- Opowiadanie: Dzio - Mleko

Mleko

Bardzo spodobał mi się temat konkursowy, niestety za późno przyszło mi podjęcie wyzwania. Jeśli coś zgrzyta i kłuje w oczy, to bardzo proszę o wskazanie mi tego palcem. Dziękuję i przepraszam za niedociągnięcia.

8-)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Mleko

W życiu planet i gwiazd, a raczej w ich związku bywa tak, że jeśli słońce zachodzi, to z innej strony globu wschodzi. Tutaj to wygląda nieco inaczej. Kiedy słońce zachodzi, to znaczy że za dwadzieścia osiem okrążeń planety wokół księżyca powstanie kolejna ogromna płonąca kula. Trzeba o tym wspomnieć, ponieważ dziś przypadają narodziny Trzydziestej Pierwszej. Większość mieszkańców (ponieważ określenie „wszyscy” byłoby tu lekkim naginaniem rzeczywistości), w zależności do jakiego grona stworzeń żyjących należą, świętuje to wydarzenie huczną imprezą.

Jedynie Noce, zbyt onieśmielone ukrywają się w cieniach i ukradkiem zerkają by nacieszyć oczy blaskiem. Nieliczne napełniają się ciepłem, po czym przyćmione ogromem sytuacji znikają. Innymi słowy głupiutkie istoty na wymarciu.

Miasteczko Bog-Dul w swej prostocie posiadało dwie dzielnice. Bog-Mil bardzo oryginalną w architekturze domostw i ogrodów. Stanowiła obrzydliwie bogatą część, gdzie każdy posiadał w swojej piwnicy maszynę do robienia pieniędzy. Oczywiście nikt tym się zbytnio nie chwalił, bo po co uświadamiać zwykłych pracowników o tak prostym rozwiązaniu posiadania waluty. Wszak ktoś musi urabiać sobie ręce po łokcie, by ktoś inny mógł używać mięciutkiej, pachnącej wiosenną bryzą srajtaśmy. To tylko jeden z nielicznych przykładów dotyczących wygód obywateli należących do tej lepszej strony miasteczka.

Bi-Dul to obszar, gdzie nie należy się zapuszczać. Nie warto zbytnio rozpisywać się na temat architektury, bo swym wyglądem przypomina raczej wczesny zoombi-horror. Niby wszystko nowe, a już się wali i rozkłada na części pierwotne. Innymi słowy szkoda czasu na opisywanie egzystencji tego rejonu.

Obie dzielnice były przedzielone wijącą się rzeką Bru-Ek. Miała ona typowy objaw efektu jo-jo. Czasami bardzo przybierała na objętości, by w ciągu kilku minut spaść w skrajny niedobór swego jestestwa. Kiedyś nawet gościła u siebie ryby i inne małe pływające istoty, ale zważywszy na jej wahania masy postanowiły się wyprowadzić do morza. Niestety nie przewidziały efektu solnego.

Obecnie cała kanalizacja miasteczka korzysta z koryta rzecznego, za niemą zgodą Bru-Ek. Do chwili obecnej nie wpłynęła do ratusza żadna skarga, wiec uznano, że takie rozwiązanie sprawy odpadów organicznych jest jak najbardziej w porządku.

Kło-Tra, zwana potocznie mostem, to jedyne dobro jakie posiada rzeka. Kilka desek i sznurków scalonych ze sobą, które łączą dwa brzegi Bog-Dul. Ten zbitek nie architektonicznego chaosu istnieje od początku powstania miasta i nikt zbytnio nie wnika w sposób jego bytności z obawy, że może się zawalić.

Od tej lepszej dzielnicy w stronę mostu podążała para kochanków. Ona nieco wątpliwej urody, by nie rzec szkaradna, trajkotała wesoło nieco piskliwym głosikiem. Odziana w najnowszy krzyk mody, ciężki w swym kroju do opisania, czerwony strój. Bardzo podekscytowana co rusz podskakiwała niczym wóz drabiniasty na wertepach swej codziennej trasy. On raczej spokojny, przytakiwał uprzejmie. Niejako skromnie ubrany w porównaniu z barwnym motylem u jego boku. Weszli na most i przystanęli patrząc w milczeniu na piękną Bru-Ek. Niespodziewanie usłyszeli jak ktoś, nieco przepitym głosem wychrypiał.

– Stary, poratuj kumpla. Daj trzy zety, na mleko dla kota.

Jak na komendę odwrócili się by zobaczyć biedaka, jak to zazwyczaj bywa w łachmanach, siedzącego z kotem. Skupiając uwagę na pierwszej istocie, czyli lumpie, trzeba wspomnieć, że jak na taką wyjątkową personę miał na swej głowie dość porządnie odszyty kapelusz. Okrycie głowy swą wielkością i barwnym piórkiem przyciągało uwagę niczym egzotyczne zwierzę na tle szarej rzeczywistości.

W codzienność często wkrada się monotonia, co prowadzi niejako do zapominania o rzeczach, czy też zdarzeniach zwykłych. Do takich należy zaliczyć Niepamiętane Przeciągi. Jako, że nikt z obecnych nie spodziewał się go w tej chwili, on wykorzystał moment i wyskoczył zza zakrętu by popsuć, już i tak popsuty, miłosny moment dwojga ludzi. Wpłynął na most, niesiony siłą rozpędu, chcąc spłatać psikusa dziewczynie. Zniżył swój lot by w sposób jemu tylko znany unieść poły czerwonego materiału i ukazać światu to, co niekoniecznie świat chciałby zobaczyć. W ostatniej chwili, gdy już miał wykonać misję spojrzał na niewiastę. Z przerażenia, chociaż sam twierdzi, że to raczej z powodu nierówności podłoża, odbił w stronę biedaka, by czym prędzej czmychnąć na drugą stronę mostu.

Dziewczę zawyło jako krowa na pastwisku i rzuciła się na ratunek w kierunku lubego. Kochanek nieco zbladł, może nie tyle z przerażenia, co z powodu ciężaru jaki zagościł na jego skromnych, wychudzonych rękach. Postawiwszy swoje wielkie szczęście na deskach nieco rozchwianego mostu przyjrzał się dokładnie okoliczności tego zamieszania.

– Misiaczku – piszczało dziewczę – temu człowiekowi odpadła głowa!

W istocie, wielki kapelusz sfrunął ukazując sterczący patyk. Nieopodal leżał nieco uszkodzony melon. Zapowiadała się śmierdząca sprawa, zważywszy, że melon był nieświeży.

– No i masz babo placek – zachrypiało kudłate stworzenie. – Starasz się, kombinujesz jakby tu legalnie, bezboleśnie zdobyć grosza na mleko, a przyleci taki Niepamiętany Przeciąg i wszystko myszy zjadły!

– Ten kot gada. – Szturchnęła pulchnym palcem w ramię kochanka.

– Wydaje ci się. Tylko wariaci słyszą głosy. Ja tam nic nie słyszę. – Zarzekał się jej towarzysz.

– Pewnie, że gadam! Przecież nie będę śpiewać.

– Jaaaak sięęęę naaaazyyyywaaaaasz? – Spytała w sposób, jaki nikt nigdy nikomu nie powinien zadawać. Po czym nachyliła się w stronę nieco zmizerniałej istoty ukazując przy tym sporych rozmiarów biust, którego nie powstydziła by się żadna, dobrze opiekująca się warchlaczkami maciora.

– Ty weź się odsuń, bo mnie twoja osoba przytłacza – nieco spanikowanym tonem oznajmił rozmówca. – Jestem Kłin.

– Chyba kuwety – burknął chudzielec.

– Nie queen, tylko Kłin. Ludzie to jednak debile.

– Luna – oznajmił głosem, nieznoszącym sprzeciwu, choć nie bardzo mu to wyszło – nie odzywaj się do tego.

– Dlaczego?

– Bo zwierzęta nie mówią.

– A co robią? – Zainteresował się Kłin łypiąc na nich zielonym okiem. Niestety tyko jednym, ponieważ drugie zalepiała mu niezidentyfikowana żółta substancja.

– Miauczą. – Spojrzał szybko na natręta, po czym ujął dziewczynę za ramie lekko popychając.

– Ależ Misiaczku, to biedne stworzenie tak patrzy tym swoim ogromnym, załzawionym oczkiem – piskliwym głosem żaliła się dziewczyna.

– Nic dziwnego, zapewne złapało jakąś wstrętną chorobę roznoszoną w ciemnych zakamarkach, o których porządni obywatele nie mają pojęcia.

– Masz na myśli rzeżączkę?

– Co? No, może i to. Wolę nie wnikać dogłębnie w środowisko wewnętrzne…

– No to może kiła? – Zaczęła wymieniać dalej, nie zwracając uwagi na partnera. Trzeba delikatnie zaznaczyć, że potok słów płynący z jej ust spowodował niejako lekkie zdziwienie obu słuchaczy. – Świerzb, wszawica, opryszczka, kłykciny kończyste, czerwonka bakteryjna…

– Eee, dobra. Skończ już. – Nieco skołowany przerwał jej wyliczankę.

– Ale to ważne. Przecież wiesz, że jestem czynną działaczką w Międzydzielnicowym Ośrodku Ratowania Drapieżników. My pomagamy takim jak on. – Wskazała palcem na bure stworzenie.

– Mnie w to nie mieszaj mała – rzekł obronnie zwierz. – Jestem czysty jak atrament!

– Widziałeś kiedyś czysty atrament!? Zresztą nieważne, koty nie mówią.

– A widziałeś brudny? Takich jak ja to tylko krytykować i poniżać. A to, że grzecznie proszę o trzy zeta na mleko to się nie liczy. Najlepiej, wyzwać od złodziei i krętaczy chorych na choroby o większości których nie mam jakiegokolwiek koloru pojęcia.

– Och, biedny kotecek. Misiaczku, to mój obywatelki obowiązek wziąć to małe, biedne i wychudzone stworzonko do naszej organizacji.

– Kobieto! Nie zbliżaj się do mnie bo cię transfiguracjuję!

Niestety, jak to w życiu bywa, kobiety to stworzenia, które nie lubią być zbyt posłuszne. Zazwyczaj mają o wszystkim własne zdanie i własne definicje co jest słuszne, a co nie. Tak więc zakładając, że to stworzenie w czerwonym należy do grupy homo sapiens rodzaju żeńskiego nikogo nie powinno zdziwić, że chciało pochwycić w swe pulchne ręce, niczym w imadło, lekko przestraszone zwierzę. Nagle coś świsnęło, gdzieś błysnęło, zadudniło i chlupnęło. Na koniec tego jakże widowiskowego przedstawienia, w miejscu gdzie stała dziewczyna pojawił się mały, zwykły, brudny kamyczek.

– Luna? – wypowiedział to słowo z lekkim przestrachem, po czym spojrzał na kota.

– No co, ostrzegałem. – Usprawiedliwił się futrzak i zaczął czyścić futerko w miejscach, które należy pominąć w opisie zważywszy na niecenzuralne sceny.

– Oddawaj mi kobietę, ty sierściuchu jeden, bo cię wykastruję – krzyknął wzburzony, po czym zmienił kolor twarzy na buraczkowy.

– Chciałem po dobroci, to się nie dało, więc wracam do planu A. Przynieś mleko, to ją od transfiguracjuję. Tylko ma być wysokoprocentowe, nie jakiś rozcieńczony sikacz. Najlepiej weź prosto od rolnika.

– A może od krowy! Może sam mam ją wydoić!?

– Jak masz ochotę, to sobie pomacaj. Ja tam dobrze radziłem, żeby jednak od rolnika kupić.

– Jak przyniosę, to mi od trans coś tam dujesz Lunę? W ogóle co to znaczy? Ona teraz jest kamykiem? – Zerknął na niepozorny skalisty kawałek. Po czym jęknął urywanie – Kochanie?

– Oczywiście, że ją od transfiguracjuję, w końcu dziś jest wielki dzień. Wy, stworzenia o ograniczonym rozumku, niegodne oddychać tym samym powietrzem co ja, nie jesteście w stanie pojąć tej skomplikowanej funkcji, którą posiadają tylko wyjątkowo inteligentne istoty. Najprościej ujmując, transfiguracja to proces wymagający olbrzymiego skupienia wewnętrznej mocy Ju i przesłanie jej w stronę obiektu, by w sposób zawiły i eteryczny przeniknąć wnętrze. Po czym odnaleźć tej samej wartości formę tymczasową i odwrócić ich wewnętrzne Ju. Proste, co nie?

– Nic z tego nie rozumiem.

– Spodziewałem się tego. W końcu jesteś upośledzoną formą życia, która w ewolucji zatrzymała się na poziomie zwierzątka, mojego zwierzątka. Krótko mówiąc nawet za sto lat nie będziesz w stanie pojąć mojej wielkości. Nie warto strzępić sobie język, więc przebieraj tymi swoimi chudymi odnóżami po mleko!

Mężczyzna ruszył na swych chwiejnych nogach, by czym prędzej powrócić z wysokoprocentową białą substancją.

Tymczasem narodziła się Trzydziesta Pierwsza rozpoczynając wielką imprezę. Kłin spojrzał leniwie w górę na nowy świecący obiekt i zamruczał zadowolony, po czym powrócił do przerwanej czynności pielęgnacyjnej swojego futerka. Kiedy skończył, to co zaczął, nie wnikając w szczegóły, zobaczył powracającego chłopaka z dwiema butelkami mleka.

– Masz – rzekł nieco zdyszany przybysz stawiając trunek przed rozmówcą.

– No, no spisałeś się. – Usiadł i pochwycił przednimi łapkami szyjkę szklanego naczynia. Przechylił i upił sporych rozmiarów trzy łyki, po czym odstawił z lekkim stukiem butelkę na ziemię. Oblizał wąsy i zamruczał zadowolony. – Zssstary, zssspizssałeś zsssię. Nieśśśle kopie. Chlapnij zsssobie.

– Oddawaj Lunę!

– Sooo, ze mną zsssię nie nabijesz?

Mężczyzna chwilę stał zdezorientowany, po czym ze łzami w oczach pochwycił butelkę w swe kościste dłonie i upił kilka łyków. Czknął i poczuł, że most dość brutalnie przywitał się z jego czterema literami.

– He he, pzssszyssnaję niesssły kop. Dobsze zskołofałeś te flazssski.

– Nic nie losssumiem. To pzszeciesz mleko!

– To zasssługa gfiasdy – zamruczał zadowolony Kłin.

Nagle usłyszeli sapanie, jakby potężna lokomotywa wtaczała się na strome wzgórze. Po chwili ujrzeli coś ogromnego i ociekającego brudną wodą, co wtaczało się na most. Kroczyło ciężko, lecz stanowczo. Kot nastroszył futro, lecz pod wpływem procentów, nie był w stanie zrobić niczego więcej. Potworna istota zbliżała się dysząc i plując na boki nieznaną substancja błotnistą. Nagle przystanęła i uniosła jedną ze swoich kończyn w stronę futrzaka.

– To bydle wrzuciło mnie do rzeki – wysapała wściekle kobieta.

– Luna – czknął mężczyzna – zssssłonko, wróciłaś! Jak tam kombiel?

 

***

 

Trzy dni po wielkiej imprezie przez most Kło-Tra przechodził bury kot. Przystanął leniwie na chwilę, jak to tylko koty potrafią i usiłował przypomnieć sobie coś ważnego. Po chwili, jakby spłynęło na niego jasne oświecenie, przeciągnął się z wdziękiem i ruszył w swoją stronę cicho szepcząc.

– Miauczę, miauczę, miauczę. Przecież to debilne. Na trzeźwo to nie przejdzie. – Po czym odszedł w ciszy, w poszukiwaniu wysokoprocentowego mleka.

Koniec

Komentarze

Absurdalnie przegadane. Fatalnie napisane. Przykro mi, to była lektura nie dająca satysfakcji. :-(

 

przy­cią­ga­ło uwagę ni­czym eg­zo­tycz­ne zwie­rze… – Literówka.

 

unieść poła czer­wo­ne­go ma­te­ria­łu… – …unieść poły czer­wo­ne­go ma­te­ria­łu

 

nieco zbladł, może nie tyle z za­ist­nia­łej sy­tu­acji… – Z sytuacji się nie blednie.

 

– Mi­siacz­ku, – pisz­cza­ło dziew­czę… – Przed półpauza nie stawiamy przecinka.

Błąd powtarza się w dalszej części opowiadania.

 

Po czym na­chy­li­ła się w stro­nę nieco wy­mi­zer­nia­łej isto­ty… – Po czym na­chy­li­ła się w stro­nę nieco zmi­zer­nia­łej/ wymizerowanej isto­ty

 

– Luna, – oznaj­mił gło­sem, nie zno­szą­cym sprze­ci­wu… – – Luna – oznaj­mił gło­sem, niezno­szą­cym sprze­ci­wu

 

Miał­czą.Miauczą.

Koty nie robią miał! Koty robią miau.

Sprawdź w słowniku znaczenie słowa miałczeć.

 

Zresz­tą nie ważne, koty nie mówią.Zresz­tą nieważne, koty nie mówią.

 

A to, że grzecz­nie pro­szę o trzy zeta ma mleko to się nie liczy. – Literówka.

 

Za­zwy­czaj mają na wszyst­ko wła­sne zda­nie… – Za­zwy­czaj mają o wszystkim wła­sne zda­nie

 

lekko prze­stra­szo­ne zwie­rze. – Literówka.

 

Tylko ma być wy­so­ko pro­cen­to­we… – Tylko ma być wy­so­kopro­cen­to­we

 

Wy, stwo­rze­nia o ogra­ni­czo­nym ro­zum­ku, nie­god­ni od­dy­cha­nia tym samym po­wie­trzem co ja… – Wy, stwo­rze­nia o ogra­ni­czo­nym ro­zum­ku, nie­god­ne od­dy­cha­ć tym samym po­wie­trzem co ja

 

wy­so­ko pro­cen­to­wą białą sub­stan­cją. – …wy­so­kopro­cen­to­wą białą sub­stan­cją.

 

Męż­czy­zna chwi­le stał zdez­o­rien­to­wa­ny… – Literówka.

 

Miał­czę, miał­czę, miał­czę. Miauczę, miau­czę, miau­czę.

Chyba że faktycznie miałczał.  

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam heart

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Jest jakiś pomysł – magiczny kot może nie jest młodziutkim kociątkiem, ale jeszcze nie wyliniał – ale wykonanie nie gra po jego stronie. Mnóstwo literówek, gdzieś tam błędy w zapisie dialogów.

Większość mieszkańców (ponieważ określenie „wszyscy” byłoby tu lekkim naginaniem rzeczywistości), w zależności do jakiego grona stworzeń żyjących należą, świętują to wydarzenie huczną imprezą.

Większość mieszkańców świętują – źle to brzmi.

Kilka desek, sznurków i gwoździ zbitych, związanych ze sobą,

Wygląda na to, że gwoździe były związane ze sobą. Niby można, ale po co?

Babska logika rządzi!

Dzięki za poświęcony czas i komentarze. Tekst został edytowany.

8-)

Ja zawsze mam rację. Nawet gdy nie mam racji, to ją mam.

Hej

 

Tekst mocno nierówny.

Wprowadzenie o BI-dzielnicach – imo zupełnie niepotrzebne. Tak naprawde istotny dla fabuły jest sam fakt istnienia rzeczki i jakiegoś mostku oraz niezwykły cykl pojawiania się gwiazdy. Amen.

Kotek naciagacz – do zdmuchnięcia kapelusza jeszcze ‘trzyma’ czytelnika, ale potem kliszowy szantaż na mleko i upijanie sie mlekiem wzmocnionym przez gwiazdę… Akhem… Takie ten, niezbyt oryginalne i absurdalne. Za dużo słów, za mało treści, jakby na gadającym kocie, który chciał naciagnąć na mleczko pomysł się skonczył i potem zabrakło ci inwencji, jak rozwinąć tę sytuację (absurdalnie) dalej w ciekawy sposób.

Wybacz, nie zostanie mi w pamięci zbyt długo ten kotecek.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Zmarnowałaś część swojego limitu znaków, Autorko. W tak krótkim tekście, to nie wybaczalne, bo już nie było miejsca, aby zrobić jakieś dobre wrażenie.

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Przeczytałem. Rzeczywiście, jak już zauważyli forowicze, sporo procentów ma to Twoje mleko ;) No ale im dłużej pędzisz mleczny bimber, tym większe szanse dajesz mu, by stawał się coraz lepszy. Powodzenia w dalszych próbach.

Niestety, nie napiłabym się mleka z tym kotem. Kilka razy podchodziłam do tekstu i odbijałam się od początkowego opisu miasta – nie jest potrzebny do zrozumienia akcji, a rozbawić też mnie jakoś szczególnie nie rozbawił. Pomysł na historię jest dość banalny, ale staranniejsze wykonanie mogłoby dodać mu sporo uroku. Miałam chwilami wrażenie, że próbujesz na siłę wciskać w tekst żarty, które nie grają, tłumacząc, że coś jest śmieszne zamiast tę śmieszność pokazać :(

Ale podpiszę się pod zachętą Nimroda :-)

Niestety strasznie przegadany ten tekst. Dialogi drętwe i mało istotne. Sama historia zupełnie do mnie nie przemówiła. :(

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nowa Fantastyka