- Opowiadanie: Ashkhan - Wieczny Piechur

Wieczny Piechur

Oceny

Wieczny Piechur

– Jesteś pewien? – spytał niepewnie Atmarez, przyglądając się Sokołowi. Latami nie zachowywał się tak narwanie. Ciężko dyszał, echo niosło się przez skalną zabudowę. Przerzucał zamaszyście zawartość drewnianej, polakierowanej na błysk szafki. Plakietka z mosiądzu trzęsła nerwową nicią i gwoździem, zawieszona krzywo od kiedy pamiętał. Napis głosił jasno do kogo należy jej zawartość.

Aidan Abvernis. Sokół. Wieczny Piechur.

Niejeden mu zazdrościł, jeszcze więcej przeklinało. Dla piechurów z Kamiennej Ostoi był to po prostu niedościgniony rywal, mistrz w swym łowieckim fachu. Wędrował przez pustynię niczym wolny ptak, niezmordowany myśliwiec pustyni. Młodziaki z dolnego kantonu brały go sobie za wzór.

Atmarez westchnął. Niewiele było rzeczy zdolnych tak bardzo pobudzić Aidana. Ubrany tradycyjnie jedynie w krótkie, płócienne spodnie, zgolony na łyso. W kuluarach żartowano, że jedyne włosy jakie posiadał wyrastały nad brwiami i dwadzieścia cali pod krzyżem. Aidan nigdy nie robił sobie nic z kąśliwych uwag i zaczepek. Robił co musiał, biegnąc dalej.

Pewnie właśnie to czyniło go wyjątkowym.

– Srebrnoróg! – wysapał roztrzęsiony. Lagant trzymany oburącz drgał nieregularnie, budując powątpiewanie w stan umysłu Sokoła.

– Skąd wiesz? Raport ujawnią dopiero za dwa dni.

– Ugadałem się z Obserwatorem. Mam wgląd przed innymi.

Atmarez poczuł ukłucie zazdrości w klatce piersiowej. On, patrząc z perspektywy czasu, gówniarz, miał lepsze kontakty niż pięćdziesięcioletni kombatant biegów. Co prawda trzaskające kolana już miały za sobą najlepsze czasy, lecz krępe uda nadal dobrze znosiły długie dystanse. Cztedzieści kilometrów dziennie uważał za dobry dystans dzienny, szczególnie teraz, gdy piach przybrał czerwoną barwę.

– To głupota – starał się sprostować Aidana – Nawet jeśli wiesz gdzie jest teraz, nie znasz kierunku przemieszczania. Poczekaj i przemyśl to, pojutrze będzie wszystko wiadomo.

Młodszy piechur przełożył pasek od podłużnego laganta przez ramię i ruszył żwawo koło Atmareza, niemal go przewracając. Pochłonięty myślami młodzian dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że zadano mu pytanie. Obrócił lekko głową i wyrzucił między oddechami:

– Jest na wschodzie. Zawsze przychodzą ze wschodu.

I miał rację, przytaknął mu w duchu Atmarez. Zaledwie czterysta kilometrów na zachód znajdowały się tereny należące do Iwaniecka, pseudorepubliki rządzonej twardo przez tego samego władcę od pół wieku. Jako że nie mieli ani środków ani powodów by zainteresować się Kamienną Ostoją przez te wszystkie lata, mogli w spokoju ciągnąć swe żywota w tej pustej oazie pustyni.

Od niepamiętnych czasów siedziba główna Piechurów leżała właśnie tutaj, w Kamiennej Ostoi. Naturalny monument o co najmniej dziwnym kształcie, posiadał sieć wydrążonych tuneli, dzieląc wnętrze na piętra, nawy i komnaty. Sylwetką najbliżej jej było do kowadła, z tym że ów figura mierzyła jakieś dwieście metrów w górę.

Element Ostoi zwisający swobodnie nad pustkowiem był właśnie celem Aidana. Tam właśnie znajdował się jedyny w siedzibie punkt zrzutu. Atmarez dreptał przestraszony coraz szybciej za Sokołem, zdając sobie sprawę że on naprawdę chce to zrobić.

Wewnątrz nie dało się tego odczuć, lecz osoba spoglądająca spod monumentu odnosiła wrażenie, iż wystający fragment skał służący właśnie za miejsce zrzutów w każdej chwili mógł się oderwać. A gdyby to zrobił, kontakt z glebą wywołałby nieziemski huk.

Nie każdemu zdradzano powody takiego rozplanowania pomieszczeń, lecz trenujący niejednego adepta Atmarez dobrze wiedział na czym polegała ta zagrywka. Wysokość celowo miała pobudzić skaczących do działania i walki z samym sobą. Piechurzy, którzy odbyli już swój pierwszy kontakt z nektarem, musieli odbyć taki skok. Dla przeciętnego człowieka sto osiemdziesiąt metrów w dół mogło skończyć się jedynie śmiercią, ale nie dla nich, Łowców Pustyni. Odpowiednie szkolenia i środki pozwalały opanować takie skoki. Jeżeli już jakiemuś uczniowi udało się dotrzeć do tej komnaty, to jedynym powodem przez który mógł zginąć był wyłącznie jego własny strach.

Aidan stał nad okrągłą dziurą w skale. Czerwony blask poranka odbijał się od wszechobecnego piachu i wpadał do dziury, oświetlając przyciemnione pomieszczenie. Z perspektywy Atmareza, szczupła sylwetka Wiecznego Piechura zdawała się krucha i słaba. Tak, Sokół potrafił stwarzać pozory.

– Woda? – spytał go, przerywając cichą modlitwę.

– W lagancie, trzydniówka – odpowiedział beznamiętnie.

– Prowiant?

– Znajdę coś po drodze.

– Nektar?

– Dwie fiolki powinny wystarczyć.

Kombatant ledwo powstrzymał parsknięcie. Wiedział że był dobry, ale niektóre z jego pomysłów błagały o pomstę Trójcy.

– Weź resztę z mojego kuferka, za tydzień dostanę przydział.

– Powiedziałem przecież, dwa wystarczą – ta absolutna stanowczość wcale go nie przekonywała. Chcąc nie chcąc, uśmiechnął się.

– Żebym nie widział cię tutaj po raz ostatni.

– Słyszę to już tysięczny raz z twoich ust. Nadal we mnie nie wierzysz?

– Wierzę w siłę pustyni, twoje umiejętności również. Zgadnij do którego z tych dwóch podchodzę sceptyczniej.

Aidan zaśmiał się pod nosem, drapiąc skroń.

– Wrazie czego osprzęt uzupełnię po drodze. Do końca dnia powinienem dotrzeć do Oazy Calluma. Przekaż wkrótce wszystkim że ruszyłem w pościg za Srebrnorogiem. I dodaj żeby się nie martwili.

Atmarez przełknął ciężko ślinę. Srebrne poroże, gdyby to on je zdobył, rzuciłby swój fach w cholerę i zamieszkał gdzieś na zachodzie.

– Jeśli rzeczywiście ci się uda… nie będziesz musiał biegać do końca życia. Aidan! Trzysta osiemdziesiąt tysięcy za metr! Nigdy nie widziałem takich pieniędzy!

– Robię to co lubię, panie Atmarezie. I dlatego jestem w tym tak dobry.

Zrobił krótki krok przed siebie i zniknął. Delikatny powiew wpadł do środka, gwiżdżąc nieśmiało po kątach. Tak jakby ostoja błogosławiła swych mieszkańców wraz z wyruszeniem na łowy. I ja ciebie błogosławię, pomyślał kombatant i odwrócił się do drzwi.

Niech przeklęty będzie dzień w którym zdobędziesz te rogi.

***

– Atmar! – naczelnik Ostoi zawołał weterana łowów, widząc jak schodzi po krętych schodach z sali zrzutów – Chodzą słuchy że mój ulubieniec ruszył w teren. Pytanie brzmi: dlaczego go nie powstrzymałeś?

– Nie widziałem potrzeby – odrzekł spokojnie, starając się ukryć mrowiącą od środka zazdrość. Nigdy nie był czyimś ulubieńcem. Szacunek jaki wyrobił sobie przez te lata, był zasługą tylko i wyłącznie długiego stażu. Najlepsze czym mógł się pochwalić to skromne dwieście kilometrów pościgu, w samo centrum pustyni, w poszukiwaniu zdechłego w locie grodosa. Metaliczne łuski kupowane przez Mekhmeradzkich filozofów na kilogramy przyniosły mu tydzień chwały, szybko zapomnianej przez innych piechurów.

„Nigdy nie opuściłem drugiej kategorii”. Piechurzy, dzieleni na zlecenia wedle zasług i umiejętności mogli awansować w miarę wyraźnych postępów i rekomendacji zleceniodawców. W czwartej kategorii znajdowali się najsłabsi i najmłodsi, pomiędzy pierwszym i drugim blokiem od zawsze toczyły się boje. Robili wszystko by tylko nie spaść. I nie, Aidan wcale nie znajdował się w tej najwyższej kategorii.

Jako jedyny otwierał Sekcję Zero.

– Bardzo szkoda – naczelnik podrapał się siwej potylicy – Właśnie przybyli dwaj badacze z Dziewięciu Marchii. Dowiedzieli się o cynojadach, jakie ostatnimi czasy obserwowaliśmy z prognostykami. Dają pięć tysięcy monitów od worka żółciowego. Aidan mógłby się tym zająć.

– Na wschód? – spytał oświecony Atmarez – Aidan tam ruszył. Bardzo niedawno, by nie rzec mniej niż kwadrans.

– Wyślij sokoła z wiadomością. Nie mamy w bazie nikogo innego kto mógłby się tym zająć.

– Mogę ruszyć – zmusił się by wypowiedzieć te słowa, nie mógł wciąż wysłuchiwać tej promenady na cześć gówniarza. Miał wiedzę, doświadczenie, znał teren. Dlaczego nie mógł się wykazać.

Naczelnik zerknął nań z ukosa, spróchniałe usta lekko drgnęły.

– Biały Baran leży w dolnym kantonie, ma otwarte złamanie. Marmeluk wyruszył w tym samym kierunku trzy dni wcześniej, sokół prędzej dotrze do Aidana. Kidava pobiegła w tamtym miesiącu, nadal nie wróciła. Reszta również w locie. Kogo niby miałbym wysłać wraz z tobą?

A więc to tak, pomyślał zagryzając zęby i chowając zaciśniętą pięść. Już nawet nie wierzycie że potrafię, że nie potrzebuję wsparcia. Nawet ty, Ebeusie.

– Nie ma mowy bym puścił kombatanta sam. Po południu ruszysz wraz z naszą nową dwójką na północ. Chcę wiedzieć jak radzą sobie przy pokonywaniu wydm. I nie rób takich min. Dbam o was wszystkich jak mogę.

„Dbasz, o tak. Nawet nie wiesz jak się cieszę”. Atmarez poczuł jak ramiona i kark napełniają się gorącem, przyćmiewając myśli. Jeszcze jedna taka uwaga i zniknie stąd na zawsze.

– Póki masz czas, idź do sokolni i napisz co trzeba. Ptak powinien nadrobić odległość w przeciągu godziny. Zdąży zmienić trasę o czasie.

– Wątpię w to, aby zrezygnował ze Srebrnoroga. W jego życiu to pierwsza okazja aby na niego zapolować.

– Będzie musiał liczyć się ze mną. Pospiesz się Atmar, nie każmy klientom czekać.

Bez słowa ruszył w stronę wieży. Na samym szczycie cuchnęło ptasim łajnem, a także zdechłymi gryzoniami, jakie ich żywy pocztylion znalazł na zewnątrz. Przez wąskie okna wydrążone w piaskowcu wpadało niewiele światła, toteż większość lokatorów w ciszy przysypiała znudzona na grzędach. Atmarez podszedł do Sirocco, największego z obecnych sokołów i wcisnął mu niewielką karteczkę w kieszeń przy szponie. Wzniósł się zrozumiale i wyleciał na zewnątrz. Zawsze wiedziały do kogo się udać, wystarczyło szepnąć imię odbiorcy. Sirocco należał do gatunku zdolnego sypiać w locie, nie było więc mowy o opóźnieniu w dostawie. A Atmarezowi zależało by wiadomość dotarła jak najszybciej.

Bo jeśli Aidan nie wróci, nikt przecież nie dowie się że treść listu została odrobinę zmieniona.

***

Odbijał się rytmicznie od rozgrzanego piasku, wiatr przy akompaniamencie kroków pobrzmiewał w uszach. Nieprzenikniona wolność pustyni wypełniała jego umysł euforią i siłą. Nic tak przecież nie raduje człowieka, kiedy świat pozwala mu na wszystko. Raz jeszcze obejrzał się za siebie, upewniając co do pewnej racji. Kamienna Ostoja zniknęła na horyzoncie, co oznaczało jedno – oddalił się od domu na ponad trzydzieści kilometrów.

Teren zaczął się zmieniać, wydymać i zmieniać barwę. Jasnożółty granulat zastąpiony przez krwistą czerwień palił oczy, nieważne gdzie nie spojrzeć. „Nic nie szkodzi”, powiedział Aidan i zamknął oczy. Tylko on wiedział o swoim ukrytym talencie.

Wyłączył wzrok, czując jak do pozostałych zmysłów napływa świeży wigor. Nogi jeszcze mocniej odbijały się od powierzchni pustyni, do uszu docierały dalsze szmery wiatru. Skóra zajęczała na myśl o potężniejszej kąpieli słonecznej, lecz wiedział już dobrze, że nie ma się czym martwić. To tylko chwilowe odczucia, których skutki uboczne niewiele się różnią od naturalnych granic organizmu.

Nie mogąc spojrzeć na przeszkody czające się naprzeciw, zdał się na stopy i słuch. Po tym jak opadał piach mógł stwierdzić czy przed nim znajduje się przeszkoda, czy nie. Oczywiście, nie mógł w ten sposób dojrzeć ruchomego zagrożenia. Do tego służyły mu uszy, wyłapując najdrobniejsze dźwięki. O tej porze dnia skorpiony spały wraz z jaszczurkami, mrówki pozostawały w swych mrowiskach. Jeśli coś mogło go zaatakować, to jedynie wynaturzenia.

Na wschód od Ostoi dało się spotkać Aberracje przeróżnej maści. Od małych, wielkości kota, po monstra większe od wielorybów. Nigdy nie widział wieloryba, lecz musiał wierzyć na słowo, że bestia nie mieszcząca się w pomieszczeniu ćwiczebnym przelewała się przez te piaski, pożerając wszystko co się rusza. W tej chwili go to nie interesowało. Cel był tylko jeden, niezmienny.

Srebrnoróg.

Usłyszał znajomy pisk, odwrócił się przywracając przy okazji zmysł wzroku. Nie mylił się, sokół z poselstwem zbliżał się właśnie w jego kierunku. Stąd zdołał rozpoznać Sirocco, który wylądował na pobliskim głazie, wyciągając przed siebie pazur z listem.

Rozwinął zawiniątko i przeczytał zdyszany na głos. Nagłówek nie zaskoczył go w żaden sposób, domyślił się że chodzi o zlecenie z pierwszej kategorii. Był ostatnim z najlepszych jacy ostali się w bazie, nie było więc innych godnych podjęcia się zadania.

To co go zdziwiło znajdowało się poniżej. Jak ktoś napisał w rozwinięciu, Srebrnoróg zmienił trasę przemarszu, kierując się tym samym na południe, niedaleko pumeksowej doliny. Bardzo go to zdziwiło, jak przecież czytał w encyklopedii, Srebrnorogi zmieniają cel podróży tylko z jednego powodu – kiedy ktoś w okolicy zaburzy cyrkulację powietrza. Na przykład poprzez bardzo szybki bieg.

Uśmiechnął się szeroko. Wiadomość prawie na pewno przysłał mu Atmarez, piechur który znał Aidana od małego. Nie mógł powiedzieć o nim złego zdania, a ta wiadomość tylko upewniła go w jego intencjach. Zapewne poszedł porozmawiać z Obserwatorem, czy aby na pewno uda się w dobrym kierunku. Dobry z niego człowiek, pomyślał drąc papier. Zatem zmiana kursu z kwadratu szesnastego na trzydziesty siódmy.

„Srebrnoróg poszukuje zaburzeń wiatru, atakując wszystko co próbuje zmienić jego kierunek. To prawdziwy obrońca rubieży, strzegący równowagi pomiędzy nieożywionym ekosystemem, a wynaturzeniami, dążącymi do ekspansji swych legowisk. Najczęstszymi powodami ataków Srebrnoroga pozostają płaszczowce i cynojady. Nie atakują ludzi, niezdolnych do kontrolowania mas powietrza (wyjątek: patrz Sztukmistrzowie). W pewnym sensie potrafią przewidywać przyszłość. Swe trasy planują tak, by nie wpaść na przypadkową karawnę czy oddział konny. Wybitne jednostki potrafią przeżyć całe życie, bez jakiegokolwiek kontaktu z ludźmi. Uważają nas za niegodnych zaufania, izolując się na terenach nieucywilizowanych”.

Pamiętał ten fragment na pamięć. Jego treść napawała optymizmem. Tam gdzie się udaje, znajdzie albo istoty będące naturalnymi wrogami Srebrnoroga, albo coś nieziemsko szybkiego.

Pałał nadzieją na to drugie.

***

Przed południem zdążył dotrzeć do Oazy Calluma. Zboczył nieco z drogi, jednak nie mógł odpuścić rozmowy, w celu zdobycia informacji.

– Jestem niezwykle rad, sam Sokół odwiedził mój przybytek – Aidan uścisnął się z Callumem, czarnoskórym zarządcą niewielkiego wodopoju. Przy niewielkim bajorku otoczonym karłowatymi palmami, wylegiwały się dwugarbne wielbłądy.

– Ja również się cieszę. Co ciekawego tym razem niosą wydmy?

– Świat się kręci, Aidanie – zarządca pyknął z rzeźbionej fajki, zasiadając w głębokim siedzisku pośrodku namiotu. Cała oaza składała się na strefę mieszkalną, wypasu oraz niewolniczą, wszystko to zajęte przez podróżne jurty. W razie wyschnięcia źródła wody, z łatwością będzie można przenieść dobytek gdzie indziej. Od ponad dekady nie było takiej potrzeby.

– Od dawien dawna nie spotkało nas już nic interesującego. Żadna z moich trzech żon nie potrafi zaciążyć, a wątpię by wina leżała po mojej stronie.

– Potrzebuję wieści – zmienił szybko temat, starając się zrobić to tak, by nie urazić rozmówcy – W obserwatorium dostrzegli Srebrnoroga – Callum przerwał wdech w połowie, przyglądając mu się w bezruchu. Obłoczki leniwie powędrowały ku górze – Wszystko co znam, to kierunek. Początkowo zmierzał w stronę Ostoi, teraz nagle zmienił orientację. Czy w pobliżu nie znajduje się jeszcze jakiś piechur?

Zarządca oazy patrzył gdzieś przed siebie, głęboko pogrążony w myślach. Po dłuższej chwili wypuścił zawartość płuc i zwrócił się do mężczyzny spokojnym tonem.

– Porywasz się na pustynną burzę, Aidanie. Nie da się dogonić rozwścieczonego Srebrnoroga. Opowiadałem ci już o moim najstarszym synu, Khalebie. To było… siedem lat temu, jak dobrze pamiętam…

– Siedem i pół – poprawił go Wieczny Piechur.

– Może i pół. Wracał z Oazy Serpena, prowadząc muły juczne. W połowie drogi wpadł na niego dobrze wiesz kto. Nie było czego zbierać – zakrył dłonią przekrwione oczy – Musiałem pochować pusty grób. Pusty! I była to dla mnie nauczka! Największa w życiu. Dlatego ostrzegam cię, Aidan – wskazał go groźnie, ustnikiem od fajki – Nie będę zbierał twojego truchła. Przywodzi mi na myśl tamten dzień.

– Nie mogę zrezygnować. Zbyt długo na to czekałem. Siedem i pół roku.

– To wtedy ci o nim opowiedziałem. Niepotrzebnie, do dziś to za tobą chodzi. Zrozum w końcu, że nikt nie ma szans w starciu ze Srebrnorogiem! Jeśli zależy ci na rogach, odpuść z miejsca. Dorwać go w dwa tuziny nie jest proste, a co dopiero ty sam. Z jednym lagantem – wskazał na specyficzny, bardzo gruby kij stojący przy wejściu.

– Trzymam w nim wodę i nie tylko.

– Wróć póki możesz, tylko zdenerwujesz Ebeusa.

– Tu nie chodzi o rogi, Cal. To coś więcej.

Ciężka chusta zakrywająca przedsionek podniosła się, wpuszczając promienie słońca do środka, a na ich tle wątłą sylwetkę.

– Czy mnie słuch nie mylił? Srebrnoróg?

Mężczyzna podszedł bliżej przyglądając się Aidanowi. Czarne kręcone włosy, a także krzaczasta, zakrywająca usta broda, zdające łączyć się w jedną całość. Znak charakterystyczny Marmeluka, jednego z najlepszych piechurów w Kamiennej Ostoi. Oczywiście nie licząc Sokoła.

– Nie przesłyszałeś się – Callum wskazał niską pufę trzydziestolatkowi – Twój młodszy kolega zamierza złapać dziś jednego z nich.

– Nie chcę go złapać tyl…

– To się dobrze składa – Marmeluk rzucił swój lagant na dywan, zawartość zabulgotała cicho – Zabrałem ze sobą płynną rdzę, idealnie sprawdzi się przy tej pokrace. To co Aidan? Ty i ja, dzielimy się po połowie, ja jedną różę, ty drugą.

– Gdybym cię potrzebował, nie ruszyłbym sam – określił się, wstając – Poza tym nie chce tu tracić czasu. Nie powinieneś być aby w drodze powrotnej? – przewiercił towarzysza zawodu wzrokiem.

Marmeluk uśmiechnął się szyderczo, siadając najszerzej jak mógł.

– Jest tu pewna kobieta która mnie interesuje. Nie stać mnie na jej wykupienie, w końcu to niewolnica, ale odwiedziny nie są zakazane. Takie ładne srebrne różki mogłyby mnie w tej kwestii zbawić…

– Zapomnij – Sokół zadarł nos – Zboczyłem tu z kursu wyłącznie dla informacji. Skoro i tak nic się nie dowiem, ruszam dalej.

– Aidan – na te słowa Callum również zerwał się na nogi – na południu dostrzeżono cynojady, żadnych innych bestii. Nie okłamałbym cię w tej kwestii… nie! nie uciekaj!

Ale on już nie słuchał zarządcy, przewiesił lagant przez ramię i ruszył dalej, przebiegając lekko po mokrym piasku przy oczku. Z zapinanej kabury przy pasie wyciągnął niewielki, błękitny flakonik. Wyciągnął zatyczkę i wlał zawartość bez zatrzymywania w gardło. Nektarium niemal natychmiast wypełniło krępe ciało. Przerzucił nowe siły w uda, jeszcze bardziej przyspieszając bieg. Długimi susami wyskoczył na najbliższym wzniesieniu, znikając po drugiej stronie.

– Wysłać list do Ostoi? – Callum spojrzał pytająco na Marmeluka – Może nie wrócić.

Piechur spojrzał na pakunek ciśnięty w cień przed namiotem. Odzyskać co się dało z martwej karawany nie było trudne. Gorzej że cały ładunek ważył razem prawie dwadzieścia kilogramów, co strasznie spowolniło powrót. Nadal był w sile wieku, lecz każdy gabaryt przeszkadzał piechurom w biegu przez pustynię. Większość, tak jak Aidan, nosiła najprostszą odzież wraz z opierunkiem, ewentualnie lagant, zwany przez południowców „totemem”. Nie mogli sobie pozwolić na spowolnianie podróży, nawet gdy poruszali się nocą. Nektarium pozwalało znieść żar słońca, niestety nie na długo.

– Mam coś ważnego do przekazania – wskazał na pakunek – Naczelnik z pewnością ucieszy się na ten widok. Nie mogę iść za Abvernisem…

– Marm! – Callum podniósł głos, uciszając tłumaczenia. Pokazał zawartość sakiewki przewieszonej przez ramię, na co piechur westchnął głęboko.

– Dobrze, ale jeszcze jeden warunek: spróbujemy go schwytać. To nie musi być takie trudne, w lagancie…

Zarządca oazy spiorunował go wzrokiem i wcisnął sakiewkę w dłoń piechura. Ten przyjrzał jej się przez chwilę, podrzucił i cisnął na pakunek.

– Po drodze się nie przyda. Pobłogosław.

– Błogosławię – Callum wykonałem złączonymi dłońmi w powietrzu trójkąt, na co Marmeluk wykonał podobną figurę, łącząc krawędzie palców.

– Niech będą z tobą wszyscy Patroni.

– I Trójca, wraz z Majestatem.

– Biegnij – czarnoskóry mężczyzna klepnął go w ramię – Jest szybki, ale możesz to nadrobić po zmroku. Chcesz nektarium? Została mi fiolka czy dwie…

Zapewne nie zdążył usłyszeć pytania, gdyż rozpędzony pędził w tym samym kierunku co poprzednik. Callum zacmokał cicho, udając się do namiotu pierwszej żony.

– Kogo dziś nie spotkam, narwaniec i raptus.

***

Wraz z wczesnym zachodem słońca, pustynię wypełniło też lodowate powietrze. Aidan zabezpieczył się nieco wcześniej, przygotowując skromne posłanie w wydrążonej deszczem skale. Chrust i patyki musiały wystarczać na całonocne ognisko, przynajmniej nie musiał martwić się odpływem dla dymu. Przy użyciu odrobiny nektarium rozpalił iskrę, w kilka minut przerodzoną w nieśmiało trzaskający ogień. Starał się dozować podpałkę tak, aby płomień był w stanie wytrzymać całą noc.

Jutro w przeciągu dwóch godzin powinien dotrzeć do kwadratu trzydziestego siódmego. Rzadko uczęszczane miejsce, na obszarze czterystu kilometrów kwadratowych nie znajdowała się tam żadna ludzka ani zwierzęca osada. Coś musiało przyciągnąć Srebrnoroga w tym kierunku, niestety nie miał pojęcia co. Prognozy Obserwatora są przecież nieomylne.

Kolację zastąpił wzbogacaną wodą, ulokowaną w lagancie. Przez pewien czas wypełniała pustkę w żołądku, nie mógł uzupełniać braków samym płynem. Trzy, cztery dni i padłby, nieważne jak wiele by jej wypił.

Lagant służył poza tym jako broń obuchowa. Co prawda niektórzy z bardziej doświadczonych piechurów rozbudowywali swoje laganty, dodając między innymi wysuwane ostrza czy gniazda na kamienie hukowe. Na orężu Aidana znajdowały się jedynie drobne, pokrętne grawerunki i wydrapane „jedynki”. Odznaczał w ten sposób ile był w stanie najwięcej przebiec przez jeden dzień. Sto siedemdziesiąt jeden wydrapanych jedynek pokrywało fragment przy pokrywie na wodę.

Wstał wcześnie rano, nie mogąc dłużej spać. Grzbiet słonecznej korony ledwo wyjrzał zza pofałdowanej linii wydm, kiedy Sokół wyskoczył ze swej kryjówki i ruszył dalej. Marmeluk szpiegujący jego ruchy półtora kilometra dalej nie zdążył zareagować, wyruszając pół godziny później. Gdyby nie oczywiste ślady stóp, wyruszyłby zdecydowanie później.

„Po co się na to zgodziłem”, pytał sam siebie, wbiegając pomiędzy wyrastające z piasku skały. Ich obły, wypłukany deszczem kształt sprawiaj, że wolał nie ryzykować wejścia na tak gładką strukturę. Był sprawny, ale nie głupi. W pobliżu czają się cynojady. Zostać obiadem jednego z nich było ostatnią rzeczą o jakiej marzył.

Widząc jak pejzaż rozszerza się, ukazując dolinę w depresji, przyspieszył.

***

Coś było tutaj nie tak, w powietrzu wisiało niebezpieczeństwo.

Aidan pochylił się nad regularnymi śladami, prawdopodobnie trzech wielbłądów i czegoś ciągniętego za nimi. Istniała szansa że to zagubieni nomadzi przewozili ze sobą rannego i ciągnąc go na noszy. Problem w tym że obrany kierunek zupełnie nie pasował do rozmieszczenia osad. Najbliższym ucywilizowanym punktem była osada Calluma, oddalona ponad dzień drogi stąd. Jeśli kierowali się na południe, mogli ujrzeć jedynie odległe góry i jałowiznę. Bite dwa tygodnie ciągłej jazdy nim opuszczą pustkowie.

W głowie Sokoła zrodziły się dwie możliwości. Bandyci albo dezerterzy.

Ściągnął z pleców lagant, wypijając pozostałą wodę do dna. Przy pasie pozostała mu już tylko jedna fiolka z nektarium. W przypadku wykrycia, modlił się w duchu by nie byli uzbrojeni.

Odciski prowadziły kilka kilometrów, wprowadzając Aidana z powrotem między skalne przesmyki. Kiedy ściany wzniosły się, przypominając wyciągnięte z formy pagórki, zdołał usłyszeć rozmowę dochodzącą z naprzeciwka. Nie rozpoznał bełkotu, z całą pewnością kłóciło się tam dwóch ludzi. Ostrożnie zbliżył się do niziny, z której dochodziły dźwięki. Ze ślepej uliczki skrytej we wciąż długim cieniu, ujrzał kilka jucznych wielbłądów i kłócących się ze sobą najmitów.

Dwaj głośno wymieniali między sobą zdania, trzeci leżał zwinięty w kłębek na zakrwawionym materiale, pojękując i drżąc. Widząc że sytuacja jest patowa, wyszedł zza węgła mówiąc łamanym mekhmerskim.

Znał podstawowe znaczenie słów, nic więcej. Czasem musiał spytać o drogę i to w zasadzie wystarczało w kontaktach z tymi ludźmi. Składał wyrazy najlepiej jak potrafił, starając się uspokoić zdrową dwójkę. Powoli, bez utrudnień językowych postarali się wytłumaczyć mu swą sytuację.

Ghelak, jak przedstawił się najstarszy, wracał wraz ze swoimi synami z oazy Bahdiego, rozpalając wieczorem ognisko na wzgórzu. Syn Ghelaka, Asztal, wrócił z przechadzki biegiem, mówiąc że znalazł w piasku coś dziwnego. Tu wskazał na duże, większe od ludzkiej głowy jajo, umieszczone wygodnie pośród szmat na dromaderze. Aidan pobladł z miejsca.

– Wy idioci – powiedział już w potocznym marchijnym, aby nie mogli go zrozumieć – Ukradliście dziecko cynojada. Matka za nic nie odpuści poszukiwań, jeśli feromony…

Odrzucił obu pchnięciem i zbliżył się do jaja, dokładnie obwąchując. Smród przypominający rybie łuski i spalone mięso przerósł spocony bok wielbłąda.

Aleif, sha’r mas ir minu – tłumaczył dalej Ghelak. Przecież jeden ich zaatakował. Ranił ciężko młodszego syna Firbaka, powodując ciężki krwotok na wysokości wątroby. Na szczęście był to czający się w pobliżu samiec, wśród cynojadów jedynie samice na wylęgu posiadają pełne gruczoły jadowe. To było trzy dni później, widocznie jakiś łowczy oddalił się od stada w poszukiwaniu ofiary. Całe szczęście że ojciec dysponował sprawnym szamszyrem. Wtedy dopiero zorientowali się jak niebezpieczne jest to miejsce. Jechali szukając schronienia, a to zbiorowisko skał było jedynym co widzieli z daleka.

– Więc w panice nawet nie wiedzieliście gdzie jedziecie. Osada Calluma jest na północ stąd, mocno zboczyliście z kursu. I na co wam było to jajo? – wskazał oskarżająco na Firbaka, którego temblak zdążył już stwardnieć i nabrać czarnego koloru.

Bumaer sheleif at khmar! ­– Asztal powiedział zadowolony. No tak, chodziło oczywiście o pieniądze. Na targu egzotykami często pojawiali się alchemicy i badacze, słono płacący za takie znaleziska. Dobrze wiedzieli że wystarczyło pozbyć się jaja, ale dla Ghelaka widocznie były rzeczy ważniejsze niż zdrowie rodziny.

– Powiem wam tylko że kwestia kilku, kilkunastu dni a będzie nic nie warte – starał się jak najlepiej przełożyć te słowa na mekhmerski – Nie wysiadywane pisklę po prostu zdechnie. Cała skorupa popęka i zgnije od środka, nic nie warta nawet dla wygłodzonego nędzarza – Kucnął ściągając lagant i przyglądając uważnie fiolce z nektarium. Cynojady zaatakują, to było pewne, nie wiedział tylko kiedy. Rozbicie jaja nic nie da, feromony uwolnią się jeszcze bardziej. Pozostało ruszać, mając nadzieję że zaatakują za dnia.

Pomógł pozbierać się nomadom i w ciągu kilkunastu minut byli już w drodze do oazy Calluma. Na miejscu z pewnością dostaną pomoc i opierunek, pod warunkiem że zrobią coś z tym jajem. A Ghelak przez cały czas bronił własnym ciałem zdobyczy, jak gdyby zależało od niej przeżycie. Wyrzucić nie pozwolił, rozbić też. „Nie pomagasz mi”, wnętrze Aidana zapłonęło, spotęgowane przez bezchmurne niebo. Nie zamierzał walczyć z całym stadem.

Kiedy wyjechali z powrotem na pusty, niczym nie pokryty obszar, Aidan ujrzał w oddali zbliżający się punkcik. Biegł w tak charakterystyczny sposób, że mógł się o rękę założyć iż był to jeden z piechurów Ostoi. A kawałek dalej…

Pół tuzina czerwonych cynojadów przecinało piaski pustyni, zbliżając się do nieświadomego zagrożenia Marmeluka.

***

Właśnie zdał sobie sprawę że popełnił błąd, kiedy ujrzał wielbłądy wyłaniające się zza skalistych występków. Sądząc po lagancie na plecach, był wśród nich Aidan. Cholera, tyle z pozostania niezauważonym. Nie będzie robił z siebie błazna, po prostu podbiegnie do niego i wytłumaczy całą sytuację.

Odległe sylwetki zaczęły nabierać kształtów, kiedy On – Sokół – ruszył z impetem w jego stronę. Zdziwiony podniósł spoconą brew nie rozumiejąc. Dlaczego miałby ruszyć gwałtem na Marmeluka, co za sprawa niecierpiąca zwłoki nie pozwalała mu zaczekać?

Machał prawym ramieniem jak szalony na odlew, krzycząc coś niezrozumiałego przez wiatr. Rój pszczół? Nie, w tym miejscu to niemożliwe. Chodziło o coś innego. Podbiegł jeszcze trochę i zdał sobie sprawę, że palec wskazujący Aidana kierował cały czas w ten sam punkt.

Odwrócił głowę w lewo i ujrzał czerwony kształt zbliżający się pod piaskiem.

Łuskowany pysk wystrzelił w powietrze, starając się złapać w ścisk głowę piechura. Marmeluk na szczęście uskoczył, padając tym samym na rozgrzany piach. Cholera, nawet nie zauważył zbliżającego się cynojada. Gdzie podział się stary wigor?

Odbił się na nogi sprężynując i ujmując lagant w obie dłonie. Właśnie dostrzegł jak pustynne poczwary okrążają go pod suchym piaskiem, zataczając symetryczny okrąg.  Żadnej przerwy czy miejsca na postawienie stopy. Wężopodobne bestie odcinały swemu posiłkowi drogę ucieczki, nie zdając sobie sprawy z kim mają do czynienia.

Piechur wyciągnął zębami korek i wypił nektarium. Eteryczna siła wypełniła ciało, dając sobą władać. Jak każdy szanujący się piechur przekierował większość nowej energii w nogi i plecy, po czym wykonał skok, odbijając się od swego laganta z szerokimi krawędziami.

Żartobliwie nazywano go „Kolumną”, takową przecież przypominał kształtem. Ręcznie zmodyfikował broń będąc jeszcze w trzeciej kategorii. Teraz stała się jego przedmiotem rozpoznawczym. Szerokie główki miały jedną, zasadniczą zaletę – celne uderzenie zazwyczaj pozbawiało napastnika przytomności.

Dotknął stopami terenu poza okręgiem, co cynojady wyczuły niemal natychmiast. Przerwały szyk, zamykając piechura z powrotem w środku.

– O wy gnidy – Marmeluk przybrał szerszą postawę, łapiąc Kolumnę oburącz – Zaraz wam spłaszcze te krzywe pyski.

Drugi cynojad wyłamał się z okręgu i rzucił z rozwartą paszczą. Mężczyzna był gotowy. Błyszczące zęby pękały po kolei przy kontakcie z lagantem. Ogłuszony drapieżnik padł bezruchu pod nogami piechura. Dawno już nie miał okazji lepiej się im przyjrzeć.

Z wyglądu przypominały kilkumetrowe, czerwone węże, o długich szerokich pyskach i głęboko osadzonych, złotych oczach. To co je wyróżniało od reszty podobnych gadów, płaszcz, powiewający wraz z wiatrem. Swego rodzaju opoka wyrastała zaraz za łbem i ciągnęła się mniej więcej do połowy długiego cielska. Dzięki temu cynojady mogły z taką gracją poruszać się przez suche morze. Dodatkowo niektóre okazy posiadały krótkie łapy, nie do końca wiadomo po co. Marmeluka to nie obchodziło.

Wystarczyło że pozostała piątka nadal nie odpuszczała.

Aidan biegł w jego stronę, kurczowo trzymając swój lagant. Marmeluk postanowił grać na zwłokę i ponownie wyskoczył z okręgu, odbijając się od Kolumny. Wyczulone na ruch piasku bestie dezorientowała kończyna takich kształtów, wolały pozostać w miejscu niż ruszać na nieznane.

Miał właśnie wylądować po udanym skoku gdy coś poszło nie tak. Czerwony ogon świsnął, ścinając Marmeluka w piszczelach. Zanim padł głucho na glebę, zdążył wykonać podwójny przewrót. Nie ruszał się, krąg wężowców zacisnął swe sidła po raz kolejny.

– Nie! – ryknął Aidan rzucając swym lagantem jak oszczepem. To była straszna głupota, lecz nie miał innego pomysłu by odwrócić uwagę od ranionego towarzysza. Dywersja zadziałała, jeden z cynojadów wyłamał się z szyku i wystrzelił w stronę Sokoła. Rozkraczył nogi, gotów do uniku w odpowiednim kierunku. Bestia musiała wyczuć zamiary, zawróciła po czym starała się okrążyć mężczyznę od strony pleców. Nie miał jak się odwrócić, przed nim nadal krążyły dwie pary tych poczwar.

Postanowił zużyć całe wypite nektarium na jeden ruch. Przeniósł wszelkie siły w nogi i pobiegł przed siebie, wyciągając ramię w kierunku Kolumny. Usłyszał jak cynojad zbliża się do niego od tyłu, pozostała czwórka nadal krążyła, wiedząc że nie ma wyjścia.

Przeskoczył przez ruchomy okrąg, czerwona głowa wystąpiła za nim spod piachu. Dla tych bestii był teraz jedynie bezbronną, wciąż ciepłą strawą na najbliższy tydzień. Nic bardziej mylnego.

Złapał Kolumnę, podniósł na wysokość mostka, otworzył dolna pokrywę i zamachnął nią na odlew. Ze środka wypłynęła brunatna, kleista substancja, pokrywając cynojady w natarciu.

Płynna rdza zasyczała przy kontakcie z łuskami, przez co bestie zaczęły tarzać się w piachu, próbując zrzucić morderczy fluid. Aidan postanowił wykorzystać sytuację i zbliżył się do nieprzytomnego piechura.

– Marm! – trzasnął go w twarz, na co ten wykrzywił się z bolesnym grymasem. Jeszcze jeden plask i brodaty towarzysz otworzył oczy, wracając do świadomości.

– Co się… – wychrypiał, drapiąc leniwie głowę. Widok obłych ciał wijących się dwa metry obok przypomniał mu o patowym położeniu.

– Masz jakiś nóż? Trzeba będzie je dobić.

– Niestety, nic nie brałem. Bierz lagant i wal we łby, póki są ogłuszone.

Aidan wziął z powrotem swój oręż, wzniósł go nad głowę i uderzył. Coś chrupnęło, ostatni tik przeszedł przez podłużne ciało, ruch ustał. Sokół rozejrzał się i zdał sobie sprawę, że tylko cztery cynojady padły ofiarą jego ataku.

Samica wyłoniła się właśnie za nim, rozwierając na ile mogła paszczę.

Marmeluk poczuł ciężar w barku, kiedy drobne zęby wbiły się w rosłe ramię, wprowadzając jad. Trucizna wypłynęła z gardzieli niedoszłej matki, pokrywając skórę i wywołując potworny ból.

– Ghaaaa! – starszy piechur próbował się odwrócić by zdzielić niedoszłą matkę, jej cielsko było jednak za ciężkie. Aidan odwrócił się, zorientowawszy w sytuacji ruszył na pomoc. Ogon cynojada niczym bicz wystrzelił spod piasku, uderzając chłopaka w twarz. W uszach zahuczało, momentalnie spoczął na plecach, patrząc nieprzytomnie w niebo. Szkarłatniało z każdą chwilą coraz szybciej. Krew ze skroni zalała oczodoły, nie mógł otworzyć powiek. Dawno nie czuł się tak słaby.

To koniec pomyślał. Koniec mój, Marmeluka i tej rodziny nomadów. Dopiero teraz pożałował swojej decyzji. Nie dlatego że ruszył samowolnie na łowy.

Naraził niewinne życia innych.

Gdzieś niedaleko w charakterystyczny sposób obsunął się piach. Po sykach rozpoznał że nadciąga reszta stada cynojadów. To rzeczywiście sytuacja bez wyjścia. Spowolnił oddech, nadal nie mogąc odzyskać poczucia równowagi. Tak bardzo chciał wstać i coś zrobić. Wspaniały Sokół nie może odejść w ten sposób.

Marzył o lepszym końcu.

Marmeluk już ucichł, jego ciało uderzyło o piach, samica cynojada zeszła ze swej ofiary i zbliżyła powoli do Aidana. Poczuł nieprzyjemną szorstkość, kiedy dotykała łuskami jego głowy. Chciał zapłakać ale łzy nie mogły znaleźć ujścia. Wszystko wokół było czerwone. Coś żrącego skapnęło mu na ramię, wżerając w skórę. Ciemny kształt szczęki przesłonił słońce.

„Przynajmniej zapamiętają mnie jako najlepszego”, pomyślał osuwając się w ciemność.

Blask. Przemknął przez warstwę krzepnącej krwi, przebił ściśnięte powieki i dotarł do oka. Wszystko przez chwilę pojaśniało, po czym ogłuchł. Sparaliżowany dotyk informował go jedynie że wokół jego nieruchomego ciała piach sypie się w jedną i drugą. Tam na górze trwała straszna szamotanina, przez ziemię przechodziły fale wywołane zderzeniami ciał. Co chwila ktoś stąpał, coś upadało.

Zdał sobie sprawę z własnej siły. Od czegoś miał mokre usta. Oblizał wargi i rozpoznał alkoholowo-octowy posmak. Nektarium.

Przetarł twarz ramieniem, zdając sobie sprawę z ciszy jaka wokół zalegała. Ciało jednego z cynojadów rzuciło kilkanaście metrów dalej. Pod plecami czuł żółć płynącą z przepołowionego osobnika.

Leżał tak może dwie minuty, a wiele stracił.

– Marm! – doczłapał na czworaka do swego towarzysza, obejmując go z płaczem. Na skutek zatrucia prawe ramię mężczyzny wyglądało jak wyschnięte, zmumifikowane. Szerokie nozdrza nie nabierały powietrza. Został sam.

Coś dużego klepnęło go pod barkiem. Poczuł ciepły oddech, przynoszący dreszcz. To nie był wielbłąd Ghelaka, ani pozostały cynojad. Ani też koń, czy inne zwierzę juczne.

Odwrócił się i zapłakał jeszcze rzewniej.

***

Obudził się kilka godzin później, czując zimno. Leżał w cieniu skały, nomad pochylony nad nim szeptał coś w swoim pierwotnym języku. Uderzył się mocno w czoło, starając przypomnieć ostatnie wydarzenia.

Marmeluk. Tak mnie wołają. Wyruszyłem w ślad za Sokołem, Wiecznym Piechurem, próbując sprowadzić go z powrotem. Broniliśmy się przed atakiem cynojadów. Jeden z nich ugryzł mnie w ramię. Padłem… ciemność…

Impulsywnie poderwał się, uderzając ramieniem nomada i przewracając. Jakimś cudem żył.

– Aidan!!!- ryknął przez złączone dłonie. Echo zawróciło kilka razy wśród skał. Niebo zdążyło zmienić kolor na pomarańczowy, wszystko stało się jakby ciemniejsze. Wybiegł z meandra w jakim się znajdowali, ujrzał pośrodku drogi świetlisty poblask i ludzką sylwetkę obok. Podszedł bliżej nie wierząc własnym oczom.

Aidan gładził po pysku Srebrnorożca. Prawdziwego, dumnego Srebrnorożca.

– Jak!? – spytał sam siebie, padając na ten widok na kolana.

Był cały srebrny, wręcz metaliczny, miał pewnie ze trzy metry wzrostu, nie licząc poroża. Bardzo przypomniał jelenia, pospolite leśne zwierzę jakie znał z podręczników. Ten tutaj wydawał się strasznie masywny, szerokie kopyta uderzały co chwila o piach, wielki łeb pochylony potulnie nad Aidanem, dawał się pogodnie gładzić.

Spojrzał raz jeszcze na koronę. Wystarczyło aby ułamał tylko fragment tego poroża… a mógłby nie pracować przez wiele lat.

– To prawda co pisali w encyklopedii – Aidan odwrócił się, dopiero teraz zauważył jak silny blask emituje te mityczne stworzenie. Aura już teraz obejmowała najbliższych kilka metrów średnicy. Zaprawdę, majestatyczne stworzenie – Srebrnorożce szukają najszybszych. Więc znalazł mnie. Przyszedł w porę by pomóc.

– W porę? – Marmeluk spytał zdziwiony – O mało nie zginąłem!

Aidan zaśmiał się, drapiąc istotę pod okiem. Rana zadana mu przez cynojada zaczynała się przy oku i przecinała poziomo twarz. Nie wydawała się groźna.

– Rozniósł wszystkie cynojady w jedną chwilę. Nawet nie wyobrażasz sobie jak jest szybki.

– Wiesz co robić, Aid. Obcinamy poroże i wracamy. Pół na pół, rozmawialiśmy wcześniej.

Spojrzało na niego z powagą, nawet Srebrnorożec wydawał się poruszony tymi słowami. Zacisnął stanowczo powieki i charknął.

– Nie będziemy nic zabierać Marm. Ani zabijać. Nie po to go szukałem. Nadal mają przed nami jakieś tajemnice. Spójrz – wskazał na masywny tułów istoty. Piechur przyjrzał się. Miał rację.

Przez Srebrnorożca przewieszono gładki, skórzany pas, na bokach przyszyto kabury bez wiązań. Wyglądało na to że ten Srebrnorożec uratował ich, przynosząc w ten sposób medykamenty. W odsłoniętej torbie zdołał zauważyć jakiś proszek leczniczy.

– Nadal masz przed nami wiele do ukrycia, co? – spytał się swego wybawcy, przykładając czoło do pyska. Srebrnorożec zdawał się emitować jeszcze bardziej.

– Co chcesz zrobić? – Marm spytał niepewnie, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Aidan spokojnie odpowiedział:

– To co zawsze chciałem. Ty wrócisz z tymi ludźmi do oazy Calluma, a stamtąd z powrotem do Ostoi. Powiesz że nie udało ci się mnie spotkać i wróciłeś. Ci ludzie mogą potwierdzić.

Ghelak pokiwał twierdząco głową, gładząc jajo zawieszone na wielbłądzie.

– Chodziło mi o ciebie! Masz czego chciałeś!

– Jeszcze nie – spokój z jakim mówił wydawał się niepokojący – Dopiero zaczynam podróż. Chce dotrzeć tam gdzie nie postawił stopy nikt inny.

– To znaczy? – piechur przez chwilę nie zrozumiał, po czym do niego dotarło – Ale… chyba nie mówisz… na Wschód?

Pokiwał twierdząco głową i odwrócił się. Szedł pierwszy, Srebrnorożec stąpał kawałek za nim. Wyszli z powrotem na otwartą dolinę. Słońce dotknęło już krawędzi horyzontu, stado ptaków rzuciło z oddali swój cień. Gdzieś pośrodku kotliny zdołał zauważyć porozrzucane szczątki cynojadów. Ta istota poradziła sobie z nimi bez problemu.

– Pozdrów ode mnie Rimanę gdy wrócisz – puścił mu oko – Niech nie traci nadziei.

– Nadziei?

– Moja podróż dopiero się zaczyna – poprawił spodnie w pasie i pochylił tak jak na starcie do biegu długodystansowego. Marmeluk wiedział we wnętrzu, że dzieje się właśnie coś ważnego.

– Będę cię pamiętać.

– Spokojnie, przecież wrócę – uśmiechnął się – Może jutro, może pojutrze… może gdy już osiwiejesz.

Podparł się Kolumną i zaśmiał gardłowo. Poczuł że będzie mu czegoś brakowało.

Nie Aidana, przynamniej bezpośrednio. Chodziło o coś innego, to coś co łączyło w nim innych mieszkańców Ostoi.

Niepowstrzymana chęć rozwoju, próba dogonienia najlepszego, a przynajmniej zrównanie się z nim choć w jednym, elementarnym aspekcie. Rozwój, który nigdy się nie kończył.

– Pozdrowię wszystkich – powiedział na pożegnanie – A w szczególności Atmeraza, z pewnością będzie miał co przemyśleć.

Aidan ruszył, wzbijając za sobą tumany piachu. Srebrnoróg przyglądał mu się w bezruchu, jego poświata stawała się coraz mocniejsza wraz z nadchodzącą nocą. Był już oddalony od nich o jakieś dwieście metrów. I wtedy mistyczny jeleń postawił przed sobą kopyto.

Ciśnienie wokół jak gdyby zapadło się, Srebnoróg wzniósł swe ciało na kilka centymetrów w górę i wystrzelił. Srerbna poświata została jeszcze przez chwilę, przypominając spadającą gwiazdę. Marmeluk musiał zasłonić się ramieniem, wirujące drobinki cięły skórę i raniły w oczy.

Zrównali się niemal po sekundzie, piechurowi z miejsca opadła szczęka. Linia prosta w wydmie była idealna, siła i prędkość z jaką poruszył się do przodu… to rzeczywiście legendarne stworzenie.

Ruszył tak, gotów na więcej, stronę nieznanego. Ciemniejąca pustynia nie była domem dla stworzeń dnia, lecz z tak doborowym towarzystwem nie musiał się niczego obawiać. Srebrnoróg nie czekał na Aidana, po prostu lewitował dalej. Chłopak podświadomie wiedział dokąd biec. Prowadziło go światło.

Patrzył tak jeszcze długo, aż zniknęli za horyzontem. Wschód… zawsze wydawał się pociągający i w pewnym sensie magiczny. Zaczął zazdrościć mu tej podróży, chodź powinien skupić się na czymś innym, ważniejszym.

Bo kiedy wróci, będzie jeszcze szybszy, jeszcze potężniejszy. Różnica pomiędzy pierwszą kategorią a nim znów się poszerzy, tworząc zamieszanie w niższych blokach.

Marmeluk nie czuł się zdołowany. Wreszcie zrozumiał o co w tym wszystkim chodzi. Aidan wcale nie był najlepszy. Zdobył to wszystko ciężką pracą i masą wyrzeczeń. Gdy inni odpoczywali, on biegł. I biegł i biegł i biegł…

Właśnie sobie coś postanowił. Od jutra zacznie przyjmować więcej zleceń. I to tych najodleglejszych. Też będzie biegł i biegł…

Ale przede wszystkim czekał. Wyszczerzył zęby, wyobrażając sobie jak jego rywal porusza się z taką prędkością, jak Srebrnoróg. Na myśl przychodziło mu tylko jedno zwierzę.

Sokół.

Koniec

Komentarze

– Je­steś pe­wien? – spy­tał nie­pew­nie At­ma­rez… – Nie brzmi to najlepiej.

Może: – Je­steś przekonany? – spy­tał niepewnie At­ma­rez

 

Cięż­ko dy­szał, echo nio­sło się przez skal­ną za­bu­do­wę. – Co to jest skalna zabudowa?

 

Pla­kiet­ka z mo­sią­dzu trzę­sła ner­wo­wą nicią i gwoź­dziem… – W jaki sposób plakietka trzęsła nicią i gwoździem? Dlaczego nić była nerwowa?

 

zgo­lo­ny na łyso. W ku­lu­arach żar­to­wa­no, że je­dy­ne włosy jakie po­sia­dał wy­ra­sta­ły nad brwia­mi… – Nad oczami rosną brwi; jakie włosy wyrastały nad brwiami kogoś ogolonego na łyso?

Gdzie znajdowały się kuluary, w których żartowano?

 

Aidan nigdy nie robił sobie nic z ką­śli­wych uwag i za­cze­pek. Robił co mu­siał… – Powtórzenie.

 

Czte­dzie­ści ki­lo­me­trów dzien­nie uwa­żał za dobry dy­stans dzien­ny… – Literówka i paskudne powtórzenie.

 

– To głu­po­ta – sta­rał się spro­sto­wać Aida­na – Nawet jeśli wiesz… – – To głu­po­ta.Sta­rał się spro­sto­wać Aida­na. – Nawet jeśli wiesz

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Zajrzyj do tego wątku: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

z tym że ów fi­gu­ra mie­rzy­ła ja­kieś dwie­ście me­trów w górę. – …z tym że owa fi­gu­ra mie­rzy­ła ja­kieś dwie­ście me­trów wysokości.

Figura jest rodzaju żeńskiego.

 

At­ma­rez drep­tał prze­stra­szo­ny coraz szyb­ciej za So­ko­łem… – Co to znaczy, że Atmarez był przestraszony coraz szybciej?

Proponuję: At­ma­rez, prze­stra­szo­ny, coraz szyb­ciej dreptał za So­ko­łem

 

Aidan stał nad okrą­głą dziu­rą w skale. Czer­wo­ny blask po­ran­ka od­bi­jał się od wszech­obec­ne­go pia­chu i wpa­dał do dziu­ry… – Powtórzenie.

 

– Wie­rzę w siłę pu­sty­ni, twoje umie­jęt­no­ści rów­nież. Zgad­nij do któ­re­go z tych dwóch pod­cho­dzę scep­tycz­niej. – Ponieważ siłaumiejętności są rodzaju żeńskiego, ciekawi mnie, kim są ci dwaj, o których mowa w drugim zdaniu.

 

Wra­zie czego osprzęt uzu­peł­nię po dro­dze.W ra­zie czego osprzęt uzu­peł­nię po dro­dze.

 

Tak jakby osto­ja bło­go­sła­wi­ła swych miesz­kań­ców wraz z wy­ru­sze­niem na łowy. – Ze zdania wynika, że mieszkańców błogosławili ostoja i wyruszenie na łowy.

Raz piszesz Ostoja, innym razem ostoja; czy chodzi o ten sam obiekt?

 

na­czel­nik po­dra­pał się siwej po­ty­li­cy… – Pewnie miało być: …na­czel­nik po­dra­pał się po siwej po­ty­li­cy

 

zmu­sił się by wy­po­wie­dzieć te słowa, nie mógł wciąż wy­słu­chi­wać tej pro­me­na­dy na cześć gów­nia­rza. – Nie wiem, co miałeś na myśli pisząc to zdanie, ale sugeruje byś sprawdził w słowniku znaczenie słowa promenada.

 

Wybacz, Ashkhanie, ale wysłuchiwanie promenady na cześć gówniarza zabiło mnie.

Publikowanie fragmentu to bardzo zły pomysł. Mało kto lubi czytać kawałki opowiadań albo części powieści. Przebrnęłam przez jedną czwartą tekstu i ciągle nie wiem o co w nim chodzi. Starałam się, niestety, poległam.

Wykonanie woła o pomstę do nieba – zlekceważona interpunkcja, źle zapisane dialogi, fatalnie konstruowane zdania, powtórzenia, literówki, błędy ortograficzne i inne usterki, z pewnością nie ułatwiają lektury.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za konstruktywną krytykę, kiedy znajdę czas poprawię cały tekst.

Nowa Fantastyka