- Opowiadanie: klm89 - Zagadka zaginięcia Benjamina Westa

Zagadka zaginięcia Benjamina Westa

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

bemik, zygfryd89

Oceny

Zagadka zaginięcia Benjamina Westa

Dziś mija dokładnie dziesięć lat, odkąd zaginął mój przyjaciel z czasów młodości. Powszechnie panuje opinia, jakoby zginął podczas nocnego pożaru Werner's House, w którym wynajmował mieszkanie. Podobno jego ciało spłonęło doszczętnie, gdyż nie odnaleziono nawet jednego zwęglonego kawałeczka. Nigdy nie mogłem się z tym pogodzić, dlatego też rozpocząłem własne śledztwo mające na celu ustalić, co tak naprawdę przydarzyło się Benjaminowi Westowi.

Po dekadzie dociekań, poszukiwań oraz zgłębiania wiedzy tajemnych, mój umysł stoi na skraju szaleństwa. Studiowałem zakazane księgi, obracałem się w szemranym towarzystwie oraz poznałem rzeczy zazwyczaj niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Odkryłem wiele bluźnierczych sekretów, z których większość nie powinna ujrzeć światła dziennego, a które wystawiły moją katolicką wiarę na ciężką próbę, ale dzięki temu jestem bliski rozwiązania tej zagadki.

Nie mogę i nie chcę powiedzieć od kogo pozyskałem to cenne znalezisko, lecz muszę się nim z kimś podzielić, albowiem raczej nie powrócę już żywy. Siły, z którymi zamierzam obcować, zbytnio wykraczają poza ludzkie pojmowanie, abym śmiał wierzyć w sukces, jednakże muszę spróbować.

Otóż w moje ręce trafiły zapiski pochodzące z osobistego dziennika Benjamina, obejmujące okres niecałego miesiąca przed spłonięciem Werner's House.

Oto one:

 

Zapiski z dnia 23 lipca 1912 roku:

 

Po kilku latach nieobecności, w wieku dwudziestu siedmiu lat, powróciłem do Ameryki. Powodem była śmierć moich przybranych rodziców, Charlesa i Margaret Westów.

Moi prawdziwi rodzice zginęli, gdy byłem jeszcze niemowlęciem. Państwo West, dobrzy przyjaciele rodziny, będący w podeszłym wieku, przyjęli mnie z otwartymi ramionami. Choć najprawdopodobniej zdecydowali się na ten krok, ponieważ nie doczekali się własnego potomstwa, to nie mogę im niczego zarzucić. Nigdy co prawda nie twierdzili, że są moimi prawdziwymi rodzicami, to jednak obdarzyli mnie najszczerszym uczuciem. Zapewnili dom, wychowanie oraz wykształcenie. Uczęszczałem do najlepszych szkół w Nowej Anglii, a nawet rozpocząłem studia na Uniwersytecie Browna.

Byli ze mnie dumni i strasznie ubolewam, że nie mogłem spełnić pokładanych we mnie oczekiwań. W wieku dwudziestu trzech lat poczułem nagły i niemożliwy do opisania ciąg ku podróżom. Nie potrafiłem tego wytłumaczyć mym kochanym opiekunom, ale jak zawsze okazali się wielce wyrozumiali. Rzuciłem studia, a następnie wyruszyłem w podróż po Stanach Zjednoczonych, aby po kilku latach popłynąć do Europy. Nadal wspominam ten okres ze ściśniętym z żalu sercem. To musiał być prawdziwy cios dla państwa West, ale mimo to nigdy nie powiedzieli mi nic złego. Ba! Nawet sfinansowali większość z moich podróży.

 

Zapiski z dnia 25 lipca 1912 roku:

 

Ceremonia pogrzebowa odbyła się poprzedniego dnia. Była zorganizowana wręcz wspaniale, za co muszę serdecznie podziękować Manuelowi.

Dziś załatwiłem sprawy spadkowe. Okazało się, że państwo West zostawili mi sporą sumę pieniędzy, stanowiących niemalże połowę ich całego majątku, przechowywanych w kilku największych amerykańskich bankach. Reszta, wraz z posiadłością znajdującą się w Arkham, przypadła Manuelowi, który jako lokaj pracował u Westów dłużej, niż ja byłem przez nich wychowywany.

Podczas rozmowy z nim dowiedziałem się, że planuje sprzedać posiadłość, gdyż tamtejsi mieszkańcy nie byli zadowoleni, że jakiś ciemnoskóry starzec portugalskiego pochodzenia ma zamieszkać w ich okolicy. Zaproponował mi tak dobrą cenę, że aż trudno było odmówić, lecz postanowiłem już, że jeżeli mam zostać w Nowej Anglii na dłużej, to tylko w jakimś małym miasteczku.

 

Zapiski z dnia 1 sierpnia 1912 roku:

 

Od tygodnia wynajmuję niewielkie mieszkanie na drugim piętrze Werner's House, położonym nad brzegiem rzeki Blackstone w małym miasteczku Pawtucket.

Dnie spędzałem głównie na urządzaniu mieszkania według mych potrzeb oraz długich spacerach, podczas których zapoznawałem się ze wspaniałą architekturą miasta.

Długimi wieczorami natomiast spisywałem wspomnienia z europejskich podróży z zamiarem opublikowania ich w regionalnej prasie.

Po raz pierwszy od czasu opuszczenia Stanów Zjednoczonych poczułem, że odnalazłem swoje miejsce na świecie.

 

Zapiski z dnia 2 sierpnia 1912 roku:

 

Zeszłej nocy przytrafiło mi się coś niesamowitego.

Jak zwykle położyłem się o późnej porze, lecz tym razem nie dane mi było spać spokojnie do samego rana. Tuż po północy bowiem obudził mnie pewien dźwięk. Półprzytomny usiadłem na skraju łóżka i zacząłem nasłuchiwać. Odgłosy przypominające skowyt rozbrzmiewały gdzieś za oknem. Ogarnęło mnie przerażenie, lecz nie wynikało ono raczej z rodzaju dźwięku. Niejednokrotnie słyszałem wycie psów, wilków i im podobnych stworzeń. Tym, co mnie w nim zaniepokoiło, była jego harmonijność. Najpierw nabierało tempa, a później zwalniało, następnie znów przyśpieszało i znów zwalniało. Kilka dźwięków przeplatało się ze sobą, powtarzało co jakiś czas te same sekwencje i to właśnie ta miarowość napełniała mnie strachem. Zdałem sobie sprawę, że przypomina to jakąś tajemniczą, plugawą pieśń.

Gdy w końcu nabrałem odwagi, aby podnieść się z łóżka, niewiarygodna melodia ucichła. Chciałem podjeść do okna, rozejrzeć się, ale nie dałem rady. Poczułem potworne zmęczenie, ciało zrobiło się ciężkie i bezwładnie opadłem na posłanie. Usnąłem.

O tajemnicze odgłosy zapytałem innych mieszkańców Werner's House i ludzi mieszkających w sąsiedztwie, lecz nikt niczego nie słyszał. Obszedłem całą okolicę kilkakrotnie, rozglądając się intensywnie za czymś, co mogłoby wywołać tak niewiarygodny dźwięk. Jedyne co zauważyłem, to dwa bezpańskie psy, ale trudno mi uwierzyć, żeby były w stanie odtworzyć tak złożoną melodię.

Byłem wyczerpany, ale nie tyle fizycznie, co psychicznie. Jeszcze rano dałbym głowę, że słyszałem ten dźwięk, powoli jednak zaczynam zadawać sobie pytanie, czy to aby na pewno mi się nie przyśniło.

 

Zapiski z dnia 3 sierpnia 1912 roku:

 

Wczoraj położyłem się do łóżka dużo wcześniej. Mimo nieopisanych obaw usnąłem bez najmniejszych problemów. Tajemnicze, przeplatające się ze sobą skowyty obudziły mnie ponownie tuż po północy. Gdy tylko nabrałem pełnej świadomości, szybko wyskoczyłem z łóżka, założyłem buty i, nie bacząc na nic, wybiegłem z budynku. Na zewnątrz wyraźniej słyszałem pieśń.

Zacząłem biec wzdłuż rzeki, nasłuchując, czy śpiew, bo teraz bez wątpienia mogłem go tak nazwać, nasilał się czy cichł. Prowadzony tajemniczą melodią skręciłem najpierw w prawo, a następnie w lewo i pokonawszy kilka wąskich uliczek wiodących między budynkami, znalazłem się na głównej ulicy. Biegłem nią przez dłuższy czas, aby później znów zboczyć na jedną z odnóg i zabłądzić w labiryncie słabo oznakowanych, brukowanych uliczek starej dzielnicy. Posępne, kamienne domy pięły się nade mną, łypiąc groźnie szklanymi oczami. Nie zwracałem na nie jednak uwagi. Wciąż biegłem, rozpaczliwie starając się nasłuchiwać pieśni, która słabła z każdą chwilą. Dyszałem przeraźliwie, a okrągły księżyc zaczął zachodzić chmurami, gdy straciłem trop. Dźwięk ucichł. Dopadły mnie mdłości. Przewróciłem się i straciłem przytomność.

Ocknąłem się z przerażeniem. Z gardła dobył się niemy krzyk, gdyż strach ścisnął struny głosowe. Nerwowo zacząłem rozglądać się dookoła. Z ulgą, ale też z ogromnym zdziwieniem, odkryłem, że jestem w wynajmowanym mieszkaniu.

Tego dnia nie opuściłem wnętrza Werner's House. Nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje i nie wiedziałem, czy chcę się tego dowiedzieć. Nie chciałem również pytać mieszkańców Pawtucket, czy słyszeli to co ja. Już wcześniej dziwnie na to reagowali.

 

Zapiski z dnia 8 sierpnia 1912 roku:

 

Przez kilka ostatnich dni nie opuszczałem mieszkania. Zainteresowanym tłumaczyłem, że muszę się teraz bardziej skupić nad spisywaniem wspomnień z podróży, gdyż są już bliskie ukończenia.

Tak naprawdę całymi dniami siedziałem w fotelu przy mdłym blasku świecy i wpatrywałem się w okno, nasłuchując. Ku memu rozczarowaniu dźwięk jednak się nie powtórzył. Uwierzyłem, że było to wywołane zmęczeniem urojenie, które minęło, gdy zacząłem sypiać o kilka godzin dłużej.

Dziś, po raz pierwszy od dłuższego czasu, udałem się na spacer po Pawtucket, aby podziwiać okolicę.

 

Zapiski z dnia 14 sierpnia 1912 roku:

 

Wydaje się, że moje życie powróciło do normy. Zdołałem już nawet spisać i opracować pierwszą część wspomnień z europejskich podróży, którą wysłałem do redakcji największej z lokalnych gazety.

 

Zapiski z dnia 20 sierpnia 1912 roku:

 

W nocy koszmar się powtórzył.

Wczoraj, gdy nakryłem się już kołdrą i zasypiałem z nadzieją nadejścia pozytywnej odpowiedzi z redakcji gazety, poczułem na policzku podmuch lodowatego wręcz powietrza. Wówczas nie wydało mi się to szczególnie istotne, dopiero później uświadomiłem sobie, że jest lato.

Myślałem, że eksploduje mi głowa, gdy przez uszy do umysłu wtargnęła tajemnicza pieśń. Dostałem konwulsji, przekręciłem się gwałtownie i upadłem na podłogę. Pojawił się silny ból, ale na szczęście szybko minął. Niewiele myśląc, pozbierałem się, po czym najszybciej, jak tylko potrafiłem, wybiegłem na zewnątrz.

Pieśń prowadziła mnie tą samą drogą, co poprzednio, lecz tym razem zamiast zanikać zaczęła się nasilać. Wręcz wwiercała się w mózg. Czułem, jak krew w żyłach pulsuje mi w jej rytm, co tylko dodawało mi sił.

Nie wiem, jak długo podążałem za tajemniczym dźwiękiem, ale doprowadził mnie do starego, zapomnianego już cmentarza, pochodzącego zapewne z czasów kolonialnych. Poniszczone, powywracane, spękane i zarośnięte mchem nagrobki ułożone w nierównych rzędach przypominały zęby ogromnej bestii, która przed eonami padła trupem i gnić będzie długo po tym, jak dookoła już wszystko przepadnie. Nie bacząc na to, ruszyłem spokojnym krokiem w stronę niewielkiego kościółka, znajdującego się we wschodniej części cmentarzyska. Ruiny budowli, bo lata jej świetności minęły dawno temu, przyprawiały mnie o gęsią skórkę. Pieśń jednak bez wątpienia dochodziła z wnętrza gmachu. Nie mogłem zrobić nic innego, jak tylko wejść do środka.

Szedłem powoli. Z obu stron ciągły się rzędy starych, spróchniałych, drewnianych ławek. Odgłosy plaskania, wytworzone przez uderzania gołych stóp o pozostałości kamiennej podsadzki niosły się po całym wnętrzu. Nie panowałem już nad swoim ciałem. Coś mnie pochwyciło. Miałem wrażenie, jakby jakaś niewidzialna macka owinęła się wokół mnie, a ja, bez najmniejszego oporu dałem się jej przyciągać. Wkroczyłem w nawę boczą, w której znajdowało się wejście do podziemnej krypty. Wąskie, poszczerbione schody wiodły w dół – prosto w egipskie ciemności.

Zacząłem schodzić. Smród zgnilizny utrzymujący się w powietrzu drażnił nozdrza oraz oczy. Zdawało mi się, że tunel nie ma końca. Z niepokojem mijałem kolejne zakręty, ale na szczęście nie natrafiłem na żadne rozwidlenia, bo z pewnością zabłądziłbym i nie wiem, czy zdołałbym odnaleźć wyjście.

Długo maszerowałem przyklejony do wilgotnych ścian, ostrożnie stawiając kroki, nim dostrzegłem słabe światło. Bez wątpienia był to koniec tunelu. Kiedy stanąłem u wylotu, mym oczom ukazała się ogromna, podziemna grota wykuta w skale. Światło pochodziło od zawieszonych pod stropem lamp naftowych. W słabym blasku dostrzegłem bluźniercze płaskorzeźby wykonane na ociosach. Wiele z nich przedstawiało istoty o niemożliwym do opisania wyglądzie, podczas wykonywania czynności codziennych, lecz na zdecydowanej większości ukazane były sceny erotycznych ekscesów oraz przerażające i brutalne tortury dokonywane na osobnikach łudząco przypominających ludzi.

Mój umysł popadł w otępienie.

Gdy wyrwałem się z letargu, nie słyszałem już tajemniczej pieśń. Dostrzegłem natomiast ruch w jednej z nieoświetlonych części groty. Zimny pot spłynął mi po czole. Nim zdążyłem się dokładnie przypatrzyć temu czemuś, to po prostu wyszło z cienia. Zadrżałem. Zewsząd zaczęły wypełzać pokraczne sylwetki. Zbliżały się powoli i jakby nieco nieśmiało. Ich chód, o ile można było go tak nazwać, był przedziwny. Ni to utykały, ni to zdawały się podskakiwać, czy też kołysać z boku na bok. Przybysze odziani byli w szarawe szaty zakrywające ich od stóp do głowy, więc nie mogłem dostrzec odnóży, przez które poruszali się w tak wymyślny i zarazem obrzydliwy sposób. Poczułem narastające przerażenie oraz pogardę dla tego plugastwa. Próbowałem się zmusić do ucieczki, lecz ciało odmówiło posłuszeństwa.

Kolejne istoty nieśpiesznie wypełzały z rozmaitych zakamarków. Kiedy wreszcie były już wszystkie, tłumnie ustawiły się przede mną, aby następnie rozstąpić się i utorować mi przejście. Prowadziło do niewielkiego ołtarza, którego wcześniej nie dojrzałem, a który teraz napawał mnie grozą.

Istoty rozpoczęły wydawać gardłowe odgłosy połączone z bulgotaniem. Nie miałem pojęcia, cóż to za język, ale bez wątpienia nie był ludzki. Najbardziej przeraziło mnie jednak to, że potrafiłem go zrozumieć. Zapraszały mnie. Pragnęły, abym położył się na ołtarzu i przyjął moje przeznaczenie.

Jakaś niewyraźna wizja pojawiła się w mym umyśle. Pod jej wpływem miałem zamiar podnieść nogę, przesunąć ją w przód i zrobić krok. Później następny i jeszcze jeden, i tak aż do ołtarza. W ostatniej chwili zdołałem się powstrzymać. Pot ściekał mi z czoła gęstymi strugami, a mięśnie drżały. Walczyłem sam ze sobą.

Najwidoczniej jedna z istot, wyczuwając moje niezdecydowanie, zbliżyła się do mnie. Powoli i starannie rozwinęła szatę oplatającą jej głowę. Serce podskoczyło mi niemalże do gardła. Nie potrafiłem wydobyć z siebie nawet jednego okrzyku potwornego przerażenia, jakie poczułem w tej chwili. Sinozielony pysk, jakby hybryda gada z lisem lub psem, zbliżył się do mej twarzy. Spojrzałem jej prosto w oczy. Najprawdziwsze ludzkie oczy, które widziałem już kiedyś, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć gdzie.

Nie pamiętam, co dokładnie wydarzyło się później. Zapewne podświadomość dobrze ukryła te wspomnienia, aby uchować mnie przed postradaniem zmysłów. Wiem tylko, że zacząłem szaleńczo biec w górę schodów. Zdołałem opuścić kościół i wrócić na główną ulicę. Tam, nieprzytomnego, znalazł mnie patrolujący tę część miasta policjant.

Ocknąłem się dopiero nad ranem. Wypytywano mnie, czy pamiętam, co mi się przytrafiło. Skłamałem. Nie mogłem im przecież o tym wszystkim opowiedzieć. Z całą pewnością uznano by mnie za szaleńca, a ja nie miałem zamiaru reszty życia spędzić w odizolowanym zakładzie zamkniętym.

 

Zapiski z dnia 21 sierpnia 1912 roku:

 

Przed południem odwiedziło mnie dwóch funkcjonariuszy, aby sprawdzić, czy czegoś sobie nie przypomniałem. Stanowczo zaprzeczyłem. Nie mam obowiązku opowiadać zwykłym, nic nieznaczącym ludziom, których porównać można jedynie do robactwa, o szlachetnej ceremonii pradawnej rasy.

W nocy bowiem doznałem oświecenia. Przypomniałem sobie wizję, która nawiedziła mnie podczas pobytu w grocie, a dzięki której wszystko stało się oczywiste.

Ujrzałem w niej czworo ludzi. Dwoje rozpoznałem od razu – Margaret i Charles Westowie. Dwie pozostałe osoby skrywały swą tożsamość pod kilkoma warstwami szarych szat. Nie musiałem się domyślać znaczenia tej sceny, gdyż pojąłem je natychmiast. Oglądałem przeszłość. Moment, w którym moi prawdziwi rodzice przekazywali mnie pod opiekę państwu West. W jednej chwili poczułem potworne oburzenie. Nie potrafiłem zrozumieć, jak ja, pochodzący z rasy istot wyższego rzędu, miałem zostać wychowany przez plugastwo tej planety. Gniewałem się jednak krótko, bowiem szybko w umyślę pojawiła mi się pewna informacja. Nie wiem, skąd przybyła, lecz dzięki niej dowiedziałem się, że moi opiekunowie byli krzyżówkami. Wytworem miłosnych uniesień pradawnej rasy z ludzkimi samicami. Dziwnym trafem Margaret oraz Charles dobrali się razem. Najwidoczniej muchy ciągnie do gówna.

Mimo nieczystej krwi, te dwie niedołęgi doskonale nadawały się do wychowywania wspaniałości, którą jestem. Muszę im oddać, że robili to bardzo dobrze, aż do osiągnięcia przeze mnie wieku dojrzałego, pozwalającego na ostateczną przemianę. Wówczas ruszyłem w podróż, podświadomie szukając mi podobnych.

Dzisiejszej nocy opuszczę ten świat. Jego kres i tak jest już bliski. Dołączę do krewnych i trwać będziemy przez kolejne tysiąclecia.

 

Dzięki tym zapiskom, wiem już, co przydarzyło się Benjaminowi. Boję się, ale dla mnie nie ma już odwrotu. Po tym wszystkim, czego się dowiedziałem w ciągu ostatnich dziesięciu lat, nie zdołałbym powrócić do normalnego życia choćbym nawet chciał. Obecnie jestem na tropie pradawnej rasy. Muszę spotkać się z dawnym przyjacielem i spróbować z nim porozmawiać. Zrozumieć.

Dlaczego postanowiłem podzielić się z wami tymi dokumentami? Co mną kierowało? Być może to samo, czym kierują się samobójcy pozostawiający po sobie ostatni list.

Żegnajcie.

Koniec

Komentarze

zaginął mój przyjaciela – zbędne a

Szedłem powili – powoli

Ciekawie i dobrze napisane, choć ani strachu, ani obrzydzenia nie poczułam. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wąskie, poszczerbione schody wiodły w dół – prosto w egipskie ciemności.

 

Podobało mi się :)

Niezbyt mi się spodobało, niestety. Mam wrażenie, że przyjaciel Benjamina Westa niewiele opowiedział o jego zaginięciu. Nie raczył podzielić się efektami poszukiwań, które prowadził w ciągu dziesięciu lat, a tylko oświadczył, iż jakimś sposobem wszedł w posiadanie dziennika Benjamina, po czym zacytował kilka zawartych w nim wpisów. Dla mnie to trochę za mało, bym mogła poczuć trwogę czy choćby się przestraszyć.

 

odkąd za­gi­nął mój przy­ja­cie­la z cza­sów mło­do­ści. Po­wszech­nie pa­nu­je opi­nia, ja­ko­by zgi­nął pod­czas noc­ne­go po­ża­ru… – Powtórzenie.

Może w pierwszym zdaniu: …odkąd zniknął/ przepadł mój przy­ja­cie­l z cza­sów mło­do­ści.

 

oraz zgłę­bia­nia wie­dzy ta­jem­nych… – …oraz zgłę­bia­nia wie­dzy ta­jem­nej

Wiedza nie występuje w liczbie mnogiej.

 

ale dzię­ki temu je­stem bli­ski roz­wią­za­nia tej za­gad­ki. – Ponieważ wiadomo, co jest zagadką, chyba wystarczy: …ale dzię­ki temu je­stem bli­ski roz­wią­za­nia za­gad­ki.

 

Dy­sza­łem prze­raź­li­wie, a okrą­gły księ­życ za­czął za­cho­dzić chmu­ra­mi… – Raczej: Dy­sza­łem prze­raź­li­wie, a chmury zaczęły przysłaniać/ zasłaniać okrą­gły księ­życ

 

upa­dłem na pod­ło­gę. Po­ja­wił się silny ból, ale na szczę­ście szyb­ko minął. Nie­wie­le my­śląc, po­zbie­ra­łem się z ziemi, po czym naj­szyb­ciej, jak tylko po­tra­fi­łem, wy­bie­głem na ze­wnątrz. – Skoro w mieszkaniu upadł na podłogę, nie mógł pozbierać się z ziemi.

Może w drugim zdaniu wystarczy: Nie­wie­le my­śląc, po­zbie­ra­łem się, po czym naj­szyb­ciej, jak tylko po­tra­fi­łem, wy­bie­głem na ze­wnątrz.

 

Pieśń pro­wa­dzi­ła mnie tą samą drogą, co po­przed­nio, lecz tym razem za­miast za­ni­kać za­czę­ła się na­si­lać. Wręcz wwier­ca­ła mi się w mózg. Czu­łem, jak krew w ży­łach pul­su­je mi w jej ryt, co tylko do­da­wa­ło mi sił. – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

ru­szy­łem spo­koj­nym kro­kiem w stro­nę nie­wiel­kie­go ko­ściół­ka […] Pieśń jed­nak bez wąt­pie­nia do­cho­dzi­ła z wnę­trza gma­chu. – Niewielkiego kościółka nie nazwałabym gmachem.

Za SJP: gmach 1. «wielki, okazały budynek»

 

Od­gło­sy przy­po­mi­na­ją­ce plu­ska­nie, wy­twa­rza­ne przez ude­rza­nia go­łych stóp o po­zo­sta­ło­ści ka­mien­nej pod­sadz­ki nio­sły się po całym wnę­trzu.Od­gło­sy przy­po­mi­na­ją­ce plaska­nie

Za SJP: pluskanie «odgłos spowodowany uderzaniem czegoś o ciecz lub cieczy o coś»

 

Do­strze­głem na­to­miast ruch w jed­nej z nie­oświe­tlo­nych czę­ści groty. – Skoro miejsce było nieoświetlone, to jak mógł coś dostrzec?

 

nie mo­głem do­strzec od­nó­ży, przez które po­ru­sza­li się w tak wy­myśl­ny i za­ra­zem obrzy­dli­wy spo­sób. – Czy można poruszać się przez odnóża?

 

Ko­lej­ne isto­ty nie­śpiesz­nie wy­peł­za­ły z roz­ma­itych za­ka­mar­ków. Kiedy wresz­cie były już wszyst­kie… – Skąd bohater wiedział, że wylazły wszystkie?

 

Boje się, ale dla mnie nie ma już od­wro­tu. – Literówka.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“Czułem, jak krew w żyłach pulsuje mi w jej rytm, co tylko dodawało mi sił” (22 sierpnia).

 

Rewelacyjny klimat niesamowitości. Życzę wygranej.

Pozdrawiam.

Dzięki za komentarze i poprawki:)

Całkiem fajnie się czytało.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Czytało się bardzo przyjemnie, do momentu, kiedy tytułowy bohater zrozumiał, o co chodzi. No, dlaczego tak źle myślał o innych, włączając swoich opiekunów, do których wcześniej wydawał się przywiązany?

Jakaś niewyraźna wizja pojawiła się w mym umyślę.

Literówka.

Babska logika rządzi!

No, dlaczego tak źle myślał o innych, włączając swoich opiekunów, do których wcześniej wydawał się przywiązany?

 

To akurat zabieg stosowany przez Lovecrafta (np. w [spoiler] “Widmie nad Innsmouth”), gdzie bohater zostaje przez nieopisane zło wypaczony i staje się jego częścią.

Mi też się podobało, ale Autor już wie. Dobrze oddany klimat Lovecrafta.

Przejmować grozą to mnie takie historie nie przejmują, ale nie bez nawet sporej dozy przyjemności przeczytałem tę klasycznie opowiedzianą historię.

Autorze, popraw wskazane błędy, niech następnym czyta się lepiej…

Lovecraftowy klimat przedstawiony bardzo dobrze, chociaż zakończenie dość przewidywalne. Ogólnie niezłe opowiadanie.

W pierwszej połowie tekstu jest kilka powtórzeń, warto by przejrzeć.

Opowieść bardzo klasyczna w swojej formie, przez co dosyć przewidywalna. Czytało się płynnie i przyjemnie.

No nieźle.

Taka klisza lovecraftowska, nie ma w tym tekście niczego, czego by nie było w niezliczonych tekstach jego epigonów.  Właściwie to bardziej mi przypomina prozę R.Howarda, twórcy Conana. On również napisał chyba kilkanaście opowiadań grozy w podobnych klimatach.

Czyżby mieszkańcy bezimiennego miasta?

 

Opowiadanie niesamowite – przeczytane nie bez przyjemności, ale i bez szału. Ograncizone jest praktycznie do cytatu z dziennika zaginionego tytułowego bohatera, brakuje mi rozwinięcia w części, w której narrację przejmuje na moment poszukujący go mężczyzna. Dlaczego poszedł? Po co? O co chodzi?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Czyżby mieszkańcy bezimiennego miasta?

Ciężko mi powiedzieć, czy to ta sama rasa, ale na pewno się na nich wzorowałem.

przeczytane

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Nowa Fantastyka