- Opowiadanie: Madej90 - Oszust boży

Oszust boży

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Nevaz, zygfryd89

Oceny

Oszust boży

1.

Gdy miałem szesnaście lat, stałem się największym odkrywcą w całej historii mojej zapyziałej wiochy. Popłynąłem na połów w dół rzeki zamiast w górę. Trafiłem na odnogę prowadzącą do stawu, w którym jesiotry składały ikrę. Oprócz nich znalazłem też – wierzcie lub nie – mrówczego boga wojny.

Nie wiem, kto był bardziej przerażony: on, bo mogłem go zobaczyć, czy ja, bo przed moimi oczami lewitowała wielka mrówa ze szkiełkami powiększającymi w miejscu gałek.

Ostatecznie uznał, że skoro go widzę, to też jestem bogiem, a ja z grzeczności nie zaprzeczyłem.  Wtedy, by uczynić zadość liczącej miliardy lat tradycji, przystąpił do przechwalania się swą niezrównaną potęgą w sposób godny pięciolatka, który zmyśla jak leci.

Byłem lepszy w zmyślaniu. Zaprowadził mnie przed oblicze całego panteonu. A kiedy już przekonałem ich o swojej mocy, jakoś tak wyszło, że wschodnią modą zagraliśmy w kości o władzę. Niestety dla nich, niektóre ścianki moich kostek były trochę cięższe od innych… Tak zostałem wielkim przywódcą wszystkich mrówczych bogów i w ciągu tygodnia udało mi się ich wciągnąć w bratobójczą walkę, z której nikt nie ocalał. A ja oprócz ikry i jesiotrów zdobyłem też dwa lekko sfatygowane szkiełka powiększające, kryształowe krople deszczu i kilka innych rzeczy, które sprzedałem potem na corocznym targu.

Czemu wam o tym opowiadam? Ano dlatego, że w tej historyjce kryje się morał. Bogowie są głupi, nie tylko ci z narządami upchanymi w dupie. Ale jest ich dużo i może się czasem wydawać, że są dużo potężniejsi. Kiedy już stracicie nadzieję, zawsze możecie mnie wezwać, najlepiej piwem i brzękiem mieszka, a ja przybędę, żeby dodać kolejny byt absolutny do kolekcji okantowanych frajerów.

Uziemiałem błyskawice w rękach furiatów chcących burzyć miasta, podmieniałem łabędzie jaja tym, którzy chodzili w amory po wywarach z tych swoich świętych maków. Przyszywałem zwłokom kozie nogi (podpisali zgodę krzyżykiem, „legalny” to moje czwarte imię)  i oddawałem ich za nagrodą jako daleką rodzinę.

Dlatego jeśli potrzebujecie pomocy, nie wahajcie się wynająć Tibalta Boltagona y Bartallo Legal ap Toreza – jedynego w swoim rodzaju Oszusta Bożego, z autentycznymi listami polecającymi.

2.

Historie z reguły mają początek. Ta konkretna rozpoczęła się bez mojego udziału, ale ponieważ ktoś, kto był na miejscu, postanowił na kilka miesięcy zamieszkać w mojej głowie, prosząc mózg o drobne na alkohol, to dosyć dokładnie znam przebieg wydarzeń.

W mieście Llund, stolicy niegdyś największego na świecie cesarstwa, istniało miejsce, o którym niewielu wiedziało – zamurowana dawnymi czasy prastara brama. Mijały lata, bramę rozkradziono, zamurowano jeszcze raz, a potem posadzono tam gaj pomarańczowy, by litościwie ukryć niechlubną pamiątkę dawnych złych czasów przed podróżnymi. Za bramą kryła się ślepa uliczka, pozbawiona jakiegokolwiek dostępu z zewnątrz.

W uliczce nie było niczego poza wysuszoną pylistą ziemią oraz starcem. Starzec ruszał się z miejsca, tylko gdy było to konieczne, a nawet wtedy kursował jedynie pomiędzy latryną i pułapkami na szczury oraz chrząszcze.

Nie odnalazł żadnej tajemnej drogi do prastarego zaułka, proces odgradzania od świata po prostu przeczekał, przycupnięty pod murem z glazurowanych cegieł, dzierżąc latarnię ze świeczkami łojowymi własnej roboty w drżącej ręce.

Spędził tam większość swojego życia i zapewne spędziłby tam całą śmierć, gdyby tylko wielkie imperia opanowały zdolność do bycia faktycznie wiecznymi. Przyszedł czas, gdy krajobraz, którego kontemplacji poświęcał się starzec, na nowo nabrał świeżości. Z różnych części miasta wydostały się smoliste czerwie i zaczęły toczyć niebo. Dymów przybywało, a bijące na alarm dzwony cichły jeden po drugim.

Po raz pierwszy od dawna w zaułku pojawił się ktoś nowy. Spłynął z dachu na sowich skrzydłach i podbiegł do starca, cały czas nerwowo oglądając się za siebie. Szaty, jeszcze niedawno białe i dostojne, wiele utraciły na rozpruciu oraz utytłaniu w błocie.

– Hej, ty! – Llund Wszechwidzący, Święta Ręka Imperium Która Niesie Zagładę, wydarł się na żebraka piskliwym głosem.

– Mmm… – Starzec otarł pomarszczoną twarz z boskiej śliny, szukając w dziurawej jak sito pamięci właściwiej odpowiedzi. – Majstrze, macie może grosz dla biedaka-nieboraka?

– Słuchaj, plugawy człowiecze – wydyszał bóg, kucając. – Musimy zawrzeć układ. Potrzebuję wypożyczyć twą śmiertelną powłokę. Słuchasz, głupcze?! Po-trze-bu-ję cia-ła! – Przy każdej sylabie potrząsał za chude ramiona.

– A dostanę ten grosz, majstrze?

– Dostaniesz cokolwiek sobie zażyczysz! Won, rób miejsce, chamie!

Llund w oślepiającym rozbłysku wdarł się do jaźni starca przez nos i uszy, wypychając pierwotnego właściciela. Zrujnowana brama rozsypywała się zapraszająco, a za nią krył się szeroki świat bez dyszącej zemstą konkurencji.

Tymczasem pozostawiona samej sobie dusza starego żebraka z rozpaczą zdała sobie sprawę, że nie może przycupnąć pod murem, że coś ją ściąga w głąb stolicy, prosto ku Szansie od losu, zwanej także skacowaną głową Tibalta Boltagona y Bartallo Legal ap Toreza. Moją, znaczy.

 

– Słuchaj, bracie, to jest właśnie to, co chcesz mieć – powiedziałem, sięgając wolną ręką po czyjeś piwo.

Siedzieliśmy w piwnicznym chłodzie karczmy – ja, oficer zwycięskiej armii o bardzo tępym wyrazie twarzy i mój „sługa”, wspólnik oraz ochroniarz Adawele. Na brudnym stole z nieheblowanych desek leżał zwitek pergaminu zapisany moją specjalnością, czyli drobnym pajęczym pismem.

– Wolnostan, to jest to, bracie. – Popiłem z kradzionego kufla i kontynuowałem. – Co to jest, pytasz? To nowa przestrzenna manifestacja granicy indywidualnej autonomii. Szansa, żeby wybić się z plebsu i stać się prawdziwym miejskim pionierem. Szansa na odkrycie samego siebie, poprzez konfrontację z zastaną architekturą! Rozumiesz o co mi chodzi, bracie?

– Jasne, tak, tak. – Oficer stanowczo pokiwał głową.

– Zobaczysz, że nie pożałujesz. Już wkrótce każdy rycerz będzie chciał mieć dla siebie wolnostan!

– Ja nie jestem ry…

– Ale z pewnością wkrótce zostaniesz. Pomyśl, jesteś chłop na schwał, a wolnostan zrobi z ciebie prawdziwego, twardego skurwysyna. Kupno jednej, taniej parceli zmieni całe twoje życie, zmusi do egzystencjalnego wysiłku i wykuje nowego człowieka!

Dopiłem piwo, jednocześnie delikatnie przesuwając dokument bliżej przyszłego rycerza, nadczłowieka i wielkiego pana, który nie marnując czasu postawił koślawy krzyżyk, stając się szczęśliwym posiadaczem wąskiej szpary między łaźnią a kamienicą we wschodniej dzielnicy.

Mieszek został przekazany z rąk do rąk i zanim oficer się obejrzał zniknęliśmy w pociągniętym dymem tłoku.

 

Trafiło mnie w zaułku, gdy wracaliśmy do stajni, w której trzymaliśmy konie. Nagle oczy zaszły mi mgłą, a z ust pociekła strużka śliny. Noc jakby zgęstniała, nabierając konsystencji skwaśniałego mleka, a rzeczywistość rozedrgała się, rozpadła, a potem zatańczyła kankana. Duch torował sobie drogę przez mózg, próbując się czegoś chwytać, gdy opór trząsł nim na wszystkie strony. Metafizyczna ręka ledwo na chwilę pacnęła układ nerwowy, ale wystarczyło, żebym spróbował biec po ścianach.

Adawele z westchnieniem chwycił mnie pod ramię i zaciągnął do stajni. Właściciel przyglądał nam się z zakłopotaniem.

– Czy coś się stało? – zapytał, uchylając się przed nagłą erupcją parsknięć i kropelek śliny.

– To nic takiego, proszę się nie przejmować. – Adawele machnął ręką. – To tylko… drobne problemy żołądkowe. Zaraz temu zaradzimy.

Posadził mnie przed lustrem, mocno trzymając moją, próbującą okręcać się wokół własnej osi, głowę.

– Jesteś najlepszym sługą jakiego miałem, wasza wysokość – powiedziałem, otrząsając się. Mimika na chwilę urwała się z łańcucha i prezentowała całą gamę niebezpiecznych dla wiązań mięśniowych min.

– Nie miałeś innego sługi. A mi nie płacisz, więc chyba też nim nie jestem. – Adawele podał mi buteleczkę wyciosaną z kwarcu. – Dwa łyki. Tylko dwa.

– Dlaczego to zawsze spotyka mnie? – Wypiłem całą zawartość jednym haustem i odetchnąłem głęboko. – Zaraz się dowiem, czego chce ten pieprzony opętywacz.

– Masz na myśli, kiedy odzyskasz przytomność, ty ćpunie?

– Pszesiesz jeśliii sztrace pszytomnoszć to nie będe-ę czucz upływu czaszu, nie? Szyyyyli to besie szarasz. – Rąbnął plackiem na podłogę, staczając się w ciemność.

3.

Ludzie często pytają mnie: jakim cudem tak łatwo przychodzi ci znajdywanie tych wszystkich bogów? Cóż, odpowiedź jest prosta i banalna, ale mało kto wierzy. W sprawach bogów wszystko jest, że sobie pozwolę na żarcik, kwestią wiary. Prawda jest bowiem taka, że oni są głupi. Jak buty.

Załóżmy, że z jakiegoś powodu musisz szybko odnaleźć ukrywającą się boską istotę. Nie wiem, kto normalny chciałby to robić, ale to tylko przykład… Pierwszą rzeczą, jaką należy wykonać jest próba określenia, co doprowadziło do ucieczki. To prostsze niż się wydaje, bo mówimy o istotach pozbawionych wyobraźni. Możliwości jest niewiele – głównie chodzi o takich, którzy mają zbyt nerwowe żony i zbyt mało dyskretne kochanki. Czasami chodzi o nagłą zmianę statusu w boskiej hierarchii.

W pierwszym przypadku sprawa jest stracona, bo albo ona dopadnie go pierwsza, albo on schowa się tak dobrze, żeby nawet ona nie mogła go znaleźć. Tak czy siak, jeśli koniecznie musisz go odszukać, to módl się do niego, żeby pilnował gdzie i co wkłada.

Teraz, kiedy już wiemy, że ma przesrane, łatwo się domyślić co zrobi. Zawsze to robią, wszyscy. Będzie się „wtapiał” w tłum. Przybierze ludzką powłokę, prawie przestanie korzystać z mocy (o ile jakaś mu jeszcze została), a potem ucieknie w odludne miejsce i spróbuje przejąć władzę.

Czemu to robią? Chyba po prostu tak mają. Z reguły chcą po prostu wszystkim pokazać jacy są silni. Wyciągają miecze z kamieni, odstrzeliwują jabłka z głów i robią całą resztę bohaterskich czynów, a wszystkie są do siebie strasznie podobne, najczęściej makabryczne. Powtórzę się, ale naprawdę trzeba to zapamiętać, jeśli ktoś chce przetrwać – bogowie są głupi i pozbawieni wyobraźni. Przejawiają inwencję tylko, gdy się pieprzą i gdy zastanawiają się jak cię zabić tak, żeby to było jak najzabawniejsze.

Musisz po prostu być sprytniejszy, co nie jest trudne, dopóki ktoś nie próbuje rozerwać cię na połowy przywiązując do dwóch sosen.

4.

Nie ma nic gorszego niż bycie opętanym. Mówię tak, chociaż miałem kiedyś trzy teściowe naraz. Dla dobra mojego zdrowia psychicznego musieliśmy znaleźć Llunda. To znaczy – ja musiałem, ale Adawele zgodził się towarzyszyć. Istniała dla mnie jedna, jedyna deska ratunku. Słowa:Dostaniesz cokolwiek sobie zażyczysz!”. Dwaj kretyni nieświadomie zawarli umowę. Jeśli tylko udałoby mi się odnaleźć boga i zmusić go, żeby wysłuchał życzenia dziadygi, to wszystko byłoby z powrotem na swoim miejscu. Dziadzio niczego bardziej nie chciał niż powrotu pod swój mur w swoim własnym ciele.

Od tygodni byliśmy w drodze, pokonując codziennie wiele mil. Z ubitych traktów pełnych pyłu i smrodu zjeżdżaliśmy w leśne dróżki, którymi rzadko uczęszczały więcej niż trzy osoby do roku, po to, żeby odnaleźć drogę do zapomnianych już imperialnych szlaków – wybrukowanej rzeki ciągnącej się w nieskończoność. Jednego dnia brodziliśmy w gęstym jak cement błocie, a innego kopyta naszych koni miażdżyły ziemię uprażoną przez słońce na sucho. Mijaliśmy pola, miasta, wrzosowiska oraz wielkie połacie niczego. Wszystko po to, by znaleźć kolejnego trupa i kolejny ślad.

Llund przybrał sobie bardzo oryginalną tożsamość – Złotego Rycerza. Jednak w miejscach, które minął na swojej drodze do sławy i wielkości, nazywano go głównie Wesołym Rzeźnikiem. Publicznie przysiągł, że zabije setkę najstraszniejszych bandytów w całym królestwie i póki co wykazywał się dużą inwencją przy wykonywanych obowiązkach.

Nie mogliśmy być zupełnie pewni czy to on – pomimo nagromadzenia bezmyślnej przemocy i dopasowaniu do wzorca – dopóki po dwóch miesiącach tropienia nie natknęliśmy się na prawdziwy dowód.

Na rozdrożu stała figurka Llunda. Dokładnie ociosana, smukła. Wiatr i deszcz nie zdążyły jeszcze odcisnąć na drewnie szarego piętna. I nie zdążą, bo bóg, którego przedstawiała stracił wszystkie wpływy i musiał uciekać. Już wkrótce ludzie przyjdą by opluć jego wizerunek, a potem pewnie spalić. Być może to właśnie dla nich zostawił tam po sobie pamiątkę. Zwłoki.

Puste, wypalone oczodoły spozierały z niemą grozą w nicość. Deformacja rozsadziła głowę, pierś, wykrzywiła kości. Długi płaszcz wisiał na skarlałym ciele jak całun. Wyraz maski, w jaką przemieniła się napęczniała twarz, to w jaki sposób układały się teraz rysy, to, co przedstawiały wymykało się zamknięciu w klatce prostych pojęć.

– Dobrze, trafiliśmy. Au. – Gałki oczne spróbowały rozpaczliwej ucieczki. Chyba dostałem pilną wiadomość od głowy. – Wygląda na to, że mój dziki lokator rozpoznał swoje ciało. Myślisz, że mogę je kopnąć?

– Zmarłym w taki sposób należy się szacunek – westchnął Adawele, bez wielkich złudzeń. Przycisnął moją stopę swoją, zanim zdążyłem kopnąć. Prawie straciłem przez to równowagę, a zaraz potem delikatnie, acz stanowczo zostałem odsunięty na bok. – Zamiast robić takie głupie rzeczy powinieneś pomyśleć, co tu się stało.

– Wyobraź sobie, że umiem kopać i myśleć jednocześnie. Dobra, nieważne. Nasz mały bożek postanowił się przeprowadzić do czegoś lepiej urządzonego. Bez znaczenia, tożsamości nie zmieni, co najwyżej gabaryty. Może mordę ma teraz bardziej wyjściową.

– Więc… pościg trwa nadal.

– Nie mam zamiaru znosić tego dziadygi w głowie dłużej niż to konieczne. Przez niego śni mi się jedzenie chrząszczy, a kiedy patrzę na kobiety zaczynam myśleć o glazurowanych cegłach!

 

Jechaliśmy dalej, przedzierając się przez żółto-niebieskawe pole urzetu barwierskiego. Wiatr przyganiał z pobliskiej wsi zawiesisty smród fermentującego w kadziach barwnika.

– Dlaczego ciągle musi mnie coś takiego spotykać?

– Dlaczego zawsze musisz na wszystko narzekać?

– Bo… dlaczego nie? Ja chcę tylko jeździć po świecie, utrzymując się z drobnych oszustw. Taki był mój plan na życie. Niczego od niego nie wymagałem, a ono i tak kopie mnie w dupę i wiecznie kieruje na kłopoty.

– A może jesteś nieokreśloną zmienną, którą system próbuje usunąć z równania? Wiesz, wirusem.

– Znowu widujesz przyszłość, Adi?

– Tylko trochę. Mniej niż w domu.

– Bez urazy, bracie, ale twoje królestwo składa się głównie z niskich drzewek, czerwonych kamieni i jeszcze bardziej czerwonego błota. Wszystko wygląda tak samo. Nic dziwnego, że wytwarzasz sobie dar widzenia czegoś ciekawszego – parsknąłem, zsiadając z konia.

– Teraz cały czas słucham twoich narzekań. Nic dziwnego, że wraca do mnie dar słyszenia czegoś ciekawszego.

– Tym razem… wygrałeś. – Musiałem zrobić naprawdę kwaśną minę, bo Adawele odsłonił śnieżnobiałe zęby w uśmiechu.

Wspięliśmy się na mały pagórek, głównie by rozprostować kości, ale także żeby mieć lepszy widok na rozciągającą się w dole równinę.

Jakieś dwieście lat wcześniej właśnie na tę równinę przybył prorok z dalekich krajów i wbił w ziemię swoją laskę. Z laski wyrósł krzew i wkrótce został otoczony kultem. Zbudowano tam klasztor, w którym mile widziany był każdy pielgrzym, który nie próbował twierdzić, że pomiędzy gałęziami widać zbutwiały kij, a krzew wyrasta wokół niego. W końcu jednak stronnictwo od kija wygrało, kult upadł. Klasztor częściowo rozebrano i przeniesiono kamienie kilka mil dalej, za rzekę, gdzie budowano właśnie schronienie dla pielgrzymów przybywających, by dotknąć wielkiego czarnego kamienia pokrytego runami.

Teraz po obu niegdyś potężnych ruchach religijnych zostały tylko pozieleniałe od mchu i bluszczu ruiny oddzielone wąską strugą wody. Nie znaczyło to jednak, że miejsce pozostało opuszczone. Trawa była tu zielona, ziemia równa i bez dołów – wkrótce zaczęto tu organizować turnieje rycerskie odbywające się raz na dekadę.

Wielki turniej Keiryd Glas był dwutygodniową rewią zdrad, spisków, pojedynków, wielkich bitew, małych bitew, uczt i wielu innych trudnych do zliczenia zabaw zmieszanych z brutalną walką o władzę pomiędzy rycerskimi rodami. Zaprawdę, jeśli ktoś chciał wykazać swoją wielkość, nie było lepszego miejsca niż Keiryd Glas.

– Nic dziwnego, że nasz mały rycerzyk tu przyjechał. – Wyciągnąłem z kieszeni lunetę. – Wypruje trochę flaków, utnie kilka rzeczy i ma zagwarantowaną pozycję.

– Nigdy nie zrozumiem, czemu uznaliście, że to jest właśnie droga wyboru elity… – Adawele zabrał mi lunetę i sam zerknął na spore miasteczko z namiotów ogrodzone taborami i prowizoryczną palisadą.

– To bardzo proste, bracie. Wybrali ją ludzie, którzy wiedzieli, że w ten sposób dostaną się do elity. Dobra, zjedźmy na dół i zobaczmy co może pójść nie tak, jak powinno.

5.

No, to szukamy boga. Wiemy mniej więcej, gdzie jest, ale co dalej? Jak to co? Poświęcamy się trudnej sztuce pozyskiwania informacji, którymi ktoś niekoniecznie chce się podzielić.

Zadziwiające, jak wiele można się dowiedzieć od ludzi, jeśli wygląda się jak tępak, ale zachowuje jak ktoś dobrze poinformowany. Będąc pozornie krok za innymi zawsze jest się faktycznie dwa kroki do przodu. Czy może w takim przypadku trzy.

Rozważmy więc sytuację, gdy poszukuje się kogoś w dużym skupisku ludzi – jest to zjawisko straszne dla każdego tropiciela. To jak szukanie najgrubszego pasemka siana w ogromnym, płonącym stogu siana, mając do dyspozycji tylko widelec z jednym zębem.

Jednak każde takie skupisko stwarza alternatywy dla żmudnego tropienia. Ponieważ zawsze należy zakładać, że cuda to coś, co przydarza się innym, nie wolno liczyć na to, że jest tam akurat ktoś, kto wisi nam przysługę. Jeśli dawny druh nie wchodzi w grę, pozostaje nam odbyć pielgrzymkę do jednej z krynic mądrości znanych także jako miejsca, w których przesiaduje element przestępczy. Pierwsza nazwa jest krótsza, a więc zalecana.

Szulernie, mordownie, areny bokserskie, a czasem po prostu kradzione skrzynki pod jakimś murem. Tam właśnie należy szukać informacji. Wcześniej jednak trzeba podjąć odpowiednie kroki, by wtopić się w otoczenie w sposób, który nie będzie budził podejrzeń, że próbujemy wtopić się w otoczenie. Nigdy nie warto udawać, że jest się stąd, nie warto próbować niczego… szpiegowskiego. Bleh.

Najważniejszą zasadą zadawania pytań jest: nigdy nie zadawaj pytań, które pozwolą ci na zdobycie informacji, których szukasz. Tak naprawdę jedyne co w ten sposób uzyskasz to badawcze spojrzenia i wyproszenie z towarzystwa. O ile masz szczęście. Może skończyć się to nożem pod żebra.

Rozmowa musi przebiegać organicznie, twoje wypełnione rtęcią kości powinny czynić magię, a trunek spływać w gardła. Bogowie zawsze starają się wywrzeć wrażenie i prędzej czy później ktoś zacznie opowiadać o dziwnym, mówiącym bardzo głośno przybyszu, wyciągającym miecze z kowadeł albo robiącym inne podobne bzdury.

A wtedy masz skurwiela w garści.

6.

– Jak my go znajdziemy? Tibalt? – Adawele szturchnął mnie łokciem.

– Co? – Otrząsnąłem się, parskając głośno. – Uch, podaj mi flakon.

– A gdzie „proszę”?

– Bardzo ładnie proszę.

Siedzieliśmy w cieniu rzucanym przez coś, co wyglądało jak stary żagiel rozwieszony na tyczkach. Dookoła roznosiły się zapachy jednej z wielu turniejowych garkuchni, serwującej smażone mięso, pieczone skowronki i dziczyznę podlewaną winem. Konkurencja krążyła po okolicy sprzedając paszteciki z kapłona i zachęcając do zmiany lokalu. Podobno kucharze i kuchciki nosili na takie okazje specjalne krzywe noże w kształcie pazurów, by móc szybko podrzynać gardła innym kucharzom i kuchcikom.

Wybrałem właśnie takie głośne i pełne chaosu miejsce na zaplanowanie następnego kroku z powodu tłoku, zamieszania oraz długich wspólnych stołów. Żaden przygodny szpicel nie mógł nas w takich warunkach podsłuchiwać. A przynajmniej nie mógł tego robić tak, żebym nie zauważył.

– Tibalt, żyjesz? – Adawele szturchnął mnie po raz kolejny.

– Tak, już. Moment, bo mnie bierze opętanie jak cholera… Kiedy ty zajmowałeś się szczotkowaniem koni, za co ci jestem swoją drogą bardzo wdzięczny, ja pozyskałem kilka informacji…

– Ograłeś jakichś biednych ludzi w kości.

– Ograłem jakichś paskudnych ludzi w kości – sprostowałem, sięgając ukradkiem po czyjeś piwo. – Tak jak mówiłem, dowiedziałem się kilku rzeczy.

– I?

– I wiem, na którym turnieju na pewno pojawi się nasz rycerzyk. Jutro niezamężni panowie z wielkich rodów staną ze sobą w szranki, by walczyć o rękę najpiękniejszej wdowy na świecie.

– Przez najpiękniejszą masz na myśli, że ona jest piękna, czy że jej złoto i zamki?

– Myślę, że to drugie. Nie wiem, nie widziałem jej na oczy. Będziesz miał okazję się przekonać, gdy wjedziesz na pole chwały, by wrazić swą kopię…

– Chwila – przerwał Adawele. – Co?

Mógłbym mu po prostu powiedzieć, ale łatwiej było od razu pokazać. Będzie miał mniej czasu na zastanawianie się czy to dobry pomysł.

– Przejdźmy się, bracie.

Mimo, że pogoda dopisywała, obozującym i tak udało się zamienić ziemię w nigdy nie schnące błocko, spijające coś, czego większość nie nazwałaby nawet wodą. Jak każde większe skupisko ludzi Keiryd Glas było brudne i śmierdziało. Było to winą zarówno rzeszy chłopów z wszystkich okolicznych wsi, jak i możnych, żyjących w głębokim przekonaniu, że wylewając na siebie wiadra perfum nie trzeba się myć.

Torowaliśmy (no dobra, głównie Adawele torował) sobie drogę łokciami, starając się unikać punktów największej koncentracji ciężkiego smrodu. Jakoś udało nam się wreszcie dotrzeć pod jeden z nieszczęsnych klasztorów.

Ruiny zaadaptowano na kwatery dla najlepszych rycerzy, tworząc hybrydę z namiotów i kamienia. Roiło się tam od kolorowo ubranej służby i giermków, krzątających się wkoło. Kilku wartowników przysypiało przy ścianach.

– Tam na lewo są kwatery niejakiego sir Gillisa skądśtam. – Wskazałem. – Przypadkiem wiem, że jesteście tych samych mniej więcej gabarytów. A w hełmie nikt się nie pozna, że twoi przodkowie za dużo czasu spędzali na słońcu.

– Świetny plan, naprawdę. I co, pewnie będziesz moim wiernym giermkiem.

– Nie wydaje ci się, że jestem trochę za stary na bycie giermkiem?

– Masz rację, musisz być strasznie nieudolny, że aż do teraz cię nie pasowano.

– Zasłużyłem sobie. – Pokiwałem głową z rezygnacją. – Tak czy siak musi się pojawić, a ja muszę być wystarczająco blisko, żeby pewna podmurkowa glizda z mojej głowy mogła wypowiedzieć swoje życzenie. Rozumiesz?

– Pewnie, że tak. Ty cały czas narzekasz, a ja nie mogę?

– Dobra, dobra. Musimy się tam wślizgnąć.

– Byle cicho – mruknął Adawele, nieznacznie wskazując na przechodzący niedaleko patrol.

– Właśnie dlatego powiedziałem „wślizgnąć” a nie „wjebać”. Mam już nawet pomysł. W sumie to ty się będziesz wślizgiwał. Ja odwrócę uwagę. –Zakasałem rękawy. – Wiesz co się dzieje, kiedy próbujesz gdzieś wejść bez pozwolenia?

– Zabierają cię do środka – odparł z uśmiechem.

Transkrypcja przesłuchania Tibalta ap Toreza (prawdziwe imię nieznane)

Śledczy: Dlaczego nie chcesz podać imienia, co?

Przesłuchiwany: Byłeś kiedyś na wsi, bracie? Wszyscy mają tam głupie wsiowe imiona jak Ryjek, Spój, albo, kurwa, Filostat. Czasami trafi się Bestialstwo.

Ś: Co?

P: Bestialstwo. Imię dobre i dla chłopca i dla dziewczynki. Bardziej popularne niż wypada. Wsioki nie mają gustu. Dlatego zdecydowanie preferuję moje nowe, lepsze imię. Nie wydaje ci się, że zbaczamy z tematu?

Ś: Ee…

P: Miałeś mnie oskarżyć… o co właściwie? O co można mnie oskarżyć, co odbiega od normalnego zachowania w Keiryd Glas? „Za mało okrutny, coś musi być z nim nie tak, może to samobójca”.

Ś: Wystarczy. (Uderzono przesłuchiwanego). Podajesz się za giermka sir Gillisa. Jesteś wystarczająco bezczelny, by twierdzić, że to prawda, nie mając na sobie nawet jego barw, nie wspominając o solidniejszych dowodach.

P: Tak, ciekawe czemu to zrobiłem. Chyba musiałem być szalony.

Ś: Knujesz coś, pewnie nie sam. Dowiemy się z kim. Będziesz śpiewał jak…

P: O, będziecie mnie torturować. Czym? Niech no się obejrzę… tym wygodnym fotelem? Poduszkami? O bogowie, przyznaję się, przyznaję!

Ś: W co ty grasz?

P: Odwracam twoją uwagę, kretynie.

[Dalsza część protokołu nieczytelna z powodu plamy krwi, należącej zapewne do protokolanta.]

7.

– Przypomnisz mi, dlaczego się na to zgodziłem? – Adawele krążył po pokoju, kręcąc młynki mieczem.

– Bo jesteśmy przyjaciółmi. – powiedziałem.

Byłem odziany w beżowo-niebieski tabard. Ogolony i ostrzyżony, wyglądałem jeszcze bardziej szczerze i prostodusznie niż zwykle.

Wróciłem właśnie z drugiego namiotu, w którym trzymaliśmy pozwiązywaną służbę i sir Gillisa we własnej osobie. Mało dostojnie teraz wyglądał – z podbitym okiem i bez przednich zębów.

– A. Racja.

– Daj spokój. – Spróbowałem objąć go ramieniem, ale było na to trochę za krótkie. – To twój moment, żeby lśnić.

– Miejmy tylko nadzieję, że nasz młody bóg nie nauczył się, czym jest dramatyzm. Tylko tego brakuje, żeby sprowadził deszcz.

– Po prostu go rozwal, a ja załatwię resztę.

– „Po prostu”? – Adawele odgarnął kotarę i wskazał palcem na giganta, szalejącego właśnie na arenie. – Wygląda tak, jakby zjadł wszystkie kotlety świata, a potem przez dziesięć lat zajmował się tylko podnoszeniem ciężarów.

– Jest głupi. Zawsze łatwo takich pokonać. Zaraz twoja kolej.

– Taa. – Szczęknęła zatrzaskiwana zasłona hełmu.

– Bierz go, tygrysie.

Widownia zawyła Adawelemu na powitanie. Łomot i tumult niósł się echem przez całe mile. Chłopi obrzucali właśnie herolda całym spektrum zgniłych warzyw za to, że zbytnio przeciągał introdukcję.

Llund, Złoty Rycerz, lider turnieju, czekał już, nie fatygując się nawet, by zmyć krew poprzedniego przeciwnika z ostrza. Przez otwory w przyłbicy strzelały kłęby pary. Poranek był wyjątkowo mroźny mimo rozgorączkowanego entuzjazmu tłumu, który, zdawało się, powinien zamienić arenę we wnętrze wulkanu.

„Sir Gillis” wszedł w wytyczony  palisadą krąg ubitej, pokrytej szronem ziemi. Zasalutował przeciwnikowi mieczem, lecz nie doczekał się odpowiedzi. Nie zraziwszy się tym, wykonał ukłon w stronę trybuny dla wyżej urodzonych. Złoty Rycerz ze zniecierpliwieniem machnął wielką dłonią, zrobił krok naprzód.

Adawele pozdrowił także widownię, choć musiał przez to ze stoickim spokojem rozciąć rzuconego weń pomidora. Mógł jednak w ten sposób dokładnie rozejrzeć się wokół.

Llund ruszył z gardłowym wrzaskiem. Rzucił się na niego z wysoko uniesionym mieczem, jakby chciał go rozrąbać na połowy. Adawele chwycił ostrze wolną ręką i zasłonił się. Tuż przed tym nim stal zderzyła się ze stalą, zaczął się obracać. Potężny atak zamiast wbić mu jego własny miecz w głowę, tylko się po nim ześlizgnął. Sztych Złotego Rycerza gruchnął o zmrożoną ziemię.

Adawele rąbnął głowicą w hełm i zaraz karkołomnie przetoczył się za plecy przeciwnika, podcinając mu ścięgno w kolanie. Ponownie uderzył głowicą, tym razem od góry, prosto w ciemię.

Tłum zaczął wiwatować nim jeszcze Llund bezwładnie osunął się na ziemię. Podbiegli do niego pomocnicy turniejowego medyka. Tak się złożyło, że mój tabard był niemal identyczny z tymi należącymi do felczerów. Chwyciłem nieprzytomnego boga pod pachy, żeby razem z pozostałymi wynieść go z areny. Pozwoliłem na chwilę, by dziadyga przejął kontrolę i wyszeptał swoje życzenie.

– Wynoś się stamtąd i zrób mi miejsce.

Coś pyknęło i po raz pierwszy od dawna byłem ze sobą sam na sam we własnej jaźni. Pasemka niemalże niewidzialnej mgiełki wypełzły mi z nosa i wpłynęły pod hełm Złotego Rycerza. Bóg wyfrunął i pomknął gdzieś daleko.

Ulżyło mi, chociaż musiałem mocować się z potężnym ciałem zapakowanym w ciężką jak cholera zbroję. Wtedy, taszcząc je z mozołem, coś do mnie dotarło.

„Sir Gillis” krążył po arenie z rękami uniesionymi w geście tryumfu. Kiedy mnie minął, zawołałem go. Przez hałas w ogóle mnie nie słyszał. Albo nie chciał usłyszeć.

– Adawele, do cholery!

– Czego, Tibalt? Daj mi się chwilę nacieszyć wygr…

– Czy tu nie chodziło o czyjąś rękę?

Na chwilę zapadło pomiędzy nami milczenie. Na krótko, lecz wydawało się, że trwało wieki.

– O kurwa.

Epilog

W mieście Llund, stolicy niegdyś największego na świecie cesarstwa, istniało miejsce, o którym niewielu wiedziało – zamurowana dawnymi czasy prastara brama. Mijały lata, bramę rozkradziono, zamurowano jeszcze raz, a potem posadzono tam gaj pomarańczowy, by litościwie ukryć niechlubną pamiątkę dawnych złych czasów przed podróżnymi. Za bramą kryła się ślepa uliczka, pozbawiona jakiegokolwiek dostępu z zewnątrz.

W uliczce nie było niczego poza wysuszoną pylistą ziemią oraz wielkoludem, który ruszał się z miejsca, tylko gdy było to konieczne, a nawet wtedy kursował jedynie pomiędzy latryną i pułapkami na szczury oraz chrząszcze.

Był z tego powodu niewymownie szczęśliwy.

Koniec

Komentarze

Jest jakaś historia, nawet ciekawy pomysł, żeby polować na boga, ale jak dla mnie to wyszło zbyt chaotycznie. Nie tylko w interpunkcji. ;-)

Mam wrażenie, że zamiast pokazywać czytelnikom kluczowe punkty, skupiasz się na drugorzędnych detalach. Na przykład dialog przesłuchiwanego ze śledczym, która to rozmowa jest tylko odwróceniem uwagi. A co się działo ważnego? Wspólnik rąbnął zbroję rycerzowi? Związał go i zakneblował? Zabił, aby zająć jego miejsce na turnieju?

Babska logika rządzi!

Poczułem się sprowadzony na ziemię…

Niemniej dziękuję za przeczytanie i uwagi :) Mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Ale pamiętasz, że to tylko moja opinia? Wcale nie muszę mieć racji.

Babska logika rządzi!

Wiem. Chodzi raczej o jakieś głupie przeświadczenie, że właśnie napisało się coś tak dobrego, że przecież każdemu musi się spodobać. Zawsze się na tym parzę.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Nieee, tak się nie da…

Babska logika rządzi!

Niegłupie, zabawne, mimo nienajświeższej konwencji czytało się zaskakująco przyjemnie. Przeszkadzały nieco zbyt karkołomnie skonstruowane zdania, ot, pierwsze z brzegu dla przykładu:

Zamiast w górę popłynąłem na połów w dół rzeki i trafiłem na odnogę prowadzącą do stawu, w którym jesiotry składały ikrę. 

Niby nic błędnego, ale zdanie wymaga zatrzymania się i ponownego przeczytania, co wybija z rytmu. Wolałbym:

"Tym razem popłynąłem na połów w dół rzeki, a nie w górę, i trafiłem na odnogę…"

Takich momentów, w których zupełnie niepotrzebnie komplikujesz szyk i interpunkcję jest dużo więcej, nie przytoczę, bo na komórce nie mogę kopiować i wklejać, a wklepywanie na piechotę jest upierdliwe. Zatem uwierz na słowo. 

Poza tym, Finkla ma rację, w końcówce sypie się trochę intryga. Co się stało z prawdziwym Sir Gillisem? I po cóż ten straszliwy dramatyzm, zawieszony w jakże pięknym wyrażeniu "O kurwa"? Przecież kiedy rypnie się tożsamość zwycięzcy, nagroda raczej grozić mu nie będzie…

No i nie podoba mi się idea turnieju, w czasie którego elita rycerska wypruwa sobie nawzajem flaki, w celu udowodnienia sobie przynależności do tejże. Dwa eventy i byłoby po elicie.

Całe moje kręcenie nosem nie zmienia jednak faktu, że przeczytałem z przyjemnością. Jak zapewne wiesz, bohaterowie mają spory potencjał. Jeśli planujesz serię, to ja chętnie zajrzę.

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Finklo, wiem o tym dopóki… no, nie przestaję wiedzieć. Po jakimś czasie mi przechodzi, więc nie ma się czym przejmować :)

thargone, dzięki za przeczytanie :D

Wierzę na słowo. Jak będę miał chwilę to spróbuję poszukać innych takich zdań-pułapek. Nie wiem, co prawda, na ile mi się to uda, ale spróbować nigdy nie zaszkodzi.

Z tym “o kurwa” chodziło o to, że z jednych kłopotów od razu wpadli w drugie i znowu będą musieli kombinować i ryzykować.

A jeśli chodzi o turniej – na prawdziwych też zdarzało się, że ktoś zginął. Chociaż Tibalt mówi o wypruwaniu flaków, mówi to tylko w kontekście ultrabrutalnego Llunda.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Nie do końca mi się podobało. Nie przemawia do mnie taki rodzaj humoru. Zresztą ogólnie nie lubię humorystycznej fantasy, a taki max jaki zaserwowałeś (humor przeplatany lekką makabrą) nie podszedł mi w żaden sposób. Choć sam pomysł jest ciekawy, relacje bohaterów tez ciekawie wykreowałeś. Napisane też całkiem dobrze, czytało się płynnie.

Nie wstrzeliłem się w gust, znaczy? :/

Cieszę się, że znalazłeś jednak też jakieś pozytywy, bo jeśli bohaterowie są w porządku, to może się jeszcze coś z tego uda wyciągnąć w przyszłości :)

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Ich relacje są na tyle dobrze przedstawione, że ewentualną kontynuacje (o ile zaserwujesz ciekawszą intrygę) na pewno przeczytam.

Będę o tym pamiętał, jeśli uda mi się wymyślić ciekawszą intrygę :)

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Dla mnie to fajny kawałek pulp fiction : )

Zdaję sobie sprawę, że tekst ma swoje mankamenty, tak do końca to sam nie wiem, o czym traktuje :D

Mała drużyna betująca głowiła się jak pomóc naprowadzić fabułę na właściwe tory i być może lokomotywa autora trochę się wykoleiła, ale dla mnie czytanie jest jedną z tych rzeczy w życiu, w których liczy się przede wszystkim satysfakcja. A ta często płynie właśnie z wartkiej narracji i rozrywkowych dialogów.

Widzę Tibalta w bibliotece, a przed następnym opowiadaniem Madej skradnie jakiemuś bóstwu nektar ogaru ;)) i będzie jeszcze lepiej, nie mam wątpliwości.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

No, tego, to się nie spodziewałem :o Dzięki!

Też mam nadzieję, że kiedy następnym razem wpakuję bohaterów w kabałę, to jakość produktu wreszcie będzie odpowiednia, a historia zawiła, ale zrozumiała. Na pewno bardzo się będę o to starał.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Z każdym akapitem rosło wrażenie, że opowieść staje się coraz bardziej pogmatwana. Przestałam dostrzegać myśl przewodnią, a sens zaczął się rozpływać. Kiedy doczytałam do końca, poczułam się zagubiona i teraz nie umiem już powiedzieć, o czym jest ta historia.

Innymi słowy – Oszust boży nie przypadł mi do gustu.

 

przy­stą­pił do prze­chwa­la­nia się swą nie­zrów­na­ną po­tę­gą w spo­sób godny pię­cio­lat­ka, który zmy­śla jak leci. – Czy mam rozumieć, że pięciolatki zmyślają, kiedy latają?

 

pod­biegł do star­ca, cały czas ner­wo­wo oglą­da­jąc się za sie­bie. – Masło maślane. Czy mógł oglądać się przed siebie?

Może: …ner­wo­wo oglą­da­jąc się. Lub: …ner­wo­wo patrząc za sie­bie.

 

Tym­cza­sem po­zo­sta­wio­na samej sobie dusza sta­re­go że­bra­ka z roz­pa­czą zdała sobie spra­wę… – Powtórzenie.

 

po­sta­wił ko­śla­wy krzy­żyk, sta­jąc się szczę­śli­wym po­sia­da­czem… – Nie brzmi to najlepiej.

 

zanim ofi­cer się obej­rzał znik­nę­li­śmy w po­cią­gnię­tym dymem tłoku. – Co to znaczy, że dym pociąga tłok?

 

Pierw­szą rze­czą, jaką na­le­ży wy­ko­nać… – Pierw­szą rze­czą, którą na­le­ży wy­ko­nać

 

wszyst­ko by­ło­by z po­wro­tem na swoim miej­scu. Dzia­dzio ni­cze­go bar­dziej nie chciał niż po­wro­tu pod swój mur w swoim wła­snym ciele. – Czy to celowe powtórzenia?

 

Jutro nie­za­męż­ni pa­no­wie z wiel­kich rodów staną ze sobą w szran­ki… – Rozumiem że piszesz o panach, którzy jeszcze nie znaleźli odpowiednich panów i nie zdążyli powychodzić za mąż.

Pewnie miało być: Jutro nieżonaci pa­no­wie/ kawalerowie z wiel­kich rodów staną ze sobą w szran­ki

 

–Za­ka­sa­łem rę­ka­wy. – Brak spacji po półpauzie.

 

Rzu­cił się na niego z wy­so­ko unie­sio­nym mie­czem, jakby chciał go roz­rą­bać na po­ło­wy. – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Aż zwątpiłem czy nie uroiłem sobie zwrotu “zmyślać jak leci”. Ale nie, istnieje. A przynajmniej u mnie się takiego używa. Oznacza, że ktoś improwizuje kłamstwa.

Mógł oglądać się na boki. Tak mi się przynajmniej wydaję.

A resztę poprawię jak tylko będę miał okazję. Jak zawsze jestem bardzo wdzięczny za pomoc :) Tym razem nawet dumny, że tak mało się znalazło.

A że się nie spodobało… szkoda :(

Może następnym razem się uda.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Całkiem przyjemne, miejscami lekko chaotyczne, ale nie tak, żeby się zagubić. Całkiem niezła,  lekka lektura.

Madeju, wyrażenie jest, tyle że brak przecinka w Twoim zdaniu sugeruje, że zmyśla latające dziecko.

Sama czasami mówię, że czytam wszystko, jak leci. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, zygfryd :D Na przyszłość będę robił sobie plany, żeby być pewnym, że wszystko z siebie wynika i że wyjaśniłem wszystko, co trzeba wyjaśnić :)

Reg, to takie buty… Na to, to bym sam chyba nie wpadł. Dzięki za sprostowanie, bo pewnie jeszcze nie raz bym ten błąd zrobił :)

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Cieszę się, że się podobało :)

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Czytało się bardzo płynnie, chociaż muszę przyznać, że po mrówczym bogu trochę się zmartwiłam… “O nie, znowu jakieś opowiadanie w konwencji dużego absurdu…” – pomyślałam, ale na szczęście potem było już lepiej. Ale ten pierwszy fragment wydaje mi się nieco oderwany od całości, taki… no niepasujący.

 

Fajne relacje między bohaterami, ciekawiło mnie jak się ta przyjaźń rozpoczęła :) Pomysł też całkiem przyjemny, tylko kiedy dotarłam do końca, to jakoś tak… Może nie byłam zawiedziona, ale jakiś niedosyt pozostał. Może gdyby końcówka była jakaś bardziej jajeczna?

Nowa Fantastyka