- Opowiadanie: Miszoq - Soma

Soma

Pierwsza,  poważniejsza twórczość od ostatnich ~10 lat. Pomyślałem, że warto by wrócić do pisania, aby wyjść z grafomanii i nauczyć się czegoś w temacie tworzenia tekstów.

Gatunek również nie jest moją mocną stroną, ale z tym hasłem komponował się nieźle.

Ogromne podziękowania dla MrBrightside za wbijanie mi do głowy ogromu zasad interpunkcyjnych oraz dla Nerissy za wszelkie rady i szlify.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

zygfryd89

Oceny

Soma

20.11.2016

Hej. A może witam? Sama nie wiem, ten dziennik to nie był mój pomysł. Usłyszałam, że to część terapii, piszę więc do wymyślonej publiczności. Śmieszne, że rozmowa z wyimaginowanym przyjacielem to choroba, ale pisanie dla nieistniejącej widowni, już nie. Nieważne…

W dowodzie mam wpisane Hanna, jednak teraz nie jestem niczego pewna. Podziękowania kieruję do mojej schizofrenii paranoidalnej, ale łykam tabletki i chyba jest lepiej. To może jeszcze raz… Nazywam się Hanna i witam was w moim życiu.

Tak więc, moja droga publiczności – będę wam opisywała swoją codzienność. Niewiele się w niej dzieje, ale niech im będzie.

Od czego by tu zacząć… Dzisiaj wróciłam od lekarza, prosto do domu. Potem zamówiłam zakupy przez Internet i obejrzałam jakiś dokument w telewizji. W tym czasie przyjechały zamówione rzeczy wiec zrobiłam sobie kolację i łyknęłam leki. Na koniec dnia, długa kąpiel z bąbelkami by zmyć z siebie brud świata zewnętrznego, no i do łóżeczka. Koniec dnia.

15.11

Wstałam rano. Wzięłam leki i zrobiłam sobie śniadanie. Później przeczytałam gazetę i tak do 14 pracowałam przy komputerze. Straszny ból głowy przerwał mi pisanie, więc się położyłam i przysnęłam. Obudziłam się po kilku godzinach i do późna oglądałam seriale. Przed snem, wieczorne tabletki.

18.11

Postanowione. Przestaję opisywać pierdoły. W moim życiu nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Od tego momentu piszę tylko o rzeczach odbiegających od zwykłego, zaplanowanego dnia.

W sumie, dzisiaj jest taki dzień. Miałam atak lęku, jakoś wieczorem. Ubzdurałam sobie atak biologiczny, jakimś wirusem czy bakterią. Piszę „ubzdurałam” ale uspokoiłam się dopiero po dodatkowych lekach i telefonie do pani doktor. Nadal drżę gdy sobie przypomnę to wszystko. Okna nadal zostaną zamknięte.

21.11

Ten dzień był szczególny. Bez większego powodu postanowiłam wyjść z domu. Długo się wahałam, jednak ostatecznie poszłam. Wszystko co się stało potem utrzymało mnie w przekonaniu, że to był błąd.

Spacer po parku, z unikaniem innych ludzi, wychodził mi zaskakująco dobrze, potem jednak uznałam, że wstąpię do sklepu po coś słodkiego. Mój wzrok przyciągnęła gablotka pełna różnych wypieków. Kupiłam pączka i wyjątkowo przez myśl mi nie przeszło, że w pączku jest cyjanek, który dosypują tam piekarze, by zmniejszyć przeludnienie na świecie.

Wyszłam ze sklepu gdy podbiegł do mnie jakiś facet. Przez chwilę myślałam, że pędzi po tanie wino, ale nie alkohol był jego celem. Chwycił mnie za głowę i zanim zdążyłam zareagować, uderzył „z dyńki”. Zamroczona, upadłam na ziemię, oczy zalała mi krew z rozciętego czoła. Świadkowie co prawda wezwali policję, ale nawet mimo dokładnego rysopisu jasne było, że go nie znajdą. W końcu ilu meneli można opisać tekstem: „czerwona morda, brodaty, śmierdział drożdżami i bimbrem, uświniony w jakiejś brązowej mazi”.

Cały wieczór spędziłam pod prysznicem. Drobny siniak powinien zejść za kilka dni.

22.11

Poza ogromnym pryszczem na czole, nic nie zmąciło codziennego dnia. Na poprawę humoru po wczorajszym, zamówiłam sobie sukienkę.

24.11

Przyjechała moja sukienka! Uczciłam doskonały zakup lampką wina.

25.11

Rozchorowałam się. Źle się czuję, wszystko mnie boli. Mam wrażenie że pod skórą coś mi pełza. Wpieprzam leki na głowę, na gorączkę, na dreszcze… Przeciwbólowe co 30 minut. Zasypiam, wstaję, czasem budzę się nie wiedząc że zasn…

???.???

Nie mam pojęcia jaki jest dzień. Od dawna czuję się gorzej niż źle. To nie był zwykły pryszcz. Coś z niego wyrasta ale nie mogę się tego pozbyć. Nie panuję nad sobą. Tracę czucie w dłoniach. Próby wydłubywania i odcinania nic nie pomogły – to wciąż wraca. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam…

 

 

Odłożyłem dziennik denatki na stolik i wstałem z fotela.

– Nie powinienem przynosić pracy do domu. Przynajmniej nie tak dziwnych przypadków. Szklaneczka whisky, na poprawę humoru.

Przeszedłem przez pokój, podchodząc do regału zastawiającego całą ścianę. Otworzyłem barek, który kusił różnorakimi etykietami, ale dokładnie wiedziałem czego szukam. Moja ręka pewnie ominęła gąszcz butelek i chwyciła szyjkę singlemalta. Tego, który czekał na długie, jesienne wieczory. Takie jak dziś.

Wrzuciłem kostkę lodu do szklanki i zacząłem nalewać whisky, jednak zanim poziom bursztynowego płynu osiągnął pierwszy szlif wzoru, rozległ się dźwięk telefonu. Napełniwszy naczynie, podniosłem je i chwilę delektowałem się aromatem alkoholu. Ruszyłem przez puste mieszkanie by wcisnąć przycisk wideokonferencji na aparacie. W końcu rozmowa służbowa, czerwona lampka migała przy telefonie. Ekran telewizora błysnął i pokazał mi zmęczoną twarz naszego biegłego patologa, Ewy. Mojej byłej żony.

– Widzę, że dzwonię nie w porę. Niestety tak to bywa, gdy traci się poczucie czasu w pracy.

Oj. Faktycznie, ten obrazek nie będzie działał na moją korzyść – siedzę przed telewizorem ze szklaneczką whisky. Dobrze, że znamy się wystarczająco długo aby ta sytuacja nie dostała się wyżej.

– Czemuż zawdzięczam ten telefon? Chciałaś zobaczyć jak żywi ludzie spędzają wolny czas?

Twarz Ewy lekko się rozjaśniła w półuśmiechu

– Ty żywy? Proszę, nie rozśmieszaj mnie. Znowu zmieszałeś Prozac z łychą? Takich martwych skorup nie oglądam nawet w…

-Wystarczy – Oczywiście, obojętny ton mi nie wyszedł. –Zakładam, że nie dzwonisz, by potrenować poetyckie porównania, więc do rzeczy.

-Tak, wybacz – Jej oblicze znowu spochmurniało. – To chyba jasne, że rozmawiamy prywatnie, żadne z nas nie ujmie tych informacji w raportach, zgadza się?

Dobra, jej głos uderzył w dziwne tony, zrobiło się chłodniej.

– Jasne, ale o co chodzi?

-Nie obawiaj się – parsknęła, – I tak nikt by ci w to nie uwierzył. Więc do rzeczy. Pamiętasz tę schizofreniczkę? – Skinąłem głową. – No właśnie. Czytałeś raport z sekcji?

-Jeszcze nie, teraz przeglądałem jej dziennik. Jeden z techników podrzucił mi kopię po znajomości.

– Dobra – Wzruszyła ramionami. – Streścić, czy sam przeczytasz sobie medyczne zawijasy?

– Streść. – Rozsiadłem się wygodniej. Whisky osiągnęła temperaturę mojej dłoni. A może dłoń, temperaturę whisky?

-Standardy pominę, w końcu tam byłeś – Tak… Flashback, migawka. Powiedziałbym że widzę czarno-białe zdjęcie z miejsca zbrodni ale wszystko jest otoczone czerwonawą mgiełką. – … brak bliskiej rodziny, miała ciotkę w Radomiu i wujka w Gdańsku, nie odzywała się do nich od ponad czterech lat. Jednak nie to jest ważne. Pamiętasz, co wystawało jej z czoła? Tak, to był jakiś gatunek grzyba, ściągnęliśmy specjalistów. Dalej nad nim pracują – półmetrowy grzyb z kulą na końcu, dyndającą na boki i sypiącą czerwonym pyłkiem, widziałem reakcje techników którzy…

– … słuchasz mnie?

Wzdrygnąłem się.

– Tak, tak, słucham. Miałaś mi powiedzieć więcej o samej sekcji.

-No i tu zaczyna się robić naprawdę dziwnie. W raportach wpisałam „przedawkowanie leków” ze względu na brak znamion przestępstwa, ale… Nie wiem jak to powiedzieć, więc uderzę prosto z mostu – dziewczyna, zamiast krwi, miała w żyłach brązową maź!

– Co?! To chyba nie jest możliwe u normalnego trupa, zgadza się?

 – Raczej nie. Dodajmy, że w naczyniach nie powinno być ciśnienia. Natomiast wbijam się w żyłę a tłok strzykawki zostaje wypchnięty przez tę substancję. Substancję w której rozpuszczone są leki i alkohol. A jestem jeszcze przed otwieraniem mózgoczaszki. Już się boję co tam znajdę. Odezwę się jak skończę.

Westchnąłem.

– Zaczekaj. Nie sądzisz, że mamy parę spraw do omówienia? – Widząc dezaprobatę na jej twarzy, podniosłem rękę w uspokajającym geście – Niekoniecznie teraz. Zamknijmy tę sprawę, wtedy się umówimy.

– Nie rozmawiajmy o tym teraz. – Słowa, jak przeciąg, wywołały dreszcz na moich plecach. – Zadzwonię za kilka godzin, może będę wiedziała więcej.

 – Czyli zakładasz że nie zasnę do rana? Pewnie masz rację, wyśpimy się po śmierci. Miłej pracy, trzymaj się.

Stuknięciem w pilota, wyłączyłem wideokonferencję. Przełączyło na telewizję publiczną.

Na ekranie pojawiła się uśmiechnięta prezenterka wiadomości. Delikatnie poprawiając sari, ruszyła z kolejną informacją: „96% Polaków głosowało aby nowym Królem Polski został Ksirodakaśaji Wisznu„

Odbiornik umilkł. Dopiero po chwili zrozumiałem, że mechanicznie wcisnąłem przycisk pilota.

Wstałem, przeszedłem przez pokój i usiadłem za biurkiem. Ta rozmowa była dość dziwna, Ewa nie miała w zwyczaju panikować.

– Może już podesłali mi raporty techników? – pomyślałem.

Faktycznie, mail czekał już od 30 minut.

Raport niestety nie ujawnił żadnych odpowiedzi, jedynie dołożył nowe pytania. Zero śladów włamania, jedno z okien uchylone, ale bez możliwości otworzenia z zewnątrz – do tego czwarte piętro, dziennik (u mnie w domu była kopia, wraz z opinią psychiatryczną o stanie zmarłej) nie był zniszczony ale po ostatnich wpisach zabrudzony dziwną substancją, już wysłaną do analizy. Światło UV nie ujawniło śladów spermy, jedynie kilka napisów na ścianach. Wszystkie wykonano krwią, jednak technikom nie udało się ich przetłumaczyć, postanowiono więc poinformować lingwistów specjalizujących się w sanskrycie.

-Nie, to nie wyglądało na morderstwo lub samobójstwo na tle religijnym. – Zerknąłem na końcówkę raportu, z nadzieją odnalezienia tam czegokolwiek co przybliżyłoby mnie do rozwiązania.

Informacji o dziwnym tworze w innych częściach mieszkania nie było wcale, jedynie jeden z techników wystosował nieoficjalną notkę dodaną do raportu, wyrażając zdziwienie w temacie roślin. Mianowicie wszystkie uschły, a trzy doniczki z bazylią azjatycką, bardzo wymagającą rośliną, były świeże, zdrowe i wyglądały jakby rano zostały podlane. Nic więcej.

-Przedawkowanie. Po prostu przedawkowanie. – mruknąłem, zachrypniętym głosem. Spojrzałem na stojącą na biurku szklankę. Bursztynowy płyn wyglądał jak żywica. Nawet nie wiem kiedy go tu przyniosłem. Wzruszyłem ramionami – Do dna! – Wlałem w siebie singlemalta.

Wstałem, by skończyć czytać kopię dziennika jednak silny zawrót głowy przekonał mnie by najpierw zajrzeć do szafki z lekami.

-Nie mam czasu na chorowanie – mruczałem pod nosem, wysypując na dłoń kolejne tabletki.– Gardło, głowa, dreszcze… Do rana muszę być zdrowy.

Wszystkie leki popiłem wodą z kranu i ruszyłem do dziennika. Mrowienie rozchodzące się pod skórą, oznaczało chyba, że nie powinienem mieszać leków z alkoholem, jednak było już trochę za późno.

– Na to się chyba nie umiera.

Rozsiadłem się wygodnie w fotelu. Szybko znalazłem miejsce w którym skończyłem czytać.

 

… wciąż wraca. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam. Leków nie biorę od dawna, strasznie źle się po nich czuję. Tracę przytomność leżąc w łóżku wieczorem, ale rano budzę się ubrana, z ubłoconymi butami. Nie wiem co się dzieje…

 

<brak daty>

माँ, हमजल्दहीपूराकरेगा।मैंनिर्वाणमेंतुम्हेंदेखाथा।पहलेसेहीजटिलशिकार (w trakcie tłumaczeń – przyp technika)

 

Opinia lekarki:

Pacjentka ogólnie stabilna, dobrze rokująca. Cierpi na schizofrenię paranoidalną wraz z zespołem Kandinskiego i Clérambaulta (pseudohalucynacje i urojenia owładnięcia). Ustabilizowana lekami. Dobre samopoczucie, nie wykazuje objawów depresji, nie zgłasza działań niepożądanych. Obserwujemy poprawę z wizyty na wizytę.

Ostatnie słowa przeczytałem z trudem, ból głowy zamroczył mi wzrok.

-To chyba czas by się położyć. I tak nic nie wymyślę w tym stanie.

Brązowa kropla uderzyła tuż koło kropki zamykającej ostatnie zdanie opinii lekarki. Zamarłem na kilka sekund.

-No chyba kurwa nie…

Pobiegłem do łazienki. Zmęczony życiem, posiwiały facet koło czterdziestki spojrzał na mnie z lustra. Jedna rzecz nie pasowała jednak do codzienności. Brązowo– czerwona kropka między oczami, z której strużką ciekła substancja takiego samego koloru.

„uświniony w jakiejś brązowej mazi”

„po ostatnich wpisach zabrudzony dziwną substancją”

Usiadłem na podłodze w łazience. Dreszcze opanowały całe moje ciało. Muszę zastanowić się co robić, ale szczękanie moich własnych zębów nie pozwalało mi zebrać myśli. Może whisky rozjaśni mi w głowie? Przeszedłem na czworakach do salonu i podpierając się o półki, sięgnąłem do barku. Szukając po omacku, znalazłem butelkę jednak w momencie jej odkręcenia, ból powalił mnie na ziemię.

-Nie lubisz alkoholu, co skurwysynu? A ogień? – wyciągnąłem paczkę papierosów.

Odpaliłem pierwszego fajka i dotarła do mnie powaga sytuacji. Tym razem z tego nie wyjdę. To nie jest lekki postrzał czy dźgnięcie nożem. Przeczołgałem się do swojego biurka. Górna szuflada. Włożyłem do środka rękę, naładowany pistolet wręcz wskoczył mi w dłoń. Spojrzałem na błyszczącą lufę.

-Jeszcze jedna rzecz.– Dolna szuflada, pod papierami. Zdjęcie w ramce. Zdjęcie sprzed roku. Zdjęcie nadzwyczaj mi bliskie. Nagle dotarło to do mnie… Ktoś będzie mnie identyfikował. Zwykle dzwoni się po najbliższą rodzinę. Ja byłem tylko chwilę u denatki, a i tak złapałem ten syf. Nie mogę im tego zrobić.

Chwyciłem flaszkę i ruszyłem w stronę kuchni.

 

 

 

 

***

Ewa ponownie wstukała numer. Marek dalej nie odbierał.

– Do cholery, odbierz wreszcie. Przecież rozmawialiśmy dosłownie 20 minut temu, nie? – Rzuciła słuchawkę. – Trudno, jadę do ciebie.

Pół godziny i siedem złamanych przepisów drogowych później, była na miejscu. Cóż, prawie. Dalszą jazdę uniemożliwiał postawiony w poprzek radiowóz.

-Pani wybaczy, nikogo nie wpuszczamy.

Złe przeczucia ogarnęły Ewę – co się stało?

– Nie widzi pani dymu? – Policjant uważnie się jej przyjrzał. – Wybuch instalacji gazowej w jednym z mieszkań. Nie ma przejazdu. Straż dopiero zabezpiecza budynek. Ktoś z pani bliskich tam mieszkał?

Kobieta zbladła. Straciła jednego ze współpracowników, ale co gorsza – jedną z najbliższych jej osób. Planowała jednak pogodzić się z Markiem, zwłaszcza gdy zobaczyła, że wciąż mu zależy. Teraz jednak było już za późno. Co powie dzieciom?

-Wszystko w porządku? – Policjant wsadził głowę przez otwarte okno. – Może zawołać ratowników medycznych?

-Nie, nie, dziękuję. Tylko zakręciło mi się w głowie. Przepraszam, śpieszę się. – Myśli kotłowały się w głowie Ewy. Co powie dzieciom? Jak sama da sobie radę z tym wszystkim?

Gdyby Ewa pojawiła się w pokoju martwej schizofreniczki, gdyby nie wysłała tam swojego pracownika, miałaby jeszcze jeden powód do zamartwiania się. Wtedy wiedziałaby jak wygląda czerwona mgiełka zarodników.

Dokładnie taka jaka rozniosła się w okolicy.

Jaką wdychali policjanci.

Jaką wdychali gapie.

Jaką wdychała ona sama.

Jednak Ewa nie wiedziała. Wróciła więc do domu, zajrzała do dzieci by zobaczyć czy już śpią, a następnie zamknęła się w swoim gabinecie. Tam odkręciła butelkę wódki, którą kupiła po drodze i piła tak długo, aż zasnęła na podłodze.

Spała spokojnie, a w rytm jej oddechu pulsowała brązowa kropka między jej oczami.

 

 

Koniec

Komentarze

Z interpunkcją nadal lipa, wybrałem kilka przykładów:

Na koniec dnia[-,] długa kąpiel z bąbelkami

Nie trzeba przecinka po inicjalnym okoliczniku czasu (choć nawet mnie intuicja czasem namawia – nie wiem skąd to się bierze, grzyby jakieś?)

Nadal drżę [+,]gdy sobie przypomnę

dwa orzeczenia

Wszystko[+,] co się stało potem[+,] utrzymało mnie w przekonaniu

Wyszłam ze sklepu[+,] gdy podbiegł do mnie jakiś facet.

dokładnie wiedziałem[+,] czego szukam

Ruszyłem przez puste mieszkanie[+,] by wcisnąć

Standardy pominę, w końcu tam byłeś [+.] – Tak… Flashback,

Stuknięciem w pilota[-,] wyłączyłem wideokonferencję.

To jedno zdanie proste.

Heh. Lubię takie historie. Ta nie jest jakoś wybitnie opowiedziana (technicznie mogłoby być znacznie lepiej), ale ma sympatyczne zmiany punktów widzenia i toczy się bez większych przestojów. Fabularnie nic nadzwyczajnego, ale przynajmniej taki Hollywood nic jeszcze takiego nie wypluł – może jakiś horror klasy C. A propos, trochę mało klimatu jak na ten gatunek. Zabrakło elementu zagrożenia – gdy tylko się pojawia (jeden z narratorów zaczyna zachowywać się dziwnie), wiemy, jak rzecz się skończy. Czyta się więc dość beznamiętnie.

Wspomnę jeszcze, że na początku myślałem, że te błędy (głównie interpunkcja) w dzienniku to taki manewr wyliczony na zmylenie czytelnika. Trochę się zawiodłem, gdy reszta była w podobnym stylu. Tego typu zmiany narracji zawsze doceniam.

(edit) Ciekawie wplecione elementy hinduistyczne.

Dam 4– na zachętę, ale równie blisko do 3+.

Vargu, nie chciałbyś widzieć oryginalnej wersji. :p

Pewnie gdyby nie deadline konkursu, to dalibyśmy radę to bardziej wygładzić…Ale wiem – winny się tłumaczy. ;)

Na początku było gorzej, potwierdzam.

Mam nadzieję, że z czasem się wyrobię i w temacie warsztatu, i w temacie interpunkcji

Dzięki za opinię :D

Pomysł niezły, zaciekawia, ale brakuje mi wyjaśnienia, jak to się zaczęło. Domyślam się, że schizofreniczka była przypadkową ofiarą brodacza z czerwoną mordą, domyślam się, że w jakiś sposób Polską zawładnęli Hindusi, ale szkoda, że nie została wyjaśniona zagadka grzyba i czerwonej mgiełki. A może nie trzeba niczego tłumaczyć i przyjąć opowiadanie takie, jakie jest…

Czytało się nieźle i byłaby to całkiem satysfakcjonująca lektura, gdyby nie wykonanie, pozostawiające sporo do życzenia. Najbardziej przeszkadzały źle zapisane dialogi.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą bardziej dopracowane i napisane znacznie lepiej. ;-)

 

Prze­sze­dłem przez pokój, pod­cho­dząc do re­ga­łu… – Powtórzenie.

 

Otwo­rzy­łem barek, który kusił róż­no­ra­ki­mi ety­kie­ta­mi… – Etykietami? A nie zawartością butelek? ;-)

 

Znowu zmie­sza­łeś Pro­zac z łychą?Znowu zmie­sza­łeś pro­zac z łychą?

Nazwy leków piszemy małą literą.

 

-Wy­star­czy – Oczy­wi­ście, obo­jęt­ny ton mi nie wy­szedł. –Za­kła­dam, że nie dzwo­nisz… – – Wy­star­czy. – Oczy­wi­ście, obo­jęt­ny ton mi nie wy­szedł. – Za­kła­dam, że nie dzwo­nisz

Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie. :-(

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

–Za­kła­dam, że nie dzwo­nisz… – – Za­kła­dam, że nie dzwo­nisz

Brak spacji po półpauzie.

 

Po­wie­dział­bym że widzę czar­no-bia­łe zdję­cie… – Literówka.

Te słowa, jeśli dobrze zrozumiałam, wypowiada kobieta.

 

– … brak bli­skiej ro­dzi­ny, miała ciot­kę w Ra­do­miu… – Zbędna spacja po wielokropku. Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadania. :(

Ciotka, to siostra matki; wydaje mi się, że to jest bliska rodzina.

 

96% Po­la­ków gło­so­wa­ło aby nowym Kró­lem Pol­ski zo­stał Ksi­ro­da­ka­śa­ji Wisz­nu„dziewięćdziesiąt sześć procent Po­la­ków gło­so­wa­ło aby nowym Kró­lem Pol­ski zo­stał Ksi­ro­da­ka­śa­ji Wisz­nu”.

Wiadomość podaje spikerka, więc liczebnik powinien być zapisany słownie, bez użycia symbolu.

 

Fak­tycz­nie, mail cze­kał już od 30 minut.Fak­tycz­nie, mail cze­kał już od trzydziestu minut.

 

je­dy­nie jeden z tech­ni­ków wy­sto­so­wał nie­ofi­cjal­ną notkę… – Powtórzenie.

 

w te­ma­cie ro­ślin. Mia­no­wi­cie wszyst­kie uschły, a trzy do­nicz­ki z ba­zy­lią azja­tyc­ką, bar­dzo wy­ma­ga­ją­cą ro­śli­ną… – Powtórzenie.

 

Brą­zo­wo– czer­wo­na krop­ka mię­dzy ocza­mi… – Brą­zo­woczer­wo­na krop­ka mię­dzy ocza­mi

 

Dresz­cze opa­no­wa­ły całe moje ciało. Muszę za­sta­no­wić się co robić, ale szczę­ka­nie moich wła­snych zębów nie po­zwa­la­ło mi ze­brać myśli. Może whi­sky roz­ja­śni mi w gło­wie? – Nadmiar zaimków.

 

Prze­sze­dłem na czwo­ra­kach do sa­lo­nu i pod­pie­ra­jąc się o półki, się­gną­łem do barku. – …i opierając/ wspierając się o półki, się­gną­łem do barku.

Podpieramy się czymś, nie o coś.

 

Od­pa­li­łem pierw­sze­go fajka i do­tar­ła do mnie po­wa­ga sy­tu­acji.Zapa­li­łem pierw­sze­go fajka i do­tar­ła do mnie po­wa­ga sy­tu­acji.

Odpalić papierosa można od innego, już palącego się.

 

Prze­cież roz­ma­wia­li­śmy do­słow­nie 20 minut temu, nie?Prze­cież roz­ma­wia­li­śmy do­słow­nie dwadzieścia minut temu, nie?

 

Stra­ci­ła jed­ne­go ze współ­pra­cow­ni­ków, ale co gor­sza – jedną z naj­bliż­szych jej osób. – …jedną z naj­bliż­szych sobie osób.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Planowałem zostawić miejsce na domysły, mam nadzieję, że nie przesadziłem.

Dodam – faktycznie kusi zawartość, a nie etykieta, jednak moim celem było podkreślenie samej wartości alkoholu, marki, dobrego rocznika. Niestety, był to trochę kulawy zabieg, więc na przyszłość tylko wychwalanie procentów, nigdy marki :D

Cieszą mnie wszystkie miłe słowa i dzięki za opinię :)

Ponoć najbardziej zacne trunki mają bardzo stonowane, wręcz niepozorne etykiety. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawa historia, nieźle wykorzystałeś hasło.

Gorzej z wykonaniem: zapis dialogów, spacje przy myślnikach, ta kuśtykająca interpunkcja… Liczby raczej piszemy słownie. Jeszcze można przemycić cyfry w pamiętniku (w końcu bohaterka nie musi świetnie znać polskiego), ale nigdy w dialogach.

Gdyby nie te wszystkie drobne usterki, bibliotekowałabym.

 

 

Babska logika rządzi!

@Regulatorzy – nie wiedziałem o tym, nie stać mnie jeszcze by samemu się przekonać. :D

 Może w przyszłości…

@Finkla – Pierwszy akapit mi pochlebia. Drugi jest prawdziwy, jest listą rzeczy które muszę poprawić. Natomiast trzeci… Trzeci pozbawił mnie tchu, gruntu pod stopami i spokojnego snu. Jednakowoż dzięki za to wszystko. :)

Nie było moim zamiarem zsyłanie astmy, bezsenności ani wywoływanie trzęsienia ziemi. Chciałam tylko skłonić do większego wysiłku w przyszłości. :-)

Babska logika rządzi!

Znowu zmieszałeś Prozac z łychą?Znowu zmieszałeś prozac z łychą?

Nazwy leków piszemy małą literą.

W tym przypadku chyba jednak dużą, bo Prozac, to nazwa handlowa, czyli nazwa własna. Natomiast nazwy substancji czynnych faktycznie pisze się z małej litery, jednak wtedy tutaj należałoby użyć słowa “fluoksetyna”. ;)

Fluoksetyny nikt by nie rozpoznał…

Babska logika rządzi!

Pewnie dlatego nie została tutaj użyta. :D

Nie wiedziałem, że nazwy handlowe są traktowane w naszym języku tak po macoszemu. Cóż, mea culpa.

No coś Ty, jaka tam Twoja wina. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Widzę, że Finkla odpowiada już za wszelkie kataklizmy ;P

 

Teraz o tekście:

Szkoda, że całkiem niezły pomysł skopałeś tak złym wykonaniem… Błędów jest dużo. Znaczniej więcej, niż wyszczególniła Reg. Interpunkcja dogorywa w mękach – sprawdź zasady stosowania przecinków przy: jak, a, że, który, gdy. I innych słów wprowadzających zdanie podrzędne.

 

Sam pomysł interesujący, a dziennik i opinia lekarska fajnie urozmaicają akcję. Poszczególne sceny, chociażby ta, w której zmęczony Marek siada ze szklaneczką whisky, klimatyczne, wyraziste.

A zatem – możliwości są duże, tylko warsztat szwankuje ;)

Popraw to, a pisane przez Ciebie opowiadania będą z pewnością znacznie przyjemniejsze w odbiorze :)

Tyle ode mnie, pozdrawiam.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Tylko mnie proszę w boskość nie wrabiać! Jedna Reg już jest i wystarczy. ;-)

Babska logika rządzi!

G

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Takie tam przemyślenia mam, więc się dzielę. Podobają mi się zmiany perspektywy. Dobry pomysł na udynamicznienie akcji. Zmieniłbym tylko kolejność, czyli pamiętnik dał po narracji pierwszoosobowej lub jeszcze bardziej poszatkował. Teraz podajesz Autorze wszystko na tacy na samym początku.

Ciekawe ujęcie hasła (w wąskim znaczeniu). Trochę jednak nadmiarowe uzasadnienie – zmiany polityczno-religijne w Polsce? 96% poparcia? Sanskryt? IMO można było się obejść bez tych ozdobników, jeśliby trochę więcej czasu i miejsca poświęcić pierwszej (?) ofierze (dziewczynie ze schizofrenią). Nie przekonuje mnie również sposób złapania grzyba – taki Filip z konopi (indyjskich?), nagle wyskakuje ni stąd, ni zowąd, wali „z dyni” i, w efekcie, wybucha apokalipsa.

Lubię patologów w opowieściach (w realu nie miałem okazji poznać). Ciekawy wątek relacji damsko-męskich. Jedynie ta „łycha” mi zgrzytnęła i dopiero po kilkukrotnym powrocie do sceny zrozumiałem, że o whisky biega. Wydaje mi się również, że pytanie „Czy­ta­łeś ra­port z sek­cji?” pada nie tyle przedwcześnie, co bez sensu, skoro chwilę później pani patolog mówi: „je­stem jesz­cze przed otwie­ra­niem mó­zgo­czasz­ki”. Sekcja nie została zakończona, więc skąd policjant miał mieć raport i go czytać?

Zastanawia mnie znaczne przyspieszenie w cyklu życiowym grzyba. U Hanny rozwija się powoli, przez kilka dni, objawy narastają, pierwsza oznaka to pryszcz. U gliniarza następuje nagłe załamanie, zasadniczo bez jakichkolwiek symptomów poprzedzających. Jakby ktoś mu dodał czegoś do tego singlemalta. Sam wątek popijania whisky bliski memu sercu (zamiaruję właśnie sprawić sobie świąteczną butelczynę ;) lecz po lekturze mam pewne obawy…), a atak paniki draczny i udany.

Końcówka apokaliptyczna. Może nazbyt pospieszna.

 

Pod kątem technicznym sporo usterek interpunkcyjnych, tj. brakuje głównie przecinków oddzielających zdania podrzędne od nadrzędnych. Jest po terminie, a jurki oceniają, więc poprawiać nie wolno, podam zatem tylko kilka przykładów:

 

„Ru­szy­łem przez puste miesz­ka­nie[+,] by wci­snąć przy­cisk wi­de­okon­fe­ren­cji na apa­ra­cie.”

 

„Do­brze, że znamy się wy­star­cza­ją­co długo[+,] aby ta sy­tu­acja nie do­sta­ła się wyżej.” –

 

„Nie oba­wiaj się – par­sk­nę­ła, – I tak (…)” – parsknęła.

 

„– Dobra – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.” – Dobra.

 

„dziew­czy­na, za­miast krwi, miała w ży­łach brą­zo­wą maź!” – tutaj zamiast nie wprowadza zdania podrzędnego, więc przecinki wokół są zbędne i błędne

 

„Sub­stan­cję[+,] w któ­rej roz­pusz­czo­ne są leki i al­ko­hol.”

 

„Już się boję[+,] co tam znaj­dę.” –

 

„Ode­zwę się[+,] jak skoń­czę.” –

 

„Ta roz­mo­wa była dość dziw­na, Ewa nie miała w zwy­cza­ju pa­ni­ko­wać.” – dziwna.

 

„Ra­port[+,] nie­ste­ty[+,] nie ujaw­nił żad­nych od­po­wie­dzi, je­dy­nie do­ło­żył nowe py­ta­nia.” – można bez wskazanych przecinków; kontekst uzasadnia ich użycie, zakładam bowiem, że bohaterowi zależy na odpowiedziach i czuje rozczarowanie ich brakiem. Pod rozwagę.

 

Nie mogę też pominąć: „In­for­ma­cji o dziw­nym two­rze w in­nych czę­ściach miesz­ka­nia nie było wcale, je­dy­nie jeden z tech­ni­ków wy­sto­so­wał nie­ofi­cjal­ną notkę do­da­ną do ra­por­tu, wy­ra­ża­jąc zdzi­wie­nie w te­ma­cie ro­ślin.” – na temat

Jeszcze trzykrotnie używasz tej błędnej konstrukcji. O ile w komentarzach jestem w stanie przyjąć założenie, że to zabawa, puszczenie oka do rozmówcy, o tyle w samym opowiadaniu nie powinno się pojawić. A i z tym puszczaniem oka bym uważał. Lepiej ująć wtedy błędną konstrukcję w cudzysłów lub pochylić, dodać emotikon [;)].

Cieszy mnie, że ogólny pomysł się przyjął. Faktycznie, kolejność była dość specyficzna, niestety trochę za późno usiadłem do pracy i termin mnie przycisnął.

Podstawowo, wszelkie wskazówki hinduistyczne, były delikatniejsze ale uznaliśmy, że warto jaśniej to podkreślić. Rozumiem jednak o czym mówisz.

Co do raportu z sekcji – miałem pomysł na to, ale nie opisałem dokładnie więc przyjmuję wszelkie gromy.

Natomiast szybki rozwój grzyba – nie podkreślałem tego zbytnio, jednak planowo miał reagować na alkohol i leki. Pierwsza ofiara aktywuje się po lampce wina (jednej, potem nie pije i wszystko idzie powoli), natomiast detektyw sączy whisky i miesza to z kilkoma tabletkami, do tego Ewa sugeruje łączenie prozacu z alkoholem. Możemy również założyć, ogólne duże spożycie u detektywa.

Kajam się za cały “techniczny” akapit, sto procent prawdy.

Wielkie dzięki za wszelkie wskazówki, postaram się je wprowadzić w życie przy dalszej twórczości. Również lepszą chronologię i dokładniejsze przekazywanie swoich idei.

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jest sobie jakiś grzyb, który zabija nosicieli, ale wcześniej objawia się kropką na ich czołach, i ma on coś wspólnego z hinduizmem. Hm. Nic z tego nie rozumiem, ale nie wciągnęła mnie ta opowieść :-(

Są takie chwile, kiedy bycie Cieniem burzy mi spokój w życiu. Moment, w którym odkrywam, że szlag jasny nieuzasadniony pochłonął gdzieś komentarz, który dla Ciebie napisałem, wpisuje się w ten schemat idealnie.

Jest też już za późno, nawet dla mnie, by brać się za to od nowa, więc dzisiaj opinii nie będzie, przepraszam.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ogólnie całkiem mi się podobało, napisane dość lekko i czyta się bez bólu.

Pojawiły się drobne usterki: a to przecinek gdzieś jest, gdzie go być nie powinno, a to zaimkoza przycupnęła w kąciku… Ale nie jest źle :)

Koncepcja fajna, lekko niepokojąca, w dodatku przypomniała mi inny tekst, który akurat mnie zachwycił: “Czarne kropki” vyzarta :) Może nie powinnam go polecać pod Twoim opowiadaniem, ale skojarzenie jest bardzo mocne :)

Opisy schizofreniczki były według mnie nieco lepsze, potem klimat leciutko siadł, ale końcówka z pulsującą kropką dała radę :)

 

Tak więc: całkiem nieźle, grafomania Ci nie grozi, Miszoq :)

P.S. Czy to przypadek, że bohaterowie zalewają grzyba alkoholem? To jakieś jego pożywienie jest, dobrze na plechę robi, czy to taki nieplanowany zbieg okoliczności?

Wersja skrócona zaginionego komentarza:

W tekście jest wiele absurdów, które psuły mi odbiór, jak choćby strach Marka przed tym, że ex doniesie na niego komuś “wyżej”, że pije, choć pił po służbie. Albo fakt, że Ewa skończyła raport z sekcji i wysłała go Markowi, choć potem stwierdza, że nawet nie otworzyła jeszcze czaszki denatki. Dalej: Ewa podaje jako oficjalną przyczynę zgonu przedawkowanie, ale tylko dlatego, że “brak znamion przestępstwa”. To samo w sobie jest absurdalne, bo idąc tą logiką każdą jedną śmierć bez wyraźnego a przy tym świadomego działu osób trzecich – od zawałów i udarów poprzez wypadki drogowe, a na utopieniu w gnojówce kończąc – można by sklasyfikować jako “przedawkowanie”. Ale tutaj dochodzi jeszcze fakt, że – i to jest mój hit – martwej dziołszce zwisa z czoła półmetrowy grzyb. Powtórzę: kobiecie z czoła zwisa wielgachny grzyb, ale oni dochodzą do wniosku, że zmarła, bo przedawkowała leki, i to tylko dlatego, że chyba nikt jej jednak nie zabił. Co gorsza, Marek, jakiś tam policyjny detektyw, mimo że był w mieszkaniu Hanki i widział tego pieprzonego grzyba na jej czole, nadal zastanawia się, czy nie było to morderstwo na tle religijnym albo inny jakiś szajs.

Zachowanie bohatera po odkryciu, że jest zarażony też zupełnie nie do kupienia. Po pierwsze, totalny brak jakichkolwiek emocji i refleksji, tylko od razu kula w łeb, co mu tam. Normalny człowiek sfajdałby się ze strachu, a potem próbowałby ratować, dzwonić na pogotowie albo, co bardziej logiczne w przypadku Marka, do Ewy, która też jest w końcu jakiegoś rodzaju lekarzem i ma już pewne pojęcie o sprawie (choć taka z niej fachura, że kula w łeb brzmi jak zupełnie niezła alternatywa dla znalezienia się pod jej opieką).

Facet jednak postanawia, że się nie zabije, tylko pozgrywa bohatera. I w tym celu, zamiast próbować pomóc znaleźć sposób na pozbycie się pasożyta… wysadza pół kamienicy, zapewne razem z lokatorami. Bardzo mądrze.

Potem jeszcze czas: W jakieś pięćdziesiąt minut od rozmowy Marka i Ewy zdarzyła się cała kupa ciekawych rzeczy: Marek obejrzał wiadomości (motyw z tym wyborem nowego króla już nawet nie tyle zbędny, jako że nic do samego opowiadania nie wnosi, co wręcz szkodliwy, bo totalnie wybija z rytmu i nakierowuje opowiadanie na zupełnie inne tory, wprowadzając wielki, a przy tym niepotrzebny chaos narracyjny), przejrzał pocztę, przeczytał raport, podumał o morderstwach na tle religijnym, odkrył, że jest zarażony, omal się nie zastrzelił, zmienił zdanie i wysadził się wraz z połową kamienicy, przyjechały służby ratunkowe i policja, zablokowano drogi, i nawet odkryto przyczynę pożaru/wybuchu. Natomiast Ewa w tym czasie zdążyła tylko nie dodzwonić się do byłego i przyjechać pod jego dom. Nie kupuję tego zupełnie – co za dużo, to niezdrowo.

Nasuwa mi się też pytanie, co ci mądrale na policji mieli w głowach, skoro nie zastosowali żadnej kwarantanny wobec funkcjonariuszy i wszystkich innych obecnych na miejscu, skoro wyraźnie stoi, że grzyb na czole Hanki wydzielał jakąś czerwoną mgiełkę, natury której raczej łatwo się domyślić. A jeśli się nie domyślali, to tym bardziej powinni zachować szczególną ostrożność wobec nieznanego, potencjalnie śmiertelnego zagrożenia. A tymczasem wszyscy najwyraźniej wracają sobie spokojnie do domów i zupełnie niczym się nie przejmują; absolutne zero refleksji. Jak dzieci w piaskownicy. Gdzie w tym wszystkim jakieś Centrum Epidemiologiczne albo coś?

Tak więc jeśli chodzi o bohaterów i wiarygodność opisanych zdarzeń, położyłeś tekst całkowicie. Nie tylko Marek i Ewa, ale cała Policja w tym tekście to – wybacz dosadność – niekompetentni kretyni, a historia jest naprawdę naciągana.

Nawet typowo kingowski finał (choć u niego to raczej prologi niż epilogi tak wyglądają) nie ratuje sytuacji, niestety.

Z plusów, to przede wszystkim ten, że mimo, iż cały czas zgrzytałem zębami, jednak wciągnąłem się w opowieść i czytałem z pewnym zainteresowaniem. Narracja mnie porwała, a chwilami nawet pojawiał się niezły klimat. Masz więc dobry, absorbujący styl. Choć warsztat mógłby być lepszy. Nu, ale warsztat zawsze mógłby być lepszy. Kolejny plusik za bardzo nietypowe, wręcz zaskakujące, a przy tym ciekawe podejście do hasła konkursowego. No i należyte tego hasła wykorzystanie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Wielkie dzięki za wszelkie opinie, te konstruktywne jak i ogólne.

Cieszą mnie wszelkie plusy, minusy postaram się na przyszłość wyeliminować ;)

Szczerze, nie capnęło od początku, jak to czasem bywa, kiedy siadasz do opowiadania i nie możesz się oderwać. Część udająca dziennik jest słabawa – autorka coś nie ma talentu do opowiadania historii. ^^ Ale potem jest już tylko lepiej, reszta opowieści nawet mnie wkręciła, chociaż zabrakło mi emocji, poczucia zagrożenia – kiedy już przychodzi co do czego, wydarzenia dzieją się szybko i brakuje napięcia.

Spodobało mi się nietypowe podejście do hasła. No i, co tu dużo gadać, motyw morderczych grzybów zawsze łyknę.

W przeciwieństwie do tła politycznego; można było inaczej i znacznie bardziej wiarygodnie uzasadnić obecność indyjskiego grzyba w Polsce. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Jak dla mnie – nieźle. Jest uczucie niepokoju, fragmenty z pamiętnikiem to według mnie ciekawy pomysł. Fabuła nie rzuca na kolana, ale jest z gatunku tych, co zawsze choć trochę mnie zainteresują.

Mnie się podobało :)

Nowa Fantastyka