- Opowiadanie: FoloinStephanus - Opuszczone dusze umierają

Opuszczone dusze umierają

Tekst przerabiałem sto razy, patrzałem nań sto razy i nic już nie wymyślę. Są tam zapewne błędy – nie widzę ich jednak. Cierpię na ślepozę autorową. Z drugiej strony, miałem spore wątpliwości czy publikować ten tekst.

Swoją drogą, czuje się jak panna na debiucie – od tak dawna nic większego nie publikowałem :)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Opuszczone dusze umierają

Największe miejsce wiecznego spoczynku w mieście właśnie dogasało po pierwszym listopada. Gdzieniegdzie paliły się jeszcze znicze, na niektórych grobach stały świeże kwiaty. Te jednak nie miały długo zdobić pomników – pierwsze przymrozki właśnie nadciągały z północy. Już za dnia chłód wyganiał ludzi, zaś w nocy nie dawał żyć nawet dzikom. Jednak mimo mrozu i zamkniętych na cztery spusty bram, na polu dziewięćdziesiątym dziewiątym od dawna nie grabione liście zaszeleściły, jakby przestraszone obecnością dwóch istot, tak odmiennych i tak…

– Ciemno jak w dupie…! – jęknął Piotrek. – Poświeć no! Do kur…! – Noga blondyna zaczepiła się o wystający korzeń i już chłopak klękał, już układał usta w najgorsze przekleństwo, gdy złapała go przegniła dłoń.

– Masz, lepiej ty ją trzymaj. Ja w przeciwieństwie do ciebie się nie zabiję – zakpił Szymek, wciskając Piotrkowi do ręki latarkę. Ten przyjął ją bez słowa, prychnął i ruszył w głąb cmentarza. – Oj, nie złość się tak… Poczekaj!

Zgniłek dogonił przyjaciela, chwilę przyglądał mu się w milczeniu, ale w końcu nie wytrzymał i spytał:

– Czego się gniewasz?

– Nie gniewam się, tylko mam wątpliwości. – Piotrek nie oglądając się przyspieszył. W rzeczywistości był zły sam na siebie, za to że dał się zaciągnąć na nekropolię w nocy, w dodatku w taki ziąb.

– Przecież pokazała akt zgonu, czego chcieć więcej? – Szymek wzruszył ramionami.

– Mam złe przeczucia.

– Co ty, baba jaka? Szósty zmysł, czy jak? Wiesz, ciocia w tym swoim Świrowie Dolnym, kiedyś przepowiedziała mi czwórę z matmy… – Zatrzymali się. Szymek spojrzał na niebo przysłonięte przez gałęzie i zamyślił się, a po chwili rzekł z rozbawieniem: – Ta to miała jazdy, nie?

Piotrek w tym czasie pochylił się nad pomnikiem i kiwając głową, westchnął.

– Andrzej Puchalski. Ukochany mąż. – Prychnął. – Co ona myśli? Że romantyczne śniadania z nim będzie jadła, czy jak? – Przejechał palcem po wyrytych w kamieniu liczbach. – Data śmierci zamazana. Wiedziałem, że to babsko coś kombinuje!

– Przynajmniej dobrze zapłaciła. To co, do roboty?! – Żywy trup z zapałem klasnął w paliczki.

– Cholera, a jak on krócej w tej ziemi leży… Albo co gorsza dłużej?

Szymek oparł się o ramię kumpla, wskazując palcem na niewyraźny napis.

– Popatrz. Ja tu widzę piątkę, a tu chyba jedenastkę. Zgadza się? Dzisiaj piąty listopada. Dla mnie czysta robota.

Piotrek zacisnął mocniej szczęki. Mimo, że robili to już wielokrotnie, to tym razem, coś nie dawało mu spokoju.

– Łatwo ci mówić, jesteś martwy – szepnął przez zęby. Pogrzebał w kieszeni kurtki i wręczył tamtemu niewielką książkę.

– No co ty? Napra… A, rzeczywiście! – Szymek zadrwił, po czym wskazał stary nagrobek z lastryko. – No dalej. Stań sobie tam, za Marianną Piwną.

Piotrek przewrócił oczyma, ale w ostateczności, bez słowa sprzeciwu schował się za płytą.

– W imię Ojca… – Żywy trup zaczął inkantację. Po chwili ziemia pod jego stopami zadrżała, mimo to Szymek ciągnął dalej. Piotrek w tym czasie przyglądał się niespokojnie wszystkiemu, świecąc latarką to na kumpla, to na grób Puchalskiego. Naraz zatrzymał światło na kamiennym wazonie. Uwagę chłopaka przykuła zasłonięta przez zwiędłe kwiaty biała nalepka. Po cichu odczytał widoczne litery:

– …kwidacji… Przestań! – W jednej sekundzie wyskoczył zza pomnika, a w drugiej był już przy Szymku. – On tu leży od… – Nie dokończył. Ziemia pod płytą nagle zapadła się, a zaraz po tym spod nagrobka wypełzło wszelkiej maści robactwo. Tuż za nim, na powierzchnię wydostał się trup. W mgnieniu oka wylazł na ścieżkę, charcząc przez zapadłą krtań. Nadżartymi przez czas oczami spojrzał na Piotrka.

– Eść! – krzyknął i w tym samym momencie, jednym ruchem wbił kościstą dłoń w trzewia chłopaka. Szymek natychmiast odtrącił napastnika i nie zważając na to, że Puchalski uciekł, wziął Piotrka na ręce.

– Nie zamykaj oczu. Nie umieraj – błagał cicho, widząc jak jego jedyny kumpel traci siły.

Piotrek już nic nie czuł i nie słyszał rozpaczliwych wołań, jak przez mgłę widząc zbliżający się dzień.

 

Piętnaście lat wcześniej

– Szymku, to jest Piotrek, wnuk naszej sąsiadki, pani Michalskiej…

– Cześć! – Wysoki, chudy jak szczapa brunet wyciągnął ku gościowi dłoń. – Słyszałem, że twoi rodzice zginęli…

– Szymonie! Przestań! – skarciła go pulchna kobiecina o czarnych jak noc włosach.

– Nie szkodzi… – Niższy od Szymka chłopak, trochę blady i mizerny, odwzajemnił gest. – To już pół roku.

– Moja mama też nie żyje. Wychowuje mnie ciocia, bo ojciec ma nową babę – szepnął, może trochę za głośno, nowy kolega Piotrka.

– Szymonie! – Tym razem w jego stronę poleciała mokra ścierka.

– Oj, ciocia niech nie gdera! – Machnął ręką, unikając w ostatniej chwili pocisku, po czym zwrócił się do wnuka Michalskiej: – Choć na tory. Pokażę ci okolicę.

Chwilę później szli bocznicą prowadzącą do starej fabryki makaronu. Rozmawiali o szkole, gdy nagle Piotrek się zatrzymał.

– Co ci? Czego nie idziesz? – Szymek spojrzał na niego zdziwiony. Podszedł do kępy łopianów i zerwał kilka kulek rzepu. Rzucił wszystkie w kolegę, ale nie widząc reakcji podszedł do chłopaka i machnął mu kilka razy ręką przed nosem. – Halo! Tu Ziemia!

– Ona… – wyszeptał przerażony Piotrek. – Ta kobieta na torach… we krwi.

– Jaka kobieta? – Szymek rozejrzał się. – Tu nie ma żadnej kobiety.

Piotrek klęknął na żwirze, chowając twarz w dłoniach.

– Ej, co ci? Płaczesz? Spokojnie, jak chcesz możemy wrócić do domu. – Tamten przykucnął przy nim.

– Nie mogę. Nie mogę… Nie mogę otworzyć oczu – wychlipał. – Ona tam jest.

– Nie musisz – zapewnił go Szymek, po czym dodał ciepłym, pozbawionym kpiącego osądu głosem: – Wierzę ci. Złap się za moje ramię, zaprowadzę cię.

 

* * *

– O, ludzie jak napieprza… – Piotrek jęknął. – Gdzie ja…?

– W szpitalu – odparł Szymek, pochylając się nad nim. Rannemu ukazała się podziurawiona przez robaki twarz oraz oczy pokryte bielą. Blondyn zmrużył swoje i wyszeptał zeźlony:

– No, nie miałeś gdzie mnie zabrać? – Podparł się łokciami i spojrzał za okno. Padało.

– Może na watę cukrową i karuzelę miałem cię wziąć? – odgryzł się zgniłek, z powrotem zajmując krzesło obok łóżka.

– Ta, kurwa, i ustrzelić z fuzji jednorożca. – Piotrek popatrzył na zaklejoną gazą ranę. Zaraz sobie przypomniał skąd ona się wzięła – Niech to szlag. Spieprzył nam. Czemu go nie goniłeś?

– No tak, wiedziałem, że o czymś zapomniałem… O ja, dureń! – Żywy trup klepnął się w czoło pożółkłymi paliczkami, po czym spojrzał na kumpla, uśmiechając się ironicznie.

Piotrek opadł na poduszkę, głośno wypuszczając powietrze.

– Musimy go znaleźć, zanim kogoś zabije. Podaj mi rzeczy.

Usiadł na skraju łóżka, ściągnął szpitalnianą koszulę, po czym rzucił ją na krzesło. W chwili gdy Szymek podawał mu spodnie, do sali weszła pielęgniarka. Uśmiechnęła się lekko na jego widok, skinęła głową i przechodząc za sąsiedni parawan, pomachała skalpelem.

– Dzień dobry – burknął Piotrek, nie chcąc wiedzieć, co kobieta będzie robić.

– Do kogo mówisz? – Szymek rozejrzał się nerwowo. Na wszelki wypadek wyjrzał też na korytarz. Piotrek w tym czasie, odwrócił się i jednym ruchem zgarnął zasłonę. Jego oczom ukazała się śliczna pielęgniarka… bez połowy twarzy.

– Szlag by was…! – Roztrzęsioną ręką ponownie zaciągnął kwiecisty materiał. Chłopak przymknął oczy, schował twarz w dłoniach i wiedziony narastającym bólem odpłynął.

 

Sześć lat wcześniej

Aż na podwórku było słychać krzyk cioci Gieni. Przeraźliwy szloch zwabił sąsiadów, krewnych a przede wszystkim Piotrka.

Chłopak wpadł do domu, przebiegł przez salon i… zatrzymał się w progu niewielkiego pokoju.

– Ratuj! Piotrek, ratuj go! – łkała ciocia Gienia. Podbiegł do niej, odebrał jeszcze wierzgające nogi – ledwo zdołał je unieść. Na nic się to zdało. Siedemnastoletnie ciało było za ciężkie. Niewiele myśląc, Piotrek pobiegł do kuchni po nóż. Trwało to może kilka sekund, nie więcej, ale gdy chłopak wrócił konwulsje już ustały, a po pokoju rozniósł się smród ekskrementów.

 

Trzy dni później odbył się pogrzeb. Ciocia Gienia i stara Michalska pieniędzmi ubłagały księdza, by Szymka pochować na cmentarzu, z mszą i modlitwą nad grobem. Piotrek darował sobie tę całą szopkę, nie miał cierpliwości by słuchać kazania. Czekał więc na kumpla przy dziurze…

Zmarznięty, niemal siny patrzył na wykopany w ziemi dół i nie oderwał od niego wzroku, dopóki nie spuszczono doń trumny. Poprzedniej nocy napadało sporo śniegu i Piotrkowi zdało się, że Szymek spoczął na miękkim puchu, jakby od razu trafił tam gdzie trzeba. Bo Piotrek wiedział, że coś było nie tak, że Szymek sam z siebie nigdy by… więc niebo murowane.

 

– Chodź Piotrusiu – prosiła starsza kobiecina, trzymana pod rękę przez czarnowłosą ciocię.

– Ja jeszcze zostanę, babciu. Jeszcze chwilę. – Otarł łzy i kopnął świeżo usypaną ziemię. – Znowu zostałem sam…

Pociągnął nosem, rozejrzał się – cisza, nikt ze zmarłych go nie dręczył, nie dokuczał mu, był zupełnie sam, tak jak kiedyś, po śmierci rodziców. Zawiesił wzrok na stojącym nieopodal wysokim krzyżu. Chłopak chciał podejść, zapalić znicz za matkę i ojca leżących w innej części kraju. Już wyciągnął zapałki, już zrobił krok ku dywanowi przepalonych świeczek, gdy nagle ujrzał wysokiego mężczyznę – elegancko ubranego, choć może trochę za lekko, jak na kilkustopniowy mróz. Chował on głowę w ramionach, tak że Piotrek nie widział jego twarzy, ale to nie było ważne i tak poznał – chudy czarnowłosy, jak jego ciotka, wyższy o głowę, choć w tym samym wieku.

– Szymek… Jakim cudem? Przecież ja nawet własnych rodziców…

Tamten spojrzał na Piotrka, mrużąc oczy, tak jakby ledwo go widział. Palcami dotknął szyi i wtedy się odezwał:

– Mnie się pytasz? Ja myślałem, że przejdę długim tunelem, te, no, światełko na końcu ujrzę, a tu nic. – Szymek popatrzył na wiszącą na krzyżu figurę Jezusa. – I po co ja na tacę dawałem?

Piotrek podszedł do niego. Szeroki uśmiech malował mu się na twarzy, ale po chwili chłopak spoważniał, przyjrzał się z uwagą kumplowi i w końcu spytał:

– Kto ci to zrobił?

– Cóż… – Szymek zwiesił głowę.

 

* * *

– Ile tu ludzi… – Piotrek przetarł oczy.

– Tu nikogo nie ma. Jesteśmy sami, nie licząc księdza krzątającego się przy ołtarzu – wytłumaczył Szymek, przyglądając się kumplowi. Nie był pewny, czy ten doszedł już do siebie.

– Ech, nie potrafię ich odróżnić. To jest męczące. – Piotrek popatrzył na siebie: koszulka na lewą stronę, niedopięte spodnie. Zapiął rozporek, wsunął ręce w rękawy kurtki, po czym rozejrzał się po kaplicy. – Taki spokój… – Oparł głowę o ramię Szymka, ale zaraz pociągnął ostentacyjnie nosem i spojrzał na przyjaciela. – Wiesz co? Przydałby ci się prysznic.

– Już lecę – rzucił zgniłek, nie odrywając wzroku od krzyża. Nagle między ławkami zaczęła się przeciskać starsza kobiecina. Ubrana w rzeczy z poprzedniej epoki, zaciągała kresowym akcentem:

– Ja nie chcę! Proszę! Ja… – Nie dokończyła. Rozpadła się na tysiące kawałeczków przypominających skrawki papieru osmolone ogniem.

– Och! – Piotrek westchnął zaskoczony. Już od dawna nie widział, jak umiera dusza, jak ktoś o niej zapomina. Szymek od razu zrozumiał, co tamten dostrzegł, zwiesił głowę i szepnął, bardziej do siebie niż do niego.

– Szkoda, że nie mamy dokąd pójść, że nie ma dla nas domu. Tyle tych bredni o niebie…

Piotrkowi zrobiło się głupio. On nie miał już nikogo, kto by o nim pamiętał, Szymek zaś miał tylko jego. Gdyby umarł… Z zamyślenia wyrwało go silne klepnięcie w udo.

– No, ale nie ma co! – Szymkowi wrócił humor. – My tu gadu gadu, a Puchalski gania po świecie i spóźnione halułiny odstawia. Weź się w garść, stary. Musimy go złapać.

– Teraz dopiero o tym pomyślałeś? – zganił go Piotrek.

– Oj tam, oj tam! – Żywy trup machnął paliczkami, przewracając przy tym zalotnie oczyma, niczym pierwszorzędna panienka z dobrej rodziny.

 

Godzinę później stali przed blokiem. Tym samym, w którym przyjęli zlecenie na wskrzeszenie Puchalskiego.

Drzwi, jak gdyby nigdy nic, otworzyła im wdowa. Ugościła ich jak poprzednio – kawą, herbatą i soczystym kawałkiem krwistego mięsa.

– Udało się? – spytała przejęta, gdy Szymek otarł resztki ust.

– Tak.

Kobieta aż podskoczyła z radości. Niczym zakochana nastolatka, pomyślał Piotrek i pokręcił głową z dezaprobatą.

– Tylko szkoda, że pani nam nie powiedziała, że mąż nie żyje od dwudziestu lat… – Naraz poczuł, jak Szymek dźga go łokciem w bolące żebra.

– Popatrz. – Paliczek ledwo pokryty skórą wskazał czarny łeb, zaglądający do środka przez okno… na trzecim piętrze. Puchalska mimowolnie spojrzała tam gdzie oni.

– Chryste panie! – wrzasnęła kobieta, po czym zerwała się na równe nogi, przylgnęła do ściany i wycofała do przedpokoju. Po chwili wróciła z tłuczkiem do mięsa w ręce.

– Jak on tu wlazł? – Dziwił się Piotrek. Spojrzał na Szymka marszcząc brwi. – Też tak potrafisz?

– Nie wiem – szepnął z niedowierzaniem zgniłek. – Ale muszę spróbować.

Wtedy to Puchalski stracił cierpliwość. Wybił szybę, wpadł do pokoju i rzucił się na żonę. Ta w odpowiedzi trzepnęła go tłuczkiem po łbie. Ogłuszony trup zatoczył się, ale zaraz ponownie zaczął dobierać się do kobiety, chcąc ugryźć, rozszarpać, zabić.

– Robisz mi złą prasę, brachu. – Szymek doskoczył do napastnika i chwycił go pod pachy, a Piotrek rozpoczął inkantację:

– W imię Ojca i Syna…

Nagle drzwi do mieszkania otworzyły się z hukiem i do pomieszczenia wparował mężczyzna w czarnym płaszczu, z kapturem na głowie… Stanął na środku, mamrocząc coś pod nosem. Piotrek rozpoznawszy go, natychmiast rzucił się na niego i próbując wydłubać mu oczy, rozpaczliwie krzyknął do Szymka:

– Uciekaj!

Czarna postać wrzasnęła z bólu, po czym jednym pchnięciem zrzuciła chłopaka z pleców. Piotrek uderzył o ścianę, tracąc przytomność.

 

Pięć lat i dziewięć miesięcy wcześniej

– Gdzie jest ciocia? – Piotrek rozejrzał się, zanim weszli do opuszczonego domu.

– Odeszła… Znaczy poszła w świat. Stwierdziła, że po śmierci już nie musi mnie niańczyć i poszła hulać, czy jakoś tak to określiła.

Przeszli do pokoju Szymka.

– A może ją też wskrzesimy? – Blondyn omiótł pomieszczenie wzrokiem w poszukiwaniu taboretu.

– Nie. Ciocia powiedziała, że teraz legalnie może straszyć swoją teściową, znaczy babcię. Natomiast po jej śmierci obie będą straszyć wredne sąsiadki.

Piotrek przytargał krzesło z kuchni, stanął na nim i podważył wejście na strych. Wdrapał się na piętro, pogrzebał chwilę w starych rzeczach ciotki, po czym krzyknął, gramoląc się na dół:

– Mam!

 

Trzy miesiące później

– Szymek? – Potknął się o nagrobek. – Szymek?!

– Zamknij ryja, przecież tu leżę! – Piotrek tuż przed sobą usłyszał głos kumpla. Poświecił na marmurowy nagrobek, przeczytał złoty napis i zagwizdał z podziwu. Ciocia miała gest, pomyślał.

– Swoją drogą, co tu tak pusto? Nie odwiedzasz mnie? – zakpił Szymek, widząc stertę liści na pomniku.

– Kwicza ci przyniosę… Posuń się! – Widząc minę kumpla, Piotrek dopowiedział: – Kwiatka i znicza, debilu.

– O zmarłych nie mówi się źle – oburzył się Szymek.

– Dobra, łajzo poczekaj tam. – Wskazał mu miejsce pod wysokim dębem. – Zaczynam!

Piotrek pierwsze słowa przeczytał niemal szeptem, nie widząc jednak rezultatów, zaczął mówić głośniej. Ziemia zadrżała, a chłopak cofnął się. Nie przerwał jednak czytania. Nie mógł. Cały czas miał w głowie ostrzeżenie cioci Gieni: Gdy przerwiesz, przywołasz do żywych bezmózgie Yeti żądne krwi – grzmiała. – Te słowa inaczej nie działają, jak tylko po roku i w pełni odczytane. Dzień później – Yeti, dzień wcześniej – Yeti. Przerwane na momencik, na sekundeczkę – Yeti. Niezbyt miła perspektywa, nie? I jeszcze ten wałek, który trzymała w ręce, gdy to mówiła…

Po paru minutach Piotrek skończył, a spod ziemi wylazł wreszcie trup.

– Szy-Szymek? – Nadpsute cielsko spojrzało na niego spode łba, zrobiło w jego stronę krok i nagle… odwróciło się.

– Gdzie mój piszczel?! Gdzie, kurwa, mój piszczel?!

Piotrek śmiejąc się, wzniósł oczy do nieba. Poklepał kumpla po plecach i powiedział:

– Daj spokój, to tylko kość.

– W sumie racja. Jak dobrze jest wrócić, ale wiesz co? Po roku leżenia w grobie… kurde, głodny jestem.

Rozbawiony Piotrek wyciągnął z plecaka, opakowany w folię, kawałek surowego mięsa…

 

* * *

– No, w końcu się obudziłeś – Piotrek usłyszał nad sobą chropowaty głos, dopływający jakby z oddali. Chłopak potrząsnął głową i popatrzył na źródło żółtego, ciepłego światła. Przysłaniała je częściowo czarna sylwetka obleczona w płaszcz. – Nie sądziłem, że to będzie zwykła książka.

– Gdzie jest Szymek, sukinsynie?! – Chłopak spróbował wyswobodzić się z więzów. Nagle poczuł na policzku czubek buta i zaraz po tym usta zalała krew.

– Moja matka była porządną kobietą… A Szymek? Poszedł za twoją radą i uciekł, ale wróci po ciebie. – Mężczyzna przeciągnął się i przeczytał po cichu parę linijek tekstu. – To ma większą moc niż myślisz. Może dawać życie…

Podszedł do szmacianego worka, rozwiązał sznurek i dotknął czoła złaknionego krwi Puchalskiego.

– …I odbierać. – Wypowiedział cicho niezrozumiałe dla Piotrka słowo i nagle z trupa uleciało życie, a właściwie dusza, która jak gdyby nic wyszła z ciała i przyglądała się truchłu ze zdziwieniem.

– Zwracasz im podstawowe czynności życiowe, nic więcej. – Czarny płaszcz zgarnął ciało Puchalskiego i wrzucił je do metalowej beczki. Ogień zzieleniał, buchnął czerwoną parą raz czy dwa, by po paru sekundach zmienić kości w proch.

Nekromanta chwilę stał tyłem do Piotrka, przyglądając się, jak popioły tańczą na wietrze.

– Podobno ich widzisz. Tak przynajmniej mówiła Gienia. Czyli pewnie też wiesz, jak to działa, że umierają, gdy ich bliscy o nich zapomną… – Odwrócił się powoli, lecz nie spojrzał na więźnia, tylko w głąb starej fabryki makaronu. Piotrek podążył wzrokiem za jego spojrzeniem – w ciemnym kącie leżała zakneblowana Puchalska. Płakała i wiła się, z przerażeniem patrząc jak mężczyzna podchodzi do niej. Po drodze wyciągnął zza pasa cienki bagnet przypominający szpikulec do lodu. Przyklęknął przy próbującej się wyswobodzić i jednym pchnięciem wbił jej ostrze w ucho.

Bezradny chłopak mógł tylko patrzeć, jak kawałeczki Puchalskiego mieszają się z niesionymi przez wiatr prochami, jak z drobnego kobiecego ciała ulatuje duch i natychmiast się rozpada.

– Jestem ze starego rodu. – Zaklinacz splunął na Puchalską. – Mój ojciec, dziadek byli nekromantami. Moja prababka… Każde z nas miało długi, tradycyjny układ słów… Ale moja siostra… Szlag by ją trafił! Jest tu ta stara raszpla? Jak to możliwe, że ten gówniarz ma świadomość?!

Zdeformowana przez cienie postać podeszła do więźnia i kopnęła w ranę na boku. Piotrek zawył z bólu.

– Mów, gówniarzu, bo skończysz jak ten szczyl! – Czarny płaszcz przykucnął przed nim i czekał, aż tamten przywoła resztki świadomości.

– Jak to…? – Piotrek potrząsnął głową, odganiając mroczki.

– Ach… Może miałem oddać tę cenną rzecz takiej niedoróbce? – Mężczyzna zaśmiał się paskudnie, ale naraz stracił równowagę – otoczona blaskiem ognia potwora pociągnęła go do tyłu, a charkliwy krzyk zdławiły przegniłe ręce.

– Cześć, tatuśku! – Szymek powlókł starego w stronę beczki, po czym podniósł na moment głowę, spojrzał na kumpla i wyszczerzył żółte zęby w zawadiackim uśmiechu.

– Co tak późno? – Piotrek chwycił omdlałymi z bólu rękoma upuszczony bagnet i rozciął więzy. Nie miał sił by wstać, krew lała mu się z boku. Patrzył tylko zadowolony, jak ten, który przed chwilą chełpił się swoją siłą, słabł z każdą minutą. Jeszcze trochę, jeszcze kilka minut i mężczyzna w końcu przestał się szarpać. Piotrek sądził, że już po wszystkim, że Szymek dokonał okrutnej zemsty, gdy nagle zauważył, jak usta zaklinacza poruszyły się bezgłośnie.

Chłopak chciał ostrzec, krzyknąć, ale zanim Szymek zorientował się, że coś jest nie tak, żywotrupie kości opadły na ziemię. Nekromanta w mgnieniu oka wstał, zgarnął truchło i wrzucił do ognia. Ten natychmiast zzieleniał, by po chwili wypluć z siebie poczerwieniałe prochy.

Piotrek nie krzyczał, nie płakał za to zdołał zebrać w sobie ostatki sił, podbiec do mężczyzny i rzucić się na niego, celując bagnetem w szyję. Jednak wściekły, bardziej doświadczony mag sprawnym ruchem odepchnął napastnika, posyłając go z powrotem pod ścianę. Po tym, jak gdyby nigdy nic, otrzepał płaszcz z rdzawego pyłu i wolnym krokiem ruszył w stronę wpółprzytomnego chłopaka.

Ten chwilę walczył ze sobą, lecz upływająca z ciała krew nie pozwoliła mu nawet wstać. Widział jeszcze jak tamten podchodzi do niego, czuł jak przerzuca go przez ramię. Czuł każdą połamaną kość i każdą najmniejszą ranę. Później czuł jak się pali i nawet słyszał swój głos, i głos przerażonego Szymka, tylko tak trochę z oddali, jakby zza grobu…

 

Może jednak nie…

– No i po co ci to? – spytał, widząc jak tamten bawi się nożyczkami.

– Cicho! Wspieram gospodarkę!

– To znaczy? – Piotrek wyciągnął się na łóżku Szymkowego kuzyna.

– Schowam je tak, że będzie musiał kupić nowe, ale po miesiącu znajdzie je, nie bój żaby. – Szymek rzucił nożyczki w kąt, po czym przeszedł się po pokoju. – Nigdy gówniarza nie lubiłem. Gruby Jurcio!

– Masz zamiar przez najbliższą wieczność chować po kątach nożyczki? – Piotrek westchnął. Czuł, że po śmierci spoważniał, ale pierwszy raz poczuł, że zrzędzi.

– Nie, no… – Szymek usiadł na skraju łóżka. – Jednego nie rozumiem, stary. Jak się tu znaleźliśmy?

– Mnie się pytasz? Może za mało na tacę dawaliśmy? – rzekł z przekąsem, po czym usiadł i spojrzał na Szymka zły. – A może dlatego, durniu, że mnie zawołałeś? Piotrek, nieeee – Zapiszczał jak baba i pomachał rękoma jak w tanim kabarecie. – Ach, zapomniałem! Jeszcze wypowiedziałeś pierwszą inkantację, na której otworzyła się książeczka twojej nawiedzonej cioci! Teraz będziemy się wiecznie bujać! – Ponownie opadł na łóżko.

– Ja bym obstawiał tę tacę. – Szymek trącił Piotrka w bok. Ten zacisnął usta, próbując zdławić śmiech. Po chwili obaj zarechotali.

 

Koniec

Komentarze

Jest jakaś historia, nawet ciekawa. Fajne jest to, że duchy giną.

Obawiam się, że przydałoby mi się więcej wyjaśnień, ale może to kwestia godziny. Trochę mi się myliły postacie. Czyja ciotka, czego im nie powiedziała Puchalska…

Interpunkcja Ci kuleje, zwłaszcza w okolicy wołaczy.

Mimo, że nie robili tego pierwszy raz, to tym razem,

Słabo to wygląda.

– Choć Piotrusiu – prosiła starsza kobiecina

Jest pewna różnica między choć i chodź.

Ta w odezwie trzepnęła go tłuczkiem po łbie.

Nie pasuje mi odezwa do tego kontekstu.

Babska logika rządzi!

Dzięki za komentarz i wytknięcie błędów, mimo późnej pory. Poprawiłem co nieco i dodałem. Zastanowię się też nad wyjaśnieniem paru kwestii.

Jeszcze raz dzięki, kłaniam się.

 

F.S

To może jeszcze (jeśli dotychczas tego nie zrobiłeś) – jaką usługę zamówiła Puchalska: zmartwychwstanie, dobicie, coś bardziej egzotycznego…

Babska logika rządzi!

Jak na to wszystko patrzę, to rzeczywiście nie wynika to z tekstu. Kurde, chodziło o wskrzeszenie ukochanego małżonka ;-) Już się biorę za tłumaczenie.

 

Edek: mam nadzieję, że się rozjaśniło.

F.S

Czytałam opowiadanie już po, jak twierdzisz, rozjaśnieniu, ale i tak mało pojęłam. Nieco pomogło zajrzenie do komentarzy, ale niewiele. Mnie także myliły się postaci, musiałam sprawdzać co po czym się dzieje, kto jeszcze żyje, kto już nie, a komu przyszło wstać z martwych. Innymi słowy – trochę to wszystko zdało mi się zabałaganione.

 

Uwagę chło­pa­ka przy­ku­ła za­sło­nię­ta przez zwię­dłe kiaty biała na­lep­ka. – Literówka.

 

Pod­szedł do kępy chwa­stów i ze­rwał kilka kulek rzepu. – Raczej: Pod­szedł do kępy łopianów i ze­rwał kilka rzepów.

Nie z każdych chwastów można zerwać rzepy.

 

Pod­parł się na łok­ciach i spoj­rzał za okno.Pod­parł się łok­ciami i spoj­rzał za okno. Lub: O­parł/ Wsparł się na łok­ciach i spoj­rzał za okno.

Podpieramy się czymś, opieramy się na czymś.

 

Nie wiele my­śląc, Pio­trek po­biegł do kuch­ni po nóż.Niewiele my­śląc, Pio­trek po­biegł do kuch­ni po nóż.

 

-Kto ci to zro­bił?

-Cóż… – Szy­mek zwie­sił głowę. – Brak spacji po dywizach, zamiast których powinny być półpauzy.

 

Pio­trek po­pa­trzył po sobie… – Pio­trek po­pa­trzył na siebie

 

– Szko­da, że nie mamy dokąd pójść, że nie ma dla nas domu . – Zbędna spacja przed kropką.

 

Pio­trek wy­cią­gnął się na łóżku szym­ko­we­go ku­zy­na.Pio­trek wy­cią­gnął się na łóżku Szym­ko­we­go ku­zy­na.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Reg, błędy poprawione. Będę porządkować.

Miłego dnia.

F.S

Już za dnia chłód wyganiał ludzi, zaś w nocy nie dawał żyć nawet dzikom. ← gdzie cmentarz, a gdzie dziki? :o

 

– Cholera, a jak on krócej w tej ziemi leży… Albo co gorsza dłużej. ← to pytanie, potrzebny pytajnik

 

to tym razem, coś nie dawało mu spokoju.

 

jak przez mgłę, widząc zbliżający się dzień.

 

Rozmawiali o bzdetach, gdy nagle Piotrek się zatrzymał. ← te bzdety tu nie pasują. W wypowiedzi, jasne, ale w narracji słabo

 

pieniędzmi ubłagały księdza(+,) by Szymka pochować na cmentarzu

 

te, no(+,) światełko na końcu ujrzę, a tu nic.

 

– Udało się? – spytała przejęta, gdy Szymek otarł resztki ust.

– Tak.

Kobieta aż podskoczyła z radości. ← tak to powinno według mnie wyglądać

 

Robisz mi złą prasę(+,) brachu

 

Piotrek rozejrzał się(+,) zanim weszli do opuszczonego domu.

 

– Gdzie jest Szymek(+,) sukinsynie?!

 

– Mów(+,) gówniarzu, bo skończysz

 

Jednego nie rozumiem(+,) stary. Jak się tu znaleźliśmy?

 

A może dlatego(+,) durniu, że mnie zawołałeś?

 

 

Za dużo mam cmentarza ostatnio w życiu, toteż zamiast się bawić, raczej się smuciłam. Ale pomysł ciekawy, a mimo tematyki dość lekko napisane. Na plus :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Wrocław, cmentarz Osobowicki – do niedawna dziki wdzierały się przez dziurawe ogrodzenie od strony poligonów – później to naprawiono, ale niesmak pozostał. O, tu masz nawet link do notki prasowej:

http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/1019029,dziki-na-cmentarzu-osobowickim-cmentarz-otwarto-a-co-sie-stanie-ze-zwierzetami-film-foto,id,t.html

 

Dziki więc zostają. Reszta poprawiona.

Cieszę się, że się podobało chociaż trochę. Dziękuję za poświęcony czas.

Kłaniam się

F.S

Przeczytałam mniej więcej ¾ tekstu. Znużyłam się, gdyż ciągle myliły mi się postacie, ciotki, czasy i sytuacje. O ile pomysł nawet mi się spodobał, tekst, moim zdaniem, wymaga dopracowania, przede wszystkim pod kątem przejrzystości historii, bardziej wyrazistych postaci i mniej powikłanych koneksji rodzinnych. 

Hmm... Dlaczego?

Mimo wszystko dziękuję za odwiedziny i komentarz.

F.S

Podobało mi się :)

Dzięki ;)

F.S

Ciekawy pomysł, wcale nie sztampowy, ale chyba językowo opowiadanie do wygładzenia. Trochę więcej dynamiki zdecydowanie by się przydało.

Ale, tak w sumie, interesująca próba ujęcia ciekawego tematu.

Pozdrówka.

Dzięki Rogerze, wiem że to opowiadanie kuleje, ale chyba straciłem do niego serce. Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas.

F.S

Nowa Fantastyka