- Opowiadanie: Czarna_Nina - Pieśń blaszanej sowy

Pieśń blaszanej sowy

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Pieśń blaszanej sowy

Nieistnienie. Ciemność. Cisza niezmącona nawet myślą. Nieświadomość zdarzeń, zupełna obojętność. Stulecia krótkie jak mgnienie oka.

Czy może być coś lepszego od nieistnienia?

Nagle czujesz ból, ktoś wyrywa cię z objęć niebytu, nadaje określoną formę, imię, a potem każe żyć. Czy może być coś gorszego? Wtłoczony w tryby historii nie możesz znaleźć żadnej drogi ucieczki poza unicestwieniem samego siebie.

 

***

 

– Tato, czy ja umrę? – zapytała mała dziewczynka.

– Oczywiście, że nie, kochanie – skłamał starszy mężczyzna, gładząc córkę po głowie.

Dziecko leżało na stole operacyjnym w zniszczonej sali dawnego szpitala. Aparatura,

mająca przywrócić zdrowie dziewczynce, nie działała od czasu wybuchu. Wybuchu, który pochłonął prawie całe miasto. Zostały tylko zgliszcza i grupy ocalałych ukryte w podziemnych schronach. Doktor i wynalazca Artur Ernt, nie dbając o własne zdrowie, wydostał się na powierzchnię, by zoperować umierającą córkę. Gdy zobaczył, że po sali operacyjnej, w której pracował przez ostatnie piętnaście lat, niemal nic nie pozostało, załamał się.

Czas uciekał, wiedział, że decyzję musi podjąć szybko.

Nie umrzesz. Nie pozwolę ci na to – postanowił. – Zostaniesz ze mną, nawet jeśli nie będziesz już wtedy moją córką.

Sięgnął do torby lekarskiej, wyjmując z niej skalpel. Zdezynfekował go resztką spirytusu.

– Tato? – odezwała się dziewczynka. Jej blada skóra zdradzała oznaki wycieńczenia. – Co jest po śmierci?

Doktor przyłożył palec do ust.

– Ćśśś…

– Muszę wiedzieć – szeptała. – Boję się.

Chciał pocieszyć ją, opowiedzieć coś naprawdę fantastycznego, ale rozpacz ścisnęła jego gardło.

– Nie wiem – odparł w końcu. – Po śmierci zapewne jest to, co było przed życiem. Nicość.

Sądził, że przerazi córkę tym stwierdzeniem, ale w jej oczach zamiast lęku dostrzegł spokój. Małe serce biło coraz słabiej.

– Niedługo wrócę – szepnął z czułością.

Po chwili wybiegł z budynku i całkiem zrezygnowany zaczął włóczył się po opustoszałych ulicach.

Tuż przy pasażu handlowym, gdzie niegdyś mieściła się kwiaciarnia, spostrzegł blaszaną latarenkę w kształcie sowy. Podniósł lekko zardzewiały przedmiot, by dokładnie go obejrzeć – sposób używania był bardzo prosty – wystarczyło otworzyć wypukłą klatkę piersiową ptaka i umieścić w jej wnętrzu zapaloną świecę.

Uczony przez chwilę bezmyślnie wpatrywał się w figurkę. Kilka razy otworzył dźwiczki, tylko po to, aby je na powrót zamknąć. Nie miał przy sobie świecy, która mogłaby wypełnić puste miejsce blaszanej sowy. Nagle spostrzegł coś dziwnego: w jednym miejscu delikatna, metaliczna membrana wyścielająca wnętrze latarenki była nieznacznie odgięta, a to, co widniało pod nią, przyprawiło doktora o szybsze bicie serca. Przedmiot, który miał w rękach nie był zwykłą latarnią – tak naprawdę, nie była w ogóle latarnią.

Wynalazca, nie dowierzając własnym oczom, podważył blachę, pod którą kryła się niezliczona ilość niewielkich zębatek, tłoczków oraz wodzików. Utwierdziło go to w przypuszczeniach: miał w rękach homunkulusa – zakazaną maszynę.

Pośpiesznie objął cenny przedmiot i omiótł wzrokiem okolicę, w obawie, czy nikt go nie śledzi. Urządzenie było niesprawne, ale on wiedział, jak je uruchomić. Ta blaszana sowa dosłownie spadła mu z nieba, jednak gdzieś w najciemniejszym zakamarku umysłu Ernta czaiła się myśl, że to nie może się przecież udać. Nie ma prawa.

Czas naglił, więc doktor pospiesznie wrócił do szpitalnej sali.

– Córeczko?

Dziewczynka milczała, pogrążona w półśnie.

Doktor rozdarł sukienkę córki, a następnie skalpelem rozciął jej delikatne ciało na tyle głęboko, by dostać się do ledwie bijącego serca. Wyjął ostrożnie niewielki organ. Krew obficie zabrudziła materiał sukienki i dłonie lekarza.

Serce dziecka idealnie wpasowywało się w pustą przestrzeń metalowej sowy. Teraz Ernt z dokładnością zegarmistrza umieścił pod nim mechanizm, mający za zadanie wprawić je w ruch. Dwa zębate koła, korbka do nakręcania, tłok i rurka utrzymująca obieg pary. Brakowało już tylko niewielkiego węglika, który pozwoliłby wprawić maszynę w ruch.

Doktor wyjął z lekarskiej torby niewielką buteleczkę, zawierającą ciemną ciecz. Otworzył ją i wlał do wnętrza blaszanej latarenki. Zajrzał do latarenki, gdzie serce nieustanie kurczyło się i rozkurczało. Para buchnęła przez rozwarty dziób.

– Ty żyjesz, prawda? – zapytał, ale odpowiedziała mu cisza.

Sowa poruszyła się, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Czy było to tylko złudzenie optyczne? Może jego silna wiara w powodzenie szalonego eksperymentu spowodowała, że zobaczył to, czego pragnął?

– Mereo, córeczko! – zawołał i niemal pewien, że przywrócił pociechę do życia, potrząsnął blaszanym ptakiem.

Odpowiedziało mu huczenie dobiegające z wnętrza latarenki. Para buchała z rozwartego dzioba, a ptasie pazurki zacisnęły się na dłoni lekarza.

– To cud! – krzyknął Ernt. – To cud! Jesteś tu znowu ze mną!

Sowa machnęła skrzydłami i poderwała się do lotu. Z jej gardła dobiegał świst i rytmiczny bulgot podobny do parowego gwizdka.

Doktor postąpił kilka kroków do tyłu.

– Córeczko, poznajesz mnie?!

– Nie jestem twoją córką – odpowiedziała sowa, lecz Ern nie był pewien czy naprawdę słyszał te słowa, czy były to jego własne myśli.

Zardzewiałe blaszane skrzydło ze świstem przecięło powietrze, tnąc twarz naukowca.

Mężczyzna odruchowo zasłonił krwawiący policzek przed kolejnym ciosem. Zachwiał się i upadł na ziemię, uderzając głową o stertę gruzu. Wciąż jeszcze przytomny, wychrypiał:

– Dlaczego?

– Musisz zapłacić za swoją zbrodnię – rzekła z pogardą.

– Zbrodnię? Ja przecież…

– Nie ma na tym świecie gorszego występku niż wyrwanie kogoś z niebytu. Stworzenie go. Narażenie na strach i ból. Nadanie komuś świadomości to odebranie mu woli decydowania czy chce istnieć, rozumiesz to, głupcze?

Sowa zahukała, jakby śpiewała bitewną pieśń. Kolejny atak nastąpił błyskawicznie – blaszany dziób ptaka zagłębił się w szyi doktora, rozszarpując skórę. Trysnęła krew.

Podaruję ci więc to, czego pragniesz. Śmierć – pomyślał Ernt, ostatnimi siłami wyciągając dłonie przed siebie. Schwycił napastniczkę w mocny uścisk. Mimo tego niewielka maszyna nie dawała za wygraną; chcą wyrwać się z objęć, mocniej machnęła skrzydłami. Naukowiec nie odpuszczał.

Otworzył drzwiczki, za którymi biło serce Merei i wyrwał je mocnym szarpnięciem. Sowa pozbawiona źródła życia upadła na podłogę na powrót stając się tylko zardzewiałą latarenką.

Uczony mglistym wzrokiem spojrzał na trzymane w dłoni serce córki. Chciał podejść do leżącego na stole operacyjnym ciała, lecz nie miał, siły, by ruszyć choćby palcem. Resztki krwi wypływały z jego szyi leniwym strumieniem.

Poczuł ruch pod palcami.

Serce Merei wciąż biło.

Stracił przytomność.

 

***

 

Ekipa odpowiedzialna za oczyszczenie miasta po wybuchu bomby weszła na teren dawnego szpitala. Pracownicy nosili szczelne, chroniące przed promieniowaniem, skafandry.

– Kolejni biedacy, którzy oszaleli – powiedział jeden z mężczyzn dźwigających nosze.

– Zapewne masz rację – przytaknął drugi. – Nikt przy zdrowych zmysłach nie zabija dziecka, a potem nie podcina sobie gardła. Kolejni, którzy nie docenili zabójczego promieniowania.

Wychodzą tacy na powierzchnię, stęsknieni za widokiem słońca, a potem wariują. A czy może być coś gorszego od postradania zmysłów?

Ułożyli zwłoki lekarza i małej dziewczynki na noszach, by przetransportować je do zbiorowego grobu. Jeden z przybyszów spojrzał pod nogi: leżało tam tajemnicze, stalowe pióro. Z zaciekawieniem podniósł niezwykłe znalezisko. Rozejrzał się, szukając przedmiotu, do którego należała zagadkowa część, lecz niczego odpowiedniego nie znalazł. Wzruszył ramionami, umieszczając metalowe pióro w plastikowym pojemniku.

W ciemności, ponad głowami nieznajomych błysnęło dwoje złowieszczych oczu. Ciche zgrzytnięcie zmąciło ciszę, a w powietrze uniósł się obłoczek pary.

Zapłacicie za swoje zbrodnie.

 

Koniec

Komentarze

Hmm… przeczytałam i mam mieszane uczucia, bo tak: tytuł bardzo fajny, zachęcił mnie do przeczytania, i sama sowa też mi się spodobała, widzę ją w tym świecie :-)

Przeczytałam tekst za jednym zamachem i w całości, ale trochę rozczarowała mnie historia – samo otoczenie + główni bohaterowie są dość schematyczni, co nie byłoby problemem, gdyby w tekście znalazło się coś jeszcze, coś więcej. Sowa jest dla mnie do pewnego stopnia tym “czymś więcej”, ale nie do końca.

Jestem też zdania, że motywacja sowy jest bardzo naciągana, a jak kręci ją zabijanie, to nie musi szukać pretekstu ;)

Zastanawiam się też, czy słowo “homunkulus” pasuje do kół zębatych i trybików w sowie, bo zgodnie z definicją słownikową powinno chodzić o “człowieczka, który według poglądów średniowiecznych miał być sztucznie stworzony w retorcie przez alchemików“.

A z drobiazgów, to trochę formatowanie Ci się posypało.

Rozbawiło mnie wycinanie serca skalpelem. Poza tym opowiadanie nie wywołało we mnie żadnych emocji. Fabuła, motywacje i wiedza bohaterów – moim zdaniem to się po prostu nie trzyma kupy.

W czytaniu nie pomaga przedziwne formatowanie tekstu – czy te akapity w środku zdania są zamierzone?

Hmm... Dlaczego?

Nie, akapity nie są zamierzone, coś poszło nie tak kiedy kopiowałam z pdfa.

 

Pisz i pozwól czytać innym :)

Czytałam, starając się zrozumieć, o co tu chodzi, ale widać niczego nie pojęłam, bo nie wiem, Czarna Nino, co miałaś nadzieję opowiedzieć.

 

Kilka razy otwo­rzył dźwi­gacz­ki, tylko po to, aby je na po­wrót za­mknąć. – Co to są dźwigaczki?

 

Bra­ko­wa­ło już tylko nie­wiel­kie­go wę­gli­ka, który po­zwo­lił­by wpra­wić ma­szy­nę w ruch.

Dok­tor wyjął z le­kar­skiej torby nie­wiel­ką bu­te­lecz­kę… – Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie przemówiło. Nie potrafiłam uwierzyć w działania ojca. Jaki chirurg zostawia pacjentkę (i to własną córkę) na stole, żeby pójść na spacer? A nie wyjaśniasz, że czegoś szukał. Ale wychodzi i pyk! – pierwsze co znajduje, to mechanizm nadający się na sztuczne serce (jakim cudem został wciśnięty w ścianki latarenki?). Potem nie wspominasz ani słowem o narkozie, o braku anestezjologa. Tak na żywca dziecko kroił? Operacja też niespecjalnie wiarygodna.

I pousuwaj te zbędne entery.

Babska logika rządzi!

Niestety, ja też jestem zawiedziona. Nic nie chwyciło w tej opowieści.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeczytałam, ale także nie mam nic dobrego do powiedzenia. Trochę przykro, że – wiedząc o skopanym formatowaniu – nie poprawiłaś go i kolejni czytelnicy muszą się męczyć. 

Zastrzeżenia mam te same co Finkla – w trakcie  czytania zdumiała mnie wycieczka po mieście i chyba jeszcze bardziej cięcie skalpelem na żywca i to bez reakcji pacjentki. Dziecko w półśnie obudziłoby się i zaczęło bronić przy pierwszym nakłuciu i pierwszym bólu.

Sowa była ciekawym elementem, ale nie została wykorzystana w pełni. 

Generalnie nie kupuję tego.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Formatowanie i “dźwigaczki” już poprawione :)

Pisz i pozwól czytać innym :)

Cześć.

Mężczyzna, doktor, wynalazca, uczony.

Tekst w zasadzie obrzuciłem spojrzeniem (przeczytałem może ćwierć).

Ale gdy widzę, że kolejne akapity tak się zaczynają, to wiem już, że zabrakło jakiegoś pomysłu. Albo kuleje charakterystyka postaci, albo ogólny zamysł tekstu.

Znacznie lepiej dla fabuły, gdy zbudujesz zdania tak, aby było wiadomo, o kogo chodzi bez konkretnego nazywania tej osoby.

Uzyskałaś prawie efekt powtórzenia. Na tyle nieatrakcyjny, że wygląda jak powtórzenie (tylko z użyciem synonimów).

Twoje zdanie: “Uczony przez chwilę bezmyślnie wpatrywał się w figurkę.”

Moje zdanie: “Umysłem uczonego usiłował ogarnąć to, co stało przed nim.”

Nawet jeżeli sens nie jest ten sam, to przykład “wywalenia” osoby jest chyba wystarczający.

Twoje zdanie: “Doktor rozdarł sukienkę córki, a następnie…”

Moje: “Rozdzierając sukienkę córki, facet/kolo/doktor/obcy/ktokolwiek…”

Albo: “Zniszczone dłonie medyka rozdarły sukienkę…”

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

Przedmiot, który miał w rękach nie był zwykłą latarnią – tak naprawdę, nie była w ogóle latarnią.

Nieuzasadniona zmiana rodzaju: nie był/nie była.

 

Dobry tytuł.

Rozumiem, że doktor, jako człowiek wybitny – wynalazca, mógł czuć się dość pewnie (choć zachowuje się kuriozalnie), ale dosyć trudno mi uwierzyć, że w przedstawionej sytuacji nie jechałby z córką do najbliższego działającego szpitala w innym mieście.

Ostatni akapit trochę tłumaczy, ale i tak działania doktora wydają mi się niespójne.

Ogólnie tak średnio. Technicznie napisane przyzwoicie.

Nowa Fantastyka