- Opowiadanie: eN Ka - Serce lasu. Rozdział 1: Vade mecum, Kaeri

Serce lasu. Rozdział 1: Vade mecum, Kaeri

Pierwszy rozdział dłuższej historii, książki. Publikuję tu po raz pierwszy, więc proszę o wyrozumiałość.

Oceny

Serce lasu. Rozdział 1: Vade mecum, Kaeri

Chodź, szeptał miękki, delikatny głos. Chodź ze mną, Kochana.

 

Z każdej strony otaczał ją gęsty, rozległy las. Poruszała się w ciemności – ogromne korony drzew nie przepuszczały światła słonecznego. Ich pnie niemalże drżały pod wpływem dotyku drobnych, zimnych dłoni. Pod stopami szeleściła gruba warstwa runa.

 

Vade mecum.

 

Prawie nieodczuwalny szum wiatru lekko poruszał listkami, delikatnie łaskotał policzki. Z biegiem czasu robiło się coraz chłodniej, o czym świadczyła gęsia skórka na odkrytych przedramionach. Nogi powoli zaczynały odmawiać jej posłuszeństwa. Zboczyła nieco z głównego traktu, po czym przysiadła przy jednym z drzew. Oparła plecy o grubą warstwę miękkiego mchu. Ciszę zakłócała jedynie komarzyca, uparcie krążąca w okolicach jej uszu. Dziewczyna szybko jednak zrezygnowała z bezsensownego wymachiwania rękami. Kropla mojej krwi dla przeżycia gatunku.

Pomyślała o nim, przeczuwała, że żyje. Nie była pewna, czy na nią czeka.

Zasnęła w rytm szeptów rozbrzmiewających wciąż w jej głowie. O świcie znów wydobędą się z głębi lasu.

 

Vade mecum, Kaeri. Chodź ze mną, Kochana.

 

******

Usłyszała szelest wydobywający się zza krzaków. Długie, zajęcze uszy zdradziły tożsamość ich właściciela. Widziała go całkiem wyraźnie, co oznaczało, że korony zaczynały się przerzedzać.

Suchy kaszel przypomniał jej o dokuczającym od wczoraj pragnieniu. Pocieszył ją więc widok zwierzęcia, który świadczyć musiał o znajdującym się w pobliżu wodopoju. Znalazła go jednak nieco później, niż się spodziewała.

Cudowny napój miał smak miodu i pocałunku. Odczuła kojącą rozkosz i ciepło w ustach, przepływające przez przełyk do żołądka. Zaczerpnęła kolejny raz i dokładnie obmyła twarz. Uczucie było tak przyjemne, że postanowiła zanurzyć się cała.

Długie, brunatne spodnie wraz z luźną, kremową koszulą, wysokim, wygodnym obuwiem i bielizną porzuciła obok skórzanej torby zaraz przy brzegu. Powoli zanurzyła palce u stóp, następnie kolejne części ciała w równie ślimaczym tempie. Aż zadrżała, gdy woda otuliła ją od nóg po samą szyję. Rozpuściła długie, jak dotąd spięte w kok czarnobrunatne włosy, by rozpłynęły się po powierzchni. Staw był na tyle płytki, że bez trudu stanęła na dnie, nie zanurzając głowy.

 

Zapomniała. O tym, dlaczego tu była, dokąd podążała. Odchyliła głowę do tyłu, opierając ją o brzeg. Zamknęła oczy, w jej umyśle zamieszkała próżnia. Nie słyszała już szeptu.

Pisnęła przeraźliwie, aż podskoczyła z przerażenia. Z głębokiego letargu wyrwało ją coś śliskiego, co otarło się o jej udo. Rozkosz ustąpiła chłodnej świadomości, co wyjątkowo ją zirytowało. Usiadła na brzegu, wykręcając włosy, by wycisnąć z nich wodę. Zorientowała się, że przyjemne ciepło wciąż otulało każdy fragment jej ciała. Musnęła palcami policzki, następnie przejechała dłonią od klatki piersiowej do bioder i ud. Skóra, ku jej zadowoleniu, stała się gładka i miła w dotyku.

Włożyła odzież na wciąż jeszcze mokre ciało. Słodki zapach nadal dało się odczuć, szczególnie we włosach. Usiadła przy brzegu, wydobyła z torby malutki grzebyk i delikatnie przeczesała splątane kosmyki. Postanowiła zostawić je rozpuszczone, dopóki nie wyschną. Z prawej strony założyła włosy za ucho o wyraźnie spiczastym końcu.

 

Ponownie zajrzała do torby, wydobywając małą buteleczkę. Pochyliła się lekko, napełniając ją do pełna cudownym napojem. Zakręciła porządnie i ukryła na dnie sakwy.

Rozejrzała się dookoła. Wyraźna smuga promieni słonecznych, wydobywająca się spomiędzy najwyższych gałęzi drzew, oświetlała staw, nadając mu złotą barwę. Nieco dalej dostrzegła niewielką warstwę opadłych, żółtych liści. Zastanowiła się, czy mogło mieć to związek z rozleglejszym niż gdzie indziej prześwitem. 

Wstała zwinnie, by zbadać tamto miejsce. Czuła się nieco niekomfortowo przez przyklejone do wciąż mokrego ciała ubranie. Rozgrzebała stertę liści w nadziei, że znajdzie coś interesującego.

Poczuła mocne ukłucie w palec prawej ręki. Szybko odsunęła dłoń, po której zaczęły spływać kropelki czerwonej cieczy. Włożyła palec do ust, by zatamować krwawienie.

Delikatnie przywróciła liście do dawnego porządku, by nie budzić zwierzęcia ze snu. Miała nadzieję, że to nie jeden z tych gatunków, których mechanizmem obronnym mogła być trująca substancja zawarta w kolcach. Na razie nie dostrzegała żadnych tego objawów.

 

Znów naszła ją ochota, by wykąpać się w stawie, z trudem jednak odsunęła tę myśl. Czując jeszcze na sobie resztki kropelek wody pomyślała, dlaczego ta rozkosz wydała jej się znajoma.

To iluzjaStudnia bez dna, próżnia, brak przestrzeniJakbym szukała spełnienia przedwcześnie.

 

Wycie wilka. Dałaby głowę, że pochodziło z zewnątrz, co by oznaczało, że znajdowała się na skraju lasu.

Krążyła, podążając w przypadkowych kierunkach. W końcu dostrzegła bezsensowność takiego działania i spróbowała określić strony świata. Smuga światła wydobywała się wciąż z jej prawej strony, co oznaczało, że musiała iść w przeciwnym kierunku, potem zaś nieco odbić na południe przy prowizorycznym drogowskazie. Wiedziała, że nie powinna była sugerować się informacją, która została na nim zamieszczona.

Ledwie dostrzegła w półmroku chwiejącą się drewnianą tabliczkę z prawie nieczytelnym napisem. Jednak dobry wzrok wciąż jej służył, z łatwością więc rozszyfrowała tekst. Napisany był w starokontynentalnym języku, a oznaczał mniej więcej:

 

Pan Lasu czuwa. Zawróć przed znakiem wilka.

 

Usłyszała wycie. Ale doszedł ją też szept, będący zaproszeniem. Obawiała się, czy faktycznie przemówi, czy ją przyjmie.

Nawet nazwał dziewczynę Kaeri - Kochana, co było ogromnym wyróżnieniem. Musiała mieć dar. Musiała być kolejną wyróżnioną po Ean Kaeri, Dobrotliwej Pani.

Chciała wiedzieć, co oznaczały słowa szeptane w nieznanym jej, wyjątkowo brzmiącym języku. Nie przypominał żadnej kojarzonej przez dziewczynę odmiany starokontynentalnego. Brzmiał obco. Aen Tre, Pan Lasu, najwyraźniej pamiętał odległe czasy, w których jakieś istoty posługiwały się zupełnie odmienną mową.

 

Tempus fugit, Kaeri. Czas ucieka, Kochana.

 

Zgodnie z wcześniejszym zamierzeniem odbiła nieco na południe. Ociepliło się odrobinę, mogła więc podwinąć rękawy u koszuli. Ponownie spięła włosy, tym razem w koński ogon. Wciąż pachniały słodyczą.

O dziwo nie zmęczyła ją około dwugodzinna, monotonna wędrówka. Słońce chyliło się już ku zachodowi, wiedziała więc, że powinna była odpocząć. Wieczór okazał się ciepły, nie musiała więc narzucać kurtki, schowanej w ciągu dnia w torbie.

Półsiedziała, oparta o niewygodny pień, pokryty znikomą warstwą mchu. Spojrzała w górę i zatęskniła za widokiem rozgwieżdżonego nieba. Nagle las wydał jej się więzieniem, rodzajem pułapki, z której nie ma powrotu.

Znów dopuściła do tego, by pomyśleć o nim. Jak niespodziewanie pojawił się w jej życiu, tak równie niespodziewanie zniknął bez śladu. Nie zdradził nawet swego imienia – często jednak przyłapywała się na tym, że w myślach nazywała go Iogaireacht, czyli Wrażliwy. Takiego go zapamiętała, a samo imię w jej mniemaniu idealnie pasowało.

To z tym imieniem na ustach zasypiała każdej nocy.

 

*******

Obudziło ją uporczywe swędzenie na policzkach. Wiedziała, że drapanie nic nie pomoże, jednak nie mogła się powstrzymać. To samo poczuła na przedramieniu. Przeraźliwe dreszcze przeszły przez całe jej ciało, gdy dostrzegła w tym miejscu paskudną wysypkę.

Zaklęła, przypominając sobie ukłucie przez jeża. Mogła się domyślić, że objawy zatrucia nie nastąpią natychmiastowo.

Z początku otępiała, z chwili na chwilę zaczynała wpadać w coraz większą panikę. Z uporem maniaka drapała kolejne swędzące części ciała, co tylko pogłębiało ból.

Pomyślała o słodkiej wodzie, która mogłaby okazać się lekarstwem. Szybko wydobyła z sakwy buteleczkę z napojem, odkręciła korek i wylała kilka kropel na przedramię. Oprócz znikomo miłego uczucia, napój w żaden sposób nie poskutkował. Wzięła malutki łyk do ust, przyjemne ciepło dostało się do żołądka. Poza tym jednak nic.

Schowała twarz w dłoniach, zanosząc się płaczem. Wysypka swędziała coraz bardziej, doprowadzając ją do coraz gorszego stanu, już nie tylko psychicznego. Poczuła przeszywający chłód i ból mięśni. Zwinęła się w kłębek, dopiero po chwili przypominając sobie o kurtce. Ta okazała się jednak niewiele pomocna.

Leżąc w bezruchu i trzęsąc się z zimna, straciła poczucie czasu. Choć fala rzewnego płaczu minęła, po jej policzkach wciąż spływały pojedyncze łzy.

 

Pomóż mi, Aen Tre. Pomóż Dobrotliwej Pani.

 

Od razu dostała odpowiedź na majaczenia.

 

Sustine et abstine, Kaeri. Znoś cierpienie i panuj nad sobą, Kochana.

 

Wzięła głęboki oddech i powoli wypuściła powietrze. Powtórzyła to kilka razy, by nieco się uspokoić. Oparła dłoń o pień i ostrożnie podniosła się z ziemi. Cudem uniknęła upadku, gdy na moment zakręciło jej się w głowie.

Włóczyła się powoli, opierając o każde drzewo. Ból przeszywający prawie każdą część ciała zdecydowanie utrudniał marsz. Chwiejące się nogi co chwilę odmawiały posłuszeństwa. Z trudem powstrzymywała łzy, lecz obiecała sobie, że będzie dzielna. Długie rękawy kurtki i koszuli uniemożliwiały drapanie wysypki, ta jednak wciąż stanowiła dodatkową niedogodność.

Uświadomiła sobie, że nie była pewna właściwego kierunku – jak dotąd szła na oślep, byleby tylko podążać naprzód. Zaczęła przyglądać się pniom drzew w poszukiwaniu mchu. Szybko, lecz z niemałym trudem dostrzegła zamglonymi oczyma zieloną warstewkę po prawej stronie. Przyjęła z ulgą fakt, że podążała we właściwą stronę.

Czuła, jak stopniowo ulatywały z niej resztki sił. Już któryś z kolei raz potknęła się o leżącą na trakcie gałązkę lub kamień, za każdym razem mając coraz więcej trudności z powstaniem. Nie wiedziała, czy zapadały ciemności, czy też tylko jej obraz przed oczami osuwał się w mrok.

 

Już niedaleko, Kaeri. Wytrzymaj, Kochana.

 

Za którymś razem nie była już w stanie się podnieść, podążała więc na czworakach. Zaciskała zęby z bólu, który sprawiały wbijane do dłoni drobne kamienie i gałązki. Zaczęła kaszleć, jej ciało coraz bardziej drżało. Poczuła, jak kropelki potu spływały po skroni.

Przez przymknięte powieki dostrzegła chyba dotychczas najjaśniejszą świetlistą smugę. Widok był coraz mocniej oślepiający – im bardziej się zbliżała, tym więcej umykało jej wzrokowi. Do oczu wdzierały się tylko złociste promienie.

Poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. W ostatnim przebłysku świadomości dostrzegła pogodną twarz mężczyzny.

 

Koniec

Komentarze

Jeśli to nie jest skończone opowiadanie, bądź uprzejma zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładnie napisane.

Zastanawiam się w jakiej konwencji jest ten tekst. Bo jeśli to fantasy, to łacińskie wyrażenia i terminy takie jak: telepatia, litr i zainfekowany należą do współczesnego słownika i trochę nie pasują.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Cały ten rozdział to w zasadzie rozciągnięta w czasie scena błądzenia dziewczyny po lesie, urozmaicona kąpielą w stawie. Nie wiem kim jest bohaterka, nie wiem skąd i dokąd zmierza, nie wiem kogo chce odszukać i dlaczego. O co tu chodzi?  

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia – nadużywasz zaimków, niektóre zdania są zbudowane dość nieporadnie, miejscami szwankuje interpunkcja.

 

Uczu­cie było tak przy­jem­ne, że po­sta­no­wi­ła za­nu­rzyć się w ca­ło­ści. – Raczej: Uczu­cie było tak przy­jem­ne, że po­sta­no­wi­ła za­nu­rzyć się cała.

 

Nieco dalej wi­dzia­ła nie­wiel­ką war­stwę opa­dłych, żół­tych liści. Zdzi­wił ją nieco ten widok, nie­wi­dzia­ny ni­g­dzie in­dziej. – Powtórzenia.

 

Po­czu­ła mocne ukłu­cie w palcu pra­wej ręki.Po­czu­ła mocne ukłu­cie w palec pra­wej ręki.

 

Le­ża­ła pół­sie­dzą­co, opar­ta o nie­wy­god­ny pień… – Raczej: Półle­ża­ła/ Półsiedziała, opar­ta o nie­wy­god­ny pień

 

Scho­wa­ła twarz w dło­niach, za­le­wa­jąc się pła­czem. – Raczej: Scho­wa­ła twarz w dło­niach, zanosząc się pła­czem. Lub: Scho­wa­ła twarz w dło­niach, za­le­wa­jąc się łzami.

 

Włó­czy­ła się po­wo­li, pod­pie­ra­jąc o każde drze­wo.Włó­czy­ła się po­wo­li, opie­ra­jąc o każde drze­wo.

Podpieramy się czymś, np. laską; o coś możemy się oprzeć.

 

Długi rękaw kurt­ki i ko­szu­li unie­moż­li­wiał jej dra­pa­nie wy­syp­ki, ta jed­nak wciąż sta­no­wi­ła do­dat­ko­we unie­do­god­nie­nie. – Kurtka i koszula miały po dwa rękawy, razem cztery, więc: Długie rękawy kurt­ki i ko­szu­li unie­moż­li­wiały jej dra­pa­nie wy­syp­ki, ta wciąż sta­no­wi­ła dodatkową niedogodność.

 

Szyb­ko, lecz z nie­ma­łym tru­dem do­strze­gła przez za­mglo­ne oczy zie­lo­ną war­stew­kę po pra­wej stro­nie. – Raczej: Szyb­ko, lecz z nie­ma­łym tru­dem do­strze­gła zamglonymi oczyma zie­lo­ną war­stew­kę po pra­wej stro­nie.

Patrzymy i widzimy oczyma, nie przez oczy.

 

Za któ­rymś razem nie była już w sta­nie się pod­nieść, po­dą­ża­ła więc na czwo­ra­ka. – …po­dą­ża­ła więc na czwo­ra­kach.

 

Za­ci­ska­ła zęby z bólu, jaki spra­wia­ły wbi­ja­ne do dłoni drob­ne ka­mie­nie i ga­łąz­ki.Za­ci­ska­ła zęby z bólu, który spra­wia­ły

 

Przez przy­mknię­te oczy do­strze­gła chyba do­tych­czas naj­ja­śniej­szą świe­tli­stą smugę. – Przymykamy powieki, nie oczy, więc: Przez przy­mknię­te powieki do­strze­gła

 

Po­czu­ła czy­jąś dłoń na swoim ra­mie­niu. – Zbędny zaimek. Czy mogła poczuć dłoń na cudzym ramieniu?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za cenne uwagi, zapamiętam je na przyszłość. Co do treści, tekst stanowi bardziej formę prologu, wprowadzenia do większej całości, stąd tyle niedopowiedzeń. 

Skoro uwagi okazały się przydatne, bardzo się cieszę. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka