- Opowiadanie: meksico - Marsjańska zima

Marsjańska zima

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

RogerRedeye

Oceny

Marsjańska zima

 

Krew jak gęsty syrop spływała po twarzy starca. Zrobiło mi się niedobrze, ale zacisnąłem zęby i zostałem na miejscu. Nie pierwszy raz widziałem Udawacza, lecz ten był naprawdę dobry, choć miałem nadzieję, że niegroźny. Chciałem go mieć za wszelką cenę, dlatego starałem się opanować. Każdy, nawet najmniejszy błąd mógł pozbawić mnie tej szansy. Dziadek poruszył się niespokojnie, jakby słyszał moje myśli.

– Zimno mi – powiedział z wyrzutem.

– Mogę cię zaprowadzić do ognia – obiecałem.

Staruch pokręcił głową. Siwe włosy kleiły się do pokrwawionych policzków i nosa.

 – Na Marsie nie ma ognia, chłopcze – rzekł – i chyba dobrze o tym wiesz, prawda?

– Za tamtymi górami jest gniazdo. Niewielkie, ale ciepłe i przychylne takim jak my. – Zauważyłem, że oczy mężczyzny rozszerzyły się na moment.

– Pójdźmy.

Ruszyliśmy od razu, brnąc przez śnieżne zaspy. Szedłem pierwszy, z nieodpartym pragnieniem, by wszystko poszło po mojej myśli, a jednocześnie pełen lęku, że Udawacz przejrzy mój plan i… zginę? Słońce było odległe jak nigdy dotąd. Na niebie ani śladu chmury. Tylko gdzieś w oddali wzgórza tliły się pomarańczowym blaskiem. Trwały nieruchomo, choć szliśmy całkiem szybko. Ja i starzec. Człowiek i widmo. Był z nami też głód. Głód lubi takie zimne, surowe miejsca. Uwielbia długie wędrówki przez lodowe pustynie. Przynajmniej nie chciało się nam pić.

 

Królik nie uciekał. Zatrzymał się, jakby właśnie ukazała się mu królicza Matka Boska i opadł w jednej chwili na śnieg. Starzec mruczał coś pod nosem, ale nie mogłem niczego zrozumieć z jego bełkotu. Kolacja była kilkanaście kroków od nas – gotowa do spożycia, martwa kula mięsa.

– Hipnoza? – zapytałem niepewnie.

– Głos wołającego na pustyni, chłopcze – odparł, wyciągając nóż.

Odruchowo cofnąłem się o krok. Przepuściłem mężczyznę, który dopadł do królika, jednym ruchem naciął szyję zwierzęcia i spił krew. Potem poczęstował mnie, a gdy oddałem mu zwierzę, schował je do plecaka. Na później. To musiało wystarczyć na całą drogę. A przynajmniej do momentu, aż udałoby mi się zapanować nad starcem.

Mars nie był martwą planetą. Zima wzięła ją w swoje władanie. Niewielkie ludzkie robaki przemieszczały się pomiędzy gniazdami, przemierzały pustynie wzdłuż i wszerz, wspinały się na szczyty górskie, schodziły w doliny. Istniał handel. Wspominałem, że oprócz ludzi zostali też Marsjanie?

 

Dziadek wydawał się spać, ale nie wiedziałem, czy mogłem mu ufać. Wtłoczona w żyły nanoparówka grzała nasze ciała, rozprawiła się z mrozem. Nie można było przesadzić. Łatwo się zagotować. Nie wiem, czy stary zauważył, że zwolniliśmy. Że zatrzymywaliśmy się na coraz dłuższe i częstsze postoje, podczas których starałem się zrobić swoje. Po kryjomu nadałem wiadomość. Nie dostałem odpowiedzi, ale domyślałem się, że gniazdo nie chciało ryzykować. Starzec stał się gruby. Poruszał się tak samo sprawnie, ale był zwyczajnie tłusty. Nie bardzo wiedziałem, dlaczego przybrał taką formę. Nie obchodziło mnie to, bo niezależnie od jego zamiarów był tylko Udawaczem. Długa, siwa broda opadała mu na pierś. Fizjonomicznie upodobnił się do wizerunku Mikołaja. Z podręcznikowo wyregulowanym uśmiechem na niewinnej twarzy. Wiatr zerwał się gdzieś po północy. Obudziliśmy się przysypani śniegiem.

 

Świt kroił świat na grube plastry jasności. Ból głowy rozchodził się po ciele jak razy dawane batem. Pulsował w skroniach. Unikałem spojrzenia dziadka, a jednocześnie przyglądałem się mu uważnie, jakby jego widok mógł mi coś dać. A może zabrać? Przed zimą świat był inny? Wątpiłem. Musieliśmy iść i każdy z nas skazany był na własny przeklęty los. Każdy. Jeden bardziej bezradny od drugiego.

Zastanawiałem się, czy Marsjanin prowadził ze mną grę, czy po prostu taki już był. Wydawało mi się, że pierwszy raz od dawna czułem coś więcej niż tylko głód. Nie umiałem tego nazwać i nawet nie starałem się tego zrobić. Pokonaliśmy góry, które stanowiły granicę. Teraz nie było już odwrotu. Zanim dotrzemy do gniazda, powinniśmy znaleźć ogień. On powinien go znaleźć.

Starzec zatrzymał się. Słyszałem wyraźnie, jak chwyta powietrze. Odwróciłem się. Zobaczyłem wystającą z gardła mężczyzny strzałkę. Zaczęło się. Udawacz wyrwał igłę, odrzucił daleko od siebie. Zatoczył się w tył. Powinien upaść, zasnąć, ale tak się nie stało.

– Uciekaj… –  szepnął.

Wiedziałem, że za chwilę zjawią się ludzie z mojego gniazda. Załadujemy Marsjanina na sanie i powleczemy do domu. Dałby nam energii na kilka miesięcy, a może dłużej. Był silny. Nie zmienił swojej fizjonomii nawet pod wpływem stresu. Nadal miał mordę wesołego, choć nieco zdezorientowanego Mikołaja. Wsunął pośpiesznie dłoń do kieszeni i wyjął z niej coś tak małego, że nie powinienem widzieć co to jest. Ale wiedziałem. Gdy byłem dzieckiem o takim właśnie marzyłem.

– Zrobiłem dla ciebie – powiedział Udawacz, opadając na kolana.

Chwyciłem go pod pachy. Zarzuciłem jego ramiona na moje. W głowie miałem obraz starca, który staje się baterią dla naszej kolonii, by po jakimś czasie wyschnąć na wiór. Tu nie było ropy, węgla czy innego paliwa. Byli Marsjanie, Udawacze, którzy chyba dawno zapomnieli o swojej przeszłości. Powinienem był coś zrobić, bo gdzieś tam w środku nadal byłem dzieckiem. Powinienem ratować Mikołaja, nawet tego udawanego. Nawet takiego, który jest Marsjaninem i tylko dzięki telepatii odczytał moje myśli i stał się tym, kim chciałem, żeby był. Tego chciałem? W dłoni poczułem podarowany przez Udawacza przedmiot. Prawdziwy gwizdek. Prezent spóźniony o trzydzieści lat. Mógłbym coś zrobić… Nawet, jeśli wszystko jest udawane. Mars. Udawacze. Gniazdo. Wokół nieprzerwana zima. Wokół śmierć. Tu nie ma miejsca na „Wesołych Świąt!”.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Niezłe, zazgrzytało mi tylko jeden raz bezpośrednie zwrócenie się do czytelnika, ale to w zasadzie nie zarzut.

Czy to jest sygnaturka?

Jakiś pomysł w tym jest, choć mnie osobiście nie przekonał. Myślałem, że puenta, po dobrym początku pójdzie w inną stronę.

Dobry szorciak. Mnie zazgrzytało to, że wybrałeś Marsa. Mogłeś wymyślić sobie jakąś planetę, nadać jej nazwę, wtedy wszystkie atrybuty (śnieg, atmosfera, mieszkańcy) planety  byłyby w porządku.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki za uwagi.

Mars akurat, bo byłem po lekturze “Kronik marsjańskich”.  Polecam.

http://tatanafroncie.wordpress.com/

Hehe Mikołaj na Marsie :)

Heh, takie miałem nieco niejasne i nieuchwytne wręcz podejrzenie, że z tymi “Kronikami…” jest jakiś związek. Chyba za sprawą tych zmiennokształtnych marsjan. Ale dobrze Ci wyszło. Moim zdaniem lepiej niż Bradburemu. I to nie jest fałszywe pochlebstwo, bo akurat jego książka mi się niezbyt podobała – jako dzieło dla historyków literatury może i niezłe, ale z współczesnego (mojego) punktu widzenia naiwne i prostacko moralizatorskie.

Czy to jest sygnaturka?

Przeczytałem, ale szczerze pisząc, nie podobało się. Za mało science, a za dużo fiction. Przy tak krótkim tekście trudno się psychicznie wtopić w fabułę i odebrać właściwie literacki zamysł autora. Opowiadanie do mnie nie trafiło, chociaż jakiś pomysł jest. Pozdrawiam.

Od lat obserwuję nawiązywanie, bardziej lub mniej udane, do znanych powieści. Autor zakłada, że dana pozycja jest powszechnie znana fantastom. Niestety, tak nie jest. Na stronie brakuje mi oryginalnej twórczości młodych autorów, którzy nie podpierają się żadnym wzorcem czy literackim stereotypem. Pozdrowienia.

Akurat nie zakładałem niczego, Ryszardzie. Wspomniałem jedynie o inspiracji. Jeśli zaś chodzi o nawiązania do innych powieści, to wydaje mi się, że ciężko ich uniknąć. Piszący nawet podświadomie  sięga do czegoś, co było. Nie widzę w tym nic złego. 

http://tatanafroncie.wordpress.com/

Czy ten link “tata na froncie” będziesz uzupełniał? Bardzo sympatyczny, a ponieważ mój syn zostanie w maju tata, więc mu podesłałam.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dobre… Ciekawe i dobre. No  i dynamicznie i sprawnie napisane.Brawo!

Pozdrawiam.

Pomysł niezły i wykonanie takoż. Przeczytałam z przyjemnością. ;-)

 

Ból głowy roz­cho­dził sie po ciele jak razy da­wa­ne batem. – Literówka.

 

Po­wi­nien upaść,  za­snąć, ale tak się nie stało.. – Zbędna spacja po pierwszym przecinku. Jeśli na końcu zdania miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, jeśli wielokropek, jest o jedną kropkę za mało.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki. 

Poprawione :)

http://tatanafroncie.wordpress.com/

;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sam pomysł ciekawy, czytało mi się generalnie z przyjemnością. Aż szkoda mi się tego biednego Marsjanina zrobiło.

Tylko sam Mars mi nie pasował. Jakąś tam wiedzę już o tej planecie mamy i skojarzenia same się nasuwają i zgrzyta, gdy opis do nich nie przystaje. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki. Rozumiem :) Wiedzę o Ziemi też już jakąś mamy, a jednak nie zawsze wyglądała ona tak samo. Ale rozumiem.

http://tatanafroncie.wordpress.com/

A ja pozwolę sobie stanąć w obronie.

Raz: a propos zarzutu ryszarda, że brak oryginalnych, nie podpieranych żadnym wzorcem pomysłów. A to w ogóle da się tak? Kiedyś słyszałem, że wszystko już było i opisał to już jakiś Anglik, ale nie pamiętam który… Tekst może i nawiązuje do “Kronik…”, ale nie jest znajomość tego “dzieła” istotna, czy nawet pomocna w rozumieniu powyższego szorta.

Dwa: wiedzę o Marsie, a jakże, mamy. I co z tego. To już nie można go odmienić? Skoro wolno zalać wodą całą Ziemię, to i zima na Marsie ujdzie. Pomijając już fakt, że przy hipotetycznym zterraformowaniu planety mogłaby być to oczywista oczywistość.

Jedyne czego mi zabrakło, to szczegóły techniczne pozyskiwania energii z Marsjanina, bo to w sumie ciekawe czy należy go traktować jako baterię czy raczej jako paliwo do kominka.

 

Czy to jest sygnaturka?

@Chrobak, zalanie Ziemi wodą mieści się w geofizycznym prawdopodobieństwie, tym bardziej, że istnieją ogromne pokłady wody w skorupie ziemskiej. W telewizji przed kilkoma laty prezentowano możliwość takiego kataklizmu za ok. dwieście milionów lat. Serial miał tytuł – “Dzika przyszłość”. Mój zarzut dotyczący opowiadania wynika ze znanych powieściowych kalek: wspomniane kroniki, “Solaris”, Lema – ingerencja w psychikę człowieka, itp. Jednak zasadniczym zarzutem dotyczącym tego szorta jest wrzucenie czytelnika do zupełnie nieznanego mu świata. Poetyka opowiadań na stronie internetowej jest podporządkowana internetowej modzie. Wszystko musi zmieścić się w kilku tysiącach znaków. Przez to mamy do czynienia z literackimi kozimi bobkami, gdzie nie ma miejsca na rzetelną fabułę, opis emocji bohaterów, nie mówiąc już o jakichkolwiek przemyśleniach. Opowiadania na portalu upodabniają się do gier komputerowych, a bohaterowie są odlegli od czytelnika psychicznie o lata świetlne.Czytelnik nie wiąże się emocjonalnie z bohaterem, bo bohater jest mu obojętnyPonadto nadużywa się nagminnie określenia “science fiction” To po prostu czyste fantasy, nie mające nic wspólnego z naukowym, choć minimalnym prawdopodobieństwem. Pozdrawiam.

@ ryszard

Skoro tak stawiasz sprawę, to zgoda. Tak w tym jak i w znakomitej większości innych opowiadań bazujemy na znanych bądź uniwersalnych kalkach, bo jak sam napisałeś ograniczona forma internetowego opowiadanka/szorta nie ułatwia budowania światów i pokazywania innych rzeczy, które chciało by się widzieć. Oczywiście co lepsi twórcy dają radę i jak sądzę ci trafiają do biblioteki i jeszcze dalej. Ale chyba nie nazwałbym całej reszty kozimi bobkami. Bo od tego chyba jest to miejsce, aby się swoimi czy to pomysłami, czy wprawkami, czy kunsztem literackim dzielić. I właśnie dlatego opowiadanie przypadło mi do gustu, bo zaakceptowałem fakt, że świat przedstawiony jest światem niewytłumaczonym, niepełnym, zaś reszta była przekonująca i byłaby nawet bez znajomości klasyków. Chyba.

Co do nadużywania określenia SF, to masz słuszność, ale to chyba też efekt upraszczania świata. Fantasy to magiczne średniowiecze, horror to zombie, zaś sajensfikszyn to kosmos lub przyszłość i niezależnie od tego, co tam się będzie działo. Dlatego choćby taka Grawitacja (film) znajduje się w jednym worku z Gwiezdnymi Wojnami i Marsjaninem, choć chyba jedynie fikcja tego ostatniego jest w jakimś stopniu “science”.

Czy to jest sygnaturka?

Mam paskudny zwyczaj wyrażać się dosadnie. Tym niemniej spróbuj z takim tekstem udać się do czasopisma lub wydawnictwa, a pogonią Cię kijami. Tekst opowiadania musi posiadać fabułę, związać czytelnika z bohaterem, działać na emocje, zaskakiwać, nęcić dosadnym, a jednocześnie zrozumiałym dla wszystkich językiem. To nie może być opowiastka zanurzona we mgle domysłów. Jeżeli opowiadanie tych warunków nie spełnia, może podobać się wybranym, a przecież nie o to chodzi.Pozdr.

Mnie się też skojarzyło z Rayem Bradburym. Ciekawa wizja Marsjan, którzy wykorzystują telepatię, aby poprzez mimikrę przystosować się do świata opanowanego przez Ziemian.

Też zgrzytał mi Mars z magicznym Marsjaninem, chociaż wiemy (albo z bardzo wysokim prawdopodobieństwem przypuszczamy), że życia tam nie ma. A tym bardziej takiego telepatycznego, mało asertywnego i słabo przystosowanego do warunków na planecie.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka