- Opowiadanie: qben - Żądza

Żądza

Jest to moje pierwsze opowiadanie na tym portalu. Każda uwaga jest dla mnie niesamowicie cenna, więc czytelniku. Jeśli natknąłeś się na to opowiadanie (właściwie ot fragment większej całości, ale to już mniejsza) i postanowiłeś poświęcić swój cenny czas na przeczytanie go, to nie bój się mnie jechać.

Oceny

Żądza

To nie jest zwykły poranek. W sumie to nie jestem nawet pewien czy to poranek. Otaczają mnie duszące i nieprzeniknione ciemności, a dopływ powietrza jest mocno ograniczony przez płócienny, czarny worek. Zewsząd dobiegają mnie głosy. Raz męskie, a raz kobiece. Od czasu do czasu, kiedy ktoś zauważa że najwyraźniej nie jestem nieprzytomny, traktują mnie potężnymi razami w głowę. Jednak nawet jakbym chciał, to bym nie zemdlał. Odczuwam wszystko co dzieje się dookoła, każdy skręt kół samochodu, każdą dłoń ułożoną na mym ciele, każdą dziurę w asfalcie, w którą wjeżdżają porywacze. Mam za twardą głowę by móc mnie tak po prostu, bezkarnie uśpić.

W końcu rzucają mnie na podłogę i jeden z nich zdejmuje mi worek z głowy. Znajdujemy się w pomieszczeniu piwnicznym, gdzie przy suficie i ścianach biegną setki miedzianych i plastikowych rur. Nie wiem gdzie jestem, nie wiem która to godzina, czy jaka data. Po prostu tam jestem.

Jestem ja, oraz trzech mężczyzn ubranych w identyczne, czarne garnitury. Pierwszy z nich, najwyższy i najbardziej umięśniony, stoi w kącie i pustym wzrokiem mierzy wszystkich zebranych, eksponując przy tym chyba wszystkie możliwe żyły na twarzy i na karku. Pot spływa ciężkimi kroplami po jego długim czole i skapuje na idealnie uprasowaną marynarkę. Od czasu, do czasu nerwowo przejeżdża dłonią po włosach ściętych „na rekruta”. Drugi, już dużo niższy blondyn o szarych oczach stoi nade mną i ostrzył nóż na znalezionym gdzieś po drodze kamieniu. On już nie ma tak spektakularnych mięśni, jednak widać że niełatwo jest go rozłożyć na łopatki. W przeciwieństwie do kolegi, jest dużo spokojniejszy i bardziej wyluzowany. Co chwilę za to patrzy w moją stronę z wściekłym pragnieniem krwi, najbardziej pierwotną i psychopatyczną rządzą śmierci. Trzeci jako jedyny ma broń palną. Karabin AK-47, lufą skierowany ku sufitowi przypomina mi w tej chwili bardziej zabawkę, niż prawdziwą broń. Pewnie noc spędził w burdelu i przyszedł tutaj spodziewając się łatwej roboty. Te podkrążone oczy i opuchnięta morda mówią wszystko.

Siedzimy tak, zatopieni w niezręcznym milczeniu, przez chwilę po czym wypalam:

– A my tutaj na kogoś czekamy, czy panowie mnie tu przytargali tak o, żeby się pogapić?

– Na szefa czekamy drogi panie – odpowiada ten stojący w rogu, uśmiechając się do mnie sarkastycznie.

– Bo wiecie panowie… Ja też jestem człowiek czynu, mi też na czasie zależy, dlatego czy moglibyście szanownemu szefowi dać znać żeby się pośpieszył? – znów pytam, tym razem z jeszcze bardziej wyczuwalnym sarkazmem w głosie.

W odpowiedzi otrzymuję cios w twarz i zaklejenie ust taśmą. Świetnie. Taśma jest ponoć pożywna…

Nagle drzwi otwierają się z hukiem i do środka wchodzi mężczyzna mojego wzrostu (czyli na ludzi z góry nie spojrzy), o bardzo gładkiej, wymuskanej, dziecięcej twarzyczce z której spoziera na wszystkich zimny, świdrujący, metaliczny wręcz wzrok. Na sobie ma aksamitny garnitur, z nadgarstka błyska szczero-złoty zegarek a czerwony krawat z wyszytymi najróżniejszymi, pięknymi wzorami jedynie potęguje wrażenie obcowania z osobnikiem „klasy premium”.

– Ty wiesz że tobie to nie ujdzie tak o, prawda? – zaczął zupełnie nagle mężczyzna.

– Ale co ma mi ujść, czy nie ujść?

– Nie pamiętasz, tak? Będziesz udawał niewiniątko? Tchórzysz? Zresztą jak zawsze… Skoro masz zanik pamięci, to pozwól że ci przypomnę. Próbowałeś – od tej chwili, z każdym słowem wymierza ciosy w twarz z siłą pioruna – Nas. Wyruchać. Finansowo. Już sobie przypominasz?

– Em… jakoś nie… – wypluwam z trudem. Najwyraźniej to wciąż była błędna odpowiedź, bo nie przestaje mnie bić.

– Skur-wy-syn – mówi pod nosem, wciąż mnie okładając.

Nareszcie przestaje i pociera obite, brudne od krwi kostki.

– Pamiętasz chociaż jak mam na imię? – pyta ze stoickim spokojem, dysząc tylko trochę.

– Nie… – mówię z trudem, plując krwią.

– Mountain. John Mountain gnojku. Zapamiętaj to sobie – stwierdza, nerwowo mrużąc oczy.

– Co z nim teraz szefie? – pyta powoli koleś ostrzący nóż.

– Co tam chcecie – odpowiedział jakby od niechcenia – Ja wracam do siebie.

Drzwi trzasnęły, a ja leżałem na podłodze, cały zakrwawiony i opadły z sił. Kątem oka jestem wstanie dostrzec powoli rosnący uśmiech na twarzach całej trójki. Sadyści. Pieprzeni sadyści.

Pierwszy podchodzi ten z wielkim czołem. Uderza mnie w brzuch z kopa, po czym wykonuje kolejny cios w twarz. Drugi okłada kolbą, trzeci zadaje rany kłute. Okropnie to boli. Krzyk próbuje się wyrwać z gardła, jednak gdy tylko otwieram usta w cierpiętniczym grymasie, jeden z nich wpakowuje mi knebel do ust.

I znowu tylko jestem po części. I znowu tylko egzystuję w połowie. I znowu tylko coś we mnie odczuwa. Jestem nietykalny. Ci ludzie mnie okładają wściekle, rzucają pogardliwe spojrzenia, starają się jak mogą nad moimi ranami, aby były jak najgłębsze i jak najbardziej dotkliwe, a ja swobodnie wstaję. Odpycham ich ciosy jakąś nieludzką siłą. Podnoszę się aż nareszcie dochodzę do pionu. I wtedy nagły błysk uświadamia im, że biją w powietrze. Ten nagły błysk daje mi sygnał. Ten nagły błysk odlicza tempo. Rozpoczyna taniec.

Nie jestem już tylko sobą. Jestem lwem, który walczy w obronie swojej i swego stada, którego nigdy nie miał.

Moja grzywa powiewa poruszana ruchem całego ciała, krwią która tryska na wszystkie strony kiedy łamię moich wrogów. Jednym uderzeniem wyłamuję drzwi i wychodzę z piwnicy w której mnie zamknęli. Nikogo poza nimi już nie ma w pobliżu. Tylko ich samochód, jak niemy świadek tych zdarzeń, stoi niewzruszony przy schodach na dół.

Niebo wygląda jak wielki neon. Fioletowo-różowe barwy mieszają się i odbijają od siebie blaski świateł miasta, które raz umiera a raz powstaje z martwych, oddycha cały czas i bez przerwy, aż odbierze serce każdemu z mieszkańców. Tu i ówdzie migają promienie słońca, niczym rozbryzgana krew dogorywającego dnia, przez którą przechodzi smutny blask księżyca, jako neonowy zwiastun kolejnej nocy w mieście pełnym żywych trupów.

Koniec

Komentarze

Ortograf w tytule niedawno zarejestrowanego użytkownika to nie jest dobra reklama…

A jeśli to prolog, a nie zamknięta całość, to oznacz jako “fragment”.

Babska logika rządzi!

Przykro mi, Qbenie, bo prolog, a w zasadzie scena opisująca zajście w piwnicy, to zbyt mało, aby zorientować się, o co tu chodzi. W dodatku tekst jest napisany, delikatnie mówiąc, nie najlepiej. Zdania są źle skonstruowane, a przez to mało czytelne, sprawiają wrażenie dość nieporadnych. Interpunkcja fatalna, dialogi źle zapisane. Trafiają się nielogiczności i błędy.

Mam wrażenie, że przydadzą Ci się te wątki: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550  http://www.fantastyka.pl/loza/17

I bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

 

Od­czu­wam wszyst­ko co dzie­je się do­oko­ła, każdy skręt kół sa­mo­cho­du […] W końcu rzu­ca­ją mnie na pod­ło­gę i jeden z nich zdej­mu­je mi worek z głowy. Znaj­du­je­my się w po­miesz­cze­niu piw­nicz­nym… – Czy wprost z jadącego samochodu wrzucili go do piwnicy?

 

Pierw­szy z nich, naj­wyż­szy i naj­bar­dziej umię­śnio­ny, stoi w kącie i pu­stym wzro­kiem mie­rzy wszyst­kich ze­bra­nych, eks­po­nu­jąc przy tym chyba wszyst­kie moż­li­we żyły na twa­rzy i na karku. – Skoro stoi przodem do pozostałych, nie może eksponować niczego na karku, albowiem karku nie widać.

 

naj­bar­dziej pier­wot­ną i psy­cho­pa­tycz­ną rzą­dzą śmier­ci. – …naj­bar­dziej pier­wot­ną i psy­cho­pa­tycz­ną żą­dzą śmier­ci.

Sprawdź znaczenie słów: rządzićżądza.

 

Ka­ra­bin AK-47, lufą skie­ro­wa­ny ku su­fi­to­wi przy­po­mi­na mi w tej chwi­li bar­dziej za­baw­kę, niż praw­dzi­wą broń. Pew­nie noc spę­dził w bur­de­lu i przy­szedł tutaj spo­dzie­wa­jąc się ła­twej ro­bo­ty. – Zgubiłeś podmiot i teraz okazuje się, że karabin, po nocy w burdelu, spodziewa się roboty.

 

Sie­dzi­my tak, za­to­pie­ni w nie­zręcz­nym mil­cze­niu, przez chwi­lę po czym wy­pa­lam: – Co to znaczy przez chwilę po czym wypalam?

Pewnie miało być: Sie­dzi­my tak, przez chwilę za­to­pie­ni w nie­zręcz­nym mil­cze­niu, po czym wy­pa­lam:

 

W od­po­wie­dzi otrzy­mu­ję cios w twarz i za­kle­je­nie ust taśmą. – Czy zaklejenie ust można otrzymać?

 

z nad­garst­ka bły­ska szcze­ro-zło­ty ze­ga­rek… – …na nad­garst­ku bły­szczy szcze­rozło­ty ze­ga­rek

 

wra­że­nie ob­co­wa­nia z osob­ni­kiem „klasy Pre­mium”.Dlaczego premium napisano wielką literą?

 

– Ty wiesz że tobie to nie uj­dzie tak o, praw­da? – za­czął zu­peł­nie nagle męż­czy­zna.

– Ale co ma mi ujść, czy nie ujść? – Zakładam, że odpowiedzi udziela bohater i zastanawiam się jak to robi, skoro usta ma zaklejone taśmą…

 

od tej chwi­li, z każ­dym sło­wem wy­mie­rza ciosy w twarz z siłą pio­ru­na… – Zrozumiałam, że ktoś ma twarz z siłą pioruna.

 

Je­stem lwem, który wal­czy w obro­nie swo­jej i swego stada, któ­re­go nigdy nie miał. – Jak można bronić czegoś, czego nigdy się nie miało?

 

Moja grzy­wa po­wie­wa po­ru­sza­na ru­chem ca­łe­go ciała, krwią która try­ska na wszyst­kie stro­ny kiedy łamię moich wro­gów. – Jak grzywa może powiewać cudza krwią?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Autorze, wyedytuj to opowiadanie i pozmieniaj te chociaż “rządze” w tytule i w treści.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Sorki, ale kiedy się nie ma znajomych na forum, to nie ma do kogo wysłać na betowanie :’)

Jest fantastycznie.

Nowa Fantastyka