- Opowiadanie: ignisdei - Ogród przemienienia

Ogród przemienienia

Zachęcony opiniami czytelników portalu, którzy uznali, że opowiadanie ma pewien potencjał, postanowiłem napisać “Ogród” jeszcze raz. Dołożyłem większej staralności,  co do prawideł języka polskiego. Skupiłem się też na szczegółach, biorąc pod uwagę Wasze sugestie z poprzedniej wersji. Tekst opiera się na tym samym rdzeniu, jest jednak dłuższy. Doszły nowe elementy, niekoniecznie związane z dzieciństwem bohatera. Dowiadujemy się też więcej o losach zakochanej pary i przyczynach “stanu rzeczy”. Jest też inne zakończenie.

 

Jeszcze słowo o tle historycznym:

 

Opowieść dość swobodnie zahacza o Drugą Wojnę Światową. Wskazuje na  ludność  autochtoniczną na terenach pogranicznych (po obu jej stronach).  Wysiedlenia o jakich wspominałem  w opowiadaniu tyczyły w kolejności historycznej:  przymusowych przesiedleń narodowości polskiej do Generalnej Guberni z terenów anektowanych do III Rzeszy. Pogromy i gwałty w naszym przypadku dotyczyły ludności cywilnej na ziemiach Polskich i byłej Rzeszy N.  uznawanej przez komunistów za Niemców a będącej w dużej  części autochtonami o pochodzeniu słowiańskim, którzy ulegli germanizacji,  oraz osadników niemieckich na tych, że ziemiach. Różniła ich od żywiołu polskiego przede wszystkim wyznawana religia.

Niegdyś przede wszystkim: Ziemia Lubuska i Prusy oraz Śląsk były konglomeratem wielokulturowej narodowości, władającej wieloma językami. Sowieci dokonywali na tych terenach zbiorowych egzekucji i gwałtów na uciekającej ludności cywilnej, oraz grabieży  majątku. Ziemia ta uznawana była powszechnie za teren wroga.

Jeśli lubicie  wariacje  historyczne przesiąknięte magią i spirytualizmem, połączone z relacjami międzyludzkimi, to jest to opowiadanie  dla Was!

Zapraszam serdecznie do lektury!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ogród przemienienia

Od kiedy pa­mię­tał, każde wa­ka­cje spę­dzał w Roz­dro­żu. Dzia­dek miał go­spo­dar­stwo: krowy, świ­nie masę sprzę­tu rol­ni­cze­go. Wszę­dzie wokół cią­gnę­ły się pola i łąki.

Z okresu naj­młod­szych lat, szcze­gól­nie za­padł mu w pa­mię­ć czas po­grze­bu ciot­ki Heli. To był ko­niec bardzo upalnego czerw­ca. Trum­na przez kilka dni stała w domu, na wiel­kim stole w sa­lo­nie. Były za­sło­nię­te lu­stra i za­trzy­ma­ne ze­ga­ry. Zgro­ma­dzo­ne wokół niej wiej­skie ko­bie­ty, po­wta­rza­ły mo­dli­twy jed­no­staj­nym, prze­cią­głym gło­sem. Zaciągnięte kotary okien i grube ściany domu, skutecznie trzymały chłód, nawet w tak skwarne lato. 

Zbyt­nio nie znał zmarłej, najstarszej sio­stry babci. Miesz­ka­ła po sąsiedzku, sa­mot­nie w małym domku z ogro­dem. Bab­cia była chyba jej je­dy­ną ro­dzi­ną. Pa­mię­tał, że nie wy­cho­dzi­ła z domu. Czasem siadywała w oknie, śledząc bru­ko­wa­ną drogę, patrząc na łąkę i pa­są­ce się krowy dziad­ka. Za­zwy­czaj jed­nak chorowała, le­ża­ła wtedy w łóżku, nie wsta­jąc ca­ły­mi dnia­mi. Cza­sem bab­cia za­bie­ra­ła Ka­rol­ka do ciot­ki w od­wie­dzi­ny. Za­no­si­li jej je­dze­nie i świe­że mleko. Chło­piec nie lubił tych od­wie­dzin, bo nie dość, że ko­bie­cie brzyd­ko pach­nia­ło z ust, to jesz­cze mó­wi­ła tylko o Bogu, ko­ście­le i pa­pie­żu – sław­nym imien­ni­ku Ka­ro­la, cią­gle to pod­kre­ślając.

Przed te­go­rocz­nym wy­jaz­dem na wieś, Karol stał się mi­mo­wol­nym świad­kiem roz­mo­wy telefonicznej, mamy z bab­cią. Padło po raz pierw­szy słowo po­grzeb. Po­dob­no przed śmier­cią ciot­ka prze­sta­ła wsta­wać z łóżka, mówić i jeść. Mimo to mama tra­dy­cyj­nie przy­wio­zła Karolka na wa­ka­cje do Rozdroża.

Dok­tor Ło­bian po­le­cił stałą opie­kę nad chorą, dlatego dzia­dek z panem Mar­ce­lem z go­spo­dar­stwa, prze­nie­śli ciot­kę razem z łóż­kiem i usta­wi­li w sy­pial­ni w domu dziadków. Bab­cia nie opusz­cza­ła jej na krok. Po kilku dniach ciotka Hela, niestety, zmarła.

Wie­czo­rem przy­by­li mama z tatą, który na wieść o śmier­ci swo­jej chrzest­nej, zje­chał z placów­ki w Wied­niu. Zja­wi­ło się też sporo ludzi, któ­rych nigdy przed­tem nie wi­dział. Karol spał z mamą i tatą w po­ko­ju na pię­trze, na wiel­kim sta­rym łóżku. Pokój ten należał, za czasów kawalerskich do ojca. Chłopiec wtulił się w pościel, między rodzicami. Tata już chra­pał bo pił wcze­śniej z dziad­kiem i wuj­kiem Luc­kiem, mama czy­ta­ła książ­kę.

Wtem za oknem coś za­trze­po­ta­ło i za­hu­cza­ło… Uhu­uuu!

– To duch! – za­wo­łał Karol, kry­jąc się pod wiel­ką pu­cho­wą pie­rzy­ną.

– Spo­koj­nie Ka­rol­ku. To tylko sowa. Gdy byłam jesz­cze na­rze­czo­ną taty i zaczęłam przyjeżdżać do Roz­dro­ża, one już tu były. Czę­sto ob­ser­wo­wa­łam ich gniaz­do w sta­rej gru­szy ciot­ki Heli. Są tu po­dob­no od lat, to bar­dzo po­ży­tecz­ne ptaki, tępią szkod­ni­ki z łąk i pól.

To była nie­zwy­kle jasna, czerw­co­wa noc, cy­ka­ły świersz­cze i pach­nia­ły in­ten­syw­nie drze­wa. Tej nocy chłopiec bał się, że ciot­ka przyj­dzie we śnie. Mama obie­ca­ła mu nie gasić świa­tła. W kącie coś szu­ra­ło, skrzy­pia­ły deski.

– Może to ciot­ka cho­dzi­ła po domu? –Myślał chłopiec.

 Pokój, w którym stała trumna, był przecież tuż pod nimi. Nie wie­dzieć kiedy za­snął. Po po­grze­bie wszy­scy się roz­je­cha­li. Mama obie­ca­ła, że za­bie­rze Karolka w po­ło­wie sierp­nia do taty do Au­strii, pra­co­wał w am­ba­sa­dzie, był at­ta­che go­spo­dar­czym. Karol oczywiście został z dziadkami. Spał teraz z bab­cią w po­ko­ju taty.  Dzia­dek chcąc nie chcąc, mu­siał się przenieść do salonu na kanapę. Sy­pial­nia w której zmarła ciotka, miała być od­świe­żo­na. Chłopiec snuł się sa­mot­nie po piasz­czy­stym placu, peł­nym trak­to­rów, ma­szyn rol­ni­czych i krzą­ta­ją­cych się ludzi. Ła­zi­ło tam też ptac­two do­mo­we, okrop­nie pa­sku­dząc. W po­wie­trzu uno­sił się cięż­ki za­pach z obór i chle­wów, fru­wa­ły chmary do­kucz­li­wych much.

Ni­g­dzie nie mógł wejść, ze­wsząd go prze­pę­dza­no. Dziad­ko­wie więk­szość dnia spę­dza­li przy zwie­rzę­tach, nie mieli dla niego czasu. Całe szczę­ście był typem sa­mot­ni­ka. Umiał zor­ga­ni­zo­wać sobie za­ję­cie. Po­sta­no­wił zna­leźć inne miej­sce do za­ba­wy.

 Ide­al­nie nada­wał się do tego ogród ciot­ki Heli! Już wcze­śniej krę­cił się koło jego bram­ki. Ogród od­gra­dza­ła od go­spo­dar­stwa stara, po­nie­miec­ka, ce­gla­na sto­do­ła, oraz wy­so­ki na dwa metry ka­mien­no-ce­gla­ny mur. Wiekowa, zazwyczaj zamknięta bramka, stała teraz otworem. Pchnął stare, skrzypiące zawiasami skrzydło. Uderzył go chłód i lekki zapach stęchlizny, starego drewna.

Dom, a właściwie lepianka ciotki była za­mknię­ta. Na po­dwó­rzu wa­la­ło się stare po­idło dla pta­ków, po­miesz­cze­nia go­spo­dar­cze stały w ru­inie. Pamiętał, że dziadek wielokrotnie oferował szwagierce pomoc w odbudowie obejścia, jednak ta z uporem odmawiała. Ciotka Hela podobno nie życzyła sobie jakiejkolwiek ingerencji w walące się obejście. Nie­któ­re bu­dyn­ki nie miały da­chów, wy­ro­sły w nich dziko drze­wa. Za ce­gla­nym mur­kiem roz­cią­gał się stary za­nie­dba­ny ogród. Trawa była tak wy­so­ka, że prze­wyż­sza­ła wzro­st je­de­na­sto­lat­ka. Wszę­dzie cy­ka­ły świersz­cze i śpie­wa­ły ptaki. Pró­bo­wał zna­leźć jakąś wy­dep­ta­ną, wolną od chwa­stów prze­strzeń, nie­ste­ty same osty i po­krzy­wy. Chłopiec już miał wra­cać, gdy nagle zde­rzył się dziad­kiem, który szedł za nim po cichu. Chwy­cił go w pół i za­krę­cił wnukiem w po­wie­trzu.

– Wiesz, że w tak wy­so­kiej tra­wie są żmije? – Karol spoj­rzał mu w twarz, nieco za­kło­po­ta­ny. Czuł, że dzia­dek nie mówi poważnie, bo uśmiechał się pod wąsem.

– Kła­miesz – szep­nął Karol dziad­ko­wi do ucha niepewnie.

– Ależ tak – wy­sa­pał dzia­dek, uda­jąc świę­tą po­wa­gę. – Po­dob­no po­tra­fią zabić ma­łe­go chłop­ca!

– A cie­bie by za­bi­ły?

– Mnie raczej zabraliby wtedy do szpitala.

Karolku… – Dziadek przerwał na chwilę, udając że zbiera myśli. – A co byś po­wie­dział gdy­bym za­wie­sił ci huś­taw­kę o tam. – Wskazał dłonią. – Mię­dzy tymi dwoma śli­wa­mi?

– Dziad­ku ale jak mam się bawić w tym gąsz­czu, po­pa­rzą mnie po­krzy­wy i po­kłu­ją osty?

– I na to znaj­dziem spo­sób. My tak z babką usta­li­li, że jak Mar­ce­li tylko skoń­czy oborę to zaraz te chwa­sty wy­ko­si, byś Ka­rol­ku miał gdzie ga­niać.

Jak dziadek obiecał tak się stało. Pan Mar­ce­li po po­łu­dniu pod­piął ko­siar­kę do ma­łe­go ur­su­sa, bez szoferki i w go­dzi­nę ogród wy­ko­sił. Do wie­czo­ra ster­ty siana zgrabiono pod wschodni płot, by obeschły na słońcu. Wieczorem dziadek tak jak obiecał, za­cze­pił sze­ro­ką deskę na so­lid­nych łań­cu­chach, które roz­cią­gnął mię­dzy dwoma sta­ry­mi śli­wa­mi.

– Voilà! – krzyk­nął z fan­ta­zją, za­wra­ca­jąc jed­no­cze­śnie Ka­rol­ka w stro­nę domu.

– Jutro kolego! Jutro huś­taw­kę wy­pró­bu­jesz!

Ta noc zda­wa­ła się być jakaś lepka, bez­kształt­na i dusz­na. Obu­dził się mokry od potu. Okno było uchy­lo­ne, bab­cia spała. Była peł­nia. W staw­ku pod lasem kum­ka­ły żaby. Ich chóry nio­sły się na ki­lo­me­try. Przy dro­dze cicho szu­mia­ły stare lipy. Bał się sowy, że znów za­hu­ka, jed­nak tym razem nie przy­le­cia­ła. Do tego ugryzł go komar w sam w po­li­czek i okrop­nie swę­dzia­ło. Nie mógł prze­stać się dra­pać. My­ślał o ogro­dzie ciot­ki Heli o huś­taw­ce, którą zro­bił mu dzia­dek. Za­snął gdy za­czę­ły piać ko­gu­ty.

Obu­dził go dotyk od­nó­ży muchy, która wła­śnie usia­dła mu na twa­rzy. Ude­rzył się bo­le­śnie w po­li­czek pró­bu­jąc ją za­ka­tru­pić. Oczy­wi­ście zdą­ży­ła od­le­cieć. Zwlókł się z łóżka i po­czła­pał do to­a­le­ty na pię­trze. Z okna widać było dom ciot­ki Heli i czub­ki sta­rych drzew. Szyb­ko za­rzu­cił na sie­bie ko­szul­kę, spodnie, buty i po­biegł. Słoń­ce było nie­mal w ze­ni­cie, pra­ży­ło. Wszę­dzie dało się czuć za­pach sko­szo­nej trawy. Pierw­sze co go ude­rzy­ło to ilość drzew owo­co­wych, głów­nie ja­bło­ni, ale były też śliwy i gru­sze. Stare, ro­so­cha­te, ra­chi­tycz­ne, ga­łę­zie wiły się i prze­pla­ta­ły. Słoń­ce świe­ci­ło, ście­ląc jasne smugi na tra­wie. Ogród, który bar­dziej był sadem a ogrodem tylko z nazwy, od­dzie­la­ła od pola linia drew­nia­nych pło­tów, po­ro­śnię­tych blusz­czem. Ogród porastały też gęsto: dzika róża, wrzo­s oraz li­gu­ster. Wcze­śniej nie zda­wał sobie spra­wy, że ogród ciot­ki Heli był tak duży.

W pobliżu drzew pozostały połacie traw, których pan Marcel nie skosił, pełne wy­so­kich kwia­tów i pach­ną­cych bylin, pną­cych się ku niebu. Sze­le­ści­ły w nich tylko Bóg wie jakie małe stwo­rzon­ka. La­ta­ły bąki i osy, oraz chmary psz­czół z pa­sie­ki dziad­ka. W ga­łę­ziach drzew fur­ko­ta­ły ptaki. Szedł w stro­nę huś­taw­ki, roz­glą­da­jąc się wokół. Z wolna od­da­lał się od bramy ogro­du.

Wtem jego wzrok przy­ku­ła stara, ce­gla­na stud­nia, zbli­żył się do niej ostroż­nie. Nie była aż tak głę­bo­ka, może na czte­ry metry. Widział nawet kamieniste dno, było suche. Walały się na nim jakieś stare obręcze od beczek. Z jej wnę­trza bił nie­moż­li­wy do opi­sa­nia chłód, tak od­mien­ny od skwa­ru dnia, który sza­lał mu nad głową. Z pola do­bie­ga­ło kle­ko­ta­nie bo­cia­nów oraz dźwięk fur­ko­czą­cych wia­tracz­ków, od­stra­sza­ją­cych ptac­two od upraw.  Nad głową roz­brzmie­wał kon­cert wie­lo­gło­sów: pi­sków, ćwier­kań, gda­kań. Pełna gama or­ni­to­lo­gicz­nej ka­ko­fo­nii. Idąc pa­trzył pod nogi czy nie ma żmij, żad­nej jed­nak nie spo­tkał. Po­my­ślał, że musi za­py­tać dziad­ka o tę stud­nię, bo wy­glą­da­ła mu na bardzo starą. Nie miała wia­dra ani czer­pa­ka. Ko­ło­wro­tek drew­nia­ny, nad­próch­nia­ły nie po­sia­dał nawet łań­cu­cha.

Huś­taw­ka była tam gdzie wczo­raj po­wie­sił ją dzia­dek. Bu­ja­ła się de­li­kat­nie na wie­trze. Na­tu­ral­ny dach, który sta­no­wi­ły złą­czo­ne ko­ro­ny dwóch śliw, dawał wy­tchnie­nie przed czerw­co­wym, pa­lą­cym słoń­cem. Czym prędzej usiadł na drewnianym siedzisku, bardzo chciał ją wypróbować. Po chwili był już w górze, nawet do­brze nio­sła. Po kwa­dran­sie umiał już do­ty­kać czub­ków drzew bu­ta­mi i do tego z pod­bit­ką. Gdy szy­bo­wał wy­so­ko wi­dział krowy pa­są­ce się na łące za pło­tem i stra­chy na wró­ble na mie­dzy. Gdy wzla­ty­wał w prze­rwach w bujnym listowiu mu­ska­ły go pro­mie­nie słoń­ca. Mru­żył wtedy od­ru­cho­wo oczy, czuł się wolny i bez­tro­ski.

 Po­my­ślał, że faj­nie byłoby je za­mknąć. Cy­klicz­ne spa­da­nie i wzno­sze­nie – roz­ma­za­ne re­flek­sy świa­tła, pod po­wie­ka­mi da­wa­ły po­czu­cie ba­jecz­nej swo­bo­dy, jakby unosił się w próż­ni. Oto­czo­ny ogni­ka­mi blasku, tań­czą­cy­mi pod nim i nad nim, cały był utka­ny z po­wietrz­ne­go pędu. Zlał się z ogro­mem za­pa­chów i śpie­wem pta­ków, czy­stą i dobrą magią wzno­sze­nia i opa­da­nia. Chło­piec czuł ogród każdą cząst­ką ciała. Zie­lo­ny świat upa­jał go i po­ry­wał. Był jesz­cze dziec­kiem, mógł więc w pro­sty, świe­ży i po­zba­wio­ny ma­nie­ry­zmu spo­sób chło­nąć ty­sią­ce sy­gna­łów, za­pa­chów i su­biek­tyw­nych doznań, które mu ogród ser­wo­wał.  

To słod­kie unie­sie­nie trwa­ło aż do obia­du, za­pa­chy z bab­ci­nej kuch­ni wzię­ły górę. Są­czy­ły się ni­czym fał­szy­we tony syku węża, wni­ka­ły w noz­drza, draż­ni­ły stu­dząc szał za­ba­wy.

– Prze­cież dzi­siaj nic nie ja­dłem – po­my­ślał Karol.

Po­sta­no­wił wy­ha­mo­wać, ze­sko­czył po ko­zac­ku na trawę, po­biegł. Minął studnię, przystanął… dotknął zimnych kamieni obrzeża. Ująwszy je mocno, zacisnął palce na chropowatej powierzchni. Pochylił się i zawołał w chłod­ną cze­luść, bardzo chciał usły­szeć echo.

– Jest tam kto? Jest tam kto? To ja Karol…! Uuuu…! Uuuu…!

Bawił się brzmie­niem własnego imie­nia, wymyślał na miejscu tajemnicze zaklęcia. Gło­sem od­bi­tym od omsza­łych ścian przyzywał uśpione duchy studni. Za­ba­wa z echem wkrót­ce mu się znu­dzi­ła a po­trze­by fi­zjo­lo­gicz­ne wzię­ły górę. Wy­obra­ził sobie sporą por­cję mięsa w bia­łym sosie z ziem­nia­ka­mi i su­rów­ką. Prze­łknął ślin­kę i ruszył ku bra­mie.

Chłopiec jeszcze raz kątem oka omiótł huś­taw­kę, może po to by upewnić się, że jest tam gdzie ją pozostawił. Nagle zamarł, bo mógłby przy­siąc, że w tej ulot­nej chwi­li kogoś na niej do­strzegł.

 Za­drżał. Przez krę­go­słup prze­bieg mu dreszcz a serce objął uścisk że­la­znych klesz­czy. Tym kimś była dziew­czy­na, trosz­kę star­sza od niego. Dłu­gie, rude jak pło­mie­ń włosy, biała su­kien­ka, pod­ko­la­nów­ki, san­da­ły.  

– Hej! – krzyknął.

Bez od­ze­wu, bu­ja­ła się na jego huś­taw­ce coraz wyżej. Łań­cu­chy skrzy­pia­ły.

– Hej! Kim je­steś? To ogród moich dziad­ków. Co tu ro­bisz? Sły­szysz mnie?

Bał się po­dejść, jed­nak cie­ka­wość wzię­ła górę. Wolno zbli­żał się w jej stro­nę. Ostrożnie stawiał stopy, po świeżo skoszonej trawie. Huśtała się patrząc w jego kierunku, chichotała. Jedna z buj­nych koron drzew na chwi­lę przy­sło­ni­ła mu widok. Gdy go od­zy­skał stra­cił dziew­czy­nę z oczu – po pro­stu zni­knęła! Huś­taw­ka skrzy­pia­ła łań­cu­cha­mi wytracając prędkość, była pusta. Dziew­czy­na mu­sia­ła w tym cza­sie ze­sko­czyć i się ukryć.  

– Co jest grane, do cholery!? – prze­klął pod nosem. – To nie jest śmiesz­ne, prze­stań się cho­wać! – krzyknął.

Obszedł wokół huśtawkę, zaglądał pod gęste, płożące po ziemi, obsypane zielonymi owocami gałęzie.

– Hej! – wołał w gąszcz. Nikt nie od­po­wia­dał.

Ob­szedł huś­taw­kę wokół. Usłyszał szelest, szybko obrócił głowę. To tylko wiewiórka pomykała po pniu. Jej rudy ogon lśnił w słońcu niczym włosy dziewczyny. Ni ży­we­go ducha. Ob­ró­cił się na pię­cie, uszedł może z dziesięć metrów. Poniósł świeżo ściętą gałąź, oczyścił ją z liści. Dla zabawy, uderzał raz po raz w zarośla, zielonym kijkiem, udając, że godzi mieczem w wijące się potwory. Niechcący spłoszył ukrytego w gęstwinie szpaka. Ptak zerwał się nagle do lotu furkocząc skrzydłami. Wystraszony Karol cofnął się, kijek wypadł mu z ręki. Wtem usłyszał znajomy dźwięk łańcuchów huśtawki. Obrócił głowę i znów do­strzegł dziewczynę, dokładnie tam gdzie wcze­śniej sie­dzia­ła. Czuł też bar­dzo in­ten­syw­ny za­pach malin, jakby ktoś rozbił słoik ze syropem.

Dziewczyna miała rude zwi­sa­ją­ce ka­ska­dą, wręcz czer­wo­ne loki, bladą pie­go­wa­tą twarz, pa­trzy­ła i śmia­ła się do niego. Postanowił podejść bliżej.

– W co ty po­gry­wasz, he? – wy­ce­dził z gnie­wem. – Czemu się chowasz?

– Je­stem Laura, a ty jak masz na imię? – zawołała radosnym głosem.

– Karol…co tu ro­bisz? Znasz moich dziad­ków? – od­parł już spo­koj­niej.

Za­chi­cho­ta­ła wzbi­ja­jąc się coraz wyżej ku ko­ro­nom śliw. W fal­ban­kach su­kien­ki, bia­łych pod­ko­la­nów­kach tań­czy­ły pro­my­ki słoń­ca. Nieznajoma zda­wa­ła się uno­sić bez­wład­nie i za­sty­gać w po­wie­trzu. W wokół niej wirowały motyle. Całe chmary: białe, żółte, błękitne, modre, rude, pasiaste, kropkowane. Tańczyły w rytm ruchów huśtawki. Wzlatywały i opadały, siadały dziewczynie na włosach, ramionach. Wciąż chi­cho­ta­ła a jej śmiech, może pod wpły­wem pędu po­wie­trza,  na­głych zmian wy­so­ko­ści, ule­gał dziw­nym fluk­tu­acjom na­tę­że­nia i brzmiał trosz­kę gro­te­sko­wo, jak nieludzki pisk lub gwizd. Za­ni­kał i odradzał się przy­du­sza­ny śpie­wem pta­ków, jakby się z nim tonalnie zestrajał.

To, na co patrzył nie było nor­mal­ne. Jej włosy, loki żyły wła­snym ży­ciem. Wiły się i skrę­ca­ły, były wręcz ete­rycz­ne!

– Bab­ciu! – krzyk­nął Karol. Jego krzyk dła­wił strach. Choć był je­de­na­sto­lat­kiem wie­dział, że dziew­czyn­ki na huś­taw­kach tak nie wy­glą­da­ją. Zawinął się na pięcie i zaczął biec, ile sił w nogach. Czuł że: łydki, uda, przedramiona brzuch, policzki dziwnie mu pulsują a gardło spaja niewidzialna klamra. Dopadł bramki. Słyszał w uszach łomot własnego serca. Pot spływał mu potwarzy. Pchnął z impetem furtkę, znalazł się na podwórzu dziadków. Nikt go nie gonił, nie straszył. Chyba był już bez­piecz­ny! Czuł jak trzewia wypełnia mu przykre uczucie kolki. Padł na kolana. Oddychał ciężko. 

Nie mógł dość do siebie, po całym zdarzeniu w ogrodzie, postanowił więc zagadnąć babcię

– Babciu – spytał cicho, przeżuwając kęs wieprzowiny. – Czy nie ma tu in­nych dzie­ci?

– Czemu pytasz Karolku? – odparła myjąc rondel.

– A bo wła­śnie spo­tkałem nieznajomą dziew­czyn­kę.  

Babcia przerwała mycie, wytarła ręce i podeszła wolno do chłopca, chyba nieco zaniepokojona.

– Gdzie ją widziałeś?

– W ogro­dzie – odparł Karol.

– Ach dziecko – dodała po krótkim namyśle. – Jest tu cała masa dzie­ci z są­sied­nich go­spo­darstw i te z bloku spół­dziel­ni w Roz­dro­żu, czasem tu prze­cho­dzą z rodzicami, gdy ci pra­cu­ją u nas przy żni­wach.

– Ale teraz jest czer­wiec i nie ma żniw – zri­po­sto­wał Karol!

Bab­cia mil­cza­ła.

– A w ogro­dzie? Czy tam też się bawią – cisnął babcię Karol?

– Wiesz Ka­rol­ku…ogród do­tych­czas był za­mknię­ty, teraz gdy dzia­dek go dla cie­bie wy­ko­sił pew­nie będą przy­cho­dzić, widać już za­czę­ły. W płocie jest wiele dziur. Taka to ich na­tu­ra. To chyba do­brze? Może się zaprzyjaźnisz… – od­par­ła bab­cia z uśmie­chem.

– A teraz Opo­wiedz mi o tej dziew­czyn­ce – do­da­ła, pró­bu­jąc dać chłop­cu do ro­zu­mie­nia, że trak­tu­je spra­wę po­waż­nie!

– Mniej wię­cej mo­je­go wzro­stu, chyba trosz­kę star­sza, miała rude loki, białą su­kien­kę i była pie­go­wa­ta.

– Ach to mogła być dziew­czyn­ka od Hin­ców albo mała No­wacz­ka, obie to ku­zyn­ki.

– Mó­wi­ła, że ma na imię Laura!

– Laura, Laura…Tak, zdaje się, że to jedna z nich. Ich ro­dzi­ce czę­sto u nas pra­cu­ją – do­da­ła bab­cia z miną tak po­waż­ną, jakby znała od pod­szew­ki dzie­ci wszyst­kich są­sia­dów.  

– Ka­rol­ku umów­my się tak, że gdy znowu ją zo­ba­czysz, tę… Laurę, za­proś ją do nas, do we­ran­dy, na szklan­kę le­mo­nia­dy. Dobrze?

– Do­brze bab­ciu.

Do­tknę­ła czoła chłop­ca. 

– Ależ ty je­steś roz­pa­lo­ny, czy źle się czu­jesz?

– Nie – odparł Karol.

– Zaraz bę­dzie obiad – rzekła babcia. – Wię­cej dziś na słoń­ce nie wyj­dziesz! – do­da­ła sta­now­czo.

Wie­czo­rem roz­ma­wiał przez te­le­fon z mamą, opo­wie­dzia­ł jej ze szczegółami o tym dziw­nym spo­tka­niu i o obawach z nim związanych. Chłopiec musiał się przed kimś wygadać, bo im ciem­niej się ro­bi­ło, tym bardziej zdzi­wie­nie ustę­po­wa­ło miej­sce stra­cho­wi.

– Karol, jeśli znów spo­tkasz ja­kie­goś dziw­ne­go nie­zna­jo­me­go, zaraz zgłoś to babci – pro­si­ła mama.

Ka­za­ła mu też oddać babci słu­chaw­kę. Roz­ma­wia­ły chwilkę. Nie do­sły­szał tre­ści rozmowy. Bab­cia za­pew­ni­ła, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku i że mama nie musi się ni­czym mar­twić. Wspominała chyba coś o słońcu i o dziecięcej fantazji.

Na­za­jutrz w domu po­ja­wił się Bruno, szcze­niak był po­dob­ny do ma­łe­go wilka. Dzia­dek przy­niósł go ze spół­dziel­ni, spe­cjal­nie dla chłop­ca. Bruno szcze­kał ra­do­śnie, mer­dał ogo­nem wiecz­nie bie­gał i gryzł przy tym co po­pad­nie. Dzia­dek po­wie­dział, Ka­ro­lo­wi: że gdy bę­dzie go kar­mić to już nie od­stą­pi go na krok.

Karol spy­tał – czy może z nim spać.

Dzia­dek nie był za­chwy­co­ny, bo w jego domu tego się nie prak­ty­ko­wa­ło. Bab­cia jed­nak uświa­do­mi­ła mu, że sy­tu­acja jest wy­jąt­ko­wa, bo oto je­dy­ny wnuk bę­dzie miesz­kać z nimi do sierpnia. Dzia­dek więc ustą­pił.

– Ale jak na­bru­dzi bę­dziesz po nim sprzą­tać ka­wa­le­rze! – burk­nął.

Tej nocy Karol spał sam, miał prze­cież to­wa­rzy­sza. Bab­cia zo­sta­wi­ła otwar­te drzwi i świa­tło w ko­ry­ta­rzu. Pa­trzył jak ćmy fur­ko­czą wokół lampy. Bruno był nie­spo­koj­ny, iry­to­wa­ło go coś na dwo­rze. Chłopiec po­ło­żył mu pod łóż­kiem koc, pies za­grze­bał się w nim i za­snął. Karola obu­dzi­ło hu­ka­nie sów. Krzyk­nął – Ba­aaaab­ciu!

Spoj­rzał gdzie jest Bruno, pies znik­nął, po­sła­nie było puste. Hu­ka­nie sów sta­wa­ło się coraz in­ten­syw­niej­sze, nie­mal wi­dział jak ich bez­sze­lest­ne, pie­rza­ste skrzy­dła ude­rza­ły w szyby. Wtedy ją uj­rzał, Laurę. Sie­dzia­ła na łóżku w długiej koszuli nocnej z falbankami, nogi miała podkulone pod brodę i bose stopy, pa­trzy­ła mu w oczy!

– Czy ja śnię? –spy­tał.

– Tak to chyba sen – od­par­ła dziew­czy­na!

– Czy je­steś dziew­czy­ną z są­siedz­twa?

– Za­chi­cho­ta­ła i wy­cią­gnę­ła ku niemu dło­nie, ujął je, były zimne, wręcz lo­do­wa­te…

– Są jak sople lodu te twoje ręce!

Z ust le­cia­ła mu para, ni­czym w mroź­ny po­ra­nek. Pa­trzy­ła mu w oczy, roz­ma­wia­li szep­tem.

– Je­stem taka sa­mot­na, nikt się ze mną nie bawi – oznajmiła dziewczyna!

– Ja mogę być twoim przy­ja­cie­lem? – Nie ukry­wał, że mu się nawet tro­chę po­do­ba!

– Czy znów, jutro bę­dziesz w ogro­dzie? – spytał.

– Tak – od­par­ła.

– Czy zro­bisz mi krzyw­dę?

– Nie, nie mu­sisz się obawiać? – Zapewniła Laura.

– Lauro, czy mogę ci zadać py­ta­nie?

– Tak.

– Czy je­steś du­chem?

Pu­ści­ła ener­gicz­nym ru­chem jego dło­nie.

– Jakim, znowu du­chem? Czy matka nie uczy­ła cię, że du­chów nie ma?

– Prze­pra­szam! Tak mi się jakoś tylko po­wie­dzia­ło.

– To nie mów!

Dziew­czy­na prze­wier­ca­ła go wzro­kiem, jej pod­bró­dek drgał. Sowy biły skrzy­dła­mi w okno, zde­cy­do­wa­nie chcia­ły do­stać się do środ­ka, lada chwi­la szyba pęk­nie i wtedy…Nie chciał my­śleć co się wtedy sta­nie. Dom za­czął się dziw­nie roz­cią­gać, łóżko wi­bro­wa­ło, ze ścian są­czył się okrop­ny odór, po­dob­ny do tego, który pa­no­wał w sy­pial­ni gdzie stała otwarta trumna, sta­wał się coraz in­ten­syw­niej­szy.

– Prze­stań! Czemu mnie stra­szysz? – krzy­czał Karol.

– Prze­pra­szam! Było mi żal, że wczoraj tak szybko odszedłeś a teraz nie mogę już tego za­trzy­mać, ale mo­żesz się prze­cież obu­dzić.

Sowy pró­bo­wa­ły wtar­gnąć do sy­pial­ni. Karol za­ci­snął po­wie­ki wbił pa­znok­cie w ma­te­rac.

– Przyjdź do ogro­du jutro, będę czekała.

Robiło się coraz chłodniej i coraz intensywniej cuchnęło zwłokami. Chłopiec czuł się bardzo źle, myślał że zaraz zwymiotuje. Wtem do po­ko­ju wpadł Bruno i za­czął gło­śno szcze­kać. Sowy nagle od­fru­nę­ły, nie było też Laury a Bruno uja­dał i uja­dał, zwró­co­ny ku oknu. Karol po­czuł nie­przy­jem­ną wil­goć, otwo­rzył oczy.

– Bab­ciu!

Bruno wskoczył na łóżko, zaczął lizać chłopca po buzi, merdał ogonem, raz po raz, jednak czujnie spoglądał w stronę okna, nastawiając uszy.

Na dru­gi dzień bab­cia wy­pra­ła po­ście­le, wy­my­ła ma­te­rac środ­kiem pio­rą­cym. Wy­sta­wi­ła na słoń­ce, na tle bieli po­szew­ki ma­te­ra­ca wid­nia­ła żółta plama.

– Bab­ciu ja nie moczę się w nocy, już od dawna

– Wie­rzę – od­par­ła bab­cia. – Ale jak to się po­wtó­rzy po­je­dzie­my do doktora Łobiana, bo to może być za­pa­le­nie pę­che­rza. Czu­jesz par­cie i pie­cze­nie?

– Nie bab­ciu, nic a nic nie czuję – odparł Karol.

– A więc to pew­nie in­cy­dent, ale trze­ba dmu­chać na zimne, bo u nas za­pa­le­nia pę­che­rza są ro­dzin­ne.  

Na­za­jutrz po­szedł do ogro­du, był z nim Bruno. Nie spo­tkał Laury i jakoś nie miał ocho­ty się huś­tać. Ob­szedł wszyst­ko wo­ko­ło snuł się wśród za­ro­śli, za­czął rzu­cać psu pa­ty­ki. Wciąż zer­kał na huś­taw­kę była pusta. Za pło­tem ter­ko­ta­ły wia­tracz­ki, niebo się chmu­rzy­ło. W ko­lej­nych dniach rów­nież nie spo­tkał Laury w ogro­dzie, nawet mu się nie śniła. Było pochmurnie i zimno, bab­cia za­bro­ni­ła mu wy­cho­dzić na dwór pew­nie, przez ten pę­cherz. Karol łaził po domu, nie mógł zna­leźć sobie miej­sca, wciąż my­ślał o ogro­dzie, Lau­rze oraz dziw­nym śnie. Lało jesz­cze przez kilka dni w środę zaś wyj­rza­ło słoń­ce, wró­cił też upał.

Był prze­cud­ny ranek. Pachniały rośliny, z lekka szumiały drzewa. Błę­kit­ne niebo kon­tra­stowało wdzięcznie z zie­le­nią. Kro­ple rosy od­bi­te od pro­mie­ni słoń­ca lśni­ły ni­czym dia­men­ty. Cie­szył się, nawet że bab­cia za­bro­ni­ła mu wychodzić z domu bez gu­mo­wych ka­lo­szy, było sporo wil­go­ci, buty miał­by zaraz mokre i z peł­no­ścią za­szko­dzi­ło by to jego zdro­wiu. Nie­śmia­ło li­czył na spo­tka­nie z dziw­ną nie­zna­jo­mą. Z jed­nej stro­ny fa­scy­no­wa­ła go a z dru­giej prze­ra­ża­ła per­spek­ty­wa tajemniczej randki w ogrodzie.

Ogród był pusty a huś­taw­ka le­ni­wie bu­ja­ła się na wie­trze. Pod­szedł i usiadł na niej, odbił się no­ga­mi i wkrót­ce szy­bo­wał tuż pod ko­ro­ny drzew. Za­ba­wa ode­gna­ła wszel­kie stra­chy i obawy. Nie wie­dzieć kiedy mi­nę­ło po­łu­dnie, hen w od­da­li echo nio­sło po­la­mi dźwięk dzwo­nów na „Anioł Pań­ski”. Po­czuł in­ten­syw­ny i krę­cą­cy w nosie za­pach kwia­tów, ktoś stał za jego ple­ca­mi.

– Bruno? Pie­sku je­steś tam? – Pra­gnął w głębi duszy by to nie był Bruno.

Ob­ró­cił głowę, Laura stała ra­do­sna w bia­łej su­kien­ce, pa­trząc mu pro­sto w oczy.

Uśmiech­nął się i spytał:

– Czy je­steś dziew­czy­ną z są­siedz­twa?

– Tak, miesz­kam nie­da­le­ko – od­par­ła Laura.

– Jak się na­zy­wa­ją twoi ro­dzi­ce?

– Wanke.

– Ile masz lat?

– Trzy­na­ście.

– Ja w lutym skoń­czę dwanaście.

Laura wskazała gestem huśtawkę.

– Czy mogę? – spytała .

– Ależ proszę, nie krępuj się – odparł Karol nonszalancko.

Dziew­czy­na z gracją usia­dła na huśtawce.

– Roz­bu­jaj mnie – poprosiła Laura!

– Lauro, kiedy ty wła­ści­wie we­szłaś do ogro­du, nie za­uwa­ży­łem cię – spytał Karol ?

– Trze­ba było pa­trzeć – za­chi­cho­ta­ła. – Wiesz… prze­pra­szam cię za tamtą noc. Nie chcia­łam ci zro­bić krzyw­dy, jakoś tak wy­szło, od dawna nie roz­ma­wia­łam z nikim w po­dob­nym wieku. Byłam też trochę na ciebie zła, że tak szybko odszedłeś.

– Co! – krzyknął chłopiec odskakując od huśtawki jak oparzony. – Wiesz o moim śnie? – Nie ro­zu­miem, jak mo­żesz znać moje sny? – Cof­nął się blady.

Laura zastopowała huś­taw­kę no­ga­mi. Trzy­ma­ła w rę­kach łań­cu­chy, in­ten­syw­nie wpa­trując się w oczy chłop­ca.

– A więc jednak je­steś du­chem lub de­mo­nem, bo wcho­dzisz w sny innych ludzi!

Dziew­czyn­ka prze­sta­ła się uśmie­chać jej twarz ro­bi­ła się smut­na oczy stały się szkli­ste.

– Nie od­cho­dzić pro­szę! – szep­nę­ła dziew­czy­na. Wi­dząc jak on za­czął się po­wo­li wy­co­fy­wać w stro­nę bram­ki, nie spusz­cza­jąc jej z oczu.

– Ja na­praw­dę prze­pra­szam – powtórzyła zrezygnowanym głosem!

Karol bardzo chciał odejść, jednak coś go trzymało i nie były to ani czary ani duchy. Zo­stał, bo czuł, że powinien, nie opuszcza się przecież dam w potrzebie. Nie zmie­nia to jednak faktu, że Laura nie była nor­mal­ną dziew­czy­ną z są­siedz­twa, zatem Karol postanowił w duchu mieć się na bacz­no­ści.  Sie­dzie­li tak w mil­cze­niu na sie­dzi­sku huś­taw­ki. Karol zdo­był się wresz­cie na od­wa­gę i przed­sta­wił dziew­czy­nie wymyślone na poczekaniu ul­ti­ma­tum.

Rzekł pod­nio­słym tonem:

– Albo mi zaraz po­wiesz co tu ro­bisz i kim je­steś, albo odej­dę i nigdy nie prze­kro­czę już bramy ogro­du. Za­ro­śnie znowu chwa­sta­mi!

Dziewczyna milczała, wzrok miała wbity w ziemię, nerwowo tarła butem o but.

– Idę – krzyknął chłopiec, po czym wstał i osten­ta­cyj­nie zro­bił krok w kie­run­ku bram­ki.

– Nie! Po­cze­kaj Karol… Po­słu­chaj! – krzyknęła dziewczyna.

– Nie wiesz czego żądasz, nie bę­dzie to na­praw­dę nic pięk­ne­go.

– Mam to gdzieś – odparł chłopiec, czując że powoli dopina swego. – Idę do babci i wszyst­ko jej po­wiem! – od­rzekł sta­now­czo.

– Do­brze…

– Słu­cham?  

– Już do­brze. – Dziew­czy­na spu­ści­ła wzrok ku ziemi. – Usiądź koło mnie i za­mknij oczy.

– Stary co ty najlepszego wyprawiasz? – Karol bił się w duchu z własnymi myślami. Jednak ciekawość i niewątpliwy urok Laury wzięły górę. Chłopiec z oba­wa­mi usiadł na brze­gu drew­nia­ne­go sie­dzi­ska. Znów czuł in­ten­syw­ny, wręcz odurzający za­pach malin.

– Twoje po­ja­wie­nie w ogro­dzie spra­wi­ło, że za­czę­łam pa­trzeć, czuć sły­szeć, ro­zu­mieć –szepnęła dziewczyna.

– Jak to? – spytał Karol.

Nad ich głowami, zaroiło się od kolorowych motyli, jakby wabił ich słodki, wszechobecny zapach. Trzepotały skrzydłami, delikatnie muskając siedzących. Dzieci powoli bujały się na szerokiej dece.

– Nie umiem tego wy­ra­zić sło­wa­mi – odparła Laura. – Jeśli chcesz pokaże ci. Weź mnie za rękę.

Chłopiec z przestrachem spojrzał na dziewczynę, czuł że oblewa się krwawym rumieńcem. 

– Weź! – krzyk­nę­ła hi­ste­rycz­nie, a jej głos jakby uwiązł gdzieś wysoko, wibrując w koronach drzew, płosząc ptaki do lotu. Nie­śmia­ło ujął jej dłoń, była cie­pła i delikatna, ni­czym nie przy­po­mi­na­ła tego upio­ra ze snu.

– Ści­śnij mocno, nie pusz­czaj choć­by nie wiem co – odparła.

Karol po­czuł ukłu­cie, zo­ba­czył struż­kę krwi ciek­ną­cą po pal­cach swo­ich i Laury, krzyk­nął, chciał pu­ścić i biec do domu. Nie mógł. Jego dłoń jakby prze­ro­sła do dłoni dziew­czyn­ki.

– Co mi ro­bisz, prze­stań, puść mnie!

Nie do­koń­czył, jej twarz i oto­cze­nie zmęt­nia­ło. Cały ogród się zmie­niał drze­wa kur­czy­ły się, roz­cią­ga­ły, zmie­nia­ły ko­lo­ry, były inne, jedne stare, ro­so­cha­te dru­gie młode i kwit­ną­ce. Inne.

Grupa sta­ro­mod­nie ubra­nych, dziw­nie ucze­sa­nych dzie­ci: trzy dziew­czyn­ki i dwoje chłop­ców w jego wieku bie­gła do stud­ni, roz­ma­wia­li po nie­miec­ku. Wy­glą­da­li jak na sta­rych fil­mach: krót­kie spoden­ki, szel­ki, ko­szu­le, ma­ry­nar­ki, falbaniaste su­kien­ki i fartuszki. Trze­cią naj­wyż­szą z dziew­czy­nek była Laura. Po­biegł do niej za­wo­łał po imie­niu! Mimo, że stał tuż obok i krzy­czał, nie zwra­ca­ła na niego uwagi.

– Lauro! – Szarp­nął ją za bu­fia­sty rękaw sta­ro­mod­nej bluz­ki, jed­nak jego palce tra­fi­ły w próż­nię, przenikały na wylot przez ma­te­riał, jakby był wykrojony z wody. Czuł tylko lekki opór, nie­wi­dzial­ną po­dusz­kę, coś jak sty­ka­nie się ma­gne­sów o tym samym bie­gu­nie. Dziew­czy­na rów­nież przy­sta­nę­ła, za­czę­ła oglą­dać się z sie­bie

– Was ist los? ist das du, Rudi…?

Chło­piec bie­gną­cy za nią wzdry­gnął ra­mio­na­mi i po­pu­kał w czoło. Karol po­sta­no­wił już ni­ko­go nie do­ty­kać, wolał pa­trzeć. Dzie­ci do­bie­gły do stud­ni. Spu­ści­ły grubą linę z po­wią­za­ny­mi su­pła­mi i za­czę­ły ko­lej­no zsu­wać się do stud­ni. Karol stał i pa­trzył jak do­ty­ka­ły sto­pa­mi su­che­go dna. Chło­piec, który zszedł jako pierw­szy za­pa­lił lampę naf­to­wą, zro­bił krok i znik­nął z pola wi­dze­nia, resz­ta dzie­ci uczy­ni­ła to samo. Karol pa­trzył jak oniemiały. W ścia­nie stud­ni mu­sia­ła być wnęka, grota, jakaś stara piw­ni­ca. Sły­szał ich stłu­mio­ne głosy, roz­ma­wia­li w głębi. Po około piętnastu mi­nu­tach za­czę­li kolejno wyłaniać się z otworu. Cała piąt­ka zręcz­nie wspię­ła się po su­płach liny, sam by pew­nie nie wykonał tak ekwilibrystycznego wyczynu. Kie­dyś trenowali takie wspi­na­czki na wf-ie, pa­mię­tał, że jego kla­sie szło to strasznie nie­zdar­nie. Te dzie­ci musiał być nie­źle wy­spor­to­wa­ne.

Przy­wią­za­ną do stud­ni linę, Rudi za­ma­sko­wał w buj­nie ro­sną­cym blusz­czu. Rzucił jeszcze na wierzch kilka świeżo ściętych gałęzi, dla niepoznaki.

Nagle w oczach Karola ogród za­czął męt­nieć, roz­pły­wać się. Teraz była wcze­sna wio­sna, roz­to­py. Mur ce­gla­ny ogro­du był w kilku miej­scach znisz­czo­ny. Cegły i ka­mie­nie wa­la­ły się w wiel­kiej ster­cie. Za pło­tem, na go­ściń­cu krzą­ta­li się lu­dzie: męż­czyź­ni – głów­nie star­cy, ko­bie­ty, dzie­ci. Kil­ku­dzie­się­cio­oso­bo­wa grupa, pa­ko­wała do­by­tek na wózki. Spie­szy­li się. Karol ­szedł w ich stro­nę, sta­nął w bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Stary pa­stor coś wołał w stronę ko­biet, jedna z ich po­bie­gła do domu przy­nio­sła wiel­ki pa­ku­nek, druga po­na­gla­ła grupę dzie­ci. Wśród nich rozpoznał troje z pod stud­ni, była tam też  Laura. Od stro­ny wsi ścią­ga­ło coraz wię­cej wóz­ków i wozów kon­nych. Lu­dzie bar­dzo się spie­szy­li.

Nagle roz­legł się rozdzierający i spa­zma­tycz­ny wrzask, to krzy­cza­ła jedna z ko­biet. Lu­dzie ob­ró­ci­li się w jej stro­nę. Zaczęły ujadać psy. Po bru­ko­wa­nej dro­dze na nie­wiel­kiej skar­pie to­czył się ko­ło­wy, wy­so­ki i chudy po­jazd opan­ce­rzo­ny z ru­cho­mą wie­życz­ką i na­ma­lo­wa­ną wiel­ką, czer­wo­ną gwiaz­dą. Za nim ter­ko­ta­ła za­byt­ko­wa cię­ża­rów­ka rodem z fil­mów wo­jen­nych. Po­jaz­dy za­trzy­ma­ły się. Z cię­ża­rów­ki wy­ska­ki­wali żoł­nie­rze. Cy­wi­le za­czę­li się cofać i zbi­jać w kupę. Sły­chać było stłumione krzy­ki i pła­cze, szcze­ka­nie psów i rże­nie koni. Żoł­nie­rze zwlekli się z paki. Pan­cer­ka ru­szy­ła w dół po skar­pie w stro­nę cywili, a za nią po­wo­li scho­dzi­li piechurzy.  Ludzie co­fa­li się. Pa­stor starał się uspakajać tłum. Wykrzywiał usta w udawanym śmiechu, wykonywał przy tym tonujące gesty dłońmi, kierując je ku ziemi z rozwartymi paacami, niczym dyrygent wyciszający orkiestrę. Trochę poskutkowało, bo ludzie przestali się cofać. Spokojnym, acz stanowczym głosem starzec wydał polecenie jednej z kobiet, która zaraz podbiegła do grupki dzieci i objąwszy je szeroko ramionami spychała na tyły, za plecy dorosłych i ścianę furmanek. Duchowny w pokojowym geście pod­niósł rękę do nad­cho­dzą­cych żołnierzy. Wy­szedł przez tłum. Chciał porozmawiać z wąsatym oficerem, który właśnie wyjrzał z wieżyczki. Starzec coś wołał po ro­syj­sku. Wóz pan­cer­ny usta­wił się bo­kiem do cy­wi­li, koła zamieliły w błocie i zatrzymały się. Żoł­nie­rze zdą­ży­li już zejść ze skar­py. Lu­dzie za­mar­li w bezruchu.

Nagle bez jakiegokolwiek ostrzeżenia po­jazd otwo­rzył ogień. Pa­stor padł tra­fio­ny pierw­szą serią. Żoł­nie­rze ru­szy­li na bez­bron­ny tłum. Lu­dzie rozpierzchli się w popłochu. Ucie­ka­li, pa­da­li na zie­mię, chowali się za furmankami. Było pełno krwi dymu i krzyków, bie­gną­cy żoł­nie­rze też otwo­rzy­li ogień z ręcz­nych ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych. Karol znał ich nazwę, to były pe­pesz­ki. Wszę­dzie słyszał huk wy­strza­łów i świst kul. Chłopiec czuł jak po­ci­ski prze­la­ty­wa­ły przez jego tors, ra­mio­na, głowę, były jak nie­win­ne mu­śnię­cia wia­tru. Kulił się od­ru­cho­wo, był prze­ra­żo­ny. Szu­kał Laury, bał się że leży wśród tych dzie­sią­tek zmasakrowanych ciał ludzi i zwierząt. Nagle ją dostrzegł – żywą. Bie­gła za chłop­cem z pod stud­ni. Domyślił się, że kierowali się do wyrwy w murze. Nie bacząc więc na eteryczne pociski puścił się za parą uciekinierów.

Nagle poczuł subtelne, nawet przyjemne dotknięcie, płynące jakoś z wewnątrz z samych trzewi. Coś jakby skrzydło motyla musnęło delikatnie jego rdzeń kręgowy. Zobaczył pocisk dużego kalibru, wystrzelony z działka pancerki, który przenika go na wylot, nie czyniąc najmniejszej krzywdy. Pocisk przeleciał przez brzuch Karola dosięgając biegnącego przed nim chłopca. Potem drugi i trzeci świsnął koło ucha. Rudi padł na wznak. W plecach miał ogromną, krwawą dziurę. Broczył krwią, podkulił nogi pod brzuch i tak zastygł. Laura za­czę­ła go szar­pać za ramiona, po chwi­li ro­zu­miała. Zo­sta­wi­ła le­żą­ce zwło­ki, ru­szy­ła ku wy­rwie. Wszę­dzie świ­sta­ły kule. Karol biegł za nią, chcąc ją zasłonić, nie mógł. Uczynił to sam ogród, uła­mek se­kun­dy po tym jak dziew­czy­na zni­knęła w wyrwie. Seria z wie­życz­ki wozu pan­cer­ne­go, ścię­ła młode drze­wo, tuż za załomem. Od ude­rze­nia kul drze­wo roz­pa­dło się w drob­ne drza­zgi. Karol za­marł, kule które przyjął młody pień prze­zna­czo­ne były dla dziew­czy­ny.

Laura pędziła co sił w no­gach. O dziwo nikt jej nie ści­gał. Widać So­wie­ci za­ję­ci byli do­bi­ja­niem cywilów i plą­dro­wa­niem ich do­byt­ku. Ka­ro­la in­te­re­so­wa­ła jednak tylko dziewczyna. Pa­trzył jak do­pa­dła stud­ni, zrzu­ci­ła linę, nie­mal po niej zje­cha­ła, wpa­dła po szyję w wodę, po­cią­gnę­ła linę za sobą. Zanurkowała. Domyślił się, że próbowała ukryć linę. Chyba ob­cią­ży­ła ją pod wodą jakimiś przedmiotami, nagle wynurzyła się znikając w cze­lu­ściach otworu. Strza­ły i nie­ludz­kie jęki po­wo­li ci­chły. Karol stał tak przy stud­ni nie mając śmia­ło­ści zaj­rzeć za mur.

Wtem kil­ko­ro żoł­nie­rzy prze­kro­czy­ło gra­ni­cę ogro­du, wy­glą­da­ło że szu­ka­li nie­do­bit­ków. Star­szy stop­niem kazał ge­stem dwóm innym spe­ne­tro­wać ogród, sam zo­stał przy wy­rwie. Za­czął krę­cić pa­pie­ro­sa z bi­bu­ły. Jeden z żołdaków pod­szedł do stud­ni, zaj­rzał i ziew­nął, podniósł z ziemi kamień i rzucił z pluskiem. Rów­nież wy­cią­gnął ma­chor­kę. jego ko­le­ga szedł z pe­pe­szą wzdłuż ścia­ny zarośli, cze­sał krza­ki lufą, pod­śpie­wu­jąc coś pod nosem. Po dłuż­szej chwi­li obaj żoł­nie­rze po­de­szli do do­wód­czy, zło­ży­li mel­dun­ki. Ten kazał im chyba wra­cać do od­dzia­łu, sam zo­stał przez chwi­lę w ogrodzie wpa­tru­jąc się w zielony gąszcz. Za­cią­gnął się dymem, ob­ró­cił się na pię­cie i znik­nął w wy­rwie. Karol cały dy­go­tał, gdy obraz za­czął rzed­nąć, roz­pły­wać się.

Znów sie­dzieli z Laurą na huś­taw­ce, śpie­wa­ły ptaki. Pu­ści­ła jego dłoń, spoj­rzał na za­schnię­tą krew, dziew­czy­na trzy­ma­ła w ręku świe­żo ze­rwa­ną róże z ogro­du w dłoni chłop­ca tkwił cierń.

-To ty…?

– Ciiiii! – Po­ło­ży­ła mu palec na ustach.

Chłopiec był blady, cały się trząsł. Laura mil­cza­ła, sie­dząc na huś­taw­ce kre­śli­ła coś butem po tra­wie. Gdy się nieco uspo­ko­ił zadał dziewczynie pytanie:

– Je­steś Niem­ką, praw­da? Miesz­ka­łaś tu. Skąd znasz mój język?

Dziew­czy­na miała spusz­cza­ną głowę, chyba pła­ka­ła, jednak starała się ukryć łzy. Chło­piec pojął, że zbyt emo­cjo­nal­nie za­re­ago­wał, nie­sto­sow­nie do oko­licz­no­ści. Był dość mądry jak na swój wiek, wie­dział że jest świad­kiem rze­czy metafizycznych, prze­kra­cza­ją­cych da­le­ce pojmowanie śmier­tel­ni­ka a co do­pie­ro je­de­na­sto­lat­ka. Sy­tu­acja wy­ma­ga­ła opa­no­wa­nia, bo w głębi duszy czuł, że aku­rat nie on tu jest ofia­rą.

– Prze­pra­szam, od­rze­kła Laura ła­ma­nym gło­sem, tylko tak mo­głam ci po­ka­zać kim je­stem. Wiesz przed twoim przy­by­ciem ni­cze­go nie czu­łam, czasu, po­wie­wu wia­tru za­pa­chu kwia­tów, bólu ani ra­do­ści, kiedy się po­ja­wi­łeś wszyst­ko od­ży­ło, po­czu­łam cie­pło, ra­dość i szczę­ście

– Ale jak ?

– Sama nie wiem. Wtedy kiedy przy­szli żoł­nie­rze bar­dzo się bałam, bałam o życie swoje i mojej mamy. Sły­sza­łam jej krzyk, jesz­cze bar­dzo długo ze stud­ni po­śród tylu innych krzy­ków, naj­moc­niej sły­sza­łam ten jeden, nie­ludz­ki sko­wyt, potem wszyst­ko uci­chło. Tamci ode­szli. Pró­bo­wa­łam wspi­nać się, nie po­tra­fi­łam za­cze­pić liny. Upa­dłam raz po raz do wody. Przy trze­ciej pró­bie, pod­czas upad­ku ska­le­czy­łam się w nogę, strasz­nie krwa­wi­ło. Rudi zo­sta­wił w na­szym schro­nie woj­sko­wy płaszcz taty. To z jego poszew­ki zro­bi­łam opa­tru­nek, bar­dzo bo­la­ło. W nocy przy­szła go­rącz­ka, byłam cała roz­pa­lo­na, gdy wsta­ło słoń­ce wo­ła­łam, nikt mnie nie sły­szał. Bar­dzo osła­błam, nie mo­głam już po­dejść do lu­stra wody by się choć napić. Le­ża­łam tylko w sta­rej ko­mór­ce w któ­rej, lu­dzie prze­cho­wy­wa­li niegdyś wino. Dzień, noc śni­łam na jawie. Przy­cho­dzi­li do mnie mama, kuzyn Rudi, moi przy­ja­cie­le. Opo­wia­da­li jak do­brze im w nie­bie. Pro­si­łam by za­bra­li mnie ze sobą, nie słu­cha­li a było mi tak zimno. Szczę­ka­łam zę­ba­mi. Moje oczy przy­zwy­cza­jo­ne do mroku do­strze­ga­ły i za­pa­mię­ty­wa­ły każdy szcze­gół w wą­tłym świa­teł­ku z otwo­ru. Wokół zwi­sa­ły dłu­gie ko­rze­nie drzew, prze­bi­ły skle­pie­nie piw­nicz­ki ich ma­syw­ne splo­ty wiły się, nie­mal cze­pia­ły mych wło­sów.

I wtedy ogród do mnie prze­mó­wił:

– Ty! Lauro Wanke – usły­sza­łam, bar­dzo cichy i mięk­ki szept w gło­wie. – Lauro…

– Kim je­steś? – spytałam.

– Prze­cież wiesz –odrzekł głos – Czy chcesz bym cię prze­mie­nił ?

– W co mam się prze­mie­nić?

– Spra­wię, że nie umrzesz –wyjaśnił.

– Będę żyć wiecz­nie? – spytałam głosu.

– Tego nie po­tra­fię uczynić, ale mogę cię ura­to­wać –odrzekł głos.

Ko­rze­nie wiły się i wy­krę­ca­ły oplo­tły me ręce i szyje, czu­łam jak otulają mnie coraz cia­śniej i cia­śniej jak kokon. Czułam intensywny zapach żywicy i próchnicznej gleby.

– Bę­dzie­my razem na za­wsze – szep­tał głos w gło­wie – nie umrzesz.

– Czy zo­ba­czę się z mamą i z tatą, który nie wró­cił z wojny – spytałam?

– Kie­dyś się z nimi może spo­tkasz, ja tego nie po­tra­fię za­gwa­ran­to­wać, mogę je­dy­nie spra­wić byś nie umar­ła. A to może stać się lada mo­ment. Czy zda­jesz sobie z tego spra­wę?

– Jeśli umrę pójdę tam gdzie jest teraz moja mama i Rudi, gdzie trafi mój tata, moje przy­ja­ciół­ki.

– Tego też nie po­tra­fię ci za­gwa­ran­to­wać, mogę jed­nak spra­wić byś to prze­ży­ła? Czy tego właśnie chcesz? Zro­zum Lauro Wanke, bez twej zgody nie mogę nic uczy­nić. Spiesz się bo czuje każ­dym ko­rze­niem jak życie z cie­bie ucho­dzi. Czy chcesz bym cię prze­mie­nił? – spytał ponownie głos.

Sła­błam, już pra­wie nie czu­łam zimna, me usta nie mogły wy­mó­wić słowa, ła­pa­łam z tru­dem po­wie­trze, ostat­kiem sił wy­szep­ta­łam:

– Więc mnie prze­mień…

Po­ucza­łam wtedy jak ko­rze­nie sil­niej opla­ta­ją me ciało, wy­peł­za­ły ze­wsząd ni­czym węże, unio­sły mnie ponad wilgotną po­sadz­kę. Nie czu­łam zimna ani bólu. Czu­łam tylko jak wzno­szę się wy­so­ko, bie­gnę splo­ta­mi ko­rze­ni sta­rych drzew, czuję każdy bez­list­ny konar, chłód i wil­goć ziemi, piję wodę, ona jest ży­ciem, piję całym cia­łem. Sta­łam się ogro­dem. Ogród speł­nił to co obie­cał, moja świa­do­mość prze­ży­ła w tych ko­na­rach ło­dy­gach i li­ściach. Spa­łam bez­na­mięt­nie każdą zimę, wio­sną bu­dzi­łam się do życia, od­ży­wa­łam w kwia­tach i zie­lo­nych pą­kach. Czu­łam jak psz­czo­ły za­py­la­ją moje kwia­ty a wiatr cze­sze me li­ście. Przy­cho­dzi­ły lata i zimy, dla mnie były ni­czym mgnie­nie oka. Wtedy po­ja­wi­łeś się ty – spra­wi­łeś, że znów mo­głam usiać na huś­taw­ce, po­czuć pęd wia­tru we wło­sach. Spoj­rzeć w oczy dru­gie­go czło­wie­ka. Zna­łam twój język Karol, jak każde miej­sco­we dziec­ko, byłam dwu­ję­zycz­na, każ­dym wła­da­łam płyn­nie.

Chłopak pa­trzył na twarz Laury w jej in­ten­syw­nie błę­kit­ne oczy, do­strzegł w nich strach, obawę zmę­cze­nie. Ro­zu­miał co prze­ży­ła i jak wiele mu­sia­ła wy­cier­pieć. I wtedy jej obie­cał. Obiecał, że nigdy nie wspo­mni już o tam­tych chwi­lach, że nigdy nie spyta, nie spró­bu­je zro­zu­mieć!

Przy­jeż­dżał każ­de­go lata, sia­dy­wa­li na huś­taw­kę roz­ma­wia­li. Dziad­ko­wie wi­dzie­li gdzie wnuk bywa ca­ły­mi go­dzi­na­mi, trak­to­wa­li to jako dzi­wac­two, nie po­zna­li nigdy jego se­kre­tu. Być może tłu­ma­czy­li to spe­cy­ficz­ną, me­lan­cho­lij­ną na­tu­rą Ka­ro­la. Wie­dzie­li na­to­miast, że kocha ten ogród. Dziadek obserwował ukradkiem, jak chłopak wy­ry­wa chwa­sty, sadzi ro­śli­ny, na­wo­zi i przy­ci­na krze­wy róż. Ogród od­wdzię­czył się mu buj­no­ścią i pięk­nem. Dzia­dek, rol­nik z krwi i kości, wi­dząc na­mięt­ność wnuka obie­cał, że namówi babcie by przepisała Karolowi ogród w te­sta­men­cie, bę­dzie na­le­żeć do chłop­ca po ich śmier­ci.

Karol dzie­lił się z Laurą wia­do­mo­ścia­mi ze szko­ły z życia, roz­ma­wia­li go­dzi­na­mi. Była ciekawa świata, wydarzeń dnia powszedniego oraz historii współczesnej. Tłumaczyła chłopcu jak ona postrzegała wtedy świat i jak dalece owo postrzeganie różniło się od dnia dzisiejszego. Dziewczyna nigdy wię­cej nie przy­szła do niego we śnie w tam­ten straszny spo­sób, nie zmą­ci­ła jego spo­ko­ju. Oboje o siebie dbali. Czuł, że sta­ra­ła się być mu przy­ja­ciół­ką i po­wier­ni­czą ca­łe­go chło­pię­ce­go życia. Z roku na rok Karol męż­niał i prze­sta­wał być dziec­kiem. 

Chłopak nieśmiało wierzył, że on i Laura, mogli by kiedyś w jakiś sposób być razem, jak chłopak z dziewczyną. Czuł, że Laura też by tego chciała. Choć dzieliły ich czas i przestrzeń. Naj­strasz­niej­sze było jed­nak to, co oboje wie­dzie­li i czuli, choć nikt im tego nigdy nie po­wie­dział. Im bar­dziej Karol sta­wał się męż­czy­zną a wiek jego i Laury za­czął się roz­mi­jać. Po­stać dziew­czy­ny dziw­nie ble­dła, gi­nę­ła sta­wa­ła się nie­sta­bil­na. Czuł, że od­cho­dzi. W wieku lat szes­na­stu wi­dział ją już tylko w peł­nym słoń­cu, naj­bar­dziej ża­ło­wał, że nie mógł pa­trzeć w jej in­ten­syw­nie błę­kit­ne oczy. Oboje to bar­dzo prze­ży­wa­li. Za­ni­ka­ła dzień po dniu jak po­ran­na bryza, po­wo­li sta­pia­ła się w zie­le­nią ogro­du.

Kiedy skoń­czył osiemnaście lat po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek. Wówczas wi­dział ją po raz ostat­ni. W po­łu­dnio­wym słoń­cu za­mi­go­ta­ły jej krwi­ście rude loki, po czym zni­knęła. Ruch huś­taw­ki ustał. Laura była w ogro­dzie, czuł jej obec­ność całym sobą, wie­dział że stoi tuż obok. Tego odczucia aku­rat nikt im ode­brać nie mógł.

Ob­ra­zy jakie po­ka­za­ła mu Laura wpły­nę­ły mocno na życie mło­de­go męż­czy­zny. Karol, po ma­tu­rze wbrew woli ro­dzi­ców wstą­pił do aka­de­mii woj­sko­wej. To był świa­do­my wybór, po­dyk­to­wa­ny chę­cią obro­ny nie­win­nych. Tak to sobie tłu­ma­czył i to stało się mot­tem jego dal­szych ży­cio­wych de­cy­zji. Nawet w szko­le ofi­cer­skiej tra­dy­cyj­nie przy­jeż­dżał do dziad­ków na wa­ka­cje, cho­dził po ogro­dzie nie wi­dział i nie sły­szał już Laury ale wciąż w jakiś nie­zna­ny sobie spo­sób czuł jej obec­ność. Chłopak ufał, że ona czuje podobnie i że jest bli­sko a ich wy­mia­ry w końcu się zejdą.

Dzia­dek w nie­obec­ność wnuka, wy­re­mon­to­wał wa­lą­ce się bu­dyn­ki zagrody ciot­ki Heli. Po latach służby Karol ode­brał pa­tent ofi­cer­ski. Później po­wie­rzo­no mu do­wódz­two kom­pa­ni. Rzad­ko już bywał w Roz­dro­żach. Brał udział w misjach pokojowych NATO na bliskim wschodzie.

W dniu gdy otrzy­mał od dowódcy ka­pi­tań­skie szli­fy, po udanej akcji odbicia zakładników urżnął się z kolegami w kantynie. Zasnął przy stole. Koledzy zawlekli go do pokoju. Sam niejednokrotnie robił to dla nich. Tak tam odreagowywano stres. Tej nocy przyśnił mu się dziadek, stał w bramie do ogrodu uśmiechał się, coś do niego mówił, zachęcał do wejścia w zielone podwoje.

Karol obudził się wtedy w środku nocy, wyszedł przed barak. Wiał nocny, pustynny wiatr. W bazie panował spokój. Na betonowych wałach obłożonych workami z piaskiem, mocne reflektory omiatały okoliczne wydmy. Sklepienie niebieskie kipiało od gwiazd. Otulił się szczelnie płaszczem. Czuł, że coś się wydarzyło.

Nazajutrz do­stał od matki wia­do­mość o śmier­ci dziad­ka, czuł że odej­dzie, wszy­scy to wie­dzie­li, dzia­dek długo i bo­le­śnie cho­ro­wał. Żałował, że nie mógł przyjechać na pogrzeb do Rozdroży. Był przecież tysiące kilometrów od domu. Dopiero po dwóch miesiącach mógł wrócić do kraju i stanąć nad grobem dziadka.

Wcześniej Karol sam otarł się o śmierć, gdy wóz dowodzenia wjechał na minę pułapkę, zastawioną przez ekstremistów. Na szczęście skończyło się na kilku paskudnych bliznach na twarzy. Jego kierowca nie miał tyle szczęścia – wrócił do domu w trumnie. Po tym wydarzeniu które, zresztą szeroko komentowały media, dowództwo odesłało Karola do domu. Wrócił jako bohater.

 Gdy stanął w drzwiach z walizką, matka widząc pokancerowaną twarz syna objęła go mocno zanosząc się szlochem. Po paru dniach rodzinnie stawili się u notariusza. Czekano z tym na powrót Karola z misji. Dzia­dkowie zgod­nie z obiet­ni­cą po­da­ro­wali wnukowi ogród wraz z za­bu­do­wa­nia­mi. Go­spo­dar­stwo zaś sprze­da­no.

Sę­dzi­wa bab­cia za­miesz­ka­ła z sy­no­wą i synem, który wró­cił osta­tecz­nie z pla­ców­ki za­gra­nicz­nej. Oj­ciec Ka­ro­la w wieku przedemerytalnym, przy­jął po­sa­dę urzęd­ni­czą w mie­ście.

Pewnego dnia Babcia opowiedziała Karolowi, wzruszająca historię, jak to dziadek aż do śmierci trzymał blisko łóżka zdjęcie, które wnuk zrobił sobie w pełnym rynsztunku z kolegami, na pustynnych wydmach. Po tych słowach żołnierz mimo, że wiele widział z trudem tłumił płacz a łkanie same cisnęło się do gardła.

Mi­ja­ły lata, wcze­sną je­sie­nią, kiedy woda za­czę­ła wy­peł­niać stud­nię w Rozdrożach, lekko szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna około czter­dzie­stki, po­chy­lił się nad jej tonią. De­cy­zja o przy­jeź­dzie była spon­ta­nicz­na i nie­pla­no­wa­na. Po pro­stu wsko­czył do sa­mo­cho­du i po dwóch go­dzi­nach jazdy był na miej­scu. Mu­siał się napić, od powrotu z misji sporo pił. Bar­dzo chciał się zalać, tego wie­czo­ru w domku ciotki Heli. Przed osiemnastą zdą­żył jesz­cze kupić bu­tel­kę w miej­sco­wym skle­pi­ku. Roz­dro­że za­wsze dzia­ła­ło na niego jak bal­sam. Tylko naj­bliż­si wie­dzie­li gdzie zni­kał nie­po­strze­że­nie na dłu­gie dni! Karol odreagowywał kolejny, nieudany związek. Jakoś nie mógł znaleźć swojej drugiej połowy. Kobiety przelatywały przez jego życie niczym wybuchające pociski, jasne i gorące szybko się wypalały.

Za­mknął swego „Grand Che­ro­kee” w obórce, za­ry­glo­wał bramę. Usiadł na we­ran­dzie. Na­peł­nił szklan­kę. Pił aż za­snął. Obu­dził go chłód i roz­gwież­dżo­ne, smo­li­ste niebo. Ze­rwał się lekki wiatr. Otu­lił się płasz­czem jak wtedy na pustyni. Za­czął od­czu­wać już zimno – z wolna trzeź­wiał. Droga Mlecz­na ki­pia­ła na nie­bo­skło­nie.

Wiatr nagle z ogrom­ną siłą ude­rzył w ga­łę­zie drzew, li­ście szu­mia­ły sma­ga­ne po­ry­wi­stym po­wie­wem. Wpa­try­wał się w ciem­ność. W oddali ma­ja­czył zarys stud­ni. Otu­lił się jesz­cze szczel­niej kocem i chwiej­nym kro­kiem pod­szedł do zie­ją­ce­go czer­nią otwo­ru. Li­czył, że choć od­czu­je jej obec­ność. Po­czuł tylko chłód bi­ją­cy z dołu. Wró­cił do domu po­ło­żył się tak jak stał. Za­snął. Obu­dził go pro­mień słoń­ca i brzęk much. Cały pokój był w nim ską­pa­ny. Naj­więk­sze z okien domku ciot­ki Heli wy­cho­dzi­ło wła­śnie na wchód. Zmru­żył oczy, w smu­gach uno­szą­cych się dro­bi­nek kurzu, po­ły­sku­ją­cych w świe­tle ni­czym mi­kro­sko­pij­ne lu­ster­ka, do­strzegł przez do­słow­nie uła­mek se­kun­dy zna­jo­mą, uśmiech­nię­tą twarz. Po chwi­li usły­szał cichy szept, cich­szy niż brzę­cze­nie much i ty­ka­nie ze­ga­ra na ścia­nie, który Karol na­krę­cał ile­kroć przy­jeż­dżał do Roz­dro­ża.

-Zna­aajdź mnie!

Choć był późny wrze­sień oblał głowę wia­drem wody ze stud­ni. Ścią­gnął ze ścia­ny bu­dyn­ku go­spo­dar­cze­go starą dra­bi­nę prze­ciw­po­ża­ro­wą, przy­wią­zał do niej linę i spu­ścił w głąb. Czuł nie­po­kój, że łamie obiet­ni­cę którą kie­dyś zło­żył, najświętsze tabu.

Nie było od­wro­tu, dała mu prze­cież jasno do zro­zu­mie­nia czego chce. I on mu­siał to wy­ko­nać – jak w woj­sku! Usły­szał plusk gdy dra­bi­na od­par­ła się o dno stud­ni. Ob­wią­zał się liną w pół. Ostroż­nie do­tknął sto­pa­mi gór­nej belki dra­bi­ny i za­czął po­wo­li scho­dzić po drew­nia­nych szcze­blach . Jak przy­pusz­czał nie było wię­cej niż metr wody. Panował okropny chłód.

Karol za­pa­lił la­tar­kę-czo­łów­kę. Otwór ział czar­ną cze­lu­ścią. Zro­bił krok, potem na­stęp­ny. Dziu­ra prze­cho­dzi­ła w nie­wiel­ki ko­ry­ta­rzyk o ceglanych, prze­pla­ta­nych ka­mie­nia­mi ścianach. Strop po­dziu­ra­wio­ny był ko­rze­nia­mi drzew. Żywa plą­ta­ni­na, tak gęsta, że mu­siał się nie­mal czoł­gać. Wresz­cie uj­rzał przed sobą nie­wiel­kie schod­ki, pro­wa­dzą­ce do wyż­szej kon­dy­gna­cji. Ca­łość mu­sia­ła sta­no­wić cześć ja­kieś pra­daw­ne­go schro­nu, który chro­nił miej­sco­wych przed nie­bez­pie­czeń­stwem. Wspiął się po wil­got­nych scho­dach, aż do miej­sca gdzie strop pękł, prze­bił go ol­brzy­mi ko­rzeń wie­ko­we­go drze­wa. Z ce­gla­ne­go pęk­nię­cia, po roz­ga­łę­zio­nym drew­nie ście­ka­ła woda, struż­ka gi­nę­ła w dziu­rze ka­mien­ne­go kle­pi­ska. Pod ko­na­rem tuż obok uj­ścia wody, uj­rzał szcząt­ki ludz­kie, nie­wie­le z nich już zo­sta­ło, po­zbie­rał je sta­ran­nie do her­me­tycz­ne­go pu­dła, które na tę okoliczność zabrał. Karol sta­rał się wy­zbie­rać wszyst­ko do naj­mniej­sze­go okrusz­ka, zgar­nął też kępki su­chych korzeni i mchu na któ­rym le­ża­ły. Pu­dło wło­żył do ple­ca­ka i wy­szedł na ze­wnątrz.

Zebraną zawartość Karol ostroż­nie przeniósł do drew­nia­nej, ozdob­nej skrzy­nki, którą zna­lazł kie­dyś w domku ciot­ki Heli. Wy­ko­pał dziu­rę tuż obok śla­dów za­mu­ro­wa­ne­go wy­ło­mu ścia­ny ogro­du. Zło­żył tam pu­deł­ko z szcząt­ka­mi Laury, za­sy­pał zie­mią i przy­wa­lił wiel­kim ka­mie­niem, który przy­tur­lał z dru­giej czę­ści ogro­du. Po­stał chwi­lę, zmó­wił w my­ślach mo­dli­twę za jej duszę. Może stała gdzieś w po­bli­żu. Wsiadł do sa­mo­cho­du, je­chał bru­ko­waną drogą, minął Roz­dro­że, do­tarł do szosy. Wtem za­trzy­mał z pi­skiem Jeepa. Sta­nął nie­mal w po­przek. Wrzu­cił wstecz­ny i za­mie­lił ko­ła­mi. Ru­szył z po­wro­tem do wsi. Do­je­chał do ogro­du. Słoń­ce za­cho­dzi­ło. Dni były już coraz krót­sze.

Wie­dzio­ny im­pul­sem pod­szedł. Do stud­ni. Onie­miał! Była pełna wody aż po brze­gi nie­mal się wy­le­wa­ła!

– Jak to się stało? – pomyślał – prze­cież nie pa­da­ło. Było dość sucho, woda wczo­raj się­ga­ła za­le­d­wie metra. Czyż­by to była wia­do­mość dla niego?

Chyba się nie mylił, to była chwi­la, spon­ta­nicz­ny odruch. Nie czekał, wiedziony nagłym pragnieniem tak jak stał zrzu­cił ubra­nie i wsko­czył do wody, wychlapując sporo na ogród. Woda była wręcz lo­do­wa­ta. Karol par­sk­nął, wy­pluł fon­tan­nę trzy­ma­jąc się obrze­ża.

Nagle za­stygł w bez­ru­chu, coś zo­ba­czył. Tam gdzie padły kro­ple wody ze stud­ni, za­czę­ły wy­ra­stać kwia­ty i zioła, rosły w oczach ni­czym na przy­śpie­szo­nych fil­mach po­klat­ko­wych. Czuł, że tajemnica kryje się pod lustrem wody.

– Dość tego! – krzyk­nął w zieloną gąszcz!

Wziął od­dech i po­zwo­lił lu­stru wody się przy­kryć. Po­woli wy­pusz­cza­jąc po­wie­trze opa­dał niżej i niżej, przesuwając się dłońmi po ce­gla­nej, wil­got­nej ścia­nie studni. Oczy miał otwar­te a “ona” unio­sła się tuż obok, ich twa­rze się zrów­na­ły. Do­tknął jej dłoni, były zimne wręcz lo­do­wa­te, ner­wo­wo wy­pu­ścił z płuc bą­bel­ki wody, spoj­rzał w górę ku świa­tłu dnia. Poczuł niewyobrażalny strach. Już wiedział, że to nie była Laura. Wy­jąt­ko­wo mocno za­pra­gnął się teraz wy­nu­rzyć. Po­stać dziew­czy­ny jednak ujęła jego dło­nie, przy­trzy­ma­ła sta­lo­wym uści­skiem, nie po­zwo­li­ła płynąć w górę, ku światłu.

Idio­to! – tak łatwo dałeś się po­ko­nać! – krzyczał w myślach.

On komandos, weteran śmiertelnych misji, czuł się jak motyl na szpilce. Zastanawiał się kto był jego prze­ciw­ni­kiem, prze­cież nie Laura! Ona go kochała.

– Czy chcesz bym cię prze­mie­nił? – szep­nął głos w gło­wie Ka­ro­la.

Unosząca się w wodzie postać z lekka uśmiechała się, patrząc nieprzerwanie zimnym, nieprzeniknionym spojrzeniem.

– Co mó­wisz? – pomyślał Karol i zro­zu­miał. To nie dziew­czy­na py­ta­ła ale ogród.

Ka­ro­lu czy chcesz bym cię prze­mie­nił? – ogród powtórzył pytanie. 

Mężczyzna słabł z braku powietrza.

– Zabijesz mnie, duszę się! – krzyczał w myślach.

Kierował swe nieme wołanie o litość do ja­sno­nie­bie­skich, py­ta­ją­cych oczu, które lśni­ły ni­czym dia­men­ty. Jej rude włosy fa­lo­wa­ły i wiły się jak węże. Usta miała lekko roz­chy­lo­ne. Nie posiadała teraz żadnych cech dziecka. Była dojrzała, pełna, zmysłowa, słowem przepiękna. Przez jego twarzą unosiła się najpiękniejsza kobieta jakąkolwiek w życiu widział. Czuł, że oto ogród odsłania przed nim swe karty, że jego partner w grze postawił wszystko na jedną tę najsilniejszą, stosując iście szatańską strategię. Uczynił mężczyznę bezbronnym wobec ukrytych pragnień. Karol nie za­sta­na­wiał się więc długo i od­po­wie­dział…

Kobieta ze stud­ni uśmiech­nę­ła się, do­tknę­ła zimną dło­nią jego ust wy­da­jąc z sie­bie dłu­gie, przeciągłe wes­tchnie­nie, zamknęła oczy odchylając głowę w tył. Po czym za­czę­ła się roz­pły­wać. Uścisk rąk ze­lżał, był wolny. Karol się dusił, czuł jak płuca rozpiera mu tępy ból. Nagle poczuł wartki prąd wody, usłyszał plusk i stłumione echa. Nurt wy­py­chał go gwał­tow­nie ku górze, ponad lustro wody. Zaczerpnął powietrza, było zimne i czyste. Wyszedł ze studni padł na kolana, wsparty o ziemię chciwie łapał oddech. Woda w studni zaczęła gwałtownie opadać. Rozejrzał się w okół: bez­list­ne drze­wa i reszt­ki top­nie­ją­ce­go śnie­gu. Był znów w Kreu­zworträtsel w marcu 1945 r.

Nagi wy­szedł przez wyłom w murze, nikt go nie dostrzegał, lu­dzie za­ję­ci byli sobą. Ponownie po latach oglądał obrazy z dzieciństwa, które mu kiedyś pokazała. Trwa­ła po­śpiesz­na ewa­ku­acja. Szedł przez tłum ucie­ka­ją­cych, wy­stra­szo­nych miesz­kań­ców wsi, doj­rzał też Laurę – dziewczynkę, bie­gną­cą do matki. Coś do niej wo­ła­ła. Nie zwra­cał już na nią uwagi. Bo oto usły­szał ten prze­raź­li­wy krzyk ko­bie­ty, zwia­stu­ją­cy na­dej­ście Ro­sjan. Jak wówczas tak i teraz wóz pan­cer­ny zje­chał z drogi, otwo­rzył ogień do ludzi.

Karol sta­nął na linii strza­łu, za­sła­nia­jąc pa­sto­ra – kule do­się­gły jego na­gie­go ciała, nie prze­szły jednak na wylot jak ostat­nio a za­czę­ły spa­dać na zie­mię, jedna po dru­giej jak ulę­gał­ki. Pancerka je­chała w kie­run­ku niewidzialnego mężczyzny, wypluwała seria za serią,  nie czy­niąc żad­nych szkód: ani jemu, ani lu­dziom za plecami. Piechota również otworzyła ogień. Pociski zamiast siać spustoszenie, po wystrzeleniu zmieniały natychmiast trajektorię lotu, uderzając o tors Karola. Jakże niesamowity musiał być to widok dla przygodnego obserwatora: Sowieci strzelali ze wszystkiego co mieli pod ręką, do nieokreślonego, iluzorycznego celu, który nawet nie odbijał pocisków a czynił je bezwładnymi, niczym upadające z drzew dojrzałe owoce.

Czuł, że ściągał kulę niczym wiel­ki ma­gnes. Wystarczyło, tylko że mu­snę­ły skórę a zaraz spa­da­ły na zie­mię. Wresz­cie roz­pę­dzo­ny wóz pancerny ude­rzy­ł z im­pe­tem w Karola, który nawet nie drgnął. Nie odczuł zderzenia.

Na­stą­pi­ła eks­plo­zja. Przód wozu pękł i sta­nął w pło­mie­niach. Za­ło­ga wy­ska­ki­wa­ła z wnę­trza, bie­ga­jąc jako żywe po­chod­nie. Żoł­nie­rze stali jak wryci, nikt z nich już nie ważył się nawet wy­strze­lić, za­czę­li się cofać. W pa­ni­ce wska­ki­wa­li na plat­for­mę cię­ża­rów­ki, która nagle gwał­tow­nie cof­nę­ła i za­czę­ła ucie­kać. Prze­stra­sze­ni Rosjanie, któ­rym nie udało się wsko­czyć na pakę bie­gli za sa­mo­cho­dem. Po chwi­li na placu boju zo­sta­li tylko cy­wi­le nie mo­gą­cy uwie­rzyć w to co wi­dzie­li, oraz do­ga­sa­ją­cy wrak wozu.

Karol stał obok, nad trupami dopalających się wrogów. Uśmie­chał się jako zwycięzca. Taką euforię mógł czuć tylko żołnierz po udanej akcji, gdy wracał z boju z tarczą. Szukał wzrokiem Laury, stała pośród innych dzieci, równie oniemiała jak pozostałe. Wtem ku zdziwieniu obecnych zaczęła się rozwiewać jak poranna mgła. Wśród dzieci rozległ się przeciągły pisk i krzyk, gdy dziewczyna znikała na ich oczach.

 W oczach Karola również wszyst­ko za­czę­ło się z wolna roz­pły­wać, kon­tu­ry męt­nieć. Oto znów był przy stud­ni w ogro­dzie ciot­ki Heli, spoj­rzał na mur, szu­kał wzro­kiem grobu Laury. Ka­mień znik­nął a obok zaślepionego wy­ło­mu rosło pra­wie stu­let­nie, ob­sy­pa­ne czer­wo­ny­mi li­ść­mi drze­wo.

Szczękał zębami z zimna, odnalazł porzucone spodnie, sweter, gdzieś walały się buty. Nagle Karol usłyszał znajomy głos z tyłu.

– Zbyt dużo pijesz.

W powietrzu unosił się intensywny zapach malin. Zadrżał i obrócił twarz w stronę werandy. Stała tam naga, owinięta tylko jego kocem, najpiękniejsza na świecie. Nie mógł uwierzyć. Z małej dziewczynki przeistoczyła się ponad trzydziestoletnią kobietę. Uśmiechała się a sploty kręconych, rudych włosów spływały jej kaskadą niemal do bioder. Podbiegł, ujął ją w pół, zatopił pocałunek w ciepłych, rozchylonych wargach.

– Pragnę ci coś wytłumaczyć – szepnęła Laura. – Ty i ja, my oboje zostaliśmy przez niego wybrani. Staliśmy się narzędziami w jego rękach, kogoś bardzo potężnego. Póki mnie nie uwolnił, nie miałam pełnej świadomości, teraz rozumiem więcej. – Laura usiadła na ławce podwijając nogi pod brodę i szczelnie otulając się kocem. Karol przykucnął obok. Po chwili kobieta kontynuowała monolog.

– Proszę wysłuchaj mnie, nim coś powiesz. Pamiętam jak we wczesnym dzieciństwie, starzy ludzie straszyli nas, gdy byłyśmy niegrzeczne bajkami o „Królu drzew” lub o „Zielonym królu”. Ta straszna istota porywała złe dzieci i więziła je pod ziemią.

Będąc małym dzieckiem bałam się tych bajek, jednak z wiekiem przestałam traktować je poważnie. Pewnego razu wracając przez las ze szkoły, zobaczyłam naczynia z jedzeniem i gorzałką, pozostawiane pod drzewami przez ludzi ze wsi. Spytałam o to pastora. Starzec machnął ręką i stwierdził, że zarówno on jak i katolicki proboszcz przymykają oczy na składne w sadach pokładziny.

Wiara w “Króla drzew” była starsza niż wiara w chrześcijańskiego Boga. Miejscowi czcili go w ten sposób od wieków, niezależnie czy chodzili do zboru czy kościoła. Zapalając Bogu świeczkę a diabłu przysłowiowy ogarek. Wiesz Karol – rzekła dziewczyna. – Gdy umierali moi on również cierpiał, nawet bardziej niż ja. Nie mógł temu zapobiec. Tak naprawdę on nienawidzi śmierci. Nie mógł wybaczyć sobie, że ich wtedy przed nią nie uchronił. Będąc z nim jednością poznałam wiele z jego myśli. Były mroczne jak jego dusza, przesiąknięta krwią i łzami, zaklęta w tych pędach i korzeniach. On jest bardzo stary, był tu zanim nasze narody objęły te ziemie w posiadanie. Nienawidzi wojen, uważa je za największe zło. Zawsze cierpiał gdy na przestrzeni wieków synowie tych ziem ginęli na frontach całego świata. Gdy nie wracali do domów. Ta wojna była najstraszniejsza. Pochłonęła wiele bardzo młodych ludzi. Cierpiał gdy wywożono w nieznane naszych sąsiadów, ludzi twojej wiary. Jednak to, co spotkało później ludzi z mojej wioski zabolało go najbardziej i przelało czarę goryczy.

Za wszelką cenę pragnął ocalić życie tych ostatnich. Posłużył się wtedy nami. Ukształtował nas tak jak garncarz zamienia glinę w cudny dzban. Przemienił nas w to co odpowiadało jego zamiarom. Na końcu nieświadomie zawarłeś z nim układ: Ja w zamian za życie ludzi z Kreu­zworträtsel.

I dopiął swego. Już nigdy nie zobaczę mamy, taty, przyjaciół. Tamto przepadło bezpowrotnie. Mam za to ciebie. Ci ludzie przeżyli, może dochowali się dzieci, wnucząt. Może gdzieś jeszcze żyje moja rodzina. 

Patrzyli sobie w oczy a słoneczny ogród tańczył barwami złotej, polskiej jesieni. 

– Wybacz muszę się położyć, czuję się taka zmęczona.

Uniósł ją na rękach i położył do łóżka. Nim zasnęła szeptała mu wprost do ucha:

– To potężna, stara magia Karolku.

Karol gładził jej rude włosy.  

– Zachowajmy ją dla siebie – dodała drżącym głosem kobieta. – Tak długo jak tylko możliwe.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Cześć.

Prawdopodobnie leży interpunkcja (skoro we wprowadzeniu są aż cztery błędy, a w trzech pierwszych wierszach tekstu zasadniczego dwa kolejne błędy).

Zdania typu “Dziadek miał gospodarstwo: krowy, świnie masę sprzętu rolniczego. Wszędzie wokół niego ciągnęły się pola i łąki“ zniechęcają mnie do czytania i obiecują, że takich zwrotów będzie więcej.

O co chodzi?

Wokół kogo/czego ciągnęły się pola i łąki? Dziadka? Gospodarstwa? Sprzętu rolniczego?

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Zacząłem czytać opowiadanie Gwidona, jednak, jak dla mnie, tekst nadal wymaga dopracowania.  Sam początek jest niejasny.  Miał gospodarstwo – zręczniej byłoby napisać: posiadał, władał. To jednak szczegół, chociaż zawsze lepiej jest używać czasowników wyrazistych.

A potem dowiadujemy się, że w domu był salon, zegary, lustra…  Albo dziadek był za młodu bardzo bogaty czy też tylko zamożny, albo władał jakąś spuścizną czasów szlacheckich, ergo resztówką dawnego majątku.

 Wokół niego ciągnęły się… Chyba wokół gospodarstwa, a nie dziadka, bo miałem jednak wrażenie, że wokół dziadka. Jeśli się ciągnęły wokół gospodarstwa, to nie ma w tym nic szczególnego. Dobra, gospodarstwo stało samotnie pośród pól i łąk, i Gwidon to podkreśla. Tyle, że kawałek dalej dowiadujemy sie, że ciocia Hela zmarła w domku w sąsiedztwie. No to albo tak, albo tak. I kogo ciocia była rodziną – trochę w tym fragmencie jest nie tak z podmiotem domyślnym.

Zapowiada się nieźle, ale tekst  jeszcze wymaga korekty.

Pozdrówka.

 Roger skąd żeś Ty wytrzasnął tego Gwidona? laughwink

We wcześniejszej wersji było tak: “Wszędzie wokół domu ciągnęły się pola i łąki” zostałem jednak pouczony, że to błąd logiczny więc zastąpiłem dom słowem “niego” . Ale zgodzę się teraz też brzmiało nielogicznie, postanowiłem więc finalnie zostawić “Wszędzie wokół ciągnęły się pola i łąki“ Ciotka nie zmarła w domku w sąsiedztwie…to akurat logicznie jest wyprowadzone.

Sorry, akurat czytałem też opowiadanie Gwidona w “Silmarisie”, i tak jakoś użyłem jego nicka… Najmocniej przepraszam.

Pozdrówka.

Ignisdei, przeczytałam na tyle duży fragment Ogrodu przemienienia, by zorientować się, że w opowiadaniu nadal jest mnóstwo usterek. Zauważyłam, że nie wszystko, co wypisałam pod pierwszą wersją tekstu zostało poprawione, dlatego, natknąwszy się na kolejne źle napisane zdanie, identyczne ze źle napisanym zdaniem z pierwszej wersji, kończę łapankę. Nadmienię tylko, że dalsza część tekstu również zawiera mnóstwo błędów i usterek

Wrażenia z lektury opowiadania w obecnym kształcie, pokrywają się z tymi, których doznałam czytając Ogród Przemienienia pierwszy raz.

 

szcze­gól­nie za­padł mu w pa­mię­ci czas po­grze­bu ciot­ki Heli. – …szcze­gól­nie za­padł mu w pa­mię­ć czas po­grze­bu ciot­ki Heli.

 

dla­te­go dzia­dek z panem Mar­ce­lem z go­spo­dar­stwa, prze­nie­śli ciot­kę razem z łóż­kiem i usta­wi­li w wła­snej sy­pial­ni. – Ze zdania wynika, że dziadek i pan Marcel mieli własną sypialnię.

 

Za kilka dni nie­ste­ty, ciot­ka Hela zmar­ła.Po kilku dniach, nie­ste­ty, ciot­ka Hela zmar­ła.

 

Wtem za oknem coś za­trze­po­ta­ło i za­hu­cza­ło…Uhu­uuu! – Brak spacji po wielokropku.

 

 – Może to ciot­ka cho­dzi­ła po domu? –my­ślał chło­piec. – – Może to ciot­ka cho­dzi­ła po domu? –My­ślał chło­piec. 

 

Pokój, w któ­rym le­ża­ła trum­na był prze­cież tuż pod nimi.Pokój, w któ­rym stała trum­na, był prze­cież tuż pod nimi.

 

nie mieli dla niego czasu. Całe szczę­ście miał już je­de­na­ście lat… – Powtórzenie.

 

Umiał zor­ga­ni­zo­wać sobie za­ję­cie. Po­sta­no­wił więc zna­leźć sobie inne miej­sce do za­ba­wy. – Drugi zaimek zbędny.

 

Wie­ko­wa, otwie­ra­na za­su­wą bram­ka stała teraz otwo­rem… – Zasuwa służy do zamykania, nie otwierania. Powtórzenie.

Proponuję: Wie­ko­wa, zazwyczaj zamknięta bram­ka, stała teraz otwo­rem

 

Trawa była tak wy­so­ka, że prze­wyż­sza­ła wzro­stem je­de­na­sto­lat­ka. – Czy trawa ma wzrost?

 

– Mnie ra­czej za­bra­li by wtedy do szpi­ta­la.– Mnie ra­czej za­bra­liby wtedy do szpi­ta­la.

 

– Ka­rol­ku! – Prze­rwał na chwi­lę dzia­dek uda­jąc, że zbie­ra myśli. – Dziadek chyba nie krzyczał, a skoro przerwał, to raczej wielokropek.

Proponuję: Ka­rol­ku– Dziadek prze­rwał na chwi­lę, uda­jąc że zbie­ra myśli

 

byś Ka­rol­ku miał gdzie ga­niać ! – Zbędna spacja przed wykrzyknikiem, zamiast którego powinna być kropka.

 

pod­piął ko­siar­kę do ma­łe­go Ur­su­sa… – …pod­piął ko­siar­kę do ma­łe­go ur­su­sa

 

– Voilà! Krzyknął z ułańską fantazją… – Jesteś pewien, że ułańska fantazja objawiała się okrzykami w języku francuskim?

 

linia drewnianych płotów, porośniętych bluszczem, dziką różą wrzosem oraz ligustrem. – Bluszcz tak, ale dzika róża i wrzos nie będą porastać płotu. Natomiast ligustr, odpowiednio strzyżony, sam może być żywopłotem, jednak płotu nie porośnie.

 

W pobliżu drzew pozostały połacie traw, które pan Marcel nie skosił… – W pobliżu drzew pozostały połacie traw, których/ trawy, której pan Marcel nie skosił

 

La­ta­ły bąki, osy i psz­czo­ły z pa­sie­ki dziad­ka. – Czy mam rozumieć, że dziadek, prócz pszczół, miał w pasiece także bąki i osy?

 

Szedł w stro­nę huś­taw­ki, roz­glą­da­jąc się wokół z wolna od­da­lając od bramy ogro­du. – Rozglądał się z wolna, czy z wolna oddalał się od bramy?

 

Wi­dział nawet ka­mie­ni­ste dno. Była sucha. Na dnie wa­la­ły się ja­kieś stare ob­rę­cze od be­czek. – Powtórzenie.

Proponuję: Wi­dział nawet ka­mie­ni­ste dno, było suche. Wa­la­ły się na nim ja­kieś stare ob­rę­cze od be­czek.

 

Po kwadransie umiał już dotykać czubków drzew butami z podbitką. – Nie rozumiem tego zdania. Co to są buty z podbitką?

 

Po­my­ślał, że faj­nie było by je za­mknąć. –  Po­my­ślał, że faj­nie byłoby je za­mknąć.

 

Minął stud­nie. – Literówka.

 

– Jest tam kto? To ja Karol!…Uuuu!….Uuuu..!– Jest tam kto? To ja Karol…! Uuuu…! Uuuu…!

Brak spacji po wielokropkach. Wielokropek ma zawsze trzy kropki. Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy! Bardzo dziękuję za Twoje uwagi, mam nadzieję, że tym razem poprawiłem wszystkie wyłapane przez Ciebie błędy. Postarałem się też wyłapać inne usterki tego typu w moim opowiadaniu i kilka z nich jeszcze znalazłem. Gdybyś była uprzejma i przyjrzała się reszcie opowiadania i wyłapała jeszcze co nieco byłbym wdzięczny. Chyba że uważasz, iż tekst jest tak beznadziejny, że nie warto się trudzić, wtedy odpuszczam ;)

Pozdrawiam ignisdei!

Ignisdei, prosisz, abym jeszcze raz przeczytała Ogród przemienienia. Niestety, nie mogę obiecać, że to zrobię. Jeśli jednak znajdę czas, by po raz trzeci zająć się opowiadaniem, nie stanie się to w najbliższym czasie. Bądź cierpliwy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oczywiście, rób jak uważasz, sama Twoja deklaracja ewentualnej, przyszłej pomocy wystarczy. Ja ze swej strony może jeszcze coś spróbuję sam wyłapać, nim znajdziesz czas na “Ogórd” .

Dziękuję i pozdrawiam, ignisdei

Ogórd, powiadasz… Ogórd może się okazać bardzo tajemniczy. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Masz rację bardzo tajemnicza ta moja literówka, żeby nie inwersja mówilibyśmy na niego w ten, że sposób. :) Ten mój “ogórd – ogard”  jak “opole” i “ostrów”. Przedrostek “o” znaczył, że coś okólnie opływa lub ogradza podmiot i w naszym przypadku łączy się z prasłowem “Gard” :) 

…żeby nie inwersja mówilibyśmy na niego w ten, że sposób.

Wolałabym, abyś nie pisał w tenże sposób. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

ups!

Jakkolwiek ta wersja Ogrodu jest napisana nieco lepiej, to nadal jej czytanie sprawia ból. Wybacz, Ignisdei, próbowałam, ale poległam. Musi Ci wystarczyć to, co poprawiłam do tej pory, więcej nie mogę obiecać.

Nie wiem dlaczego tak wiele zdań, zupełnie bez potrzeby, kończysz wykrzyknikiem. Nadal zapominasz o spacjach, nadal trafiają się różne błędy i usterki, nadal masz kłopoty z interpunkcją.

Ponownie namawiam, abyś, zanim podejmiesz kolejne próby literackie, bliżej poznał zasady rządzące naszym pięknym językiem. Obawiam się, że bez ich znajomości nie poczynisz żadnych postępów.

 

Przez krę­go­słup prze­bieg mu dreszcz… – W jaki sposób dreszcz biegnie przez kręgosłup?

 

Ostroż­nie sta­wiał stopy, po świe­żo sko­szo­nej tra­wie.Ostroż­nie sta­wiał stopy na świe­żo sko­szo­nej tra­wie.

 

Jedna z buj­nych koron drzew na chwi­lę przy­sło­ni­ła mu widok. – Czy drzewo schyliło koronę do wysokości huśtawki?

 

– Co jest grane, do cho­le­ry!? – prze­klął pod nosem. – Skoro pod nosem, to po cichu. Wykrzyknik jest zbędny.

 

za­glą­dał pod gęste, pło­żą­ce po ziemi, ob­sy­pa­ne zie­lo­ny­mi owo­ca­mi ga­łę­zie. – Raczej: …za­glą­dał pod gęste, dotykające ziemi, ob­sy­pa­ne zie­lo­ny­mi owo­ca­mi ga­łę­zie

 

W wokół niej wi­ro­wa­ły mo­ty­le. – Wokół niej wi­ro­wa­ły mo­ty­le.

 

Jej włosy, loki żyły wła­snym ży­ciem. – Loki, to włosy. Wystarczy: Jej loki żyły wła­snym ży­ciem.

 

Za­wi­nął się na pię­cie i za­czął biec… – Obrócił się na pię­cie i za­czął biec… 

 

– Ach dziec­ko – do­da­ła po krót­kim na­my­śle. – Jest tu cała masa dzie­ci z są­sied­nich go­spo­darstw… – Powtórzenie.

 

– Wiesz Ka­rol­ku…ogród do­tych­czas był za­mknię­ty… – Brak spacji po wielokropku.

 

W pło­cie jest wiele dziur. Taka to ich na­tu­ra. – Z tego wynika, że naturą dziur jest ich istnienie w płocie. ;-)

 

– A teraz Opo­wiedz mi o tej dziew­czyn­ce do­da­ła, pró­bu­jąc dać chłop­cu do ro­zu­mie­nia, że trak­tu­je spra­wę po­waż­nie! – Dlaczego opowiedz, napisałeś wielką literą? Dlaczego zdanie kończy wykrzyknik?

 

za­proś ją do nas, do we­ran­dy, na szklan­kę le­mo­nia­dy. – …za­proś ją do nas na we­ran­dę, na szklan­kę le­mo­nia­dy.

 

– Ależ ty je­steś roz­pa­lo­ny, czy źle się czu­jesz?

– Nie – od­parł Karol.

Zaraz bę­dzie obiad – rze­kła bab­cia. – Wcześniej napisałeś: Nie mógł dość do sie­bie, po całym zda­rze­niu w ogro­dzie, po­sta­no­wił więc za­gad­nąć bab­cię

– Bab­ciu – spy­tał cicho, prze­żu­wa­jąc kęs wie­przo­wi­ny. – Skoro obiad miał być dopiero podany, chciałabym wiedzieć, skąd chłopiec miał wieprzowinę, której kęs przeżuwał.

 

zaraz zgłoś to babci – pro­si­ła mama. – …zaraz powiedz o tym babci – pro­si­ła mama.

Policji można coś zgłosić, babci wystarczy powiedzieć.

 

Dzia­dek po­wie­dział, Ka­ro­lo­wi: że gdy bę­dzie go kar­mić to już nie od­stą­pi go na krok. – Zrozumiałam, że jeśli dziadek będzie karmił Karola, to wnuk zawsze będzie przy dziadku.

Pewnie miało być: Dzia­dek podpo­wie­dział Ka­ro­lo­wi, że jeśli chłopiec zawsze sam będzie kar­mił psiaka, ten już nie od­stą­pi go na krok.

 

Tej nocy Karol spał sam, miał prze­cież to­wa­rzy­sza. – Dziwne… miał towarzysza, a spał sam…

 

nie­mal wi­dział jak ich bez­sze­lest­ne, pie­rza­ste skrzy­dła ude­rza­ły w szyby. – Raczej: …nie­mal wi­dział, jak ich skrzy­dła bezszelestnie ude­rza­ły w szyby.

 

– Czy ja śnię? –spy­tał. – Brak spacji po drugiej półpauzie.

 

– Tak to chyba sen – od­par­ła dziew­czy­na!

– Czy je­steś dziew­czy­ną z są­siedz­twa? – Powtórzenie.

 

– Za­chi­cho­ta­ła i wy­cią­gnę­ła ku niemu dło­nie, ujął je, były zimne, wręcz lo­do­wa­te… – Zbędna półpauza na początku zdania.

 

lada chwi­la szyba pęk­nie i wtedy…Nie chciał my­śleć… – Brak spacji po wielokropku.

 

czuj­nie spo­glą­dał w stro­nę okna, na­sta­wia­jąc uszy. – …czuj­nie spo­glą­dał w stro­nę okna, na­sta­wia­jąc uszu.

 

Na dru­gi dzień bab­cia wy­pra­ła po­ście­le… – Na dru­gi dzień bab­cia wy­pra­ła po­ście­l

 

Kro­ple rosy od­bi­te od pro­mie­ni słoń­ca lśni­ły ni­czym dia­men­ty. – Rosa nie odbija się od promieni słońca, to promienie odbijają się w kroplach rosy.

 

buty miał­by zaraz mokre i z peł­no­ścią za­szko­dzi­ło by to jego zdro­wiu. – …buty miał­by zaraz mokre i z pewno­ścią za­szko­dzi­łoby to jego zdro­wiu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję i pozdrawiam!

Kilka błędów zdążyłeś poprawić dzięki sugestiom Regulatorzy, niektóre pozwoliłem sobie zostawić, bo zadałem sobie trud, żeby sięgnąć po regułkę ^ ^.

 

w własnej sypialni

http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/w-we;10062.html

 

Stare, rosochate, rachityczne[-,] gałęzie

o jeden przymiotnik za dużo – kwestia stylu

 

Liguster

Ligustr

 

więc w prosty, świeży i pozbawiony manieryzmu sposób chłonąć tysiące sygnałów

To nie błąd, ale byłbym wdzięczny gdybyś wytłumaczył, co rozumiesz przez sposób pozbawiony manieryzmu w tym zdaniu : >. Wydaje mi się, że intuicyjnie uchwyciłem twoją wizję, ale poproszę o kilka słów wyjaśnienia.

 

Pot spływał mu potwarzy.

 

A teraz Opowiedz

Wkradło się duże O

 

będziesz po nim sprzątać[+,] kawalerze!

 

Niezbyt podobają mi się często powtarzane wykrzykniki w didaskaliach

 

Lało jeszcze przez kilka dni[+,] w środę zaś wyjrzało słońce

 

Piesku[+,] jesteś tam

 

– Stary co ty najlepszego wyprawiasz? – Karol bił się w duchu z własnymi myślami.

Sposób zapisu – warto w jakiś sposób wskazać czytelnikowi różnicę między myślami a wypowiedzianymi słowami.

 

Dzieci powoli bujały się na szerokiej dece

dece ;) ?

 

Jeśli chcesz pokaże ci.

jeśli chcesz, pokażę ci 

 

jedne stare, rosochate[+,] drugie młode i kwitnące

 

Trzecią najwyższą z dziewczynek była Laura

najniższą, czy najwyższą? W zależności od przecinka lub jego braku zdanie zmienia sens. 

 

Przywiązaną do studni linę[-,] Rudi zamaskował w bujnie rosnącym bluszczu

 

troje z pod studni

od 1936 r. piszemy "spod". Akcja opowiadania toczy się po 1936 r. ;)

 

z rozwartymi paacami

 

pepesza to pistolet maszynowy, a nie karabin maszynowy

 

podeszli do dowódczy

dowódcy

 

dziewczyna trzymała w ręku świeżo zerwaną róże z ogrodu w dłoni chłopca tkwił cierń.

przecinek lub kropka przed ostatnią częścią zdania

 

Gdy się nieco uspokoił[+,] zadał dziewczynie pytanie

 

Wiesz[+,] przed twoim przybyciem niczego nie czułam,

 

usiać na huśtawce

Co znaczy czasownik "usiać" w tym zdaniu?

 

namówi babcie

babcię

 

Bliski Wschód z dużej

 

Dwie względnie proste zasady, na które chciałbym zwrócić twoją uwagę, to oddzielanie wołaczy przecinkami oraz oddzielanie przecinkami części zdań złożonych. Interpunkcja nie jest moją mocną stroną, ale zwracając uwagę na życzliwe komentarze innych użytkowników, przyswoiłem sobie powyższe reguły : >.

Jeśli chodzi o twój tekst, czytałem go w kilku podejściach. Początek ogromnie mnie wynudził. Być może masz osobiste doświadczenia związane ze spędzaniem czasu na wsi – ja mam : >. A może to tylko twoja wyobraźnia… Fajnie jest wpleść własne wspomnienia w opowiadanie, umiejętnie budując klimat. Tutaj odniosłem wrażenie, że akcja rozkręca się trochę za wolno i tekst spokojnie dałoby się skrócić. Fragment o tym, że ciotce brzydko pachniało z ust, zupełnie nic nie wnosi do historii Karola i Laury!

Kiedy w końcu rozwinąłeś swoją historię, dotarło do mnie, że miałeś do przekazania ciekawą opowieść. Niestety, braki warsztatu nie pozwoliły wystarczająco skupić się na odbiorze. Obawiam się, że musisz ćwiczyć, aby wyeliminować choć część powtarzających się błędów.

Co do samej fabuły, sugerowałbym dodać jakieś uzasadnienie dla rzezi przeprowadzanej przez Sowietów. W tej wersji opowiadanie mnie nie przekonuje – gdybyś napisał, że ktoś z lasu strzelił w stronę żołnierzy – ba, choćby wspomniał, że wiatr trzasnął oknem i trzask okiennicy zabrzmiał jak wystrzał – to byłoby jakieś wytłumaczenie. Twoja wersja robi z Rosjan krwiożercze diabły. Świat nie jest wolny od krwiożerczych diabłów, ale sposób w jaki ty przedstawiłeś swoje, jest przerysowany*.

* to moja opinia i możemy się nie zgadzać – przy takich opisach warto sięgać do wspomnień naocznych świadków. Myślę, że Armia Czerwona w odwecie za zbrodnie Niemców na wschodzie mogła rabować i gwałcić, natomiast chaotyczne strzelanie do nieuzbrojonych cywilów bez żadnej prowokacji wygląda dziwnie. Jeżeli naprawę chcieli ich pozabijać, mogli zapędzić wszystkich w jedno miejsce. Przy okazji – celowo zacząłeś akapit cztery razy od “nagle”?

Widzę płomyk nadziei, Ignisdei, ale obawiam się, że czeka Cię jeszcze prawdziwy ognisty chrzest, jeśli chcesz naprawdę dobrze pisać.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevaz,

Dzięki za Twoje sugestie, zmiany ponanoszę jak tylko znajdę chwile czasu.

Co do Historii, to rzeź jest zmyślona, jednak  oparta na pewnych relacjach.

Wiesz, jak słusznie się domyślasz mam w tej materii pewne osobiste doświadczenia.

Połowa mojej rodziny  pochodzi z tzw. „terenów odzyskanych”. Na rodzinnych imprezach wiele się nasłuchałem. Repatrianci (tacy jak mój dziadek), żyli przez długi czas z Armią Czerwoną, handlowali z nimi, nasłuchali się też opowiadań. Są też świadkowie którzy widzieli co robiono z autochtonami i wierz mi samo strzelanie do ludzi i gwałty na kobietach to tylko wierzchołek góry lodowej.

Jako ciekawostkę dodam: Na mojej ścianie np. wisi do dziś zegar, który mój dziadek kupił od Rosjan za kanister bimbru a który został zrabowany z niemieckiego domu przez Armię Czerwoną.  

Samogon w tym okresie był walutą. Wielu też uratował życie, nasi choć nie byli „mordowani” bez pardonu jak Niemieccy cywile, jednak często stawali się ofiarami prowokacji, tak popularnych w tym okresie.  Można byłoby wiele pisać na ten temat. Wierz mi  Krasnoarmiści: to była niekontrolowana dzicz, wyprana ideowo i odarta ze skrupułów.  Całą elitę (mającą zasady)  wycięli po Rewolucji październikowej.

Nowa Fantastyka