- Opowiadanie: Dorotka - Klątwa

Klątwa

Przedstawiam swoje “nawet udane” (w opinii recenzenta) opowiadanie na konkurs wiedźmiński. Po drobnej redakcji, lecz w zasadzie jest to ten sam tekst, który powędrował na konkurs. Mam nadzieję, że komuś przypadnie do gustu, mimo że brak w nim “uniwersalności i głębi” (to również wyciąg z recenzji) ;-)

To mój debiut na tym portalu, więc czekam niecierpliwie na wasze opinie.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

joseheim, Finkla, Werwena

Oceny

Klątwa

Zwykło się sądzić, że czytać w myślach potrafią tylko obeznani w sztukach magicznych. A wystarczyło spojrzeć na stojącego przed gospodą mężczyznę, by poczuć się jak najprawdziwszy telepata i to bez choć krzyny czarodziejskich umiejętności. Siwy, ale krzepki, pewnie jaki weteran, stał po drugiej stronie drogi, łypiąc w kierunku karczmy – myśl o ciepłym posiłku niemal odbijała mu się na czole. Pomacał się po kieszeni, zmrużył oczy; jakby przypominał sobie, ile ma pieniędzy w sakiewce – może wystarczy? Grymas złości wykrzywił mu twarz: wiedział, że mieszek już jest irytująco lekki, a posiłek w tym miejscu uczyni go nie tylko lżejszym, lecz prawdopodobnie pustym. Położył rękę na brzuchu. Cholerny głód! Gdzieś przecież zjeść musi. Nie ruszył jednak z miejsca, patrzył tylko na szyld, słuchając postukiwania talerzy i kufli, wdychając kuchenne aromaty. Ocenił stan swojego ubioru, a, wnosząc po minie, ocena wypadła kiepsko. Wojskowa kurtka wyglądała na sfatygowaną, na spodniach łata na łacie, zapach też daleki od cytrusów i lawendy – czy go wpuszczą? Czy bardziej lub mniej uprzejmie wyrzucą za drzwi, jak tyle razy przedtem?

Tak; z mężczyzny można było czytać jak z otwartej księgi. Poza tym coś w jego wyglądzie, już nie tak oczywistego, spodobało się obserwującemu go z gospody jegomościowi o zielonożółtych oczach i szpakowatych włosach.

Wyglądał na świetnego kompana do wódki.

Szpakowaty przywołał gestem karczmarza i wskazał mężczyznę za oknem.

– Gospodarzu, bądźcie tak uprzejmi i zaproście do mojego stołu tamtego człowieka.

Zagadnięty zmrużył oczy, zlustrował nieznajomego.

– Jesteście pewni, panie? Widać, że to przybłęda, pewnie nawet na posiłek go nie stać, gdzie mu do pańskiego stolika? Co sobie ludzie pomyślą?

– Nie martwcie się o moją reputację, gospodarzu. Ani o przychód. – Na stole wylądowała moneta, którą karczmarz zwinął do kieszeni i bez dalszych protestów pobiegł po mężczyznę.

Z bliska jego włosy były nie tyle siwe, co białe, choć na pewno nie wynikało to z podeszłego wieku. Jego twarz była daleka od gładkiej, lecz orały ją blizny, nie zmarszczki.

– Czemu zawdzięczam zaproszenie od zacnego pana? – W uprzejmym pytaniu kryła się ironia, jakby wojak nie miał w zwyczaju przejmować się konwenansami, ale też nie chciał otwarcie drwić z potencjalnego dobroczyńcy.

Szpakowaty uśmiechnął się.

– Porzućmy tych panów, przyjacielu. Ja tu dziś świętuję, a że świętowanie zawsze lepiej wychodzi w towarzystwie, mam nadzieję, że uczynisz mi przyjemność i napijesz się ze mną. Na mój koszt.

Białowłosy rozluźnił się. W gospodzie panowało typowe dla takich miejsc duszne ciepło, a zapach gotowanych mięs i cebuli mieszał się z gwarem rozmów. W sąsiedniej izbie słychać było skrzypka, fałszywie przygrywającego skocznego owijoka. Pulchna karczmarka postawiła na stole dwa kufle piwa, do jedzenia zaproponowała „specjalność kucharza”, nie podając zresztą żadnej alternatywy, a po przystaniu na jej sugestię, odmaszerowała za kontuar.

Białowłosy uniósł kufel.

– Twoje zdrowie…

– Codringher.

– Geralt – przedstawił się białowłosy i wypił na raz połowę zawartości kufla. – A więc, co świętujemy?

Skrzypek, najwyraźniej nieusatysfakcjonowany honorarium zebranym w sąsiedniej izbie, przeniósł swój recital w bezpośrednie sąsiedztwo mężczyzn. Stało się aż nazbyt jasne, że klezmer słuch ma nie lepszy od przeciętnej baby śpiewającej pieśni świątynne, a sam instrument nie posiada jednej struny. Białowłosy nachylił się do rozmówcy, by w powstałym jazgocie usłyszeć jego odpowiedź.

– Świętujemy niezwykle dla mnie korzystną okoliczność, przyjacielu. Otóż mój główny konkurent w interesach niedawno kopnął w kalendarz. Zdrowie! – dodał Codringher, nie precyzując, czyje właściwie zdrowie ma na myśli.

Geralt zgodnie uniósł kufel w toaście.

– A co to za interes, jeśli można wiedzieć?

– Konsultacje i usługi prawne. Firma Codringher i Fenn, do usług.

– A gdzie się podział twój wspólnik?

– Zachorzał, bidulek – odrzekł zasmucony adwokat. – Ledwo mówi, a gdy już się odzywa, razem ze słowami wydobywają się z jego ust jakieś podejrzane substancje… Mniejsza o to. A ty, Geralt, czym się zajmujesz?

Opróżnione kufle zniknęły ze stolika, zastąpione dwoma kubkami i butelką wódki.

– Jestem wiedźminem – zasępił się białowłosy.

– Cóż to? Czyżby ten szlachetny zawód nie dawał ci oczekiwanej satysfakcji? – zapytał adwokat, nalewając do kubków.

– Nie drwij, Codringher. Po pierwsze, to niegrzecznie, a po drugie, niebezpiecznie jest drwić z wiedźmina. – Geralt wychylił naczynie, krzywiąc się lekko.

– Najmocniej przepraszam – powiedział z uśmiechem adwokat, natychmiast napełniając kubek kolejną porcją okowity. – Może opowiesz coś-nie-coś o troskach tej profesji? Z przyjemnością posłucham.

– I doradzisz?

– Obawiam się, że na moje rady nie stać człowieka, który przez kwadrans zastanawia się, czy może sobie pozwolić na posiłek w gospodzie. Ale też jakoś nie wierzę, by problemy wiedźmina były na tyle poważne, by wymagały mojej zawodowej interwencji.

– Może i racja.

Na stół wjechała obiecana „specjalność kucharza”. Mężczyźni poświęcili się spożywaniu mięsnej potrawki, nie siląc się na elegancję wycierali resztki z misek pajdami chleba. Skrzypek odsunął się nieco od ich stolika, pozwalając kontynuować konwersację bez podnoszenia głosu.

– Problem nie leży w moim zawodzie – rozpoczął wreszcie wiedźmin – a w zleceniodawcach.

– Skądś to znam – mruknął Codringher.

Geralt pokiwał głową.

– Gdy jakaś poczwara daje im się we znaki, witają cię jak zbawiciela, obiecują góry złota. A po wszystkim okazuje się, że pieniędzy ni ma, bo przecie dopiero wojna była, plony liche, dziatkom nie ma co do gąb włożyć, i tak dalej…

– Coś mi się wydaje, że pod tymi ogólnymi stwierdzeniami kryje się jakaś całkiem świeża historia.

Znów kiwnięcie głową.

– Sołtys pewnej pobliskiej wsi… Eee, szkoda gadać.

– No to może zmień profesję?

Geralt uśmiechnął się krzywo.

– A nuż, po następnym zleceniu? Kto wie – odrzekł, zdając sobie sprawę, że zawodu nie zmieni prawdopodobnie nigdy.

Codringher napełnił kubki. Skrzypek, wynagradzany nawet słabiej, niż w poprzedniej izbie, odłożył instrument i ruszył do kontuaru wykłócać się o piwo dla artysty.

– Czyli czeka już następna robota? – zagadnął adwokat.

– Czeka… Podobno.

– No, nie daj się ciągnąć za język.

– Wynajęła mnie pewna szlachcianka – zaczął Geralt. – Zlecenie dotyczy przeklętego domu. Ponoć zamordowano tam kiedyś dziecko i od tamtej pory w posiadłości straszy. W duchy co prawda nie wierzę, ale może zalęgło się tam co innego.

– Nie brzmi to źle. Szlachcianki rzadko wykręcają się od płatności mizernymi plonami i głodnymi dziatkami. A z klątwą, prawdziwą czy nie, poradzisz sobie niechybnie.

– O ile Rozalia dostanie dom – westchnął wiedźmin. – Bo póki co należy się jej jedynie hipotetycznie.

Codringher uniósł pytająco brwi.

– Za dwa dni ma się odbyć czytanie testamentu – wyjaśnił Geralt. – Oczywiście moja szlachcianka jest przekonana, że dom przypadnie jej, jako najbliższej krewnej zmarłego właściciela.

– Masz jakieś powody, by sądzić inaczej?

Wiedźmin skrzywił się paskudnie.

– Tylko przeczucie. Rozalia jest ponoć siostrą przestryjeczną zmarłego…

– Kim?

– Wnuczką brata dziadka – odrzekł z wysiłkiem Geralt. – Co nie czyni jej szczególnie bliską krewną. Ale ona upiera się, że bliższych ten… Egon nie miał.

– Czekaj, czekaj. – Adwokat spojrzał trzeźwiejszym wzrokiem na wiedźmina. – Jak mówisz? Egon?

– Egon… Nie pamiętam nazwiska. Podobno szuja, jakich mało.

– To by się zgadzało.

– Rybart?… Rebart? – próbował wiedźmin.

– Roibard?

– Może i Roibard. Znałeś go?

– Tak jakby – odparł z uśmiechem Codringher. – To nikt inny, jak mój zmarły konkurent, którego zejście dziś tu świętujemy.

Wiedźmin chwilę zastanawiał się, jak podsumować ten ciekawy zbieg okoliczności, lecz żaden błyskotliwy komentarz nie przychodził mu do głowy. Krzyknął więc tylko, unosząc kubek: „Zdrowie!”, nie precyzując, czyje zdrowie ma na myśli.

***

W chwilach takich jak ta Codringher żałował, że nie może zastąpić go Fenn – chory, zdrowy, jakikolwiek. Po wczorajszym świętowaniu adwokat miał nadzieję, że przynajmniej przez pierwszą część dnia do kantoru nie zawita żaden klient i będzie mógł w spokoju dojść do siebie. Przez otwarte okno do pomieszczenia wpadał jednostajny gwar ulicy, z którego co jakiś czas wybijał się wysoki głos straganiarki, zachwalającej najlepsze sukno w mieście. Promienie słońca wydobywały z niebytu drobiny kurzu tańczące w powietrzu i oślepiały siedzącego naprzeciwko klienta – bo klient oczywiście przyszedł: nie dość, że z samego rana, to jeszcze, jak to ujął, ze „sprawą nie cierpiącą zwłoki” – przy czym słowo „zwłoki” nie było tu zupełnie przypadkowe. Gdy Codringher usłyszał, o jaką chodzi sprawę i o czyje zwłoki, pomimo męczącego bólu głowy ledwo ukrył rozbawienie.

– Podsumujmy – powiedział do siedzącego naprzeciw elegancko ubranego jegomościa przedstawiającego się jako Sebastian Stroller. – Z racji dość niespodziewanego zgonu pana zmarłego krewnego – adwokat odchrząknął – Egona Roibarda, w mieście zaroiło się od potencjalnych spadkobierców, z których każdy twierdzi, że ma najlepsze prawa do pozostawionego majątku. Pan oczywiście z całym przekonaniem twierdzi takoż. W takim razie dlaczego nie pozostawić rzeczy ich naturalnemu biegowi? Jeśli ma pan dostać spadek, to tak się stanie – pojutrze, gdy miejski urzędnik wejdzie do domu zmarłego i rozstrzygnie sprawę.

– Panie Codringher. – Klient nachylił się ku niemu, uśmiechnął kącikiem ust. – Nie przychodziłbym do pana, gdybym był pewien, że nikt nie podważy moich praw do pozostawionego domu. Poza tym nie wiadomo, czy mój drogi krewniak nie zostawił testamentu, w którym zapisał majątek Wyznawcom Dębu Szypułkowego albo komuś w tym guście.

– Dlaczego miałby to zrobić?

– Bo to był wyjątkowy… Ekscentryk.

Adwokat odchylił się na obitym oliwkową tapicerką fotelu. Słońce nieprzyjemnie paliło go w ramię. Przez chwilę walczył z chęcią zamknięcia okiennicy, ale widok mrużącego oczy petenta jakoś go cieszył.

– Jeśli zostawił testament, można by po prostu sprawdzić, co w nim jest… przed oficjalnym odczytaniem.

– To na nic – Stroller machnął ręką. – Domu pilnuje jakiś rzekomy zarządca, nikogo nie wpuszcza do środka.

– Ach tak. No dobrze, nad tym się jeszcze zastanowimy. A tymczasem niech pan coś opowie o swoich konkurentach.

Mężczyzna również rozsiadł się na swoim siedzisku, choć temu daleko było do tronu adwokata. Przez chwilę robił teatralne miny, udając, że przypomina sobie fakty, które zna doskonale.

– Wszystkich naturalnie nie kojarzę, ale mam pewne podejrzenia, kim należałoby się przejąć w pierwszej kolejności.

– Zamieniam się w słuch – odparł Codringher, udając, że nie zauważa gry.

W rzeczywistości opowieść klienta zajmowała najwyżej połowę jego uwagi. Jednym uchem wysłuchiwał historii o spowinowaconych i krewnych, cieściach, świeściach i paszenogach; o ludziach mających tyle wspólnego ze zmarłym Roibardem, co on sam, a może nawet mniej – adwokat przynajmniej słyszał o Egonie, jeszcze zanim ten umarł – czego nie dało się powiedzieć o wielu ze wspominanych przez Strollera osobach. By stworzyć pozory uwagi, Codringher zapisał coś na kartce papieru, drugą ręką pocierając tętniącą bólem skroń. Wyłapując piąte przez dziesiąte, zastanawiał się nad motywami zleceniodawcy. Wyczuwał w tej sprawie, na pozór zwyczajnej, jakiś haczyk. Przeczucie zaś myliło go rzadko.

Z zamyślenia wyrwało go nazwisko baronowej de Nogaret.

– Rozalia de Nogaret? – powtórzył za klientem.

Stroller wygładził rękawy dubletu w kolorze brudnej żółci i spojrzał podejrzliwie na adwokata.

– Zna ją pan?

– Ze słyszenia – potwierdził Codringher i dodał, marszcząc czoło: – Wiem, że jest wnuczką brata dziadka Egona… Pan wybaczy, ale na co baronowej nieszczególnie ciekawy dom w środku miasta?

– No cóż… Rozalia została baronową przez ożenek, a jej mąż – teraz już nie żyje – z równą niefrasobliwością co mezalianse traktował zarządzanie majątkiem. Baronowa chwyta się każdej okazji, by zdobyć pieniądze.

Słońce przesunęło się, paląc teraz adwokata w kark; tego nie mógł już zrekompensować nawet widok wyraźnie zmęczonego światłem klienta. Codringher wstał i z hukiem zatrzasnął okiennice.

– Rozumiem, że pan się tym zajmie? – ponaglił Stroller, z ulgą witając zapadły półmrok. – Jeśli idzie o wynagrodzenie…

– Jeszcze zdążymy o tym porozmawiać. – Codringher z powrotem usiadł przy biurku, oparł na nim ręce, po czym przyjrzał się klientowi znad splecionych dłoni. – A co z klątwą?

Sebastian Stroller wybuchnął śmiechem.

– Chyba nie wierzy pan w te brednie? – powiedział w końcu. – To zresztą nie powinno pana interesować, zdaje się, że to nie pana dziedzina. To jak? Mamy umowę?

Adwokat milczał przez chwilę, po czym skinął głową.

– Proszę mi jeszcze powiedzieć, kim właściwie Egon Roibard był dla pana?

Mężczyzna uśmiechnął się, spojrzał prosto w zielonożółte oczy adwokata.

– Moje pokrewieństwo z nieboszczykiem zostawiam panu, Codringher. Jeśli trzeba, zostanę drugą żoną Egona, byleby dokumenty na to znalazły się najpóźniej jutro.

***

Dom Egona Roibarda nie był ani brzydki, ani ładny; ot, jeden z wielu w Dorian nijakich, dwukondygnacyjnych budynków z dużym, błotnistym podwórzem – tyle że dobrze usytuowany. Od frontu nie było widać wejścia – znajdowały się tu jedynie masywne wrota do wozowni. Według pogłosek, to w niej zamordowano dziecko, rzekomą przyczynę klątwy. Codringher wiedział, jaką moc mają plotki o potwornych wydarzeniach z przeszłości; podejrzewał więc, że były właściciel sam zadbał o jej rozpowszechnienie; na przykład, by chronić przed ciekawskimi zawartość wozowni. Sam postąpiłby podobnie.

Przed domem tłoczyła się grupka ludzi, przekrzykujących hałasujące na podwórzu ptactwo i siebie nawzajem. Codringher nie zadał sobie trudu, by przypisać zasłyszane od Sebastiana Strollera nazwiska konkretnym osobom – poza dostojnie ubraną i całkiem urodziwą damą, w której rozpoznał Rozalię de Nogaret. Adwokat schował się w cieniu po drugiej stronie ulicy, nie tyle by nie zostać zauważonym, co by skryć się przed zbliżającym się do zenitu słońcem. Co jakiś czas scenę przesłaniali mu przechodnie, z rzadka także konni, ale generalnie miał stąd dobry punkt obserwacyjny.

– Mówiłem i powtarzał nie będę! – darł się rosły brodacz, zapewne wspomniany przez Strollera zarządca. – Nikogo nie wpuszczę, póki wielmożny pan wicesędzia nie zarządzi! Choćby i sam król zawitał, nie wejdzie!

– Ja, Niepełka, mam prawo wejść do środka, bo to jest mój dom! – wydzierał się jeden z mężczyzn. – Mój, Niepełki!

– Pełki, czy nie Pełki, nie puszczę! O, imć pan adwokat! – Brodacz złagodził ton i uśmiechnął się usłużnie, zauważając Codringhera. – Panie adwokacie, jak dobrze, że pana widzę, jak dobrze!

Brodacz podbiegł do niego, ignorując protesty tłumu. Energicznie uścisnął rękę Codringhera, po czym poprowadził go za budynek, na błotniste podwórze, obronę posiadłości pozostawiając dwóm chłystkom, za wyjątkiem posiadania brody podobnych do niego kropka w kropkę. – Bogowie za karę zesłali mi tę hołotę, jak nic! Dobrze, że pan przechodził, jak dobrze!

Codringher pozwolił mu się ekscytować.

– Proszę ja pana, potrzebuję tej, no, kolsuntacyi. – Brodacz prowadził go po schodach na wąską galeryjkę, a następnie w ciemny korytarz. Najwyraźniej w jego hierarchii adwokat stał wyżej od króla, bo wyciągnął z kieszeni klucz na sznurku i otworzył drzwi do domu Egona, zapraszając rozbawionego Codringhera do środka.

– Doprawdy, nie wiem, jak mogę pomóc, panie…

– Upraszam pańskiej łaski! Radsuł się nazywam.

Mężczyzna przeprowadził adwokata przez krótki korytarz i wprowadził do izby, wskazując krzesło. Pokój był większy i lepiej oświetlony od kantoru adwokata. Stało tu potężne, dębowe biurko i gablota pełna woluminów – zapewne tych mniej wartościowych, bo Codringher nie wątpił, że gdzieś tu jest biblioteka z prawdziwego zdarzenia, prawdopodobnie cenniejsza niż cały budynek wraz z wyposażeniem.

Radsuł miętolił w rękach czapkę, niepewny, jak ma wyłożyć swoją sprawę.

– Bogowie mi pana zesłali, powiadam panu. Bo widzi pan, panie adwokacie, ten dom to po prawdzie mnie się należy.

Codringher nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Zarządca, niezrażony, opowiadał.

– Bo wie pan, imć Egon Roibard, proszę ja pana, to był mój, ten, no… Atrenarz.

– Kto? – zapytał, krztusząc się, adwokat.

– No ten, co ma dom w tej, atrendzie – dukał z wysiłkiem Radsuł.

– Może w arendzie? Arendarz?

– No przecie mówię, że arentarz.

– „Dzierżawca” będzie prościej.

Mężczyzna odetchnął.

– Ano. Mój pradziad oddał ten dom pradziadowi pana Egona w art… w dzierżawę, proszę ja pana, wieczystą. Pan Egon płacił mi czynsz, ale skoro umarł, dom mnie się należy. Tylko że, wie pan, dokumenty na tę dzierżawę jakoś tak się wzięły i zgubiły. – Adwokat próbował coś wtrącić, ale Radsuł podniósł dłonie. – Niech pan wysłucha do końca, panie adwokacie drogi. Przy okazji szukania tych dokumentów, to by się pan może tym duchem zajął.

– Duchem? – zapytał Codringher, zbity z tropu.

– Ano, duchem. Bo widzi pan, adwokacie drogi, ten dom przeklęty jest.

– Ach tak?

Drzwi, jak na zawołanie, zaskrzypiały i otworzyły się. Adwokat wzdrygnął się mimowolnie, lecz do środka wszedł zupełnie materialny, pręgowany kot. Podszedł do Codringhera, który odgonił go lekkim kopniakiem. Zwierzę miauknęło, zamłóciło ogonem, po czym ułożyło się w plamie słońca na podłodze.

– Na pewno pan wiedział, proszę ja pana, że pan Egon miał żonę. Dobra to była kobieta, mądra i urodziwa. Póki żyła, to i on jako takim był człowiekiem, potem to szkoda gadać… Ale ja nie o tym. Niedługo po zamążpójściu, proszę ja pana, z brzuchem ją widywano, musieć przy nadziei była. Ale potem brzuch zniknął, a dziecko jakoś się nie pojawiło. Mówią, że Egon oskarżył żonę o zdradę, a dziecko w wozowni żywcem zamurował. Ona zresztą zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach niedługo potem. Od tego czasu, panie adwokacie drogi, prawie trzydzieści lat minęło, a w domu ciągle słychać dziecięcy płacz, po nocy coś ściany skrzybie, przedmioty same się przestawiają, drzwi trzaskają, aż krew w żyłach mrozi…

– Fascynująca opowieść, naprawdę – przerwał Codringher – ale nie mogę przyjąć tego zlecenia.

– Jeśli to kwestia ceny, to mam czym zapłacić! – zapewnił skwapliwie zarządca.

– W to nie wątpię – skłamał adwokat. – Powstrzymuje mnie jedynie konflikt interesów.

– A-aha. Znaczy…

– Znaczy, proszę ja pana, że już ktoś wynajął moje usługi w sprawie tego domu i etyka zawodowa nie pozwala mi… – Codringher przerwał, obserwując coraz mniej rozumny grymas na twarzy swego rozmówcy. Wstał i poklepał go po plecach. – Lubię pana, zarządco. W sprawie arendy nic nie poradzę, ale przyślę do pana wiedźmina, żeby coś zrobił z tą klątwą. – Po czym, nie czekając na odpowiedź, wyszedł.

***

– Dziwne to twoje zaproszenie, Codringher. – Wiedźmin zignorował krzesło i oparł się o ścianę, nonszalancko krzyżując ręce na piersi. – Zamiast do karczmy, zapraszasz mnie do własnego kantoru. Zamiast fotela w salonie, podsuwasz mi niewygodne krzesło. I wreszcie, zamiast przesłać listowne zaproszenie, przysyłasz po mnie jakiegoś chłystka z żądaniem natychmiastowego przybycia.

– Jak na człowieka, którego wczoraj nie było stać na obiad, masz duże wymagania, Geralt.

– Po prostu gotów bym pomyśleć, że jestem tu w charakterze pracownika, a nie gościa.

Adwokat uśmiechnął się, pochylił lekko w fotelu i splótł dłonie na biurku.

– Twoja przenikliwość mnie zadziwia. Czy to cecha zawodowa wiedźminów?

– Tych lepszych, tak. O co chodzi?

Codringher spoważniał.

– Jak słusznie się domyśliłeś, mam do ciebie pewną sprawę. Chodzi o zadanie, do którego wynajęła cię szlachcianka Rozalia. Co byś powiedział, gdybym znalazł drugiego zleceniodawcę na ten sam kontrakt i umożliwił jego wykonanie już dziś? Same korzyści. Jedna robota, dwa wynagrodzenia – i to szybko. Co więcej, myślę, że sołtys z pobliskiej wsi mógłby znaleźć środki na opłacenie zaległego honorarium, o którym wspominałeś wczorajszego wieczora.

– W zamian za?

– Przysługę.

Geralt płynnie odbił się od ściany, podszedł do biurka i oparł się o nie obiema dłońmi. Spojrzenie utkwił w zielonożółtych oczach adwokata. Codringher nie cofnął się, nie poruszył, nie przełknął nerwowo śliny.

– Chcesz na mnie zrobić wrażenie tą pozą? – zapytał zamiast tego. – Ostrzec, że nie dasz się po raz kolejny oszukać i nikt nie będzie się tobą wysługiwać? Daruj sobie, wiedźminie. Wysłuchaj, co mam do powiedzenia, a potem zgódź się lub nie. Teatralne pozy nie są potrzebne.

Geralt westchnął i usiadł na krześle naprzeciwko adwokata.

– Słucham.

– Chciałbym, żebyś w trakcie wykonywania zlecenia rozejrzał się nieco po przeklętym domu. Interesują mnie zwłaszcza listy, testament, prywatne dokumenty. Nie chcę, żebyś je wynosił, podmieniał, czy niszczył. Chcę tylko znać ich zawartość.

– A klątwa?

– To już twoja dziedzina – wzruszył ramionami Codringher. – Jeśli dom jest przez coś opętany, w co szczerze wątpię, wygnaj to. Za to przecież zapłacą ci baronowa i zarządca. Ja nic nie mam do rzekomego dziecka zamurowanego w wozowni.

Geralt milczał chwilę.

– Zgoda. Jeśli – podkreślił – sołtys przypomni sobie o honorarium.

– Przypomni. Może nawet przypomni sobie z procentem. No, nie ma co mitrężyć, wiedźminie. Musimy się wziąć do pracy – i ty, i ja.

– I Fenn – dodał Geralt z cynicznym uśmiechem.

Adwokat odpowiedział podobnym grymasem.

– Fenn tyra bez przerwy.

– Nawet gdy choruje?

– Zawsze, wiedźminie. To istny tytan pracy.

***

Zarządca uparcie nazywał Geralta „panem wiedźminem drogim” i ze szczegółami wyłuszczył wszelkie nienaturalnie zdarzenia mające miejsce w domu – począwszy od tajemniczej ciąży nieboszczki żony Egona, a skończywszy na trzaskaniu okiennicami poprzedniego wieczora. „Pan wiedźmin drogi” słuchał i potakiwał, po czym zapowiedział, że zamierza spędzić w domu całą noc i przykazał, by pod żadnym pozorem nie wchodzić w tym czasie do domu. Gdyby zaś rano odnaleziono jedynie jego trupa, dom należy uznać za stracony i spalić. Radsuł, słysząc to, wezwał wszystkich bogów czczonych w promieniu kilku stajań od Dorian. Słysząc o trudności zadania, zgodził się na nieco wyższe honorarium, niż pierwotnie zaproponował fachowcowi.

Geralt, bardziej dla efektu, niż z potrzeby, poprawił ułożenie miecza na plecach. Nie sądził, by ostrze w ogóle miało się przydać. Wszedł do domu przez galeryjkę od podwórza i zaryglował drzwi. Wnętrze, oszczędnie umeblowane i nieco zaniedbane, nie sprawiało przyjemnego wrażenia. Pomarańczowy zachód słońca czynił go przytulniejszym, ale gdy tylko zapadł zmrok, wszelkie walory zniknęły. W powietrzu unosił się zapach kurzu i starych książek. Wiedźmin spodziewał się czegoś więcej po, ponoć wziętym, adwokacie – cokolwiek się kryło pod tym, bez wątpienia niemającym wiele z prawdą, tytułem.

Geralt położył pochwę z mieczem na biurku Egona, rozsiadł się w fotelu i rozejrzał. Gdzie trzymałby na jego miejscu najważniejsze dokumenty? W biurku? Wiedźmin przejrzał szuflady. Odrzucił niezbyt interesujące umowy i niewiele mówiące, chaotyczne notatki właściciela. Dłużej przyjrzał się listom, z których kilka przysłał niejaki Niepełka z Borówek – wcześniejsze z prośbą o poręczenie, późniejsze o kredyt, najlepiej nieoprocentowany, przez wzgląd na bliską relację rodzinną. Dwa czy trzy ostatnie w ogóle nie miały złamanej pieczęci. Pokaźny plik korespondencji, czasem z miast bardzo odległych, pochodził od informatorów. Wiedźmin zastanawiał się, ile listy byłyby warte dla Codringhera, lecz w końcu odłożył je na miejsce, nie znajdując w nich czegokolwiek, co mogłoby znacząco wpłynąć na postępowanie spadkowe. Oprócz tego, ani w biurku, ani w pozostałej części domu, wiedźmin nie znalazł niczego ciekawego. Żadnego testamentu czy świadectwa zażyłości z kimkolwiek z licznych najbliższych i najdroższych krewnych.

Zadośćuczyniwszy prośbie Codringhera, Geralt z ulgą przystąpił do własnego, wiedźmińskiego zlecenia. Nie przypuszczał, by w historii którą usłyszał, najpierw od baronowej, a następnie od zarządcy, było choć ziarno prawdy – może oprócz ciąży żony Egona. Dziecko najprawdopodobniej zmarło przy porodzie, a rodzicielka wyzionęła ducha niedługo potem w skutek gorączki połogowej bądź innych powikłań. Co do hałasów i trzaskających okiennic, wiedźmin był skłonny przypisać to po części wyobraźni, po części zjawiskom atmosferycznym, a po części szczurom. Ponieważ jednak był zawodowcem, wypił łagodny eliksir na wyostrzenie zmysłów i jeszcze raz dokładnie obejrzał dom, tym razem szukając czegokolwiek, co świadczyłoby o niepożądanej obecności – zjawy, potwora lub czegokolwiek, czym mógłby się zająć wiedźmińskimi metodami.

Bezksiężycowa noc wkraczała w swą najgłębszą fazę i ciemności były nieprzeniknione – dla każdych oczu, za wyjątkiem oczu wiedźmina. Geralt nie zauważył jednak nic alarmującego: żadnych zawirowań powietrza, delikatnych migotań iluzji, wibracji psychokinetycznych. Medalion wisiał niewzruszony na jego szyi, nie pozostawiając złudzeń co do istnienia w tym miejscu magicznej aury. Inaczej rzecz się miała z dźwiękami. Wyczulone ucho wyłapywało delikatne chrobotanie czy popiskiwanie, które Geralt przypisał gryzoniom, i kilka innych dźwięków o trudnym do ustalenia, lecz z pewnością nie nadnaturalnym, źródle. Dodatkowe efekty dźwiękowe zapewnił pręgowany kot, który z głośnym prychnięciem uciekł spod nóg wiedźmina, gdy ten przekroczył próg mającej wyjątkowo złą sławę wozowni. Geralt rozglądał się, szukając śladów domniemanej zbrodni. Bezskutecznie. Nie było tu też żadnych wozów ani tajnych pomieszczeń. W kącie leżało kilka gratów; poza tym wozownia była wręcz przygnębiająco pusta.

Gdy Geralt już miał uznać, że jego zadanie zostało wykonane i postanowił resztę nocy spędzić w łóżku Egona, coś przykuło jego uwagę. Ktoś starał się, by nie zostać usłyszanym, lecz wiedźmin wyraźnie rozpoznał głuche plaśnięcia stóp stawianych na błotnistym podwórzu. Chwilę potem kolejne, choć cięższe i mniej ostrożne, z drugiej strony domu. A następnie teatralny szept, który dla Geralta równie dobrze mógłby być krzykiem:

– Radsuł? To ty? Ciemno choć oko wykol!

– To ja, to ja, panie Sebastianie drogi! – odpowiedział głos zarządcy.

Wiedźmin wyciągnął z kąta stary zydel, rozsiadł się pod ścianą.

– Jak ci poszło z Codringherem? – zapytał nieznajomy głos, należący bezsprzecznie do drogiego pana Sebastiana. – Nająłeś go?

Geralt usłyszał cmoknięcie.

– Nie bardzo. Przysłał mi tego, no, wiedźmina na klątwę, ale domem się nie zajął, bo mówi, że ma ten, no, kolfinkt interesów.

Zarządcy odpowiedziało długie milczenie.

– Tego się po nim nie spodziewałem – rzekł wreszcie obcy głos. – Porządniczek zafajdany. Trudno, poradzimy sobie i bez tego. Znajdzie się inny pretekst, by wysiudać go z interesu i tego miasta. Na przykład morderstwo głównego konkurenta.

– Ależ panie Sebastianie – zaczął Radsuł z wahaniem w głosie – przecież pan Egon zmarł był naturalnie…

– A tyś się nagle wyspecjalizował w patomorfologii, co?

– Pato… czym? – Zarządca zapomniał o szepcie, z tonu jego głosu wiedźmin tym łatwiej wyobraził sobie idiotyczny wyraz twarzy.

– Nieważne, Radsuł, nieważne. Ja się wszystkim zajmę. Nie martw się, nagroda cię nie minie, tak czy inaczej.

Rozległ się brzęk mieszka, dla Geralta intensywny niczym świątynne dzwony.

– Oczywiście, panie Sebastianie drogi. Czy jeszcze coś mogę zrobić?

– Upewnij się, że wiedźmin niczego nie wyniesie z budynku. I pamiętaj, by przymknąć oko na działania Codringhera w mojej sprawie, niezależnie od tego co wymyśli. Nie może niczego podejrzewać. Zobaczymy się pojutrze, Radsuł. Bywaj.

Rozmówcy rozeszli się w przeciwne strony. Geralt odczekał kilka minut, po czym, zapamiętując treść rozmowy dla adwokata, wrócił do wnętrza domu. Gdy wszedł do biura, zatrzymał się raptownie.

– Ciekawe, cholera.

Wiedźmiński miecz, zamiast leżeć na biurku, stał oparty o ścianę.

***

– … Nie zmrużyłem oka całą noc, przeszukałem dom kilka razy i nie znalazłem żadnej potencjalnej przyczyny. Ciekawe, prawda, Codringher?

– Nie bardzo, wiedźminie – odrzekł adwokat, wysłuchawszy rewelacji na temat tajemniczej teleportacji miecza. – Bardziej interesują mnie efekty poszukiwań w ramach przysługi, o którą cię prosiłem.

Geralt, podobnie jak w czasie poprzedniej wizyty, podpierał ścianę kantoru – tym razem jednak tylko po to, by nie siedzieć na wprost porannego słońca. Przyszedł do Codringhera prosto z domu Egona Roibarda i bardziej niż o świetle marzył o zakopaniu się w pościelach łóżka.

– A mnie interesuje, czy mój znajomy sołtys znalazł środki na pokrycie zaległego honorarium. Sam rozumiesz – podwójna opłata za odczynienie klątwy na domu Roibarda przepadła.

Adwokat sięgnął do szuflady i rzucił na biurko niewielki, lecz ciężki mieszek. Rozległ się, nieco wytłumiony skórzanym materiałem, kuszący brzęk monet.

– Z serdecznymi pozdrowieniami. Czy jakoś tak.

– Stawiam raczej na „jakoś tak” – skrzywił się wiedźmin. – Ale dziękuję. I bez dalszej zwłoki przystępuję do wyjaśnień.

Geralt opowiedział o znalezionych dokumentach, a następnie, najwierniej jak umiał, zrelacjonował rozmowę zarządcy z tajemniczym panem Sebastianem. Codringher nie próbował nawet ukryć irytacji; w trakcie opowieści niecierpliwie bębnił palcami w biurko, a po jej zakończeniu wstał, niemal przewracając przy tym oliwkowozielony fotel.

– Niech to jasna cholera i wszyscy diabli – powiedział, mnąc przypadkowy papier i rzucając go w przeciwległy kąt. – Widzisz, Geralt? Widzisz? Człowiek chce być uczciwy, a oto, co dostaje w zamian: wrobienie w morderstwo!

Wiedźmin wątpił, by którekolwiek metody „kancelarii” Codringhera i Fenna miały coś wspólnego z uczciwością, ale nie skomentował.

– Niech szlag trafi przyzwoitość zawodową i konflikty interesów, psia jucha! Ja im dam morderstwo!

Adwokat usiadł z powrotem w fotelu, marszcząc brwi. Złość szybko ustąpiła miejsca planowaniu zręcznego wyjścia z sytuacji. Wiedźmin ziewnął.

– Cóż, Codringher, wybacz, że cię zostawię z tym problemem, ale nie spałem całą noc…

– Zaczekaj, Geralt – przerwał mu adwokat. – Tak sobie myślę… Ta twoja baronowa, to przyzwoita kobieta?

– To zależy, o co pytasz – mruknął wiedźmin.

– Chciałbym ją poznać – powiedział Codringher, nie zwracając uwagi na odpowiedź. – Może mógłbyś zaaranżować nam małe spotkanie wieczorem?

***

Sebastian Stroller wziął do ręki podane dokumenty i począł przeglądać je z zaciekawieniem. Przez jakiś czas w pokoju słychać było tylko szelest kartek i zgiełk ulicy. Do kramarki, głośno zachwalającej tkaniny, dołączyła dziś inna, oferująca tuszki i wędzone ryby, o równie donośnym i wyjątkowo podobnym głosie. Do kantoru docierały więc oferty „lnianych pstrągów” i „świeżutkich, tłuściutkich muślinów”.

– Imponujące – powiedział wreszcie Stroller.

– Ja i Fenn potrafimy działać wyjątkowo skutecznie – odrzekł usłużnie Codringher, odwracając wzrok od okna.

Zgodnie z plikiem papierów leżących na biurku, Sebastian Stroller był teraz oficjalnie przyrodnim bratem Egona Roibarda, w pełni uprawnionym spadkobiercą jego majątku. Ponadto, znalazły się listy świadczące o głębokiej zażyłości między krewniakami i, wreszcie, testament – w którym Egon powierzył swój majątek nikomu innemu, jak kochanemu bratu.

– Nie ma pan wątpliwości, że wicesędzia uzna te dokumenty?

– Żadnych.

– I przed jutrzejszym postępowaniem listy znajdą się w domu – Stroller uśmiechnął się – mojego ukochanego brata?

– Proszę się o to nie martwić.

– Ten zarządca, Radsuł…

– Powiedziałem: proszę się nie martwić – powtórzył z naciskiem adwokat. – Płaci pan, żebym ja to robił.

Mężczyzna przyglądał się chwilę Codringherowi, lecz nie znajdując w jego twarzy niczego, poza pewnością siebie, westchnął i wstał.

– Pozostaje mi podziękować. Rozumiem, że zjawi się pan jutro na postępowaniu? Gdybym jeszcze pana potrzebował?

Adwokat po raz pierwszy od początku rozmowy pozwolił sobie na uśmiech.

– Za nic bym tego nie przegapił.

Gdy tylko za Strollerem zamknęły się drzwi, sfabrykowane papiery powędrowały do szuflady. Codringher wyciągnął w zamian inny plik i, zwinąwszy go starannie w rulon, schował do kieszeni wamsu i również opuścił dom, ruszając w kierunku gospody „Złoty Kur”.

Przeprowadziwszy pewne dodatkowe indagacje ustalił, że Sebastian Stroller od dłuższego czasu usiłuje zrobić karierę w jego – szeroko rozumianym – zawodzie. W innych miastach konkurencja była jednak zajadła, a pozbawiony koneksji i porządnego zaplecza Stroller nie mógł się przebić. Postanowił więc wykorzystać śmierć wziętego adwokata z Dorian, zwłaszcza, że ten posiadał zaledwie jednego poważnego konkurenta. Codringher prychnął pod nosem. Zamierzał postarać się, by jedynym osiągnięciem jego zleceniodawcy – i to za jego własne pieniądze – było ujście z miasta z życiem. W najlepszym wypadku.

Gospoda „Złoty kur” wyrosła za jednym z zakrętów, z daleka zachęcając stukaniem talerzy oraz zapachem mięsa i piwa. Codringher ominął jednak salę jadalną i, po zamianie kilku słów z karczmarzem, udał się na tył budynku, skąd wąskimi schodami wszedł na piętro. Nawet gdyby nie wiedział, w którym pokoju szukać osoby, z którą miał się spotkać, rozpoznałby go po zduszonym chichocie dobiegającym zza jednych z drzwi. Zapukał, odczekał chwilę, o której sądził, że jest wystarczająca, po czym wszedł.

Kobieta miała na sobie tę samą suknię, w której widział ją poprzedniego dnia. Intensywny rumieniec kwitł na jej twarzy i dekolcie. Przed domem Roibarda adwokat nie miał okazji przyjrzeć się jej dokładnie; teraz nieprzystojnie zsunięty rękaw i podwinięty rąbek sukni pozwalały dostrzec nawet więcej, niż wypadało. Skłonił się uprzejmie.

– Nie przedstawisz mnie, Geralt?

Wiedźmin stał z boku, jak zawsze blady, z bardzo niezadowolonym wyrazem twarzy wpychając w spodnie pomiętą koszulę.

– Baronowo, adwokat Codringher – przedstawił.

Mężczyzna skłonił się ponownie.

– Do usług.

Wiedźmin zebrał swoje rzeczy i ruszył do drzwi.

– Zostawię was samych. Pani.

Zatrzepotał wachlarz, którym Rozalia Emerencja de Nogaret próbowała schłodzić rozgrzane policzki.

– Geralt chciał się upewnić, że się spotkamy – powiedziała baronowa, wbrew wysiłkom czerwieniąc się jeszcze bardziej.

– Nie wątpię.

– Proszę usiąść, panie Codringher. Chciał się pan ze mną spotkać. W czym mogę pomóc?

Baronowa, oprócz tego, że miała przyjemną dla oka aparycję, stwarzała wrażenie miłej, dobrodusznej kobiety. Niezależnie, czy wrażenie to miało cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, Codringher z zaskoczeniem dla samego siebie stwierdził, że czyni wykonanie jego planu przyjemniejszym.

– Otóż, baronowo – powiedział – myślę, że to ja mogę pomóc pani. Rozumiem, że stara się pani o pewien spadek?

– Wiedźmin wszystko wygadał? – Uprzejmy uśmiech nie znikał z jej twarzy.

– Nie ma pani powodów, by wątpić w dyskrecję Geralta – zełgał gładko adwokat. – Znam sprawę z innych źródeł.

– Ach tak?

– Wiem też, że ktoś zamierza pozbawić panią praw – bez wątpienia najsilniejszych – do domu krewniaka.

Rozalia de Nogaret oburzyła się teatralnie.

– To nie do pomyślenia!

– Też tak uważam – powiedział poważnie Codringher – dlatego oferuję swoje usługi w udaremnieniu tychże zamiarów.

Baronowa zatrzepotała wachlarzem.

– Obawiam się, że nie mogę panu zaproponować wysokiego honorarium.

– Możliwość pomocy tak urodziwej damie będzie dla mnie wystarczającą zapłatą.

– To bardzo szlachetne z pana strony – odrzekła kobieta, obdarzając jednak adwokata nieufnym spojrzeniem. Odpowiedział uśmiechem.

– Wręcz przeciwnie. Obawiam się, że kierują mną bardzo niskie pobudki.

– Och? A cóż panem kieruje, jeśli można spytać?

– Zemsta, droga pani. Zemsta.

***

Geralt rozprostował zdrętwiałe nogi, podrzucił w ręce niewielki puginał, który zabrał zamiast miecza, i po raz setny przeklął sam siebie za przystanie na propozycję Codringhera. W gruncie rzeczy gówno go obchodziło, kto odziedziczy dom Roibarda; mimo to zgodził się, by dzisiejszej nocy włamać się do niego dwukrotnie. Postarał się, by pierwszy raz – trochę ponad kwadrans temu – został odnotowany. Bardziej wyczuł, niż spostrzegł, obecność zarządcy, gdy podrzucał do biurka w kantorze sfałszowane listy. Charakterystyczne białe włosy i bladą fizys ukrył pod głębokim kapturem. Na ten przesadny środek ostrożności nalegał Codringher; według wiedźmina nów skutecznie uniemożliwiał rozpoznanie czegokolwiek więcej niż kształtu ludzkiej sylwetki.

Teraz role się odwróciły: Geralt obserwował, jak to Radsuł zakrada się do domu, by dorzucić do listów dodatkowe dokumenty, niechybnie świadczące o otrzymywanych ze strony Codringhera groźbach lub w inny sposób sugerujące zagrożenie dla Egona Roibarda z jego strony. Może nawet Stroller posunął się dalej i, zamiast sugestii, sfabrykował dowody. Nie żeby to robiło jakąkolwiek różnicę – za niedługo wiedźmin miał włamać się do domu ponownie – tym razem naprawdę niepostrzeżenie – i podmienić wszystkie papiery na jeszcze inne.

Cała akcja niebezpiecznie śmierdziała mu polityką, od której obiecywał sobie trzymać się z daleka. Nie podobało mu się też samo włamanie – choć Codringher przekonywał go, że skoro formalnie dom nie należy jeszcze do nikogo, w zasadzie nie można mówić o włamaniu jako takim. Formalne kruczki – Geralt nie znosił ich nawet bardziej od sołtysów niepłacących należnych wynagrodzeń. Co więc tu, do cholery, robił? Och, wiedział, co. Po części sprawiła to sympatia dla baronowej, po części zaproponowana przez Codringhera zapłata. Ale głównie – zawodowa ciekawość. Nie mógł przepuścić okazji, by jeszcze raz zajrzeć do przeklętej posiadłości.

Radsuł wyszedł z domu Roibarda i, zostawiając na straży swoich synów, oddalił się w głąb ulicy. Nieludzko rozszerzone wiedźmińskie źrenice zamieniały noc w pochmurny i zmierzchający dzień, widział więc wszystko doskonale. W przeciwieństwie do synów zarządcy – wiedźmin bez trudu przemknął obok nich niezauważony i niesłyszany, zręcznie i cicho jak kot wskoczył na galeryjkę prowadzącą do drzwi wejściowych i używając klucza, który dostał od Codringhera, wszedł do środka. Szczęk zamka, póki co najgłośniejszy wytworzony przez Geralta dźwięk, także nie został uchwycony przez młodych Radsułów. Pewne zagrożenie dla operacji stworzył za to kot, który przywitał wiedźmina dramatycznym miaukiem. Zanim hałas skłonił któregoś z synów zarządcy do opuszczenia posterunku, wiedźmin posłał ku zwierzęciu znak Aksji; futrzak zamilkł i uciekł.

Geralt bez dalszych przeszkód doszedł do kantoru i podmienił dokumenty w biurku Roibarda: tym razem na te, które oddadzą dom w ręce Rozalii Emerencji de Nogaret. Wiedźmin podejrzewał, że znajdują się tam też papiery szkodzące w jakiś sposób Sebastianowi Strollerowi. Podejrzewał, lecz nie wiedział na pewno. Nie spytał o to Codringhera – bo wiedzieć zwyczajnie nie chciał.

Skończywszy, przez chwilę przekonywał samego siebie, że to, co zamierza zrobić, jest głupie. Głupie, czy nie, wiedźmin wyciągnął z pochwy puginał i ułożył go na dębowym blacie, tuż obok kałamarza, równolegle do kilku czystych kartek papieru. Przeszedł do sąsiedniej izby, zamykając za sobą drzwi. Odczekał kwadrans, bez ruchu wsłuchując się w piski i chrobotanie wydawane przez grasujące gdzieś w trzewiach domu gryzonie. Wreszcie podszedł do drzwi kantoru i otworzył je gwałtownie – jakby chciał przyłapać zjawę na gorącym uczynku.

Kałamarz i kartki znajdowały się na swoim miejscu; tuż obok nich leżał – nietknięty – puginał.

***

W domu Egona Roibarda roiło się od ludzi, a wszyscy próbowali znaleźć się jak najbliżej jego biurka. Dostępu do mebla niezmiennie bronił Radsuł wspierany przez swych potomków.

– Trzeba czekać, aż przyjdzie wicesędzia! – krzyczał.

Codringher stał pod ścianą, spokojnie obserwując rozgardiasz. Sebastian Stroller z marnym skutkiem starał się nie okazywać zdenerwowania. Jakiś mężczyzna w dziurawym kaftanie uparcie powtarzał, że to jest jego, Niepełki, dom, i że on na żadnego urzędnika czekać nie będzie; nie ryzykował jednak szarpaniny z Radsułem i jego latoroślami. W przeciwległym kącie pokoju adwokat napotkał spojrzenie Rozalii de Nogaret, która stała w towarzystwie Geralta: ciekawe, czy wiedźmin przyszedł kibicować kochance, czy może zamierzał bronić przybyłych przed rzekomym duchem zamordowanego dziecka. Z wysokości gabloty scenę obserwował pręgowany kot.

Naraz gwar przycichł, tłum rozstępował się w korytarzu. Utworzonym przejściem przedzierał się niski jegomość w jednolicie czarnej szacie, dźwigający pod pachą księgę w masywnej, bordowej oprawie, objętością trzykrotnie przekraczającą najgrubsze woluminy w bibliotece adwokata. Radsuł przywitał urzędnika, czapką zamiatając przed nim podłogę.

– Pan wicesędzia drogi! Proszę, tutaj.

Mężczyzna położył księgę na biurku i usiadł, ani jednym spojrzeniem nie zaszczycając obecnych.

– Kto pilnował domu od śmierci pana… – Urzędnik wyciągnął z kieszeni monokl, otworzył wolumin na założonej stronie i zerknął do środka. – Pana Egona Roibarda?

– Ja żem pilnował. – Radsuł skłonił się, ponownie machając czapką w okolicy swoich stóp. – Zarządcą ja żem tu jest, panie wicesędzio.

Kłótliwy jegomość w dziurawym kaftanie przepchnął się pod samo biurko.

– To jest mój dom! Mam na to…

– A ten to kto? – zapytał zarządcy urzędnik, spojrzawszy na mężczyznę spode łba.

– To jest pan Pełka – odparł Radsuł.

– Niepełka!

– Jak nie Pełka, to ja nie wiem – zakłopotał się zarządca.

Wicesędzia machnął ręką, zniecierpliwiony.

– Potem się będziemy zastanawiać, kto jest kto. Panie zarządco, czy zaświadcza pan, że od śmierci imć Egona Roibarda w domu nikogo nie było, nic z niego nie zabrano i nic do niego nie wniesiono?

– Klnę się na honor!

– Zatem poszukajmy testamentu.

Urzędnik otworzył pierwszą szufladę i wyciągnął z niej jedną kartkę papieru. Codringher próbował rzucić okiem na dokument, lecz nie mógł ze swojego miejsca dojrzeć szczegółów.

– Dorian, dnia… – mruczał wicesędzia, przebiegając wzrokiem dokument. – Wszystko wskazuje na to, że to testament.

Podniósł się niespokojny szum. Tłumek z sąsiednich izb usiłował zmieścić się w kantorze, kradnąc tlen i czyniąc pokój nieznośnie gorącym.

– Napisano, co następuje. – Urzędnik poprawił ułożenie monokla w oczodole i przystąpił do czytania:

 

Tym, którym dane będzie poznać treść niniejszego testamentu, jako że w większości będą to persony za życia mi niemiłe, pozdrowień nie przekazuję i życzeń pomyślności takoż nie składam. Jeśli zaś kto przyzwoity w gronie tym się znajdzie, niech przyjmie przeprosiny i wyrazy współczucia.

Przemyślawszy za życia kwestie tyczące posiadanego majątku, zdrów na ciele i umyśle, sporządzam niniejszy dokument, aby nie pozostawić wątpliwości co do mego upodobania w materii zarządzenia posiadanymi dobrami doczesnymi.

Życzeniem moim, Egona Roibarda, jest, jakoby po śmierci mojej, primo: do darmozjadów i pochlebców mieniących się krewnymi moimi, zarówno będących nimi w istocie, jak i zwyczajnych oszustów, choćby i złamany widelec z mej zastawy nie trafił; secundo: majątek w Dorian, nieruchomość wraz z ruchomościami, a w szczególności pełen księgozbiór, objął w dziedziczenie zacny obywatel, przez większość postrzegany jako mój konkurent, w istocie zaś serdeczny przyjaciel, to jest: imć Codringher.

Gdyby zaś ktokolwiek miał czelność sprzeciwić się tej ostatniej woli, niech wie, że klątwa nad mym domem ciążąca będzie ścigać go po kres czasu; tak, że ni za życia, ni po śmierci spokoju i radości nie zazna.

Przez przybicie pieczęci: mojej oraz dwóch prominentnych świadków, ważność dokumentu potwierdzam.

Egon Roibard

 

Codringher poczuł na sobie spojrzenie Geralta, a chwilę później także wszystkich pozostałych zgromadzonych. Ciszę przerwał wicesędzia, który, odłożywszy na biurko testament, zapytał:

– Który z zebranych to rzeczony Codringher?

Ktoś, niemal oskarżycielsko, wskazał adwokata palcem.

– Znakomicie. – Urzędnik umoczył swoje pióro w kałamarzu, wpisał do księgi stosowną adnotację. – Proszę tu podpisać, panie Codringher. Dziękuję. Czy na sali są świadkowie testamentu? Nie? Wobec tego na razie to wszystko, w ciągu miesiąca proszę przysłać ich do mojego biura – dodał, po czym z hukiem zatrzasnął księgę i opuścił dom Egona Roibarda.

To znaczy, dom Codringhera.

***

Spojrzenie Geralta mogło nie robić wrażenia na adwokacie, lecz z pewnością robiło na innych ludziach; w dużej mierze dzięki niemu Codringherowi udało się pozbyć z domu wszystkich, mniej lub bardziej zbulwersowanych, spadkobierców. Wśród pierwszych przekraczających próg znalazła się Rozalia Emerencja de Nogaret, przed wyjściem – nie wiedzieć czemu – wymierzając policzek Geraltowi, oraz Sebastian Stroller, który syknął adwokatowi do ucha, że jeszcze pożałuje; wśród ostatnich zaś był Niepełka z Borówek, powtarzający, że to nie koniec, i że on, Niepełka, jeszcze tu wróci i odbierze swoją własność.

Codringher usiadł ciężko na fotelu i podparł głowę dłońmi. Wiedźmin patrzył na adwokata bez sympatii.

– Nie rozumiem, po co ci była ta cała szopka z Rozalią – powiedział, oparłszy się swoim zwyczajem o ścianę i krzyżując ręce na piersi. Codringher nie odpowiadał, więc wiedźmin kontynuował: – Powinienem był przewidzieć, że bezpłatna usługa kancelarii „Codringher i Fenn” jest zbyt piękna, by okazać się prawdą. Szczerze mówiąc, uważam to, co zrobiłeś, za podłe świństwo.

– Aż tak ci jej żal? – zapytał adwokat, nie unosząc głowy znad dłoni.

– Rozalia nic mnie nie obchodzi. Tu chodzi o jakąś elementarną przyzwoitość zawodową. Fenn to pochwala, czy działałeś na własną rękę? – zapytał kpiąco białowłosy.

– Geralt… A gdybym ci powiedział, że nie mieliśmy z tym nic wspólnego?

– Nie rozśmieszaj mnie – odparł wiedźmin bez cienia uśmiechu, po czym odruchowo poprawił ułożenie miecza na plecach i ruszył do wyjścia. – Pójdę już, Codringher. Żałuję, że dałem się wplątać w twoje – czy tam wasze – intrygi.

– Zaczekaj. – Głos adwokata zatrzymał białowłosego w progu. Żółtozielone oczy znów patrzyły na niego z niezachwianą pewnością siebie. – Pracuj dla mnie.

Tym razem Geralt roześmiał się, głośno i szczerze.

– Potrzebny ci wiedźmin?

– Na początek, tak. Może jednak udałoby ci się zrobić coś z tą cholerną klątwą. Ale potem… Potem pewnie przydałyby się inne z twoich, jak sądzę, licznych umiejętności.

– Nie, Codringher. – Geralt spoważniał. – Nie sądzę, bym chciał akurat tobie wynajmować moje liczne umiejętności.

– Wolisz dalej zabijać potwory za grosze? Albo za darmo, gdy nagle okaże się, że plony liche, a dziatkom nie ma co do misek włożyć?

Wiedźmin wzruszył ramionami.

– Lepsze to, niż twoja wątpliwa etyka. Pojadę do Cintry. Kto wie, może sama Calanthe będzie miała dla mnie jakieś zlecenie. Bywaj, Codringher. Sam trafię do wyjścia.

Gdy tylko za Geraltem zamknęły się drzwi, kot zeskoczył z gabloty i podszedł do adwokata. Ten spojrzał na niego niechętnie.

– Czego? Lepiej poszukaj sobie nowego domu. Nie lubię zwierząt.

Pręgowany futrzak miauknął, po czym, zwyczajem wszystkich kotów na świecie, skupił wzrok na jakimś niewidzialnym obiekcie za plecami Codringhera. Adwokat klasnął mu przed pyszczkiem.

– No już! A kysz, paskudo!

– Radziłbym się do niego przyzwyczaić – rozległ się rozbawiony głos. – Albo znajdzie się inna wersja testamentu.

Codringher odwrócił się gwałtownie. Znacznie poniżej miejsca, gdzie spodziewał się ujrzeć niespodziewanego gościa, zobaczył karła. Karzeł miał nieproporcjonalnie wielką głowę osadzoną na wąskich ramionach i poruszał się odpychając rękami niby kulami – nie miał obu nóg. Jego knykcie, owinięte kilkoma warstwami materiału, nie robiły przy tym żadnego hałasu. Liliput uśmiechnął się, wyjątkowo przyjaźnie, jak na okoliczności.

– Kim ty, do cholery… – zaczął adwokat, lecz zamilkł w pół zdania.

– No, popisz się, niespodziewany przyjacielu Egona Roibarda. Spraw, bym nie żałował swojej decyzji.

Codringher mierzył karła nieufnym spojrzeniem – w przeciwieństwie do kota, który ocierał się o okaleczone ciało i nadstawiał do głaskania wąsaty pyszczek, wynagradzając pieszczoty donośnym mruczeniem.

– To ty jesteś tajemniczym duchem – zaczął adwokat. – Dzieckiem Egona, żywcem zamurowanym w ścianie wozowni.

Karzeł parsknął.

– Rozczarowujesz mnie. Powtarzasz legendy. Nikt mnie nigdzie nie zamurował i na pewno nie jestem duchem.

– Ale jesteś dzieckiem Egona.

Kaleka przytaknął.

– Pozostaje pytanie, po co ci jestem potrzebny.

– Czy to nie oczywiste? Potrzebuję wspólnika.

– Pracowałeś dla ojca… – domyślił się adwokat. – A po jego śmierci musiałeś zadbać o swoją przyszłość – oddając dom w ręce kogoś, kto mógł się okazać dla ciebie pożyteczny. Tylko skąd myśl, że to mogę być ja? Nie boisz się, że cię wydam? Choćby z czystej złośliwości?

– Proszę cię, Codringher. Jesteś ponad to. Najważniejsze są interesy, czyż nie? Chodź, pokażę ci coś.

Odpychając się pięściami karzeł bezszelestnie wydostał się na korytarz. Zatrzymał się przy jednym z paneli boazerii, majstrując przy listwie uruchomił mechanizm. Za odsuniętym panelem Codringher ujrzał wąskie przejście. Kot wśliznął się do środka i zniknął w półmroku.

– Idź – powiedział kaleka. – Nie martw się, to nie pułapka. To tylko moje więzienie.

Korytarzyk prowadził do wąskiego, niskiego pomieszczenia, którego ściany szczelnie zastawiono regałami pełnymi przeróżnych ksiąg. Powietrze przesiąknięte było zapachem papieru, kurzu i wosku. Codringher przespacerował się wśród półek, z namaszczeniem gładząc palcami obwoluty.

– Prawie same białe kruki – zauważył.

– Owszem. A ja znam większość tych ksiąg na pamięć. No, prawie.

– Jak to możliwe, że wiedźmin tego nie odkrył? – zapytał adwokat, wyciągając z półki jedną z książek.

– To duży dom. Żeby zorientować się o istnieniu tajemnego pomieszczenia musiałby dokładnie pomierzyć go z zewnątrz i wewnątrz… A nie po to tu przecież przyszedł. Choć muszę przyznać, że gdy osłuchiwał ściany po numerze z mieczem, niemal wstrzymywałem oddech.

Codringher spojrzał na karła znad kartkowanej księgi.

– Musiałeś mu go przestawić, co?

– Drobne przyjemności kaleki uwięzionego w swoim własnym domu. Nie mogłem się powstrzymać. No, to co powiesz?

Adwokat odłożył trzymaną księgę na miejsce, po czym rozejrzał się krytycznie po wnętrzu.

– Myślę, że trzeba by to trochę powiększyć, żeby zmieściła się i moja biblioteka. Tobie skonstruujemy jakieś porządne krzesło albo fotel na kółkach, żebyś miał do wszystkiego lepszy dostęp i nie musiał się tarzać w kocich kłakach na podłodze.

Karzeł uśmiechnął się.

– A nie musisz spytać Fenna o zgodę?

– Fenn…

– Spokojnie. Znam prawdę o owym mitycznym współpracowniku, który tajemniczym sposobem pojawia się i znika gdy ci wygodnie.

– Skąd?

– Od ojca. Był szubrawcem i łajdakiem, ale był też nieprzeciętnie dobry w swoim fachu. Wiedzieć o rzeczach – to był jego zawód. Wiedzieć jak najwięcej o swym konkurencie – wręcz obowiązek.

– To stawia w kiepskim świetle mój brak wiedzy o tobie.

– To co innego. Ojciec wiedział, jak ukryć wstydliwą przeszłość. Poza tym, w pewnym sensie, wiedzieli o mnie wszyscy. W końcu klątwa…

– Jak masz na imię? – zapytał Codringher.

– Czyżbym się nie przedstawił? Co za niedopatrzenie. Jakub.

Adwokat potrząsnął podaną dłonią.

– Czuję, że się dogadamy.

– W takim razie – podjął karzeł – została nam jeszcze pewna kwestia do wyjaśnienia. Żeby zrealizować swoje zamierzenie, musiałem pokrzyżować twój plan dotyczący niejakiej Rozalii de Nogaret… Domyślam się, że nie przyjęła tego dobrze. Chcesz jej to jakoś wynagrodzić?

Codringher lekceważąco machnął ręką.

– Nie, Jakubie. Nie dbam o panią baronową. Po namyśle, nie obchodzi mnie też Stroller. Jeśli chcemy daleko zajść, nie możemy przejmować się takimi detalami. Próbowałem być przyzwoity. I gdzie mnie to zaprowadziło? Gdyby nie wiedźmin, pewnie gniłbym teraz w więzieniu. Od dziś powinno liczyć się dla nas tylko jedno. Hmm?

Karzeł uśmiechnął się.

***

– Panie Codringher. Rozumiem, że możemy zacząć bez pana wspólnika? – Klient zerkał to na adwokata, to na umoszczonego na jego kolanach kota. Obaj mierzyli go żółtozielonymi spojrzeniami.

– Jak najbardziej.

– No więc, widzi pan, chciałbym, żebyście…

– Hola, hola, mości panie. – Codringher pogłaskał zwierzę, podrapał pręgowany pyszczek. – Nie tak szybko. Proponuję, żeby załatwiać sprawy zgodnie z hierarchią ich ważności.

– To znaczy…? Czyli od czego zaczniemy? – spytał zdezorientowany klient.

– Od honorarium, drogi panie. Od naszego honorarium.

Koniec

Komentarze

Hej, Dorotko ;) Przeczytałam Twoje opowiadanie. I przyznam, że rozumiem, co jury miało na myśli. Czyta się dobrze, ma wszystkie elementy na swoim miejscu, technicznie jest na poziomie. Tyle tylko, że brakuje mu tego czegoś, iskry, która rozpala czytelnika i skłania go by czytać dalej, chcieć więcej. Tekst sprawia wrażenie bardzo dobrze odrobionej pracy domowej na temat “napisz opowiadanie o Geralcie”. Pozwolę sobie użyć słów, które kiedyś sama od kogoś otrzymałam (w wolnym przekładzie) – widać, że pisać umiesz, ale tym razem nie pisałaś o tym, o czym byś chciała pisać. W sensie, że pisanie na zadany temat się akurat w tym wypadku nie sprawdziło. Napisz coś, co siedzi Ci w głowie, o czymś, co naprawdę Cię kręci ;)

 

A teraz marudzenie:

 

“…wdychając kuchenne zapachy. Ocenił stan swojego ubioru, a, wnosząc po minie, ocena wypadła kiepsko. Wojskowa kurtka wyglądała na sfatygowaną, na spodniach łata na łacie, zapach też daleki…”

 

“zapach gotowanych mięs i cebuli mieszał się z gwarem rozmów.“ – Czy zapach może mieszać się z odgłosami…?

 

“– No, nie daj się ciągnąć za język.

– Wynajęła mnie pewna szlachcianka – zaczął, ociągając się, Geralt.“

 

“Geralt płynnie odbił się od ściany, podszedł do biurka i oparł o nie obiema dłońmi.“ – Brakuje “się” po oparł. Gdyby szyk byl inny (”odbił się i oparł”) wypadałoby ok, ale w międzyczasie mamy jeszcze “podchodzenie”.

 

“…skończywszy na trzaskaniu okiennicami poprzedniej nocy. „Pan wiedźmin drogi” słuchał i potakiwał, po czym zapowiedział, że zamierza spędzić w domu całą noc i…”

 

“wiedźmin był skłonny przypisać to po części wyobraźni, po części zjawiskom atmosferycznym, a po części szczurom.

(…)

…które Geralt przypisał gryzoniom…”

Powtórzenie dość odległe, ale użycie dokładnie tego samego sformułowania zwraca uwagę i lekko zgrzyta.

 

“Gdy tylko za Strollerem zamknęły się drzwi, sfabrykowane papiery powędrowały do szuflady. Codringher wyciągnął w zamian inny plik papierów…”

 

“Ale głównie – przeklęta, zawodowa ciekawość. Nie mógł przepuścić okazji, by jeszcze raz zajrzeć do przeklętej posiadłości.“

 

“oddalił się w głąb ulicy.“ – Czy ulica ma głębię?

 

“Nieludzko rozszerzone wiedźmińskie źrenice zamieniały noc w pochmurny i zmierzchający dzień; widział więc wszystko doskonale. W przeciwieństwie do synów zarządcy: wiedźmin bez trudu przemknął obok nich niezauważony i niesłyszany; zręcznie i cicho jak kot wskoczył na galeryjkę prowadzącą do drzwi wejściowych i używając klucza, który dostał od Codringhera, wszedł do środka.“

Raz – w pierwszym zdaniu po “dzień” powinien być przecinek, nie średnik. Dwa – kolejne zdanie zawierające niezbyt zgrabnie użyty dwukropek oraz dodatkowo średnik jest skonstruowane bardzo niezręcznie. Trzy – skąd prawnik niezwiązany ze spadkodawcą miał klucz do domu? Czy klucza nie miał tylko zarządca?

 

“Geralt bez dalszych przeszkód doszedł do kantoru i – znów – podmienił dokumenty w biurku Roibarda“ – Nie znów. Wcześniej tylko podrzucał, nie podmieniał ;)

 

“Skończywszy, walczył ze sobą przez chwilę, przekonując samego siebie, że to, co zamierza zrobić, jest głupie.“ – Pewnie się czepiam, ale jak dla mnie to masło maślane; niepotrzebnie powtarzasz tę samą informację.

 

“Naraz gwara przycichła, tłum rozstępował się w korytarzu.“ – Gwar, a nie gwara ; )

 

“– To jest pan Pełka – odparł Radsuł.

– Niepełka!

– Jak nie Pełka, to ja nie wiem – zakłopotał się zarządca.“

Ładne XD

 

W testamencie bardzo często pojawiają się wariacje “mój”, “moje”, “me” itp. Rozumiem, że trudno, by autor unikał takich słów, ale duże nagromadzenie lekko drażni.

 

“Ciszę przerwał wicesędzia, który, odłożywszy na biurko testament, zapytał:

– Który z zebranych to rzeczony Codringher?“

Hmm… Jeżeli w mieście było tylko dwóch liczących się prawników, to jakim cudem wicesędzia nie zna Cordinghera?

 

Żaden ze mnie prawnik, ale dziwnym mi się wydaje, żeby tak łatwo poszło przekazanie komuś nieruchomości na własność, bez potwierdzenia autentyczności pisma, sprawdzenia świadków itp…

 

“– Zaczekaj[+.]gGłos adwokata zatrzymał białowłosego w progu. Żółtozielone oczy znów patrzyły na niego z niezachwianą pewnością siebie.“

 

“Korytarzyk prowadził do wąskiego, niskiego pomieszczenia, którego ściany były szczelnie zastawione regałami pełnymi przeróżnych ksiąg. Powietrze przesiąknięte było zapachem papieru…”

 

“– Myślę, że trzeba by tu trochę powiększyć, żeby zmieściła się i moja biblioteka.“ – “Tu trochę powiększyć” jest raczej niegramatyczne. Powiększyć TO pomieszczenie, nie?

 

“Tobie skonstruujemy jakieś porządne krzesło[-,] albo fotel na kółkach“

 

“Od dziś powinno liczyć się dla nas tylko jedno. Wspólniku?

Karzeł uśmiechnął się.

***

– Panie Codringher. Rozumiem, że możemy zacząć bez pana wspólnika?“

 

“– Hola, hola, mości panie[+.] – Codringher pogłaskał zwierzę, podrapał pręgowany pyszczek.”

 

“– To znaczy…? Czyli od czego zaczniemy? – pytał zdezorientowany klient.“ – spytał

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bez szczególnych wrażeń, niestety. Pewnie dlatego, że sama nie wiem, które to już opowiadanie wiedźmińskie. Przeczytałam bez większej przykrości, ale raczej nie zapamiętam, jako że niczym szczególnym nie zwróciło uwagi.

Joseheim zostawiła długą łapankę, więc pozwoliłam sobie nie zwracać uwagi na usterki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Spodobało się. Miło było rozpoznać postaci, które kojarzę. Uważam, że zgrabnie napisałaś prequel do części historii.

Drobny druk i formalne kruczki

“Drobny druk” mi zazgrzytał, bo Sapkowski umieścił akcję w średniowieczu, kiedy druku jeszcze nie znano.

Babska logika rządzi!

Dziękuję wam, że poświęciłyście cenny czas na lekturę mojego tekstu, a zwłaszcza joseheim za szczegółowe uwagi. Oczywiste “babole” na pewno poprawię, wytknięte błędy logiczne i inne przemyślę. Swoją drogą, tyle razy czytałam to opowiadanie, a wciąż tyle rzeczy umknęło, zwłaszcza te powtórzenia :/

Zdaję sobie sprawę, że to nie jest arcydzieło, natomiast miałam jakąś głupią nadzieję – o, naiwności – że coś “fajnego” czy “sympatycznego” (określenia, które słyszałam od moich prywatnych recenzentów) wystarczy… Oczywiście byłam w błędzie :)

Tak czy inaczej dziękuję za punkty i chyba rzeczywiście przestanę odrabiać “prace domowe” i wezmę się za coś bardziej… swojego :)

Całkiem dobrze napisane, aczkolwiek fajne to chyba rzeczywiście za mało na zwycięstwo. Nie podobały mi się dwie kwestie : rozmowa Radsuła z Sebastianem, którą słyszał Geralt– wiedząc, że wiedźmin jest w domu mogli porozmawiać w innym miejscu, zdecydowanie. To takie trochę pójście na łatwiznę, w związku z dalszymi wydarzeniami, które po tej podsłuchanej rozmowie wynikły. Druga rzecz – wiedźmin zostawił swój miecz i sobie poszedł, bo usłyszał głosy na podwórzu. A po co on ten miecz zostawił? Żeby ktoś mu go przesunął? Wiedzieć ani spodziewać się tego raczej nie mógł.

 

Bardzo neutralne to opowiadanie dla mnie. I to pod względem warsztatowym i fabularnym.

Fanką wiedźmina może nie jestem, ale przy mojej skromnej wiedzy zgrzytnęła mi postawa Geralta – właściwie w każdym momencie, w którym się pojawiał. Jakoś nie widzę go wyżalającego się pierwszemu napotkanemu obcemu osobnikowi, nawet jeśli ten zaprosił go do stołu. Nie wyobrażam też sobie – co już zauważył Gwidon – że zostawia broń i bez niej idzie sprawdzić cokolwiek.

Generalnie dało się przeczytać, ale mnie nie powaliło.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Opowiadanie w stylu „zupa dobra choć niedoprawiona”.

 

Przed pisaniem autor powinien usiąść i się zastanowić, który bohater ma być głównym nośnikiem opowieści oraz generatorem czytelniczych emocji. Obawiam się, że tutaj tego właśnie zabrakło.

Niby jest opowieść, niby jest warsztat, niby są bohaterowie, ale nie ma emocji. Czyli tego, co w zajmującej prozie najważniejsze. Dlatego też większość czytelników pisze, że tekst „neutralny”, że brak „iskry”.

 

Autorko, zdaje mi się, że nie do końca wiedziałaś kto ma nieść tę historię. Byłaś rozdarta pomiędzy Cordingherem a Geraltem. Scena głodnego wiedźmina przed karczmą pokazuje jak ładnie Geralt nadaje się do wzbudzania emocji. Pokazuje też, że Ty to umiesz robić, ale później zaczynasz skakać pomiędzy protagonistami i właściwie – prócz kilku problemów i zagadek – nie stawiasz przed nimi prawdziwych wyzwań, nie utrudniasz im specjalnie życia, nie komplikujesz, nie pozwalasz przegrywać i wygrywać, przez co nie wywołujesz mocniejszych emocji.

 

Cordingher mógłby być fajnym protagonistą (lepszy on, bo o Geralcie trudno coś nowego powiedzieć) mogłaś wpakować go w niezłą kabałę, dokopać mu, a później pozwolić walczyć. To by się czytało. Z wypiekami na twarzy.

Na szczęście, dzięki scenie z głodnym wiedźminem, wiadomo, że umiałabyś takie coś napisać, więc pewnie jeszcze napiszesz.

Dzięki za kolejne uwagi – wszystkie biorę sobie do serca. Poprawiłam (wreszcie) większość błędów wskazanych przez joseheim. Część rzeczy zostawiłam jak były. Na przykład: dlaczego wiedźmin zostawił ten miecz w kantorze? Wydawało mi się, że udało mi się przekonać czytelnika, że w zasadzie miecz nie był mu tam w ogóle potrzebny, wziął go tylko dla efektu i tak dalej, a więc zostawienie go w tym kantorze było niczym więcej jak wygodą – ostatecznie co mogło mu grozić w domu w środku miasta? Klątwa w tym czasie wydawała mu się tylko urojeniem mieszkańców. Albo: dlaczego Radsuł rozmawiał ze Strollerem pod domem? Bo miał przykazane, żeby nie opuszczać “posterunku”. Rozmówcy nie wiedzieli, że wiedźmin znajduje się tuż obok, w wozowni. To był przypadek. Oczywiście że fortunny – ale czy takie fortunne zbiegi okoliczności nie mają prawa się zdarzyć?

Szlagier, twój komentarz o protagonistach jest bardzo cenny. W pierwotnej wersji Geralta miało w ogóle nie być. Dodałam go potem, ale teraz widzę, że to nie był najlepszy pomysł. Na przyszłość z pewnością zastanowię się bardziej, kto właściwie ma dźwigać historię, którą chce opowiedzieć…

To był mój pierwszy i ostatni fanfik w życiu ;) Szczerze mówiąc nie widzę sensu poświęcać mu już więcej uwagi, niech sobie leży i kurzy się w poczekalni po wsze czasy. Jeszcze raz dziękuję czytającym, naprawdę mi pomogliście.

Szczerze mówiąc nie widzę sensu poświęcać mu już więcej uwagi, niech sobie leży i kurzy się w poczekalni po wsze czasy.

Ojj, to chyba się nie będę rozpisywać :P

Tym bardziej, że właściwe zgadzam się w całej rozciągłości z przedmówcami. Opowiadanie fajne, bardzo sprawnie napisane, ale brakuje mu kopnięcia. 

Fajnie, że wybrałaś akurat te postaci – muszę przyznać, że Codringher i Fenn byli dla mnie bardzo intrygujący, a Twój pomysł na ich wspólne początki jest naprawdę niezły. Aż szkoda, że nie wycisnęłaś z tego więcej – zwłaszcza w sferze emocji i głębi, powtarzając za przedpiśćcami.

Zgadzam się też, że Geralt wyszedł mało Geraltowaty – bardzo mi zgrzytało, jak się mazgaił przed tą karczmą i w środku ;)

No ale nic, czekam na kolejne Twoje teksty, bo pióro masz lekkie i pomijając te wszystkie zarzuty, przeczytałam z przyjemnością i choć to nie wystarczyło, zgadzam się, że i fajne i sympatyczne jest ;)

Werwena, dzięki! Też lubiłam Codringhera i Fenna – naturalnie :) A co do niechęci do dalszej pracy z tym tekstem, to po prostu widząc teraz co przeszkadza czytelnikom i znając już ten tekst niemal na pamięć, sama zaczynam mieć go zwyczajnie dość ;)

Normalne objawy. :-)

Babska logika rządzi!

Dorotko, fajnie, że komentarz się na coś przydał.

A niechęć do dzieła zrozumiała, każdy autor chyba posiada takie teksty, przy których siedział zbyt długo i w końcu miał już ochotę dzieło spalić w umywalce (metodą Feliksa W. Kresa). Sam właśnie grzebię przy takim tekście-nemezis, wersja zdaje się czwarta, ale nie odpuszczę, bo uważam historię za godną opowiedzenia, tylko jeszcze nie znalazłem odpowiedniego języka.

Co do dłubania przy fanfiction to słusznie, nie dłub więcej. Bo język masz już zdecydowanie na poziomie ponad takie zabawy. Szkoda marnować czas na fanfiki, których nigdzie nie sprzedasz. :)

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka