- Opowiadanie: Adanadhar - Wyniesienie

Wyniesienie

Najdłuższe moje opowiadanie w życiu, a ściślej rzecz biorąc, jego trzecia wersja. Pisana od roku w pocie, krwi i łzach. Mam nadzieję, że prezentuje to chociażby poziom podstawowy. Miłego czytania :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Wyniesienie

Dawno, dawno temu, na Starej Ziemi, urodził się chłopiec o imieniu Farrel. Było to niedługo przed Wojną o Wszechświat, w której cała rasa Starych Ludzi poniosła klęskę i śmierć. Wtedy oczywiście nikt o tym jeszcze nie wiedział. Wszyscy za to zachwycali się cudownym dzieckiem, które przejawiało wielki talent do budowania robotów i programowania.

Gdy miał czternaście lat, zainteresowały się nim dwie frakcje Starych Ludzi – Agencja i Twórcy. Obie zapragnęły wcielić go w swoje szeregi i zaczęły manipulować nim, by do nich dołączył. Chłopak był bardzo dojrzały jak na swój wiek i przejrzał wszystkie ich sposoby, jednak w końcu uznał, że musi wypełnić obywatelski obowiązek i wybrać jedną z frakcji. Wybrał Agencję, z powodów, których zapewne nigdy nie poznamy.

Organizacja przyjęła go z całą serdecznością, na jaką było ją stać. Zapewniła mu dom, utrzymanie, mieszkanie dla jego rodziny i wszystko czego tylko by sobie zażyczył. W wieku osiemnastu lat poszedł do Akademii gdzie szkolono zarówno przyszłych Agentów jak i Twórców. Uczył się wyśmienicie, lecz jego kontakty towarzyskie były ograniczone do minimum. Wolał przesiadywać w pokoju i konstruować roboty oraz tworzyć Sztuczne Inteligencje kontrolujące jego dzieła. Podczas nauki spotkał wielkiego Zielonego Rycerza który kiedyś odwiedził Akademię w poszukiwaniu dawnego przyjaciela. Farrel nienawidził jego umiejętności, i uważał je za złe, dlatego z tym większą zawziętością budował roboty, aby w razie potrzeby być gotowym do konfrontacji z Rycerzem. Gdy nadszedł dzień egzaminów końcowych, ujawnił swój od dawna skrywany talent do budowania i kontrolowania robotów za pomocą samej myśli, a także możliwość programowania i tworzenia Sztucznej Inteligencji w pamięci. Nazwano to Technomancją i, gdy już zdał testy, zatrudniono go razem z Zielonym Rycerzem w Sektorze 4, gdzie tworzył nowe rodzaje wynalazków dla armii i udoskonalał swoje największe dzieło – SI potrafiącą udawać człowieka. Pracował tam niestrudzenie, aż do wydarzenia które odmieniło losy Wszechświata.

Kiedy w pięć lat po zatrudnieniu Farrela wybuchła Wojna o Wszechświat, pod dowództwem Zielonego Rycerza został przeniesiony do czynnej służby wojskowej i wysłany z drużyną innych dziwnych magów na front…

 

Dwa lata później,

Obrzeża Wszechświata, Planeta Traelia 

 

– Łap tablicę i zbierz drużynę! Odlatujemy! – krzyknął do niego Zielony Rycerz.

Farrel spojrzał na Rycerza i zobaczył lecącą w jego kierunku kamienną tablicę. Schował szybko miecz po czym wyciągnął ręce i złapał ją, jakby nic nie ważyła, choć jej masa, jak wiedział Farrel z wskazań wagi, wynosiła pięćdziesiąt kilogramów. Wsadził ją sobie na plecy, gdzie kamień pochwyciły mechaniczne uchwyty, i pobiegł do lądowiska. Po drodze minął Gatyra który raz po raz wykrzykiwał w stronę Ludzi z Obrzeży przekleństwa, a razem z nimi ciskał zielone błyskawice mocy. Farrel szturchnął go w ramię i wskazał na miejsce lądowania. Gatyr kiwnął głową, puścił w stronę swoich adwersarzy ostatnią falę energii i ruszył pędem za nim. Po chwili dołączył do nich Kaadryl.

– Masz tablicę?! – zapytał, przekrzykując wybuchy i wrzaski rannych. Farrel przytaknął, a Kaadryl krzyczał dalej – Gdzie Zielony?! A zresztą, do diabła z nim! Biegniemy do statku, pora się wycofać!

Popędzili do umówionego lądowiska i wysłali sygnał. Czekali przez moment, osłaniając się przed pociskami i czarami Ludzi z Obrzeży. W ustalonym czasie przyleciała Akrala, jeszcze w powietrzu otwierając rampę.

– Wchodźcie szybko! Musimy uciekać, za moment nasi spustoszą to miejsce z orbity!

– Który mędrzec zamówił bombardowanie orbitalne?! – zapytał Gatyr wbiegając do środka.

– To byłeś ty, bracie, nie pamiętasz? Kiedy zobaczyłeś tę gigantyczną armię, prawie zmoczyłeś spodnie i wykrzyczałeś do mikrofonu żeby zbombardowali natychmiastowo, ale przypomniałem ci o zadaniu… a także o tym, że wciąż tam byliśmy – Kaadryl uśmiechnął się idąc w jego ślady – Nie martw się. Zielony się nie dowie. Przynajmniej nie ode mnie – dodał wyniośle.

Gatyr zarumienił się.

– Na co czekacie?! – Usłyszeli dobrze znany im głos. – Startujcie, głupcy! – ryknął Zielony Rycerz biegnąc po lądowisku w swoim idiotycznym zielonym płaszczem powiewającym z tyłu.

Kiedy Akrala podniosła statek, był jeszcze dziesięć metrów od niego, ale bez problemu wybił się wysoko w górę i wskoczył na rampę, która zamknęła się zaraz za nim.

Nienawidzili, kiedy tak się popisywał.

– Masz tablicę?– zapytał Farrela surowym głosem.

Szary Rycerz wydostał się z otchłani swojego umysłu gdzie rozmawiał z jedną z SI.

– Taaak – powiedział roztargnionym głosem. Potrząsnął głową. – Tak – powtórzył nieco pewniej i zdjął kawał skały z uchwytów – Proszę – rzekł, podając mu ją.

Zielony Rycerz schwycił ją w ręce i przyjrzał się uważnie znakom na niej narysowanym.

– Dowództwo będzie zadowolone – powiedział głośno, po czym wymamrotał – Spisaliście się dzisiaj. Macie wolne do końca dnia.

Wszyscy wybuchnęli radosnym śmiechem, wszyscy, oprócz Szarego Rycerza, który znowu zaczął rozmowę z SI o imieniu Arratun, będącą jego głównym doradcą

Czym jest ta tablica? – zapytał ją.

Przeszukałem bazy danych Agencji a także ogólnie dostępne bazy danych Twórców i nic nie znalazłem. Może gdybym miał dostęp do tajnych akt dwurządowych…

Nie. Nie możemy uzyskać akcesji. Ktoś mógłby się zorientować… – Chwilę milczał. – Ale żeby nic? Naprawdę? Szkoda, miałem nadzieję na coś ciekawego… Niestety teraz trzeba zająć się innymi sprawami. Jak idą obliczenia?

– Chwila, coś mam. Raport Twórców sprzed trzystu lat, jest w nim wzmianka o tablicy, cytuję "kamienny obiekt autorstwa dawnych Magów Rady, na którym zapisano zaklęcia i ogólny przebieg eksperymentów dotyczących teleportacji"

Po co im… to? – Zmarszczył brwi – Chyba nie planują… Ach, zresztą nieważne! Coś jeszcze?

– Nie, nic. To już wszystko.

Dobrze. Zeskanować i zachować w pamięci długotrwałej. Odpowiedz teraz na moje poprzednie pytanie.

– Moment, łączę się z Centrum… Połączenie stabilne. Uzyskiwanie danych… Obliczenia w toku, budowa Komory postępuje, zaklęcia w fazie testów. Jeszcze długa droga, Farrelu.

– Tak… Jeszcze długa droga… Dobrze, zakończ połączenie i wymaż wszelkie jego ślady.

– Tak jest.

Farrel wrócił do rzeczywistości poza umysłem, w samą porę by poczuć falę uderzeniową powstałą po bombardowaniu. Nikt nawet nie mrugnął. Wszyscy przywykli do czyszczenia miejsc operacji. Wszyscy, prócz Zielonego, który zawsze cierpiał gdy musiał kogoś uśmiercić. Czasem jednak nie miał wyjścia, a wtedy nie wahał się przed odebraniem czyjegoś życia.

Rozejrzał się po statku. Zobaczył Kaadryla i Gatyra, którzy, jak zazwyczaj po misji, rywalizowali o to który umówi się z Akralą. Wybierała tego, który lepiej spisał się w bitwie. To był jej taki mały plan ułożony wraz z Zielonym. Perspektywa umówienia się z piękną i gibką pilotką działała na mężczyzn jak adrenalina. Zielony Rycerz siedział w kącie i mówił coś do jednego z kilkunastu małych latających stworzonek, które zawsze mu towarzyszyły. Każde było inne i miało swoje specjalistyczne zadania, ale wszystkie miały za nadrzędny cel chronić Rycerza. Farrel również był chroniony, lecz jego strażnikami były roboty sterowane przez SI, transformujące się w małe panele przyczepione w różnych miejscach pancerza. Dwa światy, życia i maszyn. Farrel nie mógł się doczekać kiedy nadarzy się okazja, by zobaczyć, który jest potężniejszy. Spojrzał przez iluminator w przestrzeń kosmiczną, gdzie promienie gwiazdy systemu oświetlały ich statek – matkę, Podróżnika, nazwanego tak na cześć legendarnego Żółtego Rycerza. Piękny widok, pomyślał Farrel. Lubił takie widoki. Zrobił zdjęcie i zapisał w cyfrowej części swojej pamięci. Dawno już ulepszył swoje ciało za pomocą maszyn. Był szybszy, zwinniejszy, miał lepszą i pojemniejszą pamięć, mógł podłączać się do systemów samą myślą. Oczywiście zazwyczaj tego nie robił, miał od tego SI, ale na wszelki wypadek…

Na wszelki wypadek…

Tak brzmiała dewiza jego rodziny, przyjęta przez protoplastę rodu, Huarna, który zbierał wielkie zapasy żywności i wody, mimo że był niezwykły urodzaj a nic nie zapowiadało suszy. Lecz wtedy pewien obłąkany mag rzucił klątwę na planetę i wszystko wyschło i sczezło. Cała społeczność głodowała i tylko Huarn miał środki do życia. Dzielił się nimi szczodrze, bo dobre miał serce. Zapytany, po co zbierał zapasy, kiedy nic nie zwiastowało nadchodzącego nieszczęścia, odrzekł jedynie: "Na wszelki wypadek". Później przyjął to jako swoją dewizę i wpajał ją potomkom.

Farrel zamierzał trzymać się tej zasady. Dlatego miał ze sobą dziesiątki urządzeń o niesamowitych zastosowaniach, z czego większość była… na wszelki wypadek. W pamięci nanobotów zapisane były projekty urządzeń których nigdy prawdopodobnie nie wykorzysta, bronie wysuszające, granaty kwantowe, pola mocujące i inne niepraktyczne wynalazki…

Głównymi i, jak na razie jedynymi, używanymi elementami wyposażenia był pistolet z pociskami i funkcją granatnika oraz jeden z jego najlepszych wynalazków: miecz, którego ostrze pokrywały nanoboty. Wystarczyło jedno draśnięcie, by przedostały się do obcego organizmu i dokonały tam totalnej destrukcji organów, prowadzącej najczęściej do śmierci. Prawdziwe cudo i prostota. Wzorował się na starożytnych wojownikach walczących zatrutymi ostrzami, o których kiedyś czytał w Bibliotece Akademii. Zwyciężyli wiele wojen na swej planecie ale ostatecznie unicestwił ich Zakon. Nie mieli żadnych szans wobec ataku Oddechu Smoka.

Z zamyślenia wyrwał go nagle suchy głos kontroli lotów Podróżnika:

Przygotować się do dokowania.

Gatyr i Kaadryl zostawili w końcu Akralę samą i usiedli na miejscach. Sądząc z ich min, z Akralą umówił się Kaadryl, zresztą jak zwykle. Zielony Rycerz przypiął się do fotela. Farrel nie zwracał uwagi na takie drobiazgi, więc nieco nim rzuciło gdy statek wszedł w pole grawitacyjne Podróżnika. Wysiadając na lądowisku, zobaczyli czekającego tam na nich Jatena, który nadzorował pracę Drużyny z ramienia Agencji.

– Misja powiodła się? – zapytał ich, gdy do niego podeszli.

– Oczywiście, tablica zdobyta, brak poważnych ran czy okaleczeń – odpowiedział Zielony Rycerz.

– Doskonale. Tak jak można by oczekiwać. Prymitywne ludy, które zostają wyznaczone przez Czarnych Władców do obrony pradawnych świątyń zazwyczaj nie są w stanie się nam oprzeć. Pamiętam jak kiedyś byłem na misji…

Farrel nie słyszał reszty. Jego umysł ogarnęła dziwna wizja, która trwała przez nieokreślony czas i nie zostawiła po sobie ani śladu, nawet w cyfrowej pamięci. Otrząsnął się.

– Coś nie tak, Farrelu? – zapytał z zaciekawieniem Jaten. Technomanta rozejrzał się. Wszyscy patrzyli na niego, niektórzy, jak Gatyr i Akrala, z troską, inni, jak Kaadryl, czy Jaten ze zdumieniem i tylko Zielony wyglądał, jakby go to nie za bardzo obchodziło.

– Nie, wszystko dobrze. Musiałem odpłynąć na chwilę. – Boże, jak długo byłem nieobecny? Mam nadzieję, że się to nie powtórzy…

Jaten przewiercał go spojrzeniem. Cisza przedłużała się w nieskończoność.

– Skoro tak twierdzisz… Cóż, to wszystko. Możecie się rozejść. Pamiętajcie o wieczornym zebraniu. Życzę wam miłego dnia.

Rozeszli się do swoich kajut. Farrel niespiesznym krokiem powędrował do swojego tymczasowego mieszkania. Po drodze rozglądał się uważnie i obserwował ludzi przy pracy. Mechaników, inżynierów, Agentów, nadzorców i Kontrolerów. Każdy był jak trybik w wielkiej machinie statku. Jeśli jeden element dotknęła usterka, wszystkie traciły na sprawności. Szary dobrze to rozumiał. W końcu cały świat był jedną wielką maszyną, a na maszynach znał się przecież najlepiej. Pozdrowił kilku znajomych machających do niego. Byli to bardziej znajomi towarzyszy Rycerza, niż samego Szarego, którego znali tylko z widzenia, jednak nie przejmował się tym. Nie potrzebował kontaktów z innymi ludźmi. Nie zatrzymywał się więc, by z nimi pogadać.

Mimowolnie przyspieszył, mijając magazyn. Było tam ukryte wiele skarbów, o których wiedział, a po które nie mógł sięgnąć. Dlatego od dłuższego czasu próbował uzyskać dostęp do magazynu, jak na razie bezskutecznie. Próbował mimo tego dalej, wiedział bowiem, że prędzej czy później ustąpią. Muszą. Był przecież Szarym Rycerzem, jednym z najpotężniejszych ludzi na pokładzie. Takim jak on się nie odmawia.

Gdy Rycerz dotarł po jakimś czasie do swego pokoju, zobaczył cybernetycznego osobistego lokaja, LOC-a, który konstruował jakieś urządzenie. LOC był kolejnym z cudownych wynalazków. Spełnieniem jego pierwszego marzenia. SI imitująca człowieka, jeszcze jeden kamień milowy na drodze do stworzenia SI tożsamej z człowiekiem.

– Rozbrój – rzekł, głośno i wyraźnie. Sterowanie głosowe miało czasem pewne problemy z interpretacją pospiesznie i niewyraźnie wydawanych poleceń, a on nie miał pojęcia jak można to poprawić. Na szczęście odpowiedni głos zazwyczaj załatwiał sprawę, tak było też tym razem. Mimo mechanicznych usprawnień stawów i mięśni, odetchnął z ulgą gdy stukilogramowa zbroja samoczynnie zsunęła się z jego ramion.

Podszedł do LOC-a i zajrzał mu przez ramię. Na biurku zobaczył zaczątki czegoś, co wyglądało jak szkielet zegara. Farrel uniósł jedną brew. Algorytmy najlepszych SI oceniało się po ich zdolności do nauki. Jeśli algorytm użyty do stworzenia tego lokaja po czterech dniach samodzielnej nauki był w stanie rozpocząć budowę wskazówkowego zegara… No no, Rycerz mógł być z siebie dumny. Już bliski był zrealizowania celu o niemalże ludzkiej SI.

LOC powoli odłożył niedokończony zegar i jeszcze wolniej odwrócił się, spoglądając na Farrela.

– Witaj Farrelu, Szary Rycerzu. Dobrze cię widzieć. – Wstał i sztywnym ruchem podał mu rękę.

Szary, zdumiony, dopiero po chwili wyciągnął swoją. Nie spodziewał się aż takich postępów. W ogóle nie spodziewał się żadnych postępów. Zaś niespodziewane postępy często stają się później źródłem kłopotów. Potrząsnął głową. Będzie się tym martwił później. Przywołał uśmiech na twarz.

– Doskonale, LOC – powiedział, ściskając dłoń robota. – Doskonale. Pamiętaj, że nienaturalne jest zwracanie się w mowie potocznej do kogoś imieniem i pełnym tytułem. Mądrzej zrobisz, jeśli w sytuacjach codziennych pominiesz tytuł i zwrócisz się do rozmówcy samym imieniem.

– Dziękuję za cenną wskazówkę, Farrelu. – Przekrzywił głowę. – W ten sposób?

To niesamowite.

– Tak, dokładnie w ten. Wracaj do pracy. Muszę się wyspać.

– Rozumiem.

Farrel padł na łóżko i wyciągnął się na nim. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jest zmęczony. Zamknął oczy i już po chwili pochłonęła go ciemna otchłań snu…

 

We śnie biegł ciemnym, długim korytarzem. Metalowa podłoga stukała głośno przy każdym kroku. Czuł się jakoś dziwnie… ociężały. Miał też wrażenie że powinien o czymś pamiętać, ale wyleciało mu to z głowy. Uczucie narastało. Chciał się zatrzymać, lecz nie potrafił. Coś blokowało mu mięśnie, wywoływało ich skurcze i rozkurcze. Poczuł narastającą panikę. Nagle zrozumiał, skąd wzięło się to dziwne uczucie. Nie miał w sobie syntetycznych części. Był taki, jak kiedyś, powolny, niezręczny i słaby. Taki, jaki nie chciał być.

Słaby.

Cichy szept dochodził jakby ze ścian. Farrel spróbował zbudować urządzenie mogące mu w jakikolwiek sposób pomóc przyspieszyć, albo zatrzymać się, ale nie potrafił. Przeraził się. Bez swoich mocy czuł się… nikim.

Nikim.

Znowu ten głos. Rycerz skądś go znał, ale nie potrafił powiedzieć skąd. Miał dość.

– Pokaż się! – wykrzyknął z furią, choć bez większej nadziei na odzew.

Niespodziewanie sufit zniknął i Szary zobaczył gigantyczną postać w zielonym płaszczu, sięgającą ku niemu ręką…

 

-Nie! – Obudził się z wrzaskiem.

LOC wciąż siedział przy biurku i konstruował. Odwrócił się i przekrzywił pytająco głowę.

– Coś nie tak, Farrelu?

Konstruktor usiadł na łóżku, dysząc ciężko. Był cały spocony, jak po długim i wyczerpującym biegu. Bolały go stopy i czuł ucisk przypominający kolkę.

Co jest, do cholery?!

Na głos powiedział tylko:

– Nie, nic się nie dzieje. Miałem po prostu koszmar.

– W pokładowym ambulatorium mają środki nasenne, może po nie posłać?

Farrel zastanawiał się chwilę. Puls wyraźnie zwolnił, kolka przeszła, tak jak ból nóg.

– Ile czasu zostało do narady?

– Dwie godziny.

Za mało. Znowu się nie wyśpię, ale co tam.

– Nie, dzięki wielkie, ale chyba już wstanę. – Jak łatwo zwracać się do SI jak do innego człowieka. „Dzięki”, „proszę”… Przecież takie słowa nic dla niej nie znaczą. Ciężko się pozbyć ludzkich nawyków…

Zwlekł się z posłania i poszedł pod prysznic. Musiał się odświeżyć przed zebraniem.

 

2 godziny później

 

Narady odbywały się w małej sali na piątym pokładzie. Na szczęście przychodził na nią tylko jego zespół plus kilku dowódców, więc bez kłopotów mieścili się w niewielkim pomieszczeniu. Tym razem zebraniu przewodził Jaten wraz z Tarohenem, kapitanem statku oraz Kratonem, ambasadorem Twórców. Obecność ambasadora była konieczna, aby spełnić warunki Traktatu zawartego między frakcjami. Strach pomyśleć, co stałoby się gdyby złamano jego postanowienia. Wszyscy zajęli miejsca, a po chwili Jaten odchrząknął i wstał.

– Dziś pominiemy szczegóły ostatniej misji i zajmiemy się wdrażaniem następnej – powiedział. – Zdobycie tablicy omówimy innym razem, teraz nie ma czasu. Twórca Kraton wtajemniczy was w nową operację. Dobrej nocy, Agenci.

– Dobrej nocy, Jatenie – odrzekł Zielony.

Agent wyszedł, a Kraton zajął jego miejsce.

– Kolejne zadanie wykonacie w kooperacji z oddziałem Specjalistów. – Wyjaśniło się, dlaczego Twórca wprowadzał ich w detale misji. – Jutro przybędą na ten okręt i polecimy do systemu Gront, gdzie znajduje się Sanktuarium Strażników. – Przy tych słowach wszyscy westchnęli ciężko. Nigdy dotąd nie starli się w otwartej walce ze smokami. Dotąd głównie okradali ich grobowce strzeżone przez starożytne zaklęcia i mechanizmy, ale stawienie czoła magii smoka, a samemu smokowi to pewna różnica. Zapowiadało się ciekawie. – Pójdziecie w pierwszej linii i odwrócicie uwagę smoków od Specjalistów, którzy wedrą się bocznym wejściem i zainstalują ładunek anihilujący, przedtem kradnąc co tam znajdą…

Ręka Akrali natychmiast wystrzeliła w górę.

– Tak, młoda damo? – Przerwał na moment Kraton.

– Chce pan powiedzieć, że nasza piątka będzie musiała się zmierzyć z całym Legionem Smoków? – zapytała z rękami założonymi na piersi.

To pytanie uderzyło całą drużynę. Było bardzo na miejscu. Farrel zastanawiał się, pewnie nie jedyny, jak mają zatrzymać armię pełnowymiarowych smoków choćby na kilka sekund bez wsparcia. Zostaną niechybnie zgnieceni i poniosą bezsensowną ofiarę.

Kraton uśmiechnął się, jakby do siebie.

– Ach, skoro już o tym wspomniałaś to… szóstka.

W tym momencie drzwi sali się otworzyły i stanął w nich… rycerz. Od stóp do głów zakuty był w ciężką zbroję stylizowaną na smocze łuski, a znad barku wystawała mu rękojeść ciężkiego dwuręcznego miecza. Gdy wszedł, poczuli silne uderzenie energii, pochodzące z potężnego uzbrojenia. Tuż za nim do pomieszczenia wsunęły się trzy smoki. Drużyna zerwała się z miejsc, a smoki zawarczały, ale przybysz powstrzymał je podniesioną dłonią. Stał dumnie wyprostowany, z góry patrząc na zebranych.

– Oto Wielki Smoczy Władca, wasz towarzysz w tej misji! – Przedstawił go Twórca.

Farrel zerknął na Zielonego. Zobaczył, że ten przypatruje mu się z uwagą. Szary przeniósł swoje spojrzenie z powrotem na Władcę. Ten również mu się przyglądał.

Nie wszystko jest takie, jakie ci się wydaje… – usłyszał zachrypnięty głos w myślach. Nie dał po sobie poznać zaskoczenia, które odczuł. Później przeanalizuje te słowa.

Władca zdjął hełm, wykuty na podobieństwo smoczego łba, po czym przemówił:

– Będę zaszczycony, mogąc współuczestniczyć w waszej misji.

Tylko Zielony był w stanie zareagować.

– To my jesteśmy zaszczyceni. Dołącz do nas, za moment omówimy szczegóły misji.

Władca uśmiechnął się lekko i zajął miejsce wskazane mu przez Rycerza. Smoki posłusznie podążyły za nim.

– Dobrze. Na czym to ja stanąłem…? – podjął Kraton. – Ach, tak. Smoczy Władca, za cenę jednego z artefaktów, zgodził się pomóc wam powstrzymać smoki.

– Zapewne wszyscyśmy ciekawi, jakie moce masz w zanadrzu – zagaił Zielony. – Ujawnij nam choć trochę swej potęgi, zanim wyruszymy.

– Na to przyjdzie czas później, przy jutrzejszej kolacji. Teraz trwa narada.

– Nadal nie mam pojęcia, jak zamierzamy walczyć z tymi smokami. Nawet jeśli Smoczy Władca zalicza się do Wielkich, jak w szóstkę mamy je powstrzymać?

Kaadryl siedzący obok niej szturchnął ją lekko.

– Nie chcesz walczyć ze smokami? Zdobędziemy wielką chwałę, zabijając Legion Grontu.

– Chwała czeka nas, jeśli przeżyjemy – odgryzła się. – Mało kto zwycięża z nimi w otwartej walce. Poza tym…

– Dość! – stanowczo rzekł Twórca. – Nie zajmujesz jeszcze stanowiska, które uprawnia cię do zadawania takich pytań. Zrobisz to, co ci każą, wtedy, kiedy ci każą, dokładnie tak, jak ci każą. Bez zbędnych pytań i wątpliwości.

– Spokojnie, Akralo. Poradzimy sobie. Mamy dwóch Rycerzy i Wielkiego, a to już jest coś – spróbował załagodzić sytuację Gatyr.

Pilotka trochę ochłonęła, jednak wyglądała na obrażoną brakiem poparcia. Demonstracyjnie założyła nogę na nogę i przybrała znudzony wyraz twarzy.

Kraton próbował odzyskać wątek.

– Doskonale. W dniu akcji wylądujemy na północny zachód od Sanktuarium. Specjaliści podążą na wschód i od północy wkradną się do fortecy, wy natomiast polecicie mniejszym statkiem na południe, by zaatakować frontalnie. Jest tam kanion, w którym przygotujecie zasadzkę na Legion… – Dalej Farrel zapisywał informacje w cyfrowej pamięci, jak zwykł robić podczas odpraw, sam drzemiąc lekko. Jakiś czas później, gdy cała misja została dokładnie omówiona i rozbita na części pierwsze, Kraton zwolnił ich do kajut, życząc dobrych snów.

Szary z niedowierzaniem sprawdził godzinę. Trzydzieści minut po północy według czasu ziemskiego. Od niemal siedemdziesięciu godzin był na nogach, z jedynie półgodzinną przerwą. Rozluźnił mięśnie i przerzucił cały ciężar ciała na mechaniczny egzoszkielet. Nie miał sił. Włączył autopilota do pokoju i maszyna zaprowadziła go prosto do łóżka.

Ale on zasnął już w połowie drogi. Nieprzytomne ciało mijało zdumionych członków załogi, przerywających swą pracę by popatrzeć na wędrówkę śpiącego. Po godzinie na całym statku mówiono tylko o lunatykującym Rycerzu. Wszystkie rozmowy milkły jednak na widok Zielonego Rycerza, który uznał chyba za stosowne zadbać o szacunek dla członka swojej drużyny i z groźną miną patrolował korytarze, szukając największych plotkarzy.

Farrel zaś smacznie spał. W przeciwieństwie do niego, Zielony mógł w nieskończoność niemal wytwarzać energię dla swojego organizmu i w zasadzie nie potrzebował snu, dlatego krążył po okręcie całą noc. I tak nie miał żadnych zajęć, a nie lubił bezczynnie siedzieć w miejscu.

 

Następnego dnia na śniadaniu spotkali się wszyscy z ekipą Specjalistów. Szary zdziwił się brakiem Smoczego Władcy, który miał zademonstrować swoje umiejętności, a nie zjawił się na posiłku. Był jednak bardzo głodny i jego myśli prędko zeszły na inny tor.

Wielozadaniowe oddziały Twórców, czyli Drużyny do Zadań Specjalnych, w skrócie zwani Specjalistami, a w żargonie zwykłych żołdaków Specami, powołane zostały na początku istnienia organizacji. Zorientowano się wtedy, że Twórcom brakuje elitarnej jednostki którą mogliby wysłać na front do pomocy regularnej armii w razie zagrożenia przekraczającego jej możliwości. Tak utworzono Specjalistów, grupę złożoną z ponadprzeciętnie inteligentnych, wysportowanych i wytrzymałych uczniów Akademii. Ich zadaniem było zazwyczaj wykorzystanie nieuwagi wroga odwracanego przez potężniejsze siły i tak było też tym razem.

Farrel siedział przy własnym stoliku, nie dzielonego z nikim i dającego mu bardzo dobry widok na resztę stołówki, w tym na stół jego drużyny, do którego dosiadło się kilku specjalistów. Wymienili prawdopodobnie kilka uwag, nic nie znaczących, przestawili się szybko i poszli. Szary wiedział, że prawdziwe rozmowy zaczną się wieczorem, przy kilku głębszych. Dokończył śniadanie i ruszył na poszukiwanie Smoczego Władcy. Nagle przypomniał sobie o wczorajszym pojawieniu się niespodziewanego gościa i niewerbalnej wiadomości, którą otrzymał.

Nie wszystko jest takie, jak się wydaje…

Farrel nie miał pojęcia, kto przekazał mu te słowa. Pierwszą osobą, która przychodziła mu do głowy, był Władca, ale to mógł być równie dobrze ktokolwiek. Postanowił zająć się tym później, gdy znajdzie Smoczego Władcę.

 

Mimo, że Farrel przeszukał cały statek, nie znalazł Władcy. Tak po prawdzie to nikogo nie znalazł. Nie spotkał nikogo z drużyny, Jatena, Kratona czy Tarohena. Przez kilkanaście godzin włóczył się po statku, pytając załogę o różne osoby, konstruując ciekawe mechanizmy ułatwiające życie robotnikom, systemy wspomagania dla żołnierzy oraz wiele innych przydatnych rzeczy. Talent zawsze należało wykorzystywać, szczególnie w służbie dobra. Jeśli mógł ułatwić komuś pracę bez najmniejszego wysiłku, czemuż by miał tego nie robić? Wieczorem, po jedenastej czasu ziemskiego, wciąż pełen energii, wszedł do pokładowego baru. Specjaliści siedzieli z Kaadrylem, Gatyrem i Akralą, która pokazywała wszystkim sztuczki związane ze swoją unikatową mocą Przyspieszenia. Farrel widział to już dziesiątki razy, ale zawsze go to zadziwiało. Kładła monetę na wyciągniętej dłoni, po czym rzucała ją przez salę. Odwracała się do widzów i prosiła jednego o sprawdzenie kieszeni. Ten zdziwiony wyciągał pieniążek. Jej prędkość była naprawdę niezwykła.

Pilotka śmiejąc się potoczyła wzrokiem po sali i zobaczyła Farrela.

– Hej, Szary! – Machnęła do niego ręką. Widać było po niej, że siedzi tu już od jakiegoś czasu. – Pokazywałam im moje sztuczki ale to nic w porównaniu z twoją mocą! Pokaż nam coś!

Specjaliści zaśmiali się i pokiwali głowami. Byli ewidentnie chętni wrażeń. Po prawdzie, to Szary miał coś specjalnie dla nich…

Machnął rękami, a metalowe taborety rozsypały się na tryliardy cząsteczek, które zbudowały nanoboty, które następnie zaczęły w mgnieniu oka składać się w człowieka. Gdy postać nabrała kolorów, Farrel zasilił ją myślą. Ta natychmiast wyciągnęła rękę do przodu, a ta przekształciła się w długie ostrze. Po chwili robot wyrzucił ręce na boki i podskoczył. W trakcie spadania przetransformował się w mały statek kosmiczny, który odpalił silniki i zawisł trochę nad podłogą. Na kolejne machnięcie Szarego statek rozpadł się, a nanoboty ponownie uformowały się w taborety. Wszyscy zaniemówili.

Farrel ukłonił się, a wtedy rozległy się oklaski. Nieczęsto dane im było zobaczyć coś takiego. Pokaz takiej mocy. Wtedy do sali wszedł Smoczy Władca i Zielony Rycerz, a owacje ucichły natychmiast.

– Mam zaszczyt przedstawić wam Smoczego Władcę, człowieka mogącego rozkazywać… smokom – rzekł Zielony.

Wszyscy zamarli bez ruchu.

– Pokaże teraz, co tak naprawdę potrafi.

 

 

Farrel siedział między Zielonym i Smoczym Władcą. Do statku wsiadał ostatni i jedynie to miejsce pozostało wolne. Nic dziwnego. Dwóch najpotężniejszych ludzi na pokładzie. Miejsce pomiędzy nimi musi być naładowane mocą. Na szczęście dla Szarego jego potęga była na tyle wielka, że czuł tylko coś w rodzaju lekkiego szczypania i nie cierpiał strasznych katuszy.

Przez cały lot rozmawiał z Arratunem, dzięki czemu podróż minęła szybko i już niedługo mieli wylądować w kanionie. Farrel przypomniał sobie jeszcze raz plan. W gruncie rzeczy opierał się na szybkim ataku i morderczej walce. Był niemal nieskończenie ryzykowny, ale nie posiadali innego.

– Dobra, szykować się! – rozkazał Zielony. – Mamy dwie minuty do lądowania!

Wszyscy zaczęli żwawo przygotowywać się do desantu. Zbroje, broń, amunicja i niezbędne akcesoria. Zaprojektowane niemal co do jednego przez Farrela jeszcze w Sektorze 4. Do tej pory nikomu nie udało się pobić jego technologii. Dziś miała przejść ostateczny test w walce z jednymi z najpotężniejszych przeciwników. Szary uśmiechnął się pod nosem.

Uśmiechał się wciąż, gdy zeskoczyli z rampy pojazdu. Akrala szybko uniosła się w niebo. Miała zapewniać im wsparcie z powietrza. Specjaliści życzyli im powodzenia i popędzili w stronę swojego punktu rozpoczęcia akcji. Tymczasem drużyna dywersantów wyruszyła w kierunku kanionu. Mieli około trzydziestu standardowych minut, zanim Spece zajmą pozycje i kolejne trzydzieści, zanim rozpocznie się akcja. Farrel i Zielony mieli w tym czasie jak najlepiej przygotować się do bitwy. Gdy dotarli na miejsce, pozostałe czterdzieści minut przeciekło im przez palce. Zdołali oczywiście wykonać założenia planu, ale nie starczyło im czasu na nic więcej. Dosłownie w momencie uruchomienia ostatniej maszyny Szarego, Akrala, monitorująca obszar z orbity, dała im sygnał do ataku. Farrel uruchomił ciężką artylerię. Z kanionu wszakże świątynia nie była widoczna, ale artyleria dostała gotowe współrzędne strzału od Akrali.

Ha ha! Żebyście widzieli to starcie mocy! – usłyszeli w słuchawkach. – Mają ukryte pole siłowe klasy… a bo ja wiem? Dziesiątej? Jedenastej? Musicie się bardziej postarać. O, wyruszają. Leci do was patrol, dwa duże smoki. Powodzenia!

Farrel zaklął i przełączył kilka funkcji działa. Nie było sensu ostrzeliwać budynku z taką ochroną. Przeprogramowane powinno starczyć do zestrzelenia smoków z nieba. Przeładował i wypalił ponownie. Na hologramie uaktualnianym przez Akralę jeden smok spadł na ziemię. Drugi natychmiast zniknął w rozbłysku światła i pojawił się obok nich.

– Boże Wszechmogący! – wrzasnął Kaadryl, jednak smok opadł ciężko na ziemię i skłonił głowę przed Smoczym Władcą. Ten z gracją wsiadł na grzbiet bestii.

– Do ataku – powiedział swoim ciężkim głosem. I odleciał, jakby robił to codziennie.

Farrel, z uniesioną brwią, przekalibrował zbroję w tryb lotu i wystartował zaraz za nim. Kątem oka zobaczył na hologramie dziesiątki smoków wylatujących ze świątyni. Zielony pomógł wsiąść Kaadrylowi i Gatyrowi na specjalnie wyhodowane wierzchowce. Sam rozwinął skrzydła i odbił się od ziemi, elegancko wyprzedzając wszystkich i równając się ze Smoczym Władcą. Za nim poleciały ich zabawki. Opuścili punkt w samą porę, gdyż z nieba spadł potężny promień roztrzaskując działo na cząsteczki.

Zaczęło się – pomyślał Farrel. Po czym wpadł w bitewny szał i nie myślał już o niczym.

 

Trzydzieści standardowych minut później.

 

Bitwa zmierzała do swego finału. Nikt do końca w to nie wierzył, ale dzięki mocy Rycerzy i Smoczego Władcy udało im się pokonać Legion. Smoki były w odwrocie, a Akrala, Kaadryl i Gatyr ścigali ich, wciąż ostrzeliwując tyły wroga. Na pobojowisku została najpotężniejsza trójka. Farrel obserwował gigantyczne truchła bestii, a Smoczy Władca przechadzał się tu i tam, sprawdzając, który ze smoków jeszcze żyje. Nagle Szary zorientował się, że Zielony uporczywie wpatruje się w niego. Poczuł lekki niepokój. Zmrużył oczy i zobaczył, że Rycerz mamrocze coś pod nosem.

– Uwaga! – krzyknął. Nagle jeden z martwych dotąd smoków wstał. Z ziemi wyglądał nieco inaczej. Był wielki jak góra, a jego gigantyczna łapa miała rozmiar kadłuba myśliwca Agentów. Smoczy skupił się, i próbował zawładnąć potworem, ale nie potrafił.

– Uciekaj! Ja go zatrzymam! – ryknął. Farrel zdumiał się. Jasność myśli Władcy zadziwiła go. W ciągu ułamka sekundy odnalazł się w sytuacji. Zrozumiał, że smokiem włada Zielony, który przed chwilą wskrzesił giganta. Że Zielony nastaje na życie Szarego. I że nie może pozwolić na śmierć członka zespołu. To wszystko przemknęło w jednej chwili przez umysł Szarego.

– Biegnij głupcze! – usłyszał w głowie zachrypnięty głos Smoczego Władcy. Otrząsnął się w samą porę, by ujrzeć doskakującego Zielonego. Odwrócił się i pobiegł z największą możliwą prędkością. Po drodze wydał komendę utworzenia statku. Satelita wyśle robotników do wykonania zadania w optymalnym miejscu, tak aby statek był gotowy na chwilę przed jego przybyciem.

Zbroja niespodziewanie wykonała unik przed biopociskiem, który spadł obok, wybuchając chmurą zarodników. Maska pancerza zasunęła się, uszczelniając skafander i odcinając właściciela od zewnętrznego środowiska. Na szczęście był całe życie przygotowany do ucieczki i obrony przed bioatakiem. Biegł dalej, co jakiś czas uskakując przed atakami Zielonego. Miał nadzieję, że Smoczy Władca poradził sobie ze smokiem i bestia nie zniszczy jego statku w locie.

To byłby smutny koniec Władcy Maszyn. Zabity przez smoka, który chwilę wcześniej pokonał Władcę Smoków. Zielony śmiałby się do końca swojego życia.

Po kilkunastu minutach SI poinformowała go o zbliżaniu się do celu. Wydał statkowi, gotowemu w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach, rozkaz startu natychmiast po ukończeniu budowy i rozpoczęciu sekwencji skoku czasoprzestrzennego. Był to jego genialny wynalazek, urządzenie szarpiące odpowiednią strunę Rzeczywistości i wyginające przestrzeń i czas, co pozwalało na króciutki skok, około dwu – trzykilometrowy. Niewiele, ale to wystarczało. Uśmiechnął się, gdy zobaczył ukończony pojazd.

– TERAZ! – wrzasnął i wyskoczył ze zbroi, uruchamiając procedurę samozniszczenia. Rozległ się okropny huk i usłyszał krzyk bólu za plecami. Nie zatrzymał się. Z nieba spadła natychmiast mała katapulta, na którą wskoczył, a ta wbiła go do wiszącego w powietrzu statku, który momentalnie po uszczelnieniu kabiny przemieścił się w czasie i przestrzeni, uciekając z zasięgu Zielonego Rycerza. Ten zaś został na planecie, poszarpany wybuchem zbroi, rycząc z wściekłości.

 

 

* * *

Rok później

 

Farrel stał przy oknie popijając poranną kawę. Dzisiaj nadszedł dzień wyzwolenia. Transcendencja. Nareszcie. Po tylu latach. Ale coś nie dawało Szaremu spokoju. Spojrzał na zbroję na ścianie. Nie zakładał jej odkąd uciekł z Grontu. Poczuł dziwną potrzebę wejścia w nią i zespolenia się z jej mechanizmami. Odstawił kubek i założył zbroję.

Natychmiast został wciągnięty w dobrze znany mu świat danych i prostych impulsów niezbyt skomplikowanych maszyn. Nagle usłyszał w głowie ciche słowa:

– On… Nadchodzi… – Mimo upływu roku, od razu rozpoznał ten zachrypnięty głos.

Smoczy Władco? O co chodzi? – zapytał, doładowując połączenie mocą. Jego jakość znacząco się poprawiła.

– Zielony Rycerz. Odnalazł cię i nadchodzi. Cały rok go powstrzymywałem, ale w końcu pokonał mnie i uwięził na jakiejś zapyziałej planecie. Nie przejmuj się mną jednak, wydostanę się stąd. Przygotuj się na jego przyjście. Moja moc jest na wyczerpaniu, ale jeszcze się z tobą skontaktuję…

– Znajdę cię, gdy rozprawię się z Zielonym!!! – zawołał jeszcze Farrel.

Zmrużył oczy. Smoczy Władca ochraniał go cały rok? Dlaczego?

Zastanowi się nad tym później.

– Arratunie, przygotuj się na przybycie wroga. Trzeba…

Nikt nigdy nie dowiedział się, co trzeba, gdyż w tym momencie dach jego siedziby oberwał się a on sam został przywalony tonami gruzu. Zbroja momentalnie przeskoczyła w tryb bojowy i odwaliła gruz na bok. Jeszcze gdy wstawał, nanoboty na jego plecach zbudowały pochwę z nanomieczem, a u pasa Rycerza kaburę z pistoletem. Farrel, już uzbrojony, rozejrzał się w całkowitej ciemności.

Brak światła.

Dach nie był więc doszczętnie zniszczony. Odpadła tylko dolna warstwa, co znaczyło, że nie uszkodziła go eksplozja, jedynie potężna fala uderzeniowa która zarwała sufit. I wysadziła bezpieczniki. Lub generatory mocy.

Szary Rycerz spojrzał na zegarek. Do ukończenia maszyny pozostało trzydzieści minut. Przez ten czas był podatny na ataki Zielonego Rycerza. Pobiegł szybko korytarzem, prosto do zbrojowni, gdzie miał kilka niespodzianek…

Bowiem Farrel nie przepuścił tego roku. Każdego dnia myślał, jak powstrzymać Zielonego Rycerza choć na chwilę, choć na moment. Wprowadził tyle ulepszeń do swojej zbroi, że wyglądała już zupełnie inaczej. Była szybsza, silniejsza, wytrzymalsza. Miała też kilka dodatkowych funkcji, które były przeznaczone specjalnie dla Zielonego.

Swoje zamyślenie nieomal przypłacił życiem, gdy Zielony wybiegł nagle z bocznego korytarza. Szary mimo zaskoczenia zdołał podskoczyć i, zasilając ścianę, aktywował panel magnetyczny, po którym pobiegł nad głową przeciwnika. Teraz już nie miał szans dostać się do zbrojowni, jego przeciwnik od teraz będzie podążał za nim krok w krok i nie da mu chwili spokoju. Przyspieszył jeszcze trochę. On znał tę bazę lepiej, musiał wykorzystać każdą strategiczną przewagę. Skręcił do hangaru. Pamiętał, że kiedyś zostawił tam rusznicę strzelającą przeciwpancernymi pociskami wypełnionymi nanobotami. Kaliber jego podręcznego pistoletu był za mały by przebić kościaną zbroję Zielonego, lecz działko przeciwpancerne powinno sobie poradzić. Wydał w myślach rozkaz przygotowania rusznicy do wystrzału i ustawienia jej w stronę drzwi. Farrel wybiegnie, broń strzeli i zabije Zielonego. Przynajmniej powinna. Nie miał już żadnego planu C. To musiało zadziałać. Rzut oka na zegarek. Dwadzieścia minut do Transcendencji. Dwadzieścia minut do wolności… Od rusznicy doszedł sygnał gotowości. Był już blisko. Słyszał kilkanaście metrów za sobą cichy tupot stóp Zielonego Rycerza. Wiedział, że dla zwykłego człowieka ich prędkość była nieosiągalna i dla obserwatora byliby nieco rozmytymi sylwetkami. Nie zdawał sobie sprawy który raz z kolei zadumał się nad swoją potęgą. Potęgą Wielkich, żyjących całe eony, Wielkich takich jak Elektrostatyk, Adanadhar czy Asmyria Negująca. Takich jak Smoczy Władca. Takich, jak oni. Przerwał rozmyślania, gdy zbliżył się do hangaru.

Teraz albo nigdy!

Słyszałem to… Myślisz że uda ci się zabić mnie tą rusznicą? – Natychmiast odpowiedziały mu lodowate myśli Zielonego Rycerza. – Nie wiem, czy w ogóle można mnie uśmiercić. Przekonamy się?

Farrel, mimo przerażenia, zignorował tę odpowiedź, wpadł do hangaru i wykonał imponujący dziesięciometrowy skok z saltem po którym zgrabnie wylądował na ugiętych kolanach. Jednak jego przeciwnik nie wybiegł za nim. Zamiast niego z korytarza wyleciał pocisk z biomaterii, który trafił Szarego, przewracając go i przylepiając do podłogi. Zielony wyszedł spokojnie z korytarza, rozglądając się po hangarze.

– Jakże łatwo odczytać twoje myśli. Nawet nie próbujesz ukrywać ich wytwarzając chaos w przekaźnikach, a wiem że mógłbyś. Nie jesteś jednym z tych słabych magów, którzy nie mają najmniejszego wpływu na funkcjonowanie swoich umysłów, prawda?

Wtedy Szary zrozumiał. Zielony odczytywał przepływ impulsów nerwowych w mózgu. To było banalnie proste. Zaśmiał się na głos i osłonił swój umysł polem elektromagnetycznym, odcinając otoczenie.

– Doskonale Szary Rycerzu. Teraz przejdę do kwestii… Uśmiercenia cię. Czekałem na to od tak dawna… Nawet Smoczy Władca nie zdołał mnie powstrzymać. Zemszczę się, za to co zrobisz. Zapobiegnę temu. Nikogo nie skrzywdzisz.

– O czym ty mówisz? – wykrzyknął leżący.

Zielony pochylił się nad nim.

– Ja widziałem przyszłość, przyjacielu, a pokazał mi ją pewien niecodzienny… osobnik. Widziałem w niej wielkie okrucieństwa, jakich się dopuścisz. To się nie zdarzy. Ja… zapobiegnę temu. Już mi nie uciekniesz. Nie masz miejsca, w które mógłbyś się udać. Wiem to.

Wyciągnął miecz i podszedł do Szarego. Farrel niespodziewanie zrzucił z siebie biomasę i stanął w rozkroku z obnażonym ostrzem. Jego zbroja była przygotowana na niewykrywalne rozbrojenie takiej broni za pomocą nanobotów. Wystarczyło poczekać. Zielony westchnął i skoczył naprzód, tnąc szeroko z lewej. Lecz Szary Rycerz nie zamierzał wdawać się w walkę wręcz z potężniejszym przeciwnikiem. Wykonał piruet, unikając ciosu i uskoczył w bok, jednocześnie wydając rusznicy polecenie strzału. Nastąpił potężny wybuch, a gdy po eksplozji opadł kurz, Farrel zobaczył przyklejone do ściany zwłoki oponenta. Odetchnął z ulgą, jednak po chwili trup odpadł i zaczął poruszać się, regenerując w zastraszającym tempie. Wrzasnął i popędził do Komory Ascendencji. Tam przejdzie w najwyższy stan ewolucyjny i uwolni się na zawsze od prześladowcy. Zerknął w biegu na zegarek. Zostało już jedynie pięć minut. Przyspieszył do granic możliwości, wiedząc, że Zielony jest tuż za nim. Nakazał maszynom rozpoczęcie procedur wstępnych. Wszystko będzie gotowe gdy tam dotrze. Następne minuty spędził na biegu i rozmyślaniu o swoim życiu. Czy było dobre? Czy jego rodzinie nic nie grozi? Co zrobi Zielony Rycerz gdy to zobaczy? Na te pytanie nie było już odpowiedzi. Nie było na nie czasu.

Czas

Czym będzie dla niego czas? Jeszcze jednym, czwartym wymiarem? Zabawką? Jedynym ograniczeniem? Farrel nie miał pojęcia, co będzie w jego władzy. Miał tylko nadzieję, że Bóg pochwala jego działanie i nie zostawi go, nieśmiertelnego, w pustej skorupie Pierwszego Wymiaru po Apokalipsie. Tylko nadzieję. Po tych pięciu minutach, które były najdłuższymi pięcioma minutami w jego życiu, przekroczył próg Komory i zamknął za sobą drzwi. Wiedział, że długo nie wytrzymają, dlatego natychmiast przystąpił do procedury. Potężne błyskawice chwyciły go i wyniosły na środek wysokiego pomieszczenia. Maszyna Transcendencji, dzieło jego życia, otaczała go ze wszystkich stron. Poziom mocy wokół gwałtownie wzrósł i Szarego Rycerza okrył całun energii. Nic już nie mogło go powstrzymać. Nawet Zielony, który wyważył drzwi i stanął na niewielkim pomoście, zdawał sobie z tego sprawę. Ryknął bezsilnie i uderzył w ścianę, była jednak wzmocniona i potrzebowałby godzin by się przez nią przebić i zniszczyć Maszynę. Zostało mu zaś tylko kilka sekund. Krzyczał więc i rozwalał wszystko co mógł, patrząc na coraz silniejszą aurę światła otaczającą Farrela.

Po krótkiej chwili ich obu oślepił potężny rozbłysk, a gdy zgasł, Farrel leżał na podłodze, dysząc ciężko. Zielony podbiegł i niemal wbił mu miecz w pierś, ale powstrzymały go przed tym oczy Szarego. Szeroko rozwarte, dziwnie puste i zarazem niezmiernie głębokie w swej pustocie. Szary chwycił go mocno za ramię.

– Wybaczam ci twoją pomyłkę – powiedział tylko przerażająco metalicznym głosem.

I skonał.

Zielony zapłakał nad ciałem. Zrozumiał, że Farrel nie był tym, o którym mówił ten Pradawny. Rycerz wszystko przekręcił i źle zinterpretował. Lecz teraz nie było już odwrotu.

– Boże, wybacz mi, bo zgrzeszyłem przeciw Tobie! – zaszlochał. Nie chciał już żyć. Doprowadził do śmierci niewinnego człowieka, w dodatku pobłogosławionego przez Pana niezwykłą mocą. Czekają go wieczne ognie piekielne, to pewne. Nie pojął tylko jednego faktu…

Ale jak to? Eksperyment nie powiódł się? Co poszło nie tak? – Myśli szybko przemykały mu przez głowę. – Zobaczył strukturę czasu i przestrzeni, ale efekt nie utrzymał się. Dlaczego?

Nagle ciało Farrela uniosło się w powietrze i zajaśniało nieziemskim blaskiem. Zielony, zafascynowany, odsunął się, by lepiej podziwiać niesamowite zjawisko.

– Hahaha! Niewiarygodne… Dokonał tego! Przekroczył granice Rzeczywistości!

– Musisz… odejść… Wszechświat… będzie… cię… potrzebował… - Zielony usłyszał cichy szept, dobiegający jakby z całego otoczenia.

– A ty?

– Ja… wrócę… Wyczekuj mnie… na… końcu…

Ciało rozbłysło ostatni raz i… znikło.

Uwolnij Smoczego Władcę! – Doleciało tylko do niego jakby z wielkiej odległości.

Zielony otarł łzy i wstał. Powoli, krok za krokiem, wyszedł ze zrujnowanej bazy. Powiódł wzrokiem po horyzoncie. Właśnie zachodziła piękna gwiazda systemu. Przypomniał sobie o życzeniu Farrela. Wyciągnął zza pazuchy kartkę ze spisanymi z tablicy dotyczącej teleportacji inkantacjami i zaśpiewał czysto.

Gdy skończył, świat zawirował wokół niego, a on przenosił się pomiędzy światami.

Wiele lat minie, nim znów się spotkamy, bracie… – rzekł do niemogącego go usłyszeć Szarego Rycerza – Wiele lat…

I miał rację.

 

Za „Legendy i opowiastki Śmierci”

Koniec

Komentarze

Mam wrażenie, że jesteś jeszcze młodym człowiekiem – tekst wygląda na coś, co wyszło spod pióra niezbyt doświadczonego twórcy. Nie twierdzę, że to źle. Po prostu świat wydaje się… taki prosty. Bohaterowie beztrosko wymachują supermocami.

Widać, że poświęciłeś sporo pracy opowiadaniu. :-) Czasami brakuje przecinków, ale jest całkiem przyzwoicie. Wydaje mi się, że nadużywasz Wielkich Liter. Zawody czy podobne grupy społeczne spokojnie można pisać małą. Chyba za dużo tu patosu – wszyscy bohaterowie tacy dzielni, że aż strach. Ani chwili paniki, ani chwili zawahania…

Wszyscy za to zachwycali się cudownym dzieckiem, który miał wielki talent

Które miało. Dziecko to ono.

Gdy miał 14 lat,

Liczby w beletrystyce raczej piszemy słownie. I “miał” się powtarza.

Planeta Traelia, Obrzeża

A jak wyglądają obrzeża planety?

gdy Zielony wybiegł nagle z bocznego korytarza. Ten jednak podskoczył

Korytarz podskoczył?

Babska logika rządzi!

Przypomniały mi się lata młodzieńcze, gdy wszystko sprowadzało się do stwierdzenia “damy radę, jesteśmy nieśmiertelni i wszystko możemy zrobić”. To były fajne czasy, tak samo jak Twoje opowiadanie. Trochę irytująca jest ta górnolotność, ale jeśli spojrzeć przez pryzmat młodych lat… to nawet dobrze się to czyta.

Ogółem szybko i nawet przyjemnie się czytało.

F.S

Czyta się dobrze, nawet wciąga. Widać, że włożono w opowiadanie sporo pracy. Warsztatowo (jak dla mnie) bez większych potknięć. (Choć możliwe, że Reg. by coś znalazła :) ) Opowiadanie jak mówili poprzednicy takie przerysowane w superbohaterskości, ale zakładam, że tak ma być. Czarne jest czarne a białe jest białe. Zwrot akcji zielony vs szary – ok to jest pomiędzy czarnym a białym.

Ja bym określił ten tekst młodzieżowym.

 

To mi nie gra:

– Masz tablicę?! – zapytał, przekrzykując wybuchy i wrzaski rannych. Farrel przytaknął, a Kaadryl krzyczał dalej – Gdzie Zielony?!

Z tym:

– Misja powiodła się? – zapytał ich, gdy do niego podeszli.

– Oczywiście, tablica zdobyta, brak poważnych ran czy okaleczeń – odpowiedział Zielony Rycerz.

Chyba, że przekrzykiwali wrzaski przeciwników. Bo sprzymierzeńców oprócz drużyny bohaterów chyba tam nie było?

 

Drobne usterki:

 

(…)wskaźnik wagi pokazywał 50 kilogramów. – w beletrystyce liczebniki słownie, tu: pięćdziesiąt

 

Jeśli mógł ułatwić komuś pracę bez najmniejszego wysiłku, czemuż by miał [akapit]

tego nie robić? – niepotrzebny akapit

 

Szeroko rozwarte, dziwnie puste i zarazem niemiernie głębokie w swej pustocie. – literówka

 

Pozdrawiam,

z Bogiem!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Człowiek zawsze się na duchu podnosi, gdy widzi nawet najmniejszą pochwałę. Dziękuję Wam, za te opinie, następnym razem wezmę je pod uwagę.

@Mytrix: Wrzaski rzeczywiście były tylko przeciwników, żadnych sprzymierzeńców na planecie nie było.

No i tak, jest trochę przerysowane, ale w gruncie rzeczy tak przedstawiam pierwsze miliardy lat historii tego świata. (Śmierć to ja). To opowiadanie jest trochę tak jakby z fikcyjnej książki, napisanej przeze mnie w fikcyjnym świecie. Ma pokazywać odwagę i bohaterstwo herosów z pierwszych epok, jako taką zachętę do czynienia podobnie. Mam nadzieję że wyjaśniłem.

@Finkla: Tu nie chodzi o obrzeża planety, tylko o Obrzeża – kraniec Wszechświata. Może tam to dodam.

Tak, jestem młodym, niedoświadczonym pisarzem, mam piętnaście lat i ogólnie to jest moje pierwsze porządne opowiadanie. Jako iż jest pierwsze, wiele rzeczy w nim jest do końca niejasnych, różne Wielkie litery mogą się nie zgadzać i ogólnie to wszystko jest trochę takie mgliste, ale wkrótce się wyjaśni ;)

Trudno panikować, gdy zna się swój cel, ma się jakiś miliard lat do przeżycia, a twoja moc pozwala ci na robienie totalnych niesamowitości. Nawiasem mówiąc, następne opowiadanie jest o człowieku, który machnięciem ręki może zniszczyć lub zbudować od zera planetę. Jak ktoś taki może panikować? ;) No ale nieważne.

Jeszcze jedno – bohaterowie beztrosko wymachują mocami, bo mogą. Skoro każdy we Wszechświecie jest czarodziejem, to czy magia jest jeszcze czymś niezwykłym? Czy to są jakieś szczególne super-moce? To chyba tak samo jak z szybkim bieganiem. Jeśli ktoś potrafi szybko, czy to jest super-moc? Nie, bo wszyscy też umieją biegać. Niektórzy wolniej, niektórzy szybciej, ale każdą różnicę da się zniwelować intelektem. Dlatego to wszystko jest takie beztroskie. Bo jest naturalne.

@FoloinStephanus: To “damy radę, jesteśmy nieśmiertelni i wszystko możemy zrobić” ustawię sobie na motto ;)

Jeszcze raz dziękuję,. błędy oczywiście poprawię. Cieszę się, że opowiadanie dało się czytać.

Życzę wszystkiego dobrego :D

(Strach pomyśleć, co powie Reg. :D)

Przecież wszystkie słowa są zmyślone.

Ech… proszę bardzo :)

F.S

No, Adanadharze, jak na Twoje lata, bardzo przyzwoicie napisane.

Jak taki ktoś może panikować? Ależ bardzo prosto – “O, mój Boże, machnąłem ręką przez sen i zabiłem trzy miliardy istot rozumnych. Nie śpię od tygodnia. Boję się zmrużyć oczy. Kawa przestaje działać”. I depresja gotowa, w komplecie z pięknymi powikłaniami spowodowanymi brakiem snu i nadmiarem kofeiny.

Zdradzę Ci jeszcze, że jeśli bohaterowi wszystko przychodzi bez wysiłku, to dla czytelnika szybko staje się to nudne. Czytałeś kiedyś porywającą książkę o walce człowieka z mrówkami? Dlatego Batman nie pracuje na komendzie i nie łapie kieszonkowców, tylko ugania się za arcyłotrami.

Babska logika rządzi!

To ja jeszcze dopowiem, że Adanadhar całkiem rozumnie broni swoich teorii. Jest tylko jeden haczyk ;)

haczyk – Tekst jest jak dziecko wypuszczone w świat, radzić musi sobie samo, ile tata nauczył tyle umie. Tak i opowiadanie musi samo się wybronić, 99% czytelników nie zetknie się z wyjaśnieniami autora, pominie słowo wstępu itd. :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Doceniam pomysł i wysiłek włożony w napisanie opowiadania, Adanadharze, jednak nie podejmę się jego oceny, albowiem ta tematyka – świat osobników posiadających wszelkie nadprzyrodzone moce, wykonujących trzykilometrowe skoki, powstających z martwych itp. – jest mi kompletnie obca.  

Wyznam tylko, że chyba nie zrozumiałam, co tak naprawdę zaszło na końcu. Brakło mi także wyjaśnienia, dlaczego Zielony prześladował Szarego, ale może i tej sprawy też nie pojęłam.

Wykonanie, niestety, pozostawia sporo do życzenia. Adanadharze, nadal źle zapisujesz dialogi, a przecież już dwa razy podpowiadałam, gdzie powinieneś szukać pomocy. Wciąż nadużywasz zaimków, trafiają się powtórzenia. Bywa, że gubisz podmiot, co sprawia, że Twoje myśli, można różnie rozumieć. Zdarzają się zdania nie najlepiej skonstruowane, a przez to czasem nieco zabawne.

Masz przed sobą sporo pracy nad udoskonalaniem warsztatu, ale jestem przekonana, że będziesz sobie radził coraz lepiej.

 

Chło­pak był bar­dzo doj­rza­ły jak na swój wiek i przej­rzał wszyst­kie ich spo­so­by, jed­nak w końcu uznał, że musi wy­peł­nić swój oby­wa­tel­ski obo­wią­zek… – Drugi zaimek zbędny.

 

choć wskaź­nik wagi po­ka­zy­wał pięć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Kiedy zo­ba­czy­łeś gi­gan­tycz­ną armię… – Kiedy zo­ba­czy­łeś gi­gan­tycz­ną armię

 

-Na co cze­ka­cie?! – usły­sze­li do­brze znany im głos. Na co cze­ka­cie?! – Usły­sze­li do­brze znany im głos.

Nadal źle zapisujesz dialogi. Ostatni raz podpowiadam, jak możesz sobie pomóc: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

bie­gnąc po lą­do­wi­sku z tym swoim idio­tycz­nym zie­lo­nym płasz­czem po­wie­wa­ją­cym z tyłu. – Raczej: …bie­gnąc po lą­do­wi­sku w tym idio­tycz­nym, zie­lo­nym płasz­czu, powiewającym z tyłu.

Chyba że Rycerz nie miał płaszcza na sobie, tylko, np. trzymał go pod pachą.

 

Kiedy Akra­la pod­nio­sła sta­tek, był jesz­cze 10 me­trów od niego… – …był jesz­cze dziesięć me­trów od niego

 

– Masz ta­bli­cę?– za­py­tał Far­re­la su­ro­wym gło­sem. – Brak spacji po pytajniku.

 

Szary Ry­cerz wy­do­stał się z ot­chła­ni swo­je­go umy­słu gdzie roz­ma­wiał z jedną ze swo­ich SI. – Powtórzenie.

 

Raport Twór­ców sprzed 300 lat… – Raport Twór­ców sprzed trzystu lat…

 

Far­rel wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści poza jego umy­słem… – Far­rel wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści poza swoim umy­słem

 

lecz jego straż­ni­ka­mi ro­bo­ty ste­ro­wa­ne przez SI… – Pewnie miało być: …lecz jego straż­ni­ka­mi były ro­bo­ty ste­ro­wa­ne przez SI

 

Wyj­rzał za ilu­mi­na­tor… – Spoj­rzał przez ilu­mi­na­tor

By wyjrzeć za iluminator, nalałoby go otworzyć i wychylić się zeń.

 

Pięk­ny widok, po­my­ślał Far­rel. Lubił takie wi­do­ki. – Czy to celowe powtórzenie?

 

Dzie­lił się nimi wszak­że szczo­drze, bo dobre miał serce. – Raczej: Dzie­lił się nimi jednak szczo­drze, bo dobre miał serce.

 

Gdy za­py­ta­li go, co skło­ni­ło go do two­rze­nie za­pa­sów… – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Gdy za­py­ta­li go, co skło­ni­ło go do two­rze­nie za­pa­sów, mimo iż nic nie da­wa­ło zna­ków o nad­cho­dzą­cym nie­szczę­ściu, od­rzekł im je­dy­nie… – Nadmiar zaimków.

Proponuję: Zapytany, co skło­ni­ło go do two­rze­nia/ gromadzenia za­pa­sów, mimo iż nic nie zapowiadało nad­cho­dzą­cego nie­szczę­ścia, od­rzekł je­dy­nie

 

oraz jedno z jego naj­lep­szych wy­na­laz­ków… – …oraz jeden z jego naj­lep­szych wy­na­laz­ków

Wynalazek jest rodzaju męskiego.

 

Nie mieli żad­nych szans przed ata­kiem Od­de­chu Smoka.Nie mieli żad­nych szans wobec ataku Od­de­chu Smoka.

 

zo­sta­ją wy­zna­czo­ne przez Czar­nych Wład­ców na obro­nę pra­daw­nych świą­tyń… – …do obrony pra­daw­nych świą­tyń

 

– Nie, wszyst­ko do­brze. Mu­sia­łem od­pły­nąć na chwi­lę. – Boże, jak długo byłem nie­obec­ny? –Jakiego boga ma na myśli Farrel?

 

Po­zdro­wił kilku zna­jo­mych ma­cha­ją­cych do niego. Byli to bar­dziej zna­jo­mi jego to­wa­rzy­szy niż jego sa­me­go i znali go tylko z wi­dze­nia… – Przykład nadmiaru zaimków.

Draż­ni­ło go to, a on nie lubił, gdy coś go draż­ni. – Tu również.

 

Nie spo­dzie­wał się aż ta­kich po­stę­pów. Nie spo­dzie­wał się w ogóle żad­nych po­stę­pów. Zaś nie­spo­dzie­wa­ne po­stę­py… – Czy to celowe powtórzenia?

 

– Ko­lej­ne za­da­nie wy­ko­na­cie w ko­la­bo­ra­cji z od­dzia­łem Spe­cja­li­stów… – Choć kolaboracja jest współpracą, jednak ma bardzo pejoratywne zabarwienie.

Proponuję: – Ko­lej­ne za­da­nie wy­ko­na­cie w kooperacji/ we współpracy/ razem/ wspólnie z od­dzia­łem Spe­cja­li­stów

 

Nie dał po sobie po­znać za­sko­cze­nia, jakie od­czuł.Nie dał po sobie po­znać za­sko­cze­nia, które od­czuł.

 

Smo­czy Wład­ca zdjął hełm wy­ku­ty na po­do­bień­stwo smo­cze­go łba… – Nie brzmi to najlepiej.

 

– Za­pew­ne wszy­scy­śmy cie­ka­wi, jakie moce masz w za­na­drzu – za­ga­ił Zie­lo­ny… – Zagaić, to zacząć zebranie/ obrady, a tutaj zebranie jest w toku, więc Zielony nie mógł zagajać.

 

Nie zaj­mu­jesz jesz­cze stop­nia, który upraw­nia cię… –Wydaje mi się, że stopień można dostać, można być awansowanym na stopień, ale stopnia chyba się nie zajmuje.

 

Far­rel za­pi­sy­wał in­for­ma­cje w cy­fro­wej pa­mię­ci, jak zwykł robić pod­czas od­praw, sa­me­mu drze­miąc lekko. – …sa­m drze­miąc lekko.

 

00:30 wg czasu ziem­skie­go.Trzydzieści minut po północy, według czasu ziem­skie­go.

Liczebniki wciąż zapisujemy słownie, w dodatku nie używamy skrótów.

 

Włą­czył au­to­pi­lot do po­ko­ju… – Włą­czył au­to­pi­lota do po­ko­ju

 

Far­rel sie­dział przy swoim wła­snym sto­li­ku, któ­re­go nie mu­siał z nikim dzie­lić i z któ­re­go bar­dzo do­brze wi­dział resz­tę sto­łów­ki. – Czy aby dobrze widzieć stołówkę, Farrel musiał wchodzić na stolik?

Wystarczy: Far­rel sie­dział przy wła­snym sto­li­ku… – Czy mógł siedzieć przy cudzym własnym stoliku?

 

i nie­wer­bal­nej wia­do­mo­ści, jaką otrzy­mał. – …i nie­wer­bal­nej wia­do­mo­ści, którą otrzy­mał.

 

Od­wra­ca­ła się do wi­dzów i pro­si­ła jed­ne­mu o spraw­dze­nie kie­sze­ni.Od­wra­ca­ła się do wi­dzów i pro­si­ła jednego o spraw­dze­nie kie­sze­ni.

 

Wtedy do sali wszedł Smo­czy Wład­ca i Zie­lo­ny Ry­cerz… – Ponieważ było ich dwóch, więc: Wtedy do sali weszli Smo­czy Wład­ca i Zie­lo­ny Ry­cerz

 

Przez cały lot roz­ma­wiał z Ar­ra­tu­nem, przez co po­dróż… – Powtórzenie.

 

Dobra, szy­ko­wać się! – roz­ka­zał Zie­lo­ny – Mamy dwie mi­nu­ty do lą­do­wa­nia! Wszy­scy nie­mra­wo za­czę­li przy­go­to­wy­wać się do de­san­tu. – Wykonywali rozkaz niemrawo? Nie chce mi się wierzyć!

Sprawdź znaczenie słowa niemrawy.

 

Akra­la szyb­ko wznio­sła się w górę. – Masło maślane. Czy coś może wznieść się w dół?

 

Za nim po­le­cia­ły ich za­baw­ki Opu­ści­li punkt… – Brak kropki na końcu zdania.

 

Bitwa chy­li­ła się ku koń­co­wi. Nikt do końca w to nie wie­rzył… – Raczej: Bitwa miała się ku koń­co­wi. Lub: Bitwa zmierzała do końca.

Powtórzenie.

 

Był wiel­ki jak góra, a jego stopa była gi­gan­tycz­na… – Powtórzenie.

 

Wydał stat­ko­wi, go­to­we­mu w 97%… – Wydał stat­ko­wi, go­to­we­mu w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach

Liczebniki nadal zapisujemy słownie, nie używamy również symboli.

 

co po­zwa­la­ło na kró­ciut­ki skok, około 2 – 3 ki­lo­me­trów. – …co po­zwa­la­ło na kró­ciut­ki skok, około dwu– trzykilometrowy.

 

Nie za­kła­dał jej odkąd uciekł z Gron­tu Po­czuł dziw­ną po­trze­bę… – Brak kropki na końcu zdania.

 

mimo roku od­stę­pu, od razu roz­po­znał ten za­chryp­nię­ty głos. – Raczej: …mimo upływu roku, od razu roz­po­znał ten za­chryp­nię­ty głos.

 

Koń­czy mi się moc,ale jesz­cze się z tobą skon­tak­tu­ję – Brak spacji po przecinku.

 

Jesz­cze gdy wsta­wał, na­no­bo­ty na jego ple­cach zbu­do­wa­ły po­chwę z na­no­mie­czem, a u jego pasa ka­bu­rę z pi­sto­le­tem. – Zrozumiałam, że nanoboty zbudowały miecz z pistoletem u pasa.

 

Far­rel, już uzbro­jo­ny, ro­zej­rzał się. Było ciem­no. – Czy wcześniej, jeszcze nieuzbrojony, nie zauważył ciemności?

 

ak­ty­wo­wał panel ma­gne­tycz­ny, po który po­biegł nad głową prze­ciw­ni­ka. – Literówka.

 

Rzut okiem na ze­ga­rek.Rzut oka na ze­ga­rek.

 

Far­rel, mimo prze­ra­że­nia, zi­gno­ro­wał od­po­wiedź… – …zi­gno­ro­wał od­po­wiedź

 

wy­ko­nał im­po­nu­ją­cy dzie­się­cio­me­tro­wy skok z sal­tem po któ­rym zgrab­nie wy­lą­do­wał na zgię­tych ko­la­nach. – Klęknął?

Podejrzewam, że raczej: …po któ­rym zgrab­nie wy­lą­do­wał na nogach ugię­tych ko­la­nach.

 

wy­le­ciał po­cisk z bio­ma­te­rii, który ude­rzył Sza­re­go pro­sto w na­pier­śnik, prze­wra­ca­jąc go i przy­le­pia­jąc do pod­ło­gi. Zie­lo­ny wy­szedł spo­koj­nie za nim, roz­glą­da­jąc się po han­ga­rze. – Czy to napierśnik został przewrócony i przylepiony do podłogi? Czy Zielony wyszedł za napierśnikiem?

 

Zie­lo­ny po­chy­lił się do niego. – Raczej: Zie­lo­ny po­chy­lił się nad nim/ ku niemu.

 

Wi­dzia­łem w niej wiel­kie okru­cień­stwa, ja­kich się do­pu­ścisz.Wi­dzia­łem w niej wiel­kie okru­cień­stwa, których się do­pu­ścisz.

 

Zie­lo­ny wes­tchnął i sko­czył na przód, tnąc sze­ro­ko z lewej. Zie­lo­ny wes­tchnął i sko­czył naprzód, tnąc sze­ro­ko z lewej.

 

jed­no­cześ­nie wy­da­jąc po­le­ce­nie do strza­łu rusz­ni­cy. – Raczej: …jed­no­cześ­nie wy­da­jąc rusznicy po­le­ce­nie strza­łu.

 

Ode­tchnął z ulgą, jed­nak po chwi­li trup od­padł i po­ru­sza się, re­ge­ne­ru­jąc w za­stra­sza­ją­cym tem­pie. – Raczej: …trup od­padł i zaczął po­ru­szać się

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję bardzo.

Chciałbym prosić wszakże o pomoc, bowiem mimo trzykrotnego przeczytania instrukcji dotyczącej pisania dialogów, mój ograniczony umysł nie był wstanie jej rozszyfrować :( Czy ktoś jest w stanie wytłumaczyć mi w to inny sposób, na przykładzie z mojego opowiadania, powiedzmy?

Jestem też wdzięczny za wskazanie kolejnych błędów, które muszę poprawić i liczę na to, że przewidywania okażą się prawdą i będę radził sobie coraz lepiej :) 

Pozdrawiam ;)

 

Przecież wszystkie słowa są zmyślone.

– To byłeś ty, bracie, nie pamiętasz? Kiedy zobaczyłeś tą gigantyczną armię, prawie zmoczyłeś spodnie i wykrzyczałeś do mikrofonu żeby zbombardowali natychmiastowo, ale przypomniałem ci o zadaniu… a także o tym, że wciąż tam byliśmy – Kaadryl uśmiechnął się idąc w jego ślady – Nie martw się. Zielony się nie dowie. Przynajmniej nie ode mnie – dodał wyniośle.

Zdarza Ci się zapominać o kropkach w dialogach. Tutaj kropki po “byliśmy” i “ślady”. To, że Kaadryl się uśmiechał i szedł w ślady, to nie opis wypowiedzi (jak na przykład “dodał wyniośle”), więc trudno to uznać za jej część i łączyć z poprzednim zdaniem. A przy okazji: przecinki po “mikrofonu” i “uśmiechnął się”.

– Witaj Farrelu, Szary Rycerzu. Dobrze cię widzieć – wstał i sztywnym ruchem podał mu rękę.

Tu podobnie – wstawanie i podawanie ręki nie jest wypowiedzią/ odgłosem paszczowym, więc przerób na samodzielne zdanie – kropka i duża litera.

Jeszcze jakieś pytania?

Babska logika rządzi!

Adanadharze, cieszę się, że mogłam pomóc. ;-)

Mam nadzieję, że post Finkli ułatwi Ci zrozumienie sposobu zapisywania dialogów. Na wszelki wypadek dodam jeszcze link, który powinien być pomocny: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

Powodzenia w pracy twórczej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ach! Teraz wszystko stało się jasne i proste ;)

Dziękuję bardzo za wyjaśnienia, następnym razem ograniczę błędy w dialogach do nieuniknionego minimum, a to opowiadanie postaram się poprawić wg. Waszych wskazówek.

Jeszcze tylko… w dialogach, gdy piszemy jedno zdanie, potem jest czasownik “mówienia” i opis, to stawiamy wtedy kropkę, tak? [– Dość! – stanowczo rzekł Twórca. – Nie…]

Pozdrawiam!

PS: @regulatorzy Farrel miał na myśli Jedynego  Prawdziwego Boga (chrześcijańskiego). Rzeczywiście muszę zacząć od samego początku, bo jest to kompletnie niezrozumiałe.

PPS: Skoro nie używamy skrótów, to chyba muszę zmienić wszelkie sformułowania typu “SI coś tam”,  bo to też jest skrót od Sztucznych Inteligencji, tak?

Przecież wszystkie słowa są zmyślone.

Można spokojnie używać skrótów, których używa się w mowie. Mówimy przecież SMS czy PKP. Ale raczej nie km/ h. Można powiedzieć “itede”. SI też przejdzie.

Babska logika rządzi!

Okej, dziękuję.

Przecież wszystkie słowa są zmyślone.

Dziękuję za wyjaśnienia, Adanadharze.

Muszę jednak powiedzieć, iż mój rozum nie potrafi przyjąć do wiadomości, iż istoty/ osobnicy w rodzaju Farrela wyznają wiarę w Boga.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dlaczego? Skoro my w Niego wierzymy, czemu nie oni? Ktoś, kto otrzymał od Boga wieki dar, łatwiej uwierzy. A im większy dar, tym większa wiara. Na tym to polega. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Przecież wszystkie słowa są zmyślone.

Dlaczego?

Ano, może dlatego, że jestem głęboko niewierząca.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ach, wszystko jasne :)

Cóż, w moim świecie panuje wiara w Boga, może dlatego że w tym zwykłym mi jej brakuje. Farrel wierzy… no bo czemuż ma nie wierzyć? Ma moc, słyszał historie o początku świata… W świecie pełnym magii tym łatwiej uwierzyć, że ktoś ustalił jakieś zasady funkcjonowania rzeczywistości. Wszystko dąży do Chaosu, więc z Chaosu nie mógł powstać Ład.

Lub po prostu – nieśmiertelna i niemal wszechmocna istota powiedziała, że Bóg istnieje, więc wszyscy w Niego wierzą :)

Przecież wszystkie słowa są zmyślone.

Właśnie dlatego, że to świat pełen magii i nadprzyrodzonych mocy, nie potrafię znaleźć w nim miejsca dla Boga. W moim pojęciu Bóg i magia wzajemnie się wykluczają.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A w moim magia to tylko część boskiej mocy. Wszystko wyjaśnię w następnym opowiadaniu (na razie istniejącym tylko w myślach) “O Pierwszym Brzasku”. Zajmie mi to jakieś pół roku, ale wyjaśnię. Miłego niedzielnego wieczoru życzę :)

Pozdrawiam,

Adanadhar

Przecież wszystkie słowa są zmyślone.

OK. Poczekam. :-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne :)

Dorzuciłabym garść przecinków, ale i tak dobrze się czyta :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka