- Opowiadanie: othersun - Miłość

Miłość

To opowiadanie opublikowałem na portalu trzy lata temu. Było nominowane do piórka, nie udało się, więc nie jest moim celem ponowne aspirowanie do tego wyróżnienia, skoro skład Loży się zmienił. Zależy mi jednak na jak największej liczbie opinii, bo wtedy dostałem ich niewiele, w dodatku niezbyt konstruktywnych, a w tekst włożyłem sporo pracy i serca. Chętnie dowiem się, co jest dobrze, co źle, co się podoba, a co nie. Oczywiście prezentuję Wam poprawioną wersję. Z góry dziękuję za wszelkie komentarze. 

 

Opowiadanie dedykuję innym słońcom. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Miłość

Patrząc na zgasłe słońca, zadaje sobie pytanie: czy kocha?

Z trudem pochyla się i kładzie przed sobą cztery przedmioty. Słoiczek pełen złotego piasku. Kawałek czarnego materiału. Kosmyk czerwonych włosów. Opakowanie białych tabletek.

To pierwsza taka chwila od tysięcy lat. 

 

Złoto

 

Gdy jednogłośnie zakazano prokreacji, siedem osób poleciało spotkać się z ostatnimi dziećmi.

Aleksander Kostrzyk porozmawiał z rodzicami dziewczynki, po czym przespacerował się do opuszczonej galerii handlowej. Na jednej ze ścian starego budynku ktoś napisał zielonym sprayem „LOVE IS”; obok inny artysta-wandal domalował fioletowym kolorem organy płciowe. Prehistoryczna sztuka na murach świątyni upadłego kultu. Dwa symbole dawnego sensu.

Co jej powiem? – zastanawiał się Aleksander.

Dziewczynka miała złotobrązowe oczy i złotobrązowe, rozjaśnione słońcem włosy; skórę opaloną, twarz poważną jak na dwunastolatkę. Zuzanna Romanow, jedna z ostatnich siedmiu istot, których ciała jeszcze nie dojrzały.

Zastał ją w spustoszonym butiku, gdy polewała przewrócone manekiny starymi perfumami. Z kieszeni jej krótkich spodni wystawał palnik laserowy. Dziewczynka zamarła i obserwowała intruza. Wielkie oczy barwy wieczornej pustyni.

– Jestem Aleks – przedstawił się mężczyzna. Był kompletnym przeciwieństwem małej: wysoki, chudy jak patyk; blada skóra, czarne włosy, czarne oczy; czarny chłodzony garnitur. Człowiek z całkiem innego, nieogarniętego młodą myślą świata. – W tym stuleciu pełnię funkcję Przedstawiciela. Wiesz, kim są Przedstawiciele?

Niepewnie pokiwała głową. On zbliżył się, wkraczając w smugę żółtego, sierpniowego światła, po czym przykucnął obok manekinów. Czuł zapach słodkich, ostrych perfum. Dziewczynka musiała wygrzebać je z próżniowych magazynów, skoro ostały się tak długo.

– Podjęliśmy decyzję w imieniu nas wszystkich – poinformował Aleksander. – W imieniu całej ludzkości.

Wytłumaczył jej, dlaczego już nigdy więcej nie narodzi się dziecko. Dlaczego wszyscy ludzie na wieki pozostaną bezpłodni. Dlaczego to kolejny, ostatni krok ewolucji.

– Czy to znaczy – zapytała Zuzanna – że zawsze będę najmłodsza?

– Tak. Wiesz, co znaczy „zawsze”?

– Rodzice mi tłumaczyli. – Mała obracała w dłoniach flakonik perfum. Złotobrązowe oczy obserwowały pachnące manekiny, jedynych towarzyszy zabaw. – A pan ma dzieci?

Liczne jak gwiazdy na niebie, pomyślał Kostrzyk. Możliwe, że części ich ciał noszę w sobie jako przeszczepione organy. Serce syna, wątroba wnuka, nerki ich niezliczonych potomków. Imiona, których nigdy nie znałem. Imiona, które nigdy nie zostały nadane.

Oprócz Julii. Julia, mój Izaak. Choć nie – Izaak przeżył. Więc Julia, mój Jezus. Dziecko ofiarowane dla większej sprawy. Pierworodna, jedyna właściwa córka. Gdyby nie geny jakiejś głupiej kurwy-matki, mogłaby jeszcze żyć, żyć na wieki, jak ojciec. Jednak podczas Oczyszczenia trzeba było dać dobry przykład.

Aleksander nazywał się wtedy inaczej: jego nazwisko było potężnym symbolem. Tyle władzy w jednym słowie. Tyle władzy w jednej twarzy.

– Nie mam – odpowiedział. – I już nigdy nie będę mieć.

– A jak był pan mały, bawił się pan z innymi dziećmi?

Przypomniał sobie jedną ze swoich dawnych form: inną, o wiele bardziej wpływową postać.

…przystojny mężczyzna o srebrnych oczach wchodzi na podest. Dookoła stoi kordon ochrony, to jest jeszcze potrzebne. Mężczyzna przemawia do tłumu podstawionych ludzi, a w zasadzie do bilionów (niedługo ich liczba znacznie zmaleje) zgromadzonych przed ekranami. Pada rozkaz. Słowa dawno zapomniane. Na plac zabaw, na którym mężczyzna bawił się kiedyś z rówieśnikami, wjeżdżają buldożery. Sens jasny: nowa generacja nie będzie się marnowała w tych beznadziejnych, przestarzałych miejscach. Zasługują na warunki do rozwoju, dzięki któremu wyrosną na wartościowych, godnych przetrwania ludzi. 

Ważny człowiek dał przykład.

Minęły setki lat: ciało, umysł i serce zmieniły się wielokrotnie. We wspomnieniach ostały się nie młodzieńcze wygłupy, lecz symboliczne zerwanie z niedoskonałą przeszłością.

– Tak, za moich czasów było jeszcze trochę dzieci w moim wieku.

– I jak to jest?

– Co jak jest?

– Bawić się z równymi sobie.

Nie byli mi równi, uświadomił sobie Aleksander.

– Zobaczysz, jak dorośniesz – obiecał. – Chcesz dorosnąć?

– Trochę boję się pierwszej operacji – odparła dziewczynka, świadoma nietrwałości swojego ciała, materialnej, zastępowalnej powłoki.

– Jeśli będziesz o siebie dbać, to częste operacje nie będą konieczne.

– A pan pamięta swoją pierwszą operację? – zapytała Zuzanna.

Zaśmiał się.

– Wszystkich tak wypytujesz?

– Przeszkadza to panu?

– Nie. Nie mam nic lepszego do roboty.

– Pobawi się pan ze mną?

 

*

 

Podniebny żaglowiec – zachcianka znudzonych, tysiącletnich ludzi – sunął przez atmosferę Ziemi IV. Ogromne zbiorniki helu utrzymywały statek kilkaset metrów nad stepem. Maszty, żagle, olinowanie, drewniany pokład – to wszystko upodabniało „Erosa” do starożytnej fregaty, która za sprawą jakichś dekadenckich czarów leci w powietrzu, pchana łagodnymi wiatrami. Poniżej skąpana w blasku trzech księżyców równina. Nieliczne drzewa z antenami i światłami nawigacyjnymi. Stado endemicznych antylop spłoszone dobiegającą z góry muzyką.

Pasażerowie krążyli po deku i przestronnych kajutach, śmiejąc się i ćpając bez umiaru. Kapitan Aleksander Kostrzyk śmiał się najgłośniej ze wszystkich, a ćpał tyle, co wszyscy inni razem wzięci.  

– Jestem! – wrzeszczał. – Jestem Antarktydą! Stopiłem się cały, ale wiecie co jest najlepsze? Jestem samą wodą, więc jakie znaczenie ma moja forma?! Jaki kształt przyjmuję?! Czy jestem zimny, czy ciepły; twardy czy miękki, kolorowy czy bezbarwny; czy jest mnie mniej, czy więcej?! Tak czy inaczej: istnieję! I to jest najlepsze!

W tle rozbrzmiewała skomplikowana, przepełniona dysonansami muzyka. Pomiędzy gośćmi-pasażerami przelatywały roboty serwujące używki w każdej postaci. Kolorowe napoje o dziwacznych konsystencjach. Tabletki wyrzeźbione w finezyjne kształty. Proszki o wyrazistych zapachach. Strzykawki wypełnione gęstymi mieszaninami lub barwnymi gazami. Długie, grube skręty.

– Jestem zwietrzałą skałą! – darł się Aleksander, a kilka osób wzniosło swoje porcje narkotyków do ironicznego toastu. – Jestem spalonym lasem! Jestem zjedzonym zwierzęciem! Jestem umierającą gwiazdą! I wiecie, co jest w tym najzabawniejsze?

– W takim razie, czym nie jesteś?

Odwrócił się i spróbował z narkotycznych halucynacji wyodrębnić prawdziwy obraz stojącej za nim kobiety. Suknia, przez którą przepływają fale kolorów. Tańczące przy każdym ruchu tatuaże na bladej skórze. Na twarzy wizerunki stworów, które wyprężyły się, gdy nieznajoma posłała Aleksowi uśmiech. Oczy barwy indygo, odbijające w sobie światło trzech księżyców.

– A jak pani myśli?

– Kiedyś nie mówiłeś do mnie per „pani”.

Muzyka zgrzytająca jak zgniatane gigantycznymi młotami samochody. Ognie tańczące na rejach. Roboty proponujące używki: zielone żelki, żółty syrop, czerwone tabletki w kształcie głowic nuklearnych. To ostatnie Aleks wymyślił jako żart, kpinę z Oczyszczenia, które przeprowadzono przed laty na Ziemi IX.

Potrząsnął głową.

– Niestety… Znam tysiące ludzi, a teraz…

 – Ustawa o masowej sterylizacji? – podpowiedziała kobieta.

Narkotyki szydziły z jego zmysłów, zmieniając kolory, kształty, dźwięki i zapachy.

Rozsądek ostatkiem sił sapnął: to jedna z nich.

Aleksander nigdzie nie zostawał na dłużej. Często zmieniał swój wygląd: rysy twarzy, kolor skóry, kształt sylwetki. Ubierał się według najróżniejszych mód. Jego zachowanie było dostosowane do bieżącego trybu życia. Mimo to zawsze go znajdywali.

Wiemy, kim jesteś, mówili półsłówkami. Wiemy, co zrobiłeś. 

Musisz nam pomóc. 

– Nic mi nie przychodzi do głowy – powiedział.

– Na starość też pewnie o wielu rzeczach zapomnę – stwierdziła nieznajoma.

W umyśle Aleksandra odblokowało się inne wspomnienie. Żółta smuga światła, a w niej…

…dziewczynka bawiąca się manekinami. Spryskuje swoich plastikowych przyjaciół starymi perfumami, by upodobnić ich do ludzi. Aleks dołącza się do zabawy i doznaje szoku. To tak wielka odmiana. Ale już wszystko przesądzone: Przedstawiciele całej ludzkości z dziewięciu planet jednogłośnie podjęli decyzję. W trakcie kilku dni przeprowadzi się miliardy sterylizacji. Świat już raz był przesycony ludźmi; od teraz tylko ludzie będą mogli przesycić się światem. A on, chwilowo używający nazwiska Kostrzyk, bawi się z dwunastolatką, uroczym dzieckiem słońca.

Pstryknął kilka razy palcami, usiłując wyłuskać z milionów poznanych imion to właściwe.

– Kojarzę…

– I tak przedstawiam się teraz inaczej.

– Zuzanna?

– Dla ciebie mogę pozostać pod tym imieniem, jeśli chcesz.

Aleksander uśmiechnął się szeroko. Czasem rozpoznawał jakąś osobę, nawet jeśli ta prawie całkowicie zmieniła swoją postać. Tym razem się udało.

– Taki bachor na pokładzie!

– Mama nie chciała mnie puścić – odpowiedziała żartem Zuzanna.

– Co tu robisz?

– Wiesz, Aleks, jak to jest: światów mało…

– …a czasu dużo – dokończył, patrząc w jej księżycowe oczy. – Przynajmniej tak mawiają.

„Eros” mknął dalej nad stepem; pozbawiona celu, wielka, gnijąca strzała.

 

*

 

– Chyba będę musiał wymienić sobie płuca.

Przystanęli na zboczu lodowca. Zuzanna oddychała głęboko, a z jej uśmiechniętych ust wydobywały się obłoczki pary.

Znów miała złotobrązowe oczy. Policzki zarumienione od mrozu. Loki koloru blond wystające spod czapki. Granatowy kombinezon opinający szczupłe, wysokie ciało.

– Niesamowite… – sapnęła, chłonąc widok.

– Tak. – Aleksander nie odwrócił od niej wzroku. – Niesamowite.

Wspinał się na tę górę już wiele razy. Zdobył też setki innych szczytów na dziesięciu Ziemiach – póki z zabawy nie wypadła „Dziewiątka”. Przepłynął niezliczone morza, chodził po najróżniejszych lasach i dolinach, zbadał głębokie, dziewicze jaskinie. W skafandrze kosmicznym spacerował po niegościnnych dla człowieka planetach. Oglądał podwójne wschody słońc. Surfował na falach gazowych gigantów. Dryfował w międzygwiezdnej pustce.

Dopiero teraz mógł wybrać widok najgodniejszy zapamiętania.

– To nie wszystko. Chcę ci pokazać coś jeszcze.

Po chwili wspinaczki zobaczyli wejście do lodowej jaskini.

– To tam – oznajmił Aleksander, wyjmując z kieszeni czarną chustkę. – Muszę zasłonić ci oczy.  

Poprowadził ukochaną ciemnym korytarzem. W pewnym momencie jaskinia przerodziła się w kryształowy labirynt. Przez cienkie sklepienie przedzierały się promienie słońca. Rozproszone światło barwiło jasnoniebieski lód na czerwono, zielono, żółto. Dziesiątki małych tęcz. Gdzieniegdzie prześwitywało czyste, błękitne niebo. Aleksander kluczył krętymi korytarzami o gładkich, różnokolorowych ścianach.

Kilka metrów przed główną komnatą, osobistym zakątkiem Kostrzyka (pochodzącym jeszcze z czasów, gdy używał innych nazwisk), usłyszeli jakiś odgłos. Zuzanna uśmiechnęła się, uznając to za element niespodzianki. Aleksander puścił jej rękę.

– Zaczekaj.  

Zbliżając się do komnaty, rozpiął kombinezon i sięgnął do kabury.  

Zakątek miał kształt ośmiokąta. Składające się ze sztucznego lodu ściany były jednocześnie zwierciadłami i pryzmatami, dzięki którym wnętrze jaskini wyglądało nierealnie. Dawniej Aleksander przylatywał na lodowiec helikopterem, by w kryształowo-tęczowym labiryncie odnajdywać spokój. Tutaj przeczekiwał trudny czas, gdy na dziesięciu planetach urzędnicy przeprowadzali na ludziach Testy. Tutaj płakał, gdy trwały walki ze skazanymi na porażkę głupcami – biednymi i żałosnymi buntownikami, którzy nie umieli zasłużyć sobie na prawo do życia. Tutaj ze stoickim spokojem notował swoje przemyślenia, gdy na Ziemię IX poleciał ostatni transport ułomnych, niedoskonałych istot, a zaraz za nim – flota bombowców.

Tutaj stał też ze staromodnym rewolwerem przyłożonym do skroni i próbował znaleźć jeden dobry powód do życia.

Teraz wyjął inną, bardziej praktyczną broń i wkroczył do komnaty.

W kolorowych zwierciadłach odbijały się trzy typy ludzi. Pierwszy: on sam ze spluwą w dłoni. Drugi: podrygujący trup z wyciętym na twarzy uśmiechem. Trzeci: nieruchomy trup ze szczerym uśmiechem.

Puls Aleksa przyspieszył na kilka uderzeń serca; potem mężczyzna opanował ciało i umysł. To nie byli prawdziwi ludzie – w końcu kto ośmieliłby się zabić pełnoprawnych obywateli? Kostrzyk miał przed sobą dwa wygrzebane ze starych magazynów klony. Używano ich do przeszczepów, nim jeszcze upowszechniła się metoda niezależnej hodowli organów i tkanek. Mogły to być też muzealne eksponaty: zahibernowani ludzie, którzy żyli jeszcze przed Oczyszczeniem.

Nie, poprawił się w myślach Aleksander. To nie byli ludzie. My ostatecznie jesteśmy ludźmi.

– Aleks? – Głos Zuzanny odbił się od gładkich, lustrzanych ścian.

Wiedział, kto podrzucił te zwłoki. Rozumiał aluzję.

Oni są tak prości, pomyślał. Aż dziwne, że nie polegli na Testach. Banda idiotów, na których nie ma żadnego dowodu, bo nie zrobili jeszcze nic nielegalnego. Od wieków nie popełniono żadnej zbrodni. Może o to im chodzi? Może chcą kogoś dręczyć i wcale im nie zależy, żebym spełnił ich żądania?

Wrócił do kobiety. Uśmiechnęła się, wyczuwając jego obecność.

– Już?

Mógł ściągnąć z jej złotobrązowych oczu chustkę i pokazać swój zakątek. Miejsce wyciszenia. Miejsce usprawiedliwienia. (Winę ponosi albo cały świat w wieczności – jeśli wszystko jest powiązane; albo jego drobna cząstka w najkrótszej jednostce czasu). Miejsce sedna sprawy. Wytłumaczyłby Zuzannie: podrygujący dzięki impulsom elektrycznym trup symbolizuje żywych, z fałszywym szczęściem; natomiast ten nieruchomy oznacza martwych – szczerze zadowolonych. Potem opowiedziałby o wszystkich swoich wcieleniach. Nie pamiętam szczegółów, kochanie, ale jeśli musisz wiedzieć, znajdę je na starych dyskach.

Może by zrozumiała. On wyrzuciłby trupy, ustawiłby ją pośrodku komnaty, gdzie krzyżują się wszystkie odbicia. To najpiękniejsze, co mogę ci dać. My w różnych postaciach, w różnych kształtach, w różnych kolorach. W końcu nie sposób uniknąć zmian.

A może skrzywiłaby się z obrzydzeniem. I dołączyłaby do…

Odsłonił jej oczy i popatrzył w nie, zadając sobie jedno pytanie.

 

*

 

Pustynne powietrze paliło nowe płuca Aleksa, kiedy sunęli katamaranem po grzbietach wydm. Zuzanna trzymała się blisko mężczyzny, który jedną ręką sterował, a drugą trymował żagle. Chmura żółtego pyłu przed dziobami zwiastowała mocny szkwał. Chwilę później w twarze pary uderzył gorący podmuch; ziarenka piasku odbijały się od gogli i płóciennych masek zasłaniających usta oraz nos. Katamaran przechylił się: płoza, na której balastowali, mknęła nad wydmą; druga cięła pustynię, zostawiając za sobą pojedynczy ślad. Zuzanna krzyknęła. Wiatr zagłuszył jej słowa.

Aleksander uśmiechnął się pod maską. Pociągnął za szoty i wyostrzył, by piaskolot sunął bardziej pod wiatr – w stronę wyrastających z pustyni wieżowców. Dwa razy zmienił hals, nim dotarł do celu. Niegdyś majestatyczne drapacze chmur stały się tylko ruiną, portem dla złaknionych przygód i wyzwań. Budynki osłaniały od wiatru, więc katamaran zwolnił, a sternik doprowadził go siłą inercji pod okna czwartego lub piątego piętra.

Zuzanna odetchnęła z ulgą i zeskoczyła na piasek.

– Gdzie nauczyłeś się tak żeglować?

Aleks ściągnął maskę i gogle. Pozostał po nich czysty ślad; resztę twarzy pokrywał pustynny kurz.

– Tutaj. – Mężczyzna wykonał nieokreślony gest ręką. – Plus minus tutaj.

– W mieście? – zaśmiała się Zuzanna, także odsłaniając swoją twarz: wąski, drobny nosek, cienkie usteczka i zielone, duże oczy. Zdjęła kask i rozpuściła czarne, sięgające do pasa włosy.

– Nie. Jakieś sto kilometrów stąd. No, ale podziwiaj: tu kiedyś znajdował się Wrocław, miasto, w którym studiowałem.

– Wciąż dziwnie się czuję, jak pomyślę, że pamiętasz czasy, gdy istniały państwa, a ludzie mówili różnymi językami.

Aleks zaśmiał się, wziął plecak z bakisty i wyciągnął rękę w stronę ukochanej.

– Chodź. To jeszcze nie wszystko.

– Nie wszystko? Kiedy skończą ci się pomysły na randki?

Prychnął.

– Jak dla mnie, to nasza randka zaczęła się w tamtą noc na pokładzie „Erosa” i wciąż trwa.

– Coś jak noc, która nigdy się nie kończy?

– Nie. Raczej jak słońce, które nigdy nie zachodzi. Ty jesteś takim moim słońcem, więc muszę cię rozpieszczać.

– Zobaczymy, co powiesz za dwieście lat.

Weszli przez okno do wieżowca. Wnętrze wyżarte przez czas i żywioły. Ostały się jedynie ściany. Winda nie działała.

– Przetestujemy moje nowe płuca. – Aleks wziął Zuzannę na ręce i ruszył w stronę schodów.

Na dach dotarł z lekką zadyszką. Zbliżyli się do krawędzi wieżowca. Słońce zachodziło nad pomarańczowymi, coraz ciemniejszymi wydmami. Nad dawną ojczyzną Aleksa. Polska, pomyślał. Zobaczymy, co powiesz za dwieście lat. Za dwa tysiące lat. I później. Co jeszcze będziesz mieć do powiedzenia?

 Urządzili piknik na dachu, a kiedy słońce zaszło – kochali się. Potem leżeli nadzy, wpatrując się w gwiazdy. Zuzanna zapytała, czy wyglądają tak samo, jak w młodości Aleksa. Udał oburzenie, przecież wciąż jest młody. Ona ponowiła pytanie, na poważnie. Przyznał, że nie pamięta. Leżeli ramię przy ramieniu, delektując się stygnącym powietrzem. Potem mężczyzna wyciągnął śpiwór, wsunęli się weń i zasnęli objęci.

Dwa rytmiczne oddechy.

Aleksowi śniło się, że jest bohaterem jakiejś zapomnianej bajki. Krąży bez celu po pustyni i znajduje metalowy, zabrudzony przedmiot. Próbuje go oczyścić. Pojawia się duch. Uwolniłeś mnie, mówi, więc spełnię jedno twoje życzenie. Chcę kochać Zuzannę przez całe życie, odpowiada mężczyzna. Okej, mówi duch, już, załatwione. I znika. Aleks zostaje sam. Kocha Zuzannę, błąkając się po pustyni.

 

*

 

Fale rozbijały się o brzeg. Oprócz szumu słychać było coś jeszcze. Inny, nie pasujący dźwięk, który obudził Aleksa. 

Mężczyzna leżał chwilę, obserwując śpiącą, piegowatą Zuzannę. Zadał sobie pytanie: czy te wszystkie wielkie czyny, których dokonał, były potrzebne? Czy nie wystarczyłoby tylko wsłuchać się w oddech drugiej osoby, żyć według rytmu jej serca, nabierać w płuca jej zapachu, kołysać się na falach jej myśli?

Morskie fale i coś jeszcze. Aleksander skoncentrował się i wyłowił z szumu dziwny dźwięk. Stukanie. Regularne stukanie. Tak, są też złe rytmy, pomyślał Kostrzyk, zwlekając się z łóżka. Złe rytmy. Serca niektórych osób źle biją. Pompują toksyczną krew. Tak jest i nie sposób tego uzasadnić. W takich sytuacjach nawet przeszczep nie pomoże.

Ubrał się w szlafrok i wyszedł z chaty na plażę. Stukanie stało się wyraźniejsze. Raz. Raz. Raz. Chodź. Tu. Ty. Zły.

Zastanowił się, czy nie wrócić do środka po broń. Ostatecznie wziął siekierę z nieukończonej dłubanki. Ruszył w kierunku źródła dźwięku. Po chwili spomiędzy palm wyłoniła się postać. Pod pachą trzymała pojemnik, w którego ściankę uderzała laską zdobioną w złocone liście.

– Dobry wieczór – powiedziała postać, wchodząc w księżycową poświatę. Brzydki mężczyzna, ze złamanym nosem, podbitym okiem, rozkwaszoną wargą i blizną biegnącą przez policzek. Tłuste, czarne włosy. Przepocony podkoszulek, spodnie hawajskie, japonki. – Panie Aleksandrze. Czy jak powinienem tytułować? Profesorze Karski? Ministrze Dlythe? Doktorze Krüger? Panie Stelejew? Jak lepiej?

Aleksander przeszedł do rzeczy:

– Żądacie ode mnie niewyobrażalnej zbrodni.

– Zbrodni? A nie było zbrodnią wyeliminować całą zbrodnię? Wyeliminować słabość?

– To ewolucja – jęknął. – I to było dawno. Byłem kimś innym. Teraz jestem stary, zmęczony.

– A na młode panienki ma pan siłę?

Czerwone oczy Aleksandra na moment się rozszerzyły. Brzydki mężczyzna roześmiał się, po czym nagle spoważniał.

– Przyniosłem coś dla pana. – Uderzył laską w pojemnik.

– Mam dość waszych „prezentów”.

– Pamięta pan Scarlett, która ostatnio pana odwiedziła?

– Nie.

– Nie mógł pan jej zapomnieć. Niziutka, drobniutka, śliczniutka.

– Faktycznie, chyba kojarzę. Szkoda, że jej prośba nie była taka malutka, jak ona. I co – Aleks wskazał siekierą na metalowy pojemnik trzymany przez intruza – tam ją pan ścieśnił? Nie, nie chcę patrzyć.

Zamknął oczy, ale brzydal i tak otworzył. Podsunął pojemnik pod nos Kostrzyka.

– Niech pan powącha.

– Wystarczy – warknął Aleks, cofając się gwałtownie i tłumiąc odruch wymiotny.

Intruz zamknął pojemnik.

– Po tylu latach pan nie zapomniał. Widocznie zapach gnijących zwłok utkwił w pana pamięci. Nasza Scarlett nie była klonem, wie pan? To była obywatelka. Jako pierwsza miała dość. Została naszą męczennicą. Poświęciła się, by pana przekonać.

– Przekonała mnie jedynie, że byłem niedokładny. Zostało jeszcze trochę ścierwa wśród ludzi, by się go pozbyć.

– I co dalej, panie Kostrzyk?

– Życie – odparł Aleks. – Świetlana przyszłość. 

– Przed chwilą powąchał pan jedyną przyszłość. – Brzydal położył metalowy pojemnik na piasku. – Zostawiam panu głowę Scarlett. Nie potrafiła zrozumieć, jak taki człowiek, jak pan, mógł dopuścić się takich zbrodni.

– Gdyby Bóg istniał, jego też byś uważał za zbrodniarza?

Intruz zignorował uwagę.

– Scarlett – powtórzył – nie potrafiła zrozumieć. Zrozumieć, że pan to zrobił. Widziała, jak pan patrzy na swoją ukochaną. To nie może być ten sam człowiek, twierdziła. Ale niestety. Nigdy się pan nie dziwił, że jeden człowiek może mieć taki wpływ na wszystko?

Winę ponosi albo cały świat w wieczności – jeśli wszystko jest powiązane; albo jego drobna cząstka w najkrótszej jednostce czasu, pomyślał Aleks. Na głos powiedział tylko:

– Nie możecie po prostu rozpętać wojny? Nikt nie jest na nią gotowy. A wyjdzie na to samo.

– Nie. Chcemy umrzeć z godnością. Chcemy umrzeć naturalnie.

A ja, pomyślał Aleksander, chcę kochać Zuzannę przez całe życie.

Został sam na plaży. Pod jego stopami leżał pojemnik z głową jakiejś Scarlett. Fale rozbijały się o brzeg.

 

Czerń

 

– Panie Różyński?

Aleksander nie zareagował. 

– Przeszczep się nie przyjął – oznajmił sekretarz, nic nie znaczący brunet, skrywający alergiczną wysypkę pod warstwą pudru.

Możesz sobie brać leki, ale i tak pójdziesz do odstrzału.

– Panie Różyński?

Różyński, Różyński, Różyński. Panie, panie, panie. Władco. Królu. Boże.

– Słyszę cię, Nowitz.

– Pańska siostra… – podjął niepewnie sekretarz. – Pańska siostra jest podłączona do respiratora. Tylko dzięki niemu żyje.  

– Rozumiem, co to znaczy, że przeszczep się nie przyjął – wycedził chłodno Aleks. – Ona nie żyje. Ciało żyje, ale nie ona. Odłączcie ją.

– Panie Różyński…?

Aleksander popatrzył na mężczyznę. Tamten się wzdrygnął. Dyrektor korporacji ReMed odwrócił wzrok i spojrzał na miasto. Za oknem szare wieżowce, niczym wielkie, pleśniejące ule. Kolorowe reklamy – wabik dla bezrozumnych pszczół-robotnic. Pomiędzy tym wszystkim krążące, bzyczące aeromobile.

Nowitz chrząknął.

Aleks popatrzył na niego i utwierdził się w przekonaniu, że już czas. Zmiana postaci: twarzy, sylwetki, zachowania, nazwiska, tożsamości. A potem pozostałe rewolucje.

Rewolucje w innej skali.

– Odłączcie ją.

– Może jeszcze poczekamy…

– Czekaliśmy w innych przypadkach – warknął dyrektor, tracąc nagle cierpliwość. – Jednym da się wymienić narządy i tkanki, a potem przywrócić ich do normalnego życia. Inni są po prostu warzywami. Nie wiemy, z czego to wynika, ale tak po prostu jest. Powinieneś o tym wiedzieć. Odłączcie ją. I tak powinna już nie żyć.

W myślach dodał: wiele osób powinno nie żyć.

Sekretarz wyszedł.

Aleks wiedział, że czas udać się do Novelica, tego chorwackiego geniusza chirurgii morfotycznej. Różyński wystarczająco namieszał. A do nieśmiertelności jeszcze długa droga.

Łyknął tabletkę, by stłumić łzy.

 

*

 

Od kiedy zaczęło się Oczyszczenie, Aleksander pozostawał pod wpływem leków wspomagających.

Wyostrzonymi zmysłami obserwował poczynania przewodnika, który otwierał identyfikatorem kolejne przejścia i kluczył ciemnymi korytarzami. Choć nie można było zobaczyć oznaczeń na jego kodzie genetycznym, Aleks wiedział, że ma przed sobą prawowitego obywatela. W przeciwnym razie przewodnik znalazłby się na pokładzie jednego z transporterów zmierzających ku Ziemi IX.

Albo tkwiłby w magazynie na końcu korytarza.

– Pan profesor jeszcze nie widział naszych, hm, zapasów?

Aleks potrząsnął głową. Każde słowo mogło stanowić zagrożenie.

– Ale na filmach…? – dopytywał przewodnik.

– Na filmach widziałem.

– Jasna sprawa. To jeden z pana pomysłów.

– To akurat wymyślił mój kolega – sprostował Aleks, po czym zacisnął usta. Milcz, głupcze. Pamiętaj o skutkach ubocznych tego chemicznego syfu, który łykałeś. Przy takiej dawce…

…do domu, prosi mama przez telefon. Już późno, ciemno się robi. Aleks burczy coś do słuchawki. Rozłącza się. Dziewczyna patrzy pytająco. Siedzą nad jeziorem. Pierzaste chmury odbijają pomarańczowe światło zachodzącego słońca. Chciałbym tu zostać, mówi Aleks.

Aleks, mały Aleks, Oluś.

– Profesorze?

Aleksander wrócił do rzeczywistości.

Weszli do śluzy, w której ubrali się w hermetyczne skafandry. Potem przewodnik otworzył drzwi do magazynu.

Nagie ciała wisiały w równych rzędach niczym nieprzerobione mięso w rzeźni. Było ich około kilkaset. Dalej znajdowały się dziesiątki tysięcy pustych haków, czekających na niedoskonałych ludzi. Na zapasowych ludzi. Przymusowych dawców.

– Wciąż ich przybywa – poinformował przewodnik przez interkom w skafandrze. – Wystarczy, że mają odpowiedni wynik z Testów. 

Aleks przeszedł się wzdłuż rzędu ciał, a potem wskazał jedno z nich.

– Potrzebuję tego.

– Całego? – zdziwił się przewodnik. – Przecież najpierw trzeba zakończyć Oczyszczenie i…

– Potrzebuję go. – Profesor Karski szturchnął czarnowłosego mężczyznę, który wisiał na haku, zimny, nieruchomy. – W dodatku muszę pana prosić o nieinformowanie o tym w raporcie. Wie pan, kim jestem.

– Cel numer trzy – mruknął tamten. – Tak piszą w internecie.

– Interesuje się pan buntownikami?

– Mój wnuk jest jednym z nich. – Przewodnik spuścił wzrok.

– Przykro mi.

Aleks pomyślał o Julii, swojej poświęconej córce, pierworodnej, która nie zdała Testów. Jej głupia matka, nosicielka brudnych, słabych genów, protestowała. Krzyczała cały czas, gdy wprowadzano ją na transporter i wysyłano na Ziemię IX. Ty skurwysynu! Ty pierdolony pojebie! Gdyby nie leki, Aleks by się załamał. Wszystko było jednak wyliczone. Potrzebował oficjalnej, nagłośnionej w mediach śmierci własnej córki. Potrzebował dziesiątek kamer filmujących Julię, która przestaje się szamotać, opada bez sił, a życie z niej wycieka. Ostatni bełkot uchwycony przez mikrofony. Bezkrwawe, chemiczne ukrzyżowanie.

Leki przywoływały jeszcze inne wspomnienia. Aleksander je odpędzał.

– Potrzebuję jednego ciała – powtórzył. – A jednocześnie pańskiej dyskrecji. Skoro zdał pan Testy, nie wątpi pan w słuszność naszych działań?

– Wie pan, profesorze, jak nas nazywają? – Tamten uniósł głowę; w jego oczach płonął gniew. – Do czego porównują?

– To naturalne, że przegrani oskarżają i obwiniają wygranych. – Aleksander uśmiechnął się. – Ale takie są prawa świata. Zasady równowagi. Nigdy nie wygra słabsza siła.

Dzięki lekom bez trudu zdjął czarnowłosego mężczyznę z haka i przewiesił sobie przez ramię.

– Macie na nich jakieś pojemniki?

 

*

 

„Romeo” płynął przez szare morze, zostawiając w tyle dymiące platformy wiertnicze. Aleks stał za sterem i wdychał mieszaninę toksycznego smrodu i jodowego zapachu – znaku, że wielki żywioł wciąż się broni. Wiele jednak wskazywało na to, że Ziemia – planetka matka, Ziemia bez numeru, Ziemia właściwa – jeszcze przez wieki pozostanie zanieczyszczona. Wielkie nadzieje pokładano w pozostałych dziewięciu planetach (właściwie już tylko ośmiu). Na każdej z nich mieszkało zaledwie kilkaset milionów ludzi.

Aleksander winszował sobie i towarzyszom rozsądnego posunięcia. Początkowo transportowce, którymi właśnie wysyła się miliony ludzi na Ziemię IX, miały służyć jako flota kolonizacyjna. Gdyby pozwolić na przeludnienie i zniszczenie reszty światów… Gdzie mieliby się potem podziać godni, nieśmiertelni ludzie?

Lepiej zapobiegać niż leczyć. Tym właśnie było Oczyszczenie – chłodną i okrutną premedytacją.

Na horyzoncie pojawił się ląd. Szary świat powoli się rozjaśniał; gdzieś za gęstymi chmurami wschodziło słońce. Wiatr przechylał „Romea” na prawą burtę. Fale rozbijały się na dziobie. To proste wyzwanie – okiełznanie żywiołu wody i powietrza – było dla Aleksa obietnicą pięknych, czekających na niego doświadczeń. Tyle do przeżycia.

Ląd rósł w oczach. Na horyzoncie tylko parę kopcących tankowców. Dymy platform wiertniczych. Aleks zaprogramował kurs i zszedł pod pokład. Ciało sobowtóra – sobowtóra profesora Karskiego – podczas jakiegoś mocniejszego przechyłu zsunęło się z koi. Leżało teraz bezwładnie na podłodze. Mężczyzna sprawdził sfałszowany dziennik pokładowy. Zerknął, czy plecak jest na miejscu. Potem stanął przed lustrem.

Spomiędzy bandaży patrzyły brązowe oczy.

Sięgnął po nożyczki i rozciął opatrunek, który spadł do małej umywalki. „Romeo” kołysał się. Aleksander patrzył na mężczyznę o skandynawskim typie urody i zastanawiał się, jakie nazwisko przybierze.

Chciał być nikim. Na parę lat, na czas bombardowania, które wkrótce odbędzie się na Ziemi IX, Aleks chciał stać się nic nie znaczącym robakiem. Zwykłym człowiekiem, który ledwo zdał Testy. Nikim szczególnym.

Odpocząć. Wypłakać się. Odpocząć.

A potem? Potem będzie jeszcze trochę do zrobienia.

Wrócił na pokład i doprowadził jacht do szkierowego wybrzeża. Przycumował „Romea” do ciemnej skały. Nawet tutaj byli jacyś ludzie. „Ich liebe dich”, przeczytał. „Ik hou van jou”. I co przyszło z waszego romansu, Szwabie i Holenderko? Może to wasze dziecko, wnuka, prawnuka złożę dzisiaj w ofierze Bałtykowi?

Głupi napis na skale rozwścieczył go. Aleksander polał „Romea” benzyną, zaprogramował komputer pokładowy, po czym wziął plecak i wyskoczył na brzeg. Zapałka. Minimalistycznie. Niech profesor Karski odejdzie w zapomnienie; ślepy zbrodniarz, jak to pisali w internecie. Faszysta. Nazista. Rasista. Komunista. Głupiec. Psychopata. Szaleniec. Fałszywy prorok.

Wypchnął podpalony jacht w stronę otwartego morza. Komputer sterował, a płomienie ogarniały pokład. Powoli. Skrupulatnie. Zaraz zajmą się żagle. Niech ci niedorozwinięci buntownicy znajdą wrak i ciało sobowtóra. Niech sądzą, że profesor Karski umarł.

Jemu wystarczy, że Aleks żyje.

Po chwili jacht został tylko pomarańczowym, dymiącym punkcikiem na tle szarego morza. 

 

*

 

Trzy wzniesione butelki błyszczały w świetle starego, ciemnozielonego neonu.

– Za koniec Oczyszczenia – powiedział Edward.

– Za ostatnią egzekucję – powiedział Robert.

– Za pomyślną wieczność – powiedział Aleksander.

Po chwili leżeli pijani w rynsztoku pod starym burdelem. Czerwony napis „AMOR” jakimś cudem jeszcze świecił, jakby czekał tutaj na przybycie trzech mężczyzn – turystów zwiedzających opustoszałe, zostawione na pastwę maszyn miasto. Zaczęło padać; ulice spłynęły brudem. Niektóre starożytne odpadki zatrzymywały się na ciałach Aleksa i jego towarzyszy.

– Zajebiście – mruknął w pewnym momencie Edward. – No nie?

Robert przysnął. Aleksander, chwilowo występujący pod nazwiskiem don Vito, poczuł się zobowiązany do odpowiedzi.

– Ma się rozumieć, że zajebiście.

– No – podjął Edward – nie wiem, jak tobie, ale mnie się naprawdę zrobiło lżej na sercu.

– Mnie też.

– Niby z cudzej śmierci się nie powinno cieszyć, ale teraz w końcu jesteśmy bezpieczni.

– Ale nadal… trza… trzeba być… być ostrożnym – wybełkotał Aleks. – Wypadki chodzą po ludziach.

– No chodzą. Ale ludzie będą nam dziękować za to, że mają czyste, przestronne światy. Popatrz na to miejsce… – Zatoczył ręką, wskazując sięgające nieba wieżowce. – To musiało być jak klatka. Gdzie wolność w takim ścisku? W takim syfie? Patrz, jaką formę przybrała tu miłość. – Wycelował palcem w czerwony napis. 

Aleks skoncentrował wzrok. „AMOR”.

– To burdel – stwierdził.

Edward zwinął się ze śmiechu, pozwalając przepłynąć mętnej wodzie.

– No co ty?! – wykrztusił z siebie.

Robert obudził się, otarł krople deszczu z twarzy i znowu zasnął.

– Spieprzaj, Ned – burknął Aleks. – Narąbałem się. 

Edward uspokoił się, po czym oznajmił:

– Mówię ci, stary. Będą nam dziękować.

– O ile wszystkiego nie spierdolą…

– Nie bądź pesymistą. Dawaj, napijmy się jeszcze. Za ludzkość!

– Za opuszczone burdele.

Dwie butelki wzniosły się w chwiejnym toaście ku chwale nowej, stabilnej przyszłości. Czerwony napis odbijał się w wodzie, która obmywała brudne ulice. 

 

Czerwień

 

Kilkanaście wiśniowych włosów na poduszce.

A przed rezydencją zamieszanie: warkot silników, tupot stóp, nawoływania ekip telewizyjnych.

List, pomyślał Aleks, rozrzucając rzeczy po całej sypialni. Musiała zostawić list. Pożegnanie, wytłumaczenie, cokolwiek. Powód. Wskazówkę. Coś, nad czym będzie można rozpaczać przez następne stulecia.

Dookoła budynku krążyli reporterzy, nieśmiertelne sępy. Zaglądali przez okna, łomotali do drzwi, próbowali wspiąć się na balkon. Spragnieni. Wygłodniali. Wiecznie nienasyceni. Sprowadzono ich z dziewięciu planet, by wszystkim dać takie same szanse. Niech jednocześnie rzucą się na swoją padlinę, najsmakowitszy kąsek od lat.

…geniusz, odkrywca, reformator…

Aleksander gniewnie zrzucił wiśniowe włosy na podłogę. Zuzanna nie zostawiła nic. Tylko ten jednoznaczny znak: brała leki przedoperacyjne. Zamierzała odejść bez słowa i przybrać całkowicie inną postać, pod którą Aleks nigdy jej nie rozpozna. Chirurdzy dadzą jej nową twarz, nową skórę, nowy głos; zbezczeszczą ją obcym materiałem genetycznym, który naruszy idealną osobowość…

Głupie pasożyty pod drzwiami.

Żałował, że nie wyznał jej wszystkiego. Teraz nawet nie wiedział, czy Zuzanna rzuciła go z powodu jego wieloosobowej przeszłości. Kilkanaście różnych ciał, kilkanaście różnych nazwisk, kilkanaście różnych tożsamości – a wszystkie kierowane przez jedną duszę. Może to przez nie tak okrutnie go opuściła?

Mężczyzna wiedział za to, kto nasłał na niego dziennikarzy. Czuł się zażenowany. 

Postać Kostrzyka istniała przez wiele lat; Aleks mógł nawet żyć pod swoim prawdziwym imieniem. Teraz, przez bandę nieprzystosowanych szaleńców, ludzkość przypisze to głupie nazwisko do szeregu innych, które trwale wpisały się w historię.

…zbrodniarz, zbrodniarz, zbrodniarz…

Winę ponosi albo cały świat w wieczności – jeśli wszystko jest powiązane; albo jego drobna cząstka w najkrótszej jednostce czasu. Czas pożegnać się z Kostrzykiem, zblazowanym półbogiem, dumnym i naiwnym głupcem, który wierzył w przetrwanie miłości. 

Zebrał kilka wiśniowych włosów z podłogi. Powąchał je. Czuł tylko mydlany zapach własnych dłoni. Czystych, sterylnych dłoni. To nie te dłonie przyczyniły się do rzezi. Te dłonie czyniły dobro. Gładziły delikatną skórę Zuzanny. Co więcej może osiągnąć człowiek oprócz chwili obcowania z najczystszym pięknem?

…mesjasz, fałszywy mesjasz…

Czas na spektakularny koniec Aleksandra Kostrzyka. Ścisnął włosy i wyszedł na zewnątrz, prosto w szpony znudzonych staruchów w dwudziestoletnich ciałach.

Kto będzie następny? – zadał sobie pytanie, unosząc pięść do ciosu.

…szaleniec, ślepy szaleniec…

 

*

 

Tysiąc lat samotności. Co można robić przez ten czas?

Aleks zwinął się w kłębek. Niezdolny do kolejnego samogwałtu. Przeszyty spazmem bólu, na który próbował już niezliczonych leków. Godniejszy od robaka człowiek, który nie znalazł ziemi wystarczająco głębokiej, by się pod nią zapaść. Przemierzył światy…

…w każdej twarzy wypatruje. Idąc na międzyplanetarny statek – wypatruje. Słuchając o wciąż jałowych badaniach ludzkiego umysłu – wypatruje. Na każdym przyjęciu. Na każdej wyprawie. Na każdym kroku. Wypatruje. Jego oczy psują się i zostają wymieniane, ale on nie przestaje szukać.

Kolejny spazm wstrząsnął Aleksem. Na zewnątrz szalała burza piaskowa. Ziemia pukała w okna domu, jakby chciała nakryć mężczyznę, niczym troskliwa matka, ciepłą kołderką grubości sześciu stóp. Aleks czuł się jak sierota, próbował każdej metody: szukania i zapominania…

…era nihilizmu! – wrzeszczy ktoś. Chwilę później biały obrus zalewają fale szampana. Potłuczone kieliszki trzeszczą pod stopami, gdy naćpany, pijany Aleks staje naprzeciwko drugiego mężczyzny. Marynarki precz. Krawaty precz. Guziki precz. Starcie dwóch herosów o ciałach-puzzlach. Wybite zęby trafiają do sałatki z pałeczkami krabowymi. Krew barwi biały sos waniliowo-miętowy. Kawałek odgryzionego ucha ląduje w daiquiri jakiejś piszczącej, cycatej babki. Aleks wygrywa. Uderza głową przeciwnika o stół. Srebrne sztućce i chińska porcelana podskakują w rytmie marsza. Kawałeczki potłuczonego szkła wbijają się w skroń przegranego, dopóki kilku innych naćpanych jegomości nie odciąga oszalałego Aleksa, który krzyczy: ty zjebany…! ty pierdolony…!

Przekleństwa w żadnym języku – nie pomogły. Tak samo, jak modlitwy. Ani słowa. Choć próbował.

…ośmiokątna komnata i kolorowe, groteskowe odbicia. Postać w jaskini samotna pomimo swoich wielu kształtów. Cała różnorodność poszła…

…w Syberyjskim lesie spokój. Czterdzieści stopni poniżej zera. Każda kropla krwi, która zamarza, równie szybko topnieje. Łzy nie płyną. Aleks jest wyprany z emocji, czysty, jak niezapisana kartka papieru. Miesiącami żyje na łonie natury, a potem ma dość.

…fałszywą tożsamością zakłada biznes, dzięki któremu ma pieniądze na poszukiwania. Pisze książki. Kręci filmy. Nagrywa albumy. Niech Zuzanna wie, że jej szuka. Jeśli pamięta, zorientuje się. Przejrzy przez jego zmienioną twarz, którą musiał operować dla świętego spokoju.

…ukochana milczy. Aleksander znajduje buntowników, którzy tamtego dnia wysłali dziennikarzy. Infiltruje ich, dopóki jakimś cudem go nie rozpoznają.

…ochotę, by ich zabić. Brakuje mu sił i motywacji. A w gruncie rzeczy jego egzystencja nie różni się od innych. Nieustannie podróżuje. Próbuje nowych rzeczy. Stawia sobie wyzwania. Inni są dzięki temu szczęśliwi, on nie. Rozważa propozycję, którą zamęczają go dręczyciele.

W swoim codziennym rytuale rozpaczy wrócił do punktu wyjścia. Tak wiele razy przemyślał swoją sytuację, że teraz wystarczało kilka minut, by wszystko odtworzyć. Wciąż nie potrafił się uodpornić.

 Gwałtownie usiadł na łóżku. Może i minęło tysiąc lat. Ale przełom zawsze następuje nagle. Tak samo jak wśród miliardów ludzi dopiero po długim czasie pojawił się Aleksander – człowiek zdolny do zmiany całego świata. Niczym motyl ustawiający się kolejno w kilkunastu miejscach Ziemi, by w każdym z nich zatrzepotać skrzydłami, a tym samym wywołać lawinę wydarzeń prowadzącą do huraganu. Odpowiednia liczba takich zapoczątkowanych małym ruchem katastrof – i wszystko jest inne.

A w drugą stronę musi to wyglądać tak samo. To była jedyna rzecz, której Aleks nie próbował: przywrócenie starego porządku.

Tej nocy coś ostatecznie pękło. Zwlókł się z łóżka – blady, kościotrup o owadzich ruchach. Pomimo burzy piaskowej w domu był zasięg. Znalezienie odpowiedniego kontaktu zajęło dłuższą chwilę. Zadzwonił. Czekał parę minut. W końcu wyświetliła się twarz Murzyna z fosforyzującymi tatuażami na policzkach. 

– Wiecie, kim jestem? – zapytał Aleksander. – Pewnie, że wiecie. Chcę to zrobić. Zgadzam się.

Murzyn patrzył chwilę. Aleks nie kojarzył jego twarzy, ale w każdej osobie jest coś niematerialnego, czego naukowcy nie potrafią wychwycić – po tym właśnie zamierzał rozpoznać Zuzannę. Miał wrażenie, że nie pierwszy raz rozmawia z tym człowiekiem.

– Od teraz?

– Tak. To i tak trochę potrwa.

– Proszę zostać u siebie – powiedział Murzyn ze świecącymi tatuażami. – Przylecimy do pana.

 

*

 

…nie zagląda się w zęby, mówi ojciec, po czym bije Aleksa w twarz. Siniak zostaje na dwa tygodnie, prosta mądrość na dwa tysiące lat.

Mężczyzna przypomniał sobie o tym, gdy Zuzanna zadzwoniła do drzwi. Była taka jak podczas pierwszego spotkania: opalona, słoneczna nimfa o złotobrązowych włosach i złotobrązowych oczach. Niepewny uśmiech. Zakurzony kombinezon. Kask pod pachą.

Krótka piłka:

– Zaryzykujesz?

Skinął głową.

– Masz drugi kask?

– Leży na siedzeniu. – Wskazała na poduszkowiec stojący na piaszczystym podwórku.

– To idziemy.

– Nic nie zabierasz?

Bez słowa wskoczył do wehikułu, którym przybyła Zuzanna. Kobieta usiadła na siedzeniu pilota. Aleks zawahał się.

– Ty… Nie jesteś od nich, prawda?

Jej uśmiech był obietnicą wynagrodzenia – tak samo, jak zapach czereśni zapowiada słodki smak. Wzbijając kłęby pustynnego kurzu, zostawili za sobą pustelnię Aleksa. Mężczyznę dusiło w gardle, czuł się jak nastolatek. W końcu, przekrzykując ryk silnika, wyrzucił z siebie:

– Gdzie się podziewałaś przez te wszystkie lata?!

 

*

 

Miłość jest cierpliwa, ale Aleks wytrzymał tylko dwanaście lat. Potem powiedział Zuzannie, czego pragnie.

Stali w ciemnym, wilgotnym wnętrzu katedry gotyckiej. Przez witraże wlewało się nikłe, różnobarwne światło. Wizerunki prehistorycznych postaci. Zapomniane symbole. Wskazówki do zbawienia. Aleks przez kilka sekund zastanawiał się, jak chrześcijańskie korzenie jego rodziny wpłynęły na to wszystko. W jak dużym stopniu był marionetką, której sznurki pociąga przeszłość, ciężka, tłusta, brzydka przeszłość?

– Przecież… – zaczęła Zuzanna. Nie umiała dokończyć.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Nic na to nie poradzę – powiedział.

– Ale… ale to niemożliwe – wydusiła z siebie Zuzanna. Miała różnobarwne oczy: jedno czerwone, drugie zielone. W uszach, nosie i ustach kolczyki. Wygolone brwi, mocno podkreślone rzęsy. Pomarańczowe, krótkie włosy. – Kocham cię, Aleks, w tej chwili bardzo mocno. Ale uczucia to nie idee. Uczucia się wyczerpują.

Znów wzruszył ramionami.

– Nic na to nie poradzę – powtórzył.

– Ufam ci i wierzę, ale dla mnie to niewyobrażalne, żebyś przez tak długi czas zawracał sobie głowę mną. Kiedy w ogóle wpadłeś na ten pomysł?

– Chyba po którymś przeszczepie płuc.

– A wymieniałeś je od tego czasu? Nie, dobra, głupie pytanie. Jasne, że wymieniałeś. Cały się musiałeś wymienić: od stóp do głów. Zresztą, Aleks. Wygląd to nic, ale porównaj sobie nasze charaktery. Zachowujemy się inaczej niż poprzednim razem. Wtedy… – Urwała, jakby wspominanie sprawiało jej trud. – Wtedy wszystko było bardziej subtelne i romantyczne. Teraz jest bardziej…

– Młodzieżowo? Głupio? Dziko? Ostro? Gwałtownie?

– Wtedy też tak było, ale zarazem inaczej… Chyba to czujesz?

– Czuję każdą zmianę.

– Po tylu latach nie zlewa ci się to w jedną całość?

Może, pomyślał. Ale wtedy ostateczny odcień tej całości jest całkiem ładny.

– Aleks, ja nie jestem w stanie ci nic obiecać. Jestem inną osobą. To, że do ciebie przyszłam… To był po części kaprys. Rozumiesz.

– Rozumiem doskonale.

– To zajebiście. Aleks… Tym razem nie zniknę tak całkiem. Wtedy byłam…

– Młoda i głupia?

– Spadaj. Tylko proszę cię… jak będziesz uprzykrzał mi życie, będę musiała się ukryć.

Skinął spokojnie głową. Tym razem był pogodzony z taką ewentualnością. Był przygotowany.

– Nudzisz się? – zapytał.

– Nie! To znaczy… Teraz nie. Ale wiesz, jak to się może człowiekowi odmienić.

– Czyli mam czekać, aż znudzą ci się inni i znowu do mnie wrócisz na parę lat? A może tym razem na jeszcze krócej?

Zuzanna tupnęła nogą. 

– Właśnie tego chciałam uniknąć! Zrozum mnie: ja nie potrafię tak, jak ty.

– Co jak ja?

– Kochać.

– Unikasz tego słowa.

– Nieprawda. Kochać, kochać, kochać. Kocham cię. Naprawdę. Ale świat jest zbyt piękny, żeby się ograniczać.

– Dla ciebie to ograniczenie – stwierdził Aleksander, wzdychając teatralnie. – Kochać. To tylko słowo. Ale coś jest na rzeczy. Każde z nas je inaczej rozumie. Jedni lepiej…

– No ja pierdolę, zaczniesz teraz marudzić?

– Nie.

– To co?

– Nic.

– Tak, jasne, Aleks. Obraź się.

– Wiesz, że nie mogę. Kocham cię i zawsze…

– Jesteś świrem.

– …będę – dokończył. – Do usranej śmierci.

Uśmiechnął się. Zuzanna chwilę świdrowała go wściekłym spojrzeniem różnobarwnych oczu, a potem zmiękła.

– Nie mówmy teraz o tym – poprosiła.

– W porządku.

 

*

 

Kiedy Zuzanna powiedziała mu o swoich planach na resztę życia, wziął kwiat o stu płatkach i ruszył przez upadły las.

Proszę, powiedziała, zrozum mnie.

Niezależnie, kim w danym momencie była, rozumiał. Skinął głową, żałując, że powiedziała mu to z odległości miliardów kilometrów. I prawie natychmiast postanowił dać jej prezent, który będzie przypominał, umilał czas albo chociaż czymś zajmował uwagę.

Umysł zamknięty w ciasnych ścianach statku międzygwiezdnego, pomyślał Aleks. Wypuszczany na wirtualny wybieg. Doprowadzany do szaleństwa. Mężczyzna pamiętał ze swojej młodości ludzi, którzy dali się pochłonąć przyjemnościom doznawanym bez ruszania się z miejsca. Pamiętał ich ropiejące oczy, łuszczącą się skórę, ohydny oddech. Odleżyny. Krosty. Wypadające włosy i paznokcie.

Kwiat miał czarny, jednolity środek i sto płatków, które zmieniały kolory.

Upadły las składał się z grubej warstwy zeschłych, chrupiących liści i tysięcy przewróconych, roztrzaskanych drzew. Aleks kluczył między roślinnym truchłem, myśląc o pocałunku złożonym przez huragan. Przypomniał sobie wiersz własnego autorstwa. „Jeden pocałunek mógłby zmienić wszystko”.

…karmazynowym dywanem. Nie powinieneś mnie tak witać, mówi Zuzanna, rumieniąc się. Nie po tym, jak cię kolejny raz…

Jeden pocałunek, jedno uderzenie skrzydeł motyla. Jeden prosty fakt: Zuzanna, kobieta Aleksa, dziecko słońca, chce lecieć poza znaną część kosmosu. Wróci dopiero, gdy coś znajdzie. Jeśli coś znajdzie. Zawróci też, jeśli ona lub inny członek załogi statku ekspedycyjnego źle się poczuje – ale wtedy nie wytrzymają drogi powrotnej. Puszka pełna trupów będzie jedyną pamiątką, którą zachowa po nich ludzkość.

A i tak wyruszą kolejne statki. Pytanie: kto pierwszy odpuści? Głupcy z ekspedycji? Czy ludzie tkwiący na dziewięciu samotnych Ziemiach?

Istniała też inna opcja, która często zaprzątała umysł Aleksa, lecz w obliczu prawdziwego odejścia Zuzanny, zeszła na drugi plan.

Zerwał jeden ze stu płatków. Czerwony.

…zziębnięci z dworu, przed wejściem otrzepując się ze śniegu. W kominku płonie już ogień, Aleks robi kakao, a Zuzanna rozwiesza mokre rzeczy. Za oknami widać pokryte bielą piramidy i Sfinksa. Po chwili para siada na kanapie. Ogień trzaska w kominku. Dwa kubki grzeją dłonie. Aleks instynktownie obejmuje Zuzannę. Ona mówi: kupmy sobie…

Kocha.

Drugi płatek – znów czerwony – zniknął wśród pomarańczowych, zeschłych liści.

…przypadkiem na lotnisku międzyplanetarnym. Poznaje ją po uśmiechu. Zuzanna ma rude włosy, oczy zielone, kończyny chude jak patyki. Mężczyzna obok niej nic nie znaczy. Zuzanna stoi, milczy, gapi się. Facet ją odciąga. Aleks zostaje…

Nie kocha.

Trzeci płatek zmienił kolor na bordowy i już na zawsze miał taki pozostać. Mężczyzna cisnął go na ziemię; szedł dalej.

…o tobie, które napisałem, czekając na ciebie, mówi Aleks. Albinotyczne oczy Zuzanny przesuwają się po rzędach kolejnych plików tekstowych. Nie powinnam, zaczyna kobieta. On sadza ją mocno na swoim kolanie. Czuje, jakby to była pierwsza…

Kocha.

Czwarty płatek (ciemnozielony) oderwany.

…debilu! – wrzeszczy na niego. Znam kilku psychiatrów, którzy od lat nie mieli dobrego wyzwania. Idź do nich! Wraz z ostrymi słowami lecą ostre noże. Aleks wygina swoje świeżo wymienione ciało, unikając pocisków. Jeden z nich zahacza o udo. Nogawka i skóra rozcięte. Powiedz cokolwiek! – drze się Zuzanna. On tylko podnosi noże z kuchennej podłogi i podaje…

Nie kocha.

Piąty płatek. Żółty jak masło.

…wyciąga go z tłumu skaczącego pod sceną. Metalowe riffy, niski growl przeplatany z wysokim screamem. Wróciła moda na klimaty retro. Światła błyskają. Ludzie wrzeszczą, obijają się o siebie; czuć zapachy potu i rozcieńczonego piwa, które podaje się w plastikowych kubeczkach. Tamten gość jest dwa razy większy od Aleksa. Po trzech sekundach leży na ziemi. Aleks skrupulatnie wyłamuje mu palce, dopóki Zuzanna nie przekrzykuje się przez metalowy zgiełk. Wtedy odpuszcza i…

Kocha.

Szósty, pomarańczowy – ginie wśród liści.

…na wystawie. Jakiś kutas w fioletowym garniturze wyciąga pijaną Zuzannę na piętro. Aleks próbuje interweniować. Zuzanna każe mu spierdalać. Więc spierdala. Kobieta nie wraca przez kilka lat, a w tym czasie on po raz kolejny sprawdza starożytne techniki manipulowania własnym umysłem. Bawi się w okultyzm. Funduje kilka replik kościołów: chrześcijańskich i islamskich. Pisze trzy horrory, w których za każdym razem złym duchem jest personifikacja wypaczonej miłości. Kręci artystyczne, krótkometrażowe filmy. Angażuje się w parę projektów naukowych, które okazują się…

Nie kocha.

Siódmy. Błękit.

Aleks chciał przejść nad przewalonym pniem. Drewno załamało się pod jego ciężarem. Upadł. Poczuł ból w kostce, więc szybko sięgnął po parę tabletek. Siedział chwilę w liściach, wpatrując się w kwiat, którego płatki zmieniały kolory. Potem położył się i utkwił wzrok w ołowianych chmurach.

Nie patrząc na kolor kolejnego płatka, zaczął dalej skubać.

Kocha. Nie kocha. Kocha. Nie kocha. Płatki spadały szybko, jak stare liście przy mocnym podmuchu wiatru.

…z kimś innym, namawia Zuzanna. Czekaj, oponuje Aleks. Co jest ze mną nie tak?

Kocha.

…teraz nic…

Nie kocha.

Płatki lądowały dookoła. Ołowiane chmury przesuwały się po niebie. Usta Aleksa poruszyły się, wymawiając bezgłośnie słowa.

…tymi słowami Zuzanna kończy opowiadać o projekcie badawczym, w który się zaangażowała. On nie chce jej ograniczać. Wyraża tylko swoje zdanie. W duchu rozważa, czy jej nie powstrzymać siłą. Woli wszystko zaplanować z wyprzedzeniem; woli przewidzieć ewentualności. Rozważa, czy nie zmienić postaci i nie wsiąść z ukochaną na statek. Zuzanna jest znużona, choć żyje znacznie krócej od niego. Gdy przyszła na świat, nie było już nic do zrobienia. Chce polecieć i zrozumieć, co znaczy „nowy”. „Świeży”. „Ciekawy”. „Zaskakujący”. „Niewiadomy”. „Niebezpieczny”. Aleks rozumie ją: to przecież wciąż dziecko słońca, dwunastoletnia dziewczynka o złotobrązowych oczach i złotobrązowych włosach, która perfumuje manekiny.

Kilka ostatnich płatków. Mężczyzna nie odrywał wzroku od wielkich chmur. Zuzanna nic nie znajdzie, pomyślał. A jak spróbuje wrócić, oszaleje po drodze. Komputery zagwarantują jej trochę rozrywki. Będzie mogła przeżyć w swoim umyśle niejedno. Ale ciało nie da się oszukać. Ciała umierają.

Chciał zostawić jej swoje wspomnienia o nich dwojgu, ale nie umiał wybrać. Ostatecznie postanowił zostawić na dysku czystą, przekrojową prawdę. Żeby Zuzanna miała to na długie lata. Żeby pamiętała.

Ostatni płatek.

Szkarłatny jak krew. Nie zmieniał koloru, jakby z kwiatu wyciekła żywotność.

Aleks pomylił się w liczeniu. Przeklinając, odrzucił bezużyteczny chwast.  

 

*

 

Przyszli po niego w nocy. Kilkadziesiąt zwyczajnych, nudnych osób. Wyciągnęli Aleksa z łóżka i wywlekli na zewnątrz. Ciemno. Deszcz. Wiatr. Zapalili reflektory. Wszystko odbywało się w ciszy. Ustawili mężczyznę na podwórku, by patrzył. Ściskany i krępowany przez dziesiątki rąk. Wyrwany z bezpiecznego snu. Przestraszony pierwszy raz od dawna.

Od bardzo dawna.

Przed unieruchomionym Aleksem stanął olbrzym. Dwa dwadzieścia wzrostu, szerokie bary, cała skóra pokryta tatuażami. Oczy świecące w ciemnościach. Jedyny wyróżniający się osobnik z tej całej, zwyczajnej bandy.

– Kiwaj głową na tak – warknął. – Rozumiesz?

Aleksander się nie poruszył. Czekał, aż spróbują go bić. Kiedyś już uciekali się do tortur. To było całkiem zabawne.

– Mamy czas – powiedział olbrzym. – Wiemy, że rozumiesz. Wiemy, że znasz nasze żądania.

Aleks spróbował przegryźć się przez dłonie zasłaniające mu usta. Nie mógł rozewrzeć szczęk nawet na milimetr. Przewrócił wymownie oczami.

– Rozumiesz? – zapytał ponownie olbrzym. – Tyle razy już się wywijałeś. Cóż za szkoda, że twoja ukochana…

Mężczyzna szarpnął się, ale ręce utrzymały go na miejscu. Bezosobowe, wstrętne, wyrastające z ciemności dłonie.

Deszcz siekł w twarz.

– O, ożywiłeś się – zauważył tamten. – Wiesz, na nią już czeka niespodzianka.

Aleksander zaczął gorączkowo kiwać i kręcić głową.

– Nie. – Olbrzym dał znak swoim ludziom. – Nie będziesz gadał. Nie będziesz pertraktował. Robisz to albo nie. Tym razem już się nie wywiniesz. Znamy twoje numery lepiej niż ty sam. Wiesz, Aleks, my się tak za bardzo nie różnimy. Każdy z nas ma cel. Szkoda, że ludzie zapomnieli, że wszystkie cele sprowadzają się do jednego. Dlatego pytam po raz kolejny: czy zajmiesz się odwróceniem tego wszystkiego?

Aleks pokręcił głową.

Olbrzym pstryknął palcami. Pośród tłumu nudnych ludzi zawrzało. Kilku mężczyzn wciągnęło szamoczącą się kobietę w światło reflektorów. Aleksowi na moment stanęło serce. Myślał, że to Zuzanna w jakieś innej postaci.

– Będziemy ją torturować na twoich oczach – poinformował olbrzym ze świecącymi oczami. – Tak długo, jak się da. Mamy dobre parę lat. Podtrzymamy cię przy życiu.

Aleks myślał o tym wszystkim długo. Teraz gwałtownie skinął głową.

– Zgadzasz się? – Wytatuowane brwi uniosły się do góry. – Tak szybko?

Potakiwanie stawiające opór paskudnym dłoniom.

– Ustalimy warunki. Ty jesteś mózgiem i nie ruszasz się z miejsca. My robimy wszystko za ciebie. Tak się da. Możemy przybrać każdą postać.

Aleks tym razem zaprzeczył.

Olbrzym wzruszył ramionami. Pstryknął palcami. Wystrzał. Kobieta w świetle reflektorów wysunęła się z rąk mężczyzn. Pierwsze morderstwo od wieków. Czemu nie zagrozili skrzywdzeniem Zuzanny? – zadał sobie pytanie Aleks. Tylko wspomnieli o jakiejś niespodziance. Ale nic jej nie zrobią. Nie zabiją jej. Nie są głupi, w końcu przed laty zdali Testy. Teraz wybrali jedną ze swoich i złożyli ją w ofierze. Trzepot skrzydeł motyla, czas zmian, rewolucje, powrót…

Nie. Motyl już dawno uderzył skrzydłami.

Skoncentrował się i zaczął obmyślać plan.

 

*

 

Gdy Zuzanna wróciła po raz ostatni, Aleksander przyniósł z piwnicy najstarsze wino.

Trzymał je w jednej ze swoich rozsianych po światach kryjówek. Przez setki lat nie pamiętał o butelce wytrawnego trunku, tak samo, jak zapomniał o wielu innych zachowanych rzeczach. Zebrał je przy sobie dopiero wtedy, gdy wszystko zaczęło zmierzać do końca.

Cieszył się, że Zuzanna będzie przy nim.

Miała na sobie czerwony, wełniany sweter i obcisłe dżinsy. Buty zdjęła na progu; do salonu weszła boso. W jej oczach (barwy zielonego, wzburzonego morza) czaiło się wahanie. Jakie słowa mogłyby ją usprawiedliwić?

– Był… był wypadek.

– Wiem, Zuziu. – Aleks miał łagodny, spokojny głos. – I rozumiem.

Wino wraz z dwoma lampkami i korkociągiem czekały na szklanym stoliku.

– Byłam… byliśmy tak blisko – zaczęła Zuzanna, z każdym słowem nabierając pewności. – Gdybyśmy się pospieszyli, też bylibyśmy obok statku. Wybuchł jeden z silników. Dalej nie rozumiem, jak to możliwe.

Aleks rozumiał. I nikogo nie obwiniał.

– Dwoje techników. Neil i Kate. – Zuzanna urwała, przełknęła ślinę. Morskie oczy przemknęły po nowych obrazach, które wisiały na ścianach. Zatrzymały się na replice „Krzyku”. – Mieli romans, nawet nie stanowili pary. Dwa dni wcześniej… gadaliśmy przy kolacji, w tle grał zespół jazzowy. Normalny, przyjemny wieczór. Oni śmiali się z instytucji małżeństwa. Ale kiedy się na nich patrzyło… w tych ciałach, w tych postaciach byli do siebie idealnie dopasowani. Neil i Kate.

Przysiadła na kanapie naprzeciwko gospodarza. Oczy spuszczone. Rude loki opadające na twarz.

– Neil i Kate – powtórzyła. – Pierwsi zmarli w wypadku od wielu lat.

To nie był wypadek, pomyślał Aleks. W świecie tysięcy trzepoczących skrzydłami motyli nie ma niczego losowego. Przykro mi.

– Gdybyśmy się trochę pospieszyli, wybuch dosięgnąłby też nas. Ostatecznie zobaczyliśmy tylko kulę ognia, jak na starych filmach, jak na symulacjach… – Spojrzenie Zuzanny zawisło na ciemnozielonej butelce. – Wiesz, że zrezygnowałam. 

– Wiem.

– Wiedziałeś wcześniej.

– Nie. Wcześniej miałem nadzieję, że zrezygnujesz.

– Czy ty… – zaczęła.

– Czy ty jesteś pewna – przerwał jej – że chcesz o to zapytać?

Uszminkowane usta zacisnęły się.

– Nie. Przyszłam z innym pytaniem.

– Na to pytanie odpowiedź pozostaje bez zmian. Znasz mnie. Ja znam ciebie. Znam cię, niezależnie od tego, kim chwilowo jesteś. Pytanie wraca do ciebie.

Zuzanna zawahała się. Wskazała głową na butelkę i lampki.

– To ma być przypieczętowaniem?

– Myślę, że nie nadarzy się lepsza okazja do wypicia najwspanialszego wina, jakie mam. – Jak dotąd poważny, teraz wyszczerzył się, po czym sięgnął po korkociąg i butelkę. – Lubisz wytrawne?

– Nie… nie… – zająknęła się Zuzanna. – Nie chcesz niczego wyjaśniać?

– Wszystko jest jasne i proste. – Odkorkował wino, powąchał korek, podsunął go kobiecie. – Wystarczy mi, że tu jesteś i napijesz się ze mną doskonałego wina. Pachnie nieźle, prawda?

– Tak.

Aleks napełnił lampki. Wino miało ciemnoczerwony kolor, jak krew z rozciętych żył.

– Chociaż – podjął mężczyzna – wolałabym, żebyś była bliżej. I nie płacz. Naprawdę cię rozumiem. Naprawdę ci wybaczam. Mogę tylko prosić o wzajemność. Na niczym innym mi bardziej nie zależy.

Rzuciła mu się na szyję i przez chwilę leżeli na kanapie. Płacz zmieszany ze śmiechem. Inne zapachy, ale dotyk ten sam. W końcu się podnieśli, żartobliwie wycałowali łzy niczym bohaterowie starożytnych powieścideł. Aleks usadził kobietę na kolanie, podał jej wino.

– Za co wypijemy? – zapytała zduszonym głosem, jakby w jej gardle trwała walka między sumieniem a rozsadzającym szczęściem. – Za nas?

– Za miłość – odparł Aleksander.

Wznieśli toast ku chwale upadającej po cichu wieczności.

Pijąc wino, mężczyzna pomyślał o ludziach, którzy myśleli, że go kontrolują. Siedzą za ścianą, przed ekranami, mają go na oku – kilku, bo pozostali roznoszą zaprószony przez niego ogień. To małe iskierki. Wystarczy je podstawić w odpowiednie miejsca, a zapłon gwarantowany.

Leki przestaną działać. Przeszczepy zostaną odrzucone. Systemy bezpieczeństwa zaczną zawodzić. Wszystko rozrośnie się jak wielka, ognista, prawdziwie oczyszczająca zaraza – jedna trucizna eliminująca drugą. Jak kula ognia, która strawiła Neila i Kate. Cykl dobiegnie końca, ludzie powrócą do punktu wyjścia.

Tym razem Aleksander nie musiał przybierać innych postaci. Nie czekając na dalsze, żałosne groźby, realizował plan, który ci idioci rzekomo mu narzucili. A on uniknął najgorszego.

To takie nudne, pomyślał, dopijając wino i całując Zuzannę. Takie nudne – ledwo coś zacząć i mieć pewność, że osiągnie się sukces.

To takie piękne.

Wypili jeszcze po lampce wina. Potem Aleks ściągnął czerwony sweter z Zuzanny i zaczął ją całować po szyi.

 

Biel

 

Powoli kuśtykali szarym korytarzem; dwie siwe, przygarbione postaci.

– Dzisiaj powinien być w dobrym nastroju – stwierdził Aleksander. Prowadził Zuzannę pod ramię, choć sam nie trzymał się zbyt dobrze. – Lubi słoneczne dni.

– Rano była mgła – przypomniała kobieta. – Boi się mgły. Źle na niego działa.

– Może jej nie zauważył.

– On ją czuje.

Dotarli do drzwi, obok których znajdował się czytnik magnetyczny. Przyłożyli do niego identyfikatory i przeszli dalej. Stary, lecz dobrze trzymający się pielęgniarz skinął im głową. Odwzajemnili gest. Drobne kroczki. Lekka zadyszka.

Korytarz skręcał w prawo; na jego końcu znajdowały się drzwi z żółtą szybą, przez którą można było zobaczyć kontury dziwnie wykrzywionych postaci. Aleks i Zuzanna nieświadomie zwolnili, jakby każdy kolejny krok był trudniejszy od poprzedniego. Tamto pomieszczenie…

Tamto pomieszczenie z jakiegoś powodu przerażało ich bardziej niż stopniowo wypełniane szpitale i rozrastające się jak pleśń cmentarze.

Wśród groteskowych, nienaturalnych cieni pojawiła się normalna, nieco zgarbiona sylwetka. Znajoma sylwetka, z włosami ułożonymi w charakterystyczny kok. Emilia Słowińska.

W ciągu tysięcy lat życia miała niewiele wspólnego z medycyną z prawdziwego zdarzenia, a tym bardziej z pediatrią i psychiatrią – mimo to wszyscy tytułowali ją „pani doktor”. 

– Dzień dobry państwu – przywitała się Słowińska, gdy para z trudem dotarła do drzwi. – Mogłabym prosić o pomoc…?

Aleks i Zuzanna wczepili się kurczowo w siebie; stojąc osobno, każde z nich by upadło.

Za plecami Słowińskiej po podłodze pełzało trzydzieści upośledzonych, ubranych w brudne białe piżamy istot. Kilka ocierało się o ściany. Inne dotykały się wzajemnie, gryzły ubrania, lizały podłogę lub po prostu leżały z pustym spojrzeniem utkwionym w bieli sufitu.

Wszystkie były skąpane we wpadającym przez okno świetle.

– Jest tu? – zapytał słabo Aleksander.

Słowińska westchnęła.

– Tu go nie ma – odparła z zażenowaniem. – Pamiętacie numer pokoju?

Klatki, pomyślał Aleks. Numer klatki. On nie ma pokoju. Tu nie ma pokojów. To rzeźnia o białych ścianach; ostatnia rzeźnia, której nie wyposażono w narzędzia do zabijania.

Zuzanna pokiwała głową i szarpnęła ukochanego. Ten wymruczał coś pod nosem, jak to starzy ludzie mają w zwyczaju. Pociągnął nosem, ona odkaszlnęła. Przedarli się przez zbieraninę niedorozwiniętych dzieci w wieku od pięciu do sześćdziesięciu lat.

Nie pomyślałem, zbeształ się Aleksander po raz setny. Nie pomyślałem o desperacji. Nie pomyślałem, że wiatry, które wywołam w końcu się odbiją i wrócą. Teraz nawet nikt by mi nie uwierzył, że to moja wina, że to ja postawiłem pierwszy krok. To ja byłem sędzią, nie cały świat.

…myśli o wszystkim bardzo szybko i dochodzi do prostych wniosków. Kobieta, którą dopiero co zabili na jego oczach, mogła być Zuzanną. Jest tylko głupią nieznajomą. Jest tym, co daje siłę motylowi, jakimś drobnym, nieważnym pyłkiem. Nieśmiertelna miłość, myśli Aleks, przytrzymywany przez dziesiątki rąk. Przestarzała idea. Żeby miłość mogła przetrwać…

– Desperacja – wymruczał.

Zuzanna popatrzyła na niego ze zdziwieniem.

– Tak powinni nazwać ten zakład – wyjaśnił cicho Aleksander.

Zatrzymali się przed drzwiami. Numer sto. Łatwy do zapamiętania. Przyłożyli karty do czytnika, po czym weszli do środka.

Ich syn stał przy oknie i lizał szybę, jakby chciał skosztować słońca.

– Adaś… – wydusiła z siebie Zuzanna. Z trudem tłumiła łzy.

Aleks wiedział, że kobieta zaraz pęknie.

Wszystkie matki płakały. Niektóre się zabijały.

Od kiedy umieranie stało się nową, ostateczną modą, paru szalonych desperatów usiłowało cofnąć stary, głupi zakaz prokreacji. Chcieli przywrócić płodność.

Trzydziestoletni dzieciak odwrócił się od szyby i patrzył w milczeniu na rodziców. Nie poznawał ich. Miał pulchną twarz, mały nos i wielkie błękitne oczy. Nie był podobny ani do Aleksa, ani do Zuzanny.

– Adasiu, przyszliśmy cię odwiedzić – powiedział mężczyzna.

Upośledzony chłopak podszedł do matki. Tamta wzdrygnęła się, ale ustała w miejscu. Syn sięgnął do jej kręconych, srebrnych włosów i zaczął się nimi bawić, nawijając je na palec. Z jego błękitnych oczu popłynęły łzy. Zaczął je rozprowadzać drugą ręką po całej twarzy.

– Adam.

Nie reagował. Liczyły się dźwięki, nie słowa.

Zuzanna trzęsła się. Chciała wyjść, ale ręka syna wplątała się w jej siwe włosy.

Teoretycznie, pomyślał Aleks, udało się. Odzyskaliśmy płodność. Plemniki. Komórki jajowe. Rozwijające się zarodki. Tylko gdzieś w tym tkwi błąd, którego nie możemy namierzyć.

Większość dzieci rodziła się ułomna. Jedne nie umiały oddychać, inne robiły sobie krzywdę. Niewielki procent miał na tyle inteligencji, by chociaż próbować dbać o przetrwanie.

Aleks bał się, że część tych „osobników” przeżyje.

To profanacja człowieczeństwa.

To kpina z naszej boskości.

To łzy rozmazywane niezgrabną ręką po niemowlęcej twarzy.

– Adaś, zostaw mamę.

Upośledzony chłopak nagle się pochylił i zanurzył twarz w siwych włosach matki. Zuzanna krzyknęła, zachwiała się. Aleksander ledwo ją podtrzymał. Potem odepchnął mocno syna, który nie utrzymał równowagi i runął na podłogę. Tam, zamiast wybuchnąć płaczem, zaczął się śmiać.

– Idziemy stąd – zadecydował mężczyzna i pociągnął za sobą ukochaną.

Zamknęli pokój-rzeźnię numer sto. Przeszli przez pomieszczenie pełne niezgrabnych mutantów, rzucając Słowińskiej gburowate „do widzenia”. Pielęgniarza minęli bez słowa. Zwolnili dopiero w korytarzu.

Dwa sapiące oddechy.

– Nie przychodźmy już tutaj – poprosiła Zuzanna. – To bez sensu. Szkoda naszego czasu. Szkoda naszych sił.

Powoli szli szarym korytarzem; dwie siwe, przygarbione postaci spieszące do innego świata.

 

*

 

To pierwsza taka chwila od tysięcy lat: Aleks pochyla się nad grobem ukochanej i patrzy na cztery rzeczy, które przyniósł. 

Piasek pochodzi z pustyni, która pokrywa miejsce, w którym się wychował.

Czarny materiał jest przedostatnim strzępem garnituru, który wkładał na pogrzeby.

Czerwone włosy należą do Zuzanny.

Białe tabletki są jego. Wyciska jedną na dłoń i wyprostowuje się. 

Koniec

Komentarze

Ech, i nikt nie skomentował przez tyle czasu? Ale Śniąca najwidoczniej przeczytała. ;-)

Mam wrażenie, że kiedyś już to czytałam. Ale albo bardzo dawno, albo sporo pozmieniałeś, bo niewiele pamiętam.

Trochę trudno było mi zorientować się, co właściwie zrobił Aleks. I na początku, i na końcu. Mogę tylko zgadywać, a wolałabym, żebyś rzucił więcej światła. Ale ja z tych, co to lubią wszystko mieć wyjaśnione.

A tak nie wiem, czy bohater jest zimnym sukinsynem, karierowiczem, szalonym naukowcem… Powinnam mu kibicować? Nienawidzić faceta czy współczuć?

Chyba trochę niewiarygodna jest jego stałość uczuć. Zwłaszcza, że wcześniej miał przecież inne kobiety. Co takiego dostrzegł w Zuzannie?

Babska logika rządzi!

Nie chciałem wszystkiego mówić wprost. Zostawiłem za to liczne tropy dla tych, którzy lubią trochę pogłówkować. Czy mu kibicować? Zależy od Ciebie. A o tę “niewiarygodną stałość uczuć” właśnie chodziło. O jej zestawienie z towarzyszącą długowieczności zmiennością. Co takiego dostrzegł w Zuzannie? To pytanie można zadać każdemu zakochanemu… Ale odpowiedź? Nigdy nie ma jednoznacznej. Polecam jednak zerknąć ponownie na sam początek tekstu i zastanowić się, czy nie można na wszystko spojrzeć inaczej. 

Dziękuję za przeczytanie, komentarz i punkt do biblioteki. 

Przeczytałam i nawet zaczęłam komentarz pisać, ale wróciło chłopię do domu i trzeba było się nim zająć ;) 

Zacznę od próby odpowiedzi na ostatnie pytanie Finkli – nie pytaj! Tego nie da się określić. Albo się to czuje (w sensie to coś, co poczuł Aleksander), albo nie i bardzo często nie ma na to logicznego wytłumaczenia. Ja nie wiem, co to było i nawet jeśli Othersun chciałby to wyjaśniać, to ja nie chcę wiedzieć. Niech ta odrobina nieuchwytnej magii nią pozostanie.

A teraz do rzeczy. Nie powiem, że czytało się lekko i łatwo. Bywały momenty, gdy miałam wrażenie, że nie połapię się wcale w tym, co właśnie mam przed oczami. To zmuszało do zachowania koncentracji i uwagi. Nie wyobrażam sobie czytania tego tekstu na raty. 

Pomysł ciekawy, z jednej strony historia Aleksa i Zuzanny tragiczno-cudowna, z drugiej masakryczna wizja ludzkości. I mimo że Aleksa nie dało się lubić, to i tak w jakiś sposób przejęłam się jego losem. Niekoniecznie mu kibicowałam, bo po pierwszym zniknięciu Zuzi zimno stwierdziłam, że ma na co zasłużył, ale nie pozostałam wobec niego obojętna. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ale zakochanie mija błyskawicznie. Bywa, że po jednej nocy, znika wraz z promilami. ;-) A tu tysiące lat…

Zależy ode mnie… Jeśli rozumiem, dlaczego człowiek coś tam zrobił, to mogę się zgodzić z jego przesłankami albo nie. A tu nawet nie wiem, co takiego Aleks przeskrobał.

Babska logika rządzi!

Abstrakcyjne, chwilami nie wiadomo o co chodzi, co jest chyba celowe no i o wielu sprawach wspomniane jest tylko pół słówkami, ale nie mogę powiedzieć, żeby całość szalenie mi się nie podobała :)

W sumie, to przeczytałam Twoje dwa teksty i nie mogę powiedzieć, że się przyzwyczaiłam (co w tym przypadku nie byłoby niczym złym). ale, że jestem przygotowana na takie odrealnione opowiadania i chętnie poczytam jeszcze :)

Nie umiem powiedzieć, czym różnią się obie wersje Love. Kiedy czytałam opowiadanie teraz, przypominały mi się niektóre sceny, a nawet całe fragmenty, jednak nie potrafię dociec, co jest nowe/ inne. Na pewno dziewczyna ma nowe imię.

Opowiadanie jest dość zagmatwane, pełne niedopowiedzeń, niełatwe w czytaniu. Nader osobliwe, wręcz bezsensowne wydaje mi się wyłonienie uprzywilejowanej kasty i obdarzenie jej wiecznym życiem w ciągłym szczęściu. Toż to obłędu można dostać z owego nadmiaru. Tak jak Finkla, również nie umiem dociec roli Aleksandra, mam tylko wrażenie, że jest odpowiedzialny za wszystko.

Zastanawiam się, czy uczucie Aleksandra do Zuzanny nie narodziło się przypadkiem już podczas ich pierwszego spotkania w zrujnowanym butiku…

Mimo że to trudne opowiadanie, zmuszające do uważnej lektury, dzięki porządnemu wykonaniu czyta się naprawdę nieźle. I choć nie mam pewności, czy odczytałam wszystko zgodnie z Twoimi intencjami, Othersunie, to lektura okazała się nader satysfakcjonująca.

 

Prosz­ki o wy­ra­zi­stych za­pach. – Pewnie miało być: Prosz­ki o wy­ra­zi­stych za­pachach.

 

– Na sta­rość też pew­nie wielu rze­czy za­po­mnę… – – Na sta­rość też pew­nie wiele rze­czy za­po­mnę… Lub: – Na sta­rość też pew­nie o wielu rze­czach za­po­mnę

 

Alek­san­der pu­ścił jej rękę.

– Za­cze­kaj.  

Zbli­ża­jąc się do kom­na­ty, roz­piął kom­bi­ne­zon i wsu­nął pod niego rękę. – Nie brzmi to najlepiej. 

 

Aleks ścią­gnął maskę i gogle. – Literówka.

 

Pie­rza­ste chmu­ry od­bi­ja­ją po­ma­rań­czo­we świa­tło za­cho­dzą­ce słoń­ca. – Pewnie miało być: …świa­tło za­cho­dzą­cego słoń­ca.

 

Było ich około kil­ka­set. – Mało precyzyjne określenie, oznaczające, że mogło być ich więcej niż dwieście i mniej niż dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć.

 

Tak pisząin­ter­ne­cie.Tak piszą w In­ter­ne­cie.

Powinno być: Tak napisali w Internecie. Lub: Tak przeczytałam w Internecie.

Ale ponieważ to dialog, chyba może zostać.

 

Dwie bu­tel­ki wznio­sły się do góry… – Masło maślane. Czy mogły wznieść się w dół?

 

Prze­kli­na­jąc, od­rzu­cił bez­u­ży­tecz­ny wie­cheć. – Wiecheć to pęk/ garść łodyg, słomy, badyli, a Aleks odrzucił jeden kwiat.

 

Dło­nie zło­żo­ne na po­doł­ku. – Napisałeś, że Zuzanna była ubrana w sweter i dżinsy, a podołek tworzy się wtedy, gdy siada osoba ubrana w suknię, spódnicę lub fartuch. Sweter nie utworzy podołka.

 

– Gdy­by­śmy się tro­chę po­spie­szy­li, wy­buch do­siągł­by też nas. – Gdy­by­śmy się tro­chę po­spie­szy­li, wy­buch do­sięgnął­by też nas.

 

Wy­szmin­ko­wa­ne usta za­ci­snę­ły się. – Raczej: U­szmin­ko­wa­ne usta za­ci­snę­ły się.

 

Aleks usa­dził ko­bie­tę na ko­la­nie, podał jej i sobie wino. – Kobiecie mógł wino podać, ale swoje chyba wziął.

 

Więk­szość dzie­ci ro­dzi­ła się ułom­ny­mi, a więc nie­zdol­ny­mi do sa­mo­dziel­ne­go życia.  – Raczej: Więk­szość dzie­ci ro­dzi­ła się ułom­ny­ch, a więc nie­zdol­ny­ch do sa­mo­dziel­ne­go życia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za komentarze. Wszystkie dają mi do myślenia.

Regulatorzy, dobrze, że lektura okazała się satysfakcjonująca, bo takie był moje intencje. Zmiany były głównie kosmetyczne, ale nawet przy powtórnym czytaniu nie wyłapałem wszystkich błędów. Te wskazane już poprawiłem. Wyciąłem sporo pojedynczych zdań i zastanawiałem się nad usunięciem niektórych scen, bo zdaję sobie sprawę, że niektórych może zniechęcać objętość tekstu. “Love” tworzy jednak mozaikę, by w ten sposób przedstawić wydarzenia rozciągnięte w czasie setek, tysięcy lat. Może inni czytelnicy zasugerują, które fragmenty mógłbym odrzucić. 

Przyszło mi coś do głowy: może Aleksa kręciło to, że Zuza jest najmłodszą kobietą we Wszechświecie. Albo jedną z kilku najmłodszych. Albo zawsze zmieniał model na młodszy a tu nagle kicha… ;-)

Babska logika rządzi!

Podpowiem. Tylko niech Śniąca nie patrzy, jeśli nie chce sobie niczego psuć. Otóż jakie perspektywy ma człowiek nieśmiertelny, w dodatku o licznych “talentach”? Mógłby mieć wszystkie kobiety po kolei, ale większym wyzwaniem okazałaby się ta jedna, w dodatku tak wyjątkowa ze względu na wiek. Czyli dobrze kombinujesz. Jeśli tekst dalej Cię nurtuje, przeczytaj ponownie pierwsze zdanie, pomyśl i daj znać, czy to zaprowadzi do jakichś nowych przemyśleń :)

Temat kochania czy innych emocji jest dla mnie tak niezrozumiały, że nie ma co liczyć na przemyślenia. To się w ogóle poddaje racjonalizacji?

No, że facet nie wie, czy kocha, czy to wszystko dla sportu robi? A bo ja wiem, może to u tego gatunku stan normalny. A jeśli jeszcze trwa przez tysiące lat, to już musi być nieźle porypana sytuacja…

Babska logika rządzi!

Przeczytałam. Rzecz niby o miłości, ale zabrakło mi ‘chemii’ między bohaterami. Cały czas miałam wrażenie, że to Autor każe im do siebie wracać i ze sobą być, zabrakło mi też charakteru Zuzanny, nie umiem nic o niej powiedzieć poza tym, że w dzieciństwie oblewała manekiny perfumami. Trochę mi zgrzytnęło, że przy takim postępie (kolonizacje, wymienianie sobie całego ciała, klonowanie) nagle problemem nie do przejścia okazały się upośledzone dzieci. Ale wizja, nie powiem, interesująca :)

Finkla, nieźle kombinujesz, ale żeby tak życiową ambicję zniżać do poziomu sportu? 

Bellatrix, w dużej mierze chciałem zwrócić uwagę na to, jak bohaterowie się zmieniają zależnie od mierzonego w latach “nastroju”. Prawie w każdej scenie opisuję ich aktualny wygląd. A zarazem w każdej scenie zachowują się inaczej. Przyjmuję do wiadomości, że wyszło na to, że te zmieniające się charaktery jawią się jako nijakość. Może też dlatego chemia nie była tak wyczuwalna? 

Nieśmiało dodam, że tytuł nie jest jednoznaczny. Nie odnosi się tylko do relacji między Aleksem a Zuzanną. Można go po pierwsze przetłumaczyć na dwa sposoby, a po drugie jest angielskie słowo jest szersze znaczeniowo niż polska “miłość” i dlatego zdecydowałem się na “Love”. 

A gdybym użyła słowa “hobby”… Tak byłoby lepiej? ;-)

Babska logika rządzi!

Aleks to romantyk. Nigdy nie nazwałby kobiety swoim “hobby”. Ale jak Ty nie poczuwasz się do bycia romantyczką, to możesz tak to nazywać :) I tak ostatecznie SPOILER wszystko sprowadziło się do rozmnażania…

Oj, zdecydowanie się nie poczuwam. :-)

Babska logika rządzi!

Czasu ostatnio nie staje na rozrywki, wreszcie jednak przysiadłem i przeczytałem Love :)

Osobliwe opowiadanie – pomysł piękny i rozbudowany, jest zarazem rozmach, jak i uczucia… Idea przedłużania sobie życia przez bogatych obywateli skojarzyła mi się z dylogią Łukjanienki Linia Marzeń – z tym, że tam wiązało się to ze wskrzeszaniem… Zatem podobieństwo ulotne :)

 

Jakościowo również tekst stoi na wysokim poziomie – zdania ładnie płyną, a interpunkcja generalnie niezła. Lepsza od mojej, więc czepiać się za bardzo nie będę ;)

Stąd pytanie – dlaczego wcale nie jestem zachwycony, a moje subiektywne wrażenia po lekturze są jedynie dobre? Zastanawiałem się nad tym i doszedłem do kilku wniosków.

– jak na romans, postacie są zbyt nijakie. Szczególnie tyczy się to Zuzanny, choć i Aleks nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia. Ich osobowości nie przekonały mnie za bardzo, a motywacje i cała miłość – wyszła mało wiarygodnie. Może to tylko subiektywne wrażenie, jednak przez to nie potrafiłem “przeżywać” dramatu z bohaterami.

– Sporo scen opisałeś z perspektywy wspomnienia – niby umożliwia to zagęszczenie treści, jednak zarazem siada trochę dynamika. Równoważniki zdań, krótkie scenki sprawiły, iż wydawało mi się, że oglądam pokaz slajdów, a nie film (to się tyczy przede wszystkim Czerwieni). Nie czułem tu dynamiki, a co za tym idzie – dramaturgii.

– Uniwersum frapujące, ciekawe, te wszystkie Ziemie zainteresowały mnie i trochę szkoda, że nie napisałeś o nich więcej… Niby wiadomo – skupiłeś się na uczuciowości treści, na związku dwóch ludzi, jednak przez moje wątpliwości z pierwszego myślnika zacząłem sięgać myślą dalej, naokoło…

– Tytuł. Może i dobrze odzwierciedla treść, jednak jest nudny. Nie dość, że nie lubię, gdy polskie opowiadania/książki noszą angielskie tytuły, to jego “ogólność” sprawiła, że cóż… Za tekst zabrałem się dopiero wczorajszej nocy ;P

Te kolejne linijki, przed złotem, znacznie lepsze – fajnie wprowadziłeś w opowiadanie :)

 

A zatem, reasumując: dobry tekst, pomysłu serdecznie gratuluję. Wydaje mi się jednak, że dało się go napisać lepiej, tak dobrze, że bez problemu osiągnąłby poziom publikacyjny :)

Tak czy inaczej, stempel jakości się należy.

 

Tyle ode mnie, na koniec kilka szczegółów, którem przyuważył:

Zwlókł się z łóżka – blady, kościotrup o owadzich rucha.

literówka

Od kiedy w ogóle wpadłeś na ten pomysł?

Wywaliłbym “od”, na pomysł wpada się nagle :)

– Chyba po jakimś przeszczepie płuc.

“którymś”

Zuzanna ma rude włosy, oczy zielone, kończyny chude[-,] jak patyki.

Niepotrzebny przecinek

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki za przeczytanie i wskazówki. Nasuwa mi się dość paradoksalny wniosek, że w tak długim i rozbudowanym opowiadaniu wielu rzeczy jest za mało… Ale to złudne wrażenie. Rozumiem, że powinienem okroić retrospekcje, a rozbudować postaci i uniwersum. Jeśli masz jeszcze chwilę, mógłbyś wskazać, które sceny najmniej przypadły Ci do gustu lub wydają się zbędne? Wydaje mi się, że opowiadanie mogłoby zyskać na pozbyciu się paru fragmentów (slajdów…), ale nie potrafiłem zdecydować których. Sentyment. Tak samo z tytułem. Długo myślałem nad czymś nowym, jednak przyzwyczajenie do starego wygrało. 

Co wyciąć, pytasz…

Niełatwo na to odpowiedzieć, Othersun ;/

 

Być może to zrywanie płatków kwiatu w Czerwieni. Ale z drugiej strony – fajnie czytało się te rozważania. Gdybym czuł większą więź z bohaterem byłoby świetnie. Dlatego to kwestia dyskusyjna.

Bardziej chodziło mi o to, że cały tekst jest pisany w dość niespiesznym tempie, być może tutaj tkwi klucz. Jak jednak z tego wybrnąć, musiałbyś dojść sam albo z pomocą kogoś, kto nie jest takim cholernym gadułą co ja ;D

Bo widzisz, moje opowiadania słyną z przegadania XD

 

Generalnie – bardziej skupiłbym się na akcji dziejącej się “teraz”. Tych powrotów w przeszłość było na tyle dużo, że aktualne wydarzenia zdały mi się przypadkowe, wstawione w treść dość chaotycznie.

Tylko że taki najwyraźniej miałeś zamysł opowieści – Love dotyczy pięknej miłości trwającej stulecia… Trudna sprawa, powiadam Ci, Othersun…

 

Stanę natomiast w obronie tego, co wspomniała Bella – upośledzone dzieci. Ja, patrząc na postęp cywilizacji, uporczywą terapię i ochronę każdego, nawet najbardziej zmaltretowanego genetycznie życia (mimo wszystko to zrozumiałe – humanitaryzm) widzę, że sami przyczyniamy się do osłabienia genotypu ludzkości. Co to będzie za stulecia? Kto wie?

Dlatego ten wątek potraktowałem raczej jako jedną z możliwych wizji :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

CountPrimagen, jeszcze raz dzięki. Być może tekst wymagałby napisania od nowa, a nie ucinania kilku scen. Słabość niekoniecznie tkwi w długości, ale właśnie w tym braku więzi z bohaterami, a także braku głównej osi akcji, którą mógłbym ozdobić rozważaniami i retrospekcjami. 

Dziękuję też tajemniczej osobie, która dała ostatni punkt do biblioteki :)

Nowa Fantastyka