- Opowiadanie: herox002 - Labirynt

Labirynt

Mały eksperyment. Nigdy wcześniej nie pisałem, więc tym bardziej ciekaw jestem co z tego wyjdzie. Klasyczne fantasy, z odrobiną magii i magicznych stworzeń. Pisane dla przyjemności z pisania i (mam nadzieję) z czytania. Miłej lektury :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Labirynt

Światło pochodni ukazało kolejną komnatę. Była bliźniaczo podobna do dziesiątek innych, przez które wędrowiec przeszedł wcześniej. A przynajmniej miał nadzieję, że tylko była podobna i nie krążył wciąż po kilku pomieszczeniach.

Podszedł do ściany i dotknął jej dłonią. Była zimna, chropowata, lekko wilgotna. Dokładnie taka, jaka powinna być ściana, złożona z kamiennych płyt, w podziemnym korytarzu.

– Porusz się – powiedział wędrowiec, jak wiele razy wcześniej. Poczuł moc przechodzącą przez jego ciało, przez pokryte bliznami przedramiona, dłonie i skupiającą się w koniuszkach palców. I nic. Z jakiegoś powodu pozostała tam, nie przeniknęła do ściany, ani powietrza. Nie chciała w ogóle opuścić jego ciała. Za każdym razem, gdy próbował użyć w jakikolwiek sposób magii w labiryncie, efekt był ten sam.

Gdy pobierał nauki w siedzibie Zakonu poznał wiele metod powstrzymywania magii, ale żadna nie działała w ten sposób. Nie był przecież ani otumaniony, ani nie odczuwał, by działała na nim jakakolwiek blokada. Może Mistrz potrafiłby wyjaśnić to zjawisko, choć, z drugiej strony, gdyby znał tę technikę, raczej nie omieszkałby przekazać cennej wiedzy Podróżującym, do których należał wędrowiec.

Odsunął się i ponownie spojrzał na drogę, którą miał przed sobą. Znał ten korytarz, przeczuwał, że następne pomieszczenie również nie będzie się różniło od tego, w którym się znajdował. Także będzie w kształcie sześcianu, z wejściami do korytarzy rozchodzących się w czterech kierunkach i z małym otworem na suficie. Także będzie pozbawione jakichkolwiek ozdób, niedoskonałości, albo czegoś innego, co pozwoliłoby mu zorientować się, że nie znajduje się ciągle w jednym pomieszczeniu.

Nie miał jednak wyboru, musiał iść dalej. Stanie w miejscu nie miało sensu, a droga, którą się do labiryntu w dostał, była niemal pionowym szybem zakończonym obrotową płytą. Gdyby mógł użyć magii, nie stanowiło by to problemu. Ale nie mógł, a nie widział sposobu, w jaki mógłby bez jej pomocy pokonać, jak szacował, niemal dziesięć metrów gładkiej ściany.

Nagle po lewej stronie, na granicy obszaru oświetlonego pochodnią, dostrzegł ruch. Odwrócił się natychmiast podnosząc miecz i odsuwając pochodnię, by go nie oślepiała. W korytarzu coś stało. Zobaczył niską postać, ledwo sięgającą mu do pasa. Była szczelnie okryta fałdami czarnego materiału. Na głowę, o ile ją posiadała, założyła kaptur, spod którego błyszczały jedynie białe, pozbawione źrenic oczy. Odwróciła się szybciej, niż jakiekolwiek znane wędrowcowi stworzenie i bezszelestnie weszła do korytarza. Podróżujący zastanowił się chwilę i poszedł za nią.

W każdym kolejnym pomieszczeniu stwór zatrzymywał się przy którymś korytarzu, wskazując drogę. Nie odwracał się, tylko czekał, a gdy Podróżujący podchodził, znikał bezszelestnie. W pewnym momencie wędrowiec stanął, zaskoczony. Komnata, którą miał przed sobą różniła się od pozostałych. Wychodził z niej tylko jeden korytarz, na wprost tego, którym wszedł. Rozejrzał się uważnie. Na ścianach po obu stronach dostrzegł rysy, całą siatkę pęknięć. Podszedł bliżej i ponownie dotknął ścianę dłonią. Poczuł ogromny ból, natychmiast odskoczył i spojrzał na rękę. Palce miał poparzone, jakby dotknął rozgrzanego żelaza. Wymamrotał kilka słów, lecz gdy ponownie nic się nie stało, sięgnął do sakwy i wyjął małe pudełeczko w kształcie dwunastościanu. Nacisnął je jednocześnie w kilku miejscach i niewidoczne wcześniej wieczko odskoczyło. Nałożył odrobinę maści na palce, schował pudełko i ponownie, tym razem ostrożniej, podszedł do ściany. Z bliska przekonał się, że pęknięcia w rzeczywistości były runami, choć tak drobnymi i gęsto wyrytymi, że nie był w stanie ich przeczytać.

Jego obserwację przerwało ostrze, które nagle poczuł na karku. Usłyszał dziwny głos, jakby stukot uderzających o siebie kamieni. Dopiero za drugim razem, gdy się wsłuchał, zrozumiał co stwór mówi.

– Nie dotykać. Nie zatrzymywać się. Iść za mną.

Ostrze zniknęło równie nagle jak się pojawiło. Wędrowiec odwrócił się natychmiast, jednak mimo wszystko za wolno i znów zobaczył jedynie zamazany kształt znikający na krawędzi widoczności.

Posłusznie odsunął się od ściany i wszedł do korytarza. Także on różnił się od odwiedzonych wcześniej. Podłoga w wyraźny sposób opadała, a ściany oddalały się od siebie. W końcu korytarz był na tyle szeroki że zmieściłoby się w nim czterech konnych jadących obok siebie. Był też bardzo wysoki, światło pochodni ledwo docierało do stropu. Po chwili Podróżujący zauważył, że korytarz już bardziej się nie rozszerza, a podłoga przestała opadać. Zrobiło się cieplej, powietrze stało się ciężkie, nie poruszał nim nawet najlżejszy powiew. Najwidoczniej ta część podziemi nie była wentylowana, w przeciwieństwie do labiryntu.

Rozważania przerwał stwór, który wyłonił się z mroku. Spośród fałd materiału wysunął bladą, czteropalczastą dłoń. Gestem rozkazał wędrowcowi zatrzymać się, a następnie podszedł do ściany. Dotknął ją dłonią i zaczął mówić. Tym razem słów, o ile to były słowa, w ogóle nie dało się zrozumieć, choć wędrowiec wytężał słuch. Spróbował nawet wzmocnić go magią, co również teraz nie przyniosło żadnego efektu. Jedynie stwór zwrócił się na chwilę w jego stronę i powiedział:

– Czekać. Nie wzywać.

Wędrowiec nie dał rady opanować zdziwienia. To było niemożliwe. Nie poruszył się przecież, nie wypowiedział żadnego słowa. Czyżby to coś czytało mu w myślach?

Ponownie się skupił i zaczął patrzeć na stwora podejrzliwie. Czym on w ogóle był? Powstrzymał jednak odruch sięgnięcia po miecz. Wiedział już teraz, że to bezcelowe.

Stwór odwrócił się i kontynuował mówienie do ściany. I ponownie wędrowca zaskoczył. Gdy wypowiedział ostanie słowo, gwałtownie odskoczył do tyłu. Podróżujący bez zastanowienia zrobił to samo. Usłyszał huk. Spojrzał na miejsce w którym chwilę wcześnie stał stwór. W ścianie pojawił się otwór, kilka płyt wysunęło się nagle ze swojego miejsca i upadło w ich stronę. Nie miałby szans na ucieczkę, gdyby to on stał blisko ściany. To z pewnością był skutek działanie jakiejś dziwnej magii.

Stwór wszedł do korytarza, który ukazał się za wyłomem. Wędrowiec ruszył tuż za nim. Po chwili zbliżyli się do potężnych, dwuskrzydłowych drzwi z kamienia. Umieszczona na nich płaskorzeźba przedstawiała smoka, patrzącego groźnie w stronę przybyszów. Jego lewe skrzydło było rozłożone, zaś prawe, naderwane, zwisało u boku. Cała postać oddana była z niezwykłą dokładnością, wydawało się, że zaznaczona została każda łuska, każda żyła na skrzydle. A także każdy mięsień potwora, gotowego do skoku na bezsilną wobec jego potęgi ofiarę. Na części drzwi nie zasłoniętej przez smoka i na całych odrzwiach widniały niezrozumiałe runy, poprzeplatane symbolami gwiazd.

Podróżujący ponownie nie zdążył się im przyjrzeć. Gdy tylko podeszli bliżej, drzwi otworzyły się. Za nimi znajdowała się ciemność. Stanął w progu i podniósł pochodnię. W dół wiodły schody, nie widział ich końca. Ściany rozchodziły się na boki, a sufit skrywał mrok. Gdzieś w oddali słyszał kapanie wody. Miał wrażenie, że pomieszczenie jest ogromne. Rozejrzał się i zorientował, że zniknął gdzieś jego przewodnik. Zrobił niepewnie krok do przodu…

I wrzasnął z bólu i zaskoczenia od nagłego blasku i grzmotu który wstrząsnął komnatą. Zasłonił twarz jedną ręką, a drugą wyciągnął miecz przed siebie. Odruchowo sięgnął po magię i poczuł jak moc uwalnia się z jego ciała i zawisa w powietrzu, tworząc gęstą kopułę ochronną. Przetarł oczy, rozejrzał się.

Komnata miała kształt kuli. Na ścianach w równych odstępach wisiały rzędy świec. Rzeczywiście była olbrzymia, mogłaby pomieścić cały legion zbrojnych. A w samym środku, na podeście leżał zwinięty smok. Ten sam, którego wizerunek widniał na drzwiach. Poruszył się, podniósł głowę i spojrzał na wędrowca.

– Witaj w moim sanktuarium – rzekł.

Podróżujący skłonił się, jednak nie odpowiedział. Opuścił chroniący go magiczny kokon. Od wieków już nikt nie spotkał smoka, wielu zaczęło uważać je za legendę, bajkę dla dzieci, ale jego Zakon o nich nie zapomniał. Miał zgromadzone w swoich bibliotekach kroniki, wystarczająco wiarygodne i dokładne, by nie lekceważyć tych prastarych istot. O ile więc wiedział, smoki nie lubiły, gdy im się przerywa, a ponieważ nie spieszyły się podczas mówienia i robiły między zdaniami długie przerwy, najlepiej było odzywać się tylko w odpowiedzi na pytanie.

– Dużo czasu już minęło, odkąd ktokolwiek zawędrował w te strony.

Nie mylił się, to nie był jeszcze koniec.

– A jeszcze więcej odkąd ktokolwiek zdołał dojść do tej komnaty.

Korzystając z okazji przyjrzał się smokowi. Był on duży, nawet jak na przedstawiciela swojego gatunku. Gdy leżał, czubki jego kolców grzbietowych znajdowały się ponad pięć metrów nad ziemią, a każdy z pazurów był większy – i zapewne ostrzejszy – niż najpotężniejsze miecze dwuręczne używane przez królewskich paladynów.

– Co więc sprowadza cię do mnie?

– Ehm, sprowadza? – Stanowczo tego już było za wiele jak na jeden raz. – Wybacz mi wtargnięcie, ale zabłądziłem. Drogę wskazał mi pewien stwór.

– Kamyk? On nikomu nie pokazuje się bez powodu.

– A jednak nikt mnie nie przysłał, byłem w podróży do miast… – Za późno zorientował się, że popełnił błąd. Smok przymknął powieki i wyszczerzył kły. Po chwili jednak z powrotem ułożył się wygodnie i wyraźnie uspokoił.

– Ciągły pośpiech. Niczego się przez te lata nie nauczyliście.

Podróżujący odetchnął głęboko. Stanowczo opisy tego, co robią smoki, gdy ktoś im przerywa, były zbyt obrazowe. Na szczęście tym razem mu się udało.

– Jak mówiłem on nikomu nie pokazuje się bez powodu. Ostatnim razem przyprowadził do mnie łysego starca, którego wy nazwaliście później Konradem Szalonym.

A więc stąd wzięły się tajemnicze wizje i nauki które głosił. Przed niemal pięcioma stuleciami Konrad nawoływał do pokoju, przepowiadał wielkie zło, próbował wpłynąć na wolę króla, powstrzymać go przed wyprawą na południe, do opuszczonych krasnoludzkich kopalni. Gdyby mu się udało, nie doszłoby do trwającej dziesięć lat krwawej wojny z potwornymi stworami, które wyszły z odpieczętowanych podziemi. Ale nikt mu nie wierzył.

– Zapewne wiesz, jak skończył.

Źle. I to bardzo. Za krytykowanie króla został publicznie stracony. Zanim jego wizje zdążyły się sprawdzić.

– A szkoda. Potrafił rozmawiać, jak niewielu z waszego gatunku. A teraz przychodzisz ty.

– Jako jego następca? – Znowu popełnił błąd.

– Nie przekonasz się, jeśli dalej będziesz mi przerywał – warknął Smok, wciąż jednak pozostając na swoim miejscu.

Po kilku minutach ciszy przemówił znowu:

– Podejdź tu. Sprawdzimy.

Włożył jednocześnie szpon w szparę między kamieniami na posadzce i odsunął jedną z płyt.

Wędrowiec podszedł. Zobaczył, że pod płytą znajdowała się kolejna. Była ona pokryta runami, podobnymi do tych, które widział wcześniej.

– Co widzisz?

– Jakieś runy. Nie znam ich.

– Przeczytaj.

– Jak, skoro ich nie znam?

– Przeczytaj – warknął smok. W jego oczach pojawiła się groźba i coś jeszcze. Rozbawienie?

Wędrowiec spojrzał zaskoczony na smoka. Nie miał jednak ochoty rozdrażniać go. Posłusznie przyklęknął na posadzce i bardziej pochylił się nad płytą, próbując zrozumieć wyryte na niej znaczki. Nic jednak nie dostrzegał. Żadnego znanego słowa, ani choćby symbolu…

Zobaczył. Nie słowo, ale obraz. Drzewo na skraju lasu. Liść dębu. Mech na kamieniu. Czerwona gałąź. Nie, to nie gałąź był czerwona. Coś lepkiego. Żywica? Czy krew… I usłyszał? Krzyk. Pękające gałęzie. Ktoś uciekał. A ktoś inny go gonił. Nie, nie ktoś. Coś! Poczuł uderzenie, potknął się i upadł. To jego coś goniło. Szybko się podniósł. I spojrzał prosto w wielkie oko smoka.

Był w komnacie, smok patrzył na niego. Poczuł, że po lewej ręce cieknie mu krew. Chyba się skaleczył o kant płyty.

– Widziałeś – stwierdził smok. – Tylko co? I czemu upadłeś?

– Coś mnie goniło. – Zabrzmiało to dziwnie, przecież cały czas znajdował się w przestronnej komnacie.

– Co zdążyłeś zobaczyć? – Smok powtórzył pytanie.

– Jakiś las, drzewo na skraju, ze złamaną gałęzią. I obok kamień pokryty mchem.

Smok nie skomentował. Przymknął oczy i wciągnął powietrze.

– Tak, czuję – odpowiedział po chwili. – Spójrz jeszcze raz. Tym razem nie bój się.

Już chciał zaprotestować, że przecież jest Podróżującym. Nie boi się nieznanego. Ale nie odezwał się.

Ponownie pochylił się nad płytą, wziął głęboki wdech i spojrzał. I zobaczył niemal od razu.

Miasto. Wielkie miasto Północy. Miasto Królewskie. I wzgórze Zamkowe. Słońce oświetlało złocenia na wieżach. Z kominów unosił się dym. Dużo dymu. Za dużo. Coś się paliło. Poczuł odór zwęglonego mięsa. Słońce już nie świeciło, zasłoniły je chmury nisko wiszące nad ziemią. Chmury dymu. Odwrócił się szukając ognia. I zobaczył płonące miasto. Część domów już legła w gruzach. Po ulicach biegali ludzie, nie próbowali gasić pożarów, lecz uciekali. Krzyki rozlegały się ze wszystkich stron. Krzyki i szczęk żelaza. Na murach walczyli żołnierze. Nie widział czyi, za dużo dymu. Usłyszał łopot skrzydeł. Coś wielkiego leciało w jego stronę. Podmuch wiatru przewrócił go. Podniósł się i znów był w komnacie.

– Co to było? Coś zagraża królowi? Trzeba go ostrzec! – Tym razem nawet nie próbował ukrywać przerażenia.

– Nie widziałem tego co ty. Czuję jednak twój strach. Czy coś zagraża królowi? Królom ciągle coś zagraża. Trucizna w winie. Sztylet pazia. Zbłąkana strzała.

– To nie to. Miasto Północy płonęło. To była wojna. I ten potwór który mnie przewrócił…

– Jaki potwór? – Smok gwałtownie podniósł głowę i przymknął powieki.

– Nie wiem. Zasłaniał go dym. Był większy nawet od ciebie…

– To był smok?

– Może. Mówię przecież, że go nie widziałem.

Po hałasie z wizji, cisza wydała się wędrowcowi wręcz nieznośna. Nie przerywał jej jednak. Czekała, co powie smok.

– Jeśli zagraża nam to co podejrzewam, to rzeczywiście król jest w niebezpieczeństwie. A także wszyscy mieszkańcy tej części świata. Nie idź jednak w ślady Szalonego.

Tylko co w takim razie miał zrobić? Co to wszystko w ogóle znaczy? Czekał, co dalej powie smok, choć na usta cisnęły mu się kolejne pytania.

– Żebyś zrozumiał naturę niebezpieczeństwa zacznę od początku. Runy które czytałeś są starsze, od najstarszego ze smoków, a więc także jakiegokolwiek żywego stworzenia w tym świecie. Dla większości osób są niezrozumiałe. Nie da się ich zapamiętać, ani nauczyć, a zapisane z czasem znikają. Pergaminy spalają się, kamień kruszeje. Labirynt w którym byłeś, oraz ta komnata, są częścią dawnego miasta. Runy przetrwały, bo wyryli je ich twórcy, władający zapomnianą magią. Są jednak bardzo cenne z innego powodu. Pokazują czasem przyszłość, która może się wydarzyć, jeśli nie wpłynie się znacząco na przebieg zdarzeń. Kamyk potrafi wyczuć kiedy to nastąpi i przyprowadza do mnie osoby zdolne zobaczyć wizje.

Smok przerwał, jednak tym razem z pewnością jeszcze nie skończył, więc wędrowiec milczał. Spróbował uspokoić oddech. Bezskutecznie. Milczenie przeciągało się i już miał zaryzykować zadając pytanie, gdy smok odezwał się znowu.

– Kłopot w tym, że wizje nic nie mówią o tym, jak powstrzymać mające nadejść wydarzenia.

– Ale przecież coś zrobić trzeba! – nie wytrzymał wędrowiec. Miał już dość tej rozmowy i sposobu mówienia smoków. Poza tym, skoro jeszcze nie został pożarty, to mógł chyba liczyć, że ten los go ominie.

– Owszem. – smok również stracił cierpliwość. Podniósł się gwałtownie. – Na początek wydostań się z labiryntu – warknął i ryknął ogłuszająco.

Wędrowiec skulił się i zamknął oczy, a gdy ponownie je otworzył, zorientował się, że stoi w komnacie. Była ona bliźniaczo podobna do dziesiątek innych, przez które przeszedł wcześniej. Wziął głęboki wdech. Czy to wszystko wydarzyło się naprawdę? A może zaczyna mieć jakieś zwidy? Coraz mniej podobał mu się ten labirynt. Ponownie stanie w miejscu nie miało sensu, więc ruszył przed siebie tak dobrze znanym korytarzem.

Koniec

Komentarze

Zsunąwszy rękawicę dotknął ją dłonią. – taka konstrukcja sugeruje, że dotknął dłonią rękawicy. 

 

Gdy pobierał nauki w siedzibie Zakonu poznał wiele sposobów na powstrzymanie magii, ale żaden nie działał w ten sposób. Nie był przecież ani otumaniony, ani nie odczuwał, by działała na nim jakakolwiek blokada. – powtórzenia; masz ich całkiem sporo w całym tekście, zwłaszcza “stwór” pojawia się bardzo często

 

Może Mistrz potrafiłby wyjaśnić to zjawisko, choć, z drugiej strony, gdyby znał ten sposób, raczej nie omieszkał by przekazać cennej wiedzy Podróżującym, do których należał wędrowiec. – tu i jeszcze w kilku innych miejscach piszesz rozłącznie, to co ma być łącznie 

 

Stanie w miejscu nie miało sensu, a droga, którą się do labiryntu dostał, była niemal pionowym szybem zakończonym obrotową płytą. 

 

Podróżujący zastanawiał się chwilę i poszedł za nim. – moim zdaniem lepsza byłaby forma dokonana 

 

To było nie możliwe. = niemożliwe

 

To z pewnością był skutek działanie jakiejś dziwnej magii.

 

Rzeczywiście była olbrzymia, mogła by CO? cały legion.

 

Był on duży, nawet jak na okaz swojego plemienia. – szczerze mówiąc, całe to zdanie mi się nie podoba. Pomijając już jednak inne rzeczy, to plemię zamieniłabym na gatunek 

 

-Co więc sprowadza Cię do mnie? – raz – po myślniku spacja; dwa – cię, ty itd piszemy małą literą (dużą tylko w listach, zwracając się do kogoś bezpośrednio)

 

Kilka razy gubisz przecinki przed “który”. 

 

Smok, który nie strzeże skarbów, tylko pomaga przepowiadać przyszłość – to ciekawostka. Podoba mi się idea labiryntu, ale niestety nie jej wykonanie. Spora ilość usterek i mało plastyczny język są ewidentnie słabą stroną opowiadania. Używaj słownika synonimów, rozbuduj słownictwo.  

Trochę jeszcze pracy przed Tobą, ale wierzę, że jak poćwiczysz, to będziesz pisać coraz lepiej. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję bardzo za opinię i wyłapanie błędów. Już tyle razy przeczytałem to opowiadanie, że przestałem zauważać nawet te oczywiste. Do smoków faktycznie nijak nie pasuje określenie “plemię”, nie wiem czemu to napisałem. Co do plastyczności języka to niestety na tę chwilę lepszego nie mam ;) A ze słownika zacznę korzystać. Przynajmniej spróbuję.

 

Tak to bywa, że usterki w swoim tekście najtrudniej dostrzec :) Jak zaczniesz korzystać ze słownika, to plastyczność języka sama się z czasem poprawi.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zgadzam się ze Śniącą – smok ciekawy, rozmowa z nim również (spodobał mi się motyw nieprzerywania). Ale wstęp wydaje mi się przydługi, a poza tym to tylko scenka, raczej początek historii niż zamknięta całość. Zostawiasz czytelnika z mnóstwem pytań: czy miasto spłonie, co grozi królowi, co zrobi bohater, do czego dąży smok…

Gdy pobierał nauki w siedzibie Zakonu poznał wiele sposobów na powstrzymanie magii, ale żaden nie działał w ten sposób.

A tu jeszcze jedno powtórzonko.

Nagle jego wzrok przyciągnął ruch po lewej stronie,

Uważaj na takie konstrukcje – w tym przypadku ze zdania nie wynika, co przyciągało, a co było przyciągane. Zadbaj o jednoznaczność.

Nie miał by szans na ucieczkę,

Miałby razem.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarz. Tak się właśnie zastanawiałem, czy wstawiać to jako opowiadanie, czy może fragment, bo mam ochotę pociągnąć temat dalej. Póki co napisałem tyle i chciałem sprawdzić, czy w ogóle się przyjmie.

 

 

 

Jak na pierwszy tekst jest nieźle. Całkiem wciągające i choć styl nie powala, czyta się płynnie i bez zgrzytów. Fabuła taka pół na pół – z jednej strony znane motywy, ale nieśmiało próbujesz na nich stworzyć coś nowego. Najlepszy moment opowiadania – ta historia o gościu, którego nikt nie posłuchał :) Na minus – na pewno chciałoby się dowiedzieć czegoś więcej o przeznaczeniu bohatera itp. Całość wygląda na fragment.

Bardzo dziękuję za komentarz. Akurat nad Konradem dużo się nie zastanawiałem. Napisałem, co mi akurat do głowy przyszło i potem w ogóle nie edytowałem, więc cieszę się, że komuś się spodobał.

Nad ciągiem dalszym już myślę, ale do pisanie przejdę, jak już pierwsze dni semestru miną, bo teraz za dużo zamieszania jest ze studiami ;) Oczywiście nad stylem też już próbuję pracować.

Szkoda, że to tylko fragment.

Wiem, że przeznaczeniem Wędrowca jest wędrowanie, ale chciałabym też wiedzieć, co było przyczyną wyruszenia i jaki jest cel podróży bohatera, a tych wyjaśnień poskąpiłeś. Błądzenie w labiryncie zdało mi się nieco monotonne, ale na szczęście pojawił się smok, co wprowadziło pewne ożywienie. Ta część opowieści była znacznie bardziej zajmująca. Mam nadzieję, że dalsze losy Wędrowca okażą się jeszcze ciekawsze.

 

Gdyby mógł użyć magii, nie sta­no­wi­ło by to pro­ble­mu. Ale nie mógł, a nie wi­dział spo­so­bu, w jaki mógł­by bez jej po­mo­cy… – Powtórzenia.

 

Spoj­rzał na miej­sce w któ­rym chwi­lę wcze­śnie słał stwór. – Literówka.

 

– Nie wi­dzia­łem tego co Ty.– Nie wi­dzia­łem tego co ty.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Był więk­szy nawet od Cie­bie… – Był więk­szy nawet od cie­bie

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za komentarz. Byłem pewien, że akurat te błędy już poprawiałem. Celu podróży bohatera to i ja nie znam. Nadal próbuję go odkryć. Jak coś będę wiedział, dam znać :)

Będę cierpliwie czekać. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak na pierwszy raz, to wcale nie jest najgorzej :)

 

Ja bym troszkę skróciła opis wędrówki po labiryncie, za to chętnie zobaczyła wyjaśnienie: kto, gdzie, po co i w ogóle o co kaman ;) Bo tak, jak jest teraz, to wydaje się, że opowiadanie jest fragmentem większej całości, a nie samodzielnym stworem… ehmmm… tworem ;)

 

Zgadzam się z Zygfrydem – przypowiastka o męskiej Kasandrze najbardziej mnie zainteresowała :)

 

Pracuj nad powtórzeniami i stylem, zawsze też warto dać komuś do przeczytania opowiadanie, żeby wyłapał literówki lub inne potknięcia. Sama wiem, jak to jest – każdy autor zna swój tekst niemal na pamięć, więc trudno zauważyć drobne niedociągnięcia :)

Dziękuję za komentarz. Szczerze mówiąc o Kasandrze wcześniej nie słyszałem, więc wychodzi na to, że ten pomysł jest jeszcze starszy, niż się spodziewałem ;)

Nowa Fantastyka