- Opowiadanie: Reinee - Veit i trzy wiedźmy

Veit i trzy wiedźmy

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Werwena, śniąca, joseheim

Oceny

Veit i trzy wiedźmy

Męż­czy­zna zwany Sa­mil­dá­na­chem nie był ani we wła­ści­wym miej­scu, ani we wła­ści­wym cza­sie. A jed­nak wła­śnie tu i teraz robił to, co zro­bio­ne zo­stać mu­sia­ło. Pra­co­wał cięż­ko, by uczy­nić świat takim, jakim być po­wi­nien. Wie­dział, że nie po­ko­na wszyst­kich, któ­rym pra­gnął­by rzu­cić rę­ka­wi­cę. Lecz był też inny spo­sób. Cięż­ki, wy­ma­ga­ją­cy dziw­nych so­ju­szy, nie­pew­ny. Ale za to moż­li­wy, w prze­ci­wień­stwie do walki z całym świa­tem. Męż­czy­zna był pa­trio­tą. Nie pra­gnął, by jego kraj był po­tęż­ny, wiel­ki i bo­ga­ty. Chciał, by jego ro­da­cy żyli bez­piecz­nie. Za­wsze wie­dział, że to naj­waż­niej­sze. Lecz świat był inny, niżby tego pra­gnął. Zgi­nę­li lu­dzie. Do­brzy, nie­win­ni lu­dzie za­mie­ni­li się w po­piół, gdyż świat nie jest taki, jaki być po­wi­nien. Męż­czy­zna, nim dziw­ne siły ochrzci­ły go Sa­mil­dá­na­chem, karał za zbrod­nie. I tym razem też uka­rze, ostat­ni raz. Zła­pie trop, od­naj­dzie win­ne­go, w imię zasad, w imię mo­ral­no­ści. Potem do­pie­ro wy­ko­na swą ostat­nią misję. Wie już, gdzie za­sta­wi pu­łap­kę, gdzie sta­nie do swej fi­na­ło­wej walki. A potem wszy­scy znaj­dą się na swo­ich miej­scach i wszyst­ko bę­dzie słusz­ne. Jesz­cze tylko kilka dni. Kilka dłu­gich dni i dwie­ście czter­dzie­ści jeden lat.

 

 

*

 

Wa­liz­ki to nie­wdzięcz­ne be­stie. Im wię­cej zje­dzą, tym mniej są chęt­ne za­mknąć usta, do­ma­ga­jąc się jesz­cze i jesz­cze. Chwi­lę wal­czę, chwi­lę grożę, w końcu sia­dam na niej. Chyba to lubi, bo w końcu słu­cha. Pa­trzę na ze­ga­rek. Jeśli wyjdę teraz, na miej­scu będę go­dzi­nę przed cza­sem. Mam więc sześć­dzie­siąt minut dla sie­bie. Plus kwa­drans, by spóź­nić się z klasą. Moda włada cza­sem. Sły­sza­łam, że Niem­cy modlą się do ze­gar­ków, lecz cóż, mam ich uczyć hi­sto­rii, mogę na­uczyć też tren­dów. Sia­dam na ka­na­pie i włą­czam te­le­wi­zor, pokój oświe­tla ude­rze­nie ja­sne­go świa­tła, a zaraz potem ko­lej­ne, bru­tal­na za­wie­ru­cha ognia i dymu. Po­tęż­ny wy­buch, ludz­kie głosy zbite w jeden, wy­so­ki krzyk, re­zo­nu­ją­cy strach – zimny palec śmier­ci smy­ra­ją­cy kość ogo­no­wą. Na­gra­nie z wczo­raj­sze­go za­ma­chu na Dniach The­le­my w Do­ru­cho­wie. Po­my­śleć, że by­ła­bym tam, gdyby nie ten wy­jazd. Na ekra­nie po­ja­wia się Josef Rofe, znany pre­zen­ter, ulu­bie­niec dam. Nie­mal nie po­zna­ję go bez sze­ro­kie­go uśmie­chu. Mruży oczy, usta za­ci­ska, do klapy ma­ry­nar­ki przy­pię­tą ma ża­łob­ną wstąż­kę.

– Sza­now­ni pań­stwo. – Chwi­lę zaj­mu­je mi po­jęcie, że to głos Rofe, a nie uoso­bie­nia smut­ku z naj­niż­szych krę­gów Czar­nych Krain. – SBPR udo­stęp­ni­ła pełną listę ofiar, łącz­nie z ich na­ro­do­wo­ścia­mi. We wczo­raj­szym za­ma­chu życie stra­ci­ło czter­dzie­stu Po­la­ków, pięt­na­stu Ro­sjan, czter­na­stu Żydów, trzech Li­twi­nów, trzech Ukra­iń­ców, jeden Karel, wszy­scy bę­dą­cy oby­wa­te­la­mi Rzecz­ypo­spo­li­tej, dwóch oby­wa­te­li Księ­stwa Kur­lan­dii i Se­mi­ga­lii oraz jeden oby­wa­tel Wiet­na­mu. Sto osiem in­nych ofiar znaj­du­je się w szpi­ta­lach, z czego dwa­dzie­ścia w sta­nie kry­tycz­nym… – Rofe przy­kła­da dłoń do ucha, mil­czy przez chwi­lę, prze­ły­ka ślinę, jego twarz tę­że­je. – Sza­now­ni pań­stwo, jest to in­for­ma­cja z ostat­niej chwi­li. W wy­sła­nym do prasy pi­śmie do za­ma­chu przy­zna­je się Bol­sze­wic­ki Front Sy­be­ryj­ski, eks­tre­mi­stycz­na or­ga­ni­za­cja ope­ru­ją­ca na te­re­nach Im­pe­rium Ro­syj­skie­go…

Wzdy­cham mi­mo­wol­nie. Ko­lej­ny od­ci­nek nie­śmiesz­nej ko­me­dii na­szych cza­sów. Każdy chce uszczk­nąć ka­wa­łek tego zgni­łe­go cia­sta ter­ro­ru. Do­sta­je­my wła­śnie pełną listę wszyst­kich, któ­rzy źle nam życzą. Wczo­raj zdą­ży­li się przy­znać Ka­wa­le­ro­wie Za­ko­nu Ca­sca­dii i Al-Ka­ida, przez noc kilka bractw mu­zuł­mań­skich, rano neo­na­zi­ści, a przed po­łu­dniem Ko­ściół John'a Hale'a. Wszyst­kim się marzy rzu­cić Pol­skę na ko­la­na. Ech, za­czy­na być nie­bez­piecz­nie w na­szej Rzeczy­po­spo­li­tej. Co dzień te­le­wi­zor krzy­czy, że zła­pa­no ter­ro­ry­stę, dwóch ter­ro­ry­stów, trzech, dzie­się­ciu, stu, mi­lion! Mi­lion ter­ro­ry­stów. Służ­ba Bez­pie­czeń­stwa, Po­li­cja i Straż Ko­ron­na li­cy­tu­ją się suk­ce­sa­mi. Ten miał w domu plan Zamku Kró­lew­skie­go i dzie­sięć gra­na­tów! A ten bombę wła­snej pro­duk­cji! To jesz­cze nic, zo­bacz­cie, co ten miał! Ścież­ka ognia Ab­du­la Ha­mi­da, i to w ory­gi­na­le! A w kuch­ni nóż! Wy­łą­czam te­le­wi­zor, pa­trzę tępo w biały sufit. I cóż z tego? Cóż z tego, że łapią ten mi­lion dzien­nie. Jed­ne­go nie zła­pa­li. I puf! Było osiem­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu ludzi, nie ma osiem­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu ludzi. Magia. Okrut­ni, żądni krwi cza­ro­dzie­je uni­ce­stwia­ją dzie­siąt­ki w ułam­ku se­kun­dy, skła­da­ją ofia­ry mrocz­nym bogom. Gdzie ja to już sły­sza­łam? Wsta­ję, za­bie­ra­jąc ka­wa­łek kredy ze stołu. Na wa­liz­ce ry­su­ję krąg, nic skom­pli­ko­wa­ne­go, ard­nut pierw­sze­go stop­nia. Szyb­ki gest i bagaż unosi się w po­wie­trzu ni­czym wiel­ki, otyły mo­ty­lek. Ostat­nie spoj­rze­nie w lu­stro. Jest do­brze. Mio­tła czeka już na bal­ko­nie. Ku­chen­ny zegar przy­po­mi­na, że dotrę na miej­sce długo przed cza­sem. Wy­bacz, modo, wy­bacz­cie, tren­dy. Po­czu­łam, że chęt­nie w końcu od­pocz­nę od Pol­ski i jej spraw. I to prę­dzej niż póź­niej.

 

*

 

Wo­je­wo­da Ma­ło­pol­ski Jakub Hen­rik tra­fił na dy­wa­nik. Od­wie­dzał Zamek Kró­lew­ski czę­sto, kie­dyś pla­no­wał się za­do­mo­wić, lecz teraz mały, zbu­do­wa­ny na pla­nie elip­sy Pokój Kon­fe­ren­cyj­ny zda­wał się być naj­strasz­niej­szym miej­scem na ziemi. Złotą klat­ką, w któ­rej uwię­zio­no go z be­stią.

– Wasza Wy­so­kość… – Skło­nił się, gdy za­mknię­to za nim drzwi.

– Sia­daj, Ja­ku­bie.

Wo­je­wo­da zajął fotel na­prze­ciw wład­cy, usiadł de­li­kat­nie. Zła­pał wła­sne ko­la­na, lecz przy­nio­sło to po­ło­wicz­ny efekt – teraz trzę­sły mu się dło­nie.

– Ja­ku­bie, czy wiesz, czym są w dzi­siej­szych cza­sach Dni The­le­my?

Oczy­wi­ście, że wie­dział. I wie­dział, że król jego wie­dzy jest świa­dom. Miał więc mil­czeć.

– Widzę, że nie masz po­ję­cia, mój drogi. Nie­do­brze. Trze­ba wie­dzieć, jak wy­glą­da życie ludu. Od­re­al­nio­ną wła­dzę na­le­ży usu­nąć. Ha! Skąd ta kwa­śna mina? Nie masz się czego bać, je­steś za­słu­żo­ny. Za­słu­żo­nych, w prze­ci­wień­stwie do od­re­al­nio­nych, się nie usuwa. Ty łą­czysz obie te cechy, po­wsta­je więc pa­ra­doks, który fi­lo­zo­fo­wie na­zy­wa­ją Wo­je­wódz­twem Kol­skim.

Jakub Hen­rik wy­słu­chał króla do końca w spo­ko­ju, bez słowa. Nie­przy­go­to­wa­ny na nagłą pu­en­tę nie za­uwa­żył jej nawet. A gdy ude­rzy­ła z całą mocą, gdy pod­niósł już głowę by bła­gać, pro­te­sto­wać, było już za późno. Król wstał ze swej ka­na­py, po­pra­wił man­kie­ty. Wy­so­ki i ma­je­sta­tycz­ny, łysy, lecz za to z po­tęż­nym, srebr­nym wąsem. W mi­ni­mal­nie za cia­snym, czar­nym gar­ni­tu­rze był współ­cze­snym po­nu­rym żni­wia­rzem. I wła­śnie przy­był po Ja­ku­ba Hen­ri­ka.

– Nie rób kar­pia. Kola ci się nie po­do­ba? Są inne moż­li­wo­ści. Oby­wa­te­le na­szych wio­sek na Sval­bar­dzie od dawna do­ma­ga­ją się, by włą­czyć ich do struk­tur pań­stwo­wych. Co ty na to? Co ty na to, Ja­ku­bie?

Jakub od­po­wie­dział kro­plą potu, która wy­ko­na­ła bła­gal­ny bieg wzdłuż jego twa­rzy.

– Spits­ber­gen za długo był zie­mią ni­czy­ją. – Król na­chy­lił się nad swą ofia­rą. – Wo­je­wódz­two… Pół­noc­ne! Lub Wo­je­wódz­two… Ark­tycz­ne! Cóż za ra­dość two­rzyć świat! To za­ba­wa dla wład­ców. Chciał­byś być wład­cą, Ja­ku­bie.

Jakub po­krę­cił szyb­ko głową.

– Oczy­wi­ście, że byś chciał. To jest myśl! Księ­stwo lenne! Bę­dziesz księ­ciem, Ja­ku­bie! Ksią­żę Węgla i Ryb! Umo­ru­sa­ny na czar­no i cuch­ną­cy tra­nem! Le­piej byś wy­glą­dał i o niebo le­piej pach­niał, Ja­ku­bie. Ty skoń­czo­ny, ku­rew­ski głup­cze!!! – Ryk po­niósł się po sali, za­drża­ły szyby w oknach. Jakub Hen­rik nie od­wa­żył się pod­nieść głowy, nim król nie za­siadł z po­wro­tem na sofie. Znów spo­koj­ny i opa­no­wa­ny prze­cze­sał dło­nią wąs.

– Wiesz już, przy­ja­cie­lu, na czym sto­isz.

Wo­je­wo­da wie­dział. Król, choć mo­gło­by się zda­wać ina­czej, nigdy nie żar­to­wał.

– Wra­ca­jąc do me­ri­tum. Dni The­le­my to fe­styn. Bawią się tam ro­dzi­ny. Pol­skie dzie­ci oglą­da­ją po­ka­zy magii. Ten, kto pod­niósł rękę na oby­wa­te­la Rzeczy­po­spo­li­tej może się z tą ręką po­że­gnać. Lecz to już mój pro­blem. Twoim, Ja­ku­bie, jest to, że wzią­łeś oso­bi­stą od­po­wie­dzial­ność za bez­pie­czeń­stwo. Ty więc weź­miesz od­po­wie­dzial­ność za jego brak. Ty bę­dziesz prze­pra­szał, ty od­wie­dzisz szpi­ta­le, ty za­dbasz o oka­le­czo­nych i osie­ro­co­nych. Jesz­cze wró­ci­my do tej roz­mo­wy. Teraz spier­da­laj.

Po­słusz­nie i bez oznak sprze­ci­wu wo­je­wo­da spraw­nie spier­do­lił. Gdy za­mknął za sobą drzwi spu­ścił głowę i za­klął pod nosem. Jego uszu do­szły kroki, spoj­rzał przed sie­bie i na­tych­miast usu­nął się na bok. Inna per­so­na zmie­rza­ła na spo­tka­nie z kró­lem. Czło­wiek star­szy, po­staw­ny, po­tęż­nie zbu­do­wa­ny. Na po­cią­głej, pła­skiej twa­rzy ja­rzy­ła się jedna tylko emo­cja – iry­ta­cja. Kró­lew­ski gość szedł pew­nym, śmia­łym kro­kiem, jego pierś opi­nał czar­ny mun­dur Ka­iser­li­che Armee, ze sta­lo­we­go na­ra­mien­ni­ka spły­wa­ła biała pe­le­ry­na. Pil­nu­ją­cy drzwi gwar­dzi­ści ukło­ni­li się, za ich przy­kła­dem po­szedł Hen­rik. Za­stygł w ukło­nie, nim Sak­soń­czyk nie znik­nął w Po­ko­ju Kon­fe­ren­cyj­nym. Potem szyb­kim kro­kiem, wy­cie­ra­jąc czoło chust­ką, po­spie­szył do wyj­ścia. Mu­siał jesz­cze dzi­siaj skon­tak­to­wać się z kil­ko­ma ludź­mi. Przez głupi wy­pa­dek może zejść ze sceny przed­wcze­śnie, co wcale mu się nie uśmie­cha­ło. Nawet, gdy sztu­ka i tak do­bie­ga­ła już końca.

 

*

 

– Wasza Kró­lew­ska Mość… – Maass sta­nął na bacz­ność, ski­nął głową.

Z nie­ukry­wa­ną nie­chę­cią Król wstał, podał przy­by­szo­wi dłoń, zło­śli­wie wska­zał szez­long. Gość wy­brał jed­nak fotel. Sie­dzie­li chwi­lę w mil­cze­niu. Żad­ne­mu nie spie­szy­ło się za­czy­nać roz­mo­wy.

Veit Vol­ker Maass, Wiel­ki In­kwi­zy­tor, rek­tor Aka­de­mii imie­nia He­in­ri­cha Kra­me­ra gar­dził Rzecz­ąpo­spo­li­tą, każ­dym z jej na­ro­dów, każ­dym człon­kiem każ­de­go na­ro­du i każdą pol­ską twa­rzą, jaką mu­siał oglą­dać. Król Rzecz­ypo­spo­li­tej gar­dził zaś Ve­item Vol­ke­rem Ma­as­sem jako czło­wie­kiem, a twarz jego uwa­żał za mał­pią.

– Im­pe­ra­tor-Kanc­lerz i Oj­ciec Świę­ty po­le­ci­li mi prze­ka­zać wy­ra­zy ubo­le­wa­nia – rzekł po­wo­li Maass, gło­sem ni­czym brzy­twa.

Król uniósł brwi.

– Pa­pież? Już wczo­raj z nim roz­ma­wia­łem. Nie wie­dzia­łem, że po­zo­sta­je­cie w ja­kiejś za­ży­ło­ści, Mi­strzu In­kwi­zy­to­rze…

– Wa­ty­kań­ski… Pa­pież… – wy­ce­dził Maass. Pięć se­kund roz­mo­wy i już miał ocho­tę zmiaż­dżyć Po­la­ko­wi jego świń­ski ryj.

Króla po­znał już wcze­śniej, przy krót­kim przy­wi­ta­niu de­le­ga­cji. Naj­pierw ude­rzy­ła go ru­basz­ność i zło­śli­wość mo­nar­chy. Potem zro­zu­miał, ku swo­je­mu prze­ra­że­niu, iż czło­wiek ten jest sza­lo­nym ak­to­rem, a zaj­mo­wa­ny urząd trak­tu­je jako scenę do wy­sta­wia­nia swych no­wych ko­me­dii, po­ni­ża­nia roz­mów­ców i śmia­nia się z wła­snych żar­tów. Każdy Polak z odro­bi­ną wła­dzy cofa się men­tal­nie o kilka stu­le­ci, no­wo­cze­sna po­li­ty­ka to dla tych dzi­ku­sów nie­po­ję­ta kon­cep­cja. Fakty? Dys­ku­sja, po­wa­ga? Liczy się gło­śniej­szy krzyk i gło­śniej­szy pierd. Prze­klę­ci he­re­ty­cy. Na­dej­dzie ich kres, pew­ne­go dnia Młot opad­nie…

– Mi­strzu, za­graj­my w otwar­te karty. – Król wy­pro­sto­wał się w fo­te­lu. – Wy­czu­wam waszą nie­chęć, lecz mu­si­my po­mó­wić po­waż­nie. Spra­wa ma wiel­ką wagę.

In­kwi­zy­tor za­parł się o bio­dra, wy­chy­lił w kie­run­ku mo­nar­chy, w ja­snych oczach za­iskrzy­ło. 

– Niech Wasza Wy­so­kość raczy zatem być po­waż­ny. Mą­drze by­ło­by rów­nież mojej nie­chę­ci nie pod­sy­cać. Pro­po­nu­ję na przy­szłość nie za­czy­nać roz­mo­wy od przy­po­mi­na­nia, jak to Po­la­cy wy­pię­li się na Ko­ściół i za­czę­li klę­kać przed an­ty-pa­pie­żem.

Słowa lały się z ust in­kwi­zy­to­ra ni­czym obrzy­dli­wa, gęsta maź, pluł i ma­chał ję­zo­rem, chciał uto­pić pokój w ja­dzie swo­jej bi­go­te­rii i nie­na­wi­ści. Tak przy­naj­mniej wi­dział to Król. Za­ci­snął jed­nak krtań i po­ko­nał obrzy­dze­nie, mu­siał dojść z tym czło­wie­kiem do kon­sen­su­su. Dziw­ne to czasy, że Polak rękę wy­cią­ga do nie­miec­kie­go psa, za­miast zrazu kijem po­go­nić.

– Nie wy­pię­li­śmy, lecz uzna­li­śmy, iż pełne wro­go­ści i prze­mo­cy dzia­ła­nie Ko­ścio­ła, tak wtedy, jak i dzi­siaj, kłóci się z na­szym su­mie­niem. To wszyst­ko.

– Macie czel­ność zwać się ka­to­li­ka­mi…

– Re­li­gią Po­la­ków jest ka­to­li­cyzm, re­li­gią Rzecz­ypo­spo­li­tej jest wol­ność. Radzę to za­pa­mię­tać, Mi­strzu, i prze­stać szcze­rzyć kły. – Ten mo­ment, mo­ment, w któ­rym miał ob­na­żyć sła­bość prze­ciw­ni­ka wy­brał, by wstać, szyb­ko zdo­mi­no­wać prze­strzeń, prze­go­nić chmu­ry tru­ci­zny ota­cza­ją­ce in­kwi­zy­to­ra. – Wasza po­zy­cja słab­nie. Im­pe­ra­tor-Kanc­lerz ze­zwo­lił cza­row­ni­com na wjazd do Rze­szy, zde­le­ga­li­zo­wał waszą dzia­łal­ność. Bę­dziesz po­lo­wał na Ślą­sku, w West­fa­lii i we Flan­drii, za rok we Fran­cji i na Wę­grzech, za dwa w Ka­ta­lo­nii albo w Kal­ma­rii. Im­pe­ra­tor daje przy­kład, nie­dłu­go wszy­scy po­dzię­ku­ją za wasze usłu­gi. Co wtedy, Mi­strzu? Co wam zo­sta­nie? Gdzie spad­nie Młot?

Maass słu­chał zdzi­wio­ny. Nie dzi­wi­ły go by­naj­mniej słowa króla. Dzi­wił go jego wła­sny spo­kój. Po­wi­nien już dawno wyjść, może nawet wy­zwać wład­cę na po­je­dy­nek. Lecz nie. Nie mógł. Nie ma nic pięk­niej­sze­go od praw­dy, a Polak mówił praw­dę. He­re­tyk czy nie. No­wo­cze­sne po­glą­dy Im­pe­ra­to­ra nie­uchron­nie zwia­sto­wa­ły otwar­cie na Pol­skę i upa­dek Ofi­cjum. A spo­łe­czeń­stwo to po­pie­ra­ło. Słabe, cher­la­we po­ko­le­nie. Maass po­smut­niał. Gdy przy­je­chał do Rzecz­ypo­spo­li­tej w de­le­ga­cji, wpusz­czo­ny do kraju jako pierw­szy in­kwi­zy­tor w hi­sto­rii wma­wiał sobie, że jest w obcym, bez­boż­nym kraju oto­czo­ny wro­ga­mi. Tłu­ma­czył sobie swoją wście­kłość. Lecz uczu­cie to to­wa­rzy­szy­ło mu od dawna jesz­cze w Im­pe­rium.

– Nie bój­cie się, Mi­strzu. – Głos króla za­brzmiał nie­mal przy­chyl­nie. – Im­pe­rium wpusz­cza cza­row­ni­ce, my za­pro­si­li­śmy in­kwi­zy­to­rów, to czasy wiel­kiej wy­mia­ny kul­tu­ro­wej. Może i wy weź­mie­cie udział, za­miast oka­zy­wać tylko zgor­sze­nie? Mam dla was pro­po­zy­cję, In­kwi­zy­to­rze.

Za­cie­ka­wio­ny Maass spoj­rzał w oczy Króla. Zo­ba­czył w nich po­wa­gę. Czło­wiek ten nie za­mie­rzał z niego drwić.

– Daj­cie szan­sę. Sobie, mnie, Pol­sce. Wra­caj­cie do ho­te­lu i cze­kaj­cie na te­le­fon, Mi­strzu. Wasza wola, co dalej. I uwa­żaj­cie na sie­bie. Są już tacy, któ­rzy za­mach łączą z wa­szym od­rzu­ce­niem za­pro­sze­nia na Dni The­le­my. Lu­dzie nie prze­pa­da­ją tu za In­kwi­zy­cją.

– Szko­da – uśmiech­nął się krzy­wo Maass – że brak obec­no­ści na sza­ba­sie nie łączą z moją chrze­ści­jań­ską wiarą.

Król prze­że­gnał się za­ma­szy­ście.

– Amen. Z Bo­giem, Mi­strzu In­kwi­zy­to­rze.

 

*

 

W wy­naj­mo­wa­nym po­ko­ju na pod­da­szu jed­ne­go z war­szaw­skich domów mo­dlił się Il­shat Abdak. Tatar dzię­ko­wał za po­wo­dze­nie swej misji, za śmierć nie­wier­nych dia­błów i cza­row­ni­ków. Krew wro­gów Chana zle­pi­ła źdźbła trawy, ogień spo­pie­lił ich ciała. Tak, jak po­to­mek Ma­ho­me­ta sobie tego za­ży­czył. Il­shat nie był ter­ro­ry­stą. Był żoł­nie­rzem Krymu. Nie za­bi­jał nie­win­nych, za­bi­jał od­da­ją­cych cześć de­mo­nom. I nie siał śmier­ci by ich karać. Wraz ze swymi brać­mi niósł na Rzecz­po­spo­li­tą strach, by przy­go­to­wać ją pod in­wa­zję. Gdy na­dej­dą ordy na­ro­dy Re­pu­bli­ki będą za­trwo­żo­ne i skłó­co­ne, ob­dar­te z od­wa­gi, świa­do­me, że ich król i woj­sko nie za­pew­nią im bez­pie­czeń­stwa. Część uciek­nie bez walki, część po­rzu­ci czary i grzech, przej­dzie na stro­nę Chana. To bę­dzie wspa­nia­ły dzień. Zo­ba­czyć ten dzień i umrzeć z imie­niem Al­la­ha na ustach – to były dwa ma­rze­nia Il­sha­ta Ab­da­ka. Udało mu się speł­nić tylko jedno. Nim skoń­czył mo­dli­twę ostrze roz­cię­ło mu szyję, uwol­ni­ło duszę wo­jow­ni­ka z cie­le­snej po­wło­ki. Ciało za­sty­gło w uni­żo­nej po­zy­cji. Męż­czy­zna zwany Sa­mil­dá­na­chem prze­tarł ostrze i scho­wał je w kie­sze­ń płasz­cza, teraz do­pie­ro za­mknął otwo­rzo­ne wy­try­chem drzwi. Po­now­nie zabił, choć ma­rzył tylko o tym, by Pol­ska prze­sta­ła być epi­cen­trum spi­ra­li prze­mo­cy. Naj­więk­szym zwy­cię­stwem zła jest to, że wal­cząc z nim po­świę­ca się ka­wa­łek duszy. Męż­czy­zna przy­siągł wy­śle­dzić i karać każ­de­go, kto ośmie­lił się za­ata­ko­wać Rzecz­po­spo­li­tą. Cho­dzi­ło je­dy­nie o za­sa­dy i wła­sną mo­ral­ność, w dłuż­szej per­spek­ty­wie żadna z jego wen­det nie miała zna­cze­nia. Praw­dzi­wy cel, któ­re­mu po­świę­cił ostat­nie kilka lat wyda nie­dłu­go plony. I zmie­ni wszyst­ko na takie, jakim być po­win­no.

 

*

 

Za­ta­czam kur­so­rem koło wokół Do­ru­cho­wa, rzut­nik prze­ka­zu­je widok stu­den­tom.

– W tej nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści w ów­cze­snym wo­je­wódz­twie sie­radz­kim do­szło w ty­siąc sie­dem­set sie­dem­dzie­sią­tym pią­tym roku do próby spa­le­nia na sto­sie czter­na­stu cza­row­nic. Do­kład­na data, jak i po­sta­wio­ne im za­rzu­ty do dnia dzi­siej­sze­go po­zo­sta­ją nie­zna­ne. W mo­men­cie pod­pa­la­nia pierw­szych sto­sów ko­bie­ty te użyły magii w celu uwol­nie­nia się, a na­stęp­nie uciecz­ki, całe zaj­ście obyło się bez ofiar. Nie wia­do­mo, jakim spo­so­bem prze­ła­ma­ły pie­częć Ahgmy i od­zy­ska­ły moc. Pie­częć, na­kła­da­na w cza­sie ini­cja­cji, da­wa­ła Chó­ro­wi Cio­tuch pełną kon­tro­lę nad cza­row­ni­cą, co po­zwa­la­ło na speł­nia­nie po­sta­no­wień Trak­ta­tu na Wil­czej Skó­rze… Sły­sze­li­ście o tym?

Po sali wy­kła­do­wej prze­cho­dzi szmer. Nie sły­sze­li… Ci lu­dzie nie mają po­ję­cia o cza­row­ni­cach. Cały świat po­sta­no­wił uda­wać, że nas nie ma. Gdy­bym miała ocho­tę na hi­sto­rycz­ną de­ba­tę, to w całym Im­pe­rium chyba tylko in­kwi­zy­to­rzy by­li­by do­bry­mi part­ne­ra­mi. Ech, to nie jest temat do żar­tów, jesz­cze nie­daw­no mor­do­wa­li tu moje sio­stry. Staję się strasz­na. Skąd we mnie to zgorzk­nie­nie? Świat idzie ku lep­sze­mu, pierw­szy raz w życiu po­je­cha­łam za gra­ni­cę, Ofi­cjum traci pazur za pa­zu­rem, a na tro­nie w Dreź­nie pierw­szy raz w hi­sto­rii nie sie­dzi dupek. Tak, tylko z dru­giej stro­ny każdy mu­zuł­ma­nin na świe­cie chęt­nie spa­lił­by mnie razem z całą Rzecz­ąpo­spo­li­tą, a po­ma­ga­li­by na­zi­ści, bol­sze­wi­cy, chrze­ści­jań­scy fa­na­ty­cy i cała zgra­ja in­nych, do­mo­ro­słych łow­ców cza­row­nic. Pa­trzę na salę, a sala od­po­wiada spoj­rze­niem setek oczu. Uzmy­sła­wiam sobie, że od kilku se­kund mil­czę, za­to­pio­na we wła­snych my­ślach. W pa­ni­ce prze­su­wam mysz­kę, strą­cam ołó­wek z ka­te­dry, pod­no­szę go, sala chi­cho­cze, za­po­mi­nam nie­miec­kie­go. Co za wstyd. Dobra! Trze­ba im dać nieco do wi­wa­tu!

– Na każdą za­bi­tą cza­row­ni­cę, czy to w ma­je­sta­cie prawa, czy zlin­czo­wa­ną, przy­pa­da­ło kil­ka­dzie­siąt po­mor­do­wa­nych, zwy­kłych ko­biet. Kwe­stią czasu było, nim lu­dzie po­wie­dzą dość, a kie­dyś prze­sta­ną zu­peł­nie wie­rzyć w cza­row­ni­ce. Wtedy miał na­stać nasz złoty wiek. Chór prze­wi­dy­wał taki sce­na­riusz od dawna. Trak­tat za­kła­dał, iż każda zła­pa­na bez­pow­rot­nie traci swą moc. Nie za­sta­na­wia­ło was nigdy, czemu cza­row­ni­ce w ogóle mia­ły­by się dać spa­lić przy­wią­za­ne do pala, skoro wła­da­ją magią?

Szmer. Nie za­sta­na­wia­li.

– W ciągu ko­lej­nych mie­się­cy wie­ści o wy­da­rze­niu pod Do­ru­cho­wem roz­cho­dzi­ły się po świe­cie. W tym cza­sie, w paź­dzier­ni­ku sie­dem­dzie­sią­te­go pią­te­go w krwa­wym puczu oba­lo­ny zo­stał Chór. In­spi­ro­wa­ne przy­kła­dem Czter­na­stu i za ich prze­wo­dem cza­row­ni­ce re­gio­nu Eu­ro­py Środ­ko­wej i Wschod­niej wy­po­wie­dzia­ły po­słu­szeń­stwo Cio­tu­chom. Nie chcia­ły zło­te­go wieku, o któ­rym nikt by nie sły­szał, po­sta­no­wi­ły zająć swoje miej­sce w hi­sto­rii. Był to też po­czą­tek spi­sy­wa­nia wła­snych dzie­jów. Co, dzi­wi­li­ście się, że w ogóle nie pa­da­ły na­zwi­ska?

Nie cze­kam nawet na szmer.

– Za­wrza­ło w całej Eu­ro­pie. Ce­sar­stwo spły­nę­ło krwią w serii wojen do­mo­wych. Tego już pew­nie was uczą. Każdy miał cza­row­ni­ce w wio­sce, każdy mu­siał po­ka­zać, że są­siad ma wię­cej. Au­stria­cy wszyst­ko zrów­na­li z zie­mią, Pru­sa­cy zrów­na­li Au­stria­ków. Na końcu ni­czym oliwa wy­pły­nę­ła Sak­so­nia. Na wscho­dzie też się za­ogni­ło, Ca­ry­ca nie­roz­trop­nie przy­zna­ła się do ma­gicz­ne­go ta­len­tu, li­cząc na na­pływ sióstr pod swoje skrzy­dła. Nie prze­wi­dzia­ła, iż pod­da­ni nie będą za­do­wo­le­ni z wiedź­my na tro­nie. Bunty tego okre­su to temat na inny wy­kład. Praw­dzi­wym pro­ble­mem Ca­ry­cy oka­zał się Abdul Hamid I. Suł­tan po­darł trak­tat z Küczük Kaj­nar­dży i z ogni­stym za­pa­łem ru­szył przez morze wal­czyć z dia­bła­mi, które nie­speł­na rok temu ukra­dły Krym, nie­wąt­pli­wie czar­ną magią.

No­tu­ją. Prze­cież to pod­sta­wy pod­staw. Co za spo­łe­czeń­stwo. Lecz cóż, pod­ję­łam się nieść ka­ga­nek oświa­ty. Ich zapał jest nawet przy­jem­ny. Po wi­do­ku prze­peł­nio­nej sali są­dzi­łam, że przy­szli tylko zo­ba­czyć wiedź­mę.

– Je­dy­nym eu­ro­pej­skim zwy­cięz­cą tam­te­go okre­su oka­za­ła się Rzecz­po­spo­li­ta. Utwo­rzo­na po­spiesz­nie Rada Od­no­wie­nia za­war­ła so­jusz z Czter­na­sto­ma i do­pro­wa­dzi­ła do oba­le­nie Sta­ni­sła­wa Au­gu­sta. Bier­ność wobec Gra­bie­ży była wy­star­cza­ją­cym grze­chem, by spo­łe­czeń­stwo splu­nę­ło na zwło­ki króla. Do­brze, tyle sło­wem wstę­pu, teraz część wła­ści­wa, usta­no­wie­niem wol­no­ści dla cza­row­nic w Pol­sce, potem Pierw­sza Wojna Ma­gicz­na z uwzględ­nie­niem wkła­du Żydów, Ka­ba­ły i go­le­mów, na ko­niec Rzecz­po­spo­li­ta jako azyl dla cza­row­nic i pierw­sza po­tę­ga Eu­ro­py.

 

*

 

– Udany wy­kład – za­ga­du­je ktoś zza moich ple­ców, gdy schy­lam się po kawę z au­to­ma­tu. Mo­cu­ję się chwi­lę z kub­kiem i sta­ram się przez ten czas jak naj­sła­biej wy­pi­nać. W końcu pro­stu­ję się i ele­ganc­ko po­pi­jam kawę.

– Nie, zu­peł­nie nie. To było jak ucze­nie w pod­sta­wów­ce i to po łeb­kach. Miną lata, nim lu­dzie na­uczą się tu na­szej hi­sto­rii i kul­tu­ry, ko­lej­ne, nim prze­sta­ną się nas bać, sto ko­lej­nych, nim bę­dzie­my mogły tu żyć na ta­kich wa­run­kach, jak w Pol­sce. Ale… – Od­wra­cam głowę. – Po­cząt­ki za­wsze są trud­ne. A pró­bo­wać trze­ba.

Mój przy­pad­ko­wy roz­mów­ca to chło­pak z burzą ja­snych loków i świe­cą­cy­mi ocza­mi. Pod pachą trzy­ma kilka ksią­żek, wolną ręką po­pra­wia oku­la­ry.

– Niech pani nie bę­dzie dla nas taka su­ro­wa. Jesz­cze za po­przed­nie­go Im­pe­ra­to­ra stra­co­no zna­ne­go re­ży­se­ra, bo za­mie­ścił w fil­mie po­stać wiedź­my. Teraz widzę, że albo żad­nej cza­row­ni­cy nigdy nie spo­tkał, albo robił pa­ro­dię.

Chi­cho­czę krót­ko. Tak, wi­dzia­łam kilka wcie­leń cza­row­nic w eu­ro­pej­skich fil­mach. Za­wsze albo się śmie­ję, albo ob­ra­żam.

– Je­stem Kai Krier – przed­sta­wia się wy­raź­nie ośmie­lo­ny chło­pak. – Bar­dzo dzię­ku­ję, że pani do nas przy­je­cha­ła, pani pro­fe­sor. Czy, jeśli opusz­cza pani już Aka­de­mię, mógł­bym panią od­pro­wa­dzić? Mam jesz­cze tyle pytań…

– Pan wy­ba­czy, panie Krier, ale nie – uci­nam. Nie wiem, co mu na­praw­dę cho­dzi po gło­wie, lecz to nie­waż­ne. Je­stem po pro­stu zmę­czo­na, a noc bę­dzie długa. – Przyjdź le­piej na ko­lej­ne wy­kła­dy.

Że­gnam się szyb­ko i zmie­rzam do wyj­ścia.

 

*

 

W ho­te­lo­wej ła­zien­ce długo stoję pod prysz­ni­cem. Let­nia woda zmywa tro­ski dnia. Jutro ko­lej­ny wy­kład, na szczę­ście po po­łu­dniu. Będą lu­dzie z tych stu­den­tów, trze­ba im tylko dać szan­sę i nieco cier­pli­wo­ści. Ja mam cier­pli­wość. I bar­dzo dużo czasu. Przez dwa dni nie oglą­da­łam wia­do­mo­ści i wol­ność od pro­ble­mów Pol­ski za­czy­na dzia­łać ko­ją­co. Po­zwa­lam po­pie­ścić się ostat­nim kro­plom, ma­su­ję ciało de­li­kat­nym ręcz­ni­kiem, za­kła­dam szla­frok. Pokój ho­te­lo­wy ską­pa­ny jest w mroku, pa­no­ra­micz­ne okno pre­zen­tu­je mi nocny Ber­lin. Widok jest pięk­ny, choć czym jest dwu­dzie­ste pię­tro dla kogoś, kto po­ko­nu­je prze­stwo­rza wedle woli. Noc spo­wi­ja mia­sto i mój pokój. Jest gęsta, nie­mal kle­ista, pach­nie słod­ko i me­ta­licz­nie. W pół­mro­ku pod­cho­dzę do sejfu, zdej­mu­ję ochron­ne za­klę­cie i wpi­su­ję kom­bi­na­cję. Szka­tuł­ka jest drob­na i lekka, prze­no­szę ją na stół, otwie­ram z na­masz­cze­niem. Atha­me błysz­czy ja­snym świa­tłem, ostrze mruga sce­na­mi z wielu świa­tów i wielu cza­sów. To ostat­ni raz, gdy mogę za­to­pić się w bla­sku an­tycz­ne­go ar­te­fak­tu. Za go­dzi­nę po­da­ru­ję go Ra­che­li. Tyle lat żyła tu, ukry­wa­ła się, po­ma­ga­ła ofia­rom Ofi­cjum. Nie­mal w cen­trum Im­pe­rium wal­czy­ła co­dzien­nie o życie swoje i in­nych. Teraz ruszy dalej, do bar­dziej nie­bez­piecz­nych krain, do bar­dziej po­trze­bu­ją­cych. Nie wiem, gdzie za­bie­rze ją prze­zna­cze­nie, nie bę­dzie gra­nic dla jej sza­lo­nej od­wa­gi. Gdy Eu­ro­pa sta­nie się zu­peł­nie wolna za­nie­sie na­dzie­ję w spo­wi­te gęstą mgłą nie­na­wi­ści do na­sze­go ga­tun­ku, naj­czar­niej­sze miej­sca – do Suł­ta­na­tu, do Ara­bii, Per­sji, Ca­sca­dii lub Ja­ku­cjii. Musi mieć sym­bol. Znak na­masz­cze­nia przez Czter­na­ście. Cień ogar­nia pokój, gdy za­my­kam szka­tu­łkę i cho­wam ją do to­reb­ki. Czas uciekł nie­po­strze­że­nie, muszę się szy­ko­wać. Ubie­ram się pro­sto i nie­wy­zy­wa­ją­co, zwią­zu­ję włosy. Nie mogę się wy­róż­niać, za­re­kwi­ro­wa­nie mio­tły na czas po­by­tu zmu­sza mnie do przej­ścia noc­ny­mi uli­ca­mi ob­ce­go mia­sta. Nie sądzę, by ktoś na mnie dybał, lecz brak ostroż­no­ści nigdy nie po­zo­sta­je wy­ba­czo­ny. Po chwi­li za­my­kam drzwi do po­ko­ju, idę ja­snym ko­ry­ta­rzem w kie­run­ku windy. Pu­szy­sta wy­kła­dzi­na wy­da­je miły szmer. Cały hotel zdaje się dziw­nie cichy w tę pach­ną­cą sło­dy­czą i krwią noc. Szyb­kie kroki do­cho­dzą moich uszu, lecz nim mam czasu się nad tym za­sta­no­wić, mijam klat­kę scho­do­wą i widzę bie­gną­ca z dołu po­stać, na pół­pię­trze unosi głowę i nasze spoj­rze­nia spo­ty­ka­ją się. Oczy Kaia Krie­ra są roz­sze­rzo­ne, dłoń wę­dru­je pod ma­ry­nar­kę, a ja zer­kam bły­ska­wicz­nie w kie­run­ku windy. Jedna za chwi­lę do­je­dzie. Bie­gnę, in­kan­tu­jąc za­klę­cie. Będąc już w ka­bi­nie po­sta­wię za­po­rę, za­trzy­mam kule, uciek­nę. Je­stem dwa kroki przed drzwia­mi, gdy otwie­ra­ją się w akom­pa­nia­men­cie dzwon­ka. Świa­tło od­bi­ja się w gru­bych szkłach oku­la­rów męż­czy­zny, za­sła­nia jego oczy. Cofa głowę, za­sko­czo­ny i, gdy pró­bu­ję się za­trzy­mać, za­rzu­ca pro­chow­cem od­sła­nia­jąc ka­bu­rę. To ko­niec, mają mnie. Wła­sną głu­po­tą znisz­czy­łam wie­lo­wie­ko­wy trud. Jeśli Atha­me wpad­nie w ręce na­szych wro­gów – wszyst­ko skoń­czo­ne. Uno­szę dłoń z wy­pro­sto­wa­ny­mi trze­ma pal­ca­mi, za­wcza­su przy­go­to­wa­na ba­rie­ra za­trzy­mu­je kule z re­wol­we­ru. Czte­ry. Piąta roz­bi­ja ją na mi­lion śnież­nych krysz­tał­ków, przez uła­mek se­kun­dy wszyst­ko lśni ja­rzą­cym bla­skiem, a strach wbija mi szpo­ny w gar­dło. Nie zdążę z ko­lej­nym za­klę­ciem. Gdy­bym miała czas na jesz­cze jedno słowo, szyb­ki gest. Męż­czy­zna w pro­chow­cu wie już, iż upo­lo­wał swą zwie­rzy­nę. Szó­sty nabój… Nigdy nie opusz­cza bębna. Krew ochla­pu­je ka­bi­nę windy, ciało upada. Od­wra­cam się, in­stynk­tow­nie uno­szę nie­wi­dzial­ną tar­czę. Kai opie­ra się o kant ścia­ny obok scho­dów, łapie od­dech, ści­ska pi­sto­let w opusz­czo­nej dłoni. Osta­tecz­nie to on był my­śli­wym tej nocy. Za­cho­wa­łam życie. Lecz nie czuję ulgi. Zło­śli­we dusz­ki kło­po­tów gro­ma­dzą się nade mną i chi­cho­czą wstręt­nie. Jakaś ko­bie­ta krzy­czy z końca ko­ry­ta­rza, obok mnie otwie­ra­ją się drzwi, wą­sa­ty gość ho­te­lo­wy mdle­je na­tych­miast wi­dząc za­war­tość windy.

– Pani pro­fe­sor… – Wciąż czer­wo­ny ze zmę­cze­nia Kai rusza w moim kie­run­ku z wy­cią­gnię­tą dło­nią. Po kilku krót­kich kro­kach od­rzu­ca go w tył ude­rze­nie za­klę­cia, ko­zioł­ku­je przez ko­ry­tarz. Kim­kol­wiek jest, cze­mu­kol­wiek mi po­ma­ga – nie jest cza­row­ni­cą, wszyst­ko inne nie ma zna­cze­nia. Nie po­zwo­lę mu zbli­żyć się do Atha­me. Wsta­ję i bie­gnę, naj­pierw na scho­dy, potem w dół. Krzy­ki i na­wo­ły­wa­nia ści­ga­ją mnie przez kilka pię­ter. Ob­słu­ga musi być już po­wia­do­mio­na. Znaj­dę tylne wyj­ście, wy­sko­czę z bal­ko­nu z pierw­sze­go pię­tra, osta­tecz­nie prze­bi­ję ścia­nę i z odro­bi­ną szczę­ścia znik­nę w mroku nocy. Coś wy­my­ślę, wy­do­sta­nę się stąd. Nie za­mie­rzam być ostat­nią schwy­ta­ną cza­row­ni­cą w Im­pe­rium.

 

*

 

Noc Łowów w końcu na­sta­ła. W sercu Veita Ma­as­sa pod­eks­cy­to­wa­nie wal­czy­ło z nie­pew­no­ścią. Od dawna nie dzier­żył młota. Śledz­twa, prze­słu­cha­nia, do­ku­men­ta­cja, wy­kła­dy, temu się po­świę­cał, gdy ko­lej­ne edyk­ty Im­pe­ra­to­ra odzie­ra­ły go z do­rob­ku lat służ­by. Nie zo­sta­ło nic poza pięk­nym mun­du­rem i od­dzia­ła­mi peł­ny­mi mło­dych, wy­szko­lo­nych, za­gu­bio­nych in­kwi­zy­to­rów. Nuda uczy­ni­ła go zgorzk­nia­łym. Ten jeden mo­ment, gdy z boską po­mo­cą mie­rzy się z si­ła­mi ciem­no­ści, chwi­la, gdy świa­tło ście­ra się z ogniem, stal ude­rza w pazur, dla tego warto żyć i umrzeć. Maass nie był bia­ło­wło­sym star­cem, to tylko po­wło­ka. Maass był Wiel­kim In­kwi­zy­to­rem, czło­wie­kiem czynu. Dzi­siej­szej nocy do­sta­nie szan­sę, by po­now­nie się wy­ka­zać. Wiel­ki In­kwi­zy­tor… Współ­pra­cu­ją­cy z Po­la­ka­mi. Bez wie­dzy Im­pe­ra­to­ra. Bez zgody bi­sku­pa Rzymu. Veit Vol­ker Maass umrze tej nocy, w ten czy inny spo­sób. Lecz ogień trze­ba cza­sem zwal­czać ogniem. A in­kwi­zy­tor musi po­lo­wać na wiedź­my. Jeśli szan­sę na to daje król Rzecz­ypo­spo­li­tej, zaś Im­pe­ra­tor jej od­ma­wia… Cóż, nie­zba­da­ne są ścież­ki Pana. Maass prze­czy­tał wia­do­mość od pod­ko­mend­ne­go, scho­wał te­le­fon. Cze­ka­li w ciem­nej ulicz­ce, któ­rej jeden ko­niec za­blo­ko­wał nie­ozna­ko­wa­ny wóz do­staw­czy. Uchy­lo­ne tylne drzwi uka­zy­wa­ły wnę­trze wy­peł­nio­ne elek­tro­ni­ką. An­ty­ter­ro­ry­ści cze­ka­li na po­zy­cjach, naj­bliż­szy wyj­ścia z ulicz­ki ob­ser­wo­wał oko­li­cę. Zwiad ru­szył czte­ry mi­nu­ty temu. Gdzieś w od­da­li za­szcze­kał pies, zbu­dził swych po­bra­tym­ców, roz­po­czął się zwie­rzę­cy kon­cert. Maass za­czął szep­tać mo­dli­twę, moc­niej za­ci­snął palce na mło­cie – pro­stym, ele­ganc­kim orężu. Po­de­szły do niego wiedź­my, obie w ciem­nych płasz­czach i pe­le­ry­nach, obie z opa­ska­mi w czar­no-czer­wo­ne pasy na ra­mio­nach. In­kwi­zy­tor po­znał je na od­pra­wie. Azata miała po­stać nie­wy­so­kiej na­sto­lat­ki o twa­rzy ja­śnie­ją­cej nie­win­no­ścią i wło­sach jak psze­ni­ca sple­cio­nych w mysie ogony. Prak­ty­ka na­uczy­ła Ma­as­sa, iż taki wy­gląd przy­bie­ra­ją cza­row­ni­ce naj­zło­śliw­sze, lu­bu­ją­ce się w za­ba­wie z męż­czy­zna­mi – w każ­dym zna­cze­niu tych słów. W oczach Syrmy ma­ja­czy­ły po­wa­ga i za­cie­ka­wie­nie, nie­ustan­nie uśmie­cha­ła się lekko. Równo przy­cię­te włosy oka­la­ły jej bladą twarz, zda­ją­cą wy­ła­niać się z ciem­nej pust­ki. Ski­nę­ła in­kwi­zy­to­ro­wi.

– Mi­strzu. Czuję, że kur­ty­na nie­dłu­go się pod­nie­sie. Oby nasza pre­mie­ra miała szczę­śli­we za­koń­cze­nie.

Maass nie od­po­wie­dział, koń­czył mo­dli­twę. Azata fuk­nę­ła gniew­nie.

– Amen. – Skoń­czył. – Cie­ka­we, czy Pan wciąż jest ła­skaw słu­chać moich mo­dlitw. In­kwi­zy­tor ramię w ramię z cza­row­ni­ca­mi…

– Z Odzia­łem Re­ago­wa­nia Ma­gicz­ne­go, a nie zwy­kły­mi cza­row­ni­ca­mi. – Azata zła­pa­ła się pod boki. – Ja też nie ma­rzy­łam o dniu, gdy do walki ruszę u boku in­kwi­zy­to­ra. Cóż, nikt was nie zmu­szał. Re­li­gią Rzecz­ypo­spo­li­tej jest wol­ność…

Maass uniósł dłoń.

– Wiem, wiem… Już to sły­sza­łem. Kło­pot w tym, że moją re­li­gią jest nie­skoń­czo­na świa­tłość, a waszą mrok dia­bel­skich ot­chła­ni.

Blond anio­łek otwo­rzył sze­ro­ko swe jasne oczy, za­marł chwi­lę w nie­do­wie­rza­niu, zaraz szyb­ko za­krył usta by zdu­sić śmiech. Syrma od­wró­ci­ła głowę, lecz też ewi­dent­nie chi­cho­ta­ła. Za­czę­ło mżyć, kro­ple ro­si­ły wy­krzy­wio­ne nie­zro­zu­mie­niem ob­li­cze in­kwi­zy­to­ra. Otrzą­snął się.

– Cóż w tym za­baw­ne­go? – za­py­tał z po­wa­gą.

Syrma prze­je­cha­ła dło­nią po po­licz­ku, wes­tchnę­ła ła­god­nie.

– Na­czy­ta­li­ście się Ey­me­ri­ca i Ni­de­ra, czyż nie, mi­strzu? Mu­si­cie po­sze­rzać ho­ry­zon­ty, wyjść do ludzi…

– Co?

– A to – Azata sta­nę­ła na pal­cach, by spoj­rzeć mu w oczy – że ja na przy­kład je­stem ka­to­licz­ką. I to waszą, wa­ty­kań­ską, a nie świe­bo­dziń­ską. I co, nie wolno mi?

In­kwi­zy­tor prych­nął.

– Sły­sza­łem po­dob­ne kłam­stwa na ty­sią­cach prze­słu­chań.

– A jak­bym uży­wa­ła Pie­czę­ci Sa­lo­mo­na?

Dłu­gie palce Syrmy zła­pa­ły ich ra­mio­na, Maass aż się wzdry­gnął.

– Po­kłó­ci­my się potem. Wraca zwiad. Mi­strzu, niech wasza wiara świe­ci dziś mocno. – Klep­nę­ła Azatę w plecy. – Chodź, dziew­czy­no su­per­dziew­czy­no, mu­si­my się dziś wy­ka­zać przed in­kwi­zy­to­rem. Ile dotąd mia­łaś ku temu oka­zji?

Blon­dy­necz­ka ru­szy­ła za przy­ja­ciół­ką w pod­sko­kach.

– Sie­dem – od­par­ła tak gło­śno, by zo­sta­wio­ny z tyłu Maass sły­szał. – Ostat­nie­go zja­dłam.

Nagłe zmę­cze­nie do­pa­dło in­kwi­zy­to­ra. Uniósł twarz, by obmył ją deszcz. Zza chmur wy­ła­niał się jasny księ­życ, po­tęż­ne, wiecz­ne oko zer­ka­ło w głąb duszy Ma­as­sa. Za późno na roz­ter­ki. Za­dę­to w róg, łowy się roz­po­czę­ły. Ze­brał siły, zła­pał pew­niej obuch, wy­ko­nał nim znak krzy­ża i ru­szył do naj­trud­niej­szej walki w swoim życiu.

 

*

 

Azata i Syrma za­ję­ły miej­sca po dwóch stro­nach drzwi do piw­nicz­ki. Maass szedł pew­nie, wcią­gnął po­wie­trze. Młot opadł na drzwi wy­ry­wa­jąc je z za­wia­sów. Po­ko­ik był ma­lut­ki, nie­mal pusty i oświe­tlo­ny mi­zer­nym świa­tłem smęt­nie zwi­sa­ją­cej, gołej ża­rów­ki. Przy zgni­ło­zie­lo­nym stole sie­dzia­ła gar­ba­ta ba­busz­ka z kwia­to­wą chu­s­tą na gło­wie, nie wi­dzie­li jej twa­rzy. Trzę­są­cą się ręką uno­si­ła do ust łyżkę zupy. Obok jak przy spo­wie­dzi klę­czał Jakub Hen­rik, wy­stra­szo­ny od­wró­cił głowę.

– Cio­tu­cha. – Głos Syrmy spo­waż­niał, echo po­nio­sło go ko­ry­ta­rza­mi piw­ni­cy.

Wo­je­wo­da ze­rwał się na równe nogi, wła­snym cia­łem za­sło­nił sta­ro­win­kę. Ta w spo­ko­ju jadła dalej, łyżka ude­rzy­ła w dno ta­le­rza.

– Bła­gam, mu­si­cie zro­zu­mieć! – Hen­rik mówił szyb­ko, od­dy­chał gło­śno, ręce mu się trzę­sły. – To nie jest nasz świat, nie tak po­win­no być! Cią­gły strach, za­ma­chy, ter­ro­ry­ści… Gdyby wszyst­ko po­szło zgod­nie z pla­nem Cio­tuch na pewno by­ło­by ina­czej, le­piej! Jeśli ko­cha­cie Rzecz­po­spo­li­tą… One mogą to zmie­nić, mogą jesz­cze wszyst­ko zmie­nić! Mu­si­my tylko oddać im ich atha­me! Atha­me Czasu, umie­ją go użyć, zmie­nią prze­szłość i…!

Nie do­koń­czył. Za­marł, po­wo­li się od­su­nął, potem z prze­ra­że­niem umknął w kąt po­ko­ju. Sta­ru­cha pa­trzy­ła na in­kwi­zy­to­ra i jego to­wa­rzysz­ki. Twarz po­marsz­czo­na, za­sty­gła, z ocza­mi wbi­ty­mi w głąb czasz­ki. Struż­ka zupy na bro­dzie. I ema­nu­ją­ca z gar­ba­tej po­sta­ci moc, wiel­ka, de­mo­nicz­na, pra­daw­na. Maass uniósł młot, mo­dli­twą wzy­wał anio­ła. Lecz jego stróż już z nim był, zsy­łał słusz­ny strach i za­słu­żo­ną eks­cy­ta­cję. I wtedy spod chu­s­ty Cio­tu­chy wy­peł­zły ni­czym żmije pędy wi­kli­ny, gęsto oplo­tły jej twarz i z trza­skiem pękły, two­rząc ma­ka­brycz­ny uśmiech. Ża­rów­ka za­czę­ła przy­ga­sać, bu­dy­nek drżeć, spod spód­ni­cy ko­bie­ty wy­strze­li­ły w stro­nę in­kwi­zy­to­ra pędy blusz­czu. Maass krzyk­nął i z ser­cem peł­nym gor­li­wej wiary ru­szył do ataku.

 

*

 

Śnia­da­nie Króla było iście kró­lew­skie. I choć Veit Maass rów­nież sie­dział przy suto za­sta­wio­nym, pach­ną­cym świe­ży­mi wy­pie­ka­mi stole, nie jadł nic. Od dwóch dni nie­mal nie czuł głodu, pra­gnie­nia czy zmę­cze­nia. Jakby od czasu bitwy był… pełny. Kom­plet­ny, wresz­cie, po tylu la­tach znów po­trze­bu­ją­cy do życia je­dy­nie bla­sku Pana. Tylko ból licz­nych szram i ukry­te­go pod ban­da­ża­mi, roz­cię­te­go boku głowy przy­po­mi­na­ły mu, że wciąż jest czło­wie­kiem, ni­czym łań­cu­chy trzy­ma­ły przy­ku­tego do ziem­skie­go pa­do­łu. Król prze­łknął pierw­szy kęs bułki z twa­ro­giem i owo­co­wym sosem.

– Jedz­cie, Mi­strzu, śmia­ło – za­chę­cał, wy­cie­ra­jąc ser­wet­ką wąs. – Ledwo was wy­pu­ści­li ze szpi­ta­la, mu­si­cie od­zy­ski­wać zdro­wie. Dziew­czy­ny nie mogą się was na­chwa­lić! – Zmie­nił nagle temat, nie dając Ma­as­so­wi dojść do słowa. – Pierw­szy raz udało nam się po­ko­nać jedną z tych sta­ruch! Trzy już nam ucie­kły, za­bi­ły czter­na­stu ludzi! Bóg wie, ilu przez nie ginie na co dzień! Mia­łem rację, łowca cza­row­nic to łowca cza­row­nic, widzę w końcu, że nazwa to nie­przy­pad­ko­wa. Do­brze, do­brze, już z was nie drwię. Brawo, brawo, Wiel­ki In­kwi­zy­to­rze.

Król uśmiech­nął się, lecz twarz Sak­soń­czy­ka po­zo­sta­wa­ła nie­ru­cho­ma, wzrok jakby nieco nie­obec­ny. Czyż­by szok? Ci, któ­rzy prze­ży­li spo­tka­nia z Cio­tu­cha­mi mó­wi­li o strasz­nych rze­czach. Król napił się her­ba­ty. Miał szczę­ście pod wie­lo­ma wzglę­da­mi. Któż mógł­by przy­pusz­czać, że wszyst­ko ro­ze­gra się tak gład­ko. Gdy za­pro­sił przed­sta­wi­cie­li Ofi­cjum do Rzeczy­po­spo­li­tej, nie spo­dzie­wał się, że na czele de­le­ga­cji bę­dzie sam Wiel­ki In­kwi­zy­tor. Teraz śnia­da­li razem, po tym, jak ów In­kwi­zy­tor po­zbył się jed­ne­go z naj­więk­szych pro­ble­mów Pol­ski.

– Przy­znam się wam do cze­goś, Mi­strzu – po­wie­dział, po czym wstał, ob­szedł stół i nalał Ma­as­so­wi kawy w ja­snym prze­ka­zie „obudź­cie się!” – Na po­cząt­ku was nie lu­bi­łem.

I to po­dzia­ła­ło na In­kwi­zy­to­ra. Wy­giął usta, jakby usły­szał dow­cip.

– Nie, na­praw­dę! – Za­śmiał się król. – I wiem, że wy też nie da­rzy­li­ście mnie sym­pa­tią. Mnie, ani ni­ko­go in­ne­go… Szcze­rze mó­wiąc, są­dzi­łem, że nie od­bie­rze­cie nawet tego te­le­fo­nu. Cóż, prze­gra­łem za­kład…

Na­chy­lił się i kon­spi­ra­cyj­nie przy­ło­żył otwar­tą dłoń do ust.

– Ale takie rze­czy spła­cam z pań­stwo­wych.

Tym razem Maass par­sk­nął i z tru­dem ukrył uśmiech. Za­czę­ła mu się udzie­lać… pol­skość.

Otwo­rzy­ły się drzwi, gwar­dzi­sta wszedł do sali, lecz nie zdą­żył nic po­wie­dzieć, Król mach­nął dło­nią.

– Wresz­cie! Dawaj ją tu!

Po chwi­li we­szła ko­bie­ta. Nie wy­bit­nie ładna, za to wy­bit­nie ele­ganc­ka, wy­so­kie szpil­ki stu­ka­ły w za­byt­ko­wą po­sadz­kę. Król za­pra­sza­ją­co roz­ło­żył ra­mio­na.

– Pani pro­fe­sor! Wi­ta­my, za­pra­sza­my! Jak było w Im­pe­rium?

– Po­mi­ja­jąc in­cy­dent? Orzeź­wia­ją­co.

– Pro­szę sia­dać. To mój sak­soń­ski gość, lecz świet­nie mówi po pol­sku…

– Znam panią, pani pro­fe­sor – ode­zwał się nie­spo­dzie­wa­nie Maass. – Wiele lat chcia­łem panią spo­tkać. W ce­lach za­wo­do­wych. A teraz sią­dzie­my wspól­nie przy śnia­da­niu…

Król do­su­nął jej krze­sło i wró­cił na wła­sne miej­sce, uśmiech­nię­ty od ucha do ucha pod su­mia­stym wąsem.

– Dow­cip­niś z pana – stwier­dzi­ła ura­do­wa­na pro­fe­sor. – I ja was znam, Mi­strzu. Jak ro­zu­miem, to wam muszę po­dzię­ko­wać za zor­ga­ni­zo­wa­nie ra­tun­ku. Ech, ostrze­ga­no mnie, że w Ber­li­nie jest strasz­na prze­stęp­czość…

– Po­mów­my szcze­rze, moja droga. – Po­waż­ny nagle głos Króla ro­ze­rwał na strzę­py sie­lan­ko­wą at­mos­fe­rę. Maass zmru­żył oczy, pro­fe­sor roz­sia­dła się wy­god­niej, za­kła­da­jąc nogę na nogę, przy­go­to­wa­na oczy­wi­ście, że ten mo­ment mu­siał na­dejść. – Atak na in­kwi­zy­to­ra w ho­te­lu i uciecz­kę mo­żesz wy­ja­śnić szo­kiem i nikt nie ma prawa ci nie wie­rzyć. Zwłasz­cza, że chło­pa­ko­wi nic się nie stało. Ale agent Cio­tuch po­je­chał za tobą aż do Sak­so­nii wie­rząc, że to ty masz atha­me i za­wsze wo­zisz je ze sobą. Hen­rik wy­śpie­wał wszyst­ko pierw­sze­go dnia, teraz czeka już tylko na trans­port do na­szych ko­pal­ni dia­men­tów w Bot­swa­nie. Nie­waż­ne, skąd mieli in­for­ma­cję, jak długo cię po­dej­rze­wa­li, czemu teraz po­sta­no­wi­li wy­ko­nać ruch. Ważne, czy mieli rację. Już cię o to py­ta­łem, po­zwól, że za­py­tam ko­lej­ny, ostat­ni raz. I ocze­ku­ję peł­nej szcze­ro­ści. Czy masz Atha­me Czasu?

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się ła­god­nie, uło­ży­ła dło­nie na ko­la­nie i wy­pro­sto­wa­ła plecy. Praw­da tań­czy­ła w jej oczach.

– Nie.

– Czy wiesz, gdzie się znaj­du­je?

– Nie.

Mówi praw­dę, stwier­dził bez wąt­pli­wo­ści Maass i wy­mow­nie spoj­rzał na Króla. Ten kiw­nął tylko głową. Na jego twa­rzy od­ma­lo­wa­ło się zmę­cze­nie, może zawód. Uniósł wzrok na ko­bie­tę.

– Wiesz, moja droga, że je­ste­śmy po­dob­ni?

– Do­praw­dy? – Prze­je­cha­ła dło­nią nad wargą, lecz nie zna­la­zła tam wąsa. Król nie uśmiech­nął się nawet.

– Oboje do­ło­ży­li­śmy swoje trzy gro­sze to tego, jak wy­glą­da nasz wspa­nia­ły świat. I oboje mie­rzy­my się z od­po­wie­dzial­no­ścią. Róż­ni­my zaś się tym, że ja wciąż to robię. I nie ucie­kam, nie mówię dość. Przy­gnia­ta cię świa­do­mość, że to wszyst­ko to twoje dzie­ło, praw­da? Oglą­dasz wia­do­mo­ści, wi­dzisz za­ma­chy, wi­dzisz stosy pło­ną­ce na wszyst­kich dłu­go­ściach geo­gra­ficz­nych. Złoty wiek cza­row­nic, tak? Oglą­dasz to wszyst­ko i nie ro­zu­miesz jak rze­czy­wi­stość może być tak gro­te­sko­wa. Wtedy je­steś zmę­czo­na i chcesz uciec. Ale to nie­moż­li­we. Bo obraz świa­ta jest od­bi­ciem two­ich dłoni. Już do końca życia nie zer­k­niesz na nie bez świa­do­mo­ści tego, co uczy­ni­ły. Zo­staw wresz­cie swoje zgorzk­nie­nie, zo­staw na­rze­ka­nie i spró­buj coś zro­bić. Bez za­sta­na­wia­nia się, czy wyj­dzie do­brze, czy źle. Wtedy wróć do mnie.

Maass ob­ser­wo­wał jak cień ogar­nia twarz ko­bie­ty. Z każ­dym sło­wem Króla po­kor­nia­ła i opusz­cza­ła głowę coraz niżej. Na­ci­skał słabe punk­ty, wbi­jał w nie gwoź­dzie praw­dy. Tak samo, jak przed­tem zro­bił to z nim. Teraz do­pie­ro Maass po­my­ślał, że ten czło­wiek w rze­czy samej na­da­je się do wła­da­nia in­ny­mi, gdyż praw­da jest jego mie­czem i jego ber­łem. I dzier­żąc je przed żad­nym czło­wie­kiem nie musi się kła­niać.

Cza­row­ni­ca uśmiech­nę­ła się smut­no, wsta­ła i de­li­kat­nie do­su­nę­ła krze­sło.

– Do zo­ba­cze­nia zatem… Kie­dyś, Wasza Wy­so­kość. Mi­strzu. Teraz, jak to mówią, wrócę do swo­je­go kotła.

Wy­szła, po­ko­na­na. Maass są­dził, że jesz­cze kie­dyś ją zo­ba­czy. Lecz nie zna­czy­ło to dla niego nie­mal nic.

– Wy­bacz­cie tę scenę, Mi­strzu. Ina­czej się nie dało. Dzię­ku­ję za pomoc. – Król wró­cił do je­dze­nia, wciąż po­waż­ny. – Po­mów­my o was. Krót­ka piłka, jak wam się widzi taka ro­bo­ta? Kto wie, ile sta­ruch dybie jesz­cze na Rzecz­po­spo­li­tą. Mo­że­cie spro­wa­dzić swo­ich za­ufa­nych ludzi. Im­pe­ra­to­rem się nie przej­muj­cie, oso­bi­ście sobie z nim po­roz­ma­wiam, nasz pa­pież za­dzwo­ni do wa­sze­go… Umowa stoi?

Maass skrzy­wił się. Ni­cze­go nie pra­gnął­by bar­dziej, niż znów wal­czyć z dia­bel­skim po­mio­tem. Lecz pod pol­ską flagą, u boku cza­row­nic? Czy całe życie spę­dził w błę­dzie, czy po­peł­ni go do­pie­ro teraz? Veit Vol­ker Maass nie był bia­ło­wło­sym star­cem. To tylko po­wło­ka. Był peł­nym żaru mło­dzień­cem do szpi­ku ska­żo­nym na­iw­no­ścią. Dotąd ist­nia­ło dobro, ist­nia­ło zło i wszyst­ko to było pro­ste. Teraz się po­mie­sza­ło, a Maass nie znał żad­ne­go do­gma­tu, który wska­zał­by mu drogę. Ci, któ­rzy uczy­ni­li go do­wód­cą byli wiel­ki­mi głup­ca­mi.

– Mi­strzu. – Król spoj­rzał na niego po­waż­nie. – Jeśli wciąż by­wa­cie na im­pe­rial­nym dwo­rze, to wie­cie, jak wy­glą­da świat. Bol­sze­wi­cy prze­ję­li cały prze­mysł i wy­do­by­cie na Sy­be­rii, lada dzień ruszą na za­chód, na Cara. Chan z Ukra­iń­ca­mi dzie­lą już Ruś, gdy wy­da­je im się, że nikt nie słu­cha. Osma­ni od czasu ogło­sze­nia re­we­la­cji Im­pe­ra­to­ra pie­nią się i wy­ma­chu­ją sza­bla­mi. Al­bań­czy­cy, Wę­grzy i Wo­ło­szo­wie do­no­szą o ma­new­rach przy gra­ni­cach. Szy­ku­je się nowy Ogni­sty Szlak. Nad­cho­dzi wojna, to pewne. Zbyt wiele jest am­bi­cji i krzywd. Po­zo­sta­ją też Cio­tu­chy i ich… Twory. Czy­ta­li­ście ra­por­ty wa­sze­go czło­wie­ka. Męż­czy­zna z prze­strze­lo­ną głową i mó­zgiem na ścia­nie wstał i wy­sko­czył z dwu­dzie­ste­go pię­tra. Ro­zu­mie­cie, do czego zmie­rzam? Każdy czas ma swoje de­mo­ny. Za­wsze jest więk­sze zło, któ­re­go ist­nie­nia nie mamy świa­do­mo­ści. A gdy się po­ja­wia, gdy ude­rza, zo­sta­ją dwa wyj­ścia. Zgi­nąć w za­sko­cze­niu, lub pod­jąć szyb­ką de­cy­zję i wal­czyć.

Król nie mu­siał za­da­wać py­ta­nia na ko­niec. Py­ta­nie to i tak po­ja­wi­ło się w gło­wie Wiel­kie­go In­kwi­zy­to­ra, biło ni­czym dzwon i do­ma­ga­ło od­po­wie­dzi. A że Veit Vol­ker Maass wcale nie miał sześć­dzie­się­ciu czte­rech lat i bia­łych wło­sów – był zdol­ny do walki.

 

Koniec

Komentarze

“Pracował ciężko, by uczynić świat takim, jakim być powinien. Wiedział, że nie pokona wszystkich, którym pragnąłby rzucić rękawicę. Lecz był też inny sposób. Ciężki, wymagający dziwnych sojuszy, niepewny. Ale za to możliwy, w przeciwieństwie do walki z całym światem. Mężczyzna był patriotą. Nie pragnął, by jego kraj był potężny, wielki i bogaty. Chciał, by jego rodacy żyli bezpiecznie. Zawsze wiedział, że to najważniejsze. Lecz świat był inny, niż by tego pragnął. Zginęli ludzie. Dobry, niewinni ludzie zamienili się w popiół, gdyż świat nie jest taki, jaki być powinien.”

 

“Mężczyzna, nim dziwne siły ochrzciły go Samildánachem, karał za zbrodnie. I tym razem też ukaże, ostatni raz.” – Ukarze!

 

“Potem dopiero wykona swą ostatnią misje.” – misję

 

Bardzo długie akapity czyta się bardzo uciążliwie. Zdecydowanie warto je porozbijać na nieco krótsze fragmenty.

 

“Pięć sekund rozmowy i już miał ochotę zmiażdżyć Polakowi jego świński ryj.

Króla poznał już wcześniej, przy krótkim przywitaniu delegacji.“

 

“jak to Polacy wypieli się na Kościół” – wypięli

 

“Polak rękę wyciąga do niemieckiego psa, zamiast zrazu kijem pogonić.“ – na pewno zrazu? Chyba nie bardzo pasuje w tym kontekście

 

‘– Religią Polaków jest Katolicyzm“ – czemu katolicyzm wielką literą?

 

Lecz uczucie to towarzyszyło mu od dawna jeszcze w Imperium.

Lecz nie bójcie się, Mistrzu.“

 

“…przetarł ostrze i schował je w kieszeń płaszcza…“ – do kieszeni?

 

“…w dłuższej perspektywie żadne z jego wendet nie miała znaczenia.“ – żadna

 

“…dawała Chórowi Ciotuch pełną kontrole nad czarownicą…” – kontrolę

 

“…zrównali Austriaków, Na końcu niczym oliwa wypłynęła Saksonia.” – przecinek zamiast kropki

 

“Na wschodzie tez się zaogniło“ – też

 

“Caryca nieroztropnie przyznała się do swego magicznego talentu, licząc na napływ sióstr pod swoje skrzydła.“

 

“– Jedynym europejskim zwycięzca tamtego okresu…” – zwycięzcą

 

“Dobrze[+,] tyle słowem wstępu…”

 

“…teraz część właściwa, ustanowieniem wolności dla czarownic w Polsce…” – ustanowienie

 

“– Przyjdź lepiej na kolejne wykłady.

Żegnam się szybko i zmierzam do wyjścia.

*

W hotelowej łazience długo stoję pod prysznicem. Letnia woda zmywa troski dnia. Jutro kolejny wykład, na szczęście po południu.”

 

“…pomagała ofiarą Oficjum.: – ofiarom

 

“Ubieram się prosto i niewyzywającą, związuję włosy.“ – niewyzywająco

 

Już wiem, że nie zdążę z kolejnym zaklęciem. Gdybym miała czas na jeszcze jedno słowo, szybki gest. Mężczyzna w prochowcu wie już, iż upolował swą zwierzynę.“

 

“W oczach Syrmy majaczyła powaga i zaciekawienie…” – majaczyły

 

“– A to – Azata stanęła na palcach, by spojrzeć mu w oczy – Żże ja na przykład jestem katoliczką.“

 

“Maass zaczął szeptać modlitwę, mocniej zacisnął palce na młocie – prostym, eleganckim obuchu.“ – Nie znam się na tym, ale czy młot ma obuch?

 

“…zsyłał słuszny strach i zasłużona ekscytację…“ – zasłużoną

 

“Tylko ból licznych szram i ukrytego pod bandażami, rozciętego boku głowy przypominały mu, że wciąż jest człowiekiem, niczym łańcuchy trzymały przykutego do ziemskiego padołu.“ – Ból przypominał i trzymał.

 

“– Dowcipniś z pana[-.] – stwierdziła uradowana profesor.“

 

“Mess zmrużył oczy…” – Maass, nie Mess…

 

“…wierząc, że to ty masz Athame i zawsze wozisz je ze sobą.“ – raz w tekście było athame małą literą

 

“Nie ważne, skąd mieli informację, jak długo cię podejrzewali…” – Nieważne łącznie

 

Już cię o to pytałem, pozwól, że zapytam kolejny, ostatni już raz.”

 

“Z każdym słowem Króla pokorniała i i opuszczała głowę coraz niżej.“ – podwójne “i”

 

“Chan z Ukraińcami dzielą już Ruś, gdy wydaję im się, że nikt nie słucha.“ – wydaje

 

“Pytanie to i tak pojawiło się w głowie Wielkiego Inkwizytora, biło niczym dzwon i domagało odpowiedzi.“ – domagało się

 

 

Nie wszystko zrozumiałam (począwszy od tego, o co chodzi w ostatniej scenie z panią profesor, a nade wszystko o co chodzi z Samildánachem, który pojawia się na początku, potem jeszcze raz, i nie wiadomo kim jest i po co został wprowadzony…), niemniej podoba mi się wizja wielkiej Rzeczypospolitej, czarownic, imperiów, inkwizycji i całej reszty ;) Aż się prosi, by w takim świecie osadzić więcej opowieści – bo ten tekst wydaje się ledwie fragmentem, wycinkiem czegoś większego.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Hmmm. Alternatywa mocno odległa od naszej rzeczywistości, ale niech będzie. Gorzej, że nie bardzo rozumiem przedstawiony świat – z jednej strony bolszewicy jako licząca się siła, z drugiej nadal żyjący car, z trzeciej król Polski, który wydaje się mieć władzę nad Półwyspem Kolskim… Gdzie to wszystko się mieści?

Fabuła też nie jest dla mnie jasna. Odnoszę wrażenie, że wszyscy walczą ze wszystkimi. Nie bardzo widzę związek tego irlandzkiego wojownika z resztą bohaterów. No, kogoś tam zaciukał…

Sporo literówek, szczególnie przy polskich znakach diakrytycznych.

z ognistym zapałem ruszył przez może walczyć z diabłami,

Oj. Paskudny ortograf.

włosach jak pszenica spiętych w mysie ogony.

Nie wiem, co to za fryzura.

Babska logika rządzi!

Dziękuję gorąco za wskazanie literówek! Zastanawiałem się długo, czy przedstawiona historia jest dość jasna, już zdarzało mi się zbyt zagmatwać, lecz uznałem, że dam jej szansę w takiej postaci, w jakiej jest :) 

O matko, przegapiłam może! O.o

 

Aha, i w sumie również się zatrzymałam na chwilę nad tą fryzurą, jakby co, ale w końcu machnęłam ręką, bo co ja tam wiem o fryzurach ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jose, widać to był malutki akwen. ;-)

No, ja też niewiele wiem o czesaniu. Mysie ogonki kojarzą mi się warkoczykami zaplecionymi na włosach, które słabo się do tego nadają. Coś takiego słabo pasuje do kontekstu, więc postanowiłam sprawdzić, o co Autorowi chodziło.

Babska logika rządzi!

Ja także muszę pochwalić się niezrozumieniem. Rozciągnąłeś scenę polityczną na całą niemal Europę i Azję, zagęściłeś panującymi, czarownicami, inkwizytorami, oraz dwoma papieżami i może dlatego nie zorientowałam się, niestety kto z kim i przeciw komu. Ale czytało się nieźle, a byłoby jeszcze lepiej, gdyby wykonanie nie pozostawiało tak wiele do życzenia.

 

Lecz świat był inny, niż by tego pra­gnął.Lecz świat był inny, niżby tego pra­gnął.

 

Dobry, nie­win­ni lu­dzie za­mie­ni­li się w po­piół… – Dobrzy, nie­win­ni lu­dzie za­mie­ni­li się w po­piół

 

Chwi­lę zaj­mu­je mi po­je­cie, że to głos Rofe… – Literówka.

 

Im­pe­ra­tor-Kanc­lerz i Oj­ciec Świę­ty po­le­cie­li mi prze­ka­zać wy­ra­zy ubo­le­wa­nia… – Literówka.

 

Re­li­gią Po­la­ków jest Ka­to­li­cyzm… – Re­li­gią Po­la­ków jest ka­to­li­cyzm

 

– W tej nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści w ów­cze­snym Wo­je­wódz­twie Sie­radz­kim… – W tej niewielkiej miejscowości, w ów­cze­snym wo­je­wódz­twie sie­radz­kim

 

jesz­cze nie dawno mor­do­wa­li tu moje sio­stry. – …jesz­cze niedawno mor­do­wa­li tu moje sio­stry.

 

Każdy miał miał cza­row­ni­ce w wio­sce… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Ca­ry­ca nie­roz­trop­nie przy­zna­ła się do ] ma­gicz­ne­go ta­len­tu… – Wkradł się całkiem zbędny nawias.

 

Pokój ho­te­lo­wy ską­pa­ny w mroku pre­zen­tu­je mi nocny Ber­lin. – To okno, nie pokój, pozwala widzieć miasto.

 

Widok jest pięk­ny, choć czym jest dwu­dzie­ste pię­tro… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Szka­tu­ła we­wnątrz jest drob­na i lekka… – Raczej: Szka­tu­łka znajdująca się we­wnątrz jest drobna i lekka

Bo chyba nie chodzi o wnętrze szkatułki.

Szkatuła sugeruje, że jest ona duża i masywna.

 

Cień ogar­nia pokój, gdy za­my­kam szka­tu­łę, cho­wam ją do to­reb­ki. – …za­my­kam szka­tu­łkę i cho­wam ją do to­reb­ki.

Szkatuła pewnie nie zmieściłaby się w torebce.

 

Znaj­dę tylne wyj­ście, wy­sko­czę bal­ko­nem z pierw­sze­go pię­tra… – Znaj­dę tylne wyj­ście, zeskoczę/ wyskoczę z balkonu pierw­sze­go pię­tra

 

Ten jeden mo­ment, gdy z Boską po­mo­cą mie­rzy się z si­ła­mi ciem­no­ści… – …gdy z boską po­mo­cą

 

i wło­sach jak psze­ni­ca spię­tych w mysie ogony. – Przypuszczam, że miało być: …i wło­sach jak psze­ni­ca, splecionych w mysie ogonki.

Mysie ogonki, to cienkie warkoczyki. Warkoczyki splata się, nie spina.

 

Za­czę­ła padać mżaw­ka, kro­ple ude­rza­ły wy­krzy­wio­ne nie­zro­zu­mie­niem ob­li­cze in­kwi­zy­to­ra.

Mżawka nie pada, mżawka mży.

Proponuję: Za­czę­ło mżyć, drobniutkie kro­pelki osiadały na wy­krzy­wio­nym nie­zro­zu­mie­niem ob­li­czu in­kwi­zy­to­ra.

 

Syrma prze­je­cha­ła dło­nią po po­licz­ku, wes­tchnę­ła ła­god­nie. – Na czym polega łagodność westchnienia?

 

Przy zgni­ło­zie­lo­nym stole sie­dzia­ła gar­ba­ta ba­busz­ka kwia­to­wą chu­s­tą na gło­wie… – Raczej:

Przy zgni­ło­zie­lo­nym stole sie­dzia­ła gar­ba­ta ba­busz­ka, w kwiecistej chu­ście na gło­wie

 

Obok jak spo­wie­dzi klę­czał Jakub Hen­rik… – Obok, jak przy spo­wie­dzi, klę­czał Jakub Hen­rik

 

– Jedz­cie, Mi­strzu, śmia­ło – za­chę­cał, wy­cie­ra­jąc chust­ką wąs. – Myślę że do królewskiego śniadania podano serwetki.

Proponuję: …za­chę­cał, o­cie­ra­jąc serwetką wąs.

 

Król popił her­ba­ty.Król popił her­ba­tą. Lub: Król napił się her­ba­ty.

 

Za­czę­ła mu się udzie­lać… Pol­skość.Za­czę­ła mu się udzie­lać… pol­skość.

 

dłu­gie szpil­ki stu­ka­ły w za­byt­ko­wą po­sadz­kę. – Raczej: …wysokie szpil­ki stu­ka­ły na za­byt­ko­wej po­sadz­ce.

Obcasy mają wysokość, nie długość.

 

Czy całe życie był w błę­dzie, czy po­peł­ni go do­pie­ro teraz? Veit Vol­ker Maass nie był bia­ło­wło­sym star­cem. To tylko po­wło­ka. Był peł­nym żaru mło­dzień­cem do szpi­ku ska­żo­nym na­iw­no­ścią. Dotąd było dobro, było zło i wszyst­ko to było pro­ste. – Byłoza.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rzeczywiście, tło nakreśliłeś z rozmachem tak wielkim, że mnie również przerósł ;)

Przeczytałam jednak z zaciekawieniem i przyjemnością, a pozostałam z niedosytem – co z jednej strony fajne nie jest, a z drugiej może być, bo to znaczy, że historia wciąga i chce się jeszcze, a niedopowiedzenia intrygują. Więc potencjał w tym duży :)

Stylistycznie i warsztatowo wydaje mi się, że wyszło nierówno. Pierwszy akapit początkowo bardzo mnie zniechęcił i spodziewałam się po nim o wiele, wiele gorzej napisanego tekstu i banalniejszej opowieści. Strasznie tam dużo ogólników, niesprecyzowanych dążeń i pompatycznych zdań.  Kolejny fragment również czytałam krzywiąc się nieco, choć to może wynikać z subiektywnej niechęci do narracji snutej w czasie teraźniejszym. Gdy pojawił się Król i Henrik miałam wrażenie, że pisał to ktoś inny ;) I wreszcie mnie wciągnęło a czytanie zaczęło sprawiać frajdę. Więcej nawet – niektóre zdania tak bardzo miło miziały mój gust, że uśmiechałam się z samej przyjemności fajnego brzmienia :) 

Zastanawiam się nad niektórymi rozwiązaniami kompozycyjnymi. Pomijając tę niechęć o której wspomniałam wyżej, nie rozumiem dlaczego zdecydowałeś się wyszczególnić fragmenty o wiedźmie tą teraźniejszościa i pierwszoosobowością narracji. To mi sugerowało, że właśnie z ta bohaterką mam się jakoś szczególnie wiązać, pilnie śledzić jej losy i ogólnie uważać za pierwszoplanową, choć okazała się wyłącznie jednym z pionków przesuwanych przez Króla. To dziwne, że akurat tej postaci czytelnik towarzyszy nawet pod prysznicem, podczas gdy to Król tak naprawdę jest i ważniejszy i ciekawszy – ciekawe, jakie problemy, troski, dylematy on spłukuje z siebie letnią wodą? To być może znowu subiektywne, ale dla mnie byłoby znacznie ciekawsze ;) Pod zagwostki kompozycyjne podepnę tez fragmenty o Samildanahu, dla mnie również mało zrozumiałe pod względem fabularnym.

Poza językiem do bardzo dużych plusów dopisze jeszcze scenę z Ciotuchą i w ogóle sama nazwę Ciotuch :D Choć nie jestem pewna czy ta wiedźmio-ciotuchową politykę i konflikt dobrze zrozumiałam :/

I jeszcze z uwag – dwukrotnie użyłeś sformułowania “kroki dobiegły moich uszu”. Dla mnie brzmi to zabawnie. Uszu dobiegają zwykle raczej dżwięki – np. szept, stukanie, chrapanie, odgłos kroków… Chyba tak brzmiałoby to lepiej ;)

Ależ mi się spodobało! Polskie wioski na Svalbardzie to sam miodek. Ja tam bym mogła jechać i sobie rządzić lokalnie :) Piękna alternatywna, ciekawie napisana. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Cieszę się, że się podobało, śniąca i dzięki za obszerny komentarz, Werwena. Gdybym miał coś zmienić w opowiadaniu, zastanowiłbym się nad budzącym kontrowersje Samildanachem, zmienił mu przynajmniej imię –  bo miał być pompatyczny, myśleć w niejasny sposób.  A czemu celtycki? Ot, taka zagadka, której mogłoby nie być. Ale jest. Jeśli rozbuduję uniwersum, to może się kiedyś wyjaśni :)

 

EDIT

Ach, zapomniałbym! Dziękuję za wszelką pomoc, wyłapanie błędów małych i dużych, ale podziękować szczególnie muszę za wyłapanie błędu największego. Całe życie przekonany byłem, że mysie ogony to dwa niskie kucyki… Zamiast zmieniać tekst, zmieniłem bohaterce fryzurę :) Jej warkocze to hołd dla czytelniczek, bez których pewnie jeszcze długo żyłbym w błędzie. 

Pomysł na świat alternatywny i rozmach, z jakim go wykorzystałeś – na duży plus. W tym wszystkim straciła się jednak gdzieś fabuła i podobnie jak Powyżsi nie do końca zrozumiałem kto z kim i dlaczego.

No co Ty? Myszy od kucyka nie odróżniasz? ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka