- Opowiadanie: Sarmata - Zmór

Zmór

Poniższy tekst powstał dzięki fascynacji wierzeniami ludowymi i zauroczeniu światem słowiańskim.

Miłej lektury :)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Zmór

Zmora – złośliwy demon duszący ludzi pogrążonych we śnie. Znany także jako mara, kikimora, czy gnieciuch. Powszechnie uważa się, że zmorą zostaje każda siódma córa tych samych rodziców, względnie ósma, szósta lub piąta. Jedyną radą na pozbycie się takowej, jest próba jej oszukania poprzez zmianę pozycji podczas snu – ułożeniu nóg w miejscu głowy. Jeśli działania te zawiodą, zaleca się wezwanie specjalisty, który to, wyżej opisaną, w sposób odpowiedni odpędzi, tak by jej nie zezłościć i nie zesłać na nieszczęśnika jeszcze większych problemów.

Bestiariusz brata Bohdana, czyli potworów opisanie

 

Karczma „Blada kaczka” jak zwykle pękała w szwach. Krzyki, wyzwiska i głośna muzyka wypełniały całe pomieszczenie, z garkuchni śmierdziało starym gulaszem, a piwo rozlewało się z czubatych kufli. Do gospody przychodził każdy, kto tylko skończył pracę, czy to na polu, czy w oborze. Chłopi spotykali się tu, gawędzili, wymieniali nowinkami i pili na umór, tracąc przy tym cały zarobek dnia. Pośród nich siedział Bolek, nazywany przez wszystkich Zaradnym. Był on niskim, dobiegającym czterdziestu wiosen, miejscowym organistą. Jednak ludność bardziej go znała jako egzorcystę, który zawsze, za drobną opłatą, pomagał w odpędzaniu złośliwych demonów. Choć na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się niczym, to wszyscy rozpoznawali jego starą, nieco przyniszczoną wełnianą czapkę oraz skórzany worek, który zawsze nosił na plecach.

Zaradny zajadał właśnie zupę warzywną, paskudnie przy tym siorbiąc. Co chwila popijał miód pitny z drewnianego kufla, tak jakby rzadka warzywna breja mogła go zapchać.

– Panie Bolku – odezwał się nagle jeden z chłopów, który stanął tuż przed jego stolikiem. Mężczyzna nerwowo ściskał w rękach słomiany kapelusz i patrzył gdzieś w podłogę, tylko czasami nieśmiało zerkając na Zaradnego. Organista siorbnął głośno, westchnął ceremonialnie, po czym dopił słodki, mdły napój i głośno stuknął kuflem o dębowy blat. Odchylił się do tyłu, skrzyżował ręce na piersi, oblizał wargi i spojrzał na mężczyznę.

– Czego? – warknął w końcu, nie siląc się na uprzejmości.

– Zaradź pan! Córka ma – wydukał chłop. – Ona… znaczy ją demon jaki męczy po nocy – dodał nieskładnie.

– Zmora? – spytał od razu Bolek, starając się sprawiać wrażenie specjalisty.

– No – odparł ze smutkiem w głosie mężczyzna. – Mówi, że cosik ją dusi, dychać nie może i o pianiu koguta mokruśka się budzi.

– Niechaj spróbuje nogi na miejscu głowy położyć, co by demona zmylić – odpowiedział Zaradny z dumą w głosie.

– Kiedy my próbowalim i nic. Nie ustępuje, dusi ją nadal i my z Zośką się boim, że nam córkę ubije – chłop zaczął szlochać. Bolek tylko cicho westchnął, podrapał się po swojej szczeciniastej brodzie i zmarszczył czoło.

– Mogę wam pomóc za drobnym wynagrodzeniem – zaczął. – Dajmy na to… Dziesięć groszy – dodał z nieco wymuszonym uśmiechem.

– Dziesięć groszy?! – krzyknął nagle chłop, a jego oczy zrobiły się okrągłe jak księżyc w pełni.

– Zależy wam na córce?! – burknął urażony organista.

– No zależy – odparł niechętnie chłop, wpatrując się w podłogę.

– To grosza nie szczędźcie i prowadźcie do chałupy – warknął wciąż jeszcze oburzony Bolek. Wstał energicznie, chwycił leżący obok ławy skórzany worek, z którego wystawało wiosło i zarzucił go na plecy. – No, idziemy, czy nie? – spytał zniecierpliwiony, gdy chłop wpatrywał się w niego bez słowa.

– Idziem, idziem – odparł. – Ale… Po co to wiosło? – wydukał zdziwiony.

– Wiosło? – Bolek spojrzał przez ramię i popatrzył na swoją najnowszą zdobycz. – Nie wiem, znalazłem na brzegu, może się przyda – dodał i wzruszył ramionami.

***

Organista stanął przed niewielką chałupą, wsunął rękę pod czapkę i podrapał się po głowie. Rosnące tuż przy wejściu malwy z różnokolorowymi kwiatostanami sięgały do samej strzechy, a w zagrodzie Bolek dojrzał krzewy dzikiej róży i kilka drzewiastych okazów bzu czarnego. Zaradny nie lubił płaczących matek, ani beczących dzieci, dlatego wykrzywił usta, gdy tylko usłyszał ciche szlochanie kobiety. Po chwili z chaty wynurzył się Bożysław, chłop, który go przyprowadził, jego żona Zośka i ich córka Olga.

– Panie Bolku, zaradź pan! – zachlipała Zośka. – Nasze kochane dziecko…

– Spokojnie Zosieńko – próbował ją uspokoić mąż. – Pan Bolek o wszystkim wie.

– Kiedy ważny każdy szczegół… – nie ustępowała żona.

– Jam mu wszystko wyłożył, każdy szczegół!

Organista nie zważając na małżeńskie swary, podszedł do młodej dziewczyny, zmierzył ją wzrokiem i przygryzł dolną wargę. Po chwili odgarnął złociste włosy przestraszonej Olgi i uważnie przyjrzał się jej szyi. Nie zauważył śladów duszenia, ale wcale go to nie dziwiło. Chwycił podbródek dziewczyny i machinalnie okręcił jej głowę w lewo i w prawo. Następnie przyłożył dłoń do ramienia i delikatnie je obadał, po czym odsunął się, przytknął palec do ust i udawał, że myśli. W rzeczywistości stwarzał tylko pozory, odgrywał przed chłopami scenę, żeby zrobić dobre wrażenie. Tak naprawdę myślał co zrobi z zarobionymi dziesięcioma groszami. W grę wchodziła nowa destylarka do bimbrowni, albo dodatkowa porcja miodu do podwojenia produkcji.

– A więc pokłóciłaś się ze swą przyjaciółką, siódmą córką tych samych rodziców? – spytał w końcu dziewczynę.

– To ona zaczęła – pisnęła Olga. – Wymyśliła sobie, że na Perunice letnie uplecie sobie wianek z chabrów. Na to ja jej, że nie może, bo ja chcę…

– Dość! – warknął Bolek, unosząc dłoń. – Obchodzi mnie to jak zeszłoroczny śnieg. Liczą się dwa fakty! Po pierwsze pokłóciłyście się, a po drugie twoja przyjaciółka jest siódmą córą. Zatem najprawdopodobniej to ona z zemsty, pod postacią zmory, dusi cię po nocach – zagrzmiał Zaradny. Chłopi umilkli, w ich oczach organista dojrzał strach, ale jednocześnie nadzieję, że odpędzi złego demona. Chełpił się tym w duszy, sprawiało mu to przyjemność, bowiem lubił, kiedy uznawano go za swego rodzaju bohatera.

– No nic, będę musiał przenocować w waszej izbie – odparł Bolek, poprawiając worek na plecach. – Ale spokojnie! – dodał z serdecznym uśmiechem. – Już to wliczyłem w wynagrodzenie, jeno jakaś strawa by się przydała – kontynuował, a w wyobraźni widział już pyszną pajdę chleba ze smalcem. – W chałupie mieszka jeszcze ktoś oprócz was?

– Jeno my, znaczy ja, Zośka, Olga i Wicek, ale on dziś w mieście nocuje, bom kazał mu na targu za nową krową się rozejrzeć – pospieszył z wyjaśnieniami Bożysław.

– Dobrze – odparł zamyślony Bolek. – Na noc musicie poszukać schronienia u sąsiadów, bo w chacie sam muszę być – rzucił, obserwując nietęgie miny chłopów.

***

Noc była bezgwiezdna, całe niebo pokryły chmury. W izbie zapanowała ciemność, a Bolka powoli morzył sen. Tuż przed położeniem się na posłanie Olgi, zmówił dziesięć zdrowasiek, poprzedzonych specjalnymi, znanymi tylko jemu rytuałami. Osinowym kołkiem stukał w podłogę i okiennice, krzycząc przy tym „Nocnice, zmory i gnieciuchy! Zgińcie, przepadnijcie!”. Następnie zjadł przygotowaną mu wieczerzę i przykrył się puchową kołdrą, kładąc tuż obok posłania znalezione wcześniej wiosło. Północ minęła już dawno, a zmory nie było widać. Organista rozmyślał o swoim bimbrze, który zaczął destylować kilka nocy temu, gdy nagle coś stuknęło. Bolek wzdrygnął się, a skrzypienie i ciche szmery utwierdziły go w przekonaniu, że przyszła zmora. Sprawdził, czy za pas ma wetknięty swój osinowy kołek oraz młotek i czekał. Stukanie było coraz głośniejsze, a demon zaczął wydawać z siebie jakiś dziwny, niezrozumiały bełkot.

– Szzzaa jaa! Szzaa jaa jaa jaa – krzyczała zmora, obijając się przy tym o wszystkie meble. Bolek nieco się poruszył pod kołdrą, żeby skupić na sobie uwagę demona. – Oooo jjjoooo! – zawyła mara. – Szzaakham szze, moo moooa szuro – bełkot był coraz głośniejszy. Podłoga skrzypiała przy każdym chwiejnym kroku zmory. Zaradny powoli sięgnął po leżące obok wiosło i zacisnął dłoń na trzonku. Demon stanął tuż nad nim, Bolek poczuł od niego zapach… wódki! Nie zastanawiając się nad tym, organista wyskoczył z łóżka i grzmotnął zmorę wiosłem. Mara z łoskotem upadła na podłogę. – Olga? – wyszeptała zdziwiona i spróbowała wstać, ale Bolek jej na to nie pozwolił. Ponownie zamachnął się wiosłem i znów rąbnął prosto w twarz. Nie zwlekając, wyszarpnął zza pasa kołek, przystawił szpiczastą końcówkę do serca zmory i wbił, uderzając w drugi koniec młotkiem. Demon zaryczał paskudnie, z jego piersi, prosto na twarz Bolka, trysnęła krew. Mara miotnęła się, próbowała wyrwać, ale Zaradny dobił kołek jeszcze mocniej. Demon opadł z sił, zacharczał tylko i legł bez życia w kałuży krwi.

– Skurczyflak! – przeklął pod nosem Bolek, ocierając twarz. – Wyrywny! – dodał i podszedł do szafki, na której stała świeca. Zapalił ją i pochylił się nad zmorą. Poczuł wtedy nagły ścisk w żołądku, zrobił się blady jak ściana i omal nie upadł. Na podłodze, zamiast kobiety, leżał mężczyzna i do tego rudy. – Durszfal! – krzyknął z przerażaniem, tak jak kiedyś jeden Niemiec tuż przed tym, jak zniknął w krzakach. Bolek uznał wtedy to słowo za przekleństwo, choć tak naprawdę nie miał zielonego pojęcia co oznacza.

***

– Mam dwie dobre wiadomości! – krzyknął Bolek, gdy tylko ujrzał przez okno zbliżającą się rodzinę. Wyszedł im naprzeciw i wpuścił do chaty. – Po pierwsze zmora ubita, więc wasza córa jest bezpieczna – Żona Bożysława westchnęła z ulgą. – Natomiast jeśli chodzi o samą marę, to nie była nią przyjaciółka Olgi, a jakiś rudzielec i do tego mężczyzna – kontynuował. – Bywa, że i chłopisko dusi po nocach, mówią wtedy na niego „zmór” – dodał szybko, widząc dziwny wyraz twarzy kobiety. Zośka zmarszczyła brwi, jej oczy zaszkliły się, a gdy weszła do izby, w której leżała zmora z przebitym sercem, krzyknęła przeraźliwie.

– Mój… mój brat! – kobieta rozpłakała się.

– Brat? Jaki brat? – spytał speszony Bolek.

– Toć to mój brat! – jęknęła ponownie Zośka, dobiegając do martwego rudzielca.

– Eee… – Zaradny stanął osłupiały i podrapał się po głowie. Spojrzał na Bożysława, który wzruszył tylko ramionami.

– Sieciech, brat Zosieńki… Rudy był to go nikt nie chciał w domu przyjąć, więc błąkał się po świecie. Ostatnim razem, jak my go przyjęlim, to po pijaku prawie nam chałupę spalił, tom go wyrzucił i kazał nie wracać – wytłumaczył mężczyzna. – Ale jak widać wrócił – dodał po chwili. Bolek zagryzł zęby, jeszcze raz podrapał się po głowie, jakby miało mu to pomóc w myśleniu.

– Niestety, robiłem co mogłem, żeby go przy życiu zachować i spróbować odczarować. Jednak diabeł go opętał i nie szło nic zrobić. Niechybnie to on waszą córkę dusił, to mogę rzec z pełnym przekonaniem – tłumaczył szlochającej żonie Bożysława – Pewnie przez to, że rudy był, a taki bardziej podatny na czarcie wezwania jest – kontynuował, zmyślając naprędce, przez co trochę się jąkał. – Widać, że walczył z tym, bo wódką od niego capiło, ale nawet alkohol nie był w stanie wyrwać go z diabelskiego uścisku. Mocny był, biłem się z nim prawie do rana, o mało i mnie nie ubił, ale szczęściem dla mnie byłem szybszy. Z żalem w sercu wam o tym mówię, ale za to córa wasza tera bezpieczna, a Sieciech… już od dawna Sieciechem nie był, jeno czarcim wysłannikiem.

– Dziękujemy ci Bolku – odpowiedział Bożysław, odciągając organistę od szlochającej żony. Mężczyzna był niespecjalnie zasmucony utratą szwagra. – Ważne, żeby Olga bezpieczna była i już jej nikt więcej nie dusił. Zrobiłeś dla nas wiele, masz, zasłużyłeś na wynagrodzenie – mężczyzna wyciągnął z kieszeni dziesięć groszy i podał je organiście. – Mielim my warchlaka kupić, bo nam padł zeszłej zimy, ale życie córy najważniejsze.

– Obym nie był potrzebny w przyszłości – Bolek odparł z grzeczności, bo tak naprawdę nie miałby nic przeciwko kolejnemu wezwaniu. Schował swoją zapłatę do zawieszonego przy pasie mieszka. Na plecy zarzucił swój skórzany worek i ruszył przed siebie, bijąc się z myślami, czy kupić nową destylarkę, czy też dodatkową porcję miodu.

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem.

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony tekst nie jest zbyt oryginalny, bo korzystasz, z wyjątkowo już przetartego, schematu wiejskiego egzorcysty-cwaniaka. To już było tyle razy, że ciężko przyjąć bez pewnego znużenia. No i ta karczma, opis potwora na początku. 

Z drugiej strony, skoro użyłeś tych wszystkich szlagierów, to hej, byłeś ich świadomy. Więc czemu miałbym mieć coś przeciwko? Przeczytałem, uśmiechnąłem się do śmierci rudego pijaka, co podszczypywał Olgę i mam lepszy humor. 

Więc reasumując, mimo, że nie jest to arcydzieło, miło spędziłem czas. Akurat w tym przypadku na plus była forma szortu. 

Chłopi spotykali się tu, gawędzili, wymieniali nowinkami i pili na umór, tracąc przy tym cały zarobek dnia. ← tak mi się wydaje, że większość tych chłopów robi na rodzinę. To jak ją wyżywią, skoro wszystko przepijają? ;) 

 

kwiatostanami, pięły się wysoko w górę

 

żŻona Bożysława westchnęła z ulgą.

 

Ładnie napisane, ale puenty mi zabrakło. Ot, opowiastka, którą miło się czyta, ale nic nie wnosi.

 

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Sympatyczna historyjka, parę rzeczy rozbawiło (np. z tym wiosłem albo “Durszfal”). Jako trening to bardzo w porządku. 

Przyjemnie się czytało, ale zakończenie mnie trochę rozczarowało. I mało fantastyczne, i bez jakiegoś fajnego pomysłu.

Ceny wydawały mi się dość stare (prosiak za dziesięć groszy?), za to cukier i destylarnia współczesne.

Napisane w miarę porządnie, tylko przecinkologia Ci kuleje. Zwłaszcza w okolicy wołaczy.

chwycił leżący obok ławy skórzany worek, z którego wystawało wiosło

Hmmm. Wiosło swoją długość ma, chyba trudno czymś takim wygodnie operować, jeśli jest w worku. I położyć przy ławie nieporęcznie, i w drzwiach się można nie zmieścić.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam bez przykrości, ale i bez większego zadowolenia. Opowiastka błaha, mało odkrywcza, niezbyt zabawna, w dodatku pozbawiona fantastyki.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Co chwi­la po­pi­jał miód pitny z drew­nia­ne­go kufla… – Nie brzmi to najlepiej.

Może: Co chwi­la po­ciągał/ żłopał miód pitny z drew­nia­ne­go kufla

 

jeden z chło­pów, który sta­nął tuż przed jego sto­li­kiem. – Mam wrażenie, że w karczmach to raczej stoły, nie stoliki.

 

malwy z róż­no­ko­lo­ro­wy­mi kwia­to­sta­na­mi, pięły się wy­so­ko w górę… – Masło maślane. Czy mogły piąć się wysoko w dół?

 

pod­szedł do mło­dej dziew­czy­ny, zmie­rzył ją wzro­kiem i przy­gryzł zę­ba­mi dolną wargę. – Przygryzł dolną wargę dziewczyny, lubieżnik bezecny? ;-)

Masło maślane. Czy można przygryźć inaczej, nie zębami?

 

że na Pe­ru­ni­ce let­nie zrobi sobie wia­nek z cha­brów. – Wolałabym: …że na Pe­ru­ni­ce let­nie uplecie/ uwije sobie wia­nek z cha­brów.

 

– Dość! – wark­nął Bolek, uno­sząc do góry dłoń. – Masło maślane.

 

bom kazał mu na targu za nową krową sie ro­zej­rzeć… – Literówka.

 

Swoim osi­no­wym koł­kiem stu­kał o pod­ło­gę i okien­ni­ce… – Czy zaimek jest niezbędny? Może wystarczy: Osi­no­wym koł­kiem stu­kał w pod­ło­gę i okien­ni­ce

 

a jakiś rudzielec i do tego mężczyzna – kontynuował dalej. – Masło maślane. Czy mógł kontynuować od początku?

 

Spoj­rzał na Bo­ży­sła­wa, który wzdry­gnął tylko ra­mio­na­mi. – Raczej: Spoj­rzał na Bo­ży­sła­wa, który wzruszył tylko ra­mio­na­mi.

 

Z żalem sercu wam o tym mówię… – Z żalem w sercu wam o tym mówię

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

"Zaradny zajadał właśnie zupę kalafiorową z ziemniakami, paskudnie przy tym siorbiąc. Co chwila popijał miód pitny z drewnianego kufla, tak jakby rzadka warzywna breja mogła go zapchać." – breja miała zapchać miód pitny/kufel? ^^

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Łukaszu Kuliński, cieszę się, że mimo tych mieszanych uczuć miło spędziłeś czas :) Ale co do egzorcystów-cwaniaków to kojarzę tylko Jakuba Wędrowycza, który zresztą działał w czasach współczesnych, a nie jak mój bohater w średniowieczu.

 

Enzaet, powyższe opowiadanie miało być prostą historyjką, taką, żeby miło spędzić przy nim czas i się uśmiechnąć. Nie starałem się przemycić jakiegoś przesłania. No i nie do końca się zgodzę, że nic nie wnosi… Skoro miło Ci się czytało to znaczy, ze przyjemnie spędziłaś czas na lekturze, a więc opowiastka nieco tej przyjemności wniosła do życia :) W każdym razie cieszę się, że miło Ci sie czytało.

 

Funthesystem, dziękuję za miłe słowa.

 

Finklo, fantastyka może aż tak nie wylewa się z tego opowiadania, ale czy zmory i inne demony słowiańskie nie są w dzisiejszych czasach nieco fantastyczne? Tak naprawdę niewiadomo, czy ten rudzielec był tylko zwykłym pijakiem. Może rzeczywiście był zmórem? 

Akcja opowiadania dzieje się w średniowiecznej Polsce, a destylarnia raczej nie jest wynalazkiem XXI wieku ;)

Co do wiosła… Pomijając fakt, że Bolkowy worek jest „magiczny”, to nie każde wiosło musi mieć od razu dwa metry. Myślę, że takim starym, nieco spróchniałym wiosłem od łódki można swobodnie operować ;)

I jakbyś mogła podać jeden, albo dwa przykłady tej kulejącej przecinkologii to byłbym wdzięczny ;)

 

Regulatorzy, dziękuję za wskazówki. Już te masła maślane poprawiłem ;) A co do zabawności tekstu… no niektórym się podobało i wywołało uśmiech na twarzy, więc to rzecz gustu. A co do elementu fantasy to wspomniałem wyżej więc już nie będę się powtarzał ;)

...bo wiosło było za długie.

No to w średniowieczu nie znali cukru. Nawet trzciny. Nie mam pojęcia, jak z burakami, ale tak czy siak – technologie jeszcze czekały na opracowanie.

Destylarnie w średniowiecznej Polsce? Teoretycznie możliwie, ale jakoś wątpię. Acz nie będę się upierać.

Przykłady zgubionych przecinków:

– Spokojnie Zosieńko – próbował ją uspokoić mąż.

choć tak naprawdę nie miał zielonego pojęcia co oznacza.

– Niestety, robiłem co mogłem,

Babska logika rządzi!

Przyznaję, nie zwróciłem wystarczającej uwagi na cukier. Zmieniłem go na miód i mam nadzieję, że teraz wasza (prze)wrażliwość na prawdę historyczną będzie w pełni zaspokojona.

Sama destylacja była już znana w średniowieczu.

Poza tym chyba najważniejszy jest sam tekst, a nie kwestie “mieli wtedy cukier, czy nie mieli”.

 

Finklo, za przykłady dziękuję, teraz już wiem na co zwrócić uwagę i w wolnej chwili poprawię.

...bo wiosło było za długie.

Destylacja była znana, ale raczej alchemikom, nie wiejskim organistom.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jakub Wędrowycz w słabszym wydaniu. Nie urzekło mnie.

Telemarketer dzwoni do pana Kowalskiego i pyta:

– Czy mam przyjemność z panem Janusz Kowalski?

– Tak, ale ja się deklinuję.

– Przepraszam, w takim razie zadzwonię później. 

 

Łukasz Kuloński, cieszę się, że…

Podobnie jak biedny Kowalski z dowcipu, ja również się deklinuję Sarmato ;). I to nie tak, jak w Twoim komentarzu. 

Myślę, że dla wygody zmienię nick na bardziej “internetowy” ;)

Myślę, że na tym portalu nie da się zmienić nicku.

Babska logika rządzi!

Ja bym olał czy było znane czy nie ;P to w końcu fantastyka ;)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mi się podobało. Nie uważam, że temat jest nadmiernie wyeksploatowany. Wręcz przeciwnie, mało jest opowiadań nawiązujących do polskiej demonologii ludowej. Poza tym wiejskich cwaniaków nigdy za wiele ;). Czytało się przyjemnie, w paru miejscach się uśmiechnąłem i chyba o to chodziło.

 

Jeśli chodzi o destylację, to wbrew pozorom nie trzeba do tego wyspecjalizowanego sprzętu. Wystarczy palenisko, dwa garnki i miska, więc myślę, że wiejski organista mógłby to ze spokojem ogarnąć. Z resztą, jak pisał Mytrix, nie to jest najważniejsze. Czepianie się produkcji bimbru, czy długości wioseł wydaje mi się śmieszne.

 

Podsumowując, zgrabne opowiadanko i moim zdaniem zasługuje na bibliotekę. Kliknąłbym, ale jestem tutaj tylko marnym pyłkiem na wietrze i nie mam takiej władzy…

Opinii o opowiadaniu to ja żem w sumie nie dał. A się podobało ;) ino w pewnym momencie myślał ja, że toż to Wicek zamiast krowy wszukac przepił wszystko i pijany w doma wrócił! A tu, masz Ci los szwagier. I to rudy. A rude złe. Poza tym, durszfal mnie rozbawił ;) ogólnie na plus.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

A ja myślałam, że dziewczynę nawiedza jakiś kawaler, a zmora to takie mydlenie oczu rodzicom. 

Szkoda szwagra.

A to w ogóle to sympatyczne opowiadanko. Napisałam coś w tym stylu – “Zmorkula” czyli połączenie zmory i smarkuli – zapraszam http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/16355 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Będąc oszołomem faktografii nie mogłam przeboleć tego wiosła, które wystawało z plecaka. Nijak nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak/po co ktoś miałby nosić wiosło w plecaku w taki sposób, aby pióro było widoczne na zewnątrz. Z piórem wewnątrz plecaka – jak najbardziej, no ale wtedy widoczny byłby tylko trzon, więc obserwator nie mógł by stwierdzić co tak na prawdę z plecaka wystaje – kij, szczotka, grabki, łopata czy też wiosło.

Hmm... Dlaczego?

Drewian, to samo sobie pomyślałam, ale już nie chciałam nadmiernie drążyć tematu… Piórem do góry to by było w dodatku strasznie niestabilne…

Babska logika rządzi!

Finklo – widać nadczynne mózgi myślą tak samo :D

Hmm... Dlaczego?

Marudzicie, wiosło było złamane i z torby wystawała tylko połowa pióra :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Z połową pióra to już by chyba nie było wiosło. A z połową drągu – pewnie chłop by skomentował, że takie krótkie. Spytałby nie “po co wiosło”, a “po co połamane”.

Babska logika rządzi!

Dobra to inaczej. Torba była dziurawa i u góry wystawało pióro a drąg przez dziurę wylazł z drugiej strony.:D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

I tak sobie organista łaził z zaciągniętym hamulcem? ;-)

Babska logika rządzi!

No, chyba że organista był masochistą i lubił mieć poobijane łydki.

Hmm... Dlaczego?

To było krótkie wiosło, zaraz musiało długie być? Do tego dziura pod kątem była i wiosło po przekątnej spoczywało. A organista równo dwa metry mierzył, wysoki był, wiem bo sam mam wzrost w dowodzie 200cm wpisane ; ) nie ma to jak przyjemne rozważania na przerwie w pracy ;D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Ściemniasz. Toć Autor wyjaśnił, że średniowiecze. Używano wtedy do czegokolwiek krótkich wioseł? Nie wiem, czy ktoś pływał natenczas kajaczkiem… I ludzie niżsi bywali niż teraz, schorowani, niedożywieni.

A w dowodzie nie ma wzrostu w centymetrach. ;-p

Babska logika rządzi!

Jak nie ma jak w moim jest o.O zależy może jaki wzór masz, z którego roku czy najnowszy europejski ;P Chcesz zdjęcie? Toć wiadomo, że ściemniam i mam świadomość średniej wzrostu w tamtym okresie.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Zdjęcie zawsze możesz wstawić. ;-)

Babska logika rządzi!

Łukaszu Kuliński, deklinacji stało się zadość.

 

PożeraczkoBułek, szkoda, że Ci się nie podobało, ale Twój komentarz jest trochę mało konstruktywny.

 

Ja bym olał czy było znane czy nie ;P to w końcu fantastyka ;)

Mytrixie, lepiej bym tego nie ujął. Właśnie to starałem się przekazać w poprzednich komentarzach. Cieszę, że Ci się spodobało i dziękuję, że ze swoimi dwustoma centymetrami wzrostu stanąłeś w obronie mojego tekstu i wiosła ;)

 

BioHazardzie, bardzo się cieszę, że się podobało i dziękuję za słowa wsparcia ;)

 

Bemik, cieszę się, że się podobało, ale jeszcze bardziej bym się ucieszył z punktu do biblioteki :P

 

Drewian i Finklo… Naprawdę? Wiosło jest aż tak ważne w tym opowiadaniu? Naprawdę uważacie, że było monstrualnej długości? I czy w ogóle czytałyście moje wcześniejsze komentarze? Uspokoi was jeśli wyciągnę je z worka (nadmienię tylko, że worek to nie plecak ;)) i położę je gdzieś w kącie?

 

Toć Autor wyjaśnił, że średniowiecze. Używano wtedy do czegokolwiek krótkich wioseł?

Finklo, w średniowieczu chłopi używali przede wszystkim dłubanek, czyli niewielkich łodzi wyżłobionych z pni drzew. A więc do takich łódek, siłą rzeczy trzeba było używać krótkich wioseł, a wiosłowano podobnie jak w dzisiejszych kanadyjkach. Czyli raz z jednej strony, raz z drugiej. Jeśli nadal mi nie wierzysz to nalegam, abyś weszła na stronę: https://archeowiesci.pl/2010/06/17/dlubanka-czyli-archeologiczny-eksperyment-torunskich-studentow/ Całkiem fajny projekt studentów, którzy sami zrobili dłubankę, a na pierwszym zdjęciu zobaczysz ten, jakże ważny element mojego opowiadania, WIOSŁO!

Nawet jeśli miałoby złamane pióro, to czym innym miałoby być, jak nie wiosłem? A rozważania typu „jak by było złamane to spytałby nie po co wiosło, a po co złamane wiosło” są zabawne.

Ale może skupmy się jeszcze na samym worku. Nigdzie nie było napisane jak duży on był, mógł na przykład sięgać Bolkowi aż za pośladki. Tak więc krótkie wiosło (przypomnę, że właśnie takich używali w dłubankach) spokojnie by do niego weszło. A włożone pod kątem, do tego obłożone innymi różnymi rzeczami, które Bolek znalazł gdzieś po drodze, mogło bez żadnych przeszkód wystawać i wcale nie byłoby tam nic „niestabilnego”. Nadmienię jeszcze, że wiosło wcale nie sterczało pionowo, nie miało dwóch metrów i nie haczyło o drzwi. Było jedynie małym wiosełkiem, które sobie nieśmiało wystawało z worka.

 

Co do samego wzrostu, ludzi bywali niżsi, ale jak zawsze bywały wyjątki. Chociażby taka gigantka z Lednicy, która mierzyła 215 centymetrów. Przy niej to nawet Ty, Mytrixie, wymiękasz :P

 

„A w dowodzie nie ma wzrostu w centymetrach. ;-p”

W moim dowodzie też jest wzrost podany w centymetrach ;P

 

Myślę, że długość mojego komentarza w pełni odzwierciedla wagę poruszonego przez was problemu.

...bo wiosło było za długie.

"Myślę, że długość mojego komentarza w pełni odzwierciedla wagę poruszonego przez was problemu." – hahhaha ;) otóż, jestem zdania, że im więcej dyskutują pod tekstem, tym lepiej ;)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Sarmato, wiosło nie ma w opowiadaniu większego znaczenia. Równie dobrze bohater mógł wykorzystać jakiś sprzęt w chałupie gospodarza – łopatę do chleba, cep, cokolwiek. Ale skoro zdecydowałeś się na wiosło, to używaj go porządnie. :-) Tak, wiosło w kącie i niesione na ramieniu by mnie uspokoiło. Już zdanie o dłubankach poprawia sytuację.

I nie przemawia do mnie argument “to tylko fantastyka”. Fantastyka nie oznacza, że można tekst potraktować po macoszemu. Czy w opowiadaniach fantastycznych można sadzić błędy ortograficzne?

Babska logika rządzi!

Sarmato – proponowałabym ostudzić trochę zapał archeologiczno-historyczny, sprawdzić inne , bardziej szczegółowe źródła i przemyśleć sprawę na spokojnie. Jestem pewna, że z odrobiną zdrowego rozsądku (i mniejszą ilością autorskiego zapału), będziesz w stanie dostrzec błąd Twojego rozumowania jak również zrozumieć wątpliwości wnikliwych czytelników.

 

Hmm... Dlaczego?

Finklo, z waszych wcześniejszych wywodów wynika, że wiosło ma dla was bardzo duże znaczenie ;) Owszem, bohater mógł wykorzystać jakiś inny sprzęt, ale ja zdecydowałem się na wiosło i tego pomysłu będę się trzymał. Nie wydaje mi się, żebym używał go „nieporządnie” ;)

Błędy ortograficzne, a rozważania na temat tak prozaicznej rzeczy jak wiosło, są jednak zupełnie inną kategorią. O wiośle napisałem już dużo i nie sądzę, żeby zostało potraktowane po macoszemu. Myślę, że jego umiejscowienie w opowiadaniu, wielkość i temu podobne uzasadniłem wystarczająco dobrze.

 

Drewian, zapał archeologiczno– historyczny uważam za bardzo wartościowy i, jakby nie patrzeć, to Wam zawdzięczam jego rozniecenie ;). Z Twoim źródłem się zgadzam, owszem, pojawiły się nowe rodzaje łodzi, ale to nie znaczy, że zaprzestano używania tych starych. Zwłaszcza w jakiejś zapyziałej i zapomnianej wiosce ;) Poza tym do czółen, które zresztą są po prostu lepiej wykonanymi dłubankami, również używano krótkich wioseł. Co do zrozumienia błędu i zdrowego rozsądku to proponuję obustronne przemyślenia ;)

 

...bo wiosło było za długie.

Może chodziło o pagaj, który jest znacznie krótszy od wiosła? ;)

Pagaj to rzeczywiście rodzaj krótkiego wiosła, ale wydaje mi się, że nazwa jest zbyt współczesna ;)

...bo wiosło było za długie.

 

Spójrzcie na stopki komentarzy… Taki mały psikus :)

...bo wiosło było za długie.

Sygnaturki wiedzą, co mówią. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To fakt!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Hahaha ;) punkt dla Sarmaty.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nie dowaliłam się do ziemniaka, bo podczas lektury nie wiedziałam, co to za epoka, a potem mi kartofelek umknął. ;-)

Babska logika rządzi!

Też włączyłem tolerancję fantasty, dopóki nie przeczytałem w wyjaśnieniach, że to polskie średniowiecze ;)

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Haha… Tak mnie rozbawiliście na święta, że musiałem wyciągnąć z zupy tego ziemniaka.

Swoją drogą jeżeli mamy być już tacy dokładni, to trzeba sprawdzić całe menu Bolka. Po uważnym przejrzeniu musiałem biedakowi zabrać także kalafior :(

W Polsce zaczęto go uprawiać dopiero na przełomie XVI i XVII wieku.

...bo wiosło było za długie.

Nowa Fantastyka