- Opowiadanie: AlissCarroll - Kwestia wyboru

Kwestia wyboru

Nie planowałam tego opowiadania, ale trafiłam w sieci na pewne zdjęcie i… po prostu musiałam coś napisać. W takiej, a nie innej konwencji. Potraktujmy niniejszy tekst jako zabawę i moją samolubną fantazję ze znanym… motywem. ;)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Kwestia wyboru

Cilla otworzyła usta ze zdziwienia, gdy zobaczyła turlający się po chodniku łeb nienaturalnej wielkości. Krew zachlapała zamszowe czółenka na obcasie, wsiąkała łatwo, nadając im barwę fioletu. Cilla kupiła te buty na poświątecznej wyprzedaży, w jednym z markowych butików. Wydała na nie ostatnie oszczędności i nie miała zamiaru puścić tego płazem. Przez chwilę pomyślała, że być może ma omamy ze zmęczenia albo późna pora daje się jej we znaki.

Nadal jednak nie potrafiła oderwać wzroku od przedmiotu leżącego u stóp. Światło latarni i neonowych reklam wpadało w ciasną uliczkę, eksponując znalezisko. Łeb przypominał po prostu… coś. Coś dziwnego. Cilla miała wrażenie, że kiedyś już to widziała, chyba w jednym z tych koszy na śmieci za knajpami, ale nie potrafiła sobie przypomnieć.

– Nic ci nie jest? – Usłyszała szorstki głos.

Zrobiło się ciemniej. W prześwicie pojawił się mężczyzna – jedną ręką prowadził konia, drugą coś ciągnął, zapewne resztę stwora. Cilla w półmroku dostrzegła zarysy dobrze zbudowanej sylwetki i niewielki odblask poniżej ramienia: W9. Od razu wszystko stało się dla niej oczywiste.

– Do jasnej cholery! Nic mi nie jest?! – krzyczała i cofnęła się, jak daleko tylko mogła. – Co ty sobie wyobrażasz, żeby jak gdyby nigdy nic, rozpoczynać masakrę?! Nie mogłeś poćwiartować tego… jaszczura gdzieś indziej?

Krew rozlewała się w coraz większą kałużę.

– Na szczęście, to był ostatni z… – zaczął mężczyzna.

– Nic mnie to nie obchodzi – syknęła Cilla, odwracając się na pięcie i ruszając przed siebie.

„Cholerna W9 i te ich metody ratowania świata…!” – złorzeczyła w myślach, kopiąc rozrzucone na bruku puszki. Potknęła się, ale na szczęście nie straciła równowagi. Skręciła w prawo i ruszyła pustą ulicą. Spojrzała na zegarek, trzecia w nocy. – „Świetnie, przez tego faceta nie wyjdę z tych pieprzonych Doków…”

Doki może i nie były bezpiecznym miejscem, ale nie należały też do najgorszych. Przynajmniej nie dla niej, ladacznicy, jak często słyszała o sobie Cilla. Była tancerką w jednym z nocnych klubów w Dokach, ale nie wstydziła się tego. Miała gdzieś zdanie innych. Nie każdemu życie układało się w sposób ogólnie akceptowany przez społeczeństwo.

– Cilla? – usłyszała za sobą znajomy głos.

Odwróciła się.

– Arne? – nie udawała zdziwienia. – Co tutaj robisz?

– Mała Britt powiedziała, że wyszłaś niedawno, po skończeniu zmiany. – Uśmiechnął się, jedną ręką targając niesforną grzywkę, która opadła mu na oczy. Popatrzył na Cillę z dziwną tęsknotą. – Myślałem, że zobaczę, jak tańczysz. Wszędzie mówią, że jesteś najlepsza.

To nie był komplement, to była prawda, a Cilla świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że często zgarnia najwyższe napiwki. W tej kwestii mogła się z nią równać jedynie płomiennowłosa Sonja.

– Dzięki – odrzekła i uśmiechnęła się zaledwie kącikiem ust. – Wpadnij w piątek, mamy specjalny event, załatwię ci wejście.

Wcale nie chciała, żeby przychodził. Arne nie był kimś, kogo mogłaby mile wspominać. Stanowił ten element przeszłości, który był jej kompletnie zbędny.

– Jasne, dzięki. Będę na pewno.

Już miała odejść, kiedy Arne podbiegł do i odezwał się błagalnym głosem:

– Cillo, może mógłbym ci towarzyszyć, wiesz, jak niebezpieczne jest nocą, szczególnie w Dokach. – Sprawiał wrażenie bardzo przejętego. – Dokąd właściwie idziesz? – Dotknął jej przedramienia.

– Dzięki, ale nie ma takiej potrzeby, poradzę sobie. – Odsunęła się gwałtownie.

– Kochanie, przecież nie musisz się mnie bać… – Arne nie dawał za wygraną i rzucił się na Cillę. Objął ją mocno w pasie. Poczuła zapach taniej wody kolońskiej, od mężczyzny zalatywało alkoholem. – Przecież wiesz, że zawsze cię kochałem. – Zbliżył usta do jej policzka.

Próbowała się wyszarpnąć, ale nie miała z nim szans. Był zbyt silny – to zapamiętała na zawsze – szczególnie, gdy tłukł ją do nieprzytomności, kiedy wracał pijany nocami do wspólnie wynajmowanej kawalerki na obrzeżach miasta. Czuła, że serce wali jej tak mocno jak wtedy, gdy natknęła się na alpa w kociej postaci… Straciła w tej walce jedynie trochę zdrowia, zyskując paskudną bliznę oraz niechciane wspomnienie…

Zaczęła się wyrywać. Arne jednak trzymał mocno.

– Boże, nadal jesteś taka pociągająca… – wzdychał. W jego oczach Cilla dostrzegła obłęd, ten sam, który widziała, gdy Arne przygniatał ją do ziemi, a potem bił po twarzy. Wtedy chciał, by na niego patrzyła – na jego wściekłość. W pewnym sensie sprawiało mu to przyjemność.

– Mam ochotę skraść ci buziaka, kochanie… – zaskomlił.

Cilla wrzasnęła.

A potem wszystko potoczyło się jak zwykle, kiedy zaczynała się bać.

***

Z głośników dobywała się ostra muzyka; jedna z tancerek, ubrana w lateksowy kombinezon, właśnie wchodziła na podium. Przy barze zrobiło się luźniej, mężczyźni zwabieni wdziękami demonicznej piękności, porzucili szklanki z burbonem i kufle z piwem na rzecz występu.

Mała Britt, niewysoka blondynka z pokaźnym biustem, właśnie cuciła jednego z klientów, który zasnął na kontuarze. Natychmiast przestała, gdy do lokalu wpadła Cilla, która wyglądała na zmęczoną i jednocześnie przerażoną. Britt dostrzegła na bluzce świeże plamy krwi, które Cilla nieudolnie zakryła płaszczem.

– To, co zawsze? – zapytała barmanka.

– Ale podwójną. – Opadła na barowy stołek. – Miałam bardzo, bardzo zły wieczór…

– Właśnie… widzę. – Wskazała plamy na bluzce. Usta Cilli ułożyły się w bezgłose: kurwa. – Mów, co się stało. – Britt wyjęła szklankę, wrzuciła trzy kostki lodu, nalewając whisky wprawnym barmańskim ruchem.

– Natknęłam się dzisiaj na dwóch typów, których wolałabym raczej unikać, Britt. – Upiła solidny łyk. – Tak naprawdę wszystko zaczęło się od głowy tego jaszczura, który wylądował mi przed stopami… Spójrz. – Barmanka wychyliła się zza lady. – Moje nowe buty są do wyrzucenia.

– Cholera. Chyba nie chcesz powiedzieć, że spotkałaś Rolfa Rayleigha z W9! – Oczy Britt zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. – Przecież to zawsze oznacza kłopoty!

Cilla przytaknęła. Podparła brodę i znów upiła łyk ze szklanki.

– Powiem więcej. Jeżeli on tu krąży, w okolicach Doków, możemy się spodziewać najgorszego – znowu jakieś plugastwo gdzieś się zalęgło. Ciekawe, co tym razem? Wywerniszki? Po ostatniej fali tych bestii musiałam remontować cały lokal. A może zeugl? – podparła się pod boki. – Nie wiem, co myślisz, Cillo, ale Rolf tutaj nie zwiastuje niczego dobrego. Zapowiada jedynie potwory.

Cilla zacisnęła dłonie na szklance. Potwory… to już całkiem inna historia. Na tym zdegenerowanym świecie było ich pełno. A krok w krok za nimi szła W9, elitarna jednostka podlegająca pod służbę policji. Krążyły plotki, że policjantów tej sekcji poddawano mutacjom i próbom, aby mogli jeszcze skuteczniej walczyć z wszechobecnym plugastwem.

– Britt, to nie koniec mojej opowieści – westchnęła. – Spotkałam Arne.

– Cholera, nie myślałam, że tak szybko cię znajdzie… W twoim przypadku oznacza to jedynie katastrofalne kłopoty.

***

Znajdowali się zaledwie przecznicę dalej od miejsca skąd dobiegł krzyk, a potem skowyt. Rolf spiął Tyra ostrogami i ruszył kłusem w stronę Doków. Koń rzucił łbem kilka razy i, wyczuwając zapewne zapach krwi, zarżał. Policjant poklepał zwierzę po szyi, jednocześnie rozglądając się uważnie dookoła. Źrenice rozszerzyły się, łapiąc nawet najmniejszy błysk i pozwalając dostrzec Rolfowi to, co mogło kryć się między budynkami. Dzielnica świeciła pustkami.

Minęli kilka zaniedbanych warsztatów i znaleźli się na brukowanej, szerokiej ulicy. Byli blisko celu, chrapy Tyra drżały, a pysk spowił się pianą. Policjant zwolnił. Jego wyczulony słuch wśród nocnych dźwięków i szumów wyłowił dwa silnie pulsujące tętna.

Rolf sięgnął do kabury przy pasie, gdzie spoczywał wysłużony pistolet Ignis, którego klasyczne dziewięciomilimetrowe parabellum wystarczało w zupełności, by postraszyć złodziei i łajdaków szlajających się po Dokach.

Zeskoczył z konia i skrył się za budynkiem, na zbiegu ulic. Do jego uszu dotarł dziwny pomruk, odgłos rwanego materiału, a potem uderzenie ciała o bruk i wykrzyczane przekleństwo:

– Co, do jasnej cholery…!

Policjant wychylił się zza ściany. Zobaczył coś, co spowodowało, że jego ręka spoczęła na drugiej kaburze. Rolf zawsze miał przy sobie dwa rodzaje broni, na wszelki wypadek. Czasami żałował, że w dzisiejszych czasach magia już nie istniała… To jedynie moc półcalowego Argentum, wystrzelonego z rewolweru Aard 500, odrywała łby, ogony, łapy czy skrzydła. Aluminiowa łuska, wypełniona srebrem. Bezbłędnie poprowadzony pocisk zabijał potwory w ułamku sekundy.

Rolf namierzył cel. Mężczyzna, podrapany na twarzy, coś jeszcze krzyczał w stronę potwora, który szczerzył do niego małe, kocie ząbki. Policjant trzymał palec na spuście, jeszcze raz szybko ocenił odległość. Dostrzegł błysk wyjmowanego noża.

Strzelił.

Mężczyzna w skórzanej kurtce zatoczył się i upadł na lewy bok. Pocisk parabellum przebił czaszkę tuż nad uchem, po czym zrobił ofierze miazgę z mózgu.

***

Cilla skuliła się przerażona niespodziewanym wystrzałem. Drżała. Słyszała zbliżające się kroki, podniosła wzrok. Tym razem widziała wyraźnie, padało na niego światło pobliskiej latarni. Rolf Rayleigh był wyższy, niż jej się wcześniej wydawało. Siwe włosy błyszczały, miał zaciśnięte usta i zmarszczone czoło. Teraz budził w niej strach większy niż wtedy, gdy napatoczyła się na niego i ten jaszczurzy łeb.

– Możesz mnie zabić od razu – powiedziała, nadal skulona na ziemi. Przyciskała poły płaszcza, jakby miało jej to pomóc ochronić się przed tym człowiekiem.

Rolf przykucnął obok niej. Cilla nadal czuła zapach, który pozostawił po sobie wystrzelony pocisk. Policjant pomógł jej wstać.

– Chodź, nie możesz tu zostać. – Pociągnął ją za sobą. Drżała, nie tylko z powodu tego, co przed chwilą się wydarzyło, ale również w obawie o swoje życie i… tożsamość. Rolf zostawił Cillę obok Tyra, przy wejściu do jednego z dziedzińców, a sam wrócił do martwego Arne. – Zostań tutaj, jeżeli zwiejesz zanim wrócę, znajdę cię, obiecuję.

Odetchnęła głęboko, musiała jak najszybciej się uspokoić; chciała, aby wszystko znowu wróciło do normy. Zanim Rolf pojawił się ponownie, Cilla zdążyła przybrać ludzką postać.

– Spokojne, jaguaretai – zaczął, wycierając zakrwawione dłonie w kawałek materiału. – Nic ci nie zrobię. Jak tylko dojdziesz do siebie, puszczę cię i możesz być pewna, że zapomnę o tym, co widziałem.

– Skąd… – urwała. To nie było w tym momencie istotne. – Co z Arne? Przecież tam leży trup. Jeżeli ktoś go odnajdzie…

– Dla ścisłości: leżał. Nie musisz się tym przejmować. Ten mężczyzna skończył tak, jak na Szczura przystało. Przyspieszyłem tylko jego wyrok.

– Szczura…? Chcesz powiedzieć, że należał do tej bandy? – Była przerażona. Arne nigdy o tym nie wspominał. Nie miała pojęcia, jak długo mogło to trwać. – Nie zmienia to jednak faktu, że nie miałeś prawa go zabić.

– Naprawdę? – rozległ się ironiczny śmiech. – Może wyjaśnisz mi w zamian, co ty chciałaś mu zrobić? – Spojrzenie miał pełne wyrzutów. – Pogłaskać go pazurami, jaguaretai? Nie wyglądało mi to na romantyczne spotkanie w blasku księżyca. I nóż, w kształcie szponu. Myślałaś, że ten cały Arne miał go dla zabawy?

– Nie mów tak do mnie! – wrzasnęła. – Tak, miałam ochotę wydrapać mu oczy! – Nie wytrzymała.

– Doskonale. Zatem sprawę mamy jasną. Powinnaś mi podziękować, w końcu wina spadnie na mnie. O ile komuś powiesz. – Mimo sytuacji w jakiej się znalazł, Rolf przejawiał prawdziwą obojętność.

– Mogłeś mnie zabić, dlaczego tego nie zrobiłeś? – Nie czekała na odpowiedź. – Widziałeś, że go zaatakowałam. Jestem potworem, takim samym, jak ten, którego łeb przetoczył mi się dzisiaj pod nogi!

– Już mówiłem, nie musisz się mnie bać. Owszem, mogłem cię zabić. To była kwestia mojego wyboru.

Popatrzyła na niego złotymi oczyma, w których dostrzegł powracające opanowanie. Mimo wszystko nadal mu nie ufała.

Prawda była taka, że Rolf pamiętał jej beżowy płaszcz i zamszowe buty, na które patrzyła z rozpaczą, gdy wsiąkała w nie krew jaszczura. Nie zmyliły go futrzaste łapy, koci pyszczek i ogon. Wiedział też, że ten anterion, jaguaretai, z reguły nie atakuje, chyba że w obronie własnej; a skowyt jest dla przeciwnika ostrzeżeniem, o ostatniej szansie do ucieczki.

Potwory istnieją od zawsze, jak mawiał Naczelnik, ale mają to do siebie, że przystosowują się, zmieniają i nigdy nie wiesz, pod jaką postacią objawi się ich kolejna generacja.

Tak, kiedy celował Aardem, zawahał się przez chwilę… bo przecież bestii nie określa się wzrokiem, on zawsze może mylić.

… gdybym wiedział, czym jesteś, to zatłukłbym cię dużo wcześniej, dziwko!

Racja, wzrok mógł go mylić, omamić, ale słuch – nigdy.

– Przepraszam – zaczęła, wstając. – Arne chciał mnie skrzywdzić i zrobił to nie raz. Nie myślałam, że to powiem, ale zasłużył na to, co go spotkało… – umilkła na chwilę, ubierając myśli w słowa. – To… ta przemiana, panowałam nad nią. Nawet wtedy, kiedy Arne mnie bił… Nie chciałam go skrzywdzić, kochałam go. Zawsze się bałam. Chyba najbardziej tego, iż z jego ust usłyszę, że jestem wynaturzeniem, dziwolągiem, potworem… – zamilkła i wygładziła rękami poły płaszcza. – Aż do dzisiaj. Miałam dość tego strachu. Wreszcie mi ulżyło. 

– Potwory istniały od zawsze, świat się zmienia, a one wraz z nim. To Arne był potworem, nie ty, jaguaretai. – Sprawdził czy popręg dobrze trzyma, po czym wskoczył w siodło. – Wywerny i strzygi już wymarły, na wiele lat przede mną. Niedługo znikną wilkołaki, wampiry i cała reszta plugastwa. A skurwysyny? Skurwysyny będą zawsze. To, co odróżnia jedne od drugich to fakt, że bycie skurwysynem to kwestia wyboru. A każdy wybór pociąga za sobą konsekwencje. Dla obu grup – zupełnie identyczne… – Broń w kaburach dobrze leżała. Popatrzył na Cillę raz jeszcze – małe zagubione zwierzątko – oto, czym była.  – Wybacz, dalej musisz sobie radzić sama. Służba wzywa.

Dawniej wystarczał srebrny miecz i ci, którzy samotnie podążali tropem bestii. Momentami Rolf żałował, że nie było mu dane wędrować po historycznych krainach, pełnych przeróżnego plugastwa, ale z drugiej strony – i tak miał sporo roboty, nawet bez szczurołaków czy mantikor. Spiął konia i począł kierować się ku ciemnej uliczce.

– Cholera, zawsze się was bałam, słynnej W9–tki, najlepszej w swoim fachu…

Zatrzymał się, był ciekaw co powie. Kątem oka dostrzegł, że na jej twarz powoli wracał lekki uśmiech.

– Bałam się, że w końcu trafię na jednego z was, na tego, który mnie rozszyfruje, a potem odstrzeli łeb. W imię bezpieczeństwa. Dzięki, że tego nie zrobiłeś. – Cilla podbiegła do Rolfa i uśmiechnęła się przekornie. – Nie jesteście tacy źli, na jakich się kreujecie.

Nie odezwał się, tylko popędził Tyra kłusem; dźwięk końskich kopyt niósł się echem między budynkami.

– I nie musisz przepraszać za buty, powiedzmy, że wyrównaliśmy rachunki! – zawołała.

Usłyszał, przecież słuch nie mylił go nigdy, i roześmiał się.

Koniec

Komentarze

Podobał mi się klimat i ewolucja świata, ale…

Zdrażniły niektóre słabości techniczne i stylistyczne:

 

zamszowe czółenka (…) nadając błękitnej tkaninie – zamsz to chyba jednak nie tkanina

 

zapach kiepskich perfum – perfum? U faceta to chyba raczej woda kolońska, czy jakoś tak.

 

zyskując paskudne zadrapanie, bliznę – zyskała i zadrapanie i bliznę?

 

Wyglądała na zmęczoną i jednocześnie przerażoną. – kto? Britt czy Cilla?

 

Rozmowa z Arne – sytuacja w której mówi on, że wszyscy mówią, że Cilla jest najlepsza – sztuczna strasznie. Znają się przecież od lat.

 

– Co podać? – zapytała barmanka.

– To samo, co zawsze.

Zakładam, że znają się już trochę, więc takie pytania do stałych klientów/współpracowników/kolegów są, generalnie, głupie. Czy nie lepiej by było gdyby, bez pytania, postawiła przed nią szklankę.

 

– Spotkałam Arne.

– Cholera, nie myślałam, że cię znajdzie…

Skąd to zdziwienie? Skoro Cilla jest tancerką, i to znaną zapewne, to chyba nie powinno być trudna do namierzenia.

 

Koń wyczuł zapach krwi, gdyż zarżał, rzucając łbem kilka razy. – jakoś nie brzmi. Może: Koń rzucił łbem kilka razy i, wyczuwając zapewne zapach krwi, zarżał.

 

moc pięćdziesięciocalowego – ??? Toż to prawie 1,3 m – z telewizorem wiedźmak chodzi?

 

Aluminiowa łuska – łuska nie mogła zabijać potworów. Raz – była aluminiowa. Dwa – łuska zostaje, leci pocisk – z tej łuski wyleciawszy uprzednio.

 

I najważniejsze:

nawet bez smoków – porządny wiedźmin nie zabija smoków!

Czy to jest sygnaturka?

Melduję, że przeczytałam :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

@kchrobak – bardzo, bardzo dziękuję za przeczytanie i celne uwagi. To, z czym bezsprzecznie się zgadzam – poprawiłam.

Chciałabym jednak krótko odnieść się do kilku Twoich komentarzy:

 

Rozmowa z Arne – sytuacja w której mówi on, że wszyscy mówią, że Cilla jest najlepsza – sztuczna strasznie. Znają się przecież od lat. – Tutaj miało być sztucznie. Arne szukał jakiegokolwiek punktu zaczepienia, byle tylko przykuć uwagę Cilli.

 

moc pięćdziesięciocalowego – ??? Toż to prawie 1,3 m – z telewizorem wiedźmak chodzi?

Aluminiowa łuska – łuska nie mogła zabijać potworów. Raz – była aluminiowa. Dwa – łuska zostaje, leci pocisk – z tej łuski wyleciawszy uprzednio. – proszę, wybacz tak karygodne błędy, ale nie wynikają z ignorancji lecz z mojej niewiedzy. Dokształcam się, jak widać, jednak trochę za mało :)

 

I najważniejsze:

nawet bez smoków – porządny wiedźmin nie zabija smoków! – Wiemy to zapewne wszyscy, ale masz rację, w tym kontekście przywołanie smoka jest dość niefortunne.

 

@śniąca – dzięki za poświęcony czas! :)

Follow the White Rabbit!

Niczego mi nie urwało, ale przeczytałam bez najmniejszej przykrości. Jeśli wystarczy Ci fotografia, by powstało opowiadanie, to jak najczęściej przyglądaj się zdjęciom. ;-)

 

Świa­tło ulicz­nych la­tar­ni i neo­nów z re­kla­ma­mi wpa­da­ło w cia­sną ulicz­kę, oświe­tla­jąc zna­le­zi­sko.  – Nie wydaje mi się, by neony miały reklamy, choć neon może być reklamą. Powtórzenia.

Proponuję: Świa­tło la­tar­ni i neo­nowych re­kla­m wpa­da­ło w cia­sną ulicz­kę, eksponując zna­le­zi­sko.

 

W prze­świ­cie po­ja­wił się męż­czy­zna – w jed­nej ręce pro­wa­dził konia, w dru­giej cią­gnął za­pew­ne resz­tę stwo­ra. – Raczej: …jed­ną ręką pro­wa­dził konia, dru­gą coś cią­gnął, za­pew­ne resz­tę stwo­ra.

 

Cilla w pół­mro­ku do­strze­gła za­ry­sy po­li­cyj­nej syl­wet­ki… – Ile zarysów dostrzegła? W jaki sposób rozpoznaje się, że sylwetka jest policyjna?

 

Skrę­ci­ła w prawo i z po­wro­tem zna­la­zła się w Do­kach. – Nie przypominam sobie, by wcześniej była w Dokach, więc dlaczego jest w nich z powrotem?

 

– Mała Britt po­wie­dzia­ła, że wy­szłaś nie­daw­no, po skoń­cze­niu zmia­ny – uśmiech­nął się… – …po skoń­cze­niu zmia­ny.Uśmiech­nął się

Uśmiech nie jest odgłosem paszczowym.

 

Sta­no­wił ten ele­ment jej prze­szło­ści, który był jej kom­plet­nie zbęd­ny. – Myślę że pierwszy zaimek jest zbędny.

 

męż­czyź­ni zwa­bie­ni wdzię­ka­mi de­mo­nicz­nej pięk­no­ści, po­rzu­ci­li szklan­ki z Bur­bo­nem… – …po­rzu­ci­li szklan­ki z bur­bo­nem… 

 

Britt do­strze­gła na bluz­ce świe­że plamy krwi, które Cilla nie­udol­nie za­kry­ła po­ła­mi płasz­cza. – Poły to dolne, przednie części płaszcza; czy nie lepiej zapiąć płaszcz, zamiast zadzierać poły?

 

któ­re­go kla­sycz­ne 9-cio mi­li­me­tro­we pa­ra­bel­lum… – …któ­re­go kla­sycz­ne dziewięciomilimetrowe pa­ra­bel­lum…

 

Teraz bu­dził w niej strach, niż gdy na­pa­to­czy­ła się na niego i ten jasz­czu­rzy łeb. – Pewnie miało być: Teraz bu­dził w niej strach większy niż wtedy, gdy na­pa­to­czy­ła się na niego i ten jasz­czu­rzy łeb.

 

Rolf zo­sta­wił Cillę obok Tyra, przy wej­ściu do jed­ne­go z miej­skich dzie­dziń­ców… – Co to są miejskie dziedzińce?

 

– Spo­koj­ne, ja­gu­are­tai. – za­czął… – Zbędna kropka.

 

–Wi­dzia­łeś, że go za­ata­ko­wa­łam. – Brak spacji po półpauzie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sprawnie napisany współczesny wiedźmin. Jak napisała Reg – niczego nie urywa, ale lektura była przyjemna.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

@regulatorzy, czekałam na Ciebie :) jak zwykle wyłapujesz to, co autorom umyka! Bardzo dziękuję za pomoc!

 

@bemik – dzięki za poświęcony czas i miły komentarz :)

Follow the White Rabbit!

Niezmiernie się cieszę, że mogłam pomóc, a uwagi okazały się przydatne. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem sympatyczne opowiadanko. Dość neutralne, bo ani nie porwało, ale też nie sprawiło przykrości. Cieszę się, że Autorka poprawiła usterki :), bo bez potknięć czyta się o wiele przyjemniej.

Inspirację (ogólnie, bo zdjęcia nie widziałam) widać i czuć z daleka. Jedna tylko rzecz nie do końca mi tu pasuje. Koń. Przenosisz wiedźmina w miejską przyszłość, w której neony rozświetlają ulice, ale pozostawiasz mu konia? Osobiście raczej widziałabym go na jakimś motocyklu. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki, śniąca :)

 

Co do konia – chodziło mi o policję konną, która nadal przecież jest obecna w kilku miastach Polski. Konno jest o tyle łatwiej, że można dostać się na tereny trudno dostępne (np. parki, gdzie niszczą się trawniki:)

Wbrew pozorom świat z opowiadania nie do końca jest nam współczesny, dlatego pozwoliłam sobie na fuzję tradycji i nowoczesności – stąd koń i neony. Zwierzak jeszcze bardziej podkreśla nawiązania do postaci wiedźmina.

 

A oto odkrycie zagadki i zdjęcie, które mnie zainspirowało:

KLIK

 

:)

 

 

Follow the White Rabbit!

Jak już o tym wspomniałaś, to faktycznie wciąż funkcjonuje policja konna. Nawet kiedyś mieliśmy niezłą sensację w wybitnie miejskim otoczeniu, gdy pod Lidlem obok naszego biurowca zobaczyliśmy dwóch konnych. 

Wycofuję więc ten zarzut ;) Chociaż, z drugiej strony wiedźmin na motorze…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Fakt, wiedźmin na motorze byłby lepszy :)

Kojarzy mi się to z jednym starym serialem – Renegat :D

 

KLIK

Follow the White Rabbit!

Nie, no proszę… motór odpada. Zaś kóń jest okej. Poza tym, wyobrażasz sobie by motocykl mógł zwęszyć krew lub ostrzegawczo wierzgnąć?

Czy to jest sygnaturka?

Wiedźmiński? Czemu nie ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Skojarzyło mi się z Wiedźminem i serialem “​Zagubiona tożsamość” i to chyba jedyna pozytywna myśl, która przyszła mi do głowy w czasie czytania. Nie byłam w stanie polubić postaci, kolejne sztampowe zagrania wywoływały we mnie niechęć. Dialogi również pozostawiają wiele do życzenia.

Obiecanej w przedmowie zabawy nie było, za to ogranych motywów więcej, niż mogę znieść.

Hmm... Dlaczego?

Wiedźmin uwspółcześniony nawet, nawet. Ale z oryginalnością krucho. Acz czytało się przyjemnie.

Babska logika rządzi!

 Dobry kwasik z tymi dwoma pistoletami ; P

 

Historyjka w sumie stanowi trawestację wiedźmińskich opowieści, tyle że zmieniły się rekwizyty. Właściwie nawet wymowa pozostaje ta sama. Wiedźmin policjantem też nie jest, nawet pomimo nazwania go tak w tekście. W sumie taki lekki przerywnik wyszedł. Dodam jednak, że postać protagonistki miała w sobie jakiś indywidualny rys, który rokował na coś więcej.

 

I po co to było?

@Drewian, Finkal, syf. – Mimo krytyki, bardzo dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie i komentarze. Będę wiedziała, na co zwrócić uwagę w kolejnych tekstach i nad czym popracować. Nawet konstruktywnej krytyki nigdy nie czyta się mile, ale mam nadzieję, że mi ona pomoże :)

 

Follow the White Rabbit!

Czytało się dobrze, całkiem fajnie było zobaczyć uwspółcześnionego Wiedźmina. 

Dobrze się czytało :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka