- Opowiadanie: zapomnialemhasla - Brama

Brama

Świat tego opowiadania wymyśliłem jakieś dziesięć lat temu, ale dopiero konkurs zmobilizował mnie do osadzenia w nim akcji... Pewnie gdybym nie wyrobił się w terminie (a nie było łatwo) następną próbę podjąłbym za kolejną dekadę ;)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Brama

Białe światło księżyca zalewało falującą powierzchnię pola. Zimny wiatr dął równomiernie, pędząc po niebie pojedyncze obłoki. Dziecko kryło się przy drewnianej ścianie stodoły, w cieniu kładącym się aż do sterty kamieni, jedynej pozostałości po przedwojennych zabudowaniach.

Dwoje dorosłych stało w srebrnym blasku, wśród fal zboża.

Dwa wielkie, czarne ptaki przemknęły po niebie z nienaturalną prędkością. Dziecko słyszało, jak śpiewają. Jak przeraźliwie śpiewają.

 

– No, Albercik, dostaniesz swojego doktorka – głos komisarza Marca wyrwał aspiranta Gaja z przedpołudniowego letargu – chyba, że nie chcesz?

Albert Gaj spojrzał na przełożonego nieprzytomnym wzrokiem, kaszlnął dla zamaskowania dezorientacji, w myślach powtórzył sobie ostatnie kilkanaście sekund.

– Chcę – zameldował, kiedy już skojarzył hasło „doktorek”. Doktorek, czyli znachor, znany w środowisku jako Wrona, praktykował zabobony na terenie gminy i Gaj od paru lat próbował ten proceder ukrócić.

– No to świetnie – Marzec uśmiechnął się przyjaźnie, co powinno zaalarmować aspiranta, gdyby nie fakt, że naprawdę bardzo chciał dopaść znachora. Wszyscy wiedzieli, że jedyne przyjazne gesty komisarza zarezerwowane były dla wnuczki, w każdym innym przypadku stanowiąc śmiertelną pułapkę.

Gaj spojrzał pytająco.

– Doktor Wroński, w mieście, gdzie praktykuje medycynę konwencjonalną, zamieszał się w śliską sprawę – wygłosił uroczyście komisarz – być może mającą związek z jego poboczną działalnością u nas…

– Główną działalnością! Lekarzem to on jest dla przykrywki! – Albert nie wytrzymał i przerwał przełożonemu. Marzec nawet nie skrzywił się na takie zachowanie. Gaj wciąż nie zauważał niezwykłej łagodności przełożonego.

– No to, skoro reflektujesz – znów uśmiechnął się komendant – to tutaj masz papiery sprawy. Zapoznaj się z tym po drodze. Pojedziesz z posterunkowym Maciejewskim.

Gaj skrzywił się, ale to akurat mógł przewidzieć. Maciejka zdecydowanie nie nadawał się do policyjnej roboty, kiedy więc zachodziła potrzeba wysłania kogokolwiek poza teren, komendant pod byle pozorem dołączał posterunkowego do delegacji.

Pół godziny później aspirant Gaj, na miejscu pasażera w służbowej kii, zagłębiał się w niezbyt obfitą dokumentację.

 

Znachor szedł wzdłuż odrapanej pierzei. Wiosenne słońce świeciło mu prosto w twarz, asfalt parował opadłym parę minut wcześniej deszczem. Minął witrynę sklepu ze starociami, zatrzymał się i zawrócił.

Sklep działał na parterze kamienicy od dłuższego czasu, Wrona mijał go prawie codziennie. Pokryta odłażącą farbą krata chroniła szybę wystawową. Ciężkie drzwi pamiętały zapewne wojnę. Znachor nacisnął klamkę, zastanawiając się, dlaczego do tej pory nie zwrócił uwagi na to miejsce.

Smród kładący się wokół był bowiem jedyny w swoim rodzaju i musiał wydobywać się już wcześniej.

 

– Kawy, herbaty? – niewysoki, szczupły funkcjonariusz w znoszonym swetrze czekał na Alberta w zawalonym papierami gabinecie.

– Dziękuję. Może kawy.

Albert rozejrzał się po pomieszczeniu, wyglądającym zdecydowanie gorzej niż wnętrza jego rodzimej powiatówki. Gospodarz zlustrował zastawiony naczyniami parapet.

– Kawy nie ma. Herbaty?

– Może być. Niech będzie.

– Dobra, usiądźmy. Mów mi Zenek. Ponoć prowadzisz sprawy Wrońskiego od paru lat.

– Albert. Od siedmiu – doprecyzował Albert.

– Z niewielką skutecznością – jeszcze bardziej doprecyzował Zenek.

Gaj zacisnął zęby.

– Cwany jest. Medycynę sobie skończył i twierdzi, że leczy legalnie.

Zenek zaśmiał się.

– Dobra. Może się okazać, że będzie okazja go pociągnąć, chociaż na razie prowadzimy śledztwo „w sprawie”, nie „przeciwko”.

– Sprawa dotyczy śmierci jego znajomej?

– Z grubsza. Wiem, że coś tu nie gra, a komendant mi ufa, więc ciągniemy śledztwo mimo braku poważnych przesłanek… Ale ugrzęźliśmy, kiedy przyszły wyniki sekcji.

– To znaczy?

– Przyczyna nieustalona. Pomimo wykonania praktycznie wszystkich dostępnych badań, łącznie z zaawansowaną genetyką i próbami, o jakich nawet google wie bardzo niewiele. Czekamy na kilka ostatnich wyników z Berlina, ale stawiam flaszkę, że nic nie wyjdzie.

– A dziewczyna nie żyje… A ile miała lat? Trzydzieści?

– Niecałe. Dysponujemy jednym, niezbyt wyraźnym nagraniem, które sugeruje, że do śmierci nie doszło z naturalnej przyczyny… No i podejrzane jest to że nic nie wyszło, coś powinno. Jeżeli nie coś dużego, to jakaś wrodzona choroba, coś z rytmem serca, cokolwiek. W tej chwili w kręgu podejrzanych, oprócz Wrony, mamy przede wszystkim tych, których zdjęcia widziałeś. Białowłosą, ma na imię Lidia i niejakiego Tadeusza Ulikowskiego. Oboje obserwowani w towarzystwie Wrońskiego od jakiegoś czasu.

– Tylko co ja wam pomogę, kiedy zawiodły najbardziej zaawansowane metody kryminalistyczne?

Zenek wzruszył ramionami.

– Zagotowała się, zalej sobie – wskazał czajnik – a jeśli chodzi o Wronę… Znasz go od lat, praktycznie od dziecka. Od jakiegoś czasu chcesz go dopaść, więc dokładnie go obserwujesz. Być może masz wiedzę, która się przyda, nawet jeśli nie zdajesz sobie z tego sprawy. No i siedzisz w innych schematach niż my tutaj…

Gaj skrzywił się.

– Nie myśl – podjął po chwili Zenek – że obiecuję sobie nie wiadomo co. Ściągnąłem cię, bo tonący brzytwy się chwyta. Ostatnia deska ratunku przed umorzeniem sprawy.

 

Sklep składał się z dwóch, tonących w półmroku, pomieszczeń. Pierwsze, mniejsze, zawalono starymi, już na pierwszy rzut oka bezwartościowymi klamotami. Za PRLowskim biurkiem siedziała podstarzała, umalowana jak klaun sprzedawczyni i głośno rozmawiała przez telefon; nie zwróciła uwagi na wchodzącego. Drugie pomieszczenie wyglądało lepiej, część staroci była odnowiona, wszystkie ułożone w jakim-takim porządku. Stara wciąż ignorowała obecność znachora.

Intensywny zapach asortymentu całkiem dobrze maskował odór wywaru ze srebrnej gorzkoci, ale nie na tyle, by dobrze go zakamuflować. Wrona pomyślał, że warząca go wiedźma czuje się bardzo pewnie.

– Takie potrzebuję, tylko mniej zniszczone – zwrócił się do sprzedawczyni, wskazując na solidne krzesło z zapadniętym siedziskiem.

Stara spojrzała, nie przerwała rozmowy, machnęła ręką w nieokreślonym geście.

Wrona odczekał chwilę, przyglądając się starej. Nie wyglądała na wiedźmę – niegustowny makijaż, krzykliwy sposób mówienia, kanciasta gestykulacja… Gdyby nie bezczelnie pewne siebie spojrzenie szaro-wodnistych oczu, uznałby, że prawdziwa wiedząca kryje się gdzieś na zapleczu, pochłonięta swoimi sprawami.

– Jeszcze raz – wiedźma wreszcie skończyła rozmowę.

Znachor powtórzył.

– Nie ma. Trzeba sobie samemu odnowić. Albo nowe kupić.

Świdrowała go poirytowanym spojrzeniem, najwyraźniej nieprzywykła do sprzedawania staroci. Wrona zaśmiałby się w duchu – wiedźma mająca dostęp do gorzkoci, i to srebrnej, faktycznie nie musiała mieć dodatkowych źródeł dochodu – ale sprawa była co najmniej niepokojąca.

Wzruszył ramionami, siląc się na obojętność.

– No to do widzenia.

Wychodząc, minął się z kimś w drzwiach, był jednak na tyle zamyślony, że dopiero przy rynku zorientował się, z kim konkretnie

 

Aspirant Gaj nie wytrzymał i podszedł do wejścia. Kiedy kładł rękę na klamce, drzwi otworzyły się i znachor wyszedł, zaszczycając go jedynie przelotnym spojrzeniem. Gaj uciekł wzrokiem. Minęli się, mrucząc przeprosiny.

Sprzedawczyni siedziała za brzydkim biurkiem i patrzyła ze zniecierpliwieniem. Gaj nie zamierzał udawać, że interesują go zakupy.

– Skąd pani zna tego człowieka? – zapytał, wskazując na drzwi.

Stara rzuciła okiem na policyjną legitymację.

– Nie znam, co to ja, każdego klienta mam znać?

– Jesteście wspólnikami?

Pierwszy raz był, mówię – zniecierpliwienie sprzedawczyni było coraz wyraźniejsze – i nie wymachuj pan tą legitymacją, wszystko legalnie jest.

Na chwilę zapadła cisza.

– Ale jak szanowny pan władza chce, to mogę sprzedać coś użytecznego.

Aspirant odetchnął głęboko. Zapach kurzu, starego drewna, skóry i zetlałego płótna kręcił w nosie. Woń starości idealnie pasowała do zaniedbanego wnętrza starej kamienicy, jedna tylko nutka psuła harmonię…

 

Dziecko skulone przy ścianie dygotało z lęku, ale wciąż z fascynacją wbijało wzrok w ludzi stojących wśród falujących łanów. Wysoki, chudy mężczyzna kołysał się lekko, cicho zawodząc monotonną melodię. Okutana w szmaty kobieta trzymała w ręku kociołek; kłęby pary wydobywały się z wnętrza, unosiły znad zamaczanego w cieczy pęku rózeg, wiły się wbrew powiewom wiatru, kiedy wiedźma siała wokół śmierdzącymi kroplami.

Chudy człowiek wyciągnął zza pazuchy coś ciemnego; w blasku księżyca zaświeciło ostrze sierpa, odpadła mała, kogucia główka, a z szyi polała się parująca krew. Żerca rozprysnął ją dokoła.

Woń posoki zmieszała się ze smrodem naparu.

Na niebie pojawiało się coraz więcej czarnych strzępów mgły. Ich jazgotliwa pieśń brzmiała coraz wyraźniej, niepokojąca melodia wwiercała się w sen mieszkańców wsi, wzbudzała koszmary, wyciskała z piersi powietrze.

 

Albert poczuł ucisk w piersi. Nie wiedział czy faktycznie poczuł dawno zapomniany zapach czy tylko mu się wydawało. Rozejrzał się wokół. Stara uśmiechała się nieszczerze; po chwili wstała i ruszyła ku niemu.

Poczuł paniczny strach. Chciał uciekać, ale nogi były jak wmurowane. Chciał złapać powietrze, ale suchy, gęsty gaz zalegający w pomieszczeniu na pewno powietrzem nie był, lepił się do twarzy, nozdrzy, zamulał gardło…

Drzwi otworzyły się gwałtownie. Sprzedawczyni odskoczyła, zadziwiająco sprawnie, jak na swój wygląd. Do sklepu wszedł znachor, złapał policjanta za kołnierz i wyciągnął na zewnątrz.

Gaj, oparty o odrapaną ścianę, ciężko łapał powietrze.

– Nie wiem, po jaką cholerę się tu kręcisz – syczał tymczasem znachor – ale nie chcę cię więcej widzieć. Ostatni raz ratuję ci tyłek.

– Nie będziesz mi mówił, co mam robić.

– I nie próbuj mi bruździć – znachor zignorował słaby protest wciąż duszącego się policjanta – bawić w policjantów i złodziei to się możemy na wsi. Stąd się wynoś.

– Mogę być, gdzie mi się podoba – Gaj czuł, że z każdym zdaniem staje się mniej poważny.

– I co, podobało się w sklepie? – zakpił Wrona.

– Pełno kurzu. I chyba rozpyliła jakiś narkotyk. Ja ją… – odwrócił się gwałtownie w stronę wejścia, ale zaraz znów opadł na ścianę. Kręciło mu się w głowie.

Wrona zaśmiał się.

– Nawet nie próbuj tam wracać. Ona już doskonale wie, kim jesteśmy.

– Kim ty jesteś. Ja jestem tylko policjantem.

– Oczywiście. Policjantem, który skojarzył zapach naparu z gorzkoci. Ona już sobie dośpiewała resztę. Gdybym nie wrócił…

– Zabobony. Bzdury.

– Nikt ci nie każe wierzyć. Wystarczy, że ona wierzy i potrafi zabić.

– Wrócę z posiłkami i…

– Wróć, wróć. Nic nie znajdziecie, ośmieszysz się i wylecisz z tej całej policji. No, na mnie już czas. Odprowadzę cię na przystanek.

– Nie trzeba.

– Trzeba. Jeszcze ci coś durnego do łba wpadnie, znikniesz w niewyjaśnionych okolicznościach, a do moich spraw kogoś bystrego przydzielą… Wolę nie ryzykować.

 

Zenek wyglądał przez brudne okno biura. Albert wszedł, powiesił kurtkę i usiadł. Stary odwrócił się.

– Masz coś?

– Bez sensu. Ty powinieneś iść, mnie od razu poznał.

Zenek przewrócił oczyma.

– Zdekonspirowałeś się, zanim na dobre zacząłeś śledztwo? – w jego głosie zabrzmiała kpina.

– Nie moja wina, zawrócił po kilku minutach i się nadziałem. Przypadek. Mówię, ty powinieneś iść.

– Ja mam sprawy tutaj. Koordynuję całe to śledztwo, nie mogę dodatkowo latać po mieście. I tak trudno nad tym wszystkim zapanować.

– W każdym razie Wrona już pewnie domyśla się, po co tu jestem.

– Głupi nie jest – stary grzebał w rozrzuconych po biurku papierach, słuchając dokładnej relacji z wpadki; w końcu znalazł i podał Albertowi gazetę – trzecia strona.

Gaj otworzył, zerknął. Skrzywił się, przeczytał kilka linijek.

– Mamy się zajmować tanimi sensacjami? Widmowy tramwaj? Co to w ogóle jest?

– Czytaj, czytaj. Całkiem możliwe, że przyczyna śmierci naszej denatki ma z tym związek. Czymkolwiek by to nie było.

 

Wrona wiedział, że jest śledzony. Nie miało to większego znaczenia. Żółtopomarańczowe, uliczne światło uspokajało go, potwierdzało, że jest u siebie, na swoim terenie i nikt nie dotrzyma mu kroku.

Zwolnił do tempa niemalże spacerowego. Był prawie pewien, że śledzący, po ostatniej wpadce, tym razem zachowa się ostrożnie i pozwoli mu oddalić się o kilkadziesiąt dodatkowych metrów, by zminimalizować szansę dekonspiracji.

Skręcił w jedną z dwóch ziejących obok siebie bram i przyspieszył. Podwórka oddzielone były wysokim murem, a z tego, na które wszedł, kolejne dwie bramy prowadziły dalej. Nawet, jeśli policjant wykazałby się refleksem i dobiegł wystarczająco szybko, jego szanse spadały z każdą mijaną przez znachora posesją.

Tym bardziej, że podwórka starej dzielnicy, z wielokrotnie burzonymi i wznoszonymi oficynami i ogrodzeniami, stanowiły labirynt trudny do rozszyfrowania nawet dla tubylców.

 

Aspirant niecierpliwił się. Nie czuł się pewnie, tropiąc znachora nocą w mieście. Nie widział w tym zresztą żadnego celu – uważał, że Zenek miota się, maskując bezradność. Wędrując po mieście, Albert miał dużo czasu na przemyślenia i coraz więcej kwestii budziło jeśli nie jego sprzeciw, to przynajmniej podejrzliwość. Śledztwo w ogóle było dziwne. Aspirant kontaktował się tylko z Zenkiem, z innymi funkcjonariuszami widywał się głównie na korytarzach, wymieniając zdawkowe pozdrowienia. Nie wiedział, kto oprócz niego bierze udział w śledztwie, jak szeroko zakrojone są działania, a w końcu doszedł do wniosku, że tak naprawdę nie wie nawet, czego śledztwo dotyczy. Powoli przestawał wierzyć, że naprawdę chodzi o Wronę – Zenek ewidentnie nie wierzył, by znachor maczał palce w śmierci dziewczyny. Sam Albert, choć wbrew swoim nadziejom, coraz bardziej zgadzał się z tą oceną.

Śledzony zwolnił. Gaj, zamyślony, zauważył to w ostatniej chwili, już-już wychodząc z rzucanego przez pierzeję cienia. Wycofał się gwałtownie, wyjrzał zza węgła – chyba nie został zauważony. Znachor szedł spokojnie, nie odwracając się, ciemna sylwetka w żółtopomarańczowym blasku ulicznych latarni, znikając co kilkanaście metrów na tle ciemnych ubytków w ścianie kamienic. Albert odczekał chwilę, pozwalając mu się oddalić.

 

Biało-srebrne światło księżyca podkreślało ciemność niesioną przez latające istoty. Żerca zawodził coraz głośniej, coraz głośniej wył wiatr. Czarne ptaki-nieptaki pikowały w kierunku stojących, nie zbliżając się jednak bliżej niż na odległość paru metrów, jakby odbijały się od niewidzialnej bariery. Ich pieśń, raz skrzekliwe zawodzenie, raz przerażająca, podszyta płaczem melodia, splatała się z pieśnią mężczyzny i razem wybijały się ponad głos wichru. Podmuchy stawały się coraz chłodniejsze, jakby skrzydła istot były najzimniejszym lodem.

Dziecko kuliło się pod samą ścianą, dygocząc z chłodu i przerażenia, aż zwróciło uwagę upiornego ptactwa.

 

Znachor po raz kolejny zniknął na ciemniejszym tle i aspirant dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że tym razem nie pojawi się na chodniku kilka metrów dalej. Odczekał jeszcze chwilę, na wypadek, gdyby Wrona zniknął w bramie tylko dla załatwienia fizjologicznej potrzeby.

Zaklął ordynarnie, kiedy po paru minutach podszedł bliżej i zorientował się, że bramy są dwie i za cholerę nie wie, w której zniknął śledzony. Zawahał się, wybrał lewą. Ostry zapach uryny, trochę zgnilizny; ciemne podwórko po drugiej stronie. Wycofał się, wszedł do drugiej. Podobny zapach, wzbogacony dziwną, ziołową wonią; zastanowił się, wciągnął powietrze kilka razy – aromat, w pierwszej chwili podobny do tego, który unosił się w sklepie ze starociami, był jednak nieco inny, jakby świeższy, bez duszącej nuty.

Zastanawiał się chwilę i ruszył za zapachem.

 

Kluczył po kolejnych podwórkach, starych ulicach uwięzionych pomiędzy burzliwie rosnącymi kamienicami, zapomnianych skwerach z drzewami wyschłymi z braku światła, mijał wraki samochodów i dorożek niemogących wyjechać z zabudowanych placów, przechodził przez dziury w murach będące jedyną drogą do zamieszkanych przez dziesiątki rodzin oficyn… Staromiejski labirynt rozrósł się przez lata do monstrualnych rozmiarów, chaotyczny, dziki, niezbadany. Przerażający. Mimo wszystko Gaj zawziął się i kontynuował koszmarną wędrówkę, prowadzony tylko i wyłącznie dziwnym zapachem i przekonaniem, że na końcu drogi czegokolwiek się dowie.

 

– Wyjaśnij mi. Wszystko mi wyjaśnij – Albert mówił cicho, wpatrując się w stojącego w oknie Zenka.

– Wszystko? – w głosie starego brzmiała drwina.

– Spójrz na mnie. Co tu się dzieje? Czym ty mnie szprycujesz, dajesz mi jakieś narkotyki? Gadaj – Albert wciąż mówił cicho. Zenek odwrócił się.

– Wyjaśniamy okoliczności śmierci dwudziestoparoletniej dziewczyny, związanej ze znachorem, którego znasz. Owszem, cała sprawa jest znacznie szersza, zajmują się nią odrębne zespoły. Ciebie to nie dotyczy. Niczym cię nie szprycuję, sam wiesz, że wszystkiego wypiłeś u mnie jedną herbatę, tydzień temu. A teraz opowiedz mi, co widziałeś.

– Co widziałem!? Nie wiem, co widziałem. Najpierw łaziłem po jakichś ciemnych zaułkach, szczęście, że mnie nie zamordowali. Trafiłem na jakieś podwórko, cholera wie, gdzie. Znalazłem jakąś ledwie żywą babinę, w pierwszej chwili myślałem, że zwłoki, w jakiejś starej lepiance… A na tym podwórku zaatakowało mnie jakieś ptaszysko, cholera wie, co to było, jakiś wielki, czarny kruk, w środku nocy, rozumiesz? Wielkie, latające coś, czarne i zimne jak noc listopadowa. No to nie wytrzymałem, poszedłem w cholerę. I znowu musiałem po tych wszystkich podwórkach, zaułkach… Ty wiesz, tam są zamurowane całe ulice, z tramwajami, samochodami, jakimiś konnymi powozami…

– Dobra, jakoś uciekłeś.

– Jakoś? W końcu się wyrwałem, nie wiem, jak trafiłem na normalną ulicę… I na końcu jeszcze to… – Albert urwał i zbladł.

– Jeszcze co?

– Tramwaj. Przezroczysty, fosforyzujący, ale tramwaj. Duch tramwaju, cholera, nie wiem, co.

– A znachor?

– Znachor? Cholera ze znachorem. Ja chyba zwariowałem, jestem psychicznie chory, pieprzyć znachora.

– Nie zwariowałeś. A przynajmniej nie bardziej niż masa innych świadków tego zjawiska. Są nawet zdjęcia, pokazywałem ci artykuł. Uspokój się. Herbaty?

– Nie.

– Nic nie dosypałem.

– Nie. To wszystko jest nienormalne. Co ja tu w ogóle robię?

Zapadła cisza. Zenek zapatrzył się w okno.

– Co dalej? – odezwał się w końcu Albert.

– Nie wiem – Zenek westchnął, wzruszając ramionami – zrób sobie dzień wolnego, połaź po knajpach… Muszę się zastanowić.

 

Albert wyszedł na parking. Postał chwilę, popatrzył na okoliczne budynki – wszystkie szare, poznaczone zaciekami, te przedwojenne z resztkami dawnej chwały na fasadach, PRLowskie po prostu brzydkie. Na myśl o chodzeniu między nimi zrobiło mu się mdło. Wrócił do komendy.

 

Czarne monstra pikowały w kierunku przerażonego dziecka, boleśnie uderzając półprzezroczystymi skrzydłami, zimne podmuchy krystalizowały w kłujące lodowe igiełki. Żerca i wiedźma przyglądali się od niechcenia, jak podrażnione ich zabiegami istoty próbują dopaść ofiarę. Skulony pod ścianą chłopiec nie poruszał się. Gdyby nie był wciśnięty w kąt, dostałby się już w ich szpony. W końcu pierwsza czarna plama wylądowała na ziemi i niezgrabnie ruszyła w kierunku dziecka. Chłopak spojrzał prosto w jej zasłonięte trupim bielmem oczy. Jego twarz wykrzywiło przerażenie. Poderwał się i zaczął biec; wciąż atakowany, upadł w połowie wielkiego, gospodarskiego podwórka pod uderzeniem zimnego powiewu. Leżąc na plecach czuł wbijające się w ciało zimne, twarde pazury i widział pojedyncze gwiazdy prześwitujące przez czarną substancję monstrum.

 

Kręcił się po korytarzach, aż trafił pod gabinet komendanta. Wzruszył ramionami, zapukał… Sekretarka nie robiła problemów.

Nadkomisarz sprawiał wrażenie nie do końca zorientowanego w temacie.

– Zenek? Nie przedstawił się dokładniej? Ale to pewnie Kruger, Zenon Kruger, faktycznie trochę nietypowy. Innego Zenka nie mamy. Nie orientuję się dokładnie, co prowadzi, przewinął się tu przed chwilą… Pani Halinko, gdzie poszedł Kruger?

– Do siebie, a gdzie miał iść?

Albert spojrzał na komendanta z zaskoczeniem, ale ten pokiwał tylko głową.

– Znaczy, do wypadków poszedł, na tym piętrze – poinstruował – mam go zawołać?

– Nie trzeba. Sam podejdę – Gaj zorientował się, że niczego się tu nie dowie.

– Powodzenia – uśmiechnął się komendant, wyraźnie zadowolony, że niespodziewany petent znika mu z oczu.

 

Zenon Kruger był młodym, barczystym sierżantem z Wydziału Ruchu Drogowego. Na pewno nie był „tym” Zenkiem. Albert przeprosił i przez moment stał bezradnie, nie wiedząc, co robić. Kruger spojrzał współczująco.

– Oddelegowali pana do kryminalnego?

– Pracuję tam od tygodnia, z policjantem, który przedstawił się jako Zenek.

Kruger pokiwał głową.

– Proszę mnie do niego zaprowadzić.

 

Zenek, swoim zwyczajem, patrzył w okno. Nie odwrócił się na dźwięk otwieranych drzwi. Przez chwilę panowała cisza; przerwały ją kroki Krugera, podchodzącego do starego policjanta.

– Za szybko się to wszystko dzieje – odezwał się w końcu Zenek – nie dopracowałem…

Kruger wykonał gest, jakby chciał poklepać starego po ramieniu; ręka przeszła przez sylwetkę.

– Zenobiusz Kruger – przedstawił ducha – legenda policji tego miasta, prywatnie mój pradziad. Nie żyje od 1942.

– Widzę, że ci o mnie powiedzieli – stary nie wydawał się zaskoczony dekonspiracją.

– W rodzinie też jesteś legendą. Zresztą czemu się dziwisz, manifestujesz się każdemu pokoleniu.

– Ano, Krugerowie mają dziwną skłonność do policji… Zrozumiałe, nawet ja nie mogę bez niej żyć – zachichotał.

Albert opadł na krzesło.

– No, ale naszemu aspirantowi należą się wyjaśnienia – zreflektował się duch – odwalił kawał dobrej roboty.

– Ja? – zapytał półprzytomnie Gaj.

– Ty. Dostarczyłeś paru elementów, które poukładały mi wiedzę – duch, nie dbając już o konspirację, pozwolił sobie na niewielką przezroczystość – bo widzisz, pilnuję tego miasta od wojny, ale jakoś niezbyt lubię opuszczać komendę. Nie wpływa to na mnie najlepiej. Oczywiście wiele mogę wywnioskować na miejscu, ale czasem przydaje się ktoś, kto poprowadzi śledztwo w terenie. A że faktycznie jestem tu legendą i każdy coś tam o mnie słyszał, to uznałem, że najlepszy będzie policjant spoza miasta. Ty, od lat próbujący dopaść znachora, byłeś idealny – złapałeś trop i nie drążyłeś sprawy, byle go dopaść.

– Tylko na początku… – wydukał aspirant.

– Ano, na dłuższą metę nie mogło to działać; w każdym razie kluczowym momentem było, kiedy wspomniałeś o srebrnej gorzkoci, którą Wrona zidentyfikował w sklepie starej wiedźmy. Wywar z tej rośliny to jedna z najstraszniejszych znanych substancji. Samo posiadanie zielska wiąże się z ostracyzmem ze strony innych wtajemniczonych… Tworzenie wywaru zwykle ściąga na posiadającego wyrok śmierci.

– Dlaczego? Do czego się tego używa?

– Nie wiesz, Albert? Na pewno nie wiesz? Przypomnij sobie ten zapach… Bo jestem pewien, że kiedyś się z tym zetknąłeś. Sam mi to przekazałeś, opowiadając, co Wrona mówił w sklepie.

Gaj zbladł.

– A twoja dzisiejsza relacja – podjął duch – tylko potwierdziła moje przypuszczenia. Zapach, który cię prowadził, to z kolei ciemna gorzkoć. Stosowana, głównie przez wiedźmy, by przygotować się do dobrej śmierci. Wywar z ciemnej gorzkoci wzywa nawię-przewodniczkę, która nie pozwala duszy błąkać się pomiędzy światami. Dwie niezwykle silne substancje, niebezpieczne, jedna zakazana, używane w samym sercu miasta po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat…

– Więc o co w tym wszystkim chodzi? Czy ty w ogóle podejrzewałeś znachora o cokolwiek? – Zenon odezwał się po raz pierwszy od dłuższej chwili.

– Nie mówiłem, że jest podejrzanym… Prowadziłem śledztwo „w sprawie”. Czułem od dawna, że miasto jest zagrożone. Kiedy zaczęły się manifestacje, nie miałem wątpliwości, że nie chodzi o zwykłe nawiedzenia… Tyle, że utknąłem w martwym punkcie i możliwość działania pojawiła się dopiero, kiedy podczas kolejnej manifestacji zginęła ta dziewczyna od Wrony i ruszyło oficjalne śledztwo. Ściągnąłem Alberta, który dowiedział się dla mnie kilku kluczowych szczegółów, dzięki czemu z grubsza zrozumiałem naturę zagrożenia i to, że obecność znachora to chyba ostatnia szansa…

– Dlaczego?

– Dlatego, że nie wiem, jak przerwać to, co się dzieje; Wrona najprawdopodobniej wie, ma jakiś plan, coś robi.

Sierżant zerknął na zatopionego w swoich myślach Alberta. Aspirant wyglądał na zszokowanego, ale chyba dochodził do siebie. Duch kontynuował, wpatrzony w szary świat za oknem.

– Tramwaj-widmo jest dostosowanym do miejskich realiów narzędziem pogańskiego rytuału. Nie do końca wiem, jakiego, prawdopodobnie chodzi o otworzenie w mieście przejścia do zaświatów i wykorzystanie zamieszkujących je istot.

Przerwał na chwilę, zbierając myśli.

– Nie pytajcie, do czego to doprowadzi, tutaj moja wiedza staje się niewystarczająca, po prostu nie wiem… Chociaż podejrzewam, że moja śmierć w 1942 miała związek z podobną próbą, wrażenia są podobne… Nie spodziewałbym się niczego dobrego – zamilkł na dłuższą chwilę.

– Mówiąc krótko, musimy pomóc znachorowi. Co o tym sądzisz, Albert?

Albert, biały jak kreda, najwyraźniej zatopiony we wspomnieniach, spojrzał nieprzytomnym wzrokiem.

– Możesz go nie lubić, ale pomyśl sobie, że tylko on może powstrzymać twoje koszmary – wycedził duch bezlitośnie, wbijając w aspiranta upiorny wzrok.

 

Chłopiec leżał na środku podwórka, skąpany w księżycowym blasku, napawając się ciepłym powietrzem łagodnie wpływającym do płuc. Kilka chwil wcześniej stary znachor, Edward, klnąc na czym świat stoi, przepędził czarne istoty kilkoma skomplikowanymi ruchami kostura i ruszył na pole. Chłopiec słyszał odgłosy walki, ale cała jego ciekawość wyparowała, nie zobaczył więc, jak Edward, używając twardego kija, rozłupuje czaszkę żercy i jak przy pomocy płonącej nienaturalnie, ogromnej szyszki wyrzuconej z rękawa urządza wiedźmie namiastkę stosu.

Wstał powoli, kiedy znachor wracał. Stary szedł powoli, emanując wściekłością i budząc grozę nie mniejszą niż potwory, które przepędził. Od strony domostw biegła ku niemu niewysoka postać.

– Dziadzio, wszystko dobrze? Co się stało?

– Nic Jędruś, nic. Dziadzio sprzątał.

– Też bym chciał sprzątać.

– Jak dorośniesz, dziadzio cię nauczy – Edward spojrzał na wstającego z klepiska chłopca – a tutaj mamy chyba małego Bercika od Gajów… No, prawie żeś śledzia połknął. Chodź, odprowadzimy cię.

Bercik wstał chwiejnie i dopiero po chwili, kiedy zaciążyła mu zawartość portek, zorientował się, jak bardzo się wystraszył. Rumieniec wstydu wypełzł mu na twarz, choć ani Edward, ani Jędruś nie dali po sobie poznać, że cokolwiek zauważyli…

 

– Srebrna gorzkoć przyzywa nawie, ale w inny sposób, niż ciemna. Wywar najlepiej działa przy Srebrnym Księżycu, kiedy bramy do królestwa śmierci uchylone są szerzej. Wywar wabi nawie, zniewala je i nie pozwala wrócić; wściekłe, zamieniają się w potwory, którymi można szczuć ludzi… To straszna krzywda, zarówno dla ofiar, jak samych nawii, które przeważnie są duszami gwałtownie zmarłych, nierozumiejącymi sytuacji, w jakieś się znajdują.

Dzień minął na nieudanych próbach zlokalizowania znachora.

Zapadł zmrok. Zenek pojawił się w swoim ulubionym miejscu.

– Dzisiaj noc srebrnego księżyca… Musimy spróbować to przerwać.

– Znaczy, my musimy, ty będziesz planował.

– Pójdę z wami. Jeżeli się nie uda, nie będzie w mieście bezpiecznych miejsc.

 

Kilka godzin jeździli po mieście; najpierw szukali znachora, a gdy księżyc wspiął się wysoko i jego blask zalał miasto, wypatrywali widmowego tramwaju. Bezskutecznie.

Wracali już, kiedy prowadzący radiowóz młody Kruger zahamował ostro, przejeżdżając przez skrzyżowanie. Albert początkowo nie wiedział, o co chodzi, dopiero po chwili zauważył nadjeżdżające widmo. Radiowóz, mimo ostrego hamowania, wtoczył się na tory, wprost w fosforyzującą mgłę. Silnik zaterkotał i zgasł, Zenobiusz Kruger zniknął, jak zdmuchnięty, Albert poczuł chłodne tchnienie, sierżant osunął się bezwładnie. Gaj wysiadł z radiowozu i pognał za widmem, dojeżdżającym właśnie do centralnego placu miasta. W trupim świetle majaczyły sylwetki, nad placem pojawiły się rozbłyski, jak filmowe efekty specjalne. Znachor walczył. Aspirant biegł, czując na dziąsłach metaliczny posmak.

Spóźnił się. Widmowy tramwaj, przygaszony, stał na torowisku. Wrona siedział oparty jak kukiełka o cokół pomnika. Jego martwe spojrzenie mówiło wszystko. Wysoki duch, mozaika dziewiętnastowiecznego fabrykanta i przedwiecznego żercy, kierował się ku białowłosej towarzyszce znachora, wyraźnie zmęczonej, zrezygnowanej. Albert był bezradny, nie mógł złapać oddechu, zanosił się kaszlem.

Strzępy czarnej mgły pojawiły się nad placem, zabrzmiała ich jazgotliwa pieśń. Podmuch zimnego wiatru od strony głównej ulicy przyniósł odór moczu i starości.

Gdzieś w oddali zamajaczyły niebieskie światła sygnałów.

Koniec

Komentarze

Melduję, że przeczytałam :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Błyskawica ;)

nie da rady

Przeczytałam z zaciekawieniem. Bardziej podobały mi się fragmenty wspomnień Alberta – napisane obrazowo, z wyczuciem. Nie uniknąłeś jednak w tych fragmentach powtórzeń, które rzucają się w oczy. W jednym przypadku było to “boleśnie”, w drugim nie zapamiętałam co.

Właściwa historia jakoś mnie nie ujęła, śledztwo i osoby dramatu, łącznie z Zenkiem duchem. A do tego zakończenie jakieś takie fiuuu i już, jakby Cię limit znaków zmusił do ucięcia opowieści. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik – wyjątkowo nie był to limit znaków; musiałem tak zakończyć ze względu na obraz świata, który sobie wyobrażałem, pisząc. Mówiąc ogólnie (starałem się, żeby nie było to zbyt widoczne, ale nie wiem na ile się udało…) moim ulubionym bohaterem tego opowiadania jest znachor. Okazało się to dopiero w trakcie pisania i nie powiem, mocno utrudniło robotę ;)

Dziękuję za zwrócenie uwagi na powtórzenia – pisałem na granicy limitu czasu i nie wszystko wyhaczyłem. Zwykle odkładam opowiadanie na parę dni i dopiero sprawdzam, tym razem sprawdzałem bezpośrednio po napisaniu.

(dodałem później): skorzystałem z pozwoleństwa Jury i poprawiłem powtórzenia.

nie da rady

Początek był na tyle zajmujący, że czytałam z rosnącym zaciekawieniem. Niestety, po pewnym czasie miałam wrażenie, że kręcę się w kółko, a żadne z kolejnych wydarzeń chyba nie doprowadzi do wyjaśnienia sprawy śmierci dziewczyny. A kiedy do opowieści wplotłeś duchy, istoty nadprzyrodzone i różne takie tam rzeczy nie z tego świata, okazało się, że to koniec opowiadania. I teraz, tak po prawdzie, nie bardzo umiem powiedzieć, o co tu chodziło.

 

– Kawy, her­ba­ty? – nie­wy­so­ki, szczu­pły funk­cjo­na­riusz… – – Kawy, her­ba­ty? – Nie­wy­so­ki, szczu­pły funk­cjo­na­riusz

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi.

 

Za PRLow­skim biur­kiem sie­dzia­ła… – Za PRL-ow­skim biur­kiem sie­dzia­ła

Po czym poznać, że biurko jest PRL-owskie?

 

wszyst­kie uło­żo­ne w ja­kim-ta­kim po­rząd­ku. – …wszyst­kie uło­żo­ne w ja­kim ta­kim po­rząd­ku.

 

spoj­rze­nie sza­ro-wod­ni­stych oczu… – Raczej: …spoj­rze­nie wodnistoszarych oczu

 

Al­bert po­czuł ucisk w pier­si. Nie wie­dział czy fak­tycz­nie po­czuł dawno za­po­mnia­ny za­pach […] Po­czuł pa­nicz­ny strach. – Powtórzenia.

 

– Głupi nie jest – stary grze­bał w roz­rzu­co­nych po biur­ku pa­pie­rach… – – Głupi nie jest.Stary grze­bał w roz­rzu­co­nych na biur­ku pa­pie­rach

 

Bia­ło-srebr­ne świa­tło księ­ży­ca… – Raczej: Srebrnobiałe świa­tło księ­ży­ca

 

zimne po­dmu­chy kry­sta­li­zo­wa­ły w kłu­ją­ce lo­do­we igieł­ki. – …zimne po­dmu­chy kry­sta­li­zo­wa­ły się w kłu­ją­ce lo­do­we igieł­ki.

 

Wstał po­wo­li, kiedy zna­chor wra­cał. Stary szedł po­wo­li… – Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – musiałem wprowadzić trochę sił nadprzyrodzonych, bo gdybym zasugerował, że nasza policja jest w stanie rozwiązać sprawę nietypowej śmierci w ciągu kilku dni, zapewne spotkałbym się z zarzutami, że jestem zupełnie niewiarygodny ;)

Generalnie początek wygląda jak kryminał, ale opowiadanie ani przez chwilę kryminałem być nie miało i sprawa śmierci dziewczyny służyła raczej za pretekst do związania losów głównych bohaterów. ..

Trochę mnie korci, żeby na podstawie tego początku naskrobać kryminał, ale wątpię czy potrafię – najprawdopodobniej efekt końcowy byłby jeszcze bardziej rozczarowujący, więc chyba się powstrzymam.

 

Pracuję nad dialogami, obiecuję poprawę :)

 

PRLowskie biurko to takie, które zbite jest z płyty drewnopochodnej pokrytej ciemnobrązową okleiną, pękającą z czasem i odłażącą. Poznasz na pierwszy rzut oka, ale jeśli chcesz, to mogę podesłać fotkę ;)

 

Dzięki za zwrócenie uwagi na błędy i powtórzenia. Jeśli chodzi o “biało-srebrne” to musiałem jakoś zaznaczyć, że nie chodzi mi o kolor “srebrnobiały” tylko o światło, które ma dwie składowe… Więc w tym punkcie będę się upierał przy swojej racji.

Oczywiście “wodnistoszare” to inna para kaloszy i tutaj zrobiłem błąd.

“Krystalizowały”… Tutaj znów się uprę – “się” nie jest konieczne. Można użyć, ale nie trzeba – a mnie jakoś lepiej brzmi bez “się”.

“Rozrzucone po” a “rozrzucone na”… za to umierać nie będę, bo być może tak bardzo przyzwyczaiłem się do formy potocznej, że nie zauważam jej niepoprawności, ale niewątpliwie zacznę zwracać uwagę na występowanie tego czasownika w literaturze ;)

 

Dziękuję za przeczytanie i skomentowanie tekstu :)

nie da rady

Zapomnialemhasla, moje uwagi to tylko sugestie. To Twoje opowiadanie i wyłącznie Ty decydujesz jakich słów użyjesz, by prezentowało się jak najlepiej.

Jeżeli w czymkolwiek pomogłam, bardzo się cieszę. ;-)

 

Zapytałam o PRL-owskie biurko, bo w czasach słusznie minionych pracowałam przy takim i poza tym, że nie miało ono wysuwanej półeczki na klawiaturę, niewiele się różniło od biurek współczesnych, a nawet, śmiem twierdzić, było zdecydowanie solidniej wykonane. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomagasz :) Przyznam, że na Twoje komentarze czekam z niecierpliwością, nawet w sytuacji, kiedy nie można już wprowadzać poprawek :)

 

To są niezniszczalne biurka, tylko szybko brzydną, o ile w ogóle bywają ładne… Ale można się do takiego przywiązać ;)

nie da rady

W takim razie cieszę się jeszcze bardziej. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Limit wykorzystałeś prawie cały, a opowieść jakby urwała się gdzieś w środku. Zaczynało się robić ciekawie, a tu pyk i nie ma.

Podobała mi się wędrówka Gaja przez podwórka, bramy, zapomniane zaułki – uważam, że to jest rewelacyjny fragment. Ciekawe jest nawiązanie dzieciństwa znachora i Gaja do „obecnych” czasów. Fajnym elementem jest też duch milicjanta, strzegący miasta. Ale to są wciąż elementy, które nie połączyły się w jakąś powalającą całość, bo opowieść się tak naprawdę nie skończyła, a urwała.

Tak poza konkursem już więc proszę o ciąg dalszy J, bo chcę wiedzieć co z tego wszystkiego wynikło. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca – dzięki za sugestie; cieszę się, że kilka elementów Ci się spodobało :)

Jeśli chodzi o brakujące elementy, to jestem w trakcie tekstu dziejącego się równolegle, a skupiającego bardziej na znachorze – ale oba kończą się w tym samym punkcie…

Natomiast jeśli chodzi o ciąg dalszy, to sprawa jest (dla mnie) trudna, bo mam w głowie wizję miasta opanowanego przez słowiańskich bożków, ale mieć coś w głowie to jedno, a napisać, żeby było strawne choćby dla najtolerancyjniejszej grupy odbiorców, to zupełnie inna para kaloszy. Próbuję wytrwale od dekady, ale jeśli chodzi o wrzucanie tekstów na stronę, to staram się przestrzegać zasady primum non nocere (w odniesieniu do potencjalnych czytelników :)).

nie da rady

:) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ja mam podobnie jak wcześniej komentujący. Początek jest intrygujący, widać, że kręci się jakiś problem, a jednocześnie zaczyna pęcznieć klimat; gdyby trochę bardziej doszlifować bohaterów i bardziej panoramicznie pokazać miasto – byłoby super. Ale w połowie, jak już wcześniej zauważono, opowiadanie nienaturalnie przyspiesza i się kończy ; P

Może faktycznie warto powalczyć z historią i przekuć ją w długie opowiadanie.

Zastanawia mnie ta data 1942 r. Mało jest o tym powiedziane, a ten wątek zdaje się mieć potencjał.

Ogólnie rzecz biorąc – czuć niedosyt. 

I po co to było?

Syf. – w sumie (przynajmniej z punktu widzenia osoby piszącej opowiadanie) lepsze takie wrażenie niż przeciwne ;)

Opowiadanie można przekuć w co najmniej 75000 znaków (sprawdzone empirycznie), a jeśli dorzucić wspomniany wątek z datą (którego empirycznie nie sprawdzałem) to pewnie i ze 100… Tyle, że (pomijając to, że mój betownik mnie zatłucze) boję się pójść na żywioł, bo moje opowiadanie na SF2015 skończyło w koszu, kiedy zorientowałem się, ile jest znaków i wątków… Miałem potem kaca przez parę miesięcy i teraz piszę jak najkrócej ;)

 

Tak czy inaczej – wielkie dzięki za konkurs, bo bez niego pewnie nie zmobilizowałbym się do napisania czegokolwiek :)

nie da rady

Nie będę się wyłamywać – opowiadanie fajnie się zaczyna, ale nagle nadchodzi zakończenie, które dzieje się szybko i niewiele wyjaśnia.

Czasami myliło mi się, kto jest kim – najpierw wprowadzasz człowieka z funkcją i imieniem, a potem używasz tylko imienia. Takie miałam wrażenie. Ale jakoś w końcu ogarnęłam.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka