- Opowiadanie: KPiach - Zagubiony

Zagubiony

Publikuję opowiadanie, które powstało kilka miesięcy temu i na wstępie ostrzegam. Niepoślednią rolę odgrywają nawiązania polityczne. Wiem, że dla sporej rzeszy osób dyskwalifikuje to tekst na starcie. Rozumiem to i szanuję, dlatego wszystkich uprzedzonych i (nad)wrażliwych lojalnie ostrzegam.

Tekst w żadnym razie nie miał być komentarzem do bieżącej polityki, jakkolwiek pewnie coś tam mogło się prześliznąć. Szort miał być zbiorem ogólniejszych spostrzeżeń. Popełniłem go, bo uważam, że polityka, jakkolwiek by nie była wredna i paskudna, to jest – czy tego chcemy, czy nie chcemy – częścią naszej rzeczywistości. I niestety wywiera na tęże ogromny wpływ. Dlatego sadzę, że nie należy jej całkowicie pomijać również na naszym poletku. Szczególnie, że mnie wk...

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Zagubiony

Dwóch ludzi w czarnych, rozpiętych płaszczach, w wyzierających spod spodu marynarkach, stało na zakręcie leśnej ścieżki. Pasowali do otoczenia jak panna młoda do wideł. Jeden z mężczyzn uniósł do ust krótkofalówkę i poinformował bazę, że zgubili Obywatela. Znów. Czarni jeszcze raz rozglądnęli się wokół i wyruszyli dróżką w dół zbocza. Gdy ucichł szelest kroków i odgłos łamanych gałązek, a w zamian okolicę wypełniły normalne odgłosy lasu, z pobliskiego wykrotu wypełzła jakaś postać. Mężczyzna ubrany na sportowo przelazł pod zwalonym pniem, poprawił mały plecak i z lekkim uśmiechem spojrzał w kierunku, w którym odeszli jego aniołowie. Nie mieli szans, szkoleni głównie do pracy w mieście, tutaj, w górach i w lesie, które znał jak własną kieszeń, byli bezradni. Dobrze, że przynajmniej nauczyli się nie robić rabanu na cały kraj. Za pierwszym razem, gdy się urwał, wezwali helikoptery i ściągnęli zarówno policję jak i żandarmerię wojskową. Dziennikarze mieli ubaw przez dwa tygodnie.

Dopiął zamek polara, w powietrzu wisiała jeszcze poranna wilgoć, a między drzewami skradały się szare, nierealne kształty – resztki mgły. Adam odwrócił się i ruszył przez las, pod górę. Pewnie wybierał drogę, pomimo że nie prowadziła go żadna ścieżka. Będąc chłopakiem przemierzał tę okolicę setki razy z dziadkiem, dla którego to był nieomal drugi dom. Walczył tu podczas wojny w partyzantce przez ponad trzy lata. Poznał każdy wykrot, każdą ścieżkę. Pamiętał miejsca obozów, położenie ziemianek i kryjówek. Adam chłonął opowieści starego człowieka i uczył się kochać górski las.

Jeszcze kilka kroków i mężczyzna stanął na niewielkiej polance. Byli tutaj z dziadkiem podczas ich ostatniej wspólnej wyprawy. Niewiele się od tamtego czasu zmieniło. Jedynie co, to tu i ówdzie, pomiędzy drzewami na skraju polany pojawiły się gęste krzewy. Las upominał się o swoją domenę. Mężczyzna sięgnął do plecaka po wodę. Pił drobnymi łykami i w zadumie spoglądał na korony drzew, na rozłożyste buki poprzetykane strzelistymi jodłami. Delikatne podmuchy wiatru poruszały wierzchołkami, jednak na dół docierał jedynie cichy, kojący szum. Minęło tyle lat, a Adam wciąż stojąc w tym miejscu odczuwał złość. Dziadek na wschód od tej polany miał własną połać lasu i również jego dotykała plaga nielegalnej wycinki. Pewnego dnia gruchnęła wieść, że wpadli złodzieje drzewa. Okazało się, że jednym z nich był syn dziadkowego przyjaciela i towarzysza leśnej walki. Starzy partyzanci strasznie się wtedy pokłócili, a w dziadku jakby coś umarło i więcej do lasu nie poszedł.

Adam przełknął ostatni łyk wody. Zakręcając butelkę jeszcze raz spojrzał na wierzchołki drzew, teraz zalane blaskiem coraz wyżej wspinającego się słońca. Westchnął. Chciałby zobaczyć promień nadziei również w swoim życiu, które skomplikowało się ponad miarę. W zamyśleniu ruszył na skos przez polanę. Co go, cholera, podkusiło, że zgodził się kandydować? Tak, miał dług wdzięczności. Tak, prosił go o to stary przyjaciel. Ale miał tylko odegrać rolę chłopca do bicia, tego podobno wymagała rozgrywka pomiędzy największymi partiami. Absolutnie nikt nie przewidział, że splot okoliczności i kaprys wyborców wyniosą go do rangi prezydenta. Co miał uczynić? Marzył o możliwości porozmawiania z ojcem albo dziadkiem, ale obydwaj już odeszli. Pozostało jedynie wspomnienie słów taty, tylekroć wypowiadanych: Synu nigdy nie idź w politykę, bo będziesz musiał się zeszmacić!

 Drzewa liściaste wokół powoli oddawały pola iglastym pobratymcom. Adam energicznym krokiem pokonywał skłon wzniesienia. Nagle przystanął, a chwilę później zanurkował pomiędzy gęste gałęzie pobliskiego młodnika. Miał wrażenie, że przed sobą, po lewej dostrzegł jakiś ruch. Czyżby jego ochrona jednak nie dała za wygraną? Usadowił się tak, aby móc obserwować teren powyżej. Nie musiał długo czekać, faktycznie pomiędzy pniami mignęła jakaś sylwetka. Nie mógł dostrzec szczegółów, ale był pewien, że to nie jest dorosły. Mężczyzna wylazł, otrzepał się z igliwia i ruszył trawersem zbocza. Jeszcze kilka kroków i lekko dysząc stanął na skraju leśnego cmentarzyska. Widok był ponury. Powalone, szare pnie. Sterczące z ziemi połamane kikuty. Gospodarka człowieka nie ułatwiała życia przyrodzie, a na dokładkę, kilka lat wcześniej, plaga jakiegoś pasożyta dokonała w wielu miejscach straszliwego zniszczenia. Tak mniej więcej Adam postrzegał świat polityki stołecznej, tyle że tam wciąż grasowało mnóstwo szkodników, które dbały, aby zawczasu zniszczyć jakąkolwiek zdrową tkankę. W rezultacie przyzwoitość zeszła do podziemia, a Adam przekonał się boleśnie, że nie potrafi rozróżnić kto może być sprzymierzeńcem, a kto jest zwykłym śmieciem.

Mężczyzna westchnął i spojrzał na zegarek. Musiał się pospieszyć, czekały obowiązki, a koniecznie chciał dotrzeć na polanę leżąca na pobliskim szczycie. Wiedział, że czeka tam na niego nagroda w postaci zapierającego dech w piersiach widoku. Podciągnął rękawy i ruszył skrajem zdrowego lasu. Po kilkunastu minutach teren przestał się wznosić, a chwilę później Adam znalazł się na obszernym, pofalowanym, trawiastym grzbiecie. Pogoda była cudna, powietrze przejrzyste. Gdybyż można było tu pozostać. Najlepszy widok rozpościerał się z miejsca leżącego nieopodal, po prawej i tam mężczyzna skierował swe kroki. Jednak nie uszedł daleko. Zatrzymał go cichy płacz dochodzący zza kępy krzewów. Zaintrygowany skręcił w tamtą stronę, obszedł skarłowaciałe rośliny i zobaczył małego, może dziesięcioletniego chłopca, siedzącego na kamieniu i popłakującego. To jego musiał widzieć wcześniej w lesie, chyba nawet zgadzał się kolor kurtki. Adam kucnął obok i zapytał:

– Co się stało?

Odpowiedziało mu głośne, bulgoczące pociągnięcie nosem i żałosne:

– But…

Obuwie jak obuwie, tyle że sznurowadła prawego trzewika były zaciągnięte na supeł, którego nie powstydziłby się sam Gordias.

– I o to taka rozpacz?

– Tak. – Malec skinął głową. – Wpadł mi jakiś kamień do buta – chłopiec wytarł nos w rękaw – i nie mogę iść dalej. Wyjąć też go nie mogę. – Znów głośne smarknięcie.

– No dobrze, zobaczmy. – Adam pochylił się nad sznurowadłem i zaczął walczyć z opornym węzłem.

Trochę to trwało, ale wreszcie supeł puścił. Mężczyzna pomógł malcowi ściągnąć but i wytrząsnąć kamyk. Ani duży, ani mały za to o paskudnych, nieregularnych kształtach.

– To mogło boleć – mruknął Adam. – I jak? Lepiej?

Dzieciak wstał i uśmiechnął się promiennie.

– Tak! Teraz nie boli!

Chłopak odwrócił się, zawahał i na powrót stanął twarzą w twarz z Adamem, który oparł ręce na biodrach i z ciekawością przyglądał się dziecku.

– Też mogę panu pomóc.

– Tak? A w czym? – W głosie mężczyzny wyraźnie pobrzmiewało rozbawienie.

– Ma pan problemy w pracy, prawda?

Adam spoważniał i wykonał bliżej nieokreślony ruch ręką. Chłopiec podszedł bliżej, ujął dłonie mężczyzny i rzekł:

– Pracuje pan z bardzo wieloma ludźmi, prawda? Różnymi: dobrymi i złymi, ale ich pan nie zna, prawda?

W prezydencie rosło uczucie kompletnej irracjonalności, a maluch ciągnął dalej: 

– Jeśli zacznie się im pan przypatrywać, ale tak bardzo, bardzo, to zobaczy pan, że każdy z nich świeci. Dobry na czerwono, zły na niebiesko, a większość w różnych odcieniach zieleni.

Mężczyzna patrzył na dziwnie gadającego dzieciaka i z rosnącym zdumieniem obserwował jak cała, drobna postać rozjarza się światłem. Chłopak uśmiechnął się promiennie, odwrócił i chwilę później zniknął pomiędzy pobliskimi drzewami. Adam jeszcze jakiś czas stał osłupiały, aż w końcu wykrzyknął w kierunku, w którym pobiegł malec:

– Ale ja, kurwa, jestem daltonistą!

Koniec

Komentarze

Szort całkiem zgrabny, a i polityka dość łagodna, zręcznie przemycona. Zupełnie nie przeszkodziła mi w lekturze. ;-)

 

Będąc mło­dym chło­pa­kiem prze­mie­rzał tę oko­li­cę setki razy… – Masło maślane; chłopak jest młody z definicji.

 

Jesz­cze kilka kro­ków i męż­czy­zna wkro­czył na nie­wiel­ką po­lan­kę. – Nie brzmi to najlepiej. :-(

Może: Jesz­cze kilka kro­ków i męż­czy­zna stanął na nie­wiel­kiej po­lan­ce.  

 

Nagle przy­sta­nął, a chwi­lę póź­niej za­nur­ko­wał… – Nagle przy­sta­nął, a chwi­lę póź­niej za­nur­ko­wał

 

chwi­lę póź­niej Adam wkro­czył na ob­szer­ny… – …a chwi­lę póź­niej Adam wkro­czył na ob­szer­ny

 

od­wró­cił i w chwi­lę póź­niej znik­nął po­mię­dzy po­bli­ski­mi drze­wa­mi. Adam jesz­cze dłuż­szą chwi­lę stał osłu­pia­ły… – Powtórzenie.

Może w pierwszym zdaniu: …odwrócił i niebawem zniknął między pobliskimi drzewami.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czyli dla Adama, zasadniczo, życie jest szare, w przenośni i na prawdę. Czytało się przyjemnie.

Całkiem, całkiem. I zgadzam się z Reg, że polityka tak łagodnie i strawnie (przynajmniej dla mnie) przemycona. 

Dzieciak fajny, puenta też, tylko mi ten “przecinek” w ostatnim zdaniu zazgrzytał. Jak dla mnie, mogłoby go tam nie być. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

 

Niezły tekst. Życiowy. Z moich doświadczeń wynika, że podobne przemyślenia, jak Twój bohater, mają ludzie, którzy właśnie wchodzą do polityki lub pracują z politykami. Tym pierwszym potem im przechodzi, ci drudzy się radykalizują.

Czy to jest sygnaturka?

Fajny szort. 

Przede wszystkim puenta. Ostatnie zdanie zrobiło ten tekst :-)

A z polityką to jak z matematyką. Mozna nie lubić i się nie interesować, ale uciec się nie da.

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Uśmiechnąłem się, kiedy czytałem. Wciąż mam w głowie myśl o nagrodzie, ale nie w lesie, lecz od Prezesa:). I tę całą tęczę kolorów, niemal warszawską tęczę równości…

Też mi się spodobało. Ładnie zarysowane okoliczności i całkiem niezłe opisy leśnego krajobrazu. Jeśli zaś idzie o rozpoznawanie kto jest tym “dobrym” a kto “złym” człowiekiem to mam ten sam problem i też jestem w tej sprawie kompletnym daltonistą…

Podobało mi się :)

Delikatne nawiązanie do bieżącej polityki mi się podobało, puento już trochę mniej, ale ogólnie szort jak najbardziej na plus.

Moment nieuwagi, krótka delegacja, a tu zrobiło się tłoczno. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna za odwiedziny i miłe słowa. Tym bardziej, że na serio obawiałem się, że dostanę po głowie…

Lecę poprawić wskazane babole.

Jeszcze raz dzięki!

 

EDIT: No ni jak, śniąca, nie leży mi ten koniec bez przecinka ;-P

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

No wiesz, gusta są różne i przecinek w moim się nie mieści ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zostałam zrobiona w bambuko, co uświadomiłam sobie grubo po przeczytaniu tekstu. Wodzisz czytelnika za nos, bo przecież puenta nie ma z tekstem właściwie niemal nic wspólnego, oprócz jakiejś postaci, która raz gdzieś tam przemknęła. Piszesz o mężczyźnie, który wymknął się na wędrówkę, wspomina dziadka, tatę, przytaczasz anegdotkę z życia dziadka, snujesz rozważania polityczno-historyczno-społeczne, opisujesz przyrodę.

A potem bach – ni z gruchy, ni z pietruchy, puenta.

To się nie mogło udać. A jednak, cholera, tutaj się udało. :) Całe opowiadanie czyta się z takim zainteresowaniem, że to "oszustwo" umyka uwadze.

Bardzo fajny szorcik.

Tak sobie od wczoraj myślę, KPiachu, o Twoim Zagubionym i doszłam do wniosku, że może odnalazłby się w Bibliotece…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ach,  oczywiście zapomniałam kliknąć. Naprawione!

Wiesz, Reg, myślę, że masz rację, Zagubiony świetnie odnajdzie się w Bibliotece ;-P

Ogromne dzięki dziewczyny!

A, tak w ogóle to jeszcze większą frajdę mam z tego, że Ocho, Ty dałaś zrobić się w bambuko, a Ty Reg od wczoraj myślisz o moim szorcie ;-)

A odrobinę poważniej. Mam nadzieję, że to zakończenie jednak nie jest tak całkiem oderwane od reszty tekstu. W pewnym sensie całe opowiadanie jest zbiorem puzzli, z których można ułożyć więcej niż jeden pejzaż. Tyle, że wszystkie będą miały podobne barwy. 

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Tyle, że wszystkie będą miały podobne barwy. 

Trochę czerwone, trochę niebieskie, a większość w różnych odcieniach zieleni. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak, albo różne odcienie szarości…

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

No wiesz, tak się nie robi. Nostalgia, zaduma, wspomnienia, a tu nagle: bum!

Przyznam szczerze, że zaniemówiłam przy ostatnim zdaniu (nie żebym czytała na głos – w myślach zaniemówiłam). No bo jak to tak???

Zakończyłam lekturę śmiechem. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Znaczy efekt zaskoczenia działa ;-)

Dzięki. Bemik!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Miałam cały czas ochotę opieprzyć cię za ten nudny, melancholijny wstęp. Łapałam się za głowę, skąd te punkty do biblioteki. A potem dotarłam do puenty :P Klik!

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki! W sumie niezły wstęp, z Twojego wpisu, Tenszo, wynika, że obejmuje cały tekst z wyjątkiem ostatniej linijki ;-D

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Politykę można przełknąć bez problemów, bo nie lansujesz na siłę żadnej opcji, ze szczególnym uwzględnieniem tych, których nie lubię. ;-)

Puenta niezła.

Mam nadzieję, że bohater ma jeszcze szansę, żeby jakoś się odnaleźć w paskudnym świecie – z tego co kojarzę, większość daltonistów nie reaguje na czerwony. Czyli facet może dostrzec niebieskie i zielone światło. :-)

Babska logika rządzi!

Dzięki za wizytę i za klik – bo to Twój klik, Finklo, prawda?

A z daltonizmem sprawa jest złożona, bo ma bardzo wiele postaci w tym achromatyczność. Natomiast statystycznie, najpopularniejsze jest upośledzenie pigmentu zielonego w czopkach, co skutkuje, że zielony odbierany jest jako mniej intensywny, a pozostałe kolory są postrzegane w sposób zaburzony.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Prawda, mój ci on był. ;-)

Babska logika rządzi!

Jak pech, to pech. Całkiem to fajne, przyjemnie się czytało, ale zgadzam się z Ochą, że uszyłeś fabułę z kilku mało pasujących do siebie elementów – tu przeszłość dziadka, polityka, magiczny dzieciak i daltonizm.

Świetne jest to opowiadanie. Szacunek. :)

Genialny szort. Finezja i błyskotliwość zgrabnie przenika się z dobrą fabułą.

Dzięki ogromne! <zamiata piórami posadzkę w głębokim ukłonie ;-)>

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Ładna puenta, normalnie (teraz, to chyba przesłodzę) aż Wojtkiem Młynarskim zaleciało. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Łoj! Dałeś Zalth, ale nie da się ukryć, że cholernie przyjemnie jest przeczytać taką opinię ;-) Dzięki!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Zakończenie fantastyczne!

Znam tylko pięć liter ;)

No bo gdzieś musiała się pojawić fantastyka ;-D Dzięki, Anet!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

No ładnie, Piachu, ładnie… To ja tu brnę przez lasy, krzaki, iglaki, czekam aż się zacznie coś dziać, akcja jakaś, tempo…

A tu nagle szast-prast i jakbym obuchem przez łeb dostała :D Udało Ci się wyprowadzić mnie w pole :)

 

Wstęp ostrzegający przed polityką zupełnie niepotrzebny – taka jej ilość jest bezpieczna dla życia i zdrowia :)

 

Ale też jestem za brakiem “przecinka” w ostatnim zdaniu… Wolałabym jakoś łagodniej…, No nie wiem “do cholery” może? Bo mi to zgrzytnęło bardzo.

Dzięki, Iluzjo!

 

Wstęp ostrzegający przed polityką zupełnie niepotrzebny – taka jej ilość jest bezpieczna dla życia i zdrowia :)

Znam pewnego redaktora, który miał inne zdanie…

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Tak mi się pomyślało, że skoro rzecz dzieje się w górach, a bohater stąd się wywodzi, w ostatnim zdaniu mógłby powiedzieć:

– Ale ja, krucafuks, jestem daltonistą!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oooo – wersja regulatorów jak najbardziej na miejscu :D

Ale jak to, dobry na czerwono : D ?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Też o tym pomyślałem – dobry na czerwono?! :)

Niestety  całość brzmi jakbyś opowiedział kawał, tylko trochę długi.

 

Ten czerwony to od wyglądu tęczy. Kolor czerwony, skrajny i ciepły – dobro. Kolor niebieski, zimny – zło, a w środku zieleń. W sumie, zamiast niebieskiego powinien być fioletowy, ale postanowiłem pozostać przy bardziej tradycyjnym zestawieniu.

Dzięki, chłopaki za odwiedziny!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Nowa Fantastyka