- Opowiadanie: Shagga - Magiczny tor

Magiczny tor

Formuła 1 ma szczególne miejsce w moim sercu. To nie tylko coś, co leci w telewizji. To sport, który posiada piękną i dramatyczną historię, a skoro lubię pisać, dlaczego by nie połączyć dwóch pasji?

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Magiczny tor

Chcesz wiedzieć, jak było naprawdę? Doskonale. Powiem ci wszystko, jak na spowiedzi. Danny Mortensen nigdy nie kłamie. Stary jestem, ale umysł wciąż mam świeży. Teraz, gdy usunąłem się w cień, chętnie zrzucę to brzemię. Mam tylko jeden warunek. Nie przerywaj mi, bo zamknę jadaczkę i wyjdę.

 Nie mówiłem o tym nikomu, głównie ze względu na to, że będąc popularnym musisz rozważnie paplać. Hieny tylko czekają na potknięcie. Powiesz coś nie tak i ani się obejrzysz, jak zrobią z ciebie wariata. Przeżują, obgryzą kostki do cna i wyplują jak ścierwo. Grunt, że dobry materiał, no nie? Potem, na najbliższej konferencji siedzisz jak idiota i dementujesz. Rączki na blacie, głupia mina, jakby ktoś wsadził ci mikrofon w…  Nieważne. Siedzisz i mówisz to, co przekazali ci PR–owcy zespołu. Jednym słowem mydlisz ludziom oczy, ale na durnia i tak zdążyłeś wyjść. Dlatego właśnie, przez te wszystkie lata zachowywałem tę historię dla siebie. Cieszyłem się, kiedy wszyscy łyknęli, że to był po prostu mój błąd. Wolę, żeby tak zostało. Proszę cię więc: słuchaj, zapamiętaj ile się da, a później stul dziób.

Przejdźmy w końcu do konkretów. Jest cholerne lato, cholernego dwutysięcznego roku, na cholernej Monzy. Wiesz jak Włosi nazywają tę pętlę? La Pista Magica, co znaczy magiczny tor. Myśl co chcesz, ale skubańcy mają rację.

Pewnie nie pamiętasz szczegółów sezonu dwa tysiące. Nic dziwnego. To było czterdzieści osiem… Nie, siedem. Czterdzieści siedem lat temu. Postaram się opisać ten nieszczęsny rok.

Jeździłem wówczas w Jaguarze, z Johnnym Herbertem w drugim aucie. Wszyscy ciężko pracowaliśmy, ale jak to w życiu bywa, dobre chęci nie wystarczyły. Bolid, choć ładnie pomalowany, był kupą złomu. Debiut zespołu to seria porażek. Dopiero na Imoli, nasze samochody ukończyły wyścig. Ja na siódmej pozycji (tuż za punktami, szał), Johnny jeszcze dalej. Krótka euforia i kolejna seria porażek. Do Austrii nie pojechałem ze względu na stan zdrowia. Wolałbym o tym nie mówić, jeśli łaska. Tobie też to pasuje? Wiedziałem, że się dogadamy.

Na czym skończyłem? Aha, Austria. Zastąpił mnie Luciano Burti. Słyszałeś kiedyś o nim? Nie martw się, ja też nie. Prawdę mówiąc, niewielu wiedziało, kim był. Tym większym szokiem była informacja, że w przyszłym roku zastąpi on Johnny’ego. Nastroje w zespole pogorszyły się. To było do przewidzenia. Johnny to miły gość, a do tego świetny kierowca.

Dwa dni później kwalifikacje we Włoszech. Obaj osiągnęliśmy czasy w drugiej dziesiątce. Ciężko spodziewać się lepszych wyników, skoro jeździliśmy zdezelowaną puszką w ładnej oprawie. Michael na pole position – wiadomo.

W końcu nadszedł dzień wyścigu. Dzień, jak co dzień. Nie był to mój pierwszy start. Ładna pogoda, bezchmurne niebo. Warunki idealne. Wyjazd na pola startowe i wysiadka. W pewnej chwili nawiedziła mnie myśl, że możemy dzisiaj coś osiągnąć. Podszedłem do Johnny’ego i powiedziałem:

– Pokażmy im, że mamy jaja.

– Danny, daj spokój – odpowiedział mi Johnny.

– Posłuchaj mnie, czuję, że mamy szansę – drążyłem dalej zgodnie z prawdą.

– Oni już mają swój numer jeden – Tym razem on stanowczo. – Luciano podpisał kontrakt. Dla mnie już pozamiatane.

– Tak łatwo się poddajesz? – zapytałem, a inżynier poklepał mnie w ramię. To sygnał, że czas wsiadać.

– Nie poddaję się, wiesz, że nigdy tego nie robię, zamierzam dać z siebie sto procent.

– To właśnie chciałem usłyszeć – odparłem, patrząc mu w oczy. – Dajmy czadu.

I daliśmy. Wypadłem jeszcze przed pierwszą szykaną, Johnny kilometr dalej, na Della Roggia. Ale nie o tym miałem mówić.

Start. Czerwone światła zgasły. Już na pierwszych metrach straciłem pozycję, skręciłem więc gwałtownie w prawo, chcąc tym manewrem zyskać. Nic z tego. Wdusiłem pedał do końca, a trzylitrowy Cosworth wyciskał z paliwa Texaco wszystkie oktany. Ryk widlastej dziesiątki to dźwięk nie z tej ziemi. Dziś już nie ma takich silników, możesz żałować. Już to robisz? Świetnie.

Niesiony naszą rozmową na gridzie, jechałem jak natchniony. Myślałem, że adrenalina rozsadzi mi żyły. Nic takiego jednak się nie stało. Prosta startowa kurczyła się w zastraszającym tempie, wywołując uśmiech na mojej gębie. Rettifilo było tuż, tuż, i choć rowkowane gumy Bridgestone przez cały weekend kleiły się do asfaltu, przed samym punktem hamowania poczułem lekki uślizg tylnej osi. I – teraz uważaj – oślepił mnie błysk, a ułamek sekundy później wszystko ucichło.

Od tego dnia minęło wiele lat, pamiętam jednak doskonale, co wtedy pomyślałem. Trzy proste słowa: Już po mnie. Po chwili rozległ się grom. Wiesz, coś jak odgłos samolotu pokonującego barierę dźwięku. Gdy ponownie otworzyłem oczy, znów trzymałem dłonie na kierownicy. Żeby było jasne – nie na swojej kierownicy.

Na czym skończyłem? Ach, już wiem. Rozumiesz coś z tego? Nic nie szkodzi, ja też nie.

Pęd wiatru odebrał mi dech. Zaraz… Co jest? Zauważyłem, że siedzę prosto, a nie półleżąc, jak w zielonobiałym Jaguarze. Tym, co szczególnie przykuło moją uwagę była dwumetrowa, krwistoczerwona maska, ogromna, trójramienna kierownica pokryta drewnem i kombinezon, który miałem na sobie. Stawiam moje trofea, że był palny jak benzyna.

W pierwszej chwili, byłem tak zdezorientowany, że na moment straciłem kontrolę. Prawie wpadłem w poślizg, lecz w porę udało mi się wyjść z opresji, wykonując drobną kontrę. Wyobraź to sobie. Wystartowałem do wyścigu bolidem z włókna węglowego, by po kilku sekundach znaleźć się… Hmm… No właśnie, gdzie?

Pewien byłem jednego. Gnałem na złamanie karku jakimś ryczącym ustrojstwem. Dłonią dotknąłem głowy. Okazało się, że nie chroni jej kask, tylko stare, odrapane jajco z goglami. Byłem kierowcą wyścigowym, więc mogłem zrobić tylko to, co wychodziło mi najlepiej. Cisnąłem zatem ile sił, rozważania zostawiając na później. Taką mam naturę.

Wszechobecny hałas ogłuszał mnie już od pierwszej sekundy tej niecodziennej sytuacji. Powoli zaczęło do mnie docierać, że to nie jakiś głupi żart, czy sen. Ścigałem się starą wyścigówką, za barierami stali ludzie ubrani, jak w kronikach filmowych z czasów drugiej wojny światowej. Cholera! Poznaję ten tor – stwierdziłem. To Monza. Tylko pętla wyglądała jakby inaczej… Coś nie dawało mi spokoju.

Wjechałem właśnie w szybki, prawy łuk Biassono, ale zacząłem się zastanawiać. Wiesz, jakie myśli nachodzą człowieka w takiej sytuacji? Nie masz pojęcia. W końcu musiałem kombinować. Jeśli to jest to, na co wygląda, a nazwa zastała nadana… To nie Biassono tylko Curva Grande! Na wewnętrznej, nie wiadomo skąd pojawiło się grzmiące Ferrari. Skupiony Alberto Ascari pojechał dalej, nie dając mi szans. Musiałem odetchnąć. Napełniłem płuca palącym, włoskim powietrzem i robiłem wszystko, by nie wypaść z trasy.

Ciekawiło mnie, co się stało, że znalazłem się tam, gdzie właśnie byłem. Podróże w czasie, to coś tak abstrakcyjnego, że potrzebowałem dość długiej chwili, by to sobie poukładać. Nie chciałem uwierzyć. Próbowałem wyłapać jak najwięcej szczegółów. Rozglądałem się na wszystkie strony i przyglądałem bolidowi. Przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe z fotela kierowcy.

 Ten samochód był prawdziwym monstrum. Biegi zmieniało się lewą ręką, a przy każdej redukcji musiałem siłować się z dźwignią.  W Jaguarze przełożenia ustawiało się za pomocą manetek na kierownicy. Spartański kokpit auta, którym jechałem, jak i miękki fotel obity brązowym sztruksem nie pozostawiły złudzeń. Widziałem już ten samochód. Jako dzieciak śliniłem się na jego widok na Festiwalu Prędkości w Goodwood. To Alfa Romeo z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku. Ścigał się nim Juan Manuel Fangio. Niech to szlag. Ale zabalowałem – wycedziłem przez zęby.

Dojeżdżając do miejsca, gdzie powinna być szykana, bardzo się zdziwiłem. Ujrzałem tylko wyasfaltowaną nitkę wiodącą przez las. Ponad czterysta wściekle ryczących koni pchało auto do przodu. Mam na myśli autentyczne konie mechaniczne. Nie takie, jakie znasz z komputerów pokładowych, tylko te, które sprawiają, że samochód trzęsie się, a ty nie możesz go utrzymać w ryzach.

Zaczęło docierać do mnie, co się wydarzyło. Ciągle jednak nie mogłem znaleźć wytłumaczenia tej sytuacji. Jechałem bez pasów. W tych czasach jeszcze się ich nie używało. Miejsce pomiędzy nogami zajmowała obudowa wału napędowego, a przy prawym udzie miałem piekielnie gorący tłumik. W tej konstrukcji rury wydechowe wyprowadzono na zewnątrz, z prawej strony. Na desce rozdzielczej umieszczono zaledwie trzy zegary. Jeden ogromny to obrotomierz. Malutki pokazywał ciśnienie oleju. Ostatni podzielony na trzy, informował kierowcę o parametrach mniej istotnych.

Ferrari dawno już zniknęło z przodu. Minąłem Lesmo jeden i dwa. Zakręty wyglądały podobnie do tych, jakie znałem z moich czasów. Nerwowo spoglądałem w lusterka,  zamontowane po wewnętrznej stronie karoserii. Na szczęście nikogo w nich nie zauważyłem. Pierwszy szok minął. To nie film. Byłem tam, a jazda dostarczała mi wiele frajdy. Pamiętasz, jak mówiłem, że ryk widlastej dziesiątki jest nie z tej ziemi? Tak? Super. Przynajmniej mnie słuchasz. Możesz jednak o tym zapomnieć. Otóż, rzędowa, doładowana ósemka z lat pięćdziesiątych grzmi jak diabli. Wszystkie konie razem i każdy z osobna.

Kiedy próbujesz je okiełznać, uświadamiasz sobie, jaki jesteś mały. Trudno ci złapać oddech. Dłonie drżą na cienkiej kierownicy. Masz odczucie, jakby cała ta konstrukcja miała zaraz się rozpaść pod wpływem działającej na nią mocy. Ale się nie rozpada. Jedzie dalej. Nie, nie jedzie. Mknie.

Za mną Parabolica. Pokonałem ten zakręt na trzecim biegu. Prawie najwyższym. Miałem w sumie cztery przełożenia, przez co auto prowadziło się dość przyzwoicie. Od kilku chwil słyszałem jednak niepokojące dźwięki towarzyszące każdemu ruchowi dźwigni. Sprzęgło działało dość topornie. Doszedłem do wniosku, że mogło to być przyczyną zgrzytów.

Zagapiłem się. Alfa (niepokojąco podobna do mojej) minęła mnie na prostej startowej. Poznałem gościa siedzącego za kółkiem. To Nino Farina. Niech go licho. Przywołałem się do porządku. Kilka sekund później, o mało co się nie rozbiłem. Znalazłem się na owalnej części toru, a jeśli tak, to wcześniejszy fragment nie mógł być prostą startową.

No jasne. W latach pięćdziesiątych używano starej konfiguracji. Za moich czasów owal pominięto. Prawie unosiłem się nad betonową pochyłością. Znajdowałem się w szybkim łuku, w znacznym stopniu odchylonym od poziomu. Uczucie nieporównywalne z jazdą na znanych mi torach.  Odruchowo przechyliłem całe ciało na zewnętrzną, chcąc wstrzelić się w środek ciężkości.

Stara Monza pokazała mi się z jak najlepszej strony. Zjechałem z łuku na prostą Rettifilo Levante. Zieleń drzew była porażająca. Aż żal, że zdjęcia z tamtych czasów są czarno–białe.

Silnik wył jak skazaniec na torturach. Ten cudowny dźwięk niósł się pomiędzy gęstwiną zarośli. W dwutysięcznym, infrastruktura wokół toru była bardzo rozbudowana. W pięćdziesiątym – jechałeś w lesie. To było w tym wszystkim najpiękniejsze. Połączenie natury i technologii. Melodia śpiewu ptaków i odgłosu silnika. Zapach drzew i intensywna woń wysokooktanowego paliwa. Widok wiewiórki i skrawków opon na asfalcie.

Przede mną pojawił się kolejny owalny łuk – Sud Alta Velocita. Pokonałem go z gazem wciśniętym w blaszaną podłogę. Zakręt w prawo – odchyliłem ciało w lewo i poczułem, że płynę. Szprychowe koła obute w dętkowe opony Pirelli cięły nawierzchnię, wywołując przyjemne buczenie. Prawie nie zauważyłem momentu, w którym przypiekłem udo o gorący tłumik. Poczułem tylko lekkie swędzenie. Nic nadzwyczajnego.

W końcu wjechałem na właściwą prostą startową. Czwarty bieg wskoczył, lecz długo musiałem zmagać się z dźwignią. Pomyślałem, że skrzynia długo już nie wytrzyma. Jak się miało potem okazać – nie myliłem się. W oddali dostrzegłem czerwoną kropkę. To pewnie Nino w swojej Alfie.

Minąłem główną trybunę i wiwatujących na niej ludzi. Cała plejada koronek, kapeluszy i spódnic w kratę. Emocje wzbierały we mnie wielką falą. Upajałem się jazdą takim cudem techniki.

Kiedy poczułem, że zaczynam panować nad tą bestią, oślepił mnie rozbłysk światła, po którym nastała grobowa cisza. Spanikowałem. Domyślałem się, że być może znów stanie się coś, czego wolałem uniknąć. Ten samochód prowadził się fantastycznie.

To może wydawać ci się śmieszne, ale pomimo tego, co się wydarzyło, pomimo tych wszystkich pytań i niejasności, chciałem ukończyć ten wyścig.

Ciszę przerwał grzmot.

– Jesteś cały? – Głos dobiegał z daleka. – Jeśli mnie słyszysz, odpowiedz.

– Nic… Nic mi nie jest – jąkałem się, jednocześnie próbując podnieść powieki. – Chyba.

– Jak się nazywasz?

– Jechałem…

– Jak się nazywasz?! Mów!

– Jechałem Alfą Juana… Juana… – wystękałem, czując w ustach miedziany posmak.

Starszy mężczyzna zaświecił mi latarką w oczy.

– Odruchy źrenic prawidłowe – powiedział szybko do kogoś, kto stał za nim.

Zaczęło docierać do mnie, gdzie jestem. Twarz człowieka z latarką też wydawała się znajoma. To profesor Watkins. Delegat medyczny Federacji.

– Jak się nazywasz?! – powtarzał nachalnie.

– Danny, to znaczy Danny Mortensen. Co się stało?

– Wypadłeś z karuzeli – rzekł z niemałą ulgą.

Widziałem wyraźnie, że zeszło z niego powietrze. To chyba dobrze. Wygląda na to, że miałem wypadek. Rozejrzałem się. Siedziałem bez kasku w kokpicie roztrzaskanego Jaguara. Sznur kolorowych bolidów mijał właśnie miejsce kraksy, podążając potulnie za samochodem bezpieczeństwa.

– Pierwsze okrążenie, pierwszy zakręt – podsumowałem, odczuwając wstyd.

– Nie inaczej – odpowiedział z szerokim uśmiechem na twarzy Sid Watkins. – Dawaj, wysiadaj, pomogę ci. Wygląda na to, że jesteś cały, ale zabiorę się do centrum medycznego.

To tyle. Wierzysz czy nie, mam to gdzieś. Oszczędź mi tylko pytań o podróże w czasie, dziury czasoprzestrzenne czy zielone ludziki. Od tego pamiętnego wrześniowego popołudnia, myślałem o tym wielokrotnie. I wiesz czego się dowiedziałem? Niczego. Nie mam pojęcia, co się stało przed szykaną Rettifilo.

Wiem jedno. Jakieś licho cofnęło mnie o pół wieku. Jechałem cholerną Alfą Romeo, cholernego Juana Manuela Fangio, w cholernym tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym roku. Zaliczyłem najlepsze okrążenie w moim życiu. To nie był sen. Często budziłem się pełen wątpliwości. Wpatrywałem się wtedy w bliznę. Pamiątkę po tłumiku Fangio.  

A wypadek w Jaguarze? Oglądałem powtórki. Nazwali to niezrozumiałym manewrem Mortensena. Ja jednak wiem, co się stało. W chwili, kiedy się przeniosłem – czy  jak to nazwać, wjechałem pod koła komuś z tyłu. Kiedy leżałem nieprzytomny w rozbitym Jaguarze, przez tę minutę lub dwie prułem po starej pętli. La Pista Magica. Mówię ci, skubańcy mają rację, to rzeczywiście magiczny tor.

Chcesz wiedzieć coś jeszcze? Dobrze. Widać nie zanudziłem cię. Tamten wyścig, podobnie jak cały sezon wygrał Nino Farina. Biedny Fangio nie dojechał do mety. Na dwudziestym trzecim okrążeniu padła mu skrzynia biegów.

 

Koniec

Komentarze

Jak zapowiedziałem tak robię, czyli poszerzam wypowiedź z betalisty.

W opowiadaniu widać Twoją pasję do Formuły 1, o której piszesz w przedmowie, ale przedstawiasz ją w taki sposób, że odbiorcy nieobeznanego to absolutnie nie nudzi (przynajmniej mnie nie znudziło) oraz wszystko jest jak najbardziej zrozumiałe. Podoba mi się też taka “personalna” narracja pierwszoosobowa, ten niby dialog z czytelnikiem wyszedł bardzo zgrabnie i tworzy przyjemną stylizację na opowieść starego weterana. Pomimo wyświechtanego elementu fantastycznego, forma i (chyba…) opisy sprawiają, że czytało mi się to bardzo dobrze, poza tym fantastyki o Formule 1 nie czytałem nigdy i bardzo możliwe, że już więcej nie przeczytam, więc na pewno jest oryginalnie.

Daje dużą okejkę yes

No nieźle.

 

Dziś już nie ma takich silników, możesz żałować.

Otóż to, łezka nostalgii się zakręciła.

Lubię teksty, które powstały w wyniku potrzeby uzewnętrznienia fascynacji. A tym bardziej, jeśli sprawnie napisane. Scenka może krótka, fabuła szczątkowa, pomysł na kolana nie rzuca. Ale emocji mnóstwo. I dobrze uchwycona kropelka magii. Właśnie magii, nawet jeśli za tą magią stoją kolosalne pieniądze i brygady inżynierów.

Nie wiem tylko, czy ktoś wychowany na półautomatycznych przekładniach i kompozytowych hamulcach ze zmiennym rozkładem siły hamowania, kierownicą, od której nie trzeba odrywać rąk itd… Byłby w stanie (dosłownie) z biegu przeskoczyć do potwora z lat pięćdziesiątych… Nawet zagorzały pasjonat.

 

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Powtórzę opinię z bety: dosyć interesujący i oryginalny timeslip, czytało się fajnie.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Zastrzeżenie mam takie samo jak Thargone – taka przesiadka w pełnym biegu jak dla mnie nie do uwierzenia. Jednak, ponieważ to La Pista Magica, to przymykam oko ;) 

Pięknie przedstawiłeś swoją pasję. Na Monzy nie byłam, ale mogłam sobie w trakcie czytania dokładnie wyobrazić tę przemykającą zieleń, mignięcie trybuny i klasyczny bolid z lat pięćdziesiątych. Idealnie też, moim zdaniem dobrałeś do opowieści styl narracji. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Świetne! Klimat, pasja, autentyczna adrenalina. Nawet czytałem to jakoś szybciej niż inne teksty…

Gdzieś tam, w trakcie, zapamiętałem skrawki wiewiórki na asfalcie, ale po wróceniu do tego momentu, rzeczywistość okazała się mniej malownicza…

Czy to jest sygnaturka?

Dwie części: gawędziarska i wyścig. Pierwsza – przesadzona stylizacja. Druga może się podobać miłośnikom F1, mnie nie przekonała. Długo piszesz o tym nie-wyścigu, a o różnicach w budowie pojazdów, dla mnie nuda.

 

Ignorancja to cnota.

Choć nie do końca rozumiem upodobanie, będące powodem powstania Magicznego toru, nie mogę nie docenić pasji włożonej w opowiedzianą historię.

Przeczytałam opowiadanie bez najmniejszej przykrości, mimo to nie wywarło ono na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Może dlatego, że nie mam pojęcia o prowadzeniu samochodu…

 

co prze­ka­za­li ci PR–owcy ze­spo­łu. – …co prze­ka­za­li ci PR-owcy ze­spo­łu.

 

Cięż­ko spo­dzie­wać się lep­szych wy­ni­ków, skoro jeź­dzi­li­śmy zde­ze­lo­wa­ną pusz­ką w ład­nej opra­wie. – Raczej: Trudno spo­dzie­wać się lep­szych wy­ni­ków

 

od­par­łem, pa­trząc mu w oczy . – Zbędna spacja przed kropką.

 

i kom­bi­ne­zon, jaki mia­łem na sobie. – …i kom­bi­ne­zon, który mia­łem na sobie.

 

Aż żal, że zdję­cia z tam­tych cza­sów są czar­no–białe. Aż żal, że zdję­cia z tam­tych cza­sów są czar­no-białe.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Skoneczny 

Miłe twe słowa. Pasja rzeczywiście jest wielka. Tak jak mówisz, fabuła nie porywa, a podróże w czasie były oklepane już dekady temu. Mimo wszystko cieszę się, że jakoś to wyszło.

Nie czytałeś fantastyki o Formule 1? Ostatnie groźby Redbulla o odejściu ze sportu to istne science-fiction:D

thargone

Cieszę się, że dostrzegłeś tę magię. Wyścigi są nią przepełnione, choć nie wszyscy chcą ją zauważyć. 

Przesiadka… No cóż, prawdopodobnie w biegu trudna do wykonania, ale wierzę, że możliwa;p 

Wicked G

czytało się fajnie

Jestem pewien, że czyta się znacznie fajniej bez błędów, które dzięki Tobie poprawiłem;)

śniąca

Styl narracji był dla mnie od początku oczywisty. Uważałem, że najlepiej byłoby to przedstawić w formie relacji osoby biorącej bezpośredni udział w opisywanych wydarzeniach. 

Dzięki za kartkę z moim nazwiskiem wrzuconą do urny.

kchrobak

Nie przejmuj się. Jak czytałem to przed publikacją, to skrawki opon i wiewiórka też zlewały mi się w skrawki wiewiórki. Każdy widzi to co chce. 

Katastrof VII

Właśnie przycisnąłeś mnie kolanem do ziemi;p Hmm… Jak tu się do tego odnieść… Czy faktycznie tak długo pisałem o niczym? Być może. Moim celem było jednak nakreślenie ówczesnej sytuacji w sporcie, zespole itp. Parę zdań trzeba było o tym naskrobać. A wyścig? No cóż. Jeśli F1 Cię nie grzeje mogłeś się nudzić. Sam nie wiem, jak zniósłbym opis niezwykle pasjonującego pojedynku w np. Curlingu:D Masz prawo do swojej opinii, która mnie może czegoś nauczy.

regulatorzy

 Choć nie do końca rozumiem upodobanie…

Rozwiń proszę… Mój mały móżdżek nie rozgryzł tego zdania.

Część sugestii wziąłem sobie do serca i poprawiłem, żeby nie raziły w oczy.

Shaggo, sprawy dotyczące automobilizmu i motoryzacji w ogóle, kompletnie mnie nie interesują, ale rozumiem, że dla kogoś, w tym przypadku Ciebie, mogą być pasjonujące. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak niektórych komentatorów powyżej, mnie także nigdy nie jarała samochodoza. A jednak opowiadanie przypadło mi do gustu. Do samego końca zastanawiałem się co z tą skrzynią biegów :) super. W ogóle podobną ilość detali ciężko wpleść w spójną narrację, a Tobie to się chyba udało. Nie wiem czy to przez komentarz kchrobaka, ale tylko to zdanie o wiewiórce wydaje mi się teraz jakieś niezręczne :P

Przeczytałem z przyjemnością. Jakimś wielkim fanem samochodów nie jestem, ale doceniam pasję, którą można przenieść na papier i sprawić czytelnikowi chwilę frajdy fachowym opisem. Super!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

regulatorzy

A to ciekawe, bo sprawy motoryzacji mnie również średnio pociągają, na samochodach nie znam się prawie wcale. Coś jednak musi być w tej konkretnej dyscyplinie. Historia, dążenie do perfekcji, zwykli ludzie, którzy tworzą wokół siebie legendy…

Ale mnie nostalgia dopadła.

Przetłuszczona Broda Dana Harmona

Nareszcie ktoś poruszył temat skrzyni biegów;D 

Wiewiórkę proszę zostawić w spokoju, następnym razem bardziej przemyślę takie połączenia wyrazów;)

Zalth

Przeczytałem z przyjemnością.

A zatem osiągnąłem swój cel.

Bardzo dobre opowiadanko. Miło się czytało, choć moje zainteresowania samochodami kończą się na moim wehikule (oczywiście najlepszym na świecie :).

F.S

Wiewiórkę zostaw zdecydowanie. To w żadnym wypadku nie jest niezręczne. Co więcej, na swój niepowtarzalny sposób dodaje pewnej “krwistości”…

Czy to jest sygnaturka?

Nie ma sprawy. Wiewiórka zostaje. Okazało się, że z całego opowiadania to właśnie mały, rudy stwór był najbardziej zauważalnym elementem. Może ogłoszę konkurs na imię dla mojej wiewiórki:-P

Hmmm. Nie pociągają mnie samochody, więc i tekst nie ujął. Niestety, ta magia na mnie nie działa. :-/

Babska logika rządzi!

Mnie też motoryzacja nie pociąga, ale tekst przeczytałem z przyjemnością. Historia prosta, ale ładnie osadzona i widać w niej Twoją pasję. Naprawdę poczułem się, jakby mnie ktoś przeniósł w czasie na tamten tor.

Tak sobie przeczytałem po pewnym czasie i napiszę, że przyjemne wrażenie jakie zostawił tekst się utrwaliło. Opowiadanie ma nadal swój urok.

F.S

Tyle świetnych historii. Życia zabraknie, żeby wszystkie przeczytać, a tu ktoś wraca do mojego zakurzonego tekstu ponownie. Miło :)

Doklepuję klik. Nie za samą historię – samochód dla mnie służy tylko do przemieszczania, na dodatek potrzebuję kierowcy. Klik jest za pasję. To lubię, Shaggo. Widać, że Cię to kręci i wiesz o czym piszesz. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dziękuję. To dla mnie miłe zwieńczenie piątkowego wieczoru.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka