- Opowiadanie: AlissCarroll - O tym, jak Śmierć nie siała śmierci

O tym, jak Śmierć nie siała śmierci

Będzie dużo o Śmierci. I wprost śmiertelnie strasznie!

Tylko dla Czytelników o mocnych nerwach.

 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

O tym, jak Śmierć nie siała śmierci

Śmierć lubiła machać kosą, niczym diabły biczami, czyli często i z ochotą. Strzelała sobie tu i tam, raz padał na glebę chłop, raz król, a czasem królik, zależy czy syn ojca czy ojciec sam. I nie powstawali z tej ziemi ci, co spadli raz, a dobrze. Zombiaków wtedy ludzkości nie znano, Śmierć dawała radę wszystko powalić. Snajperka z niej była cwana, w oczodołach miała zamontowane lasery, namierzające cel w nanosekundę. Skuteczność najskuteczniejsza, jeszcze się taki nie znalazł, co by niczym lisek chytrusek, czmychnął z jej pola rażenia. I widzenia, w sumie, też nie. Jak podjęła decyzje, co leżały rozsypane stosami po śmiercionośniej podłodze (tak, tak, wszędzie były wyroki ostateczne, niczym sąd, ten co miał być i ponoć będzie, ale jeszcze nie nadszedł Ten Dzień, co miał przyjść), szła na spotkanie wybranemu człowiekowi, i raz, dwa, czasem trzy machnięcia kosą, sprawa załatwiona niczym wizyta biskupa w buduarze. Szybko i z satysfakcją.

Nikt nie wiedział, bo nikt nie miał jak, ale Śmierć od czasu do czasu świętowała urodziny. Samiusieńka niczym psia kostka zakopana na uroczysku. Wszyscy bali się do niej przychodzić, bo była brzydka jak noc, a i w dzień też nie było lepiej. Do końca życia pamiętała, jak raz któryś z jej trupków wyzionął z duchem, że widzi anioła. Śmierć wtedy zarumieniła swoje kości policzkowe i w drodze wyjątku, zmieniła kierunek działań, dając niedoszłemu trupkowi szansę powrotu do życia. Żywy już trupek, jak na prawdziwego syna marnotrawnego przystało, wkrótce napatoczył się na Śmierć ponownie, gdy tonąc w otchłaniach bimbru, zatonął również w rzece. Anioła już nie było, więc i drugiej szansy na życie też nie.

W każde pełne smutku urodziny, Śmierć lubiła od początku przypominać sobie historię własnych narodzin, którą jacyś wędrowni nudziarze kiedyś zapisali w księdze, umarli i nazwali Testamentem. Śmierć rozpierała duma z tego, że każdy wiedział kim była i skąd się wzięła, ale oczodoły zalewały lasery łzami, na samą myśl o tym, że nie dostaje życzeń, ani kartek z osiołkami i dużą osiemnastką na przedzie, tortów w kształcie genitaliów czy też nie degustuje z chłopakami w parku wina marki patyk. Rozpacz była tak głęboka, że sięgała najgłębszych otchłani dna jej szkieletu, od czubka czaszki po same paliczki stóp.

Nadeszła wiekopomna decyzja. Śmierć postanowiła w nadchodzące urodziny zaanonsować się u Tego, co ją stworzył i pożądać bezwzględnie decyzji cofającej jej status osoby, zadającej śmierć kosą. Zebrała z podłogi kawałki żeber, te zawsze odpadały, jak mocniej nabierała oddechu w płuca, poxipolem przyczepiła leżącą na skraju podłogi nogę, dorwała się kosy i ruszyła drogą w kierunku, w którym ta prowadziła.

A droga była ciemna i groźna. Grzmiało gdzieś obok, a Śmierć sunęła w powietrzu i robiła rekonesans, gotowa na zadanie ciosu kosą. Stanęła przed złotym pałacem z marmuru i wśliznęła się szybkim krokiem na sam szczyt, patrząc jak horyzont oddala się od niej, coraz bardziej i dalej. Stuknęła w mosiężne drewniane drzwi dwa razy, bo trzeci wydał się jej być nieobyczajny i nobliwie niestosowny. Wrota otwarły swe czeluści, a Śmierć ruszyła przed siebie do przodu, aż dotarła do sali tronowej, gdzie tronu nie było. Popatrzyła pustym wzrokiem na Tego i rzekła, gromko się śmiejąc:

– Chcę mieć urodziny!

– Ale ty nie żyjesz, a nieżywa nie powinnaś żywić chęci świętowania tego, co świętowali ci żywi, którzy żyli, zanim stali się martwi! – Śmiech Tego rozległ się dookoła niczym grzmot, toczący się nad łysym polem, utkwił pod powałą sufitu i uderzył rykoszetem w uszy Śmierci.

Śmierć poczuła, jak Ten zaskoczył ją odpowiedzią i zbił z tropu prowadzącego do osiągnięcia upragnionego celu. Nie poddała jednak wszystkich swoich sił i w końcu rzuciła mu ultimatum, pomagając sobie drugą ręką:

– To sam zajmuj się umieraniem. Odchodzę, i jak wyjdę stąd, to wiedz, że wyjdę i nie wejdę! – zagroziła, a lasery w oczach powoli zaczynały mimowolnie kierować swój promień ku Temu.

– Jak zawsze rozmowa z tobą przynosi mi naręcze wściekłości i mam chęć rzucać wszystkim, czym popadnie!

– To rzucaj. Dawaj urodziny z prezentami i nie dyskutuj, bo każde twoje słowo przemawia przeciwko tobie!

– Zrobiłaś się bezczelna.

– Co to jest czelno? – zapytała bezwiednie Śmierć i na chwilę ogarnął ją nieprzenikniony spokój. Zaraz jednak zmiarkowała, po co przywiodła tu swe kości i rzekła:

– Masz czas do momentu, aż machnę kosą dwadzieścia razy. I dwudziesty będzie ostatnim z ostatnich. Potem przestanę dla ciebie pracować, a ty poszukasz sobie zastępcy, który nie będzie tak dobry, jak ja! Bo Śmierć jest tylko jedna! – I wyszła tędy, co się pojawiła wcześniej.

__________

Minął dzień po dniu, a Śmierć uśmiercała w śmiercionośnym machnięciu kosą dwudziestą personę, która była kobietą równie starą, że mogła konkurować ze Śmiercią, bo tyle wieku nosiła na karku. Po skończonej rychło robocie, Śmierć zapakowała kosę w brezentowy papier, w który kiedyś owijała kanapki przed wyjściem na łowy i usiadła znudzona, głęboko zapadając się lekkim ciałem w stary fotel. Nie lubiła kanapek owijanych w brezentowy papier, dlatego elokwentnie zdecydowała się nie jeść wcale.

Czekała. Czekała i czekała. Mijała noc za nocą, dzień szedł za dniem, krokiem wolnym, a ona niczym nieżywa, siedziała bez ruchu w tym samym fotelu, co zawsze, bo innego nie miała. W magicznej kuli do patrzenia na ludzi, widziała co się działo, jak nie pracowała. Mnożyli się ludziska niczym szarańcza z plag egipskich, miejsca powoli im brakowało, a staruchy łamali się w kościach, tak byli bardzo starzy. Ludzi było coraz więcej i więcej, tak dużo, że Grawitacji nie starczało sił, aby trzymać ich za nogi i część spadała z Ziemi, po czym dryfowała po Wszechświecie, bo przecież śmierci nie było. Wszechświat bardzo się zdenerwował na nieproszonych gości, krzyczał na Grawitację, ale nie można było temu zaradzić, taka tragiczna anomalia się zrobiła. Generalnie, Śmierć ów anomalny tragizm miała daleko w miednicy, gdzieś koło kości ogonowej. Gnieździł się tam i gnieździł, ale nawet w toalecie wyjść nie chciał.

Mijały lata za latami, rok za rokiem, i tak leciały prosto kolejno, jeden miesiąc za miesiącem. Śmierć siedziała nad miską kaszy manny, tej, co spadała z nieba. Codziennie wychodziła po nową porcję, a jak chciała być kapryśna, to zbierała kapryfolium. Zostawiała na polach folium, a kapry zabierała ze sobą.

Aż ciężkimi krokami nadszedł Ten Dzień. Walił do drzwi, drzwiami i oknami, które czasami nosił ze sobą na plecach. Śmierć układała właśnie kapry na półce, ale Ten Dzień przerwał jej pracę. Otworzyła mu i wpuściła do środka.

– Okna i drzwi zostaw za drzwiami – przykazała.

Ten Dzień, widać był dzisiaj Złym Dniem, bo minę miał jak Mars. Śmierć pamiętała Marsa, i bardzo go nie lubiła, bo miała zawsze po nim kosę pełną roboty. Zły Ten Dzień bez pytania grzmotnął w fotel, ten jeden, co stał i odezwał się:

– Krótka piłka, bo tej długiej nie wziąłem. Albo się uspokoisz i zaczniesz siać śmierć, albo urodzin nie będziesz miała wcale, jakem Ten Dzień.

– Przejmująca groźba, ubawiłam się śmiertelnie, ale nie. – Rzuciła ciętą ripostą tak, że Ten Dzień ledwie uchylił się przed jej ostrzem. – Mają być baloniki, tort i goście, wtedy zrobię wam takie żniwa, że będziecie musieli zastosować płodozmian.

Ten Dzień rozchmurzył się trochę, ale kilka chmur nadal przetaczało się nad jego głową.

– Nigdy cię nie lubiłem, zawsze stwarzasz problemy – Zły Ten Dzień warknął w stronę Śmierci. – Zgadzam się tylko, bo jak ty nie siejesz śmierci, to ja też nie mogę nadejść, bo często „ten dzień” to Dzień Żniw. Nie siejesz, nie ma Tego Dnia, a Ta Noc śmieje mi się w twarz, bo teraz to ona ma na własność pole, nie tylko do popisu. Jej też nie lubię, ale dostaje pół Doby. Ta Noc ma „do” rana, a ja wolę resztę, „by” być. Widzimy się Jutro, jak z nim pogadam na ten temat. Szykuj kości na tańce łamańce i kości dla gości, bo wyczuwam, że Tego Dnia rozegramy parę partii pokera.

_________

Śmierć przygotowała wszystko, czego życzył sobie Ten Dzień. Miała ciastka sezamowe, jednorazowe kubeczki i plastikowe widelce. A nawet czapeczki na gumce. Nie pozostało jej nic innego, jak czekać, aż nadejdą goście.

Pierwszy pojawił Ten Dzień, jak zwykle, kiedy dzieje się coś ważnego. Przybył też Jutro z Wieczorem i oboje usiedli za stołem, który mógłby pomieścić cały Tydzień. Noc jak zwykle zapowiedziała, że się spóźni i będzie bardzo późno, bo ma randkę z Rankiem.

Śmierć witała wszystkich ciastkami sezamowymi, które kładła na stole i uśmiechała się do nich promiennie, jak zawsze, kiedy z Rankiem wychodziła na łowy. I wtedy zagrzmiało, zawiało, pojawił się Ten, co ją stworzył. Wynurzył się z nicości otchłani, niczym coś z czegoś.

– Wszystkiego najlepszego, droga Śmierci – odrzekł Ten, nie wiedząc, czego życzyć komuś, komu zdrowie nie jest potrzebne, a ze szczęściem nie wiedziałby, co zrobić.

Śmierć wyglądała na wzruszoną, na ile pozwolił jej niewzruszony układ kości czaszki. Ale widać było, że trzęsła się jak w febrze, na co Jutro wyjął zza pleców sznur z balonami, które poleciały do góry, niczym kolorowe obłoki, jak na prawdziwych kinderurodzinach w amerykańskich rodzinach, z cadillacami i ogrodami. Śmierć patrzyła na nie ze łzami w swych laserowych oczach, tkliwością w sercu i myślała o kolorowych M&M’sach, które dzieciaki zawsze dostawały na urodziny.

M&Msy też były. To Wieczór, nadchodząc ze sobą, zabrał kilka torebek, bo wiedział skąd inąd od Tego Dnia, że Śmerć lubi M&M’sy.

Tego już było za wiele. Śmierć wyjęła zza płaszcza kawałek brezentu, co się ostał po starej kosie i kanapkach, i zamaszystym ruchem otarła oczodoły, widząc jeszcze gorzej przez masło, które zostało na brezencie. W myślach, niczym Pitagoras, dodała do swojej Listy Nienawiści Kanapek kolejny argument, że mają masło, które zostaje na oczach, niczym u tej ślepej Miłości głupota.

– Jestem śmiertelne wzruszona! Spełniliście moje marzenia o urodzinach!

Ten Dzień uśmiechnął się szeroko, widać był dzisiaj w dobrym nastroju:

– Nie było wyjścia, ale na tym nie koniec.

Na stole pojawił się tort – cały pięknie udekorowany, z jedną świeczką.

– Bo to twoje pierwsze… takie prawdziwe – dodał Ten, co ją stworzył.

– I mogę pomyśleć życzenie? – Śmierć skakała na jednej nodze, tej, co miała ją lepiej sklejoną poxipolem, a poły płaszcza falowały niczym Dunaj nad modrym brzegiem swoim.

– Możesz, ale poczekaj na Noc, bo chciała przy tym być. Pierwszy raz będzie świętować radość z pojawienia się ciebie.

Potem wszyscy razem zaczęli śpiewać Nieskończoności Lat, skakać i tańczyć dookoła, aż w końcu nadeszła Noc i zastała ich tak, jak wiedziała, że na pewno będzie. Hasali przed chatką Śmierci niczym rusałki nad jeziorami, z tym, że Śmierć musiała od czasu do czasu zbierać kości z ziemi, w międzyczasie jedząc M&Ms’y, a Wieczór powoli był zmęczony i zabierał się do odejścia.

– Nadeszłaś w końcu, niczym ciemności egipskie, droga Nocy. Zaraz właściwie wypowiem życzenie, a jutro już wrócę do pozostawionej odłogiem roli życia, jakem Śmierć zrodzona do tego. I znowu będę z Rankiem zgarniać z trawy rosę, co jej nie lubię, bo mi kosa od niej rdzewieje.

Śmierć szybkim ruchem gałki ocznej uruchomiła laser prawy i zapaliła świeczkę, płomieniem wiejącą, niczym wicher szarpiący różne rzeczy, kiedy wieje. Pół świeczki uległo rozkładowi, co jak po niektórzy po robocie Śmierci, ale drugie pół, to większe, tliło się lekko niczym iskierka nadziei, która jeszcze nie zgasła. Rozległo się odliczanie, zaczął Ten Dzień, ale od jeden, więc musieli zacząć od początku. Także pierwszy liczył Wieczór, bo miał najpierw najszybciej wyjść. Zaczęli od siedem, ale przy sześć przeszli do trzy, bo stwierdzili, że nie zdążą, zanim świeczka się wypali, a zostało jej już mniejsze pół.

– Chciałabym być wszędzie mile widziana, jak połówka czystej na suchej imprezie – szepnęła Śmierć.

I dmuchnęła hardo z całych płuc, trzymając żebra, a oddech jej świszczącym dźwiękiem melodyjnie ugasił ów płomyk mniejszej połowy z tych dwóch, tej świecy. Rozległ się okrzyk radości i gromkie brawa, niesione echem po niebie, niczym radość i wesele dzwonów kościelnych. Ogólnie zaczęła się właściwa część urodzin, ta, przed którą mali jubilaci zawsze idą spać i bawią się już rodzice.  Ten Dzień przeczuwał, że będzie grubo, gdy na parkiet pod otwartym niebem wkroczyły tancerki rozmiaru beczek do kiszenia kapusty.

Będzie, będzie zabawa! Będzie się działo! I znowu Nocy będzie mało…! – podsumował tylko.

Zanim bachantki miały rozpocząć taniec, jak to miały w zwyczaju, gdy ktoś im za to płacił, to Noc postanowiła wkroczyć na środek trawnika, bo też miała dla Śmierci prezent i wręczyła jej go prosto do ręki, która wyciągnięta, łatwo sięgała do jej ramienia. Pudełeczko nie było ładne, było takie, jak być powinno w urodziny – pełne kolorowych kwiatków, misiów i baloników z różową wstążką dookoła, związaną na kokardę, której i tak nigdy nikt nie rozwiązuje, a jedynie tnie nożycami, albo ściera szkliwo, bo zęby są bardziej pod ręką. Tudzież szczęką. Śmierć zaklaskała śródręczami i machnęła nożem po kokardzie, zamaszyście, aczkolwiek z gracją pełną lekkiej ignorancji i niby niechęci, że na ten prezent nie czekała. Po czym zręcznie zaczęła odwijać papier, była wprost śmiertelnie ciekawa, co kryje się w pudelku.

Na dnie za dużo nie było, ale wcale jej to nie zdziwiło, bo za wiele się nie spodziewała. Podniosła do ręki leżącą karteczkę, sztywną niczym umarlak z kostnicy, a tam złotym pismem wygrawerowano piękne litery, układające się w fantazyjne słowa:

 

Zaproszenie dla Śmierci:

Na Wakacyjne Żniwa!

W chatach biedaków i pałacach królów.

Ilość osób nieograniczona.

W zestawie miesięcznym: M&M’sy oraz wejścia na sianokosy.

Warsztaty ostrzenia klingi gratis.

 

Zbyt wiele wzruszeń jak dla Śmierci, zbyt wiele radości. Schowała złoty karnet za pazuchę, niczym bilet do fabryki Willy’ego Wonki, przytuliła kosę, nadal zawiniętą w brezent, i uśmiechnęła się bezzębnym uśmiechem.

– Zatem wracasz? – zapytał Ten.

– Wracam. A ze mną wszystko wróci Tam, gdzie przede mną było.

– Daj spokój, nie chcesz wiedzieć, co TAM się działo, zanim się pojawiłaś.

– W sensie?

– Sensu to wtedy nie było. Była masa. Taka, której nie ogarniałem.

Śmierć na znak udawanego zrozumienia skinęła głową, nie pytając o nic więcej Tego, co ją stworzył, tylko wyłapując czerwone M&M’sy, bo te lubiła najbardziej ze wszystkich kolorów. Chociaż czasem krew robiła się prawie fioletowa.

W sumie fiolet też był spoko.

Koniec

Komentarze

grafomańsko poprawnie, jeden wątek i sporo znaków

Ignorancja to cnota.

Fajny miałaś pomysł na Śmierć co się obraziła na wykonywanie swoich podstawowych obowiązkowych czynności, bo nie miała urodzin. Zaimponowała mi stanowczość Śmierci oraz to, że jak powiedziała, tak nie robiła, a jak nie robiła to się zrobił bałagan taki, że można powiedzieć urwanie głowy z nim było, chociaż tak naprawdę to go nie było, tego urwania głowy, tylko tak się mówi że było, bo Śmierć postanowiła mieć bezrobocie. No ale jak się tak zastanowić, to wszystko się dobrze skończyło, bo spełniło się to urodzinowe marzenie Śmierci a także innych uczestników uroczystości i wszystko wróciło się do normy, czyli do ciachu, ciachu kosą kiedy trzeba, chociaż umazaną masłem z brezentu od kanapek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kurczę, mam wrażenie, że pomysł jest zbyt ciekawy na Grafomanię. Wprawdzie zakończenie bardzo proste, ale nie mogę przestać myśleć, że to mógłby być ciekawy tekst, gdyby nie został celowo popsuty.

Babska logika rządzi!

KatastrofVII, dziękuję za poświęcenie czasu na lekturę. To mój pierwszy tekst na taki konkurs, zatem nie chciałam sobie utrudniać debiutu. ;)

 

regulatorzy, dziękuję, komentarz w sam raz! :)

 

Finklo, bardzo wielkie dzięki, być może kiedyś do tego tekstu wrócę, kto wie… :)

Follow the White Rabbit!

Nowa Fantastyka