.

– Nie zapoznał się pan z przesłanymi przeze mnie aktami? – fuknęła na detektywa Sklodovski.

– Jakoś nie było okazji – odpowiedział niespeszony niewiedzą.

– Szczyt arogancji. Gdyby nie pana zawodowa renoma w środowisku, Ministerstwo Równości Płci nigdy by pana nie zatrudniło.

– To może przybliżę szczegóły sprawy – wtrącił się Szulc, chcąc załagodzić rosnące napięcie. Lata spędzone w samotności odzwyczaiły go od gwałtownych dyskusji, do których zaczął żywić niechęć. Jedynym dźwiękiem, który nie powodował u niego alergicznej reakcji, był apatyczny tembr jego własnego głosu. – Zamieszkująca tę planetę rasa Rkhanów, bynajmniej nie należy do gatunków humanoidalnych. Najbliżej im do ziemskich stawonogów. Dokonane przy okazji próbnych odwiertów, badania archeologiczne wykazały, że od setek tysiącleci znajdują się na tym samym etapie rozwoju. Według skali Kardaszewa otrzymali trzy dziesiąte punktu.

– Niewiele – zauważyła inspektor. – Nigdy nie słyszałam o sytuacji, w której do Unii została przyjęta cywilizacja o wartości mniejszej niż jeden. Przecież to jest sprzeczne z traktatami międzyplanetarnymi – dodała.

– Cóż, polityka i biznes. – Szulc bezradnie rozłożył ręce.

– A nie mówiłem?! – krzyknął triumfalnie O'Brian klepiąc się po kolanach i spoglądając wymownie na partnerkę.

Inspektor, ku swojemu zdumieniu, musiała przyznać mu w duchu rację. Mimo topornej powierzchowności, detektyw okazał się być osobą nad wyraz przenikliwą. Nie miała jednak zamiaru uzewnętrzniać własnych odczuć i tym samym kapitulować przed tym zapijaczonym, impertynenckim chamem.

– A przekładając tę miarę rozwoju na zrozumiały język? – dopytywał O'Brian.

– Są na poziomie ziemskiego średniowiecza – wyręczając Szulca, odpowiedziała Sklodovsky.

– Istoty te posiadają jednak kilka cech, które wyróżniają je na tle pozostałych ras Unii – podkreślił Szulc. – Wszystkie osobniki z jednego kopca, mimo, że posiadają autonomię, połączone są ze sobą czymś w rodzaju wspólnego umysłu, którego centrum dyspozycyjnym jest lokalna Królowa. To ona telepatycznie wydaje rozkazy i bezpośrednio zarządza kolonią.

– Teraz już wiem dlaczego nasi włodarze do tej pory nie zaimplementowali tutaj swojego głównego towaru eksportowego! – O’Briana nie opuszczał dobry humor.

– O co panu znowu chodzi? – Sklodovsky zmarszczyła swoje wysokie czoło.

– Nikt nie pofatygował się o wprowadzenie tu standardów demokratycznych, bo Jaśnie Panie miałyby wygraną w kieszeni! – zadrwił O'Brian.

Sklodovsky dosłownie spurpurowiała na twarzy, ale zbyła uwagę milczeniem. Nie miała już ochoty wchodzić z detektywem w żadne polemiki. Postanowiła czekać na swoją szansę.

– Ze względu na ograniczone fundusze, badania nad tutejszą kulturą były dość powierzchowne – kontynuował Szulc. – Podejrzewaliśmy, że cała populacja składa się tylko z osobników płci żeńskiej.

– I co w tym dziwnego? Wenus-2 też zamieszkują tylko kobiety. Od setek lat żyją w pokoju, bez szkodliwych męskich wzorców przemocy – oznajmiła z całkowitą powagą Sklodovsky, święcie przekonana w głoszone przez siebie tezy.

– Wenusjanie stali się monoseksulalni z powodów czysto medycznych. Poważna mutacja w kodzie genetycznym doprowadziła do nieodwracalnej degeneracji męskich osobników – uściślił ambasador. – A co do Rkhanek. Zdziwiłaby się pani jak zajadłe i krwawe wojny prowadziły ze sobą poszczególne gniazda zanim zostały zobowiązane do zawarcia wieczystego pokoju – wyjaśnił Szulc, czym ponownie wzbudził nieukrywaną radość O'Briana.

– A jakie korzyści wynikają dla tubylców z członkostwa w Unii? – zainteresował się detektyw, podchodząc do dystrybutora i napełniając stojąca obok koniakówkę.

– Ograniczony dostęp do naszej technologii. Dzięki temu w niektórych dziedzinach nastąpiła znacząca poprawa ich życia.

– Czyli świecidełka w zamian za cenne kopaliny? Cóż, lepsze to niż eksterminacja. – Detektyw wzniósł toast, na który jednak nie odpowiedział żaden z jego rozmówców. – To jak one się rozmnażają, skoro wszystkie to babki? In vitro nie jest tutaj chyba popularną metodą? – Przełknąwszy łyk pośledniego trunku, O'Brian przerwał chwilę ciszy.

– I w tym jest właśnie problem – ożywił się ambasador. – Autopsja wykazała, że znalezione zwłoki należały do przedstawiciela płci męskiej. Przyczyną zgonu były liczne obrażenia. Wysłane do Królowej zapytanie nie doczekało się odpowiedzi i to jest właśnie powód waszej wizyty.

– Ciekawe czy ten pechowiec był świadomy swojej nowej przynależności i wynikających z niej pośmiertnie praw? – zakpił ponownie O'Brian.

 

Przed podejściem do lądowania radiowóz zatoczył kilka kręgów nad przypominającym górę i wznoszącym się kilkaset metrów nad poziomem gruntu kopcem. Jedno z jego zboczy upstrzone było lasem wiatraków, bez wątpienia stanowiących komponent unijnego Programu Energii Odnawialnej.

Po drugiej stronie masywu detektyw dostrzegł ciągnącą się przez kilkanaście kilometrów karawanę. Każda z tragarek taszczyła na plecach wielki pakunek. Z powodu ubogiej fauny planety, nie występowały tu stworzenia mogące pełnić rolę zwierząt jucznych. Znamienny był fakt, że nikt nie nadzorował pracownic, które podążały karnie, wydeptaną przez lata ścieżką.

Silniki manewrowe wzbiły tuman kurzu, po czym postawiły statek na szczycie płaskiego wierzchołka. Rozrzedzone powietrze planety było niezdatne do oddychania dla Ziemian, toteż para śledczych wyszła na zewnątrz w maskach tlenowych.

Gości powitała, jak sama się przedstawiła, Wielka Kanclerz. Jej widok przywiódł O'Brianowi na myśl widziane w zoo bezkręgowce, zwane mrówkami, które przed wiekami licznie zamieszkiwały jego ojczystą planetę. Stojąca przed nim persona, była jednak nieporównywalnie większa od ziemskich owadów i poruszała się w pozycji wyprostowanej na dwóch odnóżach. Wzrostem przewyższała nawet, nie należącego do ułomków, detektywa. Dwie pary górnych kończyn zdobiły złote bransolety. Z cennego kruszcu wykonany był również gruby naszyjnik i pełniące rolę kolczyków, wkłute w czułki obręcze.

– Witam szanownych gości – odezwał się translator, tłumacząc klekot żuwaczek gospodyni, która wykonała głęboki ukłon. Zmieszani ceremoniałem ludzie odwzajemnili gest, lecz ich ruchy, pozbawione gracji i płynności Wielkiej Kanclerz, wydały się groteskowe. – Audiencja u Królowej trochę się opóźni, więc do tego czasu nasz wspaniały kopiec stoi przed wami otworem. Z racji pełnionych obowiązków, niestety nie będę w stanie wam towarzyszyć. Przydzielam więc wam przewodnika, który oprowadzi was po naszej spektakularnej siedzibie. – Wielka Kanclerz obróciła się i wraz z eskortującym ją orszakiem zniknęła w jednej z jam.

Tunel oświetlało mdławe światło jarzeniówek, kolejnego podarku w ramach obopólnej wymiany handlowej. Korytarz ciągnął się w nieskończoność, to opadał w dół, to wznosił się i od czasu do czasu przecinał z innym mu podobnym. Kilka razy musieli przystanąć, aby przepuścić sznury ciągnących w różne strony karawan z zaopatrzeniem. Na każdym skrzyżowaniu wartę pełniły uzbrojone w miecze i włócznie strażniczki.

– Broni plazmowej to im pożałowali – szepnął O'Brian do pani inspektor. Kobieta skwitowała jednak jego uwagę wzruszeniem ramionami.

W czasie wędrówki O'Brian nie próżnował. Każdą mijaną istotę skanował niezauważenie pod kątem płci. Tak jak się spodziewał, wszystkie sprawdzone osobniki były samicami i to w dodatku bezpłodnymi. Detektyw skalibrował więc detektor pod kątem poszukiwania śladów odpowiednich hormonów. Nie znalazł ich ani w wielkich, zastawionych wysokimi regałami, magazynach, ani w dormitoriach, gdzie, zwisając głowami w dół, Rkhanki wpadały w głęboki, wielodniowy letarg.

W końcu przewodniczka musiała odebrać mentalny przekaz, bo zostali poprowadzeni do sali tronowej, w której przyjęła ich na audiencji Królowa. Wielka pieczara spowita była w półcieniu. Elektryfikacja nie dotarła do tak głębokich poziomów, toteż jedynym źródłem światła było kilka mocno kopcących pochodni.

Przybysze na widok władczyni poczuli się lekko onieśmieleni. Nie na taki widok liczyli. Sklodowsky zrobiła nawet dwa kroki w tył, gdy stanęła przed monstrualnych rozmiarów skrzyżowaniem mrówki i larwy. Lepiący się od śluzu tłusty odwłok, z którego boków sterczały dwa rzędy karłowatych, ale ruchliwych odnóży, spoczywał na wyściełanym kolorowymi poduchami leżu.

O’Brian zachował większą przytomność umysłu. Pamiętając o panującym w mrowisku ceremoniale, ukłonił się głęboko. W stronę gości wyprężyła się para potężnych szczypiec, pomiędzy którymi znajdowała się mała, w stosunku do rozmiarów ciała, głowa.

– Nie rozumiem powodu waszej wizyty – zaklekotała Królowa, przechodząc od razu do meritum. Wszelkie konwenanse miała najwyraźniej w głębokim poważaniu.

– Przybyliśmy wyjaśnić śmierć jednego z poddanych Waszej Królewskiej Mości – odpowiedział pewnie detektyw. W kieszeni jego kombinezonu zawibrował skaner, informując o wykryciu śladowych ilości męskich feromonów.

– Zgodnie z prawem Unii Międzyplanetarnej, każdy niewyjaśniony zgon obywatela wymaga wszczęcia śledztwa – ożywiła się Sklodovsky.

– Każde istnienie ma swój cel. Żyjemy i umieramy, tylko po to, aby po nas mogli przyjść następni. To jest prawda od wieków znana. Czyżby istoty żyjące nad chmurami tego nie rozumiały? – Królowa poruszyła się nerwowo w swym legowisku. Jej kleszcze trzasnęły z łoskotem. – Wybaczcie, ale obowiązki wzywają.

– Oczywiście, o Najpotężniejsza z Rhanek. – O’Brian schylił się jeszcze głębiej niż przy powitaniu. – Nie będziemy więcej niepokoić Waszej Wspaniałości. – Cofnął się w stronę wyjścia pociągając za sobą zdezorientowaną Sklodovsky.

– Co pan wyprawia? – warknęła inspektor, gdy tylko znaleźli się już w jednym z korytarzy. Detektyw nerwowo rozejrzał się w obie strony.

– Szybko, tutaj. – O’Brian znów szarpnął skołowaną policjantkę i wciągnął ją do jednego z ciemnych bocznych tuneli.

– Co się dzieje? – ponowiła pytanie. Tym razem jednak już z mniejszą dozą stanowczości w głosie, ponieważ chodnik zwęził się na tyle, że musieli poruszać się na czworakach. – Nie idę z tobą, dopóki nie wytłumaczysz mi o co chodzi!

– Detektor wykrył w sali tronowej męski pierwiastek – O’Brian także przystanął i próbował obrócić głowę, ale w ciasnym przejściu i z maską na twarzy zakrawało to wręcz na jogizm.

– I co z tego? Może Królowa jest hermafrodytą? To normalne zjawisko w kos…

– To wykluczone – przerwał jej w pół słowa. – Królowa to stuprocentowa samica. A co najważniejsze, w odróżnieniu od swoich poddanych, jest płodna i właśnie znajduje się w okresie rui.

– I to wszystko wyczytał pan z tego urządzenia? – Sklodovski próbowała odzyskać rezon.

– To i o wiele więcej. Gdyby od początku nie zachowywała się pani jak oficer polityczny, to nasza współpraca przebiegałaby o wiele sprawniej. – O’Brian nagle się zatrzymał. – Jesteśmy już blisko. Za ścianą po lewej wszystko powinno się wyjaśnić.

– Nie mamy ze sobą transmitera. Zresztą, nawet gdybyśmy mieli, to na orbicie nie zainstalowano jeszcze odpowiednich satelitów.

– Ściana jest bardzo sypka. Przekopiemy się. – Detektyw zgniótł w dłoni oderwany kawałek miękkiego piaskowca.

O’Brian dość szybko wyskrobał w cienkim przepierzeniu otwór wystarczającej średnicy, aby móc się przez niego przecisnąć na drugą stronę. Znalazł się w komnacie, z wyglądu podobnej do kilku już odwiedzonych. Jedyną dostrzegalną różnicą była jeszcze mniejsza ilość światła.

– Gdzie jesteśmy? – spytała brudna i spocona Sklodovsky, która wyszła w ślad za nim.

– Zaraz się dowiemy. – O’Brian zaczął skradać się w kierunku migocącej na drugim końcu pomieszczenia poświaty.

Po krótkich podchodach oboje przywarli do jednego z wielu wyrastających z podłoża wielkich stalagmitów. Tajemniczy blask stał się na tyle nieodległy, że w jego świetle mogli dostrzec szczegóły rozgrywającej się przed nimi sceny.

Królowa, która przed chwilą udzieliła im posłuchania, leżała na stercie pustych chitynowych pancerzy. Do tylnej części jej cielska podchodziły kolejno osobniki jej gatunku. Wzrostem stanowczo ustępowały spotkanym dotychczas Rkhankom. Z samego końca odwłoku Królowej, co kilka minut wysuwało się białe, umazane śliską wydzielina jajo.

– Te kurduple to samce. Skaner aż wariuje, gdy kieruję jego wiązkę w ich stronę. Są jak gejzery męskich feromonów – wyszeptał O’Brian.

Sklodovsky wydawała się go nie słuchać. Z wybałuszonymi oczyma obserwowała jak po zapłodnieniu jaja samce, bez krzty sprzeciwu z ich strony, zostawały chwytane szczypcami i rozrywane. Następnie fragmenty ciał służyły jako posiłek dla Wszechmatki.

– Trzeba powstrzymać tę rzeź! – jęknęła inspektor.

– Zwariowałaś? Przecież skończysz jak ci nieszczęśnicy. – Detektyw chwycił Sklodovsky za ramię. – Wszystko już wiadomo, wracajmy. – Pociągnął za sobą wzburzoną kobietę.

W drodze powrotnej minęli lichą konstrukcję przypominającą prymitywną zagrodę, w której przebywało kilku męskich osobników. Niebieskoskóra policjantka uruchomiła tłumacz.

Rkhanie! Przybyliśmy wam na ratunek – wytrajkotała maszynka.

– Ratunek? My nie potrzebujemy ratunku. – Usłyszeli w odpowiedzi.

– Chodź już! To nic nie da! – O’Brien pociągnął za sobą towarzyszkę.

Gdy wrócili już do korytarza, natknęli się na szpaler wycelowanych w nich włóczni. O’Brian nie namyślał się długo. Niczym rewolwerowiec z dzikiego zachodu, w mgnieniu oka wyciągnął z kieszeni ogłuszacz i wystrzelił w strażniczki strumień neutronów. Sparaliżowane dozorczynie padły niczym kukiełki, którym ktoś przeciął sznurki.

– Co robisz?! – wrzasnął O'Brian, widząc jak Sklodovsky manipuluje przy komunikatorze.

– Wysyłam raport! Prawda musi wyjść na jaw! Po to przecież tutaj przylecieliśmy!

– Skażesz ich na zagładę! – Detektyw doskoczył do kobiety i chwycił mocno jej nadgarstek.

– Zwariowałeś?! Puść mnie! – jęknęła inspektor, próbując wyrwać rękę ze stalowego uścisku. Nie spodziewała się, że ten stary pijak dysponuje taką krzepą.

– Posłuchaj mnie! – Mężczyzna potrząsnął kobietą, która przestała się szarpać. – Za kilka miesięcy wyląduje tu desant marines. Wejdą do każdego kopca, żeby aresztować królowe. Później wywiozą je z planety i zapewne skażą na dożywocie. Bez nich tutejsza populacja wymrze w ciągu jednego pokolenia, bo nie będzie nikogo, kto może składać jaja. I to jest optymistyczna wizja. Wątpię, aby poddane biernie przyglądały się jak obcy zabierają ich matki. Całą rasę czeka natychmiastowa eksterminacja! Tego chcesz?

– Ale to, co tu się dzieje, kwalifikuje się jako seryjne morderstwo! Naszym obowiązkiem jest…

– Naszym moralnym obowiązkiem jest nie dopuścić do wyginięcia niewinnych!

– Jak niewinnych? Przecież sam widziałeś…

 – To jest naturalny etap ich cyklu życiowego. Choć z naszej perspektywy wygląda to straszliwie i barbarzyńsko, dla nich jest konieczne do przetrwania gatunku. Królowa uprawia kanibalizm, bo nie jest przystosowana do spożywania niczego innego. Zrozum! Nie możemy tego oceniać naszą miarą! Dzieli nas za duża przepaść kulturowa i biologiczna. Gdyby nie pazerność koncernów energetycznych, ta rasa nie zostałaby w ogóle przyjęta do Unii.

– Nie! – Sklodovsky z całych sił kopnęła oprawcę w goleń. O'Briana rozluźnił chwyt. Kobieta próbowała odskoczyć, ale potknęła się i upadła obok nieprzytomnych strażniczek. Detektyw rzucił się na nią, wyciągając ręce po komunikator. Kobieta chwyciła leżącą obok włócznię i obróciła się na plecy. Odruchowo uniosła zakończony ostrym grotem dziryt, na który nadział się O’Brian. Impet był tak duży, że okrwawiona głownia wyszła mu z pleców. Mężczyzna klęknął, opierając ciężar ciała na drzewcu. Jego wzrok stał się nieobecny, a z kącika ust pociekła szkarłatna strużka.

Inspektor w panice wyczołgała się spod trupa i pobiegła korytarzem przed siebie. Skręciła w pierwszą odnogę, jak się okazało, ślepego i ciemnego tunelu. Na jego końcu, zdyszana oparła się plecami o szorstki, ale chłodny kamień. Uruchomiła ekran komunikatora, który oświetlił jej twarz zimnym blaskiem. Kotłujące się do tej pory w głowie myśli zaczynały na powrót wracać na utarte ścieżki. Sklodovsky próbowała połączyć się z satelitą komunikacyjnym, ale znajdujące się nad jej głową miliony ton skał i żwiru, blokowały sygnał. W końcu nawiązała łączność.

Wystarczyło tylko potwierdzić wysyłkę. Jej palec zatrzymał się centymetr przed ekranem. W ostatniej chwili dopadło ją zwątpienie. Poczuła się jak skoczek spadochronowy, stający na krawędzi grawitolotu. Oszołomiony wysokością i bezkresem przestrzeni, w którą ma się zaraz rzucić, mechanicznie robi krok w tył.

Skupiwszy całą uwagę na urządzeniu, Sklodovsky nie usłyszała odgłosów zbliżających się kroków. Z zamyślenia wyrwał ją dopiero dobrze znany klekot żuwaczek.

Casus NB-12X3

 

Pęczniejący w próżni bąbel załamującego się horyzontu zdarzeń wypluł maleńkie ziarno. Wewnątrz nagłe szarpnięcie zwiastowało wyjście statku z nadprzestrzeni. Należący do Międzyplanetarnej Służby Kryminalnej kosmiczny radiowóz, manewrując pomiędzy dwoma naturalnymi satelitami, wszedł na orbitę. Sklasyfikowana w astronomicznych atlasach pod numerem NB-12X3, szarobura planeta, na pierwszy rzut oka nie wyróżniała się niczym szczególnym.

– Piach, dupa i kamieni kupa – prychnął prywatny detektyw O’Brian, spoglądając przez panoramiczną przednią szybę kokpitu. Po chwili kontemplacji nad brzydotą skalistego globu zerknął tęsknie na opróżnioną do połowy szklankę z whisky i zaciągnął się papierosem. Umowa z ministerstwem przewidywała spełnianie kilku jego życiowych potrzeb i przez cały, trwający dwanaście godzin lot, skwapliwie z tego korzystał.

– Oszczędziłby mi pan słuchania tych nietolerancyjnych uwag – burknęła na pasażera inspektor Teresa Sklodovsky. Niebieskawy odcień skóry sugerował płynącą w jej żyłach domieszkę anduriańskiej krwi. Przełączywszy sterowanie na obsługę manualną, chwyciła mocno manetki i zaciskając wąskie usta, aby nie wyrwała się z nich żadna seksistowska uwaga, rozpoczęła procedurę wejścia w rzadką atmosferę.

W końcu nastał ten przykry moment, w którym mężczyzna musiał połknąć pastylkę redukująca poziom alkoholu we krwii. Aby umilić sobie ten nieprzyjemny obowiązek popił ją resztką drinka. Po chwili zreflektował się i spożył jeszcze trzy takie tabletki. Następnie sięgnął po kapsułki energetyczne i elektrolity. Aby ułatwić ich przyswojenie nalał sobie zwykłej wody. Jej nijaki smak spowodował u niego odruch wymiotny, po którym w ustach pozostał cierpki posmak soków żołądkowych.

– Teraz już rozumiem dlaczego planeta została tak szybko włączona do Unii Międzyplanetarnej – kontynuował swoje wywody O’Brian. – Śladów cywilizacji brak, ale kopalnia rośnie tu na kopalni. Kogo tu nie ma, same znane marki. Ciekawe jaki procent zysków trafia do tubylców?

– Przypominam panu, że Unia kieruje się wyłącznie dobrem swoich obywateli, a jedną z głównych prerogatyw jest solidarna redystrybucja zasobów – wyrecytowała inspektor.

– Ależ pani mózg wyprali w tej akademii. Pożyje pani jeszcze trochę na tym świecie, to pozna realia w nim panujące.

Policjantka zbyła przytyk drwiącym sarknięciem. Jej uwaga skupiła się na poprawnym zadokowaniu do stalowej wieży ambasady.

Śluza otwarła się z sykiem wyrównywanego ciśnienia. Korytarz po drugiej stronie zalewało mlecznobiałe światło, wydobywające się z całej jego powierzchni. Detektyw mimowolnie zmrużył oczy. Obronną reakcję organizmu na blask życzeniowo zrzucił na karb zmęczenia podróżą. W odległości kilku metrów zamajaczyła tyczkowata sylwetka unijnego ambasadora. Wspierając się o lasce kuśtykał w stronę przybyszy.

– Teodor Szulc – przywitał się staruszek. – Witam na Rkhanie!

– Na czym? – zdziwił się O’Brian.

– To miejscowa nazwa planety – odpowiedział Szulc. – Zapraszam za mną do mojego biura.

– Gdzie są pozostali pracownicy placówki? – zapytała inspektor, zdziwiona panującą w mijanych korytarzach pustką.

– Od wylotu ekipy etnografów jestem tu zupełnie sam. Wie pani, cięcia budżetowe. Stacja jest jednak w zupełności zmechanizowana i samowystarczalna, więc nie ma problemu – wyjaśnił gospodarz.

– Nie nudzi się tu pan? – spytał O’Brian ze szczerą troską w głosie.

– W moim wieku najbardziej pożądaną rozrywką jest szklanka szkockiej i częste drzemki.

Weszli do niewielkiego przyciemnionego pomieszczenia, które wyglądem przypominało staroświecką bibliotekę. Jednak zamiast prawdziwych regałów i spoczywających na nich książek, na ścianach wyświetlane były tylko ich obrazy.

– Przechodząc do rzeczy. – Szulc usiadł za biurkiem i zaczął przesuwać palcami po blacie, który okazał się pełnić role dotykowego pulpitu sterującego. – Tydzień temu, należący do jednej z górniczych korporacji, robot geologiczny, w trakcie rutynowego rekonesansu, natknął się na zwłoki. Należały do autochtona. – Ambasador znalazł wreszcie odpowiedni plik i uruchomił projektor, który zwizualizował przestrzenny obraz.

– Przecież to jest jakiś robal – skomentował O'Brian.

– Nie zapoznał się pan z przesłanymi przeze mnie aktami? – fuknęła na detektywa Sklodovski.

– Jakoś nie było okazji – odpowiedział niespeszony niewiedzą.

– Szczyt arogancji. Gdyby nie pana zawodowa renoma w środowisku, Ministerstwo Równości Płci nigdy by pana nie zatrudniło.

– To może przybliżę szczegóły sprawy – wtrącił się Szulc, chcąc załagodzić rosnące napięcie. Lata spędzone w samotności odzwyczaiły go od gwałtownych dyskusji, do których zaczął żywić niechęć. Jedynym dźwiękiem, który nie powodował u niego alergicznej reakcji, był apatyczny tembr jego własnego głosu. – Zamieszkująca tę planetę rasa Rkhanów, bynajmniej nie należy do gatunków humanoidalnych. Najbliżej im do ziemskich stawonogów. Dokonane przy okazji próbnych odwiertów, badania archeologiczne wykazały, że od setek tysiącleci znajdują się na tym samym etapie rozwoju. Według skali Kardaszewa otrzymali trzy dziesiąte punktu.

– Niewiele – zauważyła inspektor. – Nigdy nie słyszałam o sytuacji, w której do Unii została przyjęta cywilizacja o wartości mniejszej niż jeden. Przecież to jest sprzeczne z traktatami międzyplanetarnymi – dodała.

– Cóż, polityka i biznes. – Szulc bezradnie rozłożył ręce.

– A nie mówiłem?! – krzyknął triumfalnie O'Brian klepiąc się po kolanach i spoglądając wymownie na partnerkę.

Inspektor, ku swojemu zdumieniu, musiała przyznać mu w duchu rację. Mimo topornej powierzchowności, detektyw okazał się być osobą nad wyraz przenikliwą. Nie miała jednak zamiaru uzewnętrzniać własnych odczuć i tym samym kapitulować przed tym zapijaczonym, impertynenckim chamem.

– A przekładając tę miarę rozwoju na zrozumiały język? – dopytywał O'Brian.

– Są na poziomie ziemskiego średniowiecza – wyręczając Szulca, odpowiedziała Sklodovsky.

– Istoty te posiadają jednak kilka cech, które wyróżniają je na tle pozostałych ras Unii – podkreślił Szulc. – Wszystkie osobniki z jednego kopca, mimo, że posiadają autonomię, połączone są ze sobą czymś w rodzaju wspólnego umysłu, którego centrum dyspozycyjnym jest lokalna Królowa. To ona telepatycznie wydaje rozkazy i bezpośrednio zarządza kolonią.

– Teraz już wiem dlaczego nasi włodarze do tej pory nie zaimplementowali tutaj swojego głównego towaru eksportowego! – O’Briana nie opuszczał dobry humor.

– O co panu znowu chodzi? – Sklodovsky zmarszczyła swoje wysokie czoło.

– Nikt nie pofatygował się o wprowadzenie tu standardów demokratycznych, bo Jaśnie Panie miałyby wygraną w kieszeni! – zadrwił O'Brian.

Sklodovsky dosłownie spurpurowiała na twarzy, ale zbyła uwagę milczeniem. Nie miała już ochoty wchodzić z detektywem w żadne polemiki. Postanowiła czekać na swoją szansę.

– Ze względu na ograniczone fundusze, badania nad tutejszą kulturą były dość powierzchowne – kontynuował Szulc. – Podejrzewaliśmy, że cała populacja składa się tylko z osobników płci żeńskiej.

– I co w tym dziwnego? Wenus-2 też zamieszkują tylko kobiety. Od setek lat żyją w pokoju, bez szkodliwych męskich wzorców przemocy – oznajmiła z całkowitą powagą Sklodovsky, święcie przekonana w głoszone przez siebie tezy.

– Wenusjanie stali się monoseksulalni z powodów czysto medycznych. Poważna mutacja w kodzie genetycznym doprowadziła do nieodwracalnej degeneracji męskich osobników – uściślił ambasador. – A co do Rkhanek. Zdziwiłaby się pani jak zajadłe i krwawe wojny prowadziły ze sobą poszczególne gniazda zanim zostały zobowiązane do zawarcia wieczystego pokoju – wyjaśnił Szulc, czym ponownie wzbudził nieukrywaną radość O'Briana.

– A jakie korzyści wynikają dla tubylców z członkostwa w Unii? – zainteresował się detektyw, podchodząc do dystrybutora i napełniając stojąca obok koniakówkę.

– Ograniczony dostęp do naszej technologii. Dzięki temu w niektórych dziedzinach nastąpiła znacząca poprawa ich życia.

– Czyli świecidełka w zamian za cenne kopaliny? Cóż, lepsze to niż eksterminacja. – Detektyw wzniósł toast, na który jednak nie odpowiedział żaden z jego rozmówców. – To jak one się rozmnażają, skoro wszystkie to babki? In vitro nie jest tutaj chyba popularną metodą? – Przełknąwszy łyk pośledniego trunku, O'Brian przerwał chwilę ciszy.

– I w tym jest właśnie problem – ożywił się ambasador. – Autopsja wykazała, że znalezione zwłoki należały do przedstawiciela płci męskiej. Przyczyną zgonu były liczne obrażenia. Wysłane do Królowej zapytanie nie doczekało się odpowiedzi i to jest właśnie powód waszej wizyty.

– Ciekawe czy ten pechowiec był świadomy swojej nowej przynależności i wynikających z niej pośmiertnie praw? – zakpił ponownie O'Brian.

 

Przed podejściem do lądowania radiowóz zatoczył kilka kręgów nad przypominającym górę i wznoszącym się kilkaset metrów nad poziomem gruntu kopcem. Jedno z jego zboczy upstrzone było lasem wiatraków, bez wątpienia stanowiących komponent unijnego Programu Energii Odnawialnej.

Po drugiej stronie masywu detektyw dostrzegł ciągnącą się przez kilkanaście kilometrów karawanę. Każda z tragarek taszczyła na plecach wielki pakunek. Z powodu ubogiej fauny planety, nie występowały tu stworzenia mogące pełnić rolę zwierząt jucznych. Znamienny był fakt, że nikt nie nadzorował pracownic, które podążały karnie, wydeptaną przez lata ścieżką.

Silniki manewrowe wzbiły tuman kurzu, po czym postawiły statek na szczycie płaskiego wierzchołka. Rozrzedzone powietrze planety było niezdatne do oddychania dla Ziemian, toteż para śledczych wyszła na zewnątrz w maskach tlenowych.

Gości powitała, jak sama się przedstawiła, Wielka Kanclerz. Jej widok przywiódł O'Brianowi na myśl widziane w zoo bezkręgowce, zwane mrówkami, które przed wiekami licznie zamieszkiwały jego ojczystą planetę. Stojąca przed nim persona, była jednak nieporównywalnie większa od ziemskich owadów i poruszała się w pozycji wyprostowanej na dwóch odnóżach. Wzrostem przewyższała nawet, nie należącego do ułomków, detektywa. Dwie pary górnych kończyn zdobiły złote bransolety. Z cennego kruszcu wykonany był również gruby naszyjnik i pełniące rolę kolczyków, wkłute w czułki obręcze.

– Witam szanownych gości – odezwał się translator, tłumacząc klekot żuwaczek gospodyni, która wykonała głęboki ukłon. Zmieszani ceremoniałem ludzie odwzajemnili gest, lecz ich ruchy, pozbawione gracji i płynności Wielkiej Kanclerz, wydały się groteskowe. – Audiencja u Królowej trochę się opóźni, więc do tego czasu nasz wspaniały kopiec stoi przed wami otworem. Z racji pełnionych obowiązków, niestety nie będę w stanie wam towarzyszyć. Przydzielam więc wam przewodnika, który oprowadzi was po naszej spektakularnej siedzibie. – Wielka Kanclerz obróciła się i wraz z eskortującym ją orszakiem zniknęła w jednej z jam.

Tunel oświetlało mdławe światło jarzeniówek, kolejnego podarku w ramach obopólnej wymiany handlowej. Korytarz ciągnął się w nieskończoność, to opadał w dół, to wznosił się i od czasu do czasu przecinał z innym mu podobnym. Kilka razy musieli przystanąć, aby przepuścić sznury ciągnących w różne strony karawan z zaopatrzeniem. Na każdym skrzyżowaniu wartę pełniły uzbrojone w miecze i włócznie strażniczki.

– Broni plazmowej to im pożałowali – szepnął O'Brian do pani inspektor. Kobieta skwitowała jednak jego uwagę wzruszeniem ramionami.

W czasie wędrówki O'Brian nie próżnował. Każdą mijaną istotę skanował niezauważenie pod kątem płci. Tak jak się spodziewał, wszystkie sprawdzone osobniki były samicami i to w dodatku bezpłodnymi. Detektyw skalibrował więc detektor pod kątem poszukiwania śladów odpowiednich hormonów. Nie znalazł ich ani w wielkich, zastawionych wysokimi regałami, magazynach, ani w dormitoriach, gdzie, zwisając głowami w dół, Rkhanki wpadały w głęboki, wielodniowy letarg.

W końcu przewodniczka musiała odebrać mentalny przekaz, bo zostali poprowadzeni do sali tronowej, w której przyjęła ich na audiencji Królowa. Wielka pieczara spowita była w półcieniu. Elektryfikacja nie dotarła do tak głębokich poziomów, toteż jedynym źródłem światła było kilka mocno kopcących pochodni.

Przybysze na widok władczyni poczuli się lekko onieśmieleni. Nie na taki widok liczyli. Sklodowsky zrobiła nawet dwa kroki w tył, gdy stanęła przed monstrualnych rozmiarów skrzyżowaniem mrówki i larwy. Lepiący się od śluzu tłusty odwłok, z którego boków sterczały dwa rzędy karłowatych, ale ruchliwych odnóży, spoczywał na wyściełanym kolorowymi poduchami leżu.

O’Brian zachował większą przytomność umysłu. Pamiętając o panującym w mrowisku ceremoniale, ukłonił się głęboko. W stronę gości wyprężyła się para potężnych szczypiec, pomiędzy którymi znajdowała się mała, w stosunku do rozmiarów ciała, głowa.

– Nie rozumiem powodu waszej wizyty – zaklekotała Królowa, przechodząc od razu do meritum. Wszelkie konwenanse miała najwyraźniej w głębokim poważaniu.

– Przybyliśmy wyjaśnić śmierć jednego z poddanych Waszej Królewskiej Mości – odpowiedział pewnie detektyw. W kieszeni jego kombinezonu zawibrował skaner, informując o wykryciu śladowych ilości męskich feromonów.

– Zgodnie z prawem Unii Międzyplanetarnej, każdy niewyjaśniony zgon obywatela wymaga wszczęcia śledztwa – ożywiła się Sklodovsky.

– Każde istnienie ma swój cel. Żyjemy i umieramy, tylko po to, aby po nas mogli przyjść następni. To jest prawda od wieków znana. Czyżby istoty żyjące nad chmurami tego nie rozumiały? – Królowa poruszyła się nerwowo w swym legowisku. Jej kleszcze trzasnęły z łoskotem. – Wybaczcie, ale obowiązki wzywają.

– Oczywiście, o Najpotężniejsza z Rhanek. – O’Brian schylił się jeszcze głębiej niż przy powitaniu. – Nie będziemy więcej niepokoić Waszej Wspaniałości. – Cofnął się w stronę wyjścia pociągając za sobą zdezorientowaną Sklodovsky.

– Co pan wyprawia? – warknęła inspektor, gdy tylko znaleźli się już w jednym z korytarzy. Detektyw nerwowo rozejrzał się w obie strony.

– Szybko, tutaj. – O’Brian znów szarpnął skołowaną policjantkę i wciągnął ją do jednego z ciemnych bocznych tuneli.

– Co się dzieje? – ponowiła pytanie. Tym razem jednak już z mniejszą dozą stanowczości w głosie, ponieważ chodnik zwęził się na tyle, że musieli poruszać się na czworakach. – Nie idę z tobą, dopóki nie wytłumaczysz mi o co chodzi!

– Detektor wykrył w sali tronowej męski pierwiastek – O’Brian także przystanął i próbował obrócić głowę, ale w ciasnym przejściu i z maską na twarzy zakrawało to wręcz na jogizm.

– I co z tego? Może Królowa jest hermafrodytą? To normalne zjawisko w kos…

– To wykluczone – przerwał jej w pół słowa. – Królowa to stuprocentowa samica. A co najważniejsze, w odróżnieniu od swoich poddanych, jest płodna i właśnie znajduje się w okresie rui.

– I to wszystko wyczytał pan z tego urządzenia? – Sklodovski próbowała odzyskać rezon.

– To i o wiele więcej. Gdyby od początku nie zachowywała się pani jak oficer polityczny, to nasza współpraca przebiegałaby o wiele sprawniej. – O’Brian nagle się zatrzymał. – Jesteśmy już blisko. Za ścianą po lewej wszystko powinno się wyjaśnić.

– Nie mamy ze sobą transmitera. Zresztą, nawet gdybyśmy mieli, to na orbicie nie zainstalowano jeszcze odpowiednich satelitów.

– Ściana jest bardzo sypka. Przekopiemy się. – Detektyw zgniótł w dłoni oderwany kawałek miękkiego piaskowca.

O’Brian dość szybko wyskrobał w cienkim przepierzeniu otwór wystarczającej średnicy, aby móc się przez niego przecisnąć na drugą stronę. Znalazł się w komnacie, z wyglądu podobnej do kilku już odwiedzonych. Jedyną dostrzegalną różnicą była jeszcze mniejsza ilość światła.

– Gdzie jesteśmy? – spytała brudna i spocona Sklodovsky, która wyszła w ślad za nim.

– Zaraz się dowiemy. – O’Brian zaczął skradać się w kierunku migocącej na drugim końcu pomieszczenia poświaty.

Po krótkich podchodach oboje przywarli do jednego z wielu wyrastających z podłoża wielkich stalagmitów. Tajemniczy blask stał się na tyle nieodległy, że w jego świetle mogli dostrzec szczegóły rozgrywającej się przed nimi sceny.

Królowa, która przed chwilą udzieliła im posłuchania, leżała na stercie pustych chitynowych pancerzy. Do tylnej części jej cielska podchodziły kolejno osobniki jej gatunku. Wzrostem stanowczo ustępowały spotkanym dotychczas Rkhankom. Z samego końca odwłoku Królowej, co kilka minut wysuwało się białe, umazane śliską wydzielina jajo.

– Te kurduple to samce. Skaner aż wariuje, gdy kieruję jego wiązkę w ich stronę. Są jak gejzery męskich feromonów – wyszeptał O’Brian.

Sklodovsky wydawała się go nie słuchać. Z wybałuszonymi oczyma obserwowała jak po zapłodnieniu jaja samce, bez krzty sprzeciwu z ich strony, zostawały chwytane szczypcami i rozrywane. Następnie fragmenty ciał służyły jako posiłek dla Wszechmatki.

– Trzeba powstrzymać tę rzeź! – jęknęła inspektor.

– Zwariowałaś? Przecież skończysz jak ci nieszczęśnicy. – Detektyw chwycił Sklodovsky za ramię. – Wszystko już wiadomo, wracajmy. – Pociągnął za sobą wzburzoną kobietę.

W drodze powrotnej minęli lichą konstrukcję przypominającą prymitywną zagrodę, w której przebywało kilku męskich osobników. Niebieskoskóra policjantka uruchomiła tłumacz.

Rkhanie! Przybyliśmy wam na ratunek – wytrajkotała maszynka.

– Ratunek? My nie potrzebujemy ratunku. – Usłyszeli w odpowiedzi.

– Chodź już! To nic nie da! – O’Brien pociągnął za sobą towarzyszkę.

Gdy wrócili już do korytarza, natknęli się na szpaler wycelowanych w nich włóczni. O’Brian nie namyślał się długo. Niczym rewolwerowiec z dzikiego zachodu, w mgnieniu oka wyciągnął z kieszeni ogłuszacz i wystrzelił w strażniczki strumień neutronów. Sparaliżowane dozorczynie padły niczym kukiełki, którym ktoś przeciął sznurki.

– Co robisz?! – wrzasnął O'Brian, widząc jak Sklodovsky manipuluje przy komunikatorze.

– Wysyłam raport! Prawda musi wyjść na jaw! Po to przecież tutaj przylecieliśmy!

– Skażesz ich na zagładę! – Detektyw doskoczył do kobiety i chwycił mocno jej nadgarstek.

– Zwariowałeś?! Puść mnie! – jęknęła inspektor, próbując wyrwać rękę ze stalowego uścisku. Nie spodziewała się, że ten stary pijak dysponuje taką krzepą.

– Posłuchaj mnie! – Mężczyzna potrząsnął kobietą, która przestała się szarpać. – Za kilka miesięcy wyląduje tu desant marines. Wejdą do każdego kopca, żeby aresztować królowe. Później wywiozą je z planety i zapewne skażą na dożywocie. Bez nich tutejsza populacja wymrze w ciągu jednego pokolenia, bo nie będzie nikogo, kto może składać jaja. I to jest optymistyczna wizja. Wątpię, aby poddane biernie przyglądały się jak obcy zabierają ich matki. Całą rasę czeka natychmiastowa eksterminacja! Tego chcesz?

– Ale to, co tu się dzieje, kwalifikuje się jako seryjne morderstwo! Naszym obowiązkiem jest…

– Naszym moralnym obowiązkiem jest nie dopuścić do wyginięcia niewinnych!

– Jak niewinnych? Przecież sam widziałeś…

 – To jest naturalny etap ich cyklu życiowego. Choć z naszej perspektywy wygląda to straszliwie i barbarzyńsko, dla nich jest konieczne do przetrwania gatunku. Królowa uprawia kanibalizm, bo nie jest przystosowana do spożywania niczego innego. Zrozum! Nie możemy tego oceniać naszą miarą! Dzieli nas za duża przepaść kulturowa i biologiczna. Gdyby nie pazerność koncernów energetycznych, ta rasa nie zostałaby w ogóle przyjęta do Unii.

– Nie! – Sklodovsky z całych sił kopnęła oprawcę w goleń. O'Briana rozluźnił chwyt. Kobieta próbowała odskoczyć, ale potknęła się i upadła obok nieprzytomnych strażniczek. Detektyw rzucił się na nią, wyciągając ręce po komunikator. Kobieta chwyciła leżącą obok włócznię i obróciła się na plecy. Odruchowo uniosła zakończony ostrym grotem dziryt, na który nadział się O’Brian. Impet był tak duży, że okrwawiona głownia wyszła mu z pleców. Mężczyzna klęknął, opierając ciężar ciała na drzewcu. Jego wzrok stał się nieobecny, a z kącika ust pociekła szkarłatna strużka.

Inspektor w panice wyczołgała się spod trupa i pobiegła korytarzem przed siebie. Skręciła w pierwszą odnogę, jak się okazało, ślepego i ciemnego tunelu. Na jego końcu, zdyszana oparła się plecami o szorstki, ale chłodny kamień. Uruchomiła ekran komunikatora, który oświetlił jej twarz zimnym blaskiem. Kotłujące się do tej pory w głowie myśli zaczynały na powrót wracać na utarte ścieżki. Sklodovsky próbowała połączyć się z satelitą komunikacyjnym, ale znajdujące się nad jej głową miliony ton skał i żwiru, blokowały sygnał. W końcu nawiązała łączność.

Wystarczyło tylko potwierdzić wysyłkę. Jej palec zatrzymał się centymetr przed ekranem. W ostatniej chwili dopadło ją zwątpienie. Poczuła się jak skoczek spadochronowy, stający na krawędzi grawitolotu. Oszołomiony wysokością i bezkresem przestrzeni, w którą ma się zaraz rzucić, mechanicznie robi krok w tył.

Skupiwszy całą uwagę na urządzeniu, Sklodovsky nie usłyszała odgłosów zbliżających się kroków. Z zamyślenia wyrwał ją dopiero dobrze znany klekot żuwaczek.

Koniec

Komentarze

Widać, że włożyłeś w to sporo pracy. Fabuła nie powaliła mnie co prawda na kolana, ale ogólny efekt trzyma poziom, choć do doskonałości jeszcze trochę brakuje, moim zdaniem. Temat ciekawie zarysowany, choć wygląda trochę jak kompilacja pierwszej i drugiej części “Gry Endera”, ale fajnie, że da się go interpretować również w odniesieniu do współczesności. Myślę, że można by historię jeszcze trochę podrasować. 

Co mi zgrzytnęło:

 

  1. Hiperpoprawność przecinków

Detektyw mimowolnie zmrużył, nieprzyzwyczajone do takiego blasku, oczy, co zrzucił życzeniowo na karb zmęczenia podróżą

Bardzo dziwnie wyglądają te oddzielone przecinkami oczy, utrudnia to czytanie tekstu. U ciebie jest wręcz nadmiar znaków interpunkcyjnych. Zauważ, że nie jest trudne zrozumienie powyższego zdania i gładkie go odczytanie. Ja bym zapisała to tak “Detektyw mimowolnie zmrużył nieprzyzwyczajone do takiego blasku oczy, co zrzucił życzeniowo na karb zmęczenia podróżą”. Druga część tego zdania złożonego brzmi dość dziwacznie, więc uważaj na konstrukcję w przyszłości. 

 

  1. Stosowanie niemalże wyłącznie zdań złożonych i wielokrotnie złożonych. Ciężko się to czyta po prostu, męczy się mózg i oko. Brakuje melodyjności, rytmu, który ułatwiałby odbiór i sprawiał, ze miło się czyta. Krótkie zdania pomogłyby także w budowaniu napięcia i przyspieszeniu akcji.
  1. Brak napięcia i “stateczność” akcji. W twoim opowiadaniu chyba dużo się dzieje, ale konstrukcja tekstu i budowa zdań jakoś tego nie potwierdzają. Czytając miałam wrażenie pewnej stateczności, powolności, nawet w dramatycznych przypadkach. Przez nie nie mogłam się wczuć, a cała historia brzmi dla mnie troszkę jak jej mniej porywające streszczenie. 
  1. Bohaterowie. Fajnie, że różnią się poglądami i pewnym sposobem bycia, ale to jest w zasadzie jedna lub dwie, dość powierzchowne, cechy. Nie widać na przykład różnicy w sposobie mówienia, zachowania w kryzysowej sytuacji ani nic. Dla mnie oni po prostu są. 
  1. Łopatologia. Czasem zbyt dokładnie tłumaczysz coś, czego czytelnik łatwo by się domyślił. Jak tu:

– I co w tym dziwnego? Wenus-2 też zamieszkują tylko kobiety. Od setek lat żyją w pokoju, bez szkodliwych męskich wzorców przemocy – oznajmiła z całkowitą powagą Sklodovsky. Była święcie przekonana w głoszone przez siebie tezy.

Jak mówiła z “całkowitą powagą” to wiadomo, że “była święcie przekonana”. A nawet gdyby nie było, to zdążyliśmy się już o tym przekonać z kontekstu. To trochę irytuje. 

 

Sklodovsky zbyła tą uwagę milczeniem. Nie miała już ochoty wchodzić z detektywem w żadne polemiki. Postanowiła czekać na swoją szansę.

Tu dostarczasz czytelnikowi informację “Inspektor męczy już zachowanie detektywa” aż trzy razy, po kolei. 

 

To najważniejsze, co mi się rzuciło w oczy. Pisz dalej, myślę że może powstać z tego coś całkiem fajnego :)

 

Dziękuję za cenne rady smiley Właśnie tego mi brakowało – reakcji czytelników na moje wypociny. A że jest dodatkowo merytoryczna, to tym bardziej wartościowa. ( Choć takimi w stylu NIE, BO NIE lub TAK, BO TAK tez nie pogardzę wink)

Proszę bardzo :) Mam nadzieję, ze wrzucisz coś jeszcze z klimatów socjo sf.

Kiedy w końcu ukaże się konkursowa antologia na dziesięciolecie Creatio Fantastica będzie można przeczytać tam moje opowiadanie, które jest taką mieszanką antyutopii z elementami socjo sf.

Cześć :) Czytało mi się całkiem przyjemnie, opowiadanie akurat wpasowało się czasowo w krótką podróż autobusem ;) 

Zgadzam się z uwagą Mer. Niektóre momenty, rzeczywiście bywały dość łopatologiczne. O ile ma to ten plus, że w opowiadaniu trudno się zgubić, o tyle, osobiście lubię, kiedy pojawia się odrobina niedopowiedzenia i tajemnicy, a także możliwość domyślenia się następstw poszczególnych czynności. Naturalnie, to tylko moja preferencja, ktoś inny może tego nienawidzić, a jak wiadomo, nie da się ucieszyć wszystkich.

Chociaż nie należę do szczególnych wielbicielek sf, Twój tekst, jako całość odbieram zdecydowanie na plus. Fabuła jest interesująca, jak pisałam wyżej, przeczytałam opowiadanie  z przyjemnością.

 

Fajny pomysł na obcą rasę, trafne opisanie stosunków między wielką organizacją a słabiej rozwiniętymi cywilizacjami. Czytało się przyjemnie.

Spodobało mi się skrzyżowanie mrówek z pająkami/ modliszkami. Ciekawi mnie, czy to oprócz kanibalizmu również kazirodztwo. Nasze mrówki tak mają…

Według skali Kardaszewa, otrzymali 0,3 punktu.

Liczby w beletrystyce raczej słownie, a już w dialogach to obowiązkowo.

Sklodovsky dosłownie spurpurowiała, ale zbyła tą uwagę milczeniem.

Tę uwagę.

Jego wzrok stał się nieobecny, a z kącika ust pociekła szkarłatna stróżka.

Ojjj. Sprawdź w słowniku, co znaczy stróżka. Możesz się zdziwić.

Babska logika rządzi!

Bardzo się cieszę, że tekst przypadł czytającym do gustu.

 

Nie chcę, aby to zabrzmiało jak tłumaczenie się z błędów, ale opowiadanie było pisane pod konkretny limit, stąd większy nacisk został położony na konkretne kwestie.

 

 

 

Kolejna wariacja na ten sam temat: dzielny wyznawca tradycyjnych wartości – tutaj w postaci chamowatego, lecz nawet na kacu inteligentnego i odważnego prywatnego detektywa – kontra sztywna i zahukana przedstawicielka poprawnościowopolitycznej (jest takie słowo?) biurokracji. Oczywiście, stronniczka wojującego feminizmu jak zawsze walczy z prawami natury, po których stronie opowiada się zwolennik tradycji, nawet jeżeli te prawa domagają się śmierci przedstawicieli jego własnej płci. (Tutaj autor ułatwił sobie jednak zadanie, wprowadzając robalokształtnych obcych, z którymi trudno się nam identyfikować. Gdyby dał im trochę więcej humanoidalnych właściwości, przesłanie opowiadania zabrzmiałoby znacznie mocniej).

 

Opowiadanie jest napisane poprawnie, zmierza do sensownego a jednocześnie zaskakującego zakończenia. Autor uniknął też “prawicowej interpunkcji” (co rzadkie w tego typu utworach). Największą jego wadę widziałbym w zbytniej łatwości, z jaką detektyw rozwiązuje zagadkę. Naprawdę, można było jakoś bardziej “zakombinować” akcję, wprowadzić więcej elementów zaskoczenia. W tej postaci dziełko jest zbyt prostoliniowe.

 

Chciałbym jeszcze tylko zwrócić uwagę na pewien problem. Guru prawicowych autorów – Maciej Parowski – opowiedział w którymś z wywiadów, jak bardzo sprzeciwiał się publikacji w “Fantastyce” (jeszcze tej starej) opowiadania Roberta Sheckleya, które ukazywało sytuację drastycznie naruszającą zasady ludzkiej moralności. Chodziło o to opowiadanie, w której przedstawiciele pozaziemskiego gatunku mieli w zwyczaju przy byle okazji zabijać swoje żony. Obrońcy tekstu zwracali uwagę, że nie różni się on od typowych dla science fiction opisów odmiennych od ludzkich obyczajów. Parowski jednak stanowczo utrzymywał, że tego rodzaju utwory wręcz promują demoralizację, a przynajmniej czynią nas wobec niej obojętnymi. Otóż sądzę, że zaprezentowane nam opowiadanie Maciej Parowski również by odrzucił. I to nawet, gdyby zostało bardziej dopracowane pod względem technicznym.

Co to jest “prawicowa interpunkcja”? Pierwszy raz spotykam się z takim określeniem. 

Mogę się domyślać znaczenie tego określenia.

Tekst miał mieć przesłanie raczej antyglobalistyczne niż konkretną “lewicową” czy “prawicową” wymowę.

W sumie cieszę się, że wzbudza pewne kontrowersje wink

 

Jak tak sobie myślę, to skąd detektyw znał skład męskich feromonów tego gatunku? Skoro dotychczas o samcach w ogóle nie słyszeli. A podejrzewam, że mogą być diametralnie różne. Nawet u nas chyba odmienne gatunki używają różnych substancji, żeby się wszystkie żuczki nie rzucały na motylicę w rui…

Babska logika rządzi!

Skoro posiadali technologię pozwalającą w kilka godzin dostać się na inną planetę, to skaner detektywa mógł sklasyfikować nowo wykryty związek chemiczny jako męski feromon wink

Tak bez żadnego materiału porównawczego? To powinien być temat kilka mrówczych doktoratów, a nie rutynowy skan. ;-) Dla porównania: jak przy samcu Homo sapiens poznać, co z następującej mieszanki jest męskim feromonem: opary piwa, testosteron, składowe dymu z cygara, woda kolońska?

Babska logika rządzi!

“Najbliżej im do ziemskich stawonogów” – jakiś materiał porównawczy był, skoro tubylcy posiadali jakieś wspólne cechy z pajęczakami czy owadami wink

Oooo, podobieństwo zewnętrzne to jedna sprawa, a metabolizm całkiem inna. Jeśli dobrze pamiętam, ludzie na tej planecie musieli chodzić w maskach.

Babska logika rządzi!

Tak, musieli – zbyt mała ilość tlenu. Powiedzmy, że wystąpiła tu konwergencja cech Rkhanów i ziemskich owadów.

Socjo SF z kontaktem ludzi ze słabo rozwiniętą cywilizacją – podoba się. Pomysł na obcych na duży plus: bohaterowie wchodzą do, dosłownie, gigantycznego mrowiska, przemówił do mnie ten motyw. Przeczytałem jednym tchem, bo lekkie SF, bez natłoku fizyczno-astronomiczno-chemiczno-cokolwiek wstawek to moja zakazana przyjemność – kosmici, misja, bohater pijący łychę i palący szlugi w kosmicznym radiowozi. Kosmos łatwy do pogryzienia. Fakt, część zdań mogłoby brzmieć lepiej, bohaterowie sztampowi, lecz, zamierzenie, czy nie, język i treść połączyły się w spójną całość. Patrząc na opowiadanie poważniej też jestem zadowolony, tło polityczne daje do zrozumienia w kwestii relacji między bohaterami. Zabrakło mi może nieco akcji, sprawa rozwiązuje się bardzo szybko lecz ani na strzelanie laserami nie widzę tu zbyt wiele miejsca, a prowadzenie śledztwa wśród mrówek raczej nie wchodziło w grę. Choć byłoby niesamowite :)

Początek zapowiadał zagadkę kryminalną, liczyłam więc na zajmujące śledztwo, a tu nic z tego. Ledwie poznałam mieszkanki planety i nim coś zaczęło się dziać, sprawa została wyjaśniona i nastąpił koniec opowieści. Szkoda.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

zer­k­nął tę­sk­nie na opróż­nio­ną do po­ło­wy z whi­sky szklan­kę… – Szklankę można czymś napełnić, ale czy szklankę opróżnia się z czegoś?

Może: …zer­k­nął tę­sk­nie na opróż­nio­ną do po­ło­wy szklankę z whi­sky

 

Nie­bie­ska­wy od­cień skóry su­ge­ro­wał pły­ną­ca w jej ży­łach do­miesz­kę an­du­riań­skiej krwi. – Literówka.

 

Prze­łą­czyw­szy ste­ro­wa­nie na ob­słu­gę ma­nu­al­ną, chwy­ci­ła mocno stery… – Nie brzmi to najlepiej.

 

za­ci­ska­jąc wą­skie usta, aby nie wy­rwa­ła się z niej żadna sek­si­stow­ska uwaga… – Uwaga mogłaby wyrwać się z ust, więc: …za­ci­ska­jąc wą­skie usta, aby nie wy­rwa­ła się z nich żadna sek­si­stow­ska uwaga

 

Ko­ry­tarz po dru­giej stro­nie za­le­wa­ło mlecz­no­bia­łe świa­tłem wy­do­by­wa­ją­ce się z całej jego po­wierzch­ni. – Pewnie miało być: Ko­ry­tarz po dru­giej stro­nie za­le­wa­ło mlecz­no­bia­łe świa­tło, wy­do­by­wa­ją­ce się z całej jego po­wierzch­ni.

 

In­spek­tor, ku swo­je­mu zdu­mie­niu, mu­sia­ła przy­znać mu w duchu rację. Mimo swej po­wierz­chow­no­ści de­tek­tyw oka­zał się być osobą nad wyraz prze­ni­kli­wą. Nie miała jed­nak za­mia­ru uze­wnętrz­niać swo­ich od­czuć… – Powtórzenia.

 

– A prze­kła­da­jąc miarę roz­wo­ju… – – A prze­kła­da­jąc miarę roz­wo­ju

 

Sklo­do­vsky zmru­ży­ła swoje wy­so­kie czoło. – W jaki sposób zmrużyła czoło?

Pewnie miało być: Sklo­do­vsky zmarszczyła wy­so­kie czoło.

Zbędny zaimek. Czy mogła zmarszczyć cudze czoło?

Za SJP: zmrużyć «prawie całkowicie przysłonić oczy powiekami»

 

i na­peł­nia­jąc sto­ją­ca obok ko­nia­ków­kę. – Literówka.

 

De­tek­tyw wzniósł toast, na który jed­nak nie od­po­wie­dział żaden z jego roz­mów­ców. – Rozmówcami detektywa są mężczyzna i kobieta, więc: De­tek­tyw wzniósł toast, na który jed­nak nie od­po­wie­działo żadne z jego roz­mów­ców.

 

nie żyły tu zwie­rzę­ta mo­gą­ce peł­nić rolę zwie­rząt jucz­nych. – Brzmi to fatalnie.

 

Dwie pary gór­nych koń­czyn zdo­bi­ły na­rę­cza zło­tych bran­so­let. – Raczej: Dwie pary gór­nych koń­czyn zdo­bi­ły zło­te bran­so­lety.

Za SJP: naręcze «tyle, ile da się unieść na rękach»

 

że mu­sie­li po­ru­szać się na czwo­ra­ka. – …że mu­sie­li po­ru­szać się na czwo­ra­kach.

 

nie za­in­sta­lo­wa­no jesz­cze od­po­wied­nich sa­te­lit. – …nie za­in­sta­lo­wa­no jesz­cze od­po­wied­nich sa­te­litów.

Satelita jest rodzaju męskiego.

 

za­gro­dę, w któ­rej prze­by­wa­ło kilka mę­skich osob­ni­ków. – …za­gro­dę, w któ­rej prze­by­wa­ło kilku mę­skich osob­ni­ków.

 

O'Bria­na uwol­nił chwyt. – Można uwolnić kogoś, kogo się chwyciło, puścić go, ale czy można uwolnić chwyt?

 

Od­ru­cho­wo unio­sła w górę, za­koń­czo­ny ostrym gro­tem dzi­ryt… – Masło maślane. Czy można unieść coś w dół?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Co znaczy porządna korekta laugh Dzięki regulatorzy!

Zagadka kryminalna miała być tylko pretekstem, tak samo jak akcja, której prawie brak.

 

Cieszę się, że mogłam pomóc. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rasa podobna do robali z książek OSC, niemniej jednak interesująca i z porządnym zakończeniem:) Mogło być trochę więcej zawirowań z rozwiązaniem zagadki.

Jednak ciężko opowiedzieć się po którejś ze  stron. Moim zdaniem i mężczyzna, i kobieta nie mieli racji – wybór pomiędzy mniejszym, a większym złem. 

A gdyby ta rasa rozmnażała się podobnie do bonelli zielonej? Dopiero byłaby zagwozdka… ;-)

Babska logika rządzi!

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

prychnął prywatny detektyw O’Brian(+,) spoglądając przez panoramiczną przednią szybę kokpitu.

 

połknąć pastylkę redukująca poziom alkoholu we krwi. ← literówka

 

Jej nijaki smak spowodował u niego odruch wymiotny ← co najmniej jeden zaimek można darować

 

– Ależ pani mózg wyprali w tej akademii. Pożyje pani jeszcze trochę na tym świecie, to pozna realia w nim panujące. – Policjantka zbyła przytyk drwiącym sarknięciem. ← dałabym Policjantka od nowego akapitu. 

 

Detektyw mimowolnie zmrużył, nieprzyzwyczajone do takiego blasku, oczy, co zrzucił życzeniowo na karb zmęczenia podróżą ← bardzo przekombinowane zdanie

 

Zamiast jednak prawdziwych regałów ← jednak zamiast…

 

Zamieszkująca tę planetę rasa Rkhanów, bynajmniej nie należy do gatunków humanoidalnych

 

Poważna mutacja w kodzie genetycznym, doprowadziła do nieodwracalnej degeneracji męskich osobników

 

– A jakie korzyści wynikają dla tubylców z członkostwa w Unii ? – zainteresował się detektyw(+,) podchodząc do dystrybutora i napełniając stojąca obok koniakówkę. ← niepotrzebna spacja

 

kilkaset metrów nad poziomem gruntu, kopcem

 

Z powodu ubogiej fauny planety, nie żyły tu zwierzęta mogące pełnić rolę zwierząt jucznych ← kulawe zdanie

 

Broni plazmowej, to im pożałowali

 

Skaner aż wariuje(+,) gdy kieruję jego wiązkę w ich stronę.

 

– Ale to, co tu się dzieje(+,) kwalifikuje się jako seryjne morderstwo! Naszym obowiązkiem jest…

 

Odruchowo uniosła, zakończony ostrym grotem dziryt, na który nadział się O’Brian.

 

Troszeczkę zgodzę się z Marcinem Robertem (z pierwszym akapitem jego wypowiedzi, co do ostatniego: Parowski tak powiedział?!I był to zarzut prawicowy?! Naprawdę, można się pogubić w tych teoriach…). Ale jest tu pewien pierwiastek, uznawany przez niektórych za rzadki np. w grach komputerowych. Miałam z tym styczność, oglądając filmik o The Last of Us. Gość zwrócił uwagę, że pierwszy raz widzi grę, gdzie kobieta nie ma tylko zabawiać męskich graczy, a jest zarówno agresywna, jak i zdolna do poświęcenia. I tutaj też jest zadanie kłamu stereotypowi, że co złego to facet (agresywność samców), i podkreślenie agresywnych aspektów u żeńskich osobników. Niemniej postać pani inspektor jest straszna :D Perfekcyjna pseudopoprawna pseudofeministka.

Opowiadanie wydaje mi się nierówne. Za mało tu akcji, za dużo wykładania kawy na ławę w finalnym dialogu, zamiast pokazania tego w akcji. Ale czytało się dobrze i miałam skojarzenie z Obcym, a to dobre skojarzenie :)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Niemniej postać pani inspektor jest straszna :D Perfekcyjna pseudopoprawna pseudofeministka.

c21h23no5.enazet – I tak miało być wink

 A kto powiedział, że tylko mężczyźni mogą być agresywni?

 

Stokrotne dzięki dla wszystkim za uwagi laugh Może jeszcze rozwinę ten tekst, kto wie?

Nowa Fantastyka