- Opowiadanie: dogsdumpling - Przejście

Przejście

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Przejście

Lena obudziło nieznośne mrowienie w prawym barku oraz pulsujący ból w skroniach. Gdy tylko opanował zawroty głowy, zalała go fala mdłości i rozczarowania. To jeszcze nie dzisiaj – pomyślał rozgoryczony. Z ponurego nastroju wyrwał mężczyznę dźwięk gongu, bezlitośnie wwiercający się w czaszkę, z każdym kolejnym uderzeniem głębiej i mocniej. Świdrujący ból rozprzestrzeniał się z zawrotną prędkością, zajmując poszczególne obszary twarzy, skupiając się gdzieś z tyłu głowy. Dzień ceremonii Przejścia jego najmłodszego brata. To powinien być dzień Lena. Czekał już tyle lat. Miał ochotę się rozpłakać.

Poły namiotu rozchyliły się, ukazując gładką twarz nie-ojca. Len z trudem podniósł się z posłania i pospieszył na posiłek. Nie-matki rozdawały wśród niedojrzałych mieszkańców wioski miski z wodnistą polewką. W zupie niemrawo unosiły się nieliczne kawałki warzyw. Pleśń przetrzebiła plony w tym roku – jedynie korzeni było pod dostatkiem. Szykowała się monotonna zima – pomyślał zrezygnowany Len, z uporem przeżuwając włóknistą bryłkę bliżej niezidentyfikowanego warzywa.

Był pewien, że już niedługo nastanie Jego czas. Powiódł wzrokiem po ludziach zebranych wokół paleniska. Po przeciwnej stronie, blisko ognia i ciepła, zasiadali dwaj młodsi bracia Lena – od dziś obydwaj należeli już do Ojców. Na wychudzonej twarzy najmłodszego z rodzeństwa gościł uśmiech. Jego dzień. Nie mój – Len zacisnął ze złością pięści, aż zbielały mu kłykcie. To na cześć Lota ubito wczoraj dziką świnię, której zapach powoli zaczynał rozchodzić się po całej wiosce. Patrzył na brzydką, czerwoną jeszcze bliznę, znajdującą się w dolnej części pleców brata – dowód dojrzałości, i nie potrafił życzyć mu dobrze.

No i była jeszcze Lena, z zarysowującym się coraz wyraźniej brzuszkiem pod płóciennym okryciem. Zostało jej coraz mniej czasu, a pragnął, wręcz potrzebował, obecności tej młodej kobiety, w dniu próby.

*

Nie zdążył. W swoje czterdzieste urodziny patrzył na nieruchomą twarz Leny, na którą opadały złote okruchy liści sypane przez nie-matki. Już wkrótce zimne ciało jego ukochanej siostry zniknie na zawsze pod tłustymi grudami zmarzniętej ziemi. Nie pozwolono mu się nawet pożegnać – Len zacisnął zęby ze złością wymieszaną z żalem. Ostatni raz rozmawiali dwa miesiące wcześniej, kiedy Lena jeszcze mogła chodzić. Gdy zaawansowana ciąża oraz ból przykuły ją do łóżka, nie pozwolono na odwiedziny żadnemu z niedojrzałych członków wspólnoty. Takie prawo przysługiwało tylko Ojcom oraz Przynależącym kobietom.

Przy porodzie ciężarnej asystowały dwie najstarsze i najbardziej doświadczone nie-matki-akuszerki, z dojrzałych mieszkańców wioski obecny był jedynie Ojciec-opiekun, a to i tak tylko do momentu przyjścia na świat swojego potomka. Krzyk noworodka stanowił sygnał do zabrania dziecka i opuszczenia namiotu. Kobiety myły wyniszczone porodem i ciążą ciało, rozcinały brzuch, aby usunąć pozostałości macicy oraz krwawą miazgę rdzenia kręgowego, i wypełniały powstałą przestrzeń gorzkimi ziołami oraz złotymi liśćmi w podziękowaniu za żywe niemowlę. Następnie pozostałe nie-matki przystępowały do obrzędów pogrzebowych. Mężczyznom zabroniono uczestniczyć w rytuałach należących do świata śmierci. Len jeszcze nie był mężczyzną. Pustym wzrokiem spojrzał na opuchnięte, pełne mleka piersi oraz długi, czerwony szew biegnący środkiem brzucha. Daleko za jego plecami rysowała się sylwetka Ojca-opiekuna trzymającego na rękach małą Lenę.

**

Minęły trzy lata – tysiąc dziewięćdziesiąt pięć dni rozczarowań i narastającego żalu. Mimo iż zostało mu już niewiele czasu, Len nie był gotowy pogodzić się z tym, że, przypuszczalnie, nigdy nie zostanie Ojcem.

W dniu czterdziestych trzecich urodzin odgłos gongu ogłosił ceremonię Przydziału Lota oraz siedemnastoletniej czarnowłosej dziewczyny, której imienia Len nie pamiętał. Mężczyzna zazdrościł bratu z całego serca. Złość podsycała wiedza, że Przydzieleni mieli się ku sobie. Nieczęsto się zdarzało, żeby po ceremonii Przejścia czekała na Ojca upragniona dziewczyna. I żeby uczucie było obustronne. Oby jak najszybciej zaszła w ciążę – pomyślał Len z zawiścią. I tak też się stało. Dwa księżyce po ceremonii rozeszła się wieść, iż Mej spodziewa się dziecka.

Dziesięć miesięcy później Lena obudziła nienaturalna cisza przetykana głuchymi uderzeniami. Gdy wyszedł ze swojego namiotu, ujrzał zbiegowisko kobiet, dzieci oraz niedojrzałych członków społeczności. Wszyscy skupili się wokół kamiennego postumentu, na którym stał święty gong. Drewniana konstrukcja, podtrzymująca instrument, chwiała się pod uderzeniami siekiery jego najmłodszego brata. Nieruchomy tłum patrzył jak zahipnotyzowany na niemy akt furii napędzany rozpaczą. Ojcowie jeszcze nie wrócili z polowania, a nikt z obecnych nie odważył się podejść. „Oby jak najszybciej zaszła w ciążę. Życzę wam, żeby jak najszybciej zaszła w ciążę, niech zajdzie w ciążę…” – jego własne słowa wracały do Lena z każdym uderzeniem ostrza. „Niech zajdzie w ciążę, niech…” – z początku nieśmiałe, wyraźniejsze jednak z każdym jękiem gongu, ukłucia bólu powoli przedzierały się do świadomości mężczyzny. Poczuł krew falami napływającą w okolice lędźwi. Zaszumiało mu w uszach. Nagły skurcz mięśni oraz wrażenie rozrywanego ciała sprawiły, że pociemniało mu przed oczami. Len stracił przytomność.

 

Nabrzmiałą ciszę rozdarł płacz małej Mej.

 

Koniec

Komentarze

Rany, co ma znaczyć to zakończenie? Czuję się lekko skonfundowany… On tę małą Mej, no wiesz… urodził?

Ciekawy tekst, choć mogłaś pokusić się o dokładniejsze, bogatsze zarysowanie go. No i wplecenie konkretniejszej fabuły, bo tutaj jest tylko scenka związana z oczekiwaniem Lena, a w efekcie – integracja czytelnika z postaciami wypada średnio ;(

Dlaczego kobiety umierały podczas porodu? Skąd pomysł na ten gong i co takiego musiało się wydarzyć, by Len został Ojcem?

Wizja jest ciekawa, bardzo ponura, jednak zbyt wiele tu niedopowiedzeń, przynajmniej dla mnie…

Warsztatowo całkiem nieźle, czytało się sprawnie.

 

Tyle ode mnie, na koniec para uwag ;)

Świdrujący ból rozprzestrzeniał się z zawrotną prędkością, zajmując poszczególne obszary twarzy – od zatok, poprzez szczękę, zęby oraz oczy, skupiając się gdzieś z tyłu głowy.

Miał zęby na twarzy? I zatoki? :O Trochę przerażające, nie uważasz? A tak serio – trochę nieszczęśliwy ten opis :/

Poły namiotu uchyliły się

“rozchyliły się” moim zdaniem. Uchylić mogły się chociażby drzwi ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki za komentarz.

 

Ostatnie zdanie jest bezpośrednio związane z powodem, dla którego brat zaatakował gong ;) Co do pozostałych pytań, nie wiem, czy to wiele rozjaśni, ale wylosowane przeze mnie hasło bardzo skomplikowało życie bohaterów ;)

 

Co do twarzy, masz absolutną rację – już przed wrzuceniem coś mi nie grało. Na razie wywaliłam ten fragment, jak coś lepszego wymyślę to dopoprawiam…

Odnośnie uchylić/ rozchylić sprawdziłam znaczenia i obie formy wydają mi się poprawne, choć rzeczywiście po wrzuceniu w google rozchylić poły daje więcej wyników.

 

Edit: dodałam jeden, niewielki szczegół dot. ceremonii Przejścia – może trochę rozjaśni sytuację.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Poczekaj na więcej komentarzy – ja z lotności nie słynę, może dla innych tekst okaże się oczywisty ;)

To, dlaczego zaatakował gong, akurat zrozumiałem. Niejasne było, dlaczego małą Mej rodził… Len.

 

Hasło, no tak. Zajrzę później do listy i coś dopasuje, doczytam też o ceremonii Przejścia, bo zaintrygowało ;)

 

Z tymi połami – wcześniej napisałaś chyba, że “odchylił poły”, co trochę mi się gryzło… W liczbie pojedynczej “odchylił połę” byłoby to zgrabniejsze. A teraz w ogóle jest cacy ;D

 

Trzym się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Czytałam ze sporym zaciekawieniem, a po skończonej lekturze zgłupiałam. I taka głupia chyba pozostanę, dopóki ktoś mi nie wyjaśni, o co tu chodzi. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dzięki za komentarz :)

 

Potraktowałam wylosowane hasło trochę na zasadzie słowa-klucza do opowiadania. W skrócie – mieszkańcy wioski cierpią na pewną przypadłość (vide hasło), która u kobiet powoduje śmierć przy porodzie, u mężczyzn niemożność zostania ojcem do momentu kulminacji choroby (blizna na plecach brata jako dowód przynależności do Ojców). Co prawda, trochę “podkręciłam” moc hasła, ale starałam się, żeby dało się je odgadnąć. Najwyraźniej nie do końca wyszło…

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Dogsdumpling, podejrzewałam, że opisane społeczeństwo dręczy jakaś przypadłość, ale po przeczytaniu fragmentu o pożywianiu się cienką zupką, wymyśliłam sobie, że Twoim hasłem była bryja i nic nie chciało mi się złożyć do tzw. kupy. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W sumie nie pomyślałam, że jakieś inne hasło też można do tekstu dopasować, a bryja rzeczywiście komuś przypadła w udziale :D

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Hmmm. Mnie też końcówka rozwaliła.

Akuszer już był… L’enfant terrible?

A jeszcze tak mi wychodzi, że społeczność, w której kobieta umiera po urodzeniu pierwszego dziecka, skazana jest na wymarcie. Ale jeśli faceci też mogą… Tylko skąd on to dziecko wziął? Jak rozumiem, żony nie miał, bo jeszcze nie dojrzał. I nie ma mowy o klonie, bo płeć inna. Wioska mrówków? ;-) I wcześniej eee… ciąża nie była widoczna?

Babska logika rządzi!

Tekst klimatyczny i czyta sie dobrze, ale za krótki. Przedstawione to wszystko jest tak, że brakuje wskazówek by naprowadzić czytelnika na właściwe tory. Hasło? Nie wiem, ostatnia scena to tak dosłownie?

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Finkla, Mytrix – dzięki za odwiedziny :)

 

– społeczność jest skazana na wymarcie. Wyrok zapadł świadomie ;)

 – odnośnie zakończenia, Len nie urodził małej Mej, w scenie finalnej nastąpiła kumulacja różnych wątków i jednocześnie miały miejsce trzy zdarzenia: 1) zniszczenie świętego gongu przez brata Lena – Lota 2) jego “żona” Mej rodzi córeczkę (stąd imię małej, “odziedziczone” po matce) 3) nadchodzi czas Lena – Jego moment próby i “przejścia”

– co do ilości wskazówek – praktycznie wszystkie zdarzenia są spowodowane hasłem; zastanawiałam się, co prawda, czy nie dać go jako tytułu, ale stwierdziłam, że to będzie za proste… Hasłem jest przypadłość, na którą cierpią mieszkańcy wioski.

 

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

A czy to aby nie jest tak, że hasło stanowi klucz do zrozumienia tekstu, a można je odgadnąć, zrozumiawszy tekst? ;-)

Babska logika rządzi!

Jeśli hasłem jest “lumbago” (odniesienia do kręgosłupa w tekście? Przypadłość?) to popłynęłaś z tą śmiertelnością i objawami, dogsdumpling…

Końcówka zaś jasno wskazała na to, że Len urodził Mej. Teraz, gdy kolejni czytelnicy mieli podobne wrażenie, mogę to rzec z nieco większą dozę pewności ;)

Na przyszłość radzę Ci testować tekst na ludziach jeszcze przed publikacją, wtedy unikniesz takich, zbędnych przecież, wątpliwości ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Co do “popłynięcia” z wykorzystaniem hasła, absolutnie się z Tobą nie zgadzam. Hasło miało być inspiracją oraz stanowić centralną oś tekstu. Poruszamy się w rejestrach fantastycznych. Dlaczego społeczność, w której przypadłość przybrała ekstremalną formę, nie mogłaby istnieć (co prawda, tylko do czasu wymarcia ;))?

Co do jasności bądź niejasności końcówki, nie będę się kłócić – prawo odbioru czytelnika ;D

Myślę, i tu się zgadzamy, że zawiodła ilość oraz dawkowanie informacji.

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Ten gatunek jeszcze musiałby jakoś wyewoluować… ;-)

Babska logika rządzi!

A kto mówi, że tak się nie stało ;) Choroba na początku miała zwykły przebieg, z biegiem lat i przemijania kolejnych pokoleń coraz więcej osób chorowało a przypadłość przybierała coraz ostrzejsze formy, aż doprowadziła do stanu przedstawionego w opowiadaniu ;)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Ale w przypadku choroby, która tak bardzo upośledza rozmnażanie, zdrowe jednostki powinny mieć olbrzymią przewagę na zainfekowanymi.

Babska logika rządzi!

Pod warunkiem, że ich potomstwo też będzie na taką przypadłość odporne… Jeśli nie, to z biegiem czasu jednostek zdrowych jest coraz mniej. Poza tym objawy na samym początku nie musiały być wcale kojarzone z efektami. Pierwsza faza rozwoju choroby mogła u niektórych jednostek przebiegać względnie bezobjawowo. Do tego należy jeszcze dodać fakt, że nie mówimy o społeczeństwie, w którym medycyna jest specjalnie rozwinięta a klimat niekoniecznie sprzyja leczeniu chorób o zapalnym przebiegu…

Ale szczegółowa geneza choroby to właściwie temat na osobny tekst ;)

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Ależ to dobór naturalny, nie ma znaczenia, co wiedzą ludzie. Niech będzie i stopniowo – zarażoną kobietę poród strasznie osłabia, załóżmy, że może mieć najwyżej trójkę dzieci, gdy jej zdrowe sąsiadki – po piątce. No to których będzie więcej w populacji za pięć pokoleń? Inna sprawa, że nie wiemy, czy to geny, bakterie, czy wirusy…

Dobrze, pisz osobny tekst. ;-)

Babska logika rządzi!

Gorzej jak taką zdrową kobietę zapłodni zarażony mężczyzna, który przecież się przed innymi nie przyzna, że nie do końca wszystko ok ;D Temat wymaga zgłębienia :P

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Niby tak, synowie zarażonego mężczyzny rozmnażają się normalnie. I mogą dalej zarażać. Ale z córkami gorzej, więc ogólnie wnucząt będzie miał poniżej średniej.

Babska logika rządzi!

Może i tak, ale dużo też zależy od tego, czy jego synowie trafią na zarażone czy zdrowe kobiety, tak samo z córkami. Myślę, że całkiem sporą liczbę zmiennych należałoby uwzględnić + nieracjonalny element ludzki. Młodzi ludzie mogą wcale nie chcieć wiązać się z rozsądku, no i dochodzą jeszcze zdrady i romanse ;)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Genów nie oszukasz, wirusa też nie tak łatwo zdradzić. ;-)

Babska logika rządzi!

Zdolności człowieka do sprowadzania na siebie zguby też nie wolno lekceważyć ;)

Ale nam offtop około-tekstowy wyszedł :D

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Jaki offtop? Ja tu widzę rozważania na temat kreacji świata. :-)

Babska logika rządzi!

Jest w tym jakiś klimat, czytało się sprawnie, ale… Ale przed przejrzeniem komentarzy nie za bardzo zajarzyłam o co w tym wszystkim chodzi. Brakło mi tu kilku elementów. Między innymi dręczy mnie ciekawość, na jakiej zasadzie zostaje się ojcem i – jak zrozumiałam – dorosłym członkiem społeczeństwa. Generalnie ono całe jest dla mnie zagadką.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca, dzięki za komentarz.

Bardzo lubię oszczędny styl pisania. Jeszcze tylko muszę znaleźć złoty środek między satysfakcją własną a czytelnika ;)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

G

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Zbyt wiele niejasności, co zostało już skomentowane. Miałem dokładnie takie same objawy (!) jak przedpiścy. Albo i bardziej odjechane, bo mi wyszło, że Len urodził córkę Lotowi, swojemu bratu. Tylko ostatnie zdanie powstrzymuje mnie przed tkwieniem w uporze przy swojej wizji :)

Lissan al-Gaib, dzięki za odwiedziny :)

Intrygująca interpretacja ;D

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Hmm… chyba nie do końca zrozumiałam. Jest sobie świat, w którym tylko niektórzy mogą się rozmnażać i kończy się to śmiercią matki, starszy brat zazdrości młodszemu. Ale co dalej? Szkoda, bo to klimatyczny, porządnie napisany tekst.

Kolejny tekst, w którym ciężko się w czymkolwiek połapać.

Po przeczytaniu sprawdziłem sobie, jakie miałaś hasło i… nadal nie łapię, co ma jedno do drugiego, o co tu chodzi i jak to wszystko działa? O treści właściwie do powiedzenia mam tylko tyle, bo wszystkie przypuszczenia, domysły, pomysły, zamysły, idee, wnioski, koncepcje, teorie, obliczenia, tezy i syntezy rozbijają się o wielkie “???” Nie mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć, że tekst mi się nie podobał. Mogę natomiast powiedzieć, że postawienie mnie w takiej sytuacji nie podoba mi się z całą pewnością.

Zapewne gdybyś owijała bawełnę wokół samego hasła, to może jeszcze bym to jakoś ogarnął, ale mamy tutaj nie-ojców, nie-matki i, generalnie, jakieś dziwne relacje społeczne, w których nie idzie się połapać, bohatera w gruncie rzeczy dupka i jego niemal równie niejasne relacje rodzinne: siostrę(?), w której się podkochiwał(?) i brata, którego nienawidził, bo ten z jakiegoś powodu (ale jakiego? i co to ma wspólnego z hasłem?) został Ojcem wcześniej. Do tego jakieś gongi i inne dziwne rzeczy, wprowadzone do tekstu – mam wrażenie – bynajmniej nie po to, żeby czytaczowi ułatwić życie.

Ogólnie jestem w czarnej d… ziurze interpretacyjnej.

Czytałem bez większego zaangażowania i zainteresowania, ale jednak też i bez bólu, bo warsztat sprawny, a i styl zupełnie przystępny.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Oj, łatwo nie było. Początek nawet intrygujący, ale z każdym zdaniem robiło się coraz dziwniej i bardziej poplątanie, aż w końcu doszło do zakończenia, które już całkiem mnie przerosło i zostawiło z potężnym mindfuckiem. Po skończonej lekturze odczuwam głównie frustrację i konfuzję. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Jak widać muszę trochę popracować nad ilością informacji zamieszczanych w tekście. Dziękuję wszystkim jurkom za komentarze :)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Nowa Fantastyka