- Opowiadanie: ironisko - Piąta część tryptyku „Drwale” p t „Przebudzenie macy” - Grafomania 2016

Piąta część tryptyku „Drwale” p t „Przebudzenie macy” - Grafomania 2016

Drodzy czytelnicy. Opowiadanie to zerżnie wasz nóg , jak dokładnie naostrzone ostrze piły rżnie polna, na polanie na wyrębie. Jednak pamiętać musisz iż, oszcze to opowiadanie jak każde inne, dwa kolce ma. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Piąta część tryptyku „Drwale” p t „Przebudzenie macy” - Grafomania 2016

POCZĄTEK

Jarosz był postawnym mężczyzną siedzącym, w kuchni na krześle z założonymi noga na nogę, na głowie ciążył mu kłopot, w dotychczasowym niekrótkim już przecież życiu nie pierwszy a jednak, nie ostatni jak się późnie okazało. Czekał, a raczej czekali razem bo i żona czekała która też tu przecież była i czekała z nim. Czekali na gościa. Oczekiwany nie dał na siebie długo czekać jak się okazało po pewnym czasie.

Jednak przed tym wszystkim co było wcześniej międzyplanetarny transport owiec (ang. Transport Ship) wylądował na niezalesionej gładkiej jak stół polanie wśród, okolicznych gęstych niczym uzębienie jesiotra lasów. Z jego metalicznych bebechów wylały się z tyłu na polanę zastępy, robotników w skafandrach do wycinki lasów korporacji DayRobotĘ. Czterech z nich oddaliło się w sobie tylko znanym kierunku do wyznaczonego na dziś miejsca wycinki wielkich jak boki mieszkalne z XIX wieku, sosen i brzóz rosnących dziko na tej zapomnianej przez Boga i ludzi planecie.

– Co teraz zrobimy?– spytała łagodnie żona Jarosza a w kuchni zapadła krępująca cisza. Wiedział że tym jednym słowem ją od razu uspokoi ale odczekał nieco, dla dobitniejszego efektu w końcu odparł.

– Poradzimy sobie, nie w takich sytuacjach sobie poradziliśmy– uspokoił ją. A ona wyraźnie, odetchnęła najwyraźniej z ulgą malującą się na twarzy.

Lecz wcześniej, na polanie na której pracownicy szykowali się, do wycinki przeogromnych drzew, najeżonych liśćmi i korą twardą jak skała zaistniała, sytuacja sporna, która była zarzewiem późniejszej sytuacji w kuchni. Kris „Zguba” Ass podszedł, od tyłu poprosił, żeby mu pożyczył osełki do piły:

– Jarry pożycz osełki do piły– powiedział prosto z mostu, bo nie owijał w tych sprawach w bawełnę, nie było na to czasu w pracy na wycince.

– Łap, tylko, kurde nie zgub– uśmiechnął się z przekąsem pod wąsem Jaroszy rzucając.

„Zguba” miał Nicka, zguba bo wszystko gubił i zapominał i ogólnie miał frywolne podejście do życia. Za to go wszyscy w okolicy drwale lubili i za dobry humor którym ich napawał od rana.

– Jasne– mruknął smętnie „Zguba”

Tymczasem z oddali już słychać było ryk. To Peter „Głąb” Sauerkraut darł się echem odbitym od przydrożnych drzew i wyskoczył z tzw mordą do „Zguby”.

– Co ty sobie ciulu myślisz? Dlaczego nie jesteś na stanowisku pracy?!! Na grzyby k@#$a przyszedłeś?!!- krzyknął ,przeklinając szpetnie mu w ucho „Głąb” zwany tak od wiadomo czego. Śmierdziało od niego jakoś kwaśną kapuchą, dlatego właśnie.

-Ale…– zaczął Kris jednak bezpardonowo wdarł mu się w słowo Jaroszy, wtrącając i krzycząc nie mniej:

– Przepraszam, ale pożyczyłem od niego osełkę do piły i przyszedł po nią więc to moja wina jest– wziął odważnie winę na siebie.

Petera od takiej bezpardonowości i braku szacunku, do przełożonego zatkało. Poczerwieniał, zaperzył się, odkręcił na pięcie po czym odwrócił i odszedł wściekły, aż mu szybka w kombinezonie zaparowała.

– Dzięki stary mam nadzieję, że nie będziesz miał z tego tytułu żadnych problemów jakichś– zmartwił się.

– Spokojnie Głąb, nie ma jaj – odparł z pewnością Jaroszy.

 Jednak Peter Sauerkraut zwany „Głąbem” miał jaja, nawet dwa bo obaj otrzymali po powrocie do bazy wypowiedzenia zmieniające warunki o pracę na wypowiedziane i stąd wynikła poniższa sytuacja.

Do drzwi zadzwonił dzwonek a Jaroszy wstał je otworzyć. Po otwarciu w drzwiach ukazał się jego znajomy ze studiów. Znali się jeszcze z czasów gdy studiowali technologię obróbki drewna na kierunku przemysł drzewny na uniwerku w Kamp Brydż (ang Kempt Breach).

Bitszch, bo tak mu było na imię, mrugnął porozumiewawczo do żony Jarosza i rzekł:

– Porwę twojego męża i obgadamy parę spraw– uśmiechnął się lisio a uśmiech ten przypominał właśnie lisią kitanę, taki był szeroki, puszysty i zawinięty.

– Jasne „Sonofa”– bo taki był jego nick,– tylko nie tak jak ostatnio, kiedy wyszliście na chwilę i pół roku was nie było, ok?

– Jasne, że nie na pół roku – odpowiedział przezornie ironicznie.

 I wyszli. I się potem dopiero zaczęło działać.

 

Przez wzgląd na gęsto cielęce się pytania co było dalej dodaję to Post Criptum do niego.

Zakończ? E! Nie!

I jedno jeszcze ostatnie słowo ad personum ode mnie Czytelnicy, sława mi poety: cytuję

“przecież to oczywiście, czytajcie że rozum zmienię, 

I szyli dług o część liver!”

HEJ!

Koniec

Komentarze

Jasne, że wiem, że po terminie. Tak jak lubię :)

Cóż, abstrahując od terminowości publikacji tekstu, opowiadanie przeczytałem. Nie powiem, że z przyjemnością, bo to jednak grafomania, natomiast z niekłamanym uśmiechem. No i jestem przekonany, że swoją następną firmę nazwę właśnie Day-RobotĘ. 

A dlaczego dopiero potem się zaczęło dziać? A czemu nie przedtem, żebyśmy se poczytali o tem? Generalnie z tegoż właśnie powyższego powodu jestem zawiedziony, że tak ciekawej opowieści znamy tylko początek.

Och, bo to najbardziej przykro musi być temu co mu się kłopot lęgnie w głowie. A jeszcze bardziej dlatego, że powodem nie jest własne i specjalnie kłopotów szukanie tylko chęć przyjścia z pomocą koledze z pracy i prosta osełka do piły. Tylko, że jak się napatoczy ktoś nieżyczliwy i nawet nakrzyczy to bez słowa wywali z roboty i zostawi z kłopotem. Na szczęście zjawia się gość i porywa skłopotanego do obgadania spraw i tylko szkoda, że na tym się kończy i nie wiem co dalej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wszystko OK, ale jakby firmę nazwać Day-Robot.EU to by można po dotacje uderzać. A tak, bez dotacji to co? Co było dalej, ja się pytam.

Czy to jest sygnaturka?

Dopisałem co dalej. Rzeczywiście dzieło winno kończyć się finalnie, bo takie niedokończone strasznie męczy bułę…

smiley

Przeczytawszy co dopisałeś co dalej, mogę dodać tylko wiele mówiące HEJ!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie z grosza Graf oman ja. Podobneły mnie siem nazwy po angielskiemu. Tylko koniec za bard zoo skon dens owa NY.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka