- Opowiadanie: Liluh - O nieskorej miłości

O nieskorej miłości

Sza­now­ni,

 

Mi­nę­ły już ponad czte­ry lata odkąd je­stem na por­ta­lu i na samym po­cząt­ku za­kła­da­łem – opu­bli­ku­ję przy­naj­mniej jedno so­lid­ne opo­wia­da­nie rocz­nie. Mniej wię­cej trzy­mam się planu, cho­ciaż tym razem spóź­niam się o dobre czte­ry mie­sią­ce. Nic to, jak za­wsze bar­dzo cie­kaw je­stem opi­nii, za­rów­no do­ty­czą­cych stylu, war­to­ści opo­wie­ści i nar­ra­cji, jak i tych zu­peł­nie tech­nicz­nych. Wszyst­kie biorę sobie do serca i z góry dzię­ku­ję. 

W ra­mach szli­fo­wa­nia mo­je­go warsz­ta­tu sta­ram się za każ­dym razem za­bie­rać się za inny temat i pro­wa­dzić nar­ra­cję w inny spo­sób. Za­czy­na­łem kla­sycz­nym i an­ty­uto­pij­nym sf “Post Mor­tem – w związ­ku ze zgo­nem”, póź­niej było hu­mo­ry­stycz­ne fan­ta­sy “Wil­czy Sko­wyt” (które obe­rwa­ło brą­zo­wym piór­kiem), na­stęp­nie mocno psy­cho­lo­gicz­ny dra­mat wo­jen­ny w kon­wen­cji fan­ta­sty­ki – “Ja, po­wsta­niec” (który dzię­ki uwa­gom z por­ta­lu prze­szedł mocną ko­rek­tę). Dzi­siaj od­da­ję do Wa­szej oceny naj­bar­dziej fe­mi­ni­zu­ją­ce opo­wia­da­nie do tej pory. Iro­nicz­nie trak­tu­ją­ce o rze­czy­wi­sto­ści dam­sko-mę­skich re­la­cji du­żych miast. Jest w nim sporo “oczek” pusz­cza­nych do Czy­tel­ni­ka, łącz­nie z samą, kla­sycz­ną bar­dzo hi­sto­rią. Wy­da­je mi się też, że wię­cej fraj­dy będą z niego miały “Czy­tel­nicz­ki” niż “Czy­tel­ni­cy”, a już na pewno osoby doj­rza­łe oso­bo­wo­ścio­wo ale kto to wie. Z mojej stro­ny to eks­pe­ry­ment. Czy udany? Cze­kam na opi­nie. Acha, jesz­cze jedno, w opo­wia­da­niu znaj­du­ją się frag­men­ty o (lek­kim) ero­tycz­nym cha­rak­te­rze oraz kilka wul­ga­ry­zmów, w związ­ku z czym ra­czej 18+. Miłej lek­tu­ry.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

O nieskorej miłości

Odi? Cięż­ko do­kład­nie po­wie­dzieć, jaki był. Taki miał już cha­rak­ter, że raz był cza­ru­ją­cy, a kiedy in­dziej zu­peł­nie nie szło z nim wy­trzy­mać. Gry­ma­sił, fo­szył się jak pa­nien­ka, taka ka­wiar­nia­na wy­sia­dywacz­ka. No wie­cie, taka ko­kiet­ka w ro­go­wych ray­ba­nach, ubra­na w spo­sób ab­so­lut­nie pla­no­wo nie­dba­ły w mar­ko­we szmat­ki z cu­dzych szaf, a w dłoni nie­od­łącz­ny tek­tu­ro­wy kubek z kawą. Zna­cie takie, praw­da? On też je znał. Na wylot. Może dla­te­go tak się cza­sem za­cho­wy­wał? Taka poza, któ­rej nie po­tra­fił już od­dzie­lić od praw­dzi­we­go sie­bie. Maska, którą przy­wdzie­wał ile­kroć wy­cho­dził szli­fo­wać śród­miej­skie tro­tu­ary. Kur­so­wał wtedy mię­dzy Żu­ra­wią, a pla­cem Zba­wi­cie­la, jak sa­mot­ny ryś w po­szu­ki­wa­niu zdo­by­czy. Bo tym były dla niego te wszyst­kie Kasie, Anie i Beaty. Zwie­rzy­ną. Tro­fe­ami my­śli­we­go. Ba­nal­ne, mó­wi­cie? Być może, ale tak to wła­śnie wy­glą­da­ło i jeśli można mieć do ko­go­kol­wiek pre­ten­sję, to nie do niego. Bo czy można winić kota, że cią­gnie go do myszy?

Ja w każ­dym razie, nigdy nie mia­łam mu tego za złe bo wie­dzia­łam co nim po­wo­du­je. A zresz­tą, jakże mogłabym być o nie za­zdro­sna? O co? O te wy­mu­sze­nie ra­do­sne twa­rze, ko­lo­ro­we ciusz­ki, wy­stu­dio­wa­ne pozy i prze­in­te­lek­tu­ali­zo­wa­ne roz­mo­wy po­le­ga­ją­ce na po­wta­rza­niu za­sły­sza­nych w te­le­wi­zji mo­ra­łów? O chęt­ne się­ga­nie po po­stę­po­wych au­to­rów, jeśli tylko na­pi­sa­no o nich w ga­ze­cie, a ich pu­bli­ka­cje nie były grub­sze od in­struk­cji ob­słu­gi czaj­ni­ka elek­trycz­ne­go? Ha, nigdy. Wy­bacz­cie, ale samo po­rów­ny­wa­nie sie­bie do nich wpły­wa na mnie de­pry­mu­ją­co. To jakby kazać, no nie wiem, żoł­nie­rzo­wi kom­pa­nii re­pre­zen­ta­cyj­nej rów­nać krok do ku­le­ją­ce­go… ech, ale wróć­my do niego.

 

Pierw­szy raz zo­ba­czy­łam go wła­śnie w jed­nej z tych ka­wiar­ni. Byłam tam zu­peł­nie przy­pad­kiem. Przy­się­gam, na­praw­dę nie cho­dzę tam trza­skać słit focie na fejsa. Ro­bi­łam ja­kieś drob­ne za­ku­py w nie­da­le­kim bu­ti­ku bie­liź­nia­nym na Mar­szał­kow­skiej, a dzień był szary i desz­czo­wy jak to bywa na je­sie­ni. Wiatr nie­przy­jem­nie tar­gał moim płasz­czem, mierz­wił włosy i wy­ry­wał z ręki pa­pie­ro­wą to­reb­kę. Za­drża­łam z zimna, sta­wia­jąc tren­czo­wy koł­nierz.

– No mała, do­brze ci zrobi go­rą­ca, słod­ka kawa – po­wie­dzia­łam sobie i czym prę­dzej po­drep­ta­łam w kie­run­ku placu Zba­wi­cie­la.

Z wes­tchnie­niem przy­wi­ta­łam na wpół spa­lo­ną tęczę – me­ta­lo­wą kon­struk­cję czę­ścio­wo okry­tą ko­lo­ro­wy­mi wstąż­ka­mi, sto­ją­cą pośrod­ku ronda. Naj­wy­raź­niej była w po­ło­wie swo­je­go ży­cio­we­go cyklu. W tam­tym cza­sie jej cią­głe pod­pa­la­nie i od­bu­do­wy­wa­nie stało się pewną formą ide­olo­gicz­ne­go dys­kur­su, po­mię­dzy ludź­mi o skraj­nie róż­nych od sie­bie po­glą­dach. Oczy­wi­ście, jak to czę­sto bywa w ta­kich przy­pad­kach, ogień nie­omyl­no­ści pod­pa­lał nie tylko serca i umy­sły. Tylko prze­wró­ci­łam ocza­mi, lu­dzie za­wsze po­zo­sta­ną tacy sami. Obe­szłam plac do­oko­ła, szu­ka­jąc skry­te­go pod ar­ka­da­mi lo­ka­lu, w któ­rym nie było zbyt wielu gości. Nie prze­pa­dam za tłu­ma­mi. Kilka minut póź­niej, ści­ska­łam w ręku ogrom­ny kubek przy­jem­nie pa­ru­ją­cej kawy z cy­na­mo­nem, mio­dem i mle­kiem. Sie­dzia­łam tak przy nie­wiel­kim sto­li­ku i przy­ci­śnię­ta do szkła wi­try­ny, po­pi­ja­łam słod­ki nek­tar. Za­sta­na­wia­łam się, co tu po­cząć z resz­tą dnia, kiedy z za­my­śle­nia wy­rwał mnie ko­bie­cy śmiech. Nieco zbyt gło­śny, gar­dło­wy. Z typu tych, co to nigdy nie ma pew­no­ści czy ten ktoś się dusi czy śmie­je.

Nie­ste­ty, fi­li­gra­no­wa blon­dyn­ka wy­da­ją­ca ten ra­nią­cy uszy char­kot, mimo mojej nie­śmia­łej na­dziei, nie dła­wi­ła się wła­śnie kost­ką cukru. Prze­ciw­nie. Naj­wy­raź­niej świet­nie ba­wi­ła się w to­wa­rzy­stwie ja­kie­goś od­wró­co­ne­go do mnie tyłem męż­czy­zny. Sie­dzie­li na stoł­kach przy barze. On o czymś opo­wia­dał, swo­bod­nie ge­sty­ku­lu­jąc. Ona ści­ska­ła w ręku wy­so­ką latte w szklan­ce z gru­be­go szkła. Co i rusz przy­sy­sa­ła się do dłu­giej ró­żo­wej słom­ki, z wpra­wą po­cią­ga­jąc so­lid­ne łyki wy­dat­ny­mi usta­mi.

Za­sta­na­wia­łam się tylko, czy pod tymi blond wło­sa­mi, za czer­wo­ny­mi oku­la­ra­mi z ze­ro­wy­mi szkła­mi, kryje się cho­ciaż krzty­na in­te­lek­tu? Taka odro­bi­na, która po­zwo­li jej opa­nować ten przy­wo­dzą­cy na myśl ostrze­gaw­czy pisk pre­rio­we­go pie­ska śmiech, na tyle by było to spo­łecz­nie do­pusz­czal­ne. No, w każ­dym razie przez spo­łe­czeń­stwo ma­ją­ce w tej chwi­li swoją przed­sta­wi­ciel­kę w mojej oso­bie. Facet chyba znowu po­wie­dział coś za­baw­ne­go bo dziew­czy­na par­sk­nę­ła omal nie oplu­wa­jąc sie­bie i jego kawą. Le­d­wie zdą­ży­ła za­kryć dło­nią usta. Prze­pro­si­ła go i wciąż chi­cho­cząc po­pę­dzi­ła do ła­zien­ki stu­ka­jąc bor­do­wy­mi bot­ka­mi, krę­cąc pupą opię­tą szarą, weł­nia­ną su­kien­ką. Po­zer­ka. Cie­ka­we co taki mod­nie ubra­ny facet jak on robił z takim bez­gu­ściem? Je­sien­na, bor­do­wa ma­ry­nar­ka z na­szyw­ka­mi na łok­ciach, spodnie w ciem­nym de­ni­mie i buty o za­okrą­glo­nych czub­kach z wy­so­kim wią­za­niem, wy­glą­dał pra­wie jak jakiś hip­ster­ski li­te­rat. Od­pro­wa­dził ją le­ni­wym spoj­rze­niem, a gdy tylko znik­nę­ła w ko­ry­ta­rzu, od­wró­cił się w moją stro­nę. Omiótł wzro­kiem salę, by po chwi­li mnie za­uwa­żyć.

Nie dałam po sobie ni­cze­go po­znać, non­sza­lanc­ko spo­glą­da­jąc na chło­sta­ną desz­czem ulicę. Nie­mal czu­łam dotyk jego spoj­rze­nia, ale cier­pli­wie, wy­trzy­ma­łam tych kilka se­kund po­trzeb­nych do tego by mógł mnie wła­ści­wie oce­nić i zro­zu­mieć, że to nie ta sama klasa co jego we­so­lut­ka przy­ja­ciół­ka. Było to ko­niecz­ne, po­nie­waż na­uczo­na do­świad­cze­niem już nie­raz mu­sia­łam spła­wiać nie­chcia­nych ad­o­ra­to­rów, któ­rym wy­da­wa­ło się, że grają w tej samej lidze i wobec tego mogą być w polu mo­je­go za­in­te­re­so­wa­nia. To był mój model za­cho­wa­nia, który w my­ślach na­zy­wa­łam “NNS”, czyli non­sza­lan­cja, na­ga­na, spła­wie­nie. Wy­ko­na­łam już punkt pierw­szy i wła­śnie prze­szłam do dru­gie­go.

Na­ga­na wzro­ko­wa prze­waż­nie dzia­ła­ła na dwa spo­so­by. Albo de­li­kwent ucie­kał gdzieś ocza­mi, ewen­tu­al­nie wsty­dli­wie spusz­czał głowę, albo robił coś w jego mnie­ma­niu za­chę­ca­ją­ce­go, a fak­tycz­nie zu­peł­nie pro­stac­kie­go, np: pusz­czał oko. Ja­kimś cudem, wielu wy­da­wa­ło się, że są Don Ju­ana­mi przed któ­ry­mi każda chęt­nie roz­ło­ży nogi, a w ich pod­bo­jach ab­so­lut­nie nie prze­szka­dza­ła uwie­ra­ją­ca w palec ob­rącz­ka.

Od­wró­ci­łam więc głowę by udzie­lić mu nie­wer­bal­nej re­pry­men­dy bo wy­glą­da­ło na to, że to wła­śnie jeden z nich, a wtedy spoj­rzał mi pro­sto w oczy i uśmie­cha­jąc się nie­znacz­nie, uniósł fi­li­żan­kę lekko skła­nia­jąc głowę. Spo­koj­nie, po przy­ja­ciel­sku. Tak mnie to za­sko­czy­ło, że przez chwi­lę za­mar­łam, zbita z pan­ta­ły­ku. Miał przy­stoj­ną, męską twarz o wy­ra­zi­stej, po­kry­tej kil­ku­dnio­wym za­ro­stem szczę­ce. Sym­pa­tycz­ny, nieco chło­pię­cy uśmiech. Od­da­łam po­zdro­wie­nie i wró­ci­łam do po­pa­try­wa­nia przez szybę, by nie po­ka­zać ro­dzą­ce­go się we mnie za­in­try­go­wa­nia. On z kolei od­wró­cił się w stro­nę baru po­wo­li do­pi­ja­jąc her­ba­tę. Po chwi­li wró­ci­ła jego we­so­lut­ka zna­jo­ma. Roz­ma­wia­li jesz­cze tro­chę, ale już ci­szej. Zer­k­nę­łam, naj­wy­żej raz czy dwa, tak z cie­ka­wo­ści. Póź­niej jakoś tak za­to­pi­łam się w my­ślach, że nie­mal nie za­uwa­ży­łam jak po kilku mi­nu­tach wy­szli.

 

***

 

Mu­si­cie wie­dzieć, że z na­tu­ry je­stem wiel­kim ro­man­ty­kiem. Na­praw­dę. Wie­rzę w mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia, aż po sam grób. Wie­rzę w ze­spo­le­nie dusz, w dwie po­łów­ki jabł­ka i te wszyst­kie inne dyr­dy­ma­ły. Je­stem świę­cie prze­ko­na­ny, że gdzieś tam, w bez­kre­snym wszech­świe­cie jest osoba, tak mi bli­ska, że nie­mal iden­tycz­na. Do­peł­nia­ją­ca. Bez niej, czuję jak od środ­ka wy­pa­la mnie ogień. Jak gnie­cie mnie strasz­ny głód, któ­re­go nie mogę za­spo­ko­ić nie­za­leż­nie ile bym zjadł. Wiem, że będę na­praw­dę szczę­śli­wy do­pie­ro kiedy ją od­naj­dę. To mię­dzy in­ny­mi dla­te­go się z nimi wszyst­ki­mi spo­ty­kam. Dla­te­go wy­cie­ram po­de­szwy moich skó­rza­nych butów, od klubu do knaj­py, od knaj­py do ka­wiar­ni. Na świe­cie jest sie­dem mi­liar­dów ludzi. Ponad po­ło­wa to ko­bie­ty. Jeśli od­rzu­cę te zbyt młode lub zbyt stare, albo z in­nych po­wo­dów poza moim za­in­te­re­so­wa­niem, to nadal zo­sta­je strasz­nie duża ilość pań do po­zna­nia. Praw­dzi­wy ocean, po któ­rym że­glu­ję.

Po­nie­waż je­stem re­ali­stą, sku­piam się tylko na tych ży­ją­cych w tym i tak prze­cież dużym mie­ście. Liczę, że do­po­mo­że mi szczę­ście i prze­zna­cze­nie. Już raz wy­da­wa­ło mi się, że spo­tka­łem tę je­dy­ną, ale naj­wy­raź­niej wra­że­nie to było nie­odwza­jem­nio­ne. Co tylko umoc­ni­ło mnie w po­czu­ciu sensu co do dal­szych po­szu­ki­wań.

 

Tam­te­go po­po­łu­dnia umó­wi­łem się z po­zna­ną na ulicy dziew­czy­ną. Po­szli­śmy do po­bli­skiej knaj­py na kawę. Za­ga­da­łem ją na „za­gu­bio­ne­go tu­ry­stę”. Dzia­ła­łem szyb­ko. Po pro­stu mi­ja­li­śmy się i w mo­men­cie, w któ­rym pod­nio­sła na mnie wzrok, spoj­rza­ła w oczy i sym­pa­tycz­nie uśmiech­nę­ła, od­da­łem pro­mien­ny gry­mas i pra­wie nie my­śląc za­cze­pi­łem py­ta­jąc o drogę. Mia­łem oczy­wi­ście przy­go­to­wa­ną w pa­mię­ci listę lo­ka­li­za­cji, te­atrów, kin, mu­ze­ów które mógł­bym chcieć od­wie­dzić dla­te­go za­gad­nię­cie wy­szło cał­ko­wi­cie na­tu­ral­nie. Nie to, żebym po­kła­dał w jej oso­bie ja­kieś spe­cjal­ne na­dzie­je. Co to, to nie. Obiek­tyw­nie jed­nak przy­znam, że miała re­we­la­cyj­ny biust, tak na pierw­szy rzut wy­ćwi­czo­ne­go oka ja­kieś “85C”. Być może jej twarz nie była jakoś spe­cjal­nie in­te­re­su­ją­ca, ale miała świe­żo umyte, dłu­gie blond włosy i sta­ran­nie na­ło­żo­ny ma­ki­jaż, a je­stem es­te­tą.

Coś tam wy­my­śli­łem, że nie­daw­no przy­je­cha­łem i szu­kam kogoś kto opro­wa­dzi mnie po mie­ście. Wy­czu­łem jej wa­ha­nie. Od­ga­dłem, że sama nie jest stąd. Nie­pew­ność nad­ra­bia­ła po­sta­wą i ubio­rem, jak sko­pio­wa­nym z prasy ko­bie­cej. Pew­nie przy­je­cha­ła tutaj do pracy, albo może na stu­dia. Jesz­cze czuje się obco ale już chło­nie to co mia­sto ma do za­ofe­ro­wa­nia. Na to wska­zy­wał do­da­tek kul­tu­ral­ny do ga­ze­ty, którą trzy­ma­ła pod pachą i kubek ze star­buck­sa w dłoni. Em­ble­ma­tycz­ne przed­mio­ty miesz­czań­skiej ma­nie­ry. Nie mam oczy­wi­ście nic do mody. Po­waż­nie, nie prze­szka­dza­ły mi ta­pi­ro­wa­ne fry­zu­ry i po­dusz­ki w ma­ry­nar­kach z lat osiem­dzie­sią­tych, ani sze­le­sty dre­sów w ko­lej­nej de­ka­dzie. Po pro­stu każdy czas ma swoją modę, ro­zu­miem to i sza­nu­ję. Wy­ma­gam tylko spój­no­ści, kon­se­kwen­cji i oczy­wi­ście dba­nia o cho­ler­ną hi­gie­nę. Od razu uprze­dzę, la­kier, żel, puder i pod­kład to nie to samo co pie­przo­na woda i mydło. Zdzi­wi­li­by­ście się jak wiele ko­biet o tym za­po­mi­na. W każ­dym razie dziew­czy­na oka­za­ła się zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi czy­ściosz­ką, a także sym­pa­tycz­ną osobą. Po­pro­si­łem ją żeby po­ka­za­ła mi gdzie jest Teatr Po­lo­nia.

To był dobry wybór. By­li­śmy w miarę bli­sko, a sam bu­dy­nek ukry­ty jest w dru­giej linii za­bu­do­wy od Mar­szał­kow­skiej i łatwo go prze­oczyć. Poza tym, stam­tąd mia­łem dwa kroki do placu Zba­wi­cie­la, więc łatwo mo­głem zre­wan­żo­wać się nie­zo­bo­wią­zu­ją­cą kawą. Te­ma­tów do roz­mów nie mogło mi za­brak­nąć, dość do­brze orien­to­wa­łem się w te­atral­nym re­per­tu­arze. Kwa­drans póź­niej sie­dzie­li­śmy przy barze w jed­nej z moich ulu­bio­nych knaj­pek. Nie żebym był, par­don za wy­ra­że­nie, hur­tow­ni­kiem. Lu­bi­łem jed­nak miej­sca gdzie ob­słu­ga była spraw­na, a bar­man nie rzu­cał mi uśmiesz­ków albo głu­pich uwag wi­dząc mnie znowu z inną dziew­czy­ną. Gdzie było tro­chę miej­sca, a wy­strój nie od­strę­czał tan­de­tą i bru­dem. Po­sta­wi­łem jej latte, a sam są­czy­łem espres­so. Słu­cha­łem co ma do po­wie­dze­nia. Naj­waż­niej­sze, by wsłu­chać się w to co ko­bie­ta ma do po­wie­dze­nia. Nawet jeśli roz­mo­wa, tak jak w tym przy­pad­ku, spro­wa­dza się do quasi fe­mi­ni­stycz­nych ba­na­łów. Po­zwo­li­łem jej się wy­ga­dać i upły­nę­ło sporo czasu nim za­py­ta­ła w końcu o mnie. Po­nie­waż tak wiele mi o sobie po­wie­dzia­ła, wie­dzia­łem do­kład­nie co od­po­wie­dzieć. Tak, ja też przy­je­cha­łem z ma­łe­go mia­sta, pra­cu­ję jako han­dlo­wiec, też uwiel­biam Sla­vo­ja Žižka i oczy­wi­ście, że wy­bie­ram się na ma­ni­fę. Nic z tego nie było praw­dą, ale dzię­ki takim od­po­wie­dziom, po­czu­ła się jakby spo­tka­ła brat­nią duszę. Z kolei ja już wie­dzia­łem, że nie jest moją drugą po­ło­wą, no ale skoro już się po­zna­li­śmy, to czemu nie wy­ko­rzy­stać oka­zji? I tak nam mijał czas.

Opo­wia­da­łem wła­śnie jakąś za­baw­ną aneg­do­tę i dziew­czy­na par­sk­nę­ła śmie­chem po­trą­ca­jąc szklan­kę. Nic wiel­kie­go się nie stało, bar­man zaraz prze­tarł kon­tu­ar, ale dziew­czy­na prze­pro­si­ła i po­wie­dzia­ła, że musi sko­czyć do ła­zien­ki. Ro­ze­śmia­na, pod­nio­sła się ze stoł­ka i niby przy­pad­kiem po­ło­ży­ła rękę na moim ko­la­nie. Po­mo­głem jej de­li­kat­nie ła­piąc za bio­dra i do­brze wie­dzia­łem, że jest już moja. Ode­szła za­lot­nie krę­cąc pupą i wierz­cie mi, aż po­cie­kła mi na ten widok ślin­ka.

 

To wła­śnie wtedy po raz pierw­szy zo­ba­czy­łem Kal. Od razu mnie za­in­try­go­wa­ła, bo ta­kich dłu­gich, kru­czo­czar­nych wło­sów, spły­wa­ją­cych skrę­co­ną ka­ska­dą na plecy nie spo­sób prze­oczyć. Sie­dzia­ła sama, za­pa­trzo­na me­lan­cho­lij­nie w prze­strzeń za szybą. W dło­niach trzy­ma­ła za­baw­nie duży przy jej drob­nej syl­wet­ce kubek, z któ­re­go w prze­rwie za­du­my po­cią­gnę­ła ły­czek. Od razu widać było, że dziew­czy­na ma styl, a to po­tra­fi­łem do­ce­nić. Fran­cu­ski ma­ni­cu­re na smu­kłych, za­dba­nych i po­zba­wio­nych bi­żu­te­rii pal­cach, za­pi­na­ny na frę­dzel­ko­wa­te sznu­recz­ki kar­di­gan w ko­lo­rze owczej wełny i czar­ne leg­gin­sy opi­na­ją­ce zgrab­ne nogi. Do tego skó­rza­ne botki z wy­so­kim ob­ca­sem , a na prze­wie­szo­nym przez opar­cie krze­sła płasz­czu, no tak, kla­sycz­ny sza­lik w krat­kę bur­ber­ry. Cie­kaw byłem jej twa­rzy. Czu­łem się jak ko­ne­ser sztu­ki kon­tem­plu­ją­cy do­sko­na­łą rzeź­bę lub obraz i w tym za­chwy­cie nie było z mojej stro­ny nic zdroż­ne­go. Wła­śnie wtedy ścią­gną­łem na sie­bie jej wzrok. Po­pa­trzy­ła mi w oczy, od­sta­wia­jąc kubek, a ja uj­rza­łem śnia­dą twarz o wy­ra­zi­stych ko­ściach po­licz­ko­wych i do­sko­na­le za­ry­so­wa­nej linii ust. Po­czu­łem ulgę i wdzięcz­ność do losu, że ten ide­al­ny obraz zwień­czo­ny zo­stał przez tak po­są­go­wej urody buzię z dwoma wę­giel­ka­mi błysz­czą­cych in­te­li­gen­cją oczu. Unio­słem fi­li­żan­kę i ski­ną­łem dziew­czy­nie w szcze­rym po­zdro­wie­niu. Zmie­sza­ła się, ale po chwi­li od­zy­ska­ła rezon wy­ko­nu­jąc po­dob­ny gest w moją stro­nę. O tak, miała klasę. Jaka szko­da, że byłem za­ję­ty, a naj­gor­sze co mo­głem w tej sy­tu­acji zro­bić, to spró­bo­wać na­wią­zać z nią jakąś bliż­szą zna­jo­mość, na co byłem pe­wien, ab­so­lut­nie nie przy­sta­nie. Po­sta­no­wi­łem jed­nak, że coś muszę zro­bić, a nuż kie­dyś w przy­szło­ści nasze drogi jesz­cze się prze­tną. Roz­wa­ża­nia prze­rwał po­wrót mojej to­wa­rzysz­ki. Sku­pi­łem się już tylko na niej. Wszyst­ko szło do­brze, dla­te­go za­pro­po­no­wa­łem kino, wie­dzia­łem, że tego dnia w po­bli­skiej Lunie trwał fe­sti­wal filmu eu­ro­pej­skie­go. Moja to­wa­rzysz­ka przy­kla­snę­ła z za­chwy­tem. Po chwi­li już się zbie­ra­li­śmy i kiedy po­da­wa­łem dziew­czy­nie płaszcz, do­zna­łem olśnie­nia.

Wy­ją­łem z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki dłu­go­pis i na ba­ro­wej ser­wet­ce na­pi­sa­łem coś co dawno temu bar­dzo mi się spodo­ba­ło, a co być może ucie­szy moją ka­wiar­nia­ną bo­gin­kę. Ser­wet­kę po­da­łem bar­ma­no­wi, z cichą proś­bą by prze­ka­zał ją sie­dzą­cej pod oknem bru­net­ce, ale do­pie­ro po moim wyj­ściu. Za­pła­ci­łem ra­chu­nek do­kła­da­jąc so­wi­ty na­pi­wek i po­dzię­ko­wa­łem grzecz­nie. Wy­cho­dząc nawet nie obej­rza­łem się za krat­ką bur­ber­ry, ale nie mo­głem po­wstrzy­mać wy­kwi­ta­ją­ce­go mi na twa­rzy uśmie­chu.

 

***

 

Znowu mnie za­sko­czył. Kilka minut po ich wyj­ściu pod­szedł kel­ner py­ta­jąc czy cze­goś jesz­cze sobie życzę. Po­dzię­ko­wa­łam, a wtedy skło­nił się i dys­kret­nie po­ło­żył na sto­li­ku zło­żo­ną na pół ser­wet­kę.

– Sie­dzą­cy wcze­śniej przy barze męż­czy­zna pro­sił o jej prze­ka­za­nie – po­wie­dział.

Spoj­rza­łam na niego nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem, a on uśmiech­nął się cie­pło do­da­jąc:

– Pro­szę ją roz­ło­żyć i prze­czy­tać – po­ra­dził na od­chod­nym.

Ga­pi­łam się na ten ka­wa­łek pa­pie­ru jakby nie był to zle­pek prze­two­rzo­nej ce­lu­lo­zy, a jakiś bo ja wiem, me­te­oryt który chwi­lę wcze­śniej wpadł w ob­ło­kach dymu roz­trza­sku­jąc okno ka­wiar­ni. Pa­trzy­łam tak i pa­trzy­łam, aż uzna­łam, że to co naj­mniej głu­pie, takie bez­ce­lo­we przy­glą­da­nie. Z naj­więk­szą god­no­ścią na jaką było mnie stać i uda­wa­ną non­sza­lan­cją, wzię­łam do ręki wia­do­mość, czy­ta­jąc:

 

"Ro­ślin­na mi­łość we mnie by wzra­sta­ła

Więk­sza od kró­lestw, bar­dziej od nich trwa­ła.

Sto lat bym stra­wił, sła­wiąc do­oko­ła

Blask two­ich oczu i fo­rem­ność czoła"

 

I tyle, nic wię­cej. Żad­ne­go pod­pi­su, żad­ne­go nu­me­ru te­le­fo­nu, nic. Do­sko­na­le zna­łam wiersz, z któ­re­go po­cho­dził cytat. A to łobuz! Co on sobie my­ślał? Ale im dłu­żej pa­trzy­łam w za­pi­sa­ne nie­bie­skim tu­szem słowa tym bar­dziej chcia­ło mi się śmiać. Miał nie tylko tupet ale też po­czu­cie hu­mo­ru. Cie­ka­we czy zna cały ten wiersz i jego dwu­znacz­ność? Na pewno. Ro­ze­śmia­łam się.

 

***

 

Jędr­ne, młode pier­si w roz­mia­rze “C” po­dry­gi­wa­ły nade mną w takt mi­ło­sne­go stac­ca­to, a ja pró­bo­wa­łem sku­pić się na tym pięk­nym wi­do­ku. Bez­sku­tecz­nie. Cho­ciaż przed nosem tań­czy­ły mi na­brzmia­łe an­ten­ki sut­ków, wi­dzia­łem tylko kru­czo­czar­ne włosy i ciem­ne oczy o mą­drym spoj­rze­niu. Jesz­cze chwi­la i mój brak koncentracji sta­nie się od­czu­wal­ny dla part­ner­ki. Skar­ci­łem się w my­ślach wra­ca­jąc do tu i teraz. Umysł znowu mia­łem czysty, po­wo­li na­peł­nia­ny po­żą­da­niem. Wzią­łem się do pracy ze zdwo­jo­nym wi­go­rem, prze­wra­ca­jąc dziew­czy­nę na plecy. Wsze­dłem w nią zde­cy­do­wa­nie, gład­ko prze­cho­dząc z miarowego galopu w sza­leń­czy cwał. Byłem nie­złom­ny ni­czym bu­dow­la­ny kafar, pra­cu­ją­cy w tem­pie ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. A ona krzy­cza­ła, tar­ga­na spa­zma­mi roz­ko­szy raz, drugi i w końcu trze­ci. Do­pie­ro wtedy eks­plo­do­wa­łem sku­mu­lo­wa­nym na­pię­ciem, wy­gi­na­jąc się w łuk wbi­łem palce w jej ra­mio­na nim z ję­kiem opa­dłem na po­ściel. Długo nie mo­gli­śmy zła­pać tchu leżąc w bez­ru­chu, a kro­ple potu wolno schły na na­szych roz­pa­lo­nych cia­łach.

 

Nie­wie­le, cho­le­ra jasna, bra­ko­wa­ło żebym za­wa­lił spra­wę.

 

Wie­cie, tak na­praw­dę cho­dzi o ból prze­mi­ja­nia. Ja wiem. To takie ładne sfor­mu­ło­wa­nie, takie zgrab­ne słowa opi­su­ją­ce coś zgoła strasz­ne­go. Prze­ra­ża­ją­ce­go. W każ­dym razie, jeśli ni­ko­go z was to nigdy nie prze­ra­ża­ło to albo je­ste­ście tro­chę sza­le­ni, albo mocno re­li­gij­ni, albo dużo pi­je­cie. Gwa­ran­tu­ję, nie ma moc­nych, któ­rzy nie ba­li­by się śmier­ci. Ta­kiej czy innej, w ten czy inny spo­sób. Ja to do­sko­na­le ro­zu­miem, nie wie­rzę i nigdy nie wie­rzy­łem w żad­ne­go boga, dla­te­go na myśl o prze­mi­ja­niu mam pełne por­t­ki. Je­stem w pełni świa­do­my swo­je­go prze­ra­że­nia. A po­wiem wię­cej – ja ten strach obej­mu­ję ra­mio­na­mi i przy­tu­lam do pier­si. Ba, mam pełną świa­do­mość, że moją przy­stoj­ną twarz po­kry­ją licz­ne zmarszcz­ki, włosy przy­pró­szy si­wi­zna albo zgoła wsty­dli­wie wy­pad­ną. Skóra ża­ło­śnie ob­wi­śnie, łącz­nie ze smęt­ną mosz­ną, która na ży­cze­nie o pion bio­lo­gicz­ny re­ago­wać bę­dzie co naj­wy­żej peł­nym re­zy­gna­cji drgnie­niem.

Ja wiem co po­wie­cie – to sa­mo­lub­ne, ego­cen­trycz­ne, tchórz­li­we, ni­hi­li­stycz­ne i takie tam. A nawet jeśli, to prze­pra­szam bar­dzo, co? Czy nie wolno mi? Nie wolno oba­wiać się wy­zna­czo­ne­go końca? Za­bra­nej przy­szło­ści, za­bra­nych ma­rzeń, dążeń, dni, lat? Prze­cież nawet w naj­lep­szym razie ile czło­wiek po­ży­je, no ile? Osiem­dzie­siąt, dzie­więć­dzie­siąt, a dajmy na to i sto lat. No i co? A czym­że jest wiek na prze­strze­ni mi­le­nium? Jak wiele można by osią­gnąć gdyby świa­do­mość jed­nost­ki roz­kła­da­ła się na tak długi okres? Czy to nie dla­te­go homo sa­piens stał się do­mi­nu­ją­cym ga­tun­kiem, bo żył wy­star­cza­ją­co długo by wy­two­rzyć w sobie świa­do­mość i nie­uchron­nie stą­pa­ją­cy za nią ból prze­mi­ja­nia? Spło­dzić po­tom­stwo, od­cho­wać, umrzeć. Oto je­dy­ny cel na­sze­go ga­tun­ku, pierw­sze i osta­tecz­ne zba­wie­nie, prze­dłu­że­nie, przej­ście w wiecz­ność. I ja to wiem, roz­gry­złem tę za­gad­kę, od­po­wie­dzia­łem na py­ta­nie o sens życia już dawno. Sam nie wiem jak to się stało, ale od kiedy tylko mo­głem całym ser­cem i umy­słem, a nawet całym cia­łem od­da­łem się tej tylko jed­nej misji, ni­czym bud­dyj­ski mnich. Dys­cy­pli­na ciała i umy­słu, ot co.

 

Dla­te­go muszę. Muszę się z nimi wszyst­ki­mi spo­ty­kać, uwo­dzić, zbli­żać się, ko­chać je albo po pro­stu, zwy­czaj­nie – wy­bacz­cie do­sad­ność – rżnąć. Bo prze­cież o to wła­śnie cho­dzi, do­ro­śli nie po­win­ni się oszu­ki­wać. O za­pach wło­sów, cie­pło­tę ciała, drob­ne pie­przy­ki na spo­co­nej skó­rze, za­gry­za­ne pod­nie­tli­wie wargi, na­brzmia­łe sutki i mokre z pod­nie­ce­nia cipki drga­ją­ce w rytm jęków roz­ko­szy. Ach, jak ja to ko­cham. Tylko wtedy moja bio­lo­gicz­nie za­pro­gra­mo­wa­na chuć daje mi ode­tchnąć od stra­chu. W na­gro­dę za udaną ko­pu­la­cję za­le­wa mnie ad­re­na­li­ną i en­dor­fi­na­mi. A te z kolei dają mi kopa i ener­gię do życia. Oto oszu­stwo ide­al­ne i mój plan na życie wiecz­ne. Wiecz­nie po­żą­da­jąc, za­wsze dążąc do pro­kre­acji, mówię mo­je­mu or­ga­ni­zmo­wi:

– Jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy, jest ro­bo­ta do wy­ko­na­nia. – I on słu­cha, spina się i nie sta­rze­je. Oczy­wi­ście, muszę się przy­kła­dać do pracy, nie może być mowy o oszu­stwie. Za­wsze daję z sie­bie wszyst­ko i jeśli były kie­dyś z tego ja­kieś dzie­ci to życzę im i ich mat­kom wszyst­kie­go do­bre­go. W każ­dym razie, żadne tego typu wie­ści nigdy do mnie nie do­tar­ły, ale kto to wie? W końcu żeby coś usły­szeć, mu­siał­bym w tym celu nad­sta­wić uszu. A przez ostat­nie, no chyba z pół­to­ra wieku – par­don, ale czasu nie liczę – nie zwra­ca­łem na to uwagi żeby się nie roz­pra­szać. Wy­cho­wa­nie, to nie moja dział­ka. Poza tym, je­dy­nym spo­so­bem żebym za­cho­wał wy­gląd i zdro­wie rześ­kie­go czter­dzie­sto­lat­ka była, uprasz­cza­jąc spra­wę, cią­gła pogoń za spód­nicz­ką.

 

– Chodź jesz­cze… – po­pro­si­ła koń­cząc moje dy­wa­ga­cje, a ja nie dałem się długo namawiać.

 

***

 

Nasze dru­gie spo­tka­nie miało miej­sce kilka mie­się­cy póź­niej, w jed­nym z okry­tych grubą war­stwą śnie­gu te­atrów. Wi­dy­wa­łam się wtedy z takim jed­nym praw­ni­kiem… zresz­tą nie­waż­ne. Trwał an­trakt, a w cza­sie kiedy mój to­wa­rzysz po­szedł do to­a­le­ty, po­sta­no­wi­łam nieco po­bu­dzić się przed dru­gim aktem lamp­ką bia­łe­go wina. Sztu­ka była nudna, a ak­to­rzy słabi. Za­po­wia­dał się mało udany wie­czór. Sta­łam tak, opar­ta o ba­lu­stra­dę na pół­pię­trze foyer, spo­glą­da­jąc bez więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia na zgro­ma­dzo­nych w hallu po­ni­żej wi­dzów.

Krzy­wi­łam się lekko, bo wino nie było naj­lep­sze. Co za pech. Jakiś wbity w biały pu­lo­wer mię­śniak na scho­dach po­ni­żej, z za­sty­głą żelem falą blond czu­pry­ny, szcze­rzył się ra­do­śnie do trzy­ma­ne­go te­le­fo­nu. No tak, za mo­ment fotka trafi na in­sta­gra­ma albo twit­te­ra, a chwi­lę póź­niej za­laj­ko­wa­na zo­sta­nie przez tuzin po­dob­nie osza­la­łych na wła­snym punk­cie współ­wiel­bi­cie­lek. On na­pi­sze, że pa­trz­cie, #teatr#gla­mo­ure, a one za­sy­pią go serią za­chwy­tów wy­ar­ty­ku­ło­wa­nych ma­ło­ czy­tel­ną iko­no­gra­fią uśmiech­nię­tych bu­ziek, cier­pią­cych na wy­trzeszcz oczu pie­sków i czer­wo­nych ser­du­szek. Po­my­śla­łam, że życie ludz­kie de­fi­niu­je kilka pro­stych prawd. Jedna z nich mówi, że duma za­wsze kro­czy przed upad­kiem. A w obec­nych cza­sach było zde­cy­do­wa­nie zbyt wiele pychy i ego­cen­try­zmu by w dłuż­szej per­spek­ty­wie mogło oka­zać się to zdro­we.

Gdy­bym chcia­ła coś po­ra­dzić temu pięk­ni­sio­wi, po­wie­dzia­ła­bym: wy­rzuć ten szmelc, kup dres i jedź au­to­sto­pem na Bał­ka­ny. Po­znaj ludzi, po­pra­cuj fi­zycz­nie, zro­zum co jest w życiu ważne. A po­nie­waż mi się nie chcia­ło, bo ten typ fa­ce­ta mnie za­wsze zwy­czaj­nie iry­to­wał, wzię­łam tylko ko­lej­ny łyk pa­skud­ne­go wina i po­szu­ka­łam wzro­kiem no­we­go punk­tu za­in­te­re­so­wa­nia.

 

Spo­glą­da­łam to w lewo, to w prawo, aż tu nagle ktoś zwró­cił moją uwagę. Gdzieś już wi­dzia­łam tę twarz. Facet stał opar­ty o po­ręcz na przed­ostat­nim stop­niu po­kry­tych czer­wo­nym dy­wa­nem scho­dów. Po­de­szłam do niego od tyłu, a po­nie­waż sta­łam wyżej, bez pro­ble­mu na­chy­li­łam się nad nim mó­wiąc wprost do ucha:

 

– Skąd po­mysł, że je­stem cno­tli­wa?

 

Nawet nie drgnął tylko ob­ró­cił się wolno. Uniósł brwi w za­sko­cze­niu, ale po chwi­li bły­snę­ła mu w oczach iskier­ka zro­zu­mie­nia.

 

– To nie do końca tak… – za­czął się tłu­ma­czyć.

– A jak? To zna­czy, że nie je­stem? Czyli, że się pusz­czam? – pro­wo­ko­wa­łam.

 

Wes­tchnął i uśmiech­nął się z po­li­to­wa­niem.

 

– W żad­nym razie. Niech autor tych słów sam wy­ja­śni. – Po czym za­cy­to­wał:

 

Gdy­bym dość czasu i świa­ta miał, miła,

Cno­tli­wość twoja zbrod­nią by nie była.

 

De­mon­stra­cyj­nie skło­nił się przede mną z jedną ręką na sercu, a drugą ase­ku­ra­cyj­nie ła­piąc po­ręcz. Jesz­cze by bra­ko­wa­ło, żeby sto­czył się w dół jak w ko­me­diach slap­stic­ko­wych. Re­cy­to­wał dalej, a ja z przy­jem­no­ścią za­uwa­ży­łam, że miał miły, głę­bo­ki głos.

 

Siadł­bym i z tobą ob­my­ślał spo­so­by

Spę­dze­nia na­szej nie­skoń­czo­nej doby:

Mo­gła­byś w In­diach, kędy Gan­ges pły­nie,

Ru­bi­nów szu­kać, ja bym zaś w do­li­nie

Hum­be­ru pła­kał; mógł­bym twoim tro­pem

 

Zbli­żył się by bar­dzo de­li­kat­nie i ostroż­nie mu­snąć moją dłoń koń­ców­ka­mi pal­ców.

 

Dążyć na dzie­sięć już lat przed Po­to­pem,

A ty byś trwa­ła w nie­czu­łej od­mo­wie,

Póki na­wró­cą się wszy­scy Ży­do­wie.

 

Po czym ujął moją dłoń i uniósł w górę.

 

Ro­ślin­na mi­łość we mnie by wzra­sta­ła

Więk­sza od kró­lestw, bar­dziej od nich trwa­ła.

 

Za­koń­czył nie­mal szep­tem skła­da­jąc usta do po­ca­łun­ku.

 

Nie­do­cze­ka­nie jego. Wy­rwa­łam rękę zanim zdą­żył zre­ali­zo­wać za­miar. Nieważne czy tylko robił sobie żarty czy też ubz­du­ra­ła mu się ro­man­tycz­na szar­manc­kość.

 

– Widzę, że tak jak Ma­rvell, woli pan od razu prze­cho­dzić do rze­czy. Do­brze, że za­koń­czył pan na tej zwrot­ce, bo na­stęp­ne to już pra­wie por­no­gra­fia i mu­sia­łabym chyba za­dzwo­nić po po­li­cję uzna­jąc to za na­pa­sto­wa­nie.

 

– Prze­cież nie uwie­rzę, że jest pani tak bez­sen­sow­nie pru­de­ryj­na – od­po­wie­dział nie­zra­żo­ny.

 

No nie! Teraz mnie na­praw­dę zi­ry­to­wał. Bez­czel­ny. Nie mo­głam tego tak zo­sta­wić.

– Co nie zna­czy, że mam w zwy­cza­ju dać się ca­ło­wać po rę­kach przy­god­nie spo­tka­nym fa­ce­tom, któ­rzy nawet nie raczą się przed­sta­wić. – Mó­wiąc to wrę­czy­łam mu kie­li­szek z nie­do­pi­tym winem, a potem okrę­ci­łam się na pię­cie by odejść, jesz­cze rzu­ca­jąc mu przez ramię wy­nio­słe spoj­rze­nie. NNS w try­bie turbo, ło­bu­zie!

 

Tym razem dał się wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi. Mo­men­tal­nie po­czer­wie­niał, a wyraz twa­rzy miał jak zbity pies. Zro­bił krok w moją stro­nę, wy­cią­ga­jąc rękę jakby chciał mnie za­trzy­mań ale mo­men­tal­nie się zmi­ty­go­wał:

 

– Bar­dzo prze­pra­szam, wła­śnie mia­łem do­ko­nać jak naj­bar­dziej pra­wi­dło­wej pre­zent… – Nie dane mu było do­koń­czyć bo wła­śnie roz­legł się dzwo­nek oznaj­mia­ją­cy ko­niec prze­rwy. Tłum wi­dzów po­wo­li ru­szył do swo­ich miejsc, a on za­marł pa­trząc gdzieś w górę jakby nie był to zwy­kły sy­gnał tylko alarm po­ża­ro­wy;

– Życzę panu uda­ne­go wie­czo­ru – rzu­ci­łam od­cho­dząc.

Nim zdą­żył za­re­ago­wać, ktoś już nas roz­dzie­lił, a za nim po­dą­ży­li inni. Usły­sza­łam jesz­cze tylko;

– Odi, przy­ja­cie­le mówią na mnie Odi!

 

Przez resz­tę spek­ta­klu z twa­rzy nie scho­dził mi sze­ro­ki uśmiech. Co dla sie­dzą­cych obok wi­dzów mogło się wy­da­wać co naj­mniej dziw­ne, bo wy­sta­wia­no dra­mat. Nie ob­cho­dzi­ło mnie to. Ważne, że mo­głam spo­koj­nie uznać nasze ra­chun­ki za wy­rów­na­ne. Wy­cho­dzi na to, że jed­nak wie­czór oka­zał się mimo wszyst­ko udany.

 

**

 

No cóż. Opo­wia­da­łem już o moim spo­so­bie na dłu­go­wiecz­ność. Wie­rzę, że moja siła ży­cio­wa po­cho­dzi od in­nych. Od ko­biet, z któ­ry­mi je­stem, które pa­trzą na mnie swo­imi błysz­czą­cy­mi ocza­mi.

 

A przy na­szym trze­cim spo­tka­niu, za­czą­łem wie­rzyć, że być może ist­nie­je ta jedna, mo­gą­ca dać mi wiecz­ne szczę­ście. Po na­szej roz­mo­wie w te­atrze długo nie mo­głem dojść do sie­bie. Bar­dzo rzad­ko zda­rza się, żeby jakaś ko­bie­ta tak po­gra­ła ze mną w roz­mo­wie. No bo wy­obra­ża­cie sobie? Taka pięk­na za­gryw­ka z wier­szem, mu­sia­ła przy­nieść efekt. Zro­bi­łem to tro­chę z próż­no­ści, a tro­chę z prze­ko­ry. Ot, za­gra­łem z losem w karty bo prze­cież nie wie­rzy­łem, że ją kie­dy­kol­wiek jesz­cze zo­ba­czę. I oka­za­ło się, że mało praw­do­po­dob­ne stało się re­al­ne. Spo­tka­li­śmy się znowu. W mie­ście o pra­wie dwu­mi­lio­no­wej po­pu­la­cji. Dziec­ko szczę­ścia, nie? W te­atrze nie byłem sam, ale szczę­śli­wie, w prze­rwie moja to­wa­rzysz­ka aku­rat po­szła przy­pu­dro­wać nosek. Jeśli brzmi dwu­znacz­nie to po­win­no, to była wscho­dzą­ca gwiaz­da mo­de­lin­gu więc sami ro­zu­mie­cie. Nieco ko­ści­ste bio­dra, ale wiel­ka fan­ta­zja w łóżku. Zresz­tą nie­waż­ne.

Cze­ka­łem tak na Śnież­kę, tępo wga­pio­ny w ga­wo­rzą­cych ludzi, kiedy nie­spo­dzie­wa­nie po­czu­łem na szyi cie­pły od­dech i nie­zna­ny mi ko­bie­cy głos za­py­tał dla­cze­go uwa­żam, że jest cno­tli­wa? Po­wie­dzia­ne to było sek­sow­nym, chry­pią­cym szep­tem, nie jak zwy­kłe py­ta­nie, tylko tak jakby mó­wi­ła to ubra­na w poń­czo­chy i szpil­ki ko­chan­ka, prę­żąc się za­pra­sza­ją­co na łóżku – czy byłam grzecz­na? Prze­łkną­łem ślinę, mo­men­tal­nie czu­jąc jak spodnie robią się nieco przy­cia­sne ale za­cho­wa­łem nie­wzru­szo­ny wyraz twa­rzy. Wy­star­czy­ło mi jedno spoj­rze­nie. Prze­cież nie za­po­mniał­bym tych kru­czo­czar­nych sprę­żyn i oczu. Znowu pięk­nie ubra­na, tym razem w ele­ganc­ką i ob­ci­słą czar­no-sza­rą suk­nię z od­sło­nię­ty­mi ra­mio­na­mi i przy­ku­wa­ją­cym wzrok na­szyj­ni­kiem. Ale skąd takie py­ta­nie? Nie mia­łem czasu na za­sta­no­wie­nie, dla­te­go ma­chi­nal­nie za­czą­łem tłu­ma­czyć, że nie o to w tym wier­szu cho­dzi. Dureń ze mnie, bo prze­cież tylko ko­kie­te­ryj­nie na­wią­zy­wa­ła do ty­tu­łu. I tę moją głu­po­tę bez­względ­nie wy­ko­rzy­sta­ła w dru­gim py­ta­niu; czy skoro nie jest cno­tli­wa, to zna­czy, że się pusz­cza? No tak, ro­bi­ła sobie żarty i w duchu przy­kla­sną­łem jej po­czu­ciu hu­mo­ru i in­te­li­gen­cji, a to trzpiot­ka. Skoro tak to roz­gry­wa­my, to idźmy na ca­łość. Skło­ni­łem się po dżen­tel­meń­sku i za­czą­łem re­cy­to­wać jej ko­lej­ne stro­fy tak do­brze mi zna­ne­go wier­sza. Na sam ko­niec za­mie­rza­łem, w duchu ro­man­ty­zmy, zwień­czyć wy­stęp szar­manc­kim "ca­ło­wa­niem rącz­ki". Ale nie dała mi skoń­czyć. Wy­rwa­ła rękę i od razu prze­szła do ko­lej­ne­go ataku. Widać, że też do­sko­na­le znała wiersz, kto wie, może na­uczy­ła się go na pa­mięć po ostat­nim?

Oskar­ży­ła mnie o na­pa­sto­wa­nie. No, cał­kiem ostro grasz ma­leń­ka, ale wie­dzia­łem jak sobie po­ra­dzić. Albo tak mi się wy­da­wa­ło, bo za chwi­lę za­ży­ła mnie czym innym. Głupi! Przez tę całą szer­mier­kę słow­ną i jej cią­głe ataki nie zdą­ży­łem się przed­sta­wić! Dzwo­nek koń­czą­cy an­trakt prze­rwał mi w pół zda­nia i za­brzmiał jak cho­ler­ny gong na ringu. Wy­gra­ła rundę, a ja zbie­ra­łem się z desek. Zanim otrzą­sną­łem się po tej po­raż­ce już ode­szła, zni­ka­jąc w tłu­mie. Kątem oka za­uwa­ży­łem idącą w moją stro­nę mo­del­kę dla­te­go w akcie gów­niar­skiej de­spe­ra­cji krzyk­ną­łem za nie­zna­jo­mą swoje imię, mając na­dzie­ję, że do­sły­sza­ła.

 

Po za­koń­cze­niu przed­sta­wie­nia długo szu­ka­łem jej wzro­kiem wśród pu­blicz­no­ści. Mi­gnę­ła mi przy wyj­ściu, pro­wa­dzo­na pod rękę przez ja­kie­goś wy­so­kie­go przy­stoj­nia­ka. Czy to coś po­waż­ne­go? Ku wła­sne­mu za­sko­cze­niu, po­czu­łem ukłu­cie za­zdro­ści i było to dla mnie zu­peł­nie nowe uczu­cie.

 

***

 

Piłam po­ran­ną her­ba­tę patrząc przez wi­try­nę mojej uko­cha­nej ka­wiar­ni. Wła­śnie za­czy­na­ła się wio­sna, pach­ną­ca i so­czy­sta ko­lo­ra­mi. Lu­dzie z uśmie­cha­mi obracali twa­rze w kie­run­ku dawno nie­oglą­da­ne­go słoń­ca. Po­ścią­ga­li sza­li­ki i roz­pię­li płasz­cze. Wró­ble plu­ska­ły się w chod­ni­ko­wej ka­łu­ży świer­go­cząc ra­do­śnie, a ja po­wo­li czu­łam, że wra­cam do życia. Za­wsze jest tak samo. W lecie czuję się naj­le­piej i pełna ener­gii wcho­dzę w ma­low­ni­czą złotą je­sień, by po­wo­li przy­ga­sać w zimie i jej ostat­nie dwa mie­sią­ce we­ge­to­wać na gra­ni­cy de­pre­sji. Już kiedy z sa­me­go rana roz­su­nę­łam za­sło­ny w sy­pial­ni, a cie­płe pro­mie­nie słoń­ca po­gła­dzi­ły mnie po twa­rzy wie­dzia­łam, że to bę­dzie wy­jąt­ko­wo udany dzień. Tak na­sta­wio­na za­ło­ży­łam nawet mój ab­so­lut­nie uko­cha­ny na­szyj­nik. Wy­ko­na­ny z brązu przez za­przy­jaź­nio­ne­go rze­mieśl­ni­ka wiele lat temu. Dniem i nocą, kuł, wy­cią­gał, try­bo­wał i cy­ze­lo­wał ten naj­lep­sze­go sortu brin­dy­zyj­ski kru­szec nim nie stwo­rzył praw­dzi­we­go dzie­ła. Na skrę­co­nej z kil­ku­dzie­się­ciu dłu­gich włó­kien ob­rę­czy, w rów­nych od­stę­pach tkwi­ły pi­ko­wa­ne złote la­mów­ki ozdo­bio­ne nie­wiel­ki­mi za­cze­pa­mi do któ­rych przy­tro­czo­no ko­lo­ro­we brył­ki to­pa­zu. Na całej dłu­go­ści ob­rę­czy, poza krót­kim frag­men­tem z łań­cusz­ko­wym za­pię­ciem, na drob­nych pier­ście­niach przy­mo­co­wa­no dzie­siąt­ki po­ły­sku­ją­cych brą­zem list­ków róż­nych kształ­tów i wiel­ko­ści, a żaden nie był taki sam choć od­wzo­ro­wa­no ich wi­no­gro­no­wy kształt w naj­mniej­szych szcze­gó­łach użył­ko­wa­nia. Wes­tchnę­łam spi­na­jąc włosy z tyłu. Wy­glą­dał pięk­nie i tro­chę szko­da go było za­kła­dać do zwy­kłej kre­acji, za­zwy­czaj no­si­łam go do te­atru lub na przy­ję­cia, ale co tam. Po­sta­no­wi­łam uświę­cić po­wrót wio­sny. Zresz­tą, brąz do­brze kom­po­no­wał się z moją kar­na­cją, a za­ło­żo­na asy­me­trycz­nie (od­sło­nię­te ramię) biała bluz­ka z ela­sta­nu i dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi nada­wa­ła wła­ści­we­go kon­tra­stu. Do tego jesz­cze spię­ta cie­niut­kim pa­skiem spód­ni­ca w ko­lo­rze ciem­ne­go ecru, lekko za ko­la­na i żeby oddać mój na­strój żółte pan­to­fle na pła­skiej po­de­szwie. Go­to­wa byłam by zejść na śnia­da­nie, do mo­je­go naj­bar­dziej ulu­bio­ne­go w świe­cie miej­sca.

 

Mia­łam swój sto­lik przy samym oknie i tak na­praw­dę nie cho­dzi­ło o samą ka­wiar­nię czy kawę. Po pro­stu lu­bi­łam pod­glą­dać ludzi w ich co­dzien­nych, ma­łych spra­wach. W tym jak się krzą­ta­ją po­chło­nię­ci obo­wiąz­ka­mi. Być może sami tego nie do­strze­ga­ją, że jest w nich pewna zbior­cza ener­gia. Oczy­wi­ście, lu­dzie jako jed­nost­ki mogą być różni, ale cza­sa­mi w po­wie­trzu unosi się coś na kształt zbior­czej świa­do­mo­ści. To tro­chę trud­no okre­ślić, więc wy­obraź­cie sobie coś w ro­dza­ju mgły spo­wi­ja­ją­cej daną prze­strzeń. Albo może całe mia­sta, kraje, czy nawet ca­luś­ki świat. Taka ener­gia, która w jed­nej de­ka­dzie każe wszyst­kim wal­czyć z glo­bal­nym ocie­ple­niem i ra­to­wać pin­gwi­ny na bie­gu­nie, by w ko­lej­nej opę­tać umy­sły wy­wo­ły­wa­niem wojen z byle po­wo­du i okru­cień­stwa­mi nie do po­my­śle­nia. Ot, taka zmia­na kli­ma­tu i nic nie po­ra­dzisz, zresz­tą nie mówmy o tym. Ważne, że taką zmia­nę można za­wsze za­ob­ser­wo­wać w pierw­szych dniach wio­sny po dłu­giej zimie. Nagle lu­dzie w swo­jej zbio­ro­wo­ści i bez po­ro­zu­mie­nia, zmie­nia­ją się z gbu­ro­wa­tych dup­ków w uśmiech­nię­tych al­tru­istów. Wspa­nia­ła jest ta metamorfoza i za­wsze czuję jakby mi się wła­śnie miód wy­le­wał na serce.

 

Taką mnie zna­lazł. Znowu z kub­kiem w dłoni i roz­ma­rzo­nym wzro­kiem.

 

***

 

Przez na­stęp­ne ty­go­dnie od na­sze­go “te­atral­ne­go” spo­tka­nia krą­ży­łem po mie­ście z jedną tylko myślą. Muszę ją po­znać. Muszę się z nią umó­wić, muszę ją zdo­być. Po no­cach śniły mi się jej czar­ne loki, jej mądre oczy i… co tu dużo gadać, po­wab­ne ciało, o któ­rym cią­gle fan­ta­zjo­wa­łem. Jed­nak za­wsze gdy już, już, miało dojść mię­dzy nami do zbli­że­nia, od­wra­ca­ła się ze śmie­chem i ucie­ka­ła z moich ra­mion. Z po­cząt­ku takie sny nawet mnie ba­wi­ły, ale z cza­sem stały się udrę­ką. Na­praw­dę, gdy­bym mógł, wo­lał­bym po pro­stu nic nie pa­mię­tać po prze­bu­dze­niu. Nie po­ma­ga­ły wspa­nia­łej urody nogi Kasi, które lu­bi­ła opie­rać o moje ra­mio­na, ani po­wo­du­ją­ca śli­no­tok kształt­ność po­ślad­ków Anety. Obie znik­nę­ły z mo­je­go życia tak samo szyb­ko jak się po­ja­wi­ły. Poza krót­ki­mi chwi­la­mi unie­sień, nie przy­nio­sły mi spo­dzie­wa­nej ulgi więc, kiedy za­sy­py­wa­ły mnie smsa­mi i nie da­wa­ły spo­ko­ju te­le­fo­na­mi, po pro­stu do­da­łem ich nu­me­ry do po­łą­czeń fil­tro­wa­nych.

 

Mia­łem plan dzia­ła­nia. Wpa­trzo­ny w mapę mia­sta z Go­ogle Maps, na­nio­słem punk­ty na­szych do­tych­cza­so­wych spo­tkań. Spi­sa­łem wszyst­ko to, co o niej wie­dzia­łem, o jej za­in­te­re­so­wa­niach; że jest oczy­ta­na, in­te­li­gent­na i po­tra­fi za­dbać o swój wy­gląd. Mu­sia­ła więc od­wie­dzać księ­gar­nie, in­sty­tu­cje kul­tu­ry, no i okre­ślo­nej re­no­my skle­py odzie­żo­we, pew­nie też lep­sze sa­lo­ny ko­sme­tycz­ne. Ob­szar po­szu­ki­wań, z racji zdro­we­go roz­sąd­ku, za­wę­zi­łem do Śród­mie­ścia. Go­dzi­ny, do po­po­łu­dnio­wych (ktoś kogo stać było na takie życie mu­siał mieć stałą i do­brze płat­ną pracę). Pełen wiary i prze­ko­na­nia we wła­sną by­strość roz­po­czą­łem po­szu­ki­wa­nia. Jed­nak po kilku nie­zwy­kle nud­nych wy­pra­wach po ga­le­riach (swoją drogą, co za durna nazwa, jakby ro­bie­nie za­ku­pów mogło być sztu­ką!) i cen­trach han­dlo­wych, do­daj­my, zu­peł­nie bez­owoc­nych, do­pa­dło mnie po­nu­re zwąt­pie­nie. Sam jeden, nie byłem w sta­nie ogar­nąć wszyst­kie­go. Do tego mi­ja­ły mnie setki, czy nawet ty­sią­ce ludzi i to w miej­scach prze­gro­dzo­nych wy­sta­wa­mi, pół­ka­mi i in­ny­mi prze­szko­da­mi za­wę­ża­ją­cy­mi pole wi­dze­nia. Mi­nę­ły ty­go­dnie i nadal nic.

W końcu do­sze­dłem do wnio­sku, że po­wi­nie­nem po­wró­cić do źró­deł. Do tego jak wy­glą­da­ło nasze pierw­sze spo­tka­nie. Prze­cież to była ka­wiar­nia! A ona sie­dzia­ła sama. To zna­czy, że lu­bi­ła takie ciche mo­men­ty sa­mot­nej kon­tem­pla­cji. Na nowo roz­bu­dzo­ny en­tu­zjazm pchnął mnie pro­sto na plac Zba­wi­cie­la. Krą­ży­łem po nim ca­ły­mi go­dzi­na­mi, prze­sia­dy­wa­łem nawet w tej samej knajp­ce, od któ­rej to wszyst­ko się za­czę­ło ale bez efek­tu. Któ­re­goś dnia, kiedy tak sta­łem opar­ty o ar­ka­do­wą ko­lum­nę, w po­chmur­nym jak po­go­da na­stro­ju i sztyw­no po­sta­wio­nym koł­nie­rzem płasz­cza, pod­szedł do mnie pa­trol po­li­cji. Wy­le­gi­ty­mo­wa­li mnie, py­ta­li co tutaj robię, że do­sta­li zgło­sze­nie, że kręcę się, nie wia­do­mo po co od wielu dni, że pe­do­fil, zło­dziej, może sza­le­niec i ge­ne­ral­nie to wolny kraj, ale wie pan, ra­dzi­my zmie­nić za­in­te­re­so­wa­nia. Tego już było za wiele. Od­pu­ści­łem na dobre plac, za­pusz­cza­jąc się we wszyst­kie po­bli­skie ulice, a póź­niej dalej, w kie­run­ku alej i No­we­go Świa­tu. A na­dzie­ja po­wo­li ze mnie pa­ro­wa­ła, jak wio­sen­ny deszcz z miej­skich dep­ta­ków.

 

Tego dnia wsta­łem wcze­śniej. Wzią­łem krót­ki, acz bar­dzo go­rą­cy prysz­nic i opię­ty ręcz­ni­kiem sta­ną­łem nad umy­wal­ką. Po­pa­trzy­łem sobie głę­bo­ko w od­bi­te w lu­strze oczy i po­sta­no­wi­łem, że dzi­siaj bę­dzie ostat­ni dzień po­szu­ki­wań. Brak no­wych spód­ni­czek wy­raź­nie za­zna­czał mi się na twa­rzy (tych kilku zmarsz­czek wokół oczu jesz­cze wczo­raj nie było).

Roz­tar­łem w dło­niach żel do go­le­nia uważ­nie roz­pro­wa­dza­jąc go po po­licz­kach. Trud­no, dałem z sie­bie wszyst­ko. Na­praw­dę, sta­ra­łem się. Prze­cież po­świę­ci­łem tej ko­bie­cie wię­cej czasu niż ja­kiej­kol­wiek innej wcze­śniej. A prak­tycz­nie nawet się nie zna­li­śmy. Po­cią­gną­łem ma­szyn­ką po za­ro­ście. Mu­sia­łem przy­znać sam przed sobą, że od­da­łem się ja­kie­muś nie­praw­do­po­dob­ne­mu sza­leń­stwu i pora zwy­czaj­nie od­pu­ścić. Skoń­czy­łem z prawą stro­ną i wzią­łem się za lewą. W głowę za­cho­dzi­łem co mnie opę­ta­ło, prze­cież nie je­stem ja­kimś nie­doj­rza­łym typem ży­ją­cym wła­sny­mi pro­jek­cja­mi zro­dzo­ny­mi z utaj­nio­ne­go kom­plek­su Edypa. Za­wsze wie­dzia­łem, o co mi cho­dzi z ko­bie­ta­mi i czego ocze­ku­ję.

Skąd więc ta kil­ku­ty­go­dnio­wa eska­pa­da? Sny sta­wa­ły się coraz mniej wy­raź­ne i bar­dziej ulot­ne, a dzi­siaj po raz pierw­szy od dłuż­sze­go czasu, nie mo­głem sobie przy­po­mnieć o czym wła­ści­wie śni­łem. Czu­łem się, jakby opadł ze mnie jakiś czar i do­brze mi z tym było. Wy­tar­łem twarz i kry­tycz­nie obej­rza­łem w lu­strze w po­szu­ki­wa­niu po­mi­nię­tych wło­sków, ale ni­cze­go nie zna­la­złem. A kiedy chwi­lę póź­niej sta­łem przed szafą za­sta­na­wia­jąc się nad do­bo­rem ubio­ru, byłem już zu­peł­nie pe­wien, że dzi­siaj ruszę na ni­czym nie­skrę­po­wa­ny pod­bój serc nie­wie­ścich. Kto wie, może skoń­czę w mi­ło­snych ob­ję­ciach nie z jedną, ale nawet dwie­ma sym­pa­tycz­ny­mi przy­ja­ciół­ka­mi naraz. O! To by do­pie­ro było godne uczcze­nie wio­sny. Ro­ze­śmia­łem się do tej myśli wkła­da­jąc, ba­weł­nia­ne spodnie w ko­lo­rze gra­na­tu. Po chwi­li wa­ha­nia po­sta­wi­łem na jasną ko­szu­lę i sza­ro-brą­zo­wy swe­ter w serek, do tego brą­zo­we, skó­rza­ne wło­skie buty z wią­za­nia­mi, a w wyj­ściu chwy­ci­łem jesz­cze lekki, or­ta­lio­no­wy płaszcz. Mia­łem ocho­tę na śnia­da­nie na mie­ście. Zbie­ga­łem po scho­dach mojej ka­mie­ni­cy, bio­rąc po dwa stop­nie na raz. Wy­pa­dłem na ulicę pra­wie po­trą­ca­jąc wcho­dzą­cą są­siad­kę (prze­mi­ła sta­rusz­ka). Prze­pro­si­łem krę­cą­cą głową panią, a póź­niej wy­cią­gną­łem twarz ku cie­płym pro­mie­niom słoń­ca. Wio­sna! Na­resz­cie! Wzią­łem pełen haust po­wie­trza roz­ko­szu­jąc się no­wy­mi za­pa­cha­mi, bu­dzą­cej się do życia przy­ro­dy. Sze­dłem tak przed sie­bie, po pro­stu cie­sząc się chwi­lą. Prze­spa­ce­ro­wa­łem nie­wie­le, może dwie prze­czni­ce, skrę­ca­jąc w jedną z bocz­nych uli­czek. Tej knajp­ki chyba wcze­śniej nie wi­dzia­łem.

Na­zy­wa­ła się “Oh! Gigia”, o czym in­for­mo­wał tro­chę sta­ro­świec­ki drew­nia­ny szyld.

– Ty­po­wa hip­ster­ka – po­my­śla­łem. “Dzi­dzia”, na pewno w menu śnia­da­nio­wym ma jar­muż. Pa­so­wa­ło mi to.

 

Zro­bi­łem krok w kie­run­ku wej­ścia po czym do­słow­nie wmu­ro­wa­ło mnie w pod­ło­że. To była ona! Tak jak za pierw­szym razem, wpa­trzo­na w prze­strzeń, z kub­kiem w dłoni, przy ka­wiar­nia­nym stole! Za­le­d­wie kil­ka­set me­trów od mo­je­go domu. Jak to w ogóle moż­li­we? Mia­łem śmiać się czy pła­kać? Chyba jedno i dru­gie. Miała przy­mknię­te po­wie­ki, z głową skie­ro­wa­ną ku górze, tro­chę jak wy­grze­wa­ją­ca się czar­na kotka. Pod­sze­dłem do okna i bez­wied­nie przy­ło­ży­łem do niego dłoń, w ge­ście ja­kie­goś ata­wi­stycz­ne­go przy­wi­ta­nia, po­zdro­wie­nia, czy wy­ra­że­nia ra­do­ści. Ale po­dzia­ła­ło. Otwo­rzy­ła oczy, spo­glą­da­jąc wprost na mnie. Uśmiech­nę­ła się, ru­chem głowy za­pra­sza­jąc do środ­ka.

 

***

 

Za­mó­wi­łam nam śnia­da­nie. Po­pro­si­łam kel­ner­kę, zwra­ca­jąc się do niej po imie­niu, o przy­go­to­wa­nie mo­je­go ulu­bio­ne­go ze­sta­wu. Plac­ki z jar­mu­żem, sosem jo­gur­to­wym i jaj­kiem sa­dzo­nym. On za­mó­wił jesz­cze kawę, czar­ną jak noc i mocno sło­dzo­ną, a ja sok wa­rzyw­ny. Był by­strym ob­ser­wa­to­rem.

 

– Je­stem za­sko­czo­ny – po­wie­dział, a ja byłam pewna, że powie “na­szym spo­tka­niem”. – Nie wie­dzia­łem, że ma pani wła­sną knaj­pę – stwier­dził jed­nak i tą prze­ko­rą mnie roz­bro­ił.

– No wi­dzisz, wielu rze­czy o mnie jesz­cze nie wiesz Odi, na przy­kład…

– …na przy­kład jak ci na imię. Cho­ciaż po szyl­dzie mógł­bym zgad­nąć, że…

Par­sk­nę­łam śmie­chem.

– Dzi­dzia? A może Dziu­nia? Albo Gigia od Gi­ze­li? – zga­dy­wa­łam szcze­rze uba­wio­na. – Nic po­dob­ne­go.

Wy­pro­sto­wa­łam się na opar­ciu krze­sła i po­pa­trzy­łam głę­bo­ko na jego gra­na­to­we jak morze tę­czów­ki, ciem­ne wyspy źre­nic. Wes­tchnę­łam.

– Chyba po­win­ni­śmy za­cząć od po­cząt­ku. Mów mi Kali. – Wy­cią­gnę­łam do niego dłoń, a on ją uści­snął.

– Bar­dzo mi przy­jem­nie. Dajmy spo­kój z tym go­do­wym, dam­sko-mę­skim tań­cem kon­we­nan­sów i wyuczonych za­cho­wań. Zgoda?

– Zgoda – od­par­łam z uśmie­chem.

 

 

***

To był zde­cy­do­wa­nie jeden z naj­wspa­nial­szych dni w moim życiu. Spę­dzi­li­śmy go tylko we dwoje. Spa­ce­ru­jąc po par­kach, prze­sia­du­jąc w knajp­kach, je­dząc lody. Roz­ma­wia­li­śmy. Cią­gle, bez prze­rwy. O wszyst­kim, o zu­peł­nych bzdu­rach, o tym co lu­bi­my, a czego nie, o życiu, sztu­ce. Było sło­necz­nie, cie­pło, choć po­wie­trze miało nadal tę swoją nie­po­wta­rzal­ną rześ­kość wio­sny. Nie pa­mię­tam kiedy ostat­nio byłem z kimś tak szcze­ry w roz­mo­wie. Nie pa­mię­tam kiedy tak do­brze się ba­wi­łem. W ogóle, od tego mo­men­tu wszyst­ko co spo­tka­ło mnie wcze­śniej stało się nie­wy­raź­ne, za­ma­za­ne i ulot­ne. Kali miała zna­ko­mi­te po­czu­cie hu­mo­ru i była wni­kli­wą ob­ser­wa­tor­ką rze­czy­wi­sto­ści, co w jakiś nie­wy­tłu­ma­czal­ny spo­sób strasz­nie mnie pod­nie­ca­ło. Nie ma sensu bym za­mę­czał was ro­man­tycz­ny­mi szcze­gó­ła­mi o mo­men­cie, w któ­rym pierw­szy raz wzię­li­śmy się za ręce. I nie po­tra­fię też do­kład­nie wska­zać chwi­li, w któ­rej pry­snę­ły ostat­nie ba­rie­ry i dla nas oboj­ga stało się jasne, że nie­za­leż­nie od wszyst­kie­go, bę­dzie­my razem. Choć­by i tylko tej nocy.

 

Dzień po­wo­li się koń­czył i stopy na po­wrót za­pro­wa­dzi­ły nas do "Oh! Gigia". Za­pro­si­ła mnie do sie­bie. Prze­cho­dząc za ba­ro­wy kon­tu­ar zna­leź­li­śmy się na za­ple­czu, z któ­re­go za jedną z par drzwi kryła się skrę­co­na ser­pen­ty­na scho­dów pro­wa­dzą­ca do miesz­ka­nia na pię­trze. Po­my­śla­łem, że gdyby nie los, gdyby nie prze­zna­cze­nie albo szczę­ście – nigdy bym jej nie zna­lazł. Wie­dzia­łem już, że tak na­praw­dę nie lubi po­pu­lar­nych ka­wiar­ni i wy­bie­ra ra­czej skrom­ne, po­ło­żo­ne na ubo­czu lo­ka­le, a szcze­rze lubi tylko swoją knajp­kę, z któ­rej nie­chęt­nie wy­pusz­cza się do kon­ku­ren­cji. Wście­kle nie­na­wi­dzi też cen­trów han­dlo­wych, z ich całym tan­det­nym blich­trem i nie czuje żad­nej po­trze­by do po­ja­wia­nia się w in­sty­tu­cjach kul­tu­ral­nych, tylko po to, żeby dać się za­uwa­żyć, albo, że tak wy­pa­da­ło. Że lubi sztu­kę i praw­dzi­we pięk­no, nie­za­leż­nie od miej­sca pre­zen­ta­cji czy mar­ke­tin­go­we­go szumu. Gdy­bym to wszyst­ko wie­dział wcze­śniej, nie tra­cił­bym czasu na moje z góry ska­za­ne na po­raż­kę po­szu­ki­wa­nia. Cóż, nie wszyst­ko jest takie jakim się z po­cząt­ku wy­da­je.

 

We­szli­śmy do jej upo­rząd­ko­wa­ne­go, dwu­po­ko­jo­we­go miesz­ka­nia, które wy­da­wa­ło się dużo więk­sze z tymi pięk­ny­mi, smu­kły­mi okna­mi. Uwiel­bia­łem takie przed­wo­jen­ne ka­mie­ni­ce ze zdo­bio­nym sztu­ka­te­rią su­fi­tem na wy­so­ko­ści ponad trzech me­trów. Co za prze­strzeń, jaka swo­bo­da! Wy­glą­da­ło przy­tul­nie, zwłasz­cza to miej­sce w sa­lo­nie, gdzie w zwró­co­nym na ulicę wy­ku­szu stały dwa wy­god­ne fo­te­le i sto­lik do kawę. Zresz­tą usa­dzi­ła mnie w jed­nym z nich, pro­sząc bym dał jej chwi­lę. Ro­zej­rza­łem się po po­ko­ju nie­mal od razu do­strze­ga­jąc usta­wio­ny na półce in­stru­ment – lirę, a zaraz pod nią sto­ją­cą na kutym w ro­ślin­ne kształ­ty po­stu­men­cie sta­ro­świec­ką ma­szy­nę do szy­cia Sin­ge­ra. To były pięk­ne przed­mio­ty i mo­głem sobie wy­obra­zić, jakim po­wo­dze­niem cie­szy­ły­by się wśród ko­lek­cjo­ne­rów. Dal­szą kon­tem­pla­cję prze­rwał po­wrót Kali. Nio­sła dwa pę­ka­te kie­lisz­ki czer­wo­ne­go wina, które po­sta­wi­ła na sto­li­ku po czym usia­dła naprze­ciw­ko. Wzią­łem łyk.

 

– Mmm… na­praw­dę dobre – przy­zna­łem.

– Sma­ku­je ci? Bar­dzo je lubię, to kre­teń­skie Kot­si­fa­li. Może nie­szcze­gól­nie szla­chet­ne, ale z bar­dzo sta­rym ro­do­wo­dem. Mam do niego sen­ty­ment. Trze­ba tylko uwa­żać z ilo­ścią, jest dosyć mocne. – mru­gnę­ła do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Chyba w ogóle lu­bisz Gre­cję. – wska­za­łem na sto­ją­cy na półce in­stru­ment. Po­pa­trzy­ła.

– Ach, to – mach­nę­ła ręką – to coś wię­cej. – spoj­rza­ła na mnie w za­sta­no­wie­niu.

 

– Po­ka­żę ci – dodała.

 

Wsta­ła, pod­eszła do liry i de­li­kat­nie uj­ęła ją w smu­kłe palce. Nie mo­głem uwie­rzyć, co to była za ko­bie­ta! Wie­dzia­łem, że jeśli teraz coś zagra to chyba osza­le­ję na jej punk­cie.

 

***

 

Bar­dzo rzad­ko gram na lirze, cho­ciaż to nie je­dy­ny in­stru­ment jakim po­tra­fię się po­słu­gi­wać. A jesz­cze rza­dziej śpie­wam. To dwie czyn­no­ści, które przy­po­mi­na­ją mi moje dawne życie i nie za­wsze są to dobre wspo­mnie­nia. Jed­nak tego dnia, z tym fa­ce­tem jako słu­cha­czem, nagle za­pra­gnę­łam wró­cić do ko­rze­ni. Cza­sem tak już ze mną jest, że pod­da­ję się chwi­li. A jeśli grać, to też śpie­wać i tań­czyć. Tak mnie wy­cho­wa­no.

 

Za­po­mnia­łam już jak była lekka i jak wy­god­nie przy­le­ga­ła do boku, ale dło­nie to co in­ne­go, one pa­mię­ta­ły. Każde de­li­kat­ne mu­śnię­cie opusz­ka­mi pal­ców wy­do­by­wa­ło dźwięk słod­szy niż am­bro­zja i po kilku pierw­szych tak­tach dałam się po­rwać me­lo­dii. Zrzu­ci­łam buty, a stopy same po­rwa­ły mnie wy­bi­ja­jąc rytm. Śpie­wa­łam o morzu, o opusz­cza­ją­cych porty stat­kach, o ich wę­drów­ce. O tę­sk­no­cie ko­biet i ra­do­ści z po­wro­tu mężów. O stra­cie i życiu i tym, że szum fal nigdy nie prze­mi­ja.

 

***

 

To była naj­pięk­niej­sza pieśń jaką w życiu sły­sza­łem, cho­ciaż śpie­wa­na w nie­zna­nym mi ję­zy­ku. Nie po­tra­fi­łem oce­nić upły­wu czasu. Rów­nie do­brze mo­głem sie­dzieć na tym fo­te­lu sie­dem minut, albo sie­dem lat. Kiedy uci­chły ostat­nie dźwię­ki po­czu­łem tylko jakby z moich oczu opa­da­ła jakaś ko­lo­ro­wa za­sło­na. Jak­bym wła­śnie ścią­gał z nosa parę oku­la­rów o przy­dy­mio­nych szkłach, o któ­rych ist­nie­niu nigdy nie wie­dzia­łem. Nagle wszyst­ko stało się prost­sze. Znik­nę­ły wąt­pli­wo­ści, po­śpiech i strach. Po­czu­łem się lekki, jak­bym ważył le­d­wie kilka ki­lo­gra­mów i gdy­bym nie za­ci­skał dłoni na poręczach fo­te­la, je­stem pe­wien, po­le­ciał­bym pod ten pięk­nie zdo­bio­ny sufit.

 

Po­de­szła do mnie, roz­iskrzo­na jakby ten pokaz spra­wił jej wiel­ką przy­jem­ność.

 

– I jak? – spy­ta­ła nie­win­nie.

 

– Na­praw­dę… – mu­sia­łem chrząk­nąć i wziąć łyk wina, bo aż za­schło mi w gar­dle – na­praw­dę nie­źle.– do­koń­czy­łem z ka­mien­ną twa­rzą.

 

Unio­sła brwi i nie wie­dzia­łem czy bar­dziej ją zdzi­wi­łem, czy obu­rzy­łem. Zanim jed­nak zdą­ży­ła od­po­wie­dzieć ro­ze­śmia­łem się.

 

– Tylko żar­to­wa­łem. – prze­pra­sza­ją­co unio­słem dłoń – To był cu­dow­ny wy­stęp, mógł­bym cię tak słu­chać całą wiecz­ność, jak za­cza­ro­wa­ny.

 

Mu­sia­łem jakoś przy­kryć moje zmie­sza­nie, a taki mały wy­bieg, od­wra­ca­ją­ca uwagę uszczy­pli­wość była je­dy­nym co przy­szło mi na myśl. Jak pies pra­gną­cy by ktoś go po­gła­skał ale szcze­rzą­cy kły na każdą wy­cią­gnię­tą dłoń. Ze stra­chu, że ta obiet­ni­ca czu­ło­ści okaże się bo­lą­cym ude­rze­niem. Chyba zgłu­pia­łem. Czy na­praw­dę mógł­bym się bez pa­mię­ci za­ko­chać w tej ko­bie­cie?

 

***

 

Tak, był aż tak bez­czel­ny! Do­sko­na­le zna­łam swoje moż­li­wo­ści wo­kal­ne i byłam z nich dumna, gry uczy­łam się od naj­lep­szych, a ta­niec… och, jesz­cze się do­igra! Trze­ba przy­znać, że facet sto­so­wał na mnie zu­peł­nie za­wrot­ną mie­szan­kę. Prze­cież było zu­peł­nie jasne, że mu się po­do­bam, a jed­nak co i rusz po­zwa­lał sobie na takie pro­wo­ka­cje, cią­gle się ze mną draż­nił. Tak jakby cały czas sta­rał się mnie przy­cią­gnąć, by za chwi­lę ode­pchnąć. Mu­sia­łam przy­znać, że wie­dział jak mnie po­dejść, bo takie prze­cią­ga­ją­ce się wa­ha­nie wzma­ga­ło moją cie­ka­wość. Tyle, że wszyst­ko ma swoje gra­ni­ce, a za­szli­śmy już zbyt da­le­ko żeby tak to zo­sta­wić.

 

– Jak za­cza­ro­wa­ny? – spy­ta­łam.

– W takim razie, mu­sisz po­słu­chać jesz­cze tego. – do­da­łam uj­mu­jąc po­now­nie in­stru­ment.

 

To była zu­peł­nie inna pio­sen­ka. Opo­wia­da­ła o za­uro­cze­niu i spo­tka­niu ko­chan­ków. O po­ca­łun­kach skła­da­nych w pro­mie­niach za­cho­dzą­ce­go słoń­ca i o ro­dzą­cym się gdzieś w środ­ku po­żą­da­niu, które im­pul­sem po­bu­dza ciało do dzia­ła­nia. O na­mięt­no­ści która może prze­trwać wieki.

 

***

 

Mo­men­tal­nie za­mie­ni­łem się w kost­kę roz­ta­pia­ją­ce­go się masła. Miała rację, to nie była me­lan­cho­lij­na bal­la­da. Miała szyb­szy rytm i da­ją­ce się roz­róż­nić, pro­ste stro­fy, prze­ry­wa­ne cią­gle po­wta­rza­nym re­fre­nem. A to wszyst­ko bla­dło przy tym co wy­czy­nia­ła w tańcu. Krę­ci­ła bio­dra­mi, fa­lo­wa­ła tu­ło­wiem, wy­krzy­wia­ła plecy w łuk pra­wie do­ty­ka­jąc pod­ło­gi wło­sa­mi, by za chwi­lę wy­pro­sto­wać się i wy­krę­cić pełen gra­cji pi­ru­et. Czu­łem się jak szejk, jak pasza uwo­dzo­ny przez pierw­szą żonę z ha­re­mu i tym razem nie za­schło mi w ustach. Prze­ciw­nie, za­czą­łem śli­nić się jak pies na widok ape­tycz­nej szyn­ki. Od­sta­wi­ła in­stru­ment za­cho­wu­jąc me­lo­dię już tylko śpie­wem i pstryk­nię­cia­mi pal­ców. Ostat­nie słowa wy­po­wie­dzia­ła szep­tem, za­mie­ra­jąc z roz­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi, wy­rzu­co­ną do przo­du, zgię­tą w ko­la­nie prawą nogą i wy­pro­sto­wa­ną lewą. Pierś fa­lo­wa­ła jej od przy­spie­szo­ne­go od­de­chu gdy za­py­ta­ła:

 

– A jak teraz?

 

Po­wo­do­wa­ny po­żą­da­niem nie do opa­no­wa­nia ze­rwa­łem się z miej­sca. W za­sa­dzie wszyst­ko pa­mię­tam jak przez mgłę, jakby kie­ro­wa­ła mną nie­zna­na siła. Pod­sze­dłem do niej, objąłem ra­mio­na­mi, a w chwi­li kiedy ciała się ze­tknę­ły prze­szedł je elek­trycz­ny dreszcz i wszech­świat eks­plo­do­wał ty­sią­cem pa­lą­cych słońc.

 

***

 

Kogoś może to dzi­wić, ale ja nigdy nie bałam się śmier­ci. Ani prze­mi­ja­nia, sta­ro­ści. Tak, wiem, że sta­rze­nie się jest ge­ne­ral­nie dla więk­szo­ści ludzi bar­dzo przy­krym do­świad­cze­niem ale uwierz­cie mi jak mówię, że mnie samej jest to zu­peł­nie obo­jęt­ne. No bo o co tyle ha­ła­su? Czło­wiek jest isto­tą śmier­tel­ną. Tak to praw­da, jeśli ktoś nie zdaje sobie z tego spra­wy to sorry, że do­wia­du­je się tego ode mnie. Ro­dzi­my się wrzesz­cząc, ro­śnie­my, doj­rze­wa­my, w końcu jak wszyst­ko na świe­cie więd­nie­my i umie­ra­my. Cza­sa­mi znowu krzy­cząc, a cza­sa­mi po cichu. Taki jest już od­wiecz­ny cykl życia. W pełni go ak­cep­tu­ję, tak jak i po­dob­nie oczy­wi­ste rze­czy; po­go­dę, gra­wi­ta­cję, po­dat­ki (mo­ment, nie, ich nie). Żad­nej z tych rze­czy nie zmie­nię, a skoro tak, po co zaj­mo­wać nimi głowę? Żyję tak, jak mam na to ocho­tę. Od­dy­cham pełną pier­sią i na­praw­dę ni­cze­go nigdy nie ża­łu­ję. Wsta­ję rano, wy­glą­dam przez okno i uśmie­cham się do sie­bie pa­trząc na świat. Na ko­lej­ny dzień, który roz­po­ście­ra się przede mną. Jak je­stem głod­na to jem, a jak śpią­ca to śpię. Pa­mię­ta­cie jesz­cze jak to było, jak by­li­ście dzieć­mi?

Och, nie cho­dzi o te wszyst­kie nie­przy­jem­ne sy­tu­acje w szko­le, czy zmu­sza­nie do je­dze­nia szpi­na­ku. Cho­dzi mi o czy­stą ra­dość z wy­ko­ny­wa­nych czyn­no­ści. Przy­jem­ność pły­ną­cą z każ­de­go ko­lej­ne­go dnia. Ilo­ści fa­scy­nu­ją­cych rze­czy do od­kry­cia, do zro­bie­nia. Po­czu­cie prze­peł­nia­ją­cej ciało, nie­sa­mo­wi­tej ener­gii. Czy­stą wi­tal­ność. Pa­mię­ta­cie? To do­brze, bo mnie udaje się za­cho­wać to uczu­cie do dzi­siaj. Pew­nie, może nie co­dzien­nie i nie za­wsze. Mie­wam prze­cież gor­sze dni. Źle się czuję, cza­sem coś mnie boli i wtedy zwi­jam się w kulkę ale wy­ni­ka to za­wsze z ułom­no­ści, hm, spe­cy­fi­ki or­ga­ni­zmu, a nie sta­nów de­pre­syj­nych. Z ra­do­ścią przyj­mę mo­ment, w któ­rym prze­sta­nę mie­wać bóle men­stru­acyj­ne, a ką­ci­ki oczu po­kry­ją kurze łapki. Cho­le­ra, ja nawet chcę być słod­ką, siwą sta­rusz­ką do­kar­mia­ją­cą koty i ga­wo­rzą­cą z uczu­ciem o dawno mi­nio­nych cza­sach. To też jest coś, bycie men­tor­ką, au­to­ry­te­tem i po­cie­sze­niem dla in­nych, młod­szych du­szy­czek z trwo­gą spo­glą­da­ją­cych w przy­szłość. Bycie opar­ciem i po­mo­cą bli­skim. Uwa­żam, że ba­wie­nie wnu­ków musi być po pro­stu, wy­bacz­cie ko­lo­kwia­lizm (chyba prze­ję­łam tro­chę z jego spo­so­bu bycia), za­je­bi­ste. Co oczy­wi­ście nie ozna­cza, że mam się ze­sta­rzeć już teraz. Czy też, jeśli już o to cho­dzi, na­tych­miast za­kła­dać ro­dzi­nę. Wolę po­cze­kać.

 

Dla­te­go kiedy widzę męż­czy­znę, który mi się po­do­ba to wiem, że muszę go mieć. Tak jak ba­to­nik na skle­po­wej półce. Nie ma w tym nic dziw­ne­go. Seks i bli­skość, to w końcu spra­wy rów­nie oczy­wi­ste co sen czy od­dy­cha­nie, praw­da? Nigdy nie mia­łam też naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że kiedy spo­tkam tego wła­ści­we­go to będę o tym wie­dzieć ze stu­pro­cen­to­wą pew­no­ścią. Nie, nie, to nie żaden mi­sty­cyzm. Ja wie­rzę w bio­lo­gię. Moje geny tak jak za­wsze prze­trą oczy, po­pa­trzą na jego i za­krzyk­ną: 'o w mordę!'. I to tyle. Nie mia­łam złu­dzeń co do praw­dzi­wych po­wo­dów mi­ło­snych unie­sień i fa­scy­na­cji. Fe­ro­mo­ny, geny, bio­lo­gia. Co nie zmie­nia faktu, że jest przy tym wszyst­kim mnó­stwo fraj­dy. A przy­naj­mniej ja jej mia­łam mnó­stwo tam­te­go wie­czo­ru i przez wiele na­stęp­nym dni i nocy pod­czas któ­rych prak­tycz­nie nie opusz­cza­li­śmy mo­je­go miesz­ka­nia i tylko przy­no­szo­no nam z dołu je­dze­nie.

 

Wiele roz­ma­wia­li­śmy wtu­le­ni ciało do ciała. Cicho, szep­tem aby nie zbu­rzyć trwa­ją­cej mię­dzy nami magii. O na­szych skry­wa­nych se­kre­tach, o tym czego się boimy i co prze­ży­li­śmy. Nagle, nieco wbrew sobie, po­ko­cha­łam Od­ie­go. Wi­dzia­łam w nim wiele z sie­bie. A po tych kilku dniach kiedy się­gnę­łam w niego głę­biej niż sam po­tra­fił­by przy­znać, wie­dzia­łam też, że strach przed śmier­cią po­py­cha go wciąż do nie­koń­czą­ce­go się biegu. Był przy­stoj­ny, świet­ny w łóżku, oczy­ta­ny i za­baw­ny. Ale co naj­waż­niej­sze, uzu­peł­niał mnie. Po­wie­cie, że sama sie­bie okła­my­wa­łam, skoro wy­ba­czy­łam mu przy­god­ne ro­man­se uwa­ża­jąc, że wszyst­kie te ko­bie­ty nie są dla mnie żadną kon­ku­ren­cją. Zresz­tą co tu dużo gadać, mo­głam w tym cza­sie robić do­kład­nie to samo z kim­kol­wiek bym chcia­ła, a ja po pro­stu nie chcia­łam i już. Mógł być mój, nawet gdy­bym przy­sta­ła na taki luźny układ w przy­szło­ści. Z jed­nej stro­ny, moja mi­łość oznaczała dla niego nie tylko cały czas tego świa­ta, ale także spo­kój. Oczywiście o tym nie wiedział, ale być może jakoś pod­świa­do­mie wy­czu­wał. Z dru­giej, cóż, był mi po pro­stu po­trzeb­ny. Ale nie po­tra­fi­łam oprzeć się po­ku­sie (no do­brze, przy­znam się, że nie za­mie­rza­łam też dzie­lić się nim z ja­ki­miś pin­da­mi). Mówią, że to fa­ce­ci chcą mieć ko­bie­ty na wy­łącz­ność, ale wy­ja­śnię wam to zu­peł­nie szcze­rze. Jest od­wrot­nie. Wia­do­mo, panie mają różne spo­so­by by przy­wią­zać do sie­bie męż­czy­znę. Tylko po co? To pro­ste, ze stra­chu. Przed od­rzu­ce­niem, po­rzu­ce­niem, sta­ro­ścią, a razem z nią pła­skim tyłkiem i zwi­sa­ją­cym biu­stem jakby tylko to ulot­ne opa­ko­wa­nie – nasze ciało – było je­dy­nym wy­znacz­ni­kiem war­to­ści.

Znajdź chło­pa póki masz się czym po­chwa­lić bo ina­czej zo­sta­niesz starą panną, mówią. Niech bę­dzie już ja­ki­kol­wiek oby tylko był, bo tylko tak mo­żesz po­czuć, że coś zna­czysz, że je­steś po­trzeb­na i war­to­ścio­wa. Niech nawet bije, oby nie za bar­dzo, albo pije, byle nie za dużo. A jak już się trafi, to ko­niecz­nie trze­ba użyć wszel­kich spo­so­bów żeby już z tobą zo­stał. Ja jed­nak żyję już długo i wiem zbyt wiele, by ucie­kać się do tak ba­nal­nych spo­so­bów jak zaj­ście w ciążę, uda­wa­nie nie ra­dzą­cej sobie ze świa­tem głu­piut­kiej dziew­czyn­ki (prze­cież sa­miec nie może po­czuć się za­gro­żo­ny in­te­li­gen­cją i za­rad­no­ścią sa­mi­cy) czy ja­kieś tam inne emo­cjo­nal­ne szan­ta­że. Do­sko­na­le znam swoją war­tość i nie kie­ru­ję się w wy­bo­rze part­ne­ra ba­na­ła­mi czy po­trze­bą wy­peł­nie­nia pust­ki po braku oj­cow­skiej mi­ło­ści. A jed­nak był mi po­trzeb­ny, bo na dłuż­szą metę każ­de­mu do­skwie­ra sa­mot­ność.

 

Le­że­li­śmy w łóżku spla­ta­jąc ciała. Spo­ce­ni, roz­pa­le­ni, speł­nie­ni. Jeden rytm serc i po­czu­cie ab­so­lut­nej bli­sko­ści. De­li­kat­ny wiatr bawił się sy­pial­ny­mi fi­ran­ka­mi fi­glu­jąc z pro­mie­nia­mi za­cho­dzą­ce­go słoń­ca, a gdzieś za uchy­lo­nym oknem słod­ko ćwier­ka­ły ptaki. Chcia­łam, bar­dzo chcia­łam, żeby tę chwi­lę można było za­cho­wać na za­wsze. Za­to­pić w bursz­ty­nie chro­nią­cym przed upły­wem czasu. Wtedy się zde­cy­do­wa­łam.

 

– Chcę ci coś po­wie­dzieć… – szep­nę­łam mu do ucha.

– Ja po­wiem pierw­szy. Ko­cham cię całym sobą, je­steś naj­wspa­nial­szą ko­bie­tą jaką w życiu spo­tka­łem.– uśmiech­nął się, kła­dąc mi dłoń na po­licz­ku i spo­glą­da­jąc w oczy.

– Ko­cham cię – od­po­wie­dzia­łam ca­łu­jąc go w usta – je­steś męż­czy­zną moich ma­rzeń. – a serce prze­peł­ni­ła mi ra­dość, bo po­wie­dział coś, co naj­wy­raź­niej bar­dzo chcia­łam usły­szeć. Wie­dzia­łam, że mówił szcze­rze.

 

Ca­ło­wa­li­śmy się dłuż­szą chwi­lę i jakoś tak bez­wied­nie się­gnę­łam w dół po jego mę­skość. Pie­ści­łam go za­chę­ca­ją­co, a on od­po­wie­dział ocho­czo. Wszedł we mnie jesz­cze raz i znowu było nam wspa­nia­le. Ko­cha­li­śmy się po­wo­li, nie­spiesz­nie, na­mięt­nie. Słoń­ce zdą­ży­ło zajść, za­stą­pio­ne przez księ­życ, a gwiaz­dy mru­ga­ły do nas jakby uba­wio­ne po­ka­zem. Opa­dli­śmy na mokrą po­ściel, drżąc w spa­zmach roz­ko­szy.

 

– Teraz – po­my­śla­łam, gdy przy­mknął po­wie­ki – teraz bę­dzie wła­ści­wy mo­ment.

 

Wolno się­gnę­łam po ukry­ty wcze­śniej pod łóż­kiem szty­let. Był star­szy i cen­niej­szy niż wszyst­ko co po­sia­da­łam. Jego krysz­ta­ło­we ostrze mie­ni­ło się w księ­ży­co­wym świe­tle ni­czym sopel lodu.

 

Nie po­wie­dzia­łam mu wszyst­kie­go, mimo całej mojej mi­ło­ści, po pro­stu nie mo­głam. Kie­dyś, dawno temu mia­łam wszyst­ko czego można za­pra­gnąć, nawet wła­sną wyspę, tylko nie mi­łość. A ta po­ja­wi­ła się nie­spo­dzie­wa­nie, wy­rzu­co­na przez morze i po­ko­cha­łam pew­ne­go męż­czy­znę. Byłam młoda więc wie­rzy­łam, że zo­sta­nie­my ze sobą na wieki. Dałam mu wszyst­ko co mia­łam, cho­ciaż mówił mi, że jest inna, do któ­rej chciał wró­cić. Wa­ha­łam się, zbyt długo cze­ka­łam za­miast dzia­łać, szu­ka­łam in­nych spo­so­bów aż w końcu za­de­cy­do­wa­no za mnie i… od­szedł. Może od­ko­chał się? Może nigdy mnie na­praw­dę nie ko­chał, mimo tych sied­miu lat które razem spę­dzi­li­śmy? A może to jed­nak ta prze­mą­drza­ła suka Atena? Tak czy owak, mo­ment prze­mi­nął bez­pow­rot­nie. Cóż, uczę się na błę­dach. Nigdy już nie po­zwo­li­łam sobie na po­dob­ny. Być może fak­tycz­nie, wszyst­kie, nawet te świa­do­me sie­bie, boimy i bę­dzie­my się bać po­rzu­ce­nia. Do końca świa­ta.

 

Jed­nym ru­chem po­de­rwa­łam się z łóżka sia­da­jąc na nim okra­kiem. Unio­słam w górę ręce, dło­nie za­ci­ska­jąc na rę­ko­je­ści. Otwo­rzył oczy zdu­mio­ny tym na­głym po­ru­sze­niem:

 

– Ka­lip­so? – zdą­ży­ły szep­nąć jego słod­kie usta.

 

– Ko­cham cię – po­wie­dzia­łam wbi­ja­jąc szty­let pro­sto w jego pierś i ła­miąc ostrze.

 

Łzy po­pły­nę­ły mi stru­mie­niem po po­licz­kach.

 

Cóż moi mili. Mówią, że hi­sto­ria kołem się toczy i chyba mają rację.

 

***

 

To było jak gwał­tow­ne olśnie­nie. Jasny błysk i krót­ka chwi­la, w któ­rej wszyst­ko staje się zro­zu­mia­łe. Uczu­cie, że spo­glą­da się na wszech­świat i obej­mu­je go ra­mio­na­mi, a on spo­glą­da w nas z uśmie­chem. Ośle­pia­ją­cy blask, bę­dą­cy spo­ko­jem, mi­ło­ścią i ab­so­lut­ną ak­cep­ta­cją.

 

Dzię­ki temu zro­zu­mia­łem i wie­cie co? W ja­kimś szer­szym po­ję­ciu rze­czy, je­ste­śmy nie­śmier­tel­ni. Się­ga­my mi­le­nia w prze­szłość i nie­skoń­cze­nie da­le­ko w przy­szłość. Je­ste­śmy ni­czym wię­cej jak ge­na­mi. Nie­ustan­nie od­ra­dza­ją­cą się ma­te­rią bio­lo­gicz­ną, która trwa na prze­kór wszyst­kie­mu i wszyst­kim. Na­szym grze­chem pier­wo­rod­nym jest sa­mo­świa­do­mość. To czyni nas bo­ga­mi wobec in­nych ga­tun­ków, ale też ska­zu­je na wiecz­ną mękę. I gdyby można było wziąć w palce jedną, drob­ną ko­mór­kę ciała i po­wie­dzieć: pa­trz­cie, oto ciało i krew, to wła­śnie ja w peł­nej kra­sie – to wła­śnie ona byłaby wszyst­kim. Taka sama ty­siąc, sto i dzie­sięć lat temu. No może nie do­kład­nie taka sama, bo jed­nak DNA mie­sza­ło­by się z in­ny­mi na prze­strze­ni lat, ale nie byłoby to da­le­kie od tego jak dany czło­wiek zmie­nia się na prze­strze­ni życia. Ma nowe do­świad­cze­nia, zmie­nia świa­to­po­gląd. W taki sam spo­sób DNA wzbo­ga­ca się o ma­te­riał przy­nie­sio­ny z „ze­wnątrz”, od in­nych. Staje się do­sko­nal­sza.

 

I kiedy uświa­do­misz sobie ten pro­sty fakt, że nic i nigdy się nie koń­czy, że nawet nasze szcząt­ki wra­ca­ją z po­wro­tem do na­tu­ry, po­że­ra­ne przez ro­ba­ki, mi­kro­sko­pij­ne ży­jąt­ka, bak­te­rie i inne, roz­kła­da­ne na czyn­ni­ki pierw­sze. Zdasz sobie spra­wę, że je­dy­nym naj­więk­szym cier­pie­niem jest ogra­ni­czo­na świa­do­mość, a je­dy­nym praw­dzi­wym zba­wie­niem świa­do­mość cał­ko­wi­ta – wtedy na­praw­dę prze­sta­niesz się bać. Bo to wła­śnie różni nas od in­nych istot ży­ją­cych. Wszyst­kich nas boli gdy je­ste­śmy zra­nie­ni i wszy­scy się boimy gdy umie­ra­my. Ści­na­ne drze­wo. Wy­cią­gnię­ta z wody ryba. Ptak co spada z nieba i lis za­szczu­ty przez psy goń­cze w swo­jej norze. Małpa, czło­wiek. I tylko czło­wiek na­rzu­cił sobie mo­ral­ne okowy, prawa i re­li­gie. Tylko czło­wiek pró­bu­je za­prze­czyć na­tu­rze i tylko czło­wiek, zmę­czo­ny swoją świa­do­mo­ścią szuka my­ślo­wych wy­try­chów by za­ak­cep­to­wać to co nie­unik­nio­ne.

 

A ja to wła­śnie za­ak­cep­to­wa­łem i je­stem na­praw­dę szczę­śli­wy. Pew­nie, spra­wę mocno uprasz­cza fakt, że nie po­sia­dam już ciała. W każ­dym razie nie tak spę­dzam więk­szość czasu. Je­stem teraz le­d­wie kłęb­kiem świa­do­mo­ści za­klę­tym w jeden z krysz­ta­łów upię­tych w na­szyj­ni­ku. Sta­łem się czę­ścią Ka­lip­so bar­dziej niż wy­da­wa­ło się to moż­li­we, ale je­stem jej za to szcze­rze wdzięcz­ny. Ow­szem, nie tego się spo­dzie­wa­łem, kiedy py­ta­ła mnie czy na­praw­dę ją ko­cham i czy chce z nią być na za­wsze. Ale też nie mam wąt­pli­wo­ści, że zro­bi­ła to z mi­ło­ści, a ja w końcu wolny je­stem od stra­chu i cią­głej po­go­ni.

 

A w każdą peł­nię mie­sią­ca, gdy księ­życ stoi wy­so­ko na noc­nym nie­bie, znów lą­du­je w moich ra­mio­nach gdy ko­cha­my się w jego bla­sku. Dusza za­mknię­ta w rę­ko­je­ści szty­le­tu przy­po­mi­na­ją­cej teraz drogi ka­mień, albo ostrze krysz­ta­łu za­to­pio­ne w pier­si gdy na po­wrót staje się cia­łem. Tak to wła­śnie dzia­ła. Wię­zie­nie? Nie, ra­czej wy­ba­wie­nie. Może, kie­dyś, za kilka lat, w któ­rąś z tych nocy uciek­nę, nie dam się za­mknąć w krysz­ta­le, któ­rych jest obok mo­je­go tak wiele. Może kie­dyś, ale jesz­cze nie teraz, w końcu… na­praw­dę ją ko­cham. Mów­cie co chce­cie, ale jak dla mnie to wła­śnie praw­dzi­wa mi­łość.

 

Prze­to, do­pó­ki ten ru­mie­niec młody

Jak ranna rosa zdobi twe ja­go­dy,

Do­pó­ki duszy roz­bu­dzo­nej tchnie­nie

Pod skórą wznie­ca zni­kli­we pło­mie­nie,

Ciesz­my się sobą na spo­sób wsze­la­ki;

Le­piej od razu, jak dra­pież­ne ptaki,

Czas nasz roz­szar­pać, bez zwło­ki po­chło­nąć,

Niż z wolna w jego wiel­kiej pasz­czy tonąć.

Całą więc naszą moc i całą czule

Wez­bra­ną sło­dycz zlep­my w jedną kulę,

By w na­głym pę­dzie nasza roz­kosz złota

Wdar­ła się w bramy że­la­zne ży­wo­ta.

Tak, choć na­sze­go słoń­ca nie umie­my

Za­trzy­mać, jed­nak biec mu roz­ka­że­my.

 

tłum. S. Ba­rań­czak – "Do nie­sko­rej Bog­dan­ki" A. Ma­rvell

Koniec

Komentarze

Fajne, naprawdę fajne.

Problem w tym, iż to trochę za mało, jeśli weźmiemy pod uwagę ilość czasu i pracy, którą w tekst z pewnością włożyłeś, drogi Liluh. Nie chodzi nawet o to, że od momentu, gdy Odi okazuje się nie taki zwyczajny, wiadomo jak cała sprawa się skończy. Niektóre historie nie muszą być nieprzewidywalne, nie muszą zaskakiwać tłistem. Rzecz chyba w sposobie prowadzenia narracji. Bo z jednej strony wszystko jest jak najbardziej na miejscu – spokojne tempo, opisy z dbałością o każdy detal  (ta moda!), jednostajny rytm, refleksje bohaterów – pasuje jak ulał do konceptu opowieści. Niestety powoduje jednak, że zwłaszcza w końcówce, emocje gdzieś ulatują. I mimo widocznych starań by temu zapobiec, ostatnie fragmenty nabierają cech chłodnej relacji, miast buzować uczuciem.

A może też w obrazie miłości zabrakło iskierki poezji. Mimo cytatów. Że są momenty niebezpiecznie ocierające się o sztampę, że czytane po raz setny kawałki o zdejmowaniu przydymionych okularów i wzlatywaniu pod sufit, o drżących spełnieniem ciałach na mokrej pościeli pod mrugającymi gwiazdami nie robią już wrażenia. Wierzę bohaterom, że się kochają, bo o tym mówią. Nie czuję jednak tych emocji.

Zastanawia mnie też Kalipso. Bo jeśli Odi  (nigdzie nie jest właściwie powiedziane, że to TEN Odys) wydaje się byc jak najbardziej naturalny w swym strachu przed śmiercią i przemijaniem, w wiecznej pogoni za utzymującą go przy życiu seksualną energią, to nieśmiertelna Kalipso i jej refleksje na temat macieżyństwa i babciożyństwa sprawiają dziwne wrażenie. Nieśmiertelna istota chce zostać babcią? Pogodziła się z cyklem życia i umierania? No nic łatwiejszego, jeśli się mu nie podlega ;-)

I tak jeszcze garść technicznych rzeczy:

Zdarzają się powtórzenia. Na przykład w akapicie o wspólnej ludzkiej energii w trzech kolejnych zdaniach było słowo  zmiana.

I jeszcze: Słit focie na fejsa. Po co kursywa? 

Albo:

Krople łez popłynęly mi strumieniem po policzkach. 

Jeśli krople, to nie strumień. Krople połączone w strumień przestają być kroplami.

 

He, wygląda na to, że właśnie napisałem, iż tekst jest niedobry. Ale spokojnie, to nie tak. Skupiam się na negatywach po części ze złośliwości, po części żeby pokazać, że potwornie trudno jest, wbrew pozorom, pisać o miłości. Nie tekstu kryminalnego, przygodowego, wojennego, akcji, horroru z miłością w tle, ale właśnie z miłością na pierwszym planie. Niewielu się to udaje. Twoje opowiadanie jest dobre i warte przeczytania, lecz wyznaczyleś sobie cholernie ambitny cel. No i chwalebnie poległeś. Ale z honorem. Byłeś blisko.

Pozdrawiam! 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

@thargone

 

Dziękuję za uwagi.

 

Co do pozbawionej emocji końcówki i sztampy, być może, tylko to nie takie tam romansidło, raczej satyra. Stąd charakter bardziej ironiczny niż stricte miłosny. No bo tak, historia to w sumie zestaw alegorii i metafor. Odi niby szuka tej nieśmiertelności wśród ciągle innych kobiet, jakby mógł się odmłodzić (kto wie, może faktycznie tak jest, a może tylko mu się wydaje?), ot typowy facet 40+ wymieniający partnerki na nowszy model. To są jego najgorsze pod tym względem cechy (uwodzi, kłamie, jest egocentryczny). To normalne, że powoduje nim strach przed śmiercią. Ironią jest, że dopiero śmierć stanowi dla niego wyzwolenie. Życie zredukował praktycznie tylko do pogoni za spódniczkami i odwlekaniem nieuniknionego, więc układ z kryształem jest dla niego idealny (chociaż co to za życie, prawda?). Z kolei Kali, uosabia czystą kobiecość (znowu w negatywnym ujęciu), zawsze porównując się do innych kobiet i wywyższając, a mimo całej swej feministycznej postawy, ostatecznie i tak poddaje się mechanizmom z którymi niby to walczy i którymi gardzi. Oboje są w tych swoich zachowaniach zwyczajnie próżni. Ostatni żart, to fakt, że (jak słusznie zauważasz) Kali zupełnie nie boi się śmierci, bo jej ona teoretycznie nie grozi (faktycznie jednak, po prostu się nie starzeje). Ale faceta na własność, to by chciała mieć, nie? A jak tu zachować go na zawsze skoro jest śmiertelny? ;) Zresztą, nie wiem czy to jest jasne, ale naszyjnik miał sporo takich kamyczków. Być może, że Odi nie był pierwszy, a może to właśnie te kamyczki zapewniają właścicielce życie wieczne? A może te nowe spódniczki faktycznie zapewniały mu wieczną młodość i wcale nie musiała go zabijać, żeby zostać z nim na zawsze? Tak jak mówię, ta fałszywość postawy to kolejny przerysowany negatywnie aspekt (próżnej) kobiecości. Chciałaby się zestarzeć, ale tak naprawdę wie (chociaż się nie przyznaje), że to nigdy nie nastąpi. Ciesze się, że wyszło z opisami mody, namęczyłem się ;)

 

Uwagi techniczne – zaraz poprawie.

A widzisz, bo ja mam słabe ucho da satyry i oko do mrugania okiem. Dlatego potraktowałem sprawę zupełnie serio – oto prawdziwy nadnaturalnie długowieczny koleś spotyka prawdziwą Kalipso. Dlatego spodziewałem się fajerwerków emocjonalnej niezwykłości, które taka nadprzyrodzona miłość mogłaby powodować. Nie typowych tańców na rurze, to jest, przepraszam, lirze, oraz dygotania z rozkoszy pod mrugającymi gwiazdami ;)

Dlatego też naturalną wydała mi się wieczna pogoń za pochędóżką jako zyciodajną siłą, natomiast typowa skądinąd postawa – "chciałabym mieć dziecko, ale jeszcze nie teraz, bo nie mam czasu i zbrzydnę" albo "fajnie być dobrą babcią mentorką, ale najlepiej bez zmarszczek tylko z jędrnymi cyckami" – dziwi u kogoś, kto miał tysiąclecia na poukładanie sobie pewnych rzeczy.

Słowem – mimo czytelnych metafor, potraktowałem twoich bohaterów zupełnie serio. Zapewne niesłusznie.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

@thargone

 

Dzięki. Zastanowie się, może powinienem zaakcentować pewne fragmenty żeby to “przymrużenie oka” było bardziej czytelne? A z drugiej strony, nie jest to czasem tak (przynajmniej u niektórych), że nawet tysiąclecie to za mało żeby zmądrzeć?;)

Nie, pewnie nie ma potrzeby akcentować. To, co mi umknęło, dla innych może być jasne i czytelne jak instrukcja awaryjnego opuszczania pokładu samolotu.

A głupota, tak, jest trochę jak stała kosmologiczna. Zaistniała przez pomyłkę, niepotrzebna, ale niezależna od czasu i przestrzeni i wyłażąca gdzie popadnie :)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Przykro mi to pisać, ale wbrew nadziejom Autora, niewiele miałam frajdy z lektury, mimo że jestem kobietą, w dodatku zdecydowanie dojrzałą, choć nie mam pewności, czy moja osobowość dojrzewała razem ze mną.

Opowiadanie zdało mi się rozwleczone ponad miarę, a cała historia mocno nużąca. Bohaterowie osobliwi, głównie skupieni na sobie i tym jak są ubrani, mający w pogardzie resztę świata. Autor twierdzi, że to wizerunek ironiczny, a mnie się wydał pretensjonalny. No, ale co ja tam wiem o damsko-męskich relacjach w dużych miastach.

Miłości w opowiadaniu nie dostrzegłam, zauważyłam tylko wzajemną fascynację nieznajomych podczas przypadkowego zetknięcia, pogłębienie się jej w czasie kolejnego spotkania, sporo pożądania i seks na koniec.

Mimo przywołania mitologii, fantastyki w opowiadaniu jest jak na lekarstwo.

Wykonanie, delikatnie mówiąc, pozostawia wiele do życzenia. Trafiają się źle skonstruowane zdania, źle zapisane dialogi, a interpunkcję potraktowano po macoszemu. Zdarzają się błędy ortograficzne, powtórzenia, czasem zbędne zaimki i sporo innych usterek, skutecznie utrudniających lekturę.

Może zainteresuje Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

taka ka­wiar­nia­na wy­sia­dacz­ka. – Chyba: …taka ka­wiar­nia­na wy­sia­dywacz­ka.

Domyślam się, że to od wysiadywania w kawiarni, nie wysiadania z niej.

 

A zresz­tą, jakże mogła bym być o nie za­zdro­sna? A zresz­tą, jakże mogłabym być o nie za­zdro­sna?

 

kon­struk­cję czę­ścio­wo okry­tą ko­lo­ro­wy­mi wstąż­ka­mi, sto­ją­cą po środ­ku ronda. – Co się stało ze środkiem ronda, skoro konstrukcja stała po nim? ;-)

Winno być: …sto­ją­cą pośrod­ku ronda.

 

Sie­dzia­łam tak przy nie­wiel­kim sto­li­ku i przy­ci­śnię­ta do prze­szklo­nej wi­try­ny… – Masło maślane. Witryna jest przeszklona z definicji.

 

Ona ści­ska­ła w ręku wy­so­ką latte w szklan­ce z gru­be­go szkła. – Raczej: Ona ści­ska­ła w ręku latte w wysokiej szklan­ce z gru­be­go szkła.

 

z wpra­wą po­cią­ga­jąc so­lid­ne łyki swo­imi wy­dat­ny­mi usta­mi. – Zbędny zaimek. Czy mogła pociągać cudzymi ustami?

 

Taka odro­bi­na, która po­zwo­li jej opa­mię­tać swój przy­wo­dzą­cy na myśl… – Raczej: Taka odro­bi­na, która po­zwo­li jej opanować ten przy­wo­dzą­cy na myśl

Można opamiętać się, ale nie można opamiętać czegoś.

 

po­pę­dzi­ła do ła­zien­ki stu­ka­jąc swo­imi bor­do­wy­mi bot­ka­mi… – Zbędny zaimek.

 

Do tego skó­rza­ne botki na suwak z wy­so­kim ob­ca­sem… – Czy suwak naprawdę miał wysoki obcas? ;-)

Proponuję: Do tego skó­rza­ne botki na wysokich obcasach, zapinane na suwak

 

Roz­wa­ża­nia prze­rwał po­wrót mojej to­wa­rzysz­ki. Wró­ci­li­śmy do roz­mo­wy… – Nie brzmi to najlepiej.

 

pró­bo­wa­łem sku­pić się na tym pięk­nym wi­do­ku. Bez­sku­tecz­nie. Cho­ciaż przed nosem tań­czy­ły mi na­brzmia­łe an­ten­ki sut­ków, wi­dzia­łem tylko kru­czo­czar­ne włosy i ciem­ne oczy o mą­drym spoj­rze­niu. Jesz­cze chwi­la i mój brak sku­pie­nia sta­nie się od­czu­wal­ny dla part­ner­ki. Skar­ci­łem się w my­ślach wra­ca­jąc do tu i teraz. Umysł znowu mia­łem sku­pio­ny… – Powtórzenia.

 

z za­sty­głą żelem falą blond czu­pry­ny , szcze­rzył się… – Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

wy­ar­ty­ku­ło­wa­nych ma­ło­czy­tel­ną iko­no­gra­fią… – wy­ar­ty­ku­ło­wa­nych ma­ło­ czy­tel­ną iko­no­gra­fią

 

Nie ważne czy tylko robił sobie żarty czy też… – Nieważne czy tylko robił sobie żarty, czy też

 

mu­sia­ła bym chyba za­dzwo­nić po po­li­cję uzna­jąc to za na­pa­sto­wa­nie. – …mu­sia­łabym chyba za­dzwo­nić po po­li­cję, uzna­jąc to za na­pa­sto­wa­nie.

 

– Prze­cież nie uwie­rzę, że jest pani tak bez­sen­sow­nie pru­de­ryj­na. – od­po­wie­dział nie­zra­żo­ny. – Zbędna kropka po wypowiedzi.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

a on za­marł pa­trząc się gdzieś w górę… – …a on za­marł, pa­trząc gdzieś w górę

 

Piłam po­ran­ną her­ba­tę za­pa­trzo­na przez wi­try­nę mojej uko­cha­nej ka­wiar­ni. – Nie wydaje mi się, by można być zapatrzonym przez coś. Przez coś można patrzeć.

Proponuję: Piłam po­ran­ną her­ba­tę, patrząc przez wi­try­nę mojej uko­cha­nej ka­wiar­ni. Lub: Piłam po­ran­ną her­ba­tę, za­pa­trzo­na w ulicę za wi­try­ną mojej uko­cha­nej ka­wiar­ni.

 

Lu­dzie z uśmie­cha­mi wy­cią­ga­li twa­rze w kie­run­ku… – Chciałabym zobaczyć kogoś wyciągającego twarz. ;-)

Proponuję: Lu­dzie z uśmie­cha­mi obracali/ zwracali twa­rze w kie­run­ku

Wyciąganie twarzy ma miejsce także w dalszej części opowiadania.

 

Go­to­wa byłam by zejść na dół na śnia­da­nie… – Masło maślane. Czy można zejść na górę?

 

Taka ener­gia, która w jed­nej de­ka­dzie karze wszyst­kim wal­czyć… – Taka ener­gia, która w jed­nej de­ka­dzie każe wszyst­kim wal­czyć

Między karaćkazać jest istotna różnica.

 

Taką mnie zna­lazł. Znowu z kub­kiem her­ba­ty w dłoni… – Przy pierwszym spotkaniu, zdaje mi się, bohaterka piła kawę.

 

Kto wie, może skoń­czę w mi­ło­snych ob­ję­ciach nie z jedną, ale nawet dwie­ma sym­pa­tycz­ny­mi przy­ja­ciół­ka­mi na raz. – Zakładam, że z dwiema jednocześnie, więc: …dwie­ma sym­pa­tycz­ny­mi przy­ja­ciół­ka­mi naraz.

Co nie wyklucza, że to mogły być przyjaciółki na jeden raz.

 

I nie po­tra­fię też do­kład­nie wska­zać w chwi­li, w któ­rej pry­snę­ły… – I nie po­tra­fię też do­kład­nie wska­zać chwi­li, w któ­rej pry­snę­ły

 

stały dwa wy­god­ne fo­te­le i sto­lik na kawę. – Raczej: …stały dwa wy­god­ne fo­te­le i sto­lik do kawy.

 

sta­ro­świec­ką ma­szy­nę do szy­cia Sin­ge­ra,. To były pięk­ne przed­mio­ty… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

które po­sta­wi­ła na sto­li­ku po czym usia­dła na prze­ciw­ko. – …które po­sta­wi­ła na sto­li­ku, po czym usia­dła naprze­ciw­ko.

 

Wzią­łem łyk: – Dlaczego tu jest dwukropek?

Wolałabym: Wypiłem/ Upiłem łyk.

 

Po­ka­że ci – do­da­ła. – Literówka.

 

Wsta­ła pod­cho­dząc do liry i de­li­kat­nie uj­mu­jąc ją w smu­kłe palce. – Czy wstała w trakcie podchodzenia do liry i ujmowania jej? ;-)

Proponuje: Wstała, podeszła do liry i delikatnie ujęła ją w smukłe palce.

 

Cza­sem tak już ze mną jest, że pod­da­je się chwi­li. – Literówka.

 

Zrzu­ci­łam buty, a stopy same po­rwa­ły mnie same wy­bi­ja­jąc rytm. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

i gdy­bym nie za­ci­skał dłoni na opar­ciu fo­te­la… – Jestem przekonana, że zaciskał dłonie na poręczach fotela. Oparcie jest za plecami.

 

– Na­praw­dę…– mu­sia­łem chrząk­nąć… – Brak spacji po wielokropku.

 

po­żą­da­niu, które

im­pul­sem po­bu­dza ciało do dzia­ła­nia. O na­mięt­no­ści która może prze­trwać wieki. – Zbędny enter.

 

za­czą­łem śli­nić się jak pies na widok ape­tycz­nych krą­gło­ści szyn­ki. – Pies, chyba nie zwracając uwagi na kształt szynki, ślini się, czując apetyczną woń mięsa. ;-)

 

Pod­sze­dłem do niej, obej­mu­jąc ra­mio­na­mi, a w chwi­li kiedy nasze ciała się ze­tknę­ły prze­szedł nas… – Czy obejmując, podchodził?

Masło maślane. Czy mógł obejmować nie używając ramion?

Powtórzenia. Zbędne zaimki.

 

Do­sko­na­le znam swoją war­tość i nie kie­ru­je się w wy­bo­rze part­ne­ra ba­na­ła­mi… – Literówka.

 

Ko­cham Cię całym sobą… – Ko­cham cię całym sobą

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

to wła­śnie ona była by wszyst­kim. – …to wła­śnie ona byłaby wszyst­kim.

 

ale nie było by to da­le­kie od tego… – …ale nie byłoby to da­le­kie od tego

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przyznam, że ciężko mi się czytało, może to złe nastawienie? jak spodziewam się ironii i puszczania “oczek” to oczekuję lżejszego stylu…

gratuluję zmysłu obserwacyjnego – wątki o modzie

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

@regulatorzy

 

Dziękuję za drobiazgową korektę, jak zawsze niezawodna i kompletna. Już poprawiłem.

 

Dzięki też za zwrócenie uwagi na funkcję “beta”, szczerze mówiac nawet jej nie zauważyłem. Za rzadko bywam na forum (po pierwszej zmianie wyglądu strony, tej opcji chyba nie było?). To może wiele ułatwić pod względem korekty :)

 

Co do treści. Zarzut małej ilości fantastyki uważam za trochę przesadzony, w końcu to mit, opowiedziany na nowo w inny sposób. Myślę też, że prezentowane przez bohaterów postawy, są niestety dominujące, zwłaszcza w takim modnym, pokazowym i miejskim wydaniu. Nawet jeśli przerysowane. Gdzie dochodzimy do Twojego drugiego spostrzeżenia. Całkowicie zgadzam się, że nie ma tu *prawdziwej* miłości. Pomijając już ten ciągnący się flirt i wreszcie konsumpcję, zabicie drugiej osoby to objaw wielu rzeczy, ale na pewno nie miłości ;) Poza tym bohaterowie nawet jak wznoszą się ponad cielesność, to na krótko i jak widać bez sukcesu. W przytoczonym wierszu Marvella chodzi przecież o to samo. W każdym razie, są siebie warci – pretensjonalni, próżni, egocentryczni. Wydawało mi się, że cała opowieść sama się w ten sposób tłumaczy (ale może jednak nie). 

 

@fleurdelacour

 

Ale z czego wynika to złe nastawienie? Chodzi o samą formę? Puszczanie “oczek” może mieć różne formy. Osobiście nie przepadam za romansami. Przyznam się, że czytałem dawno temu “Love Story” :) Nie liczę wątków przewijających się w fantastyce jako fragment opowieści, jak dajmy na to związek Geralta i Jennefer w Wiedźminie. Niemniej, pisanie w taki sposób, w którym narracja kręci się non stop wokół spraw damsko-męskich to jednak wyzwanie. Jeśli się nie udało no to szkoda, co nie znaczy, że nie warto było spróbować :)

Zaznaczam na wstępie, że czytałam tekst w wersji “przed Regulatorką”, więc nie wiem, co się może powtórzyć albo nałożyć…

 

“– Siedzący wcześniej przy barze mężczyzna prosił o jej przekazanie. – powiedział.“ – zbędna kropka po “przekazanie”.

 

“przechodząc z cwału w szaleńczy galop“ – obawiam się, że to bez sensu. Cwał jest najszybszym chodem konia, odmianą galopu, więc co właściwie bohater zrobił? Bo ‘cwał” i “szaleńczy galop” w zasadzie można uznać za synonimy. Może miałeś na myśli kłus zamiast cwału?

 

“z zastygłą żelem falą blond czupryny , szczerzył się radośnie do trzymanego telefonu.“ – zbędna spacja przed przecinkiem

 

“– W żadnym razie. Niech autor tych słów sam wyjaśni – po czym zacytował;“

Nieprawidłowy zapis. Mamy do czynienia z dialogiem, więc albo po myślników potrzebujemy słowa dotyczącego mówienia, np. “powiedział, po czym zacytował”, albo po “wyjaśni” stawiamy kropkę i po myślniku zaczynamy zupełnie nowe zdanie, nie związane z kwestią mówioną. Ponadto po “zacytował” dwukropek, a nie średnik.

 

“Po czym ujął dłoń i uniósł w górę.“ – to zdanie, pozbawione wszelkich dookreśleń (np. moją dłoń) brzmi niezgrabnie.

 

“Nie ważne czy tylko“ – Nieważnie łącznie

 

“następne to już prawie pornografia i musiała bym chyba zadzwonić po policję“ – Musiałabym łącznie

 

“– Przecież nie uwierzę, że jest pani tak bezsensownie pruderyjna. – odpowiedział niezrażony.“ – zbędna kropka po “pruderyjna”.

 

“– Co nie znaczy, że mam w zwyczaju dać się całować po rękach przygodnie spotkanym facetom, którzy nawet nie raczą się przedstawić. – mówiąc to wręczyłam mu“ – “Mówiąc” wielką literą.

 

“Zrobił krok w moją stronę, wyciągając rękę jakby chciał mnie zatrzymań ale momentalnie się zmitygował;“ – Na końcu zdania powinna być kropka, nie średnik.

 

“– Bardzo przepraszam, właśnie miałem dokonać jak najbardziej prawidłowej prezent… – nie dane mu było dokończyć“ – “Nie dane” od wielkiej litery.

 

“on zamarł patrząc się gdzieś w górę jakby nie był to zwykły sygnał tylko alarm pożarowy;“ – Znowu… czemu kończysz zdania średnikiem?

 

“Usłyszałam jeszcze tylko;“ – po tylko dwukropek, a nie średnik.

 

“Piłam poranną herbatę zapatrzona przez witrynę mojej ukochanej kawiarni.“ – Zapatrzonym można być w czymś, ale przez coś nie bardzo.

 

“W lecie czuje się najlepiej i pełna energii“ – literówka: czuję

 

“Taka energia, która w jednej dekadzie karze wszystkim walczyć z globalnym ociepleniem“ – Błąd ortograficzny: każe, a nie karze

 

“Musze się z nią umówić, muszę ją zdobyć.“ – Literówka: Muszę

 

– Jestem zaskoczony – powiedział, a ja byłam pewna, że powie “naszym spotkaniem”.

– Nie wiedziałem, że ma pani własną knajpę. – stwierdził jednak i tą przekorą mnie rozbroił.“

Czemu kwestie dialogowe tej samej osoby zaczynasz od nowego wiersza? Powinno być:

– Jestem zaskoczony – powiedział, a ja byłam pewna, że powie “naszym spotkaniem”. – Nie wiedziałem, że ma pani własną knajpę – stwierdził jednak i tą przekorą mnie rozbroił.

(dodatkowo bez zbędnej kropki po “knajpę”.

 

“– Dzidzia? A może Dziunia? Albo Gigia od Gizeli? – zgadywałam szczerze ubawiona – nic podobnego.“ – po “ubawiona” kropka, “Nic” od wielkiej litery.

 

Dlaczego we fragmencie, który następuje po tym dialogu, wszystko jest pooddzielane odstępami? Nie ma powodów, by oddzielać w ten sposób dialogi i opisy.

 

“Chyba powinniśmy zacząć od początku. Mów mi Kali. – wyciągnęłam do niego dłoń, a on ją uścisnął.“ – “Wyciągnęłam” wielką literą.

 

“– Zgoda. – odparłam z uśmiechem.“ – zbędna kropka po “Zgoda”.

 

“staroświecką maszynę do szycia Singera,.“ – zbędny przecinek

 

“Wziąłem łyk:

– Mmm… naprawdę dobre. – przyznałem.“

Po co ten dwukropek po “łyk”? Poza tym zbędna kropka po “dobre”.

 

Generalnie w całym dialogu, który następuje później, są błędy w zapisie. Nie będę ich poprawiać, bo to te same błędy, które przewijają się od początku. Popracuj nad zapisem dialogów.

 

“Pokaże ci – dodała.“ – literówka

 

“poddaje się chwili“ – literówka

 

“stopy same porwały mnie same wybijając rytm.“ – podwójne “same”

 

“o rodzącym się gdzieś w środku pożądaniu, które ze sosimpulsem pobudza ciało do działania“ – przepraszam, ale co to jest sosimpuls? Wujek Google nie pomógł…

 

“Miała racje,“ – literówka

 

Mógł być mój, nawet gdybym przystała na taki luźny układ w przyszłości. Z jednej strony, moja miłość mogła dać mu nie tylko cały czas tego świata, ale także spokój. Nie mógł tego wiedzieć“ – powtórzenia

 

“To proste, ze strachu. Przed odrzuceniem, porzuceniem, starością, a razem z nią płaskiego tyłka i zwisającego biustu jakby tylko to ulotne opakowanie“ – Raczej: strachu przed płaskim tyłkiem i zwisającym biustem.

 

“nie kieruje się w wyborze partnera“ – literówka

 

“– Ja powiem pierwszy. Kocham Cię“ – i tu, i później, “cię” małą literą, a nie wielką

 

“to właśnie ona była by wszystkim“ – byłaby łącznie

 

“czy chce z nią być na zawsze“ – literówka

 

Ponadto interpunkcja miejscami mocno szwankuje, zwłaszcza w zakresie braku przecinków w newralgicznych miejscach.

 

Tyle, jeśli chodzi o technikalia. Nie będę rozbierać tekstu na części tak jak na przykład Thargone, powiem tylko: generalnie opowiadanie mi się całkiem podobało, choć zakończenie uważam za takie jakieś niewystarczające. Czuję niedosyt. Po 60.000 znakach spodziewałam się większej satysfakcji, rozwiązanie do mnie nie trafiło. Ponadto o ile trafia do mnie Kali i jej długowieczność, jakoś z mitów mimo wszystko nie wynika mi taki strach Odysa przed śmiercią i pragnienie zachowania młodości. Sam pomysł fajny, ale trochę jakby wciśnięty na siłę, bo przecież bohater jakoś musiał dożyć do czasów współczesnych, by spotkać się z Kali… No, ale to takie tam marudzenie, generalnie opowiadanie napisane całkiem przyjemnie (choć miejscami przyciężko), z nietuzinkowym pomysłem – to odświeżające.

 

Pozdrawiam.

 

P.S.> Tylko stanowczo popracuj nad tym zapisem dialogów ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

@joseheim

 

Dziękuję za sprawdzenie. Część błędów pokrywa się z wcześniej zgłoszonym (i te są już poprawione), część nie (zwłaszcza dialogi). Ta korekta na pewno się przyda.

 

Dziękuję za miłe słowa co do treści. Chciałbym dopytać, co było “przyciężkie”? Dialogi? Dywagacje na temat życia i śmierci? Tak z ciekawości. Co do Odysa, to tak naprawdę nigdzie nie jest powiedziane, że to ten sam facet co w greckim micie. W zamyśle, nie jest to ten sam – raczej jakaś tam inkarnacja, a może po prostu zbieg okoliczności i projektowanie (w sensie psychologicznym) Kali. Po namyśle, chyba powinienem dodać gdzieś krótką wstawkę, która rozwieje te wątpliwości.

Co jest przyciężkie… No, sama nie wiem. Miejscami fajnie splatasz zdania i jest okej, a miejscami coś uwiera. Niestety nie potrafię powiedzieć co gdzie i jak dokładnie, to raczej ogólne wrażenie. Bym może niektóre fragmenty pisało Ci się lżej i łatwiej, a niektóre wymagały więcej wysiłku ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Inteligentny romans. Kto by pomyślał, że coś takiego istnieje. Wprawdzie długo się do niego dorasta, ale jednak… Podobał mi się tekst. Nienachalne nawiązania do mitologii – coś tam przewidziałam, ale nie wszystko.

A zapis dialogów nadal kuleje…

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka