- Opowiadanie: Matheff - Nocna służba

Nocna służba

To opowiadanie okazało się miłą odskocznią od pracy nad książką i niemałym wyzwaniem z racji realizmu. Starałem się wyeliminować w nim większość błędów, szlifować strukturę tekstu, a jednocześnie pozostawić je takie, jakim chciałem, by było od początku.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Nocna służba

I.

Chłód szkła zdawał się wybawieniem dla dwunastolatka, który cały dzień spędził w rodzinnej kamienicy – a tam ogień w kominku nigdy nie przygasał. Pamiętał, jak kiedyś mama krzyczała na tatę, gdy pozwolił, by płomień zgasł. Zawsze była wrażliwa na tym punkcie, w przeciwieństwie do pana domu. Theodor Grimsworth lubił chłodne wieczory jak ten, dlatego często brał nocne zmiany. Jego syn, Rupert Grimsworth, mimo swego młodego wieku, rozumiał go doskonale. Tak przynajmniej mu się zdawało. Odkleił twarz od okna. Na zewnątrz było już ciemno.

– Mamo, kiedy wróci tata? – zapytał, zeskakując z parapetu na polerowaną, mahoniową podłogę. Ciemne drewno w połączeniu z blaskiem kominkowego ognia sprawiało wrażenie przytulnego schronienia. – Bo wiesz… – zaczął znów chłopiec, lekko piskliwym głosem. – Tata powiedział mi w tajemnicy, że wróci dziś wcześniej, żeby mnie przytulić i pocałować na dobranoc. A jak tata tak mówi, to na pewno tak będzie. W końcu należy do straży miejskiej. Strażnicy nie kłamią, prawda, mamo?

Skrzypienie na chwilę ustało, a fotel zatrzymał się. Dłoń o krótkich, grubych palcach, wysunęła się w stronę stolika i pochwyciła w swe objęcia delikatny kieliszek brandy. Po chwili fotel znów ruszył do monotonnego tańca.

Młody Grimsworth, zniechęcony oczekiwaniem i przyprawiającym go o wypieki gorącem, wzruszył ramionami i odszedł w stronę okna. Wskoczył na niewysoki parapet i wlepił oczy w ciemną ulicę. Krople deszczu spływały po szybie wąskimi strużkami, łącząc się w misterne znaki. Chłopiec wyobrażał sobie w nich magiczne symbole, którymi posługiwali się strażnicy. Po chwili myślami był już daleko poza bezpiecznymi murami kamienicy, walcząc z oprychami na ulicach przy pomocy zaklęć. Tak, jak tata. Według Ruperta to najodważniejszy człowiek na świecie. Dzięki niemu mieszkańcy Aspentown nie mają się już czego obawiać.

Zegar wybił północ. Chłopiec westchnął, zostawiając na szybie obłoczek pary. Starł go, odsłaniając swoje odbicie. Pucułowata twarz, głęboko osadzone, ciemne oczy, krzaczaste brwi i lekko zadarty nos. Mama mówiła mu, że to cechy rodzinne.

Za odbiciem znajdowała się ugwieżdżona latarniami ulica, których światło nieśmiało przebijało mrok. To właśnie ten mrok go przyciągał, wysuwając ku niemu długie, bezkształtne łapy. Odwaga wsparta dziecięcą niewinnością pchała go dalej, za cienką szybę oddzielającą go od pachnącego deszczem bruku. Jego wyobraźnia, niczym nie skrępowana, galopowała.

 

II.

Leżał jak zwykle w wytartym fotelu przy swoim sfatygowanym biurku. Jego szare ubranie niemal wtapiało się w tło nudnego biura. Lata pracy pozwoliły mu na stworzenie systemu, by wśród papierów i kubków po kawie na biurku znalazło się miejsce także na nogi. Przymknął oczy, przygładził nawoskowany wąs. Może zdąży się chwilę zdrzemnąć jeszcze przed końcem zmiany…

Nagle skrzypnęły drzwi. Skrzywił się. Nie musiał otwierać oczu, by wiedzieć, kto w nich stanął.

– Grimsworth, dzwonił Hubbs, dyrektor…

– Szpitala dla czubków – wtrącił. Jego niski głos brzmiał jak warkot silnika automobilu.

– Chorych psychicznie – dokończyła, nie zwracając na niego uwagi.

– Czego chciał?

– Mieli ucieczkę.

Otworzył oczy i sięgnął do jednej z obszernych szuflad biurka. Wyciągnął niedopalone cygaro i odpalił je na nowo. Zaciągnął się, podniósł wzrok na młodą kobietę. Miała na sobie granatowy mundur straży Aspentown, okulary połówki i staromodny kok. Zupełnie nie pasowało to do jej wielkich, zielonych oczu i pełnych ust. Tak jak i odznaka komisarza.

– Kazano ci się tym zająć. – Widząc jego brak zainteresowania, dodała – Natychmiast.

Z pewnością pasowało to jednak do jej charakteru, pomyślał. Dym powoli uciekał przez jego rozchylone wargi. Po chwili milczenia, zapytał:

– Co wiemy o zbiegu?

– Kobieta, lat około trzydziestu. Pracowała w cukierni, aż jeden z klientów zauważył, jak rozmawia z ciastkami. – Wyrecytowała. – Wieść się rozniosła no i… przyszli po nią. – Dodała ciszej.

– Podejrzewali związki z heretykami?

– Wątpię. Urząd Inkwizycyjny sprawdza wszystkich pacjentów Hubbsa regularnie.

– Dobrze, nie chcę powtórki z zeszłego miesiąca.

– To nie była twoja wina Rupercie… – powiedziała kojącym tonem. Wielu oddałoby ciepłą posadkę za biurkiem, by tylko słyszeć co noc ten głos. Dla niego jednak brzmiała jak naiwna przedszkolanka. W tym świecie nie ma miejsca na rozczulanie się nad błędnymi decyzjami. Westchnął. Dlatego to właśnie on pełnił nocną służbę. Wstał, zarzucił płaszcz. Chwilę wahał się, stojąc nad popielniczką, jednak zabrał cygaro ze sobą. Coś mi się od życia należy, pomyślał. Taki już był sierżant Rupert Grimsworth.

Już miał wychodzić, gdy odwrócił się do kobiety.

– Dlaczego ja? – zapytał.

– Słyszeli o tobie. Podobno jest to rodzina kogoś z wyższych sfer i chcą by wszystko rozegrano po cichu.

– Czy lordowie przypadkiem nie załatwiają swoich spraw wewnętrznie? Jeden wieczorek przy herbacie w zamkniętym gronie i…

– Uważaj.

Wzruszył ramionami. Polityka to nie jego bajka. Ma znaleźć szaloną miłośniczkę kremówek – to ją znajdzie. Co się z nią stanie potem – to nie jego zmartwienie.

Grimsworth dopalił cygaro i wrzucił do jednej z kałuż zalegających na bruku. Wsiadł do automobilu z dużym nadrukiem TAXI na drzwiach i rozkazał jechać do szpitala imienia Świętej Jedności. Kierowca bąknął krótkie “Się robi, sir”. i odpalił silnik. Ruszyli, zanim jeszcze doszedł ich zapach spalin. Ulice Aspentown pustoszały z każdą godziną coraz bardziej. Po drodze widział jak ludzie zabezpieczają sklepy i mieszkania, zamykając kute okiennice. Druga zmiana w fabryce automobilów lorda Howkinsa właśnie skończyła pracę, a sklepikarze obsługiwali swoich ostatnich klientów. Sierżant wyciągnął zegarek kieszonkowy. Wybiła osiemnasta. Może zdąży przed godziną policyjną.

– Należy się szyling i sześć pensów, sir.

Grimsworth zapłacił i wysiadł. W nozdrza uderzył go zapach ścieku i odpadów z pobliskiej przetwórni mięsnej. Uśmiechnął się, unosząc lekko wąs. Brudna robota nabrała właśnie dla niego nowego znaczenia.

Wszedł po rozpadających się stopniach, nacisnął wielki czerwony przycisk. W głośniku rozległ się trzask, zaraz potem usłyszał znudzony głos pielęgniarza:

– W czym mogę pomóc, sir?

– Sierżant Grimsworth ze Straży Miejskiej Aspentown. Czy zastałem doktora Hubbsa?

– Właśnie wyszedł.

Strażnik odszedł kilka kroków od mikrofonu i spojrzał ponad drzwi, szukając wzrokiem konkretnego okna. Ignorując coraz bardziej poirytowane okrzyki dobiegające z domofonu, podwinął prawy rękaw, odsłaniając tatuaż. Była to tarcza z okręgiem sztyletów skierowanych ostrzem w jej środek.

– Grimsworth, pierwsze ostrze. – mruknął.

Jeden ze sztyletów zapłonął przygaszonym, niebieskim światłem. Sierżant uniósł dłoń w stronę okna, a jego oczy na chwilę zabłysły tym samym błękitem. Uśmiechnął się złowieszczo.

– No, no, Hubbs. Nie doceniałem cię…

Podszedł do mikrofonu, dla pewności jeszcze raz wcisnął czerwony guzik. Rozległ się znajomy trzask. Tym razem pielęgniarz nie był tak miły.

– Czego do cholery?

– Sierżant Grimsworth, Straż Miejska Aspentown, do doktora Hubbsa.

– Mówiłem przecież, że doktora nie ma!

– Trzy.

– Co trzy?

– Dwa.

Każdy szanujący się obywatel Aspentown wiedział, co może się za chwilę stać. Magiczne zdolności Straży, przydzielone im przez Urząd Inkwizytorski, nie były zbyt wielkie, jednak z pewnością nie należało ich lekceważyć. Drugi sztylet zapłonął jaśniej od poprzedniego. Bzyczenie zamka sprawiło, że oba zgasły.

– Uprzejmie panu dziękuję! – rzucił do mikrofonu Grimsworth, wchodząc do budynku.

Na środku holu stała przeszklona budka. Siedział w niej barczysty mężczyzna, ledwie mieszczący się pomiędzy otaczającymi go urządzeniami. Popatrzył z przerażeniem na strażnika. Ten uniósł pytająco brwi.

– D-d-dwieście t-trzynaście, sir.

Sierżant skinął głową i przeszedł przez oszklone drzwi po prawej, prowadzące na klatkę schodową.

 

●●●

 

Drzwi do biura dyrektora Vladimira Hubbsa były otwarte. Wchodząc, Grimsworth minął się z biuściastą pielęgniarką, uciekającą w popłochu. Narzucona w pośpiechu bluzka nie do końca spełniała swoją rolę, poprawiając sierżantowi humor w ten szary wieczór. Po chwili uśmiech spełzł mu z twarzy, gdy zobaczył otyłego mężczyznę po pięćdziesiątce w podobnej kreacji.

– Jak zawsze, zjawiacie się w odpowiedniej porze, sierżancie. Jeśli chcieliście się przyłączyć, trzeba było wejść przez okno, jak macie w zwyczaju!

– Przyszedłem po informacje. Podobno sprawa jest pilna – powiedział, uśmiechając się.

Podszedł do biurka dyrektora szpitala i sięgnął do małego, mahoniowego pudełeczka. Wyciągnął dwa cygara, jedno zapalił od razu, drugie schował. Na później.

– Jasne, kurwa, nie krępuj się.

– Czyżbyś używał wulgaryzmów w rozmowie z funkcjonariuszem na służbie? Nieładnie panie Hubbs… Nieładnie… Grozi za to grzywna.

– Pierdolę twoją grzywnę! Dwa pokoje dalej przechowujemy wszystkie karty pacjentów, tam znajdziesz wszystkie informacje. A teraz idź w cholerę!

– Nie tak prędko zboczeńcu – rzucił Grimsworth lodowatym tonem. – Informacje oficjalne mnie nie interesują. Chcę czegoś więcej. Potrzebuję tropu.

– Jak zawsze szukasz czegoś, czego nie ma. To była zwykła pacjentka…

– Ale ktoś chce, bym załatwił to po cichu. A to zdecydowanie utrudnia pracę. Naraża na stres. A stres może prowadzić do napięć – powiedział, odsłaniając połę płaszcza, za którą widać było pistolet automatyczny. A teraz powiedzcie mi panie Hubbs… Jaki jest w tym wszystkim haczyk?

– Jaki haczyk?

– Gadaj, albo sam się dowiem – powiedział, a jego oczy błysnęły błękitem.

– Dobra, już dobra… Ta wasza cholerna magia… Potem będę miał koszmary przez tydzień…

– Gadaj.

Lekarz nieporadnie wciągnął szerokie spodnie koloru khaki i podszedł do najbliższej szafki na dokumenty. Spojrzał pytająco na sierżanta. Musiał jednak zobaczyć w jego oczach coś, co odpowiedziało lepiej niż słowa, bo wzruszył tylko ramionami i otworzył najniższą szufladę. Wyciągnął z niej karafkę złotego trunku. Jeszcze raz spojrzał na strażnika, ale ten pokręcił głową.

W końcu usiadł ze szklanką whiskey w dłoni i westchnął. Grimsworth pogonił go gestem.

– Od czego by tu zacząć…

– Najlepiej od początku. Sam zdecyduję, co będzie pomocne. Jak zaczniesz oddawać się dygresjom, szybko nakieruję cię na właściwy tor – powiedział. W jego głosie pobrzmiewała groźba.

Hubbs odchrząknął kilka razy, po czym zaczął z nerwowym uśmiechem:

– A więc… Na początku Trójca utworzyła ziemię…

Zamilkł, widząc płomienie w oczach Grimswortha.

– Nie mogłem się powstrzymać – powiedział, siląc się na uśmiech.

– Zacznijmy jeszcze raz… Kobieta od ciastek uciekła. Wysłano za nią mnie. Mój dyżur już prawie się kończył i miałem wrócić do domu. Moja służba przedłuża się na życzenie kogoś z klubu miłośników rajtuzów. Gadaj, zanim wyładuję swoją frustrację na twojej spasionej mordzie.

Hubbs zaniósł się szyderczym śmiechem. Jego podbródki zatrzęsły się do taktu. Wszystkie sześć.

– Biedny piesek został poszczuty i nie wie nawet na kogo – powiedział parodiując pobłażliwy ton. – Jak na strażnika jesteś kompletnym debilem Grimsworth. Przecież to była kochanka jednego z tych… jak ich nazwałeś… miłośników rajtuzów. Gdyby po prostu gadała z tymi pieprzonymi ciastkami na zapleczu, nie byłoby sprawy. Eklerki czy bezy bardzo łatwo namówić do milczenia. – tu pozwolił sobie na krótki uśmiech – Ale gdy, tuż przy ladzie, zaczęła gadać o szczegółach sypialnianych przygód z lordem… cóż… pojawił się problem.

– Mam więc nadgodziny, bo jakiś woskowany goguś nie potrafił trzymać fiuta w spodniach?

– W skrócie… tak… i nie. To nie wszystko. Jak się okazało, ciastkarka miała lepkie palce. Postanowiła zabrać ze sobą trofeum. – Zrobił pauzę, pocierając brodę. – Plotka – zaczął powoli, najwyraźniej szukając odpowiednich słów. –  niczego by nie udowodniła. Kradzież zmienia jednak postać rzeczy… Poza tym, to coś nie jest byle błyskotką. To magiczny naszyjnik. Nie powiedziano mi, co dokładnie robi. Całe szczęście. Wszyscy czarownicy jak dla mnie mogliby wsadzić sobie pieprzone miotły w dupy i odlecieć daleko stąd. Bez urazy.

Grimsworth zmarszczył brwi, ale postanowił puścić płazem ten nieudany przytyk. Martwiła go natomiast inna sprawa.

– Wiesz, że nie mogę oddać im tego przedmiotu? Według prawa…

– Czyjego prawa, Grimsworth? – ryknął Hubbs. Jego podbródki zatańczyły w deszczu śliny. – Tym światem rządzi pieniądz i taki kundel jak ty nic z tym nie zrobi. To dzieje się ponad tobą i mną. I nikt z nas nie będzie pytany o zdanie. – Upił łyk ze szklanki, skrzywił się i odstawił ją na biurko. – Co za sikacz… Przechodząc do rzeczy… Nie zależy nam na samej dziewczynie. Znajdź naszyjnik. To twój cel. Jeśli przydarzy się jej mały wypadeczek, nikt nie będzie płakał. Jeśli jednak przyjdzie ci do głowy zgrywać służbistę, pamiętaj kto utrzymuje ciebie i twoje mieszkanie na zadupiu. A teraz spadaj. Nie skończyłem jeszcze przesłuchiwać personelu… Dzienny raport, rozumiesz.

Sierżant spojrzał na doktora, który teraz uśmiechał się obleśnie, wpatrując w drzwi. Zagasił cygaro w jego szklance z whiskey i wyszedł. Zza zamkniętych drzwi dało się słyszeć przekleństwa Hubbsa.

 

III.

Chłopiec zamrugał. Znów śnił na jawie. Wszystko wydawało mu się tak prawdziwe. Doktor Hubbs mówił, że to przemija z wiekiem. Zmartwiło go to. Lubił swoje przygody. Miał wtedy wrażenie, że jest kimś zupełnie innym. Było to lepsze nawet od ruchomych obrazów wyświetlanych w kinie.

Przypomniał sobie o mamie i zauważył, że fotel już się nie porusza. To mogło oznaczać tylko jedno.

– Rupercie, dlaczego jeszcze nie śpisz? – zapytała, wychodząc z niewielkiego pomieszczenia obok salonu, trzymając w rękach drewno do kominka. Lubiła sama zajmować się ogniem. Uważała, że służba nie robi tego wystarczająco starannie.

– Czekam na tatę, mamo – powiedział chłopiec, starając się przybrać jak najsłodszą minę.

– Wiesz przecież, że tata pracuje do późna… – mówiła flegmatycznie, przeciągając wyrazy. Traktowała go wciąż jak małe dziecko. Jak jakiegoś sześciolatka. A przecież on już miał dwanaście.

– Obiecał, że dziś wróci wcześniej… – powiedział, próbując się bronić. Wiedział, że to na nic. W końcu nie mógł opierać się bez końca, a mama nie była osobą, która łatwo szła na kompromis.

– Dziesięć minut, a potem wyszoruj zęby…

– Już myłem! – wtrącił, zadowolony z siebie.

– Dobrze, więc dwadzieścia minut i do łóżka. Jeśli nie będziesz się wysypiał, będziesz miał sińce pod oczami. Przecież nie wypada, by Grimsworth wyglądał jak upiór!

– Dobrze mamo… – powiedział zrezygnowany.

Był zawiedziony i głodny. Stwierdził jednak, że o tej godzinie cała służba śpi, a nie ma ochoty na własnoręczne przygotowywanie kanapek. Poczeka do rana. Może jeśli tata wróci wcześniej, zrobią sobie jakieś nocne przekąski… Mama tego nie pochwalała, ale on zawsze znajdował jakiś sposób, by ją ubłagać. Tylko on to potrafi, pomyślał.

Za oknem lało. Mam nadzieję, że tata nie zmoknie za bardzo, pomyślał. Może dziś nie musiał wcale wychodzić z biura?

 

IV.

Otwierając drzwi szpitala psychiatrycznego imienia Świętej Jedności, Rupert Grimsworth zaklął. Lało, a do cukierni miał kilkadziesiąt minut drogi. Jak na złość, w pobliżu nie było żadnej taksówki. Spojrzał na zegarek. Rozmowa z Hubbsem nie trwała dłużej, niż planował. Zajrzał też do archiwum po akta ciastkarki. Tam z kolei zabawił dłużej, niż się spodziewał. Okazało się, że archiwistka jest często pomijana przy dziennych raportach dyrektora. Ktoś inny pewnie by się z tego cieszył, ale ona była bardzo zazdrosna o premie i awansy koleżanek.

Nawet nie pytała o jego specjalizację. Wystarczyło, że kazał jej krzyczeć „Doktorze Grimsworth”.

A teraz stał przed budynkiem, szykując się mentalnie na spotkanie ze ścianą deszczu. Przez chwilę rozważał jeszcze powrót do archiwum, ale w końcu musiał przyznać, że czeka go robota, a czasu  coraz mniej. Od kiedy wprowadzono godzinę policyjną, nawet strażnicy boją się wychylić nosa po dwudziestej drugiej. Grimsworth nie był strachliwy, ale maski tych dziwaków z Urzędu Inkwizycyjnego przyprawiały go o dreszcze.

Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza cygaro. Odpalił. W końcu i tak przemoknie, pomyślał, i ruszył przed siebie.

Zdążył tylko zejść ze schodów, gdy z pokoju na drugim piętrze dało się słyszeć przeraźliwy krzyk. Po chwili przez okno wyleciało coś, co kształtem przypominało człowieka. Sierżant zwątpił jednak w człowieczeństwo tej istoty, gdy wylądowała jak kot i równie zgrabnie pobiegła ulicą. Pech chciał, że pobiegła w stronę, w którą zmierzał. Podwinął rękaw.

– Grimsworth, trzecie ostrze.

Jak na rozkaz, pierwszy ze sztyletów zabłysnął błękitem. Kolejne zajęły się od niego jak ogniem. Wymierzył i strzelił. Miał tylko nadzieję, że trafił. Krótki błysk rozwiał jego wątpliwości..

Zawrócił, wbiegł na schody i nacisnął czerwony przycisk. Mikrofon nie odezwał się. Zapewne są na górze, pomyślał. Dobrze, że widzieli jak wychodził. Ktoś mógłby go podejrzewać. W końcu – kto uwierzyłby czarownikowi?

Wycelował, zacisnął powieki i skupił się. Nastąpił krótki trzask, na chwilę zatkało mu uszy. Gdy otworzył oczy, znajdował się już w gabinecie Hubbsa, a raczej w tym co z niego zostało.

Pomijając wielką wyrwę w miejscu okna, uwagę zwracało rozcięte wpół biurko. Wokół rozrzucone były dokumenty. Hubbs siedział w fotelu. Nie miał głowy.

– Co do… – zaczął sierżant, gdy drzwi otworzyły się i do gabinetu wdarł się tłum gapiów.

– Kurwa mać, tuż przed końcem mojej zmiany! – wydarł się przerażony ochroniarz, łapiąc mdlejącą pielęgniarkę.

Znam ten ból, kolego, pomyślał Grimsworth.

 

●●●

 

Wiedział, że to zły pomysł. W głowie słyszał już reprymendę, jaka mu się dostanie, jeśli plan nie wypali. Paliła go wciąż jedna myśl – powinienem zadzwonić po posiłki.

Nikłe światło ulicznych latarni oświetlało mu drogę, jednak nie mogło przebić ciemności zalegającej w mijanych uliczkach. Od czasu do czasu umysł płatał mu figle – widział jak coś bezdźwięcznie porusza się w mroku, z każdą kolejną uliczką podchodząc coraz bliżej. Przyspieszył kroku. Starał się nie myśleć o ewentualnej niemiłej niespodziance, która może się przydarzyć. Kusiło go, by choć raz zejść z oświetlonej ścieżki w mrok. Opanował się jednak. Nie była to zła dzielnica, ale o tej godzinie wolał nie nadwyrężać swojego szczęścia – dziś i tak pożyczy sporą dawkę z następnych dwóch tygodni.

Błękitna, niematerialna nić unosząca się w powietrzu prowadziła go do miejsca, w którym ukrył się jego cel.

Cukiernia była niewielkim lokalem na rogu ulic Warrensa i Barrowsa. Gdy zobaczył, że nić przechodzi przez dziurkę od klucza drzwi wejściowych, zerwał ją. Natychmiast zniknęła.

Każdy policjant znał to miejsce aż za dobrze. Wielu z nich dawno temu porzuciło dobrą formę dla wspaniałych pączków pani Moore. Potem przyszedł kryzys, starą Moore zabiła cukrzyca, a biznes przejęła jej córka. Dziś okna były zabite deskami, a drzwi pomalowane w urocze babeczki i eklerki zasłaniała tablica z wielkim napisem NA SPRZEDAŻ.

Grimsworth zajrzał przez szparę między deskami. Panującą w lokalu ciemność przecinały wąskie smugi ciepłego światła ulicznych latarni, ukazując zagadkowo część wnętrza, niczym elementy układanki. Jedna ze smug przecinała coś, co wyglądem przypominało psie legowisko. Składało się ze wszystkiego, co można było znaleźć w cukierni jak i jej okolicy – od kartonowych pudeł po odpadki z kwiaciarni.

– Ze strażnika porządku publicznego na hycla. Pora chyba rozszerzyć działalność. – mruknął, lustrując wzrokiem legowisko.

Kątem oka wykrył jakiś ruch w stercie śmieci. Wzruszył ramionami. Cokolwiek to było, zapewne nie będzie miało ochoty na negocjacje. Zerwał kilka desek z drzwi, ale już po chwili dał sobie spokój – wielka, błyszcząca kłódka wisząca przy zamku przygasiła jego zapał. Nie mógł przecież wyważyć drzwi – jakkolwiek nie wyglądały one na solidne. Wszystko w imię cichej roboty, pomyślał, uśmiechając się krzywo. Odsłonił rękaw. I tak czeka go kilka godzin przesłuchań – co za różnica, czy skorzysta z magii strażniczej jeszcze kilka razy? Urząd Inkwizycyjny lubi gościć u siebie strażników tak bardzo, że wielu zostaje na dłużej, a inni – na zawsze. Miał tylko nadzieję, że jego pracodawca nieco skróci jego wizytę.

– Grimsworth, trzecie ostrze – szepnął. Tym razem chwilę trwało, zanim blokada została zdjęta – strażnik zmartwił się, że wykorzystał służbowy limit dobowy. Z ulgą zauważył, że sztylety zapalają się znajomym błękitem.

Wycelował, skupił się. Zdecydował się nie zamykać oczu, choć mogło to być ryzykowne. Wolał jednak nie oddawać już na samym początku przewagi temu, co czaiło się w środku. Rozległ się syk, a po chwili już był w cukierni. Teleportacja lekko go przyćmiła, ale lada moment obraz wyostrzył się – zobaczył zniszczoną ladę, puste półki i krążące wokół nich tumany kurzu zatopione w błękicie jego ostrzy. Migoczące światło przywoływało na myśl akwarium – szklany zbiornik, który kiedyś widział na biurku szefowej.

Podszedł do legowiska. Gdy oglądał je zza okna, wydawało się większe. Nagle coś się w nim poruszyło. Podniósł dłoń, szykując się do rzucenia zaklęcia. To, co usłyszał, wprawiło go w osłupienie.

– Proszę, nie…

Był to głos kobiety. Po chwili usłyszał ciche łkanie przerywane niezrozumiałym szeptem.

– Kim jesteś? – zapytał bezmyślnie. Dobrze wiedział, jakiej odpowiedzi może się spodziewać.

– C–cynthia Moore… J-jestem n-niewinna… J-ja nic nie z-zrobiłam… T-to ten naszyjnik… Zabierz go, proszę…

– Cynthio, czy możesz mi się pokazać?

Legowisko poruszyło się, a spod sterty szmat wygrzebała się naga kobieta. Była wychudzona i brudna. Trzęsła się z zimna. Grimsworth otulił ją swoim płaszczem. Spojrzała na niego – jej oczy błyszczały wdzięcznością. Jego uwagę przykuło coś innego.

– Jesteś ślepa… – powiedział bardziej do siebie, niż do niej.

– To wszystko przez ten naszyjnik…

– To on zmusił cię do zabicia dr Hubbsa?

– Co? Ja… ja tego nie zrobiłam… to niemożliwe…

Usłyszeli dźwięk pękającego szkła dobiegający z zaplecza. Ktoś jeszcze był tu z nimi.

– O nie… przyszedł po mnie… mówił, że przyjdzie…

– Kto? – zapytał Grimsworth, przenosząc wzrok z drzwi na dziewczynę.

Trzask odblokowywanej broni rozwiał wszelkie wątpliwości.

– Lord Willington we własnej osobie! – Usłyszał za plecami. – Nie tylko wy znacie magiczne sztuczki, sierżancie.

– Czyścicie ślady na własną rękę?

– Ukrywałem się w biurze Hubbsa, gdy przyszliście. Miałem go sprzątnąć po waszym wyjściu. W ten sposób nikt nie dowiedziałby się o całym zajściu. Policja nie znalazłaby podejrzanego, szybko umorzyłaby śledztwo. Niestety… Ona mnie uprzedziła i sprawy się skomplikowały.

– Po co wciągaliście w to straż?

– Skoro ja was wynająłem – nikt mnie nie będzie podejrzewał. Jesteście dosyć tępi jak na sierżanta, Grimsworth. No cóż… pora się pożegnać. W domu czeka na mnie kąpiel z wonnymi olejkami i wieczorne ziółka na dobry sen. – Strażnik poczuł chłód lufy rewolweru przyciśniętej do skroni. Po chwili wahania lord znów się odezwał. – Hm… nie mogę was tak załatwić. To wygląda zbyt podejrzanie. Wstańcie. I zgaście tę nocną lampkę na przedramieniu, jeśli łaska. Denerwuje mnie.

Wstał, schował tatuaż pod rękawem, następnie odwrócił się i spojrzał swojemu napastnikowi prosto w oczy. Uśmiechnął się na ten widok. Był to typowy członek Rady Lordów – wysoki, szczupły blondyn o woskowanych wąsach i ulizanych blond włosach. Kolorowy strój szlachecki schował pod burym płaszczem. Broń trzymał tak, jakby spust miał go zaraz ugryźć. Co za pech, pomyślał Grimsworth. Nie dożyje dzisiejsze ziołowej herbatki.

Jak przystało na amatora, Willington, przycisnął broń do piersi strażnika, tracąc przewagę, jaką daje zasięg strzału. Sierżant chwycił go za rękę, uderzeniem wytrącając broń. Zdążył odskoczyć w ostatniej chwili, gdy Cynthia Moore – łagodna ciastkarka – rzuciła się swojemu oprawcy do gardła. Willington nie zdążył nawet krzyknąć – zatkała mu usta dłonią i uśmiechnęła się, pokazując spiczaste zęby.

– I jak ci się to podoba, kochany? Zawsze lubiłeś pobawić się trochę ostrzej…

Objęła go i zaczęła się wić jak wąż. Lord zezował na strażnika, starając się wzrokiem zmusić go do czynu. Wybrał złą osobę na swego rycerza. Grimsworth podniósł rewolwer, wyciągnął swój płaszcz z legowiska i stanął za ladą, obserwując całe zdarzenie z boku. Obrócił bębenkiem. Wszystkie komory były pełne. Poczekał, aż Willington przestanie się ruszać. Grzmot zagłuszył strzał.

Następnego dnia lokalny brukowiec doniósł o martwym lordzie i jego kochance – potworze w ciele ciastkarki – znalezionych w jej cukierni.

 

V.

Gdy się obudził, spod przymkniętych powiek widział tuziny świetlistych kształtów. Na twarzy czuł chłód. Dłuższą chwilę zastanawiał się, w którym ze światów się obudzi, nieskory do sprawdzenia. Westchnął. Ciężko, lecz nie wystarczająco. Nie było to westchnięcie zmęczonego życiem strażnika. Otworzył oczy. Przed sobą zobaczył otwarte okno, przez które do pokoju wdzierała się burza, niczym nachalny akwizytor. Zmarszczył brwi. Kształty na ścianach zaczęły nabierać ostrości – były zwierzęta różnych kształtów i wymiarów, biegające w rytm obracającej się lampki nocnej.

– Dobra robota chłopcze. Znów nam się udało – mruknął sierżant Grimsworth. Jego głos dobiegał chłopca jakby z drugiego końca tunelu.

Zawsze to samo, pomyślał chłopiec. Sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął z niej naszyjnik z wielkim kryształem w kolorze morskiej wody. Sierżant Grimsworth wyciągnął swoją wersję z kieszeni płaszcza. Przez chwilę obaj przyglądali się tej samej błyskotce.

– Trzeba cię schować tam, gdzie resztę… – powiedział chłopiec tonem przepełnionym poczuciem obowiązku strażnika.

Wstał z krzesła i podszedł do wielkiej, zdobionej komody. Usunął niewielki panel podłogowy tuż obok niej i włożył naszyjnik do skrytki, obok złotego zegarka kieszonkowego, okularów o okrągłych, żółtych szkiełkach i pustego bębenka od rewolweru. Chwilę popatrzył na swoją kolekcję. Zadowolony z siebie zamknął szczelnie skrytkę i ceremonialnie otrzepał ręce. Z komody wyjął piżamę, przebrał się i położył do łóżka. Sierżant Rupert Grimsworth wrócił na swoje krzesło, w mieszkaniu oddalonym o trzydzieści lat od starej kamienicy, puszczając kółeczka z dymu tytoniowego, co jakiś czas przeciwstawiając egzotyczny smak cygara taniej whiskey.

Koniec

Komentarze

Chłód szkła zdawał się być wybawieniem dla dwunastolatka ← dalej masz być, a tutaj jest zbędne

 

gdy pozwolił(+,) by płomień zgasł

zaczął znów chłopiec, lekko piskliwym głosikiem ← wiemy, że to chłopiec i ma “głosik”

 

Strażnicy nie kłamią, prawda(+,) mamo?

 

Skrzypienie na chwilę ustało, a fotel zatrzymał się. Dłoń o krótkich, grubych palcach, wysunęła się w stronę stolika

 

wąskimi strużkami(+,) łącząc się w misterne znaki.

 

Po chwili, myślami był już daleko

 

Według Ruperta, był to najodważniejszy człowiek na świecie.

Mama mówiła mu, że to rodzinne. ← co rodzinne? Określ, że te cechy aparycji, które wymieniasz wcześniej.

 

Za odbiciem była znajdowała się ugwieżdżona latarniami ulica, których światło nieśmiało przebijało mrok. ← podmiotem zdania jest ulica, a nie latarnie.

 

Jego wyobraźnia, niczym nie skrępowana, galopowała. ← Jego niczym nie skrępowana wyobraźnia galopowała…

 

Lata pracy pozwoliły mu na stworzenie systemu, by wśród papierów i kubków po kawie na biurku znalazło się miejsce także na nogi. ← pozwoliły mu opracować taki sposób gromadzenia na biurku papierów i kubków po kawie, by móc położyć na blacie także nogi.

 

Może zdąży się chwilę zdrzemnąć jeszcze przed końcem zmiany… ← Może przed końcem zmiany zdąży się jeszcze zdrzemnąć…

 

– sSzpitala dla czubków

– cChorych psychicznie – dokończyła, nie zwracając na niego uwagi.

 

Tutaj się poddałam z poprawkami – piszesz książkę, a tak zapisujesz dialogi? Powinieneś dać opowiadanie do betowania przed publikacją, bo język masz niezły, ale szkodzą mu uszczerbki techniczne, np. brak przecinków, powtórzenia, wadliwa budowa zdań, wadliwy zapis dialogów.

I gdzie tu jest ten realizm, na który narzekasz? ;)

 

Potencjał w opowiadaniu jest, ale przydałoby się nad nim więcej pracy.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Po tygodniu w kolejce dałem sobie spokój z betą. Sprawdzała to osoba, która zajmuje się korektą typowo techniczną – ale wiadomo, wszystkiego od razu się nie wyłapie ;) Może czas po prostu zostawić pisanie. Dzięki za komentarz, błędy poprawię.

Polecam się na przyszłość, możesz mnie zapraszać do betowania bez pytania, czy mam ochotę. Tego ci nie sprawdzę do końca z braku czasu – mam w kolejce do betowania sześć tekstów. Nie zostawiaj pisania, tylko ćwicz! ;) Pomysł na to opowiadanie jest ciekawy, zwłaszcza początek, z chłopcem przyklejonym do szyby i czekającym na swojego tatę – “bohatera”, w kontraście z dziwnie zachowującą się matką. Tylko potem trzeba utrzymać czytelnika przy uważnej lekturze, to najtrudniejsze ;) Poprawność tekstu pomaga.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Melduję, że przeczytałam :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mimo usterek czytało się całkiem nieźle. Nachodzą mnie tylko pewne wątpliwości czy aby wszystko należycie pojęłam, bo nie do końca rozumiem sytuację, którą przytaczam w drugiej uwadze łapanki.

 

The­odor Grim­sworth lubił chłod­ne wie­czo­ry jak te, dla­te­go czę­sto brał nocne zmia­ny. – Czy nie miało być: The­odor Grim­sworth lubił chłod­ne wie­czo­ry jak ten, dla­te­go czę­sto brał nocne zmia­ny.

 

– To nie była twoja wina Ru­per­cie… […] Taki już był sier­żant Ru­pert Grim­sworth. – Na początku piszesz: The­odor Grim­sworth lubił chłod­ne wie­czo­ry jak te, dla­te­go czę­sto brał nocne zmia­ny. Jego syn, Ru­pert Grim­sworth, mimo swego mło­de­go wieku… – Czy aby nie nastąpiło pomylenie imion ojca i syna?

 

Kie­row­ca bąk­nął krót­kie Się robi, sir.Kie­row­ca bąk­nął krót­kie Się robi, sir”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

W jego noz­drza ude­rzył za­pach ście­ku i od­pa­dów z po­bli­skiej prze­twór­ni mię­snej. Jego wąsy po­ru­szy­ły się, a po­ni­żej po­ja­wił się lekki uśmiech. Brud­na ro­bo­ta na­bra­ła wła­śnie dla niego no­we­go zna­cze­nia. – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

– 3. – Co 3? – 2. Trzy. – Co trzy? – Dwa.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

– Nie tak pręd­ko zbo­czeń­cu.Rzu­cił Grim­sworth lo­do­wa­tym tonem.– Nie tak pręd­ko zbo­czeń­cu – rzu­cił Grim­sworth lo­do­wa­tym tonem.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

– Bied­ny pie­sek zo­stał za­szczu­ty i nie wie nawet na kogo… – Pewnie miało być: – Bied­ny pie­sek zo­stał poszczu­ty i nie wie nawet na kogo

 

Ale gdy za­czę­ła gadać o szcze­gó­łach sy­pial­nia­nych przy­gód z lor­dem tuż przy la­dzie… – Zrozumiałam, że sypialniane przygody z lordem miały miejsce przy ladzie.

Może: Ale gdy, tuż przy ladzie, za­czę­ła gadać o szcze­gó­łach sy­pial­nia­nych przy­gód z lor­dem…

 

Lało, a do cu­kier­ni miał kil­ka­dzie­siąt minut drogi. – Raczej: Lało, a do cu­kier­ni musiał iść kil­ka­dzie­siąt minut.

Odległości chyba nie mierzymy jednostkami czasu.

 

Roz­mo­wa z Hub­b­sem nie za­ję­ła mu dłu­żej, niż pla­no­wał. – Raczej: Roz­mo­wa z Hub­b­sem nie trwała dłu­żej, niż pla­no­wał.

 

uwagę zwra­ca­ło roz­cię­te w pół biur­ko. – …uwagę zwra­ca­ło roz­cię­te wpół biur­ko.

 

W gło­wie sły­szał już re­pry­men­dę, jaka mu się do­sta­nie… – W gło­wie sły­szał już re­pry­men­dę, która mu się do­sta­nie

 

 …jeśli plan nie wy­pa­li. Pa­li­ła go wciąż jedna myśl… – Powtórzenie.

 

Te­le­por­ta­cja lekko go przy­ćmi­ła, ale lada mo­ment obraz wy­ostrzył się… – Te­le­por­ta­cja lekko go przy­ćmi­ła, ale za moment/ po chwili obraz wy­ostrzył się

 

Sier­żant chwy­cił go za rękę, ude­rze­niem wy­trą­cił mu z ręki broń… – Powtórzenie.

Może: Sier­żant chwy­cił go za rękę, ude­rze­niem wy­trą­cając broń

 

Cyn­thia Moore – ła­god­na ciast­kar­ka – rzu­ci­ła się swo­je­mu opraw­cy do gar­dła, zrzu­ca­jąc w locie płaszcz. – Powtórzenie.

 

Dłuż­szą chwi­lę za­sta­na­wiał się, w któ­rym ze świa­tów się obu­dzi, nie skory do spraw­dze­nia.Dłuż­szą chwi­lę za­sta­na­wiał się, w któ­rym ze świa­tów się obu­dzi, nieskory do spraw­dze­nia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki wielkie za komentarz, postaram się wszystko poprawić. Wstyd mi, że tak głupie błędy dało się tu znaleźć po tylu poprawkach.

Jeśli chodzi o dialogi, wszystkie poprawiałem korzystając właśnie ze wskazówek z tego wątku. Może coś pominąłem. Następnym razem bardziej się do tego przyłożę.

Czy kilkadziesiąt minut drogi to błąd? Dla pewności sprawdziłem w słowniku PWN i nie widzę zastrzeżeń, by go nie użyć, gdy chodzi o drogę jako synonim podróży lub wędrówki.

Co do wątpliwości – nie, nie nastąpiło pomylenie ojca (Theodora) z synem (Rupertem). To właśnie syn jest głównym bohaterem – gdy normalne dzieci bujają w obłokach, on miewa wizje przyszłości, w których bierze czynny udział. Wiem, zamysł pokręcony, ale tak mi się spodobał, że postanowiłem go zrealizować.

 

 

Cieszę się, Matheff, że uznałeś uwagi za przydatne. ;-)

 

Czy kilkadziesiąt minut drogi to błąd?

Nie, nie ma błędu. Uważam tylko, że pokonanie pewnej odległości nie zawsze będzie trwać tak samo długo. W różnym czasie przebędziemy jakiś odcinek idąc, jadąc automobilem czy dorożką. W zależności od pogody trasę tę też można przejść szybciej lub wolniej.

 

UWAGA, SPOJLER!

Domyśliłam się, że opowiadanie dotyczy imaginacji chłopca, ale nie zgadzał mi się jego wiek z opisem niektórych scen, szczególnie seksualnych relacji Hubbsa z pielęgniarkami czy cukierniczki z lordem. Choć z drugiej strony, co ja tam mogę wiedzieć… Nigdy nie byłam dwunastoletnim chłopcem. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest to myśl bohatera – mierzy odległość swoją miarą, swoim tempem poruszania się, więc chyba zostawię, jak jest.

 

Co do spojlera – bohaterowie są jednym, a jednocześnie zupełnie różnymi osobami – dzieli ich tylko droga liczona w godzinach. ;)

Trochę się pogubiłam z Grimsworthami. Wprawdzie później doczytałam w którymś komentarzu, że nie pomyliłeś ojca z synem imionami, ale z tekstu mi to nie wynikło.

Jeszcze jedna rzecz mi nie daje spokoju. Piszesz, że obaj (ojciec i syn) lubią swoje nocne zmiany. A jednocześnie prowadzisz akcję wieczorem, wspominasz, że w którymś momencie dochodzi osiemnasta i jest tuż przed końcem zmiany policjanta. To jest sprzeczne. Coś by tu musiało być zmienione.

Poza tym większych zastrzeżeń nie mam. Czytało się w miarę, świat z policyjną magią ciekawy. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dołączam do grona lekko zagubionych. Czytało się nieźle, ale raziły mnie popularne wulgaryzmy, moim zdaniem nie pasujące do tego tekstu. Myślę, że zwykle “cholery” lepiej by się sprawdziły. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Przyzwoity tekst detektywistyczny, choć na kolana nie rzucił. Na pewno końcówka mogłaby być jaśniejsza. Było trochę niedoróbek, choć. Reg Ci je wypisała, a nie wszystkie poprawiłeś. I po co kropki w oznaczeniach rozdziałów?

Sierżant wyciągnął zegarek kieszonkowy. Wybiła osiemnasta. Może zdąży przed godziną policyjną. – funkcjonariusz przejmuje się godziną policyjną?

 

Zachowanie ordynatora w szpitalu nie jest zrozumiałe – dlaczego robi stażnikowi pod górkę, skoro i tak musi mu pomóc?

 

Historia jest fajnie napisana i ma całkiem wciągający klimat końcówki XIX wieku pomieszanej z paroma zabawkami ze współczesności.

Wydaje mi się natomiast, że niektóre detale świata przedstawionego zostały potraktowane zbyt ogólnikowo – chociażby kwestia relacji między strażą a inkwizycją – tj. dlaczego straż traktowana jest jako taki plebs?

Myślę, że ograniczenie efekciarstwa magii zrobiłoby dobrze opowiadaniu – te magiczne noże akurat są mało stylowe ; )

Ten miks czasowo-podmiotowy mnie nie przekonał, nadal czuję się zagubiony ; )

 

Kreacja policjanta – strażnik w sumie wzbudził moją sympatię.

Rola policji/straży – jak napisałem, za mało w tekście poświęcono ciekawszym kwestiom zawiłości świata przedstawionego, za dużo zaś na kwestie poboczne, przez co trochę trudno jest zrozumieć kto co i dlaczego ; )

fabuła – pół na pół, za dużo efekciarstwa i niejasna końcówka

 

I po co to było?

Hmmm. Zaczyna się ciekawie, ale w końcówce całkiem się pogubiłam i już nie wiem, o co chodziło ani co się stało. Pomysł z magicznym tatuażem mi się spodobał.

Zagasił cygaro w jego szklance z whiskey i wyszedł.

Niebezpieczny nawyk. Co mocniejsze alkohole mogą się zapalić.

Babska logika rządzi!

Dobrze się czytało :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka