- Opowiadanie: michal3 - Astronauta

Astronauta

Opowiadanie natchnione pewnym serialem. Nie chcę mówić jakim, przeczytacie, (może) zgadniecie. Chociaż z samym serialem nie ma nic wspólnego. Poza jednym: teorią spiskową! Ha!

Zapraszam do czytania (i zgadywania).

Dla zwycięscy: szklanka kartofli.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Astronauta

Wacław Kwiecień ma 36 lat i od wczoraj mieszka samotnie w dwupokojowym mieszkaniu na Mokotowie. Nie zna sąsiadów, nie wie gdzie robić zakupy, czuje się skrzywdzony przez sąd, który to matce przyznał pełnię władzy rodzicielskiej, kompletnie pomijając wiecznie zapracowanego i wiecznie zdenerwowanego ojca. Siedział więc przed komputerem ucząc się wiązać sznur i w głębi duszy czekał, aż coś, cokolwiek, oderwie go od tej przygnębiającej czynności.

Niestety, nikt nie zadzwonił. Jednak smutek ustąpił irytacji, a irytacja złości. Nie minęła więc doba, od kiedy wprowadził się do nowego mieszkania, a już zdecydował porzucił złe samopoczucie i znaleźć sobie jakieś odprężające hobby. W końcu tylko przekuwając negatywne cechy charakteru w dobre mógł postarać się o zobaczenie syna raz jeszcze.

Następnego dnia, w poniedziałek, udał się do najlepszego sklepu z elektroniką w Warszawie. Namiętnie przeglądał lustrzanki, cyfrówki, dosłownie wszystko, co było na składzie, a jednak nie mógł się zdecydować. Ekspedienta siliła się i mówiła, czym z pewnością zaimponuje synowi, lecz Wacław w dalszym ciągu grymasił i wybrzydzał.

Mało co go interesowało, gdyż z żadnym aparatem nie poczuł więzi. Żaden aparat nie był jego. Dopiero kiedy zrezygnowany opuszczał sklep, zobaczył coś, co przykuło jego uwagę. Nowość, która właśnie teraz była przygotowywana do sprzedaży – Panteus T-50 X. Musiał poczekać jeszcze dwie godziny w sklepie, gdyż kupić było go można od 20:00.

Uradowany zakupem aparatu, oraz karty pamięci o gigantycznej pojemności, zaczął obfotografowywać budynki, drzewa, płytki chodnikowe, ptaki, ludzi, a nawet robaki (przy okazji bawiąc się wypasionym zoomem). Kiedy nastał mrok, robił właśnie zdjęcia Pałacu Kultury i ruszył w kierunku Bulwaru. Mijając sklepy, banki, kawiarenki, rozmyślał, jak bardzo nowy gadżet zbliży go do syna.

Do domu wrócił nad ranem. Szczęśliwy pierwszy raz od kilku miesięcy.

 

Cały świat wirował. W pewnym momencie zobaczył nawet niebiesko-zielone plamki. Wtedy uświadomił sobie, że czas przestać spełniać życzenia syna Jacka o kręceniu się w kółko i zainteresować go aparatem.

Zaplanował wszystko: najpierw jajecznica na śniadanie, potem wizyta w kinie z dużą porcją popcornu, a następnie spacer po parku. Wielokrotnie przelotnie dostrzegał zachwyt na twarzy syna, wiedział już, że będąc w tak dobrym nastroju Jacek, będzie go słuchał w wielkim skupieniu. I rzeczywiście, z wielkim pietyzmem syn wziął aparat i zaczął fotografować ojca. Kiedy już się tym znudził, pobiegł w kierunku drzew i sadzawki, aby zrobić zdjęcia żabom, kaczkom i łabędziom. Zwierzęta, jakby świadome planu Wacława, wyszły na brzeg i zaczęły pozować, prezentując się dumnie.

Syn skakał, śmiał się, cieszył gadżetem i czasem spędzanym z ojcem. Dopiero kiedy niebo zaszło gwiazdami (gwiazdy w Warszawie!, pomyślał Wacław, coś niesamowitego!), wziął syna za rękę, zabrał aparat i razem ruszyli na przystanek tramwajowy. Miasto było zaskakująco ciche i spokojne, światła lekko przyćmione. Idealnie dopełniały perfekcyjny dzień.

 

– Dzień dobry, chciałbym wywołać kilka zdjęć.

Mężczyzna, który wyłonił się z zaplecza i stanął za ladą przypominał wampira. Wysoki, chudy, blady, skromnie ubrany, z podejrzanie ostrymi siekaczami.

– Chyba, że przeszkadzam? – niepewnie zapytał Wacław. – Mam do wywołania tylko kilka zdjęć.

– Zapraszam do ciemni – odpowiedział sprzedawca, po czym otworzył drzwi za sobą i rozegzaltowanym ruchem dłoni zaprosił klienta do środka.

Czerwone światło, aż raziło.

– Pan ma świadomość, że przyniosłem zdjęcia na pendrive’ie?

– Nieważne. Po prostu staram się utrzymać pewną magię towarzyszącą wywoływaniu zdjęć. Wszystko jest teraz takie odrealnione i odhumanizowane. Niektórzy ludzie wolą kupić specjalną drukarkę, odpowiedni papier i w ogóle się nie pofatygować do fotografa. Kilka kliknięć myszą i zdjęcie gotowe. Smutne.

– Smutne – przyznał Wacław i zaczął żałować, że jednak się nie wykosztował na drukarkę i papier.

Sprzedawca chyba się uśmiechnął, ale Wacław mógł się mylić. Wziął od klienta pendrive’a, podpiął do komputera, poklikał, poprzesuwał, pozaznaczał i po chwili zdjęcia zaczęły wypadać na podajnik.

Wacław w tym czasie próbował się nie nudzić. Drażniło go czerwone światło i wampirza aparycja sprzedawcy. Chciał już wrócić do domu, siąść wygodnie w fotelu i zobaczyć w dobrej jakości co lepsze fotki cyknięte przez syna. Planował zrobić mu małą niespodziankę. Wywołanie było tylko pierwszym krokiem.

W końcu drukarka przestała szumieć i sprzedawca zaczął chować zdjęcia do firmowej koperty.

– Ile płacę? – zapytał Wacław odbierając długo wyczekiwane zdjęcia.

– 30 groszy za zdjęcie, zdjęć 120, proszę sobie policzyć – powiedział sarkastycznie sprzedawca.

Wacław spojrzał się na niego z bezgraniczną pogardą. Ty chuju, pomyślał, po czym rzucił na stół 50 złotych i wyszedł nie czekając na resztę.

 

Zdjęcie przez kilka dni leżały niewyjęte z koperty. Wacław, po zakończeniu urlopu zdrowotnego, musiał w końcu wrócić do pracy i znowu zacząć żyć od weekendu do weekendu, tak jak kiedyś. Praca, polegająca na zarządzaniu grupą ludzi w dużej europejskiej korporacji, była wymagająca, a przełożeni nie do końca wyrozumiali. Dali mu miesiąc na ogarnięcie burdelu, który powstał przez jego nieobecność, a jak sobie nie poradzi, to życzyli powodzenia w szukaniu nowej pracy.

Tak naprawdę minął miesiąc zanim wyjął zdjęcia z koperty. W tym czasie widział się z synem tylko raz. Żałował, ale wiedział, że nie chce być bezrobotnym ojcem. Ideą się jeszcze nikt nie najadł.

Kiedy wszystkie prace mające na celu uspokojenie sytuacji w dziale zostały zakończone, wrócił do domu i usiadł przy lampce, a następnie wyjął nieszczęsne zdjęcia z koperty. Nie wiedział, czy syn ma talent, gdyż sam zajmował się tym dosyć krótko. Wspomnienia szybko wróciły, przypomniał sobie nawet zapach powietrza tamtego dnia.

Na ostatnim zdjęciu zobaczył coś dziwnego. Zapewne dowcip Draculi, jak zaczął myśleć o feralnym sprzedawcy. Kilka metrów za nim stał astronauta. W prawdziwym skafandrze, jednak nieprzypominającym stroju Mirosława Hermaszewskiego. Nieźle, pomyślał Wacław, naprawdę nie wygląda na wklejonego. Próbował sobie przypomnieć, sprawdził nawet w Internecie, czy tamtego dnia organizowano jakiś Dzień Polskiej Astronautyki czy coś w ten deseń. Zaintrygowany i pobudzony zadzwonił do syna na komórkę. Jacek potwierdził tylko jego przewidywania – to musiał być nieśmieszny dowcip.

Następnego dnia Wacław chciał złożyć oficjalną skargę, więc  udał się do Draculi, aby ten wezwał swojego przełożonego. Niestety, spotkały go dwa wielkie rozczarowania. Pierwsze, okazało się, że chłystek jest sam sobie szefem, więc Kwiecień może go co najwyżej pocałować w dupę, i drugie, Dracula ostatnie, o czym by pomyślał, to ingerowanie w zdjęcia klientów.

– Niestety, ktoś inny spłatał ci figla – usłyszał i wyszedł jeszcze bardziej wściekły niż przyszedł.

Kolejne dni poświęcił dogłębnej analizie zdjęcia. Oto, czego się dowiedział: 1. Nikt nie majstrował przy zdjęciu. Za Wacławem naprawdę stoi osoba przebrana za astronautę. 2. Z całą pewnością skafander jest amerykański. Przy odpowiednim zbliżeniu (chwała za wysoką rozdzielczość!) widać naszywkę „Old Glory” z końcówką nazwiska: „…erg”. 3. Znalazł na Wikipedii listę amerykańskich astronautów (tylko tych wystrzelonych w kosmos). Nazwiska dziesięciu kończą się na „…rg”. A korzystając z wujka Googla dowiedział się (przypomniał), że w 2021 roku wystrzelono na Marsa załogową misję. Jednym z członków jest (był?) Mike Bergerberg.

 

– Tato, pobawmy się czymś innym. – Jacek marudził już od kilkunastu minut. Wacław nie miał zamiaru zajmować się czymś innym. Przecież ten astronauta może być gdzieś tutaj!

– Nie mów, że aparat ci się znudził. Taki fajny gadżet.

– Kiedy pójdziemy do kina? – Jacek nie ustępował.

– Wybierzesz się w tygodniu z mamą. – Wacław rozglądał się rozpaczliwie, szukając, czym można by zainteresować syna. – Patrz, kaczka. Szybko, zanim ucieknie.

Uciekła.

– No i nie zrobisz kaczce zdjęcia – powiedział wzruszając ramionami.

– Nie chcę robić tych głupich zdjęć tej głupiej kaczce. – Jacek był coraz bardziej marudny.

– Nie? – zapytał Wacław. – To oddawaj aparat i wracamy do domu.

– Super – krótko skwitował syn.

 

Praca dłużyła się niemiłosiernie. Czuł się teraz bardziej jak Sherlock Holmes niż Wacław Kwiecień. Całymi dniami czytał o misjach na Marsa, Mike’u Bergerbergu, skafandrach, rakietach, no i przede wszystkim zastanawiał się, skąd u licha znalazł się na zdjęciu ten astronauta?!

Naiwnie wysłał zdjęcie do NASA. Przez kilka minut zdecydowany był nawet i poczekać kilka tygodni, miesięcy, aż ktoś raczy odpisać. Naszła go jednak niepozorna myśl – czy ktoś jeszcze widział astronautę? Przeszukiwanie forów internetowych trwało dosyć długo. Oczywiście trafił tam, gdzie za nic nie chciał – do działu teorii spiskowych i niewytłumaczalnych. Wiedział, że jak coś jest w czeluściach Internetu, to właśnie tutaj, ale mimo to bronił się rękami i nogami. Nie chciał być oszołomem.

Musiał ulec.

Już pierwsze tematy wskazały, że wariatów na świecie nie brakuje. Najpierw poczytał te standardowe: zabójstwo Johna F. Kennedy’ego, Marsjańska Twarz, Protokoły mędrców Syjonu, 11 września, 10 kwietnia, eksperyment Utopia, efekt cieplarniany, faceci w czerni.

Amerykański astronauta był jednym ze świeższych wątków. Założonym dopiero 11 stycznia 2018 roku. Informacji było całkiem niewiele, lecz autor każdego posta zamieścił wyraźne zdjęcie – wszystkie pochodziły z Ogrodu Saskiego. Czyżby astronauta upodobał sobie zieleń? Dlaczego Polska? Dlaczego właśnie ten skwer? Pytań było więcej niż odpowiedzi, w związku z czym Wacław przestał je mnożyć i skupił się na czytaniu. A lektura była pasjonująca!

Watney3 napisał: „Słuchajcie… Dziwna sprawa… Jestem zawodowym fotografem. 30 sierpnia 2017 roku robiłem zdjęcia młodej parze, w ramach sesji ślubnej. Wszystko ekstra, tylko że podczas edycji zobaczyłem coś, czego się nie spodziewałem. Astronautę! Spójrzcie na zdjęcie, zapewniam was, że go nie wkleiłem. Wie ktoś o co chodzi? Jestem pewien, że jak robiłem zdjęcie, to go tam nie było”.

Discovery91 – „Jak wyżej. To chyba jakieś jajca som. Nowy sprzęcior, cykam se moją dupę, a tu potem w domu się okazuje, że na dwóch zdjęciach mam jakiegoś astronautę. Nie wiem, skąd ten ziom się tam wziął, ale zepsuł świetne zdjęcie. Wkurw mnie ogarnia. Zna ktoś?”.

Ostatni wpis na stronie był z 3 kwietnia 2022 roku. SolarisLem napisał: „Pozbierajmy fakty. Astronauta pochodzi z Ameryki, co chyba jednak jednoznacznie sugeruje narodowość będącej w środku osoby. Naszywki niestety nie widać na żadnym zdjęciu, ale skafander zdecydowanie zrobiono dla NASA. Nie wiemy, czy to mężczyzna czy kobieta. Ja mimo wszystko obstaję przy tym, że to ktoś z przyszłości. Wiem, naciągane, ale ma ktoś lepszy pomysł? NASA obserwuje swoje misje załogowe i jako agencja podlegająca Prezydentowi bezpośrednio zdecydowanie nie tai śmierci swoich własnych pracowników. Jedynym logicznym wyjaśnieniem jest wykorzystanie nieznanej nam technologii. Posuwając się w dywagacjach dalej, zakładam iż utknął. Możliwe, że czas płynie dla niego inaczej, dlatego jeszcze żyje”.

Wacław czytał i się uśmiechał. Teorie spiskowe zawsze go przednio bawiły. Jednakże z ostatnim postem uśmiech zszedł z jego twarzy, sam jest teraz spiskowcem, sam jest teraz obłąkanym. Przypieczętowując przejście na drugą stronę kliknął „dodaj post” i zaczął uderzać w klawiaturę.

 

Wacław właśnie wysłał smsa do byłej żony, że w ten weekend również nie zajmie się synem, kiedy usłyszał dzwonienie do drzwi. Zły, że ktoś odciąga od komputera i forum dyskusyjnego, wstał dopiero po trzecim dzwonku. Zajrzał przez judasza i zobaczył mężczyznę w czarnym garniturze. Oczywiście, pomyślał Wacław, bo jakżeby inaczej? Oni nigdy nie chodzą w żółtych…

– Co pan wie o Mike’u Bergerbergu?

Mężczyzna stojący przez Wacławem był stary, jakby wypełniał ostatnie zadanie przed przejściem na emeryturę. W czarnych okularach, krótko ostrzyżony, dłonie ułożone jak u wiernego w Kościele. Ubrany w dopasowany garnitur oraz… białe trampki. Wyglądał jak funkcjonariusz CBA lub ABW, któremu kazano załatwić jeszcze jedną małą rzecz, chociaż już się przebierał, aby pojechać do domu.

Wacław już chciał wszystko wyśpiewać, ale się powstrzymał.

– A co? Kim pan jest?

– Nie mam na to czasu, kolego – usłyszał Wacław, po czym zobaczył lecącą w swoją stronę pięść i stracił przytomność.

 

Wacław Kwiecień nienawidził żartów ze swojego nazwiska. Zwłaszcza w marcu, kiedy co chwilę słyszał: „już za parę dni, za dni parę, będzie Kwiecień, mu przywalę”. Każdy – dosłownie każdy – śpiewał ten głupi wierszyk wymyślony przez jednego z prezesów podczas wyjazdu integracyjnego.

Z nikim się nie zintegrował. Za to zniszczył drzwi w hotelowej łazience.

A teraz, pierwsze co usłyszał po przebudzeniu, to: „Kwiecień? W sensie Kwiecień plecień?”. Jednakże spodziewał się zobaczyć tajemniczego mężczyznę w garniturze czytającego jego dowód osobisty. Tymczasem stała przed nim miłość jego życia. Oczywiście ona jeszcze o tym nie wiedziała, ale Wacław z kolei już tak.

Nagle poczuł delikatny podmuch na ciele i zorientował się, że jest nagi. Chwilę później zobaczył, że facet w czerni leżał na podłodze, a kobieta przed nim uśmiecha się sympatycznie. Zupełnie stracił orientację.

– Zdążyłam w ostatniej chwili – powiedziała z dumą nieznajoma, po czym usiadła naprzeciwko Wacława.

– Mogłabyś mnie rozwiązać? – zapytał nieśmiało, po czym położył nogę na nogę, aby zakryć co nieco.

Spojrzała mu prosto w oczy.

– No jak muszę.

Wacław wyczuł kpinę… i chyba lekki zawód w głosie kobiety.

– Musisz – odpowiedział zdecydowanie. Chciał się ubrać i w końcu dowiedzieć, o co chodzi.

Nie minęło 5 minut, kiedy zbiegali po schodach i wsiadali do nowiutkiego BMW X9.

– No – przyznał Wacław – w takich warunkach to ja mogę uciekać. Ale – podkreślił – chciałbym się kurwa w końcu ja pierdolę dowiedzieć o co niech mnie szlag chodzi!

Krótka tyrada Wacława nie zrobiła na Karolinie, bo tak się przedstawiła, wrażenia. Dopiero jak odjechała kilka kilometrów od mieszkania zaczęła wszystko tłumaczyć.

Ona również ma w domu zdjęcie z tym astronautą. Również śledzi forum od kilku lat, jednak nigdy nie zdecydowała się podzielić swoją wiedzą. Po prostu strach zrobił swoje. Chociaż tak naprawdę przeważyła inna kwestia – zbyt dużo seriali i filmów. Dopiero informacja o imieniu i nazwisku astronauty, udostępniona przez Wacława, spowodowała, że w Karolinie coś drgnęło. Po pierwsze, jako informatyk (informatyczna – eh, te parytety), umiała… powiedzmy, że umiała korzystać z nie do końca legalnych źródeł informacji. No, a po drugie, w pewnym momencie strach ustąpił zazdrości. Od wielu lat ćwiczyła judo, strzelanie i szermierkę. Połączenie nietypowe, ale skuteczne. W końcu udało się jej rozbroić i ogłuszyć (bo jak zabić to przesrane) doświadczonego faceta!

– Co prawda – zaczęła – teraz będą nas gonić, ale uciekniemy. Znam kilka kryjówek w Warszawie.

– Pytał mnie o Bergerberga…

– Chciał po prostu sprawdzić, ile wiesz, a potem cię sprzątnąć… Tak mniemam… A wiesz, dlaczego? Bergerberg nie żyje! Tak jak i pozostali kosmonauci! Kilka miesięcy temu Steadfast został wchłonięty przez czarną dziurę. Zatuszowali sprawę, aby nie niepokoić opinii publicznej. Nie wiem, ile osób na świecie o tym wie, ale na pewno niewiele. Może przesadnię dramatyzuję, ale nie wygląda to zbyt ciekawie dla nas.

Wacław potrzebował kilku sekund, by przetworzyć to, co usłyszał. Rozumiał, że kosmos to niebezpieczne miejsce, ale jakim cudem statek nadział się na czarną dziurę? Pogłupieli w tym NASA? Chyba, że to było działanie celowe…. Pasażerowi przecież zostali zahibernowani, więc sterowano z Houston. Tylko, że wtedy nasuwa się drugie pytanie: skoro nie żyją od kilku miesięcy, to dlaczego astronauta jest na zdjęciach sprzed kilku lat? I dlaczego tylko jeden? Co z resztą? Czyżby… byli w innych miejscach?

Pytań przybywało, więc Wacław zrobił to, co umiał najlepiej. Przestał je mnożyć.

 

Życzenie Wacława się spełniło. Wdał się z Karoliną w romans. Chociaż wciąż myślał o niej jak o wspólniczce, a nie partnerce. Syna widywał najpierw raz w miesiącu, później raz na kwartał, aż w końcu raz na pół roku.

Od incydentu w mieszkaniu Wacława minęło pięć lat.

W tym czasie uporali się z kilkoma sprawami. Po tygodniu od ucieczki wrócili do mieszkania, w którym nie było ciała – nieznajomy przeżył, cios nie był śmiertelny – tylko karteczka: „Następnym razem ja was dopadnę!”.

Nie widzieli go nigdy więcej.

Nie mogli wiedzieć, że przełożeni tajemniczego mężczyzny postanowili po jednym niewypale zmienić strategię i obserwować parę oszołomów. Doszli do wniosku, że mało brakowało, a wysłannik by zginął, zainteresowałaby się tym policja, a cały plan mógłby rypnąć. Plan to może trochę zbyt duże słowo. Adekwatniejszym terminem byłaby „koncepcja”.

Największym sukcesem Wacława i Karoliny, a zarazem porażką, okazała się rozmowa z rodzicami Mike’a. Po zaplanowaniu naprawdę skutecznej intrygi, udało im się wejść do mieszkania i pogadać, jednak nie dowiedzieli się niczego. Według nich syn żył i leciał na Marsa. Wacław bał się powiedzieć o swoim odkryciu, aby nie wkładać łyżki dziegciu w ich miodowe życie. Oni naprawdę nic nie wiedzieli…

Wacław wielokrotnie wracał do Ogrodu Saskiego. Raz udało mu się uchwycić kawałek rękawicy. Mierny efekt jak na pięć lat. Karolina z kolei zagłębiała się w tajniki czarnych dziur. Jednak sama teoria to nie wszystko. A na praktykę nie było szans. Tylko cud mógł pomóc rozwiązać tę zagadkę.

No i cud się wydarzył.

 

PSTRYK!

Są w Afryce plemiona, które wierzą, że fotografia kradnie ludziom duszę. Jak widzą aparat, to przerażeni uciekają, albo najzwyczajniej w świecie biorą aparat i go niszczą. Nie znaczy nie. Błysk oznaczał utratę nieśmiertelności.

PSTRYK!

Jednak nie każdemu udaje się uciec przez fotografem. Poza tym, zdjęcie może zostać zrobione z ukrycia. Taka osoba nawet nie wie, że ktoś ją obfotografował. Trzeba tylko pamiętać, że Afrykanie są ludźmi uduchowionymi. Oni nie wiedzą, że coś się stało, ale czują, że coś jest nie tak. Czują, że coś utracili.

PSTRYK!

Fotografia dla przeciętnego Europejczyka jest czymś powszechnym. Potrafimy zrobić tysiąc zdjęć dziecku bawiącemu się kawałkiem plastiku. Wraz z rozwojem fotografii cyfrowej przestaliśmy widzieć, bo wystarczy patrzenie. To już nie sztuka a codzienna kupa.

PSTRYK!

PSTRYK!

PSTRYK!

Czarno-biała fotografia miała w sobie coś mistycznego, rytualnego. Ustawianie aparatu, wybranie dogodnego miejsca, momentu, kadru. Ludzie szanowali zdjęcie, wściekali się, kiedy widzieli później na wywołanej fotce kciuk lub rozmazany krajobraz. Pamiętacie o tym jeszcze?

PSTRYK!

Kiedyś aparat był magicznym urządzeniem.

PSTRYK!

Dlaczego o tym zapomniano?

 

Nawet najdroższy aparat musi się w końcu popsuć. Panteus T-50 X nadawał się już tylko na złom. Naprawa wyszłaby drożej niż nowy. Wacław miał więc dwa wyjścia: albo kupić albo pożyczyć od kogoś. Najbliżej mu było do Karoliny, która dysponowała aparatem, ale, no cóż, sprzęt był dosyć stary. Na pewno pochodził z XIX wieku i przypominał połączenie akordeonu z kwadratową skrzynią do której ktoś doczepił pelerynę magika.

Pożyczył malutką cyfrówkę od byłej żony. Wybłagał aparat na tydzień. Fotografując miał od razu podgląd, więc zaczął się zastanawiać, dlaczego wcześniej się na coś takiego nie zdecydował? Przez tyle lat jak głupia koza wracał do domu, zgrywał na komputer i przeglądał poszukując astronauty.

Kretyn!

Po raz kolejny Wacław przekonał się, że nie jest bohaterem żadnej powieści. Tfu, nawet i opowiadania.

Jednak na przełom lepiej późno niż wcale, jak mówi znane przysłowie. Uznał, że jego dotychczasowa praca była zbyt chaotyczna. Wybrał więc jedno miejsca w Ogrodzie i codziennie między 19 a 21 co pięć minut robił zdjęcie, celując dokładnie w te samo miejsce.

Na efekt przyszło mu czekać kolejne trzy miesiące.

Oczywiście nie zwrócił żonie aparatu. Bo po co?

W końcu uchwycił astronautę. Robił więc zdjęcia z maksymalną częstotliwością, na jaką mógł sobie pozwolić. Dzięki temu zaczął za nim podążać. Wacław ze zdziwieniem stwierdził, że Bergerberg zrobił sobie legowisko w krzakach. Najzwyczajniej w świecie wziął i się położył.

Karolina słuchają opowieści Wacława i nie wierzyła własnym uszom.

Dopadli dziada.

Tylko co z tego?

Postanowili zachować dla siebie informację o położeniu meliny Bergerberga. Odkrycie w całości należało do nich. Przynajmniej na razie.

Po pewnym czasie poczuli więź z „zagubionym” astronautą. Obserwowali go niemal codziennie. Nie zawsze znajdowali go w krzakach, ale na wieczór wracał. Postanowili więc zrobić zdjęcie porządnym aparatem w wysokiej rozdzielczości, aby ukazać astronautę w jak najlepszej jakości. W końcu nie ma co dłużej zwlekać i czas wysmarować maila do NASA i dać pożywkę mediom. Okaz okazem, ale Bergerbergowi należy pomóc. A sami już chyba nic więcej nie wycisną.

Z braku lepszego sprzętu – i małej dozy skąpstwa – Wacław postanowić zrobić coś niecodziennego. Przytargali z Karoliną ogromny aparat po przodkach. Na aukcjach internetowych nakupowali potrzebnych części (przede wszystkim statyw i soczewkę) i z dumą przystąpili do rozstawiania statywu. Najpierw cyfrówką sprawdzili, czy astronauta jest już w swoim legowisku, a następnie… zrobili zdjęcie.

PSTRYK!

Wacław z Karoliną wyłonili się spod czarnej płachty. Przed nimi stał astronauta. Realny, prawdziwy, materialny. Mężczyzna odpiął klamry i zdjął hełm.

Where I am? – krzyknął. – Where I am?

Mike Bergerberg cały i zdrowy wrócił na Ziemię, a Wacław mógł poświęcić resztę życia nad rozważaniami, jak to do jasnej cholery było możliwe.

Koniec

Komentarze

Na razie tylko przeskanowałam tekst wzrokiem, ale już mam kilka uwag. 

Widzę, że masz już na portalowym koncie kilka opowiadań, pod którymi są komentarze, więc nie jesteś całkiem zielony. Tym bardziej więc dziwi mnie, że robisz podstawowe błędy – liczebniki zapisujesz cyframi, a nie słownie, piszesz “zapytał się”. 

W oko wpadły mi też takie zdania: 

 

Karolina słuchając opowieści Wacława i nie wierzyła własnym uszom. – nieskładnie; albo słuchała albo słuchając i wtedy wylatuje i

 

Po co pytajnik i wykrzyknik w ostatnim zdaniu?

 

Edyta

Na prośbę Autora, by nie spojlerować w komentarzu, drobna korekta :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Opowiadanie jest nudne i co gorsza, niechlujnie napisane. Pozdrawiam.

Jakiś pomysł był, ale mam wrażenie, Michale, że chciałeś przekazać zbyt wiele, skutkiem czego opowiadanie jest wypełnione głównie Wacławem i jego zmaganiami z zagadką, a reszta wydarzeń stanowi chaotyczne tło, w którym dzieje się zbyt wiele niezbyt istotnych spraw.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia, ale zrezygnowałam z łapanki, bo mam wrażenie, że w Twoim przypadku wskazywanie potknięć mija się z celem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam. Z warsztatem jest słabo, ale odnoszę podobne wrażenie jak Reg, więc w dalsze szczegóły wchodzić nie będę.

Jednak jedna rzecz mi nie daje spokoju. Akcja rozgrywa się w przyszłości, a już aktualnie od ładnych paru lat WSZYSTKIE aparaty cyfrowe mają wyświetlacze i podgląd na żywo. Wręcz większość znanych mi kompaktów już od jakiegoś czasu ma tylko wyświetlacz, bez wizjera. Nie wierzę, że w przyszłości fotografia cofnęłaby się w tej kwestii i Wacław mógłby kupić nowy, wypasiony model bez wyświetlacza.

Kwestię fotografowania robaków zoomem i aparatu przodków (ot tak dokupienia soczewki itd.) pomijam, jako drobiazgi.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

“Wacław Kwiecień ma 36 lat i od wczoraj“ – Trzydzieści sześć

 

Czemu początek jest w czasie teraźniejszym, a potem wszystko w przeszłym?

 

“a już zdecydował porzucił złe samopoczucie“ – Literówka: porzucić

 

Ekspedienta siliła się i mówiła“ – Literówka: ekspedientka

 

“Uradowany zakupem aparatu, oraz karty pamięci“ – Zbędny przecinek

 

“płytki chodnikowe“ – Płytki? Raczej płyty.

 

“Cały świat wirował. W pewnym momencie zobaczył nawet niebiesko-zielone plamki.“ – Czy świat zobaczył plamki?

 

“będąc w tak dobrym nastroju Jacek, będzie go słuchał w wielkim skupieniu.“ – Przecinek zdecydowanie nietrafiony.

 

“rozegzaltowanym ruchem dłoni“ – Dziwny zwrot…

 

“Czerwone światło, aż raziło.“ – Zbędny przecinek.

 

“– 30 groszy za zdjęcie, zdjęć 120, proszę sobie policzyć“ – Tu też liczby powinny być zapisane słowami. I “50 złotych” również.

 

“Zdjęcie przez kilka dni leżały niewyjęte z koperty.“ – Literówka: zdjęcia

No to kilka dni czy miesiąc? jaki jest sens pisać jedno na początku jednego akapitu, a drugie na początku kolejnego…?

 

“Dali mu miesiąc na ogarnięcie burdelu, który powstał przez jego nieobecność, a jak sobie nie poradzi, to życzyli powodzenia w szukaniu nowej pracy.

Tak naprawdę minął miesiąc zanim“

 

“Kiedy wszystkie prace mające na celu uspokojenie sytuacji w dziale zostały zakończone, wrócił do domu i“ – To brzmi tak, jakby do czasu ogarnięcia sytuacji Wacław ani razu nie wrócił do domu ;)

 

“Z całą pewnością skafander jest amerykański.“ – Czemu czas teraźniejszy?

 

“Nazwiska dziesięciu kończą się na „…rg”. A korzystając z wujka Googla dowiedział się (przypomniał), że w 2021 roku wystrzelono“ – Znowu losowo wstawiony czas teraźniejszy. Poza tym braku “sobie” po “przypomniał”.

 

“do działu teorii spiskowych“ – czy Internet jest podzielony na działy?

 

“Już pierwsze tematy wskazały, że wariatów na świecie nie brakuje. Najpierw poczytał te standardowe“ – Poczytał tematy?

 

“„Jak wyżej. To chyba jakieś jajca som. Nowy sprzęcior, cykam se moją dupę, a tu potem w domu się okazuje, że na dwóch zdjęciach mam jakiegoś astronautę. Nie wiem, skąd ten ziom się tam wziął, ale zepsuł świetne zdjęcie. Wkurw mnie ogarnia. Zna ktoś?”.“ – Dajesz użytkownikowi taki prostacki język, ale jednocześnie dbasz o jego nienaganną interpunkcję?

 

“Astronauta pochodzi z Ameryki, co chyba jednak jednoznacznie sugeruje narodowość będącej w środku osoby.“ – Łojezu, osoba będąca w środku astronauty? Kosmita!

 

“Zajrzał przez judasza“ – Raczej wyjrzał

 

“Dopiero informacja o imieniu i nazwisku astronauty, udostępniona przez Wacława, spowodowała, że w Karolinie coś drgnęło. Po pierwsze, jako informatyk“ – Znaczy, moment. Mamy forum pełne fanów teorii spiskowych i nikt przed Wacławem nie wpadł na to, by sprawdzić ogólnodostępne nazwiska amerykańskich astronautów? Nawet informatyczka? Poza tym nie ma 100% pewności, że chodzi o członka ostatniej wyprawy na Marsa, to tylko domysł.

 

“informatyczna – eh, te parytety“ – Literówka: informatyczka.

 

“No, a po drugie, w pewnym momencie strach ustąpił zazdrości. Od wielu lat ćwiczyła judo, strzelanie i szermierkę.“ – O co chodzi z tą zazdrością? Komu zazdrościła i czego? Co ma zazdrość do tego, że postanowiła zacząć coś robić? Co ma zazdrość do tego, że rozbroiła faceta w czerni?

 

“Pasażerowi przecież zostali“ – Literówka: Pasażerowie.

 

“Największym sukcesem Wacława i Karoliny, a zarazem porażką, okazała się rozmowa z rodzicami Mike’a. Po zaplanowaniu naprawdę skutecznej intrygi, udało im się wejść do mieszkania i pogadać…” – Straszliwy, drastyczny skrót fabularny. Mamy parę bohaterów mieszkających w Warszawie, a ot tak jakby nigdy nic wchodzą do mieszkania ludzi, którzy mieszkają gdzieś w Ameryce? Jakieś przygotowania, podróż, cokolwiek?

 

Skończyłam. Myślę, Michale, że nie przemyślałeś tego wszystkiego należycie. Część błędów logicznych wytknęli poprzedni czytelnicy, część ja, ale na dobrą sprawę cała konstrukcja fabuły ma dziury jak ser szwajcarski. Że też zapytam o najbardziej nurtującą mnie rzecz: mamy jakąś organizację, która nasyła na Wacława zbira w białych trampkach; zbir wali Wacława w ryja, rozbiera go (po co???), a na to wchodzi – cóż za przypadek – Karolina, która zbira nokautuje. Potem czytamy, że tajna organizacja postanowiła obserwować parę bohaterów. A potem aż do końca ani słowa o tej organizacji nie ma? Bohaterowie odkrywają, gdzie zadekował się astronauta, robią mu zdjęcia oldskulowym aparatem, rozwiązują sprawę, a organizacja gdzie, śpi? Czy wprowadziłeś faceta w czerni tylko po to, by z impetem i w niezbyt sensowny sposób pokazać po raz pierwszy Karolinę?

 

Pisz jak najwięcej, ćwicz, ok – ale pamiętaj, że bez dopracowanej fabuły żadne opowiadanie nie zostanie ciepło przyjęte przez czytelników. Fabuła nie musi być skomplikowana, ale musi być spójna i logiczna. Bez tego ani rusz. Czytelnicy nie lubią, jak autor próbuje z nich zrobić idiotów.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Miałeś jakiś pomysł, ale wykonanie… O warsztacie już się przedpiścy wypowiadali. Mnie dodatkowo niekiedy szwankowała logika opowieści. Facet myślący, że już nigdy więcej nie zobaczy syna – bez przesady, nawet polskie sądy zwykle przyznają ojcu co drugi weekend. Zresztą później okazuje się, że ten chłopiec wcale nie był aż taki ważny dla tatusia. Na wywołanym zdjęciu znajduje się obcy element. Co robi protagonista? Nie, nie sprawdza, czy ktoś wlazł w kadr, tylko robi awanturę komuś, kto wywoływał zdjęcia. Do licha, bliżej miał do zakładu niż do komputera (jeśli już jakimś cudem jego aparat faktycznie nie miał wyświetlacza). Potem musiał pożyczać aparat od byłej. Żadne z nich nie miało komórki? Nie wmawiaj mi, że wtedy jeszcze nie było smartfonów, bo BMW X9 jeszcze nie weszło do produkcji. No i aparat z XIX wieku. Hmmm, przez większość tego stulecia rządziła dagerotypia, dopiero w końcówce pojawiły się Kodaki. Oj, nie przeprowadziło się porządnego researchu, nie przemyślało szczegółów.

I garść przykładów, które bardziej boleśnie kujnęły mnie w oczy:

Nie minęła więc doba, od kiedy wprowadził się do nowego mieszkania, a już zdecydował porzucił złe samopoczucie i znaleźć sobie jakieś odprężające hobby.

Ale o co chodzi w tym zdaniu?

Syn skakał, śmiał się, cieszył gadżetem i czasem spędzanym z ojcem. Dopiero kiedy niebo zaszło gwiazdami (gwiazdy w Warszawie!, pomyślał Wacław, coś niesamowitego!), wziął syna za rękę, zabrał aparat i razem ruszyli na przystanek tramwajowy.

Niebo zaszło? Kto jest podmiotem domyślnym w drugim zdaniu? Bo w pierwszym to syn skakał itd.

Jednak na przełom lepiej późno niż wcale, jak mówi znane przysłowie.

Tu też coś się mocno posypało.

Wybrał więc jedno miejsca w Ogrodzie i codziennie między 19 a 21 co pięć minut robił zdjęcie,

Liczby słownie. Literówka.

Babska logika rządzi!

Ciut się powymądrzam. Z tą wielkością “aparatów po przodkach” to gruba przesada. Dysponuje czymś podobnym i jak widać na załączonym obrazku nawet rozłożony nie zajmuje dużo miejsca. Złożony jest mniejszy od części współczesnych cyfrówek z lepszy zoomem Model jakim dysponuje żeby było ciekawiej do robienia zdjęć potrzebuje specjalnych szkieł/szybek a nie na kliszy. Jakby nawet ktoś chciał to nie wiem czy da się gdziekolwiek znaleźć i kupić do niego te akcesoria. Na upartego pewnie da się je jakoś chałupniczo dorobić? Ale, co jak co, tanie to nie będzie. Tak więc z tym skąpstwem, to też nie do końca trafiony pomysł. Odpalenie takiego aparatu wyjdzie drożej niż zakup przeciętnego kompaktu w sklepie. Może gdyby bohaterowie chcieli zrobić fotkę czymś takim żeby uniknąć podejrzeń o fałszerstwo, to dałoby się obronić? 

MPJ, z którego roku jest Twój aparat? Mój (prawie jak ten ze zdjęcia) mniej więcej z okresu międzywojennego i fotografowałam normalnie na średnim formacie. Nie wszędzie i nie od ręki, ale negatywy są dostępne, ciężko też z wywołaniem, jeśli kto nie robi tego sam, ale to też jest do załatwienia.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Krótko i na temat, bo wiele do omówienia nie pozostało.

W połowie czytania strasznie się znudziłem, bo wiele rzeczy bierze się z sufitu, a nie z fabuły (o nieścisłości już było, ale co mi tam).

Po drugie opowiadanie zmienia się szybko w nużącą wyliczankę w stylu “Wacław poleciał w kosmos, Wacław poszedł tu, Wacław poszedł tam…” Dodaj błędy wypisane przez poprzedników i klęska gotowa :(

@śniąca. Być może akcja rozgrywa się w świecie o alternatywnej historii, gdzie technologia cyfrowa rozwinęła się później? W literaturze (i nie tylko) jest dość dużo takich sytuacji gdzie masz z jednej strony podróże nadświetlne, lasery itp. a równocześnie w użyciu są “starocie” jak to nazwałaś. Po prostu Autor nie doprecyzował tej kwestii :)

lol

Janadalbert, może, ale to też wypadałoby jakoś w tekście zaznaczyć. Jeśli takie tło nie jest naświetlone, to uznaję, że wszystko jest “po naszemu”.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

@śniąca Niby jak inaczej zaznaczyć taką informacje w tekście i nie rozwalić całej magii?

Fakt, że w przyszłości aparat na kliszę jest nowinką, to jest raczej błąd, nie zamierzony efekt. Tego się sam domyśliłem. Ale gdyby dopisać kilka podobnych scenek… W każdym razie to i tak lepsze niż napisać “W moim świecie nie wynaleziono zapisu cyfrowego, więc aparat z wyświetlaczem budził prawdziwy zachwyt.“ :P

lol

Przecież nie twierdzę, że tak by to zaznaczenie miało wyglądać :) Ponadto zapis cyfrowy był w świecie Wacława znany, vide ten fragment: 

Namiętnie przeglądał lustrzanki, cyfrówki, dosłownie wszystko,

Edyta.

Wyjaśniając, czemu akurat tego się tak czepiam – bo na fotografii opiera się opowiadanie, jest to więc dość istotny element, a nie zwykłe, tło, czy mało ważny ozdobnik. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Co do aparatu z fotki to Orionwer Akt.Ges z Hanoweru. Wedle moich informacji firma ta istniała w latach 1921-1933. Tyle, że była kolejnym wcieleniem firmy istniejącej od 1893 roku. Konstrukcja aparatu na pewno nie była wynalazkiem z lat 30. Wtedy rządziła na rynku małoobrazkowa Leica. Tak jak pisałem oryginalnie aparat ten potrzebował szybek/szkieł wsuwanych z tyłu. Uczciwie przyznam, że nigdy nie robiłem nim zdjęć traktując go jako obiekt zabytkowy. Wiem od dziadka jak je robiono. Nie wykluczam, że można nim robić zdjęcia i teraz tyle, że wymagałoby to cięcia kliszy i wkładania jej pomiędzy szybkę a blaszkę, do której szybka na czas zdjęcia jest mocowana, względnie przyklejania kliszy bo blaszki. Ogólnie pracy skomplikowanej i nie gwarantującej sukcesu. Zwłaszcza że moje doświadczenia z robieniem zdjęć cyfrówkami wskazują, iż na sto zdjęć do sieci warto wrzucić co najwyżej dziesięć a zaledwie wywołać/wydrukować i włożyć w album zaledwie jedno na sto.  

No to popatrz, jakie to ciekawe. Z wierzchu mój wygląda tak samo, ale jest ewidentnie na rolki z filmem. Dlatego, gdy go dostałam, nie miałam żadnych problemów z natychmiastowym przetestowaniem. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Widocznie producent twojego miał lepsze rozwiązania techniczne, w końcu nie bez powodu ten od mojego zbankrutował w 1933. Z tego co czytałem te szyby/szkiełka to patent z początków fotografii w XIX wieku.

To ja tylko dorzucę, że powinno być napisane “Where am I?”. W języku angielskim musimy użyć inwersji, zadając pytanie.

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

Cześć i dzięki za wszystkie komentarze. No cóż, najwyraźniej czasami trzeba zrobić krok do tyłu (a może nawet i dwa albo trzy), aby ruszyć do przodu. Jak rozumiem jest źle, żeby nie powiedzieć bardzo źle, ale mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej. Jeszcze raz dzięki za uwagi i pozdrawiam wszystkich, którym się nie podobało (nic nie ryzykuję takimi pozdrowieniami, bo przecież nikt tego opowiadania nie polubił). :)

Work smart, not hard

Ja polubiłem Głownie ze względu na końcowy tekst. Opowiadanie posrane ale ten tekst na końcu przekształca to w zwykłe posrane (oczywiście w tym dobrym sensie) opowiadanie ktore ma na celu Zająć czytelnika na kilka minut i zapewnić mu rozrywki. Raczej tego nie wydasz, ale całkiem fajne jest. A twoje błędy pewnie biorą się z tego że piszesz szybko i nie widzisz błędów popracuj nad tym.

Jan

Jakoś dziwnie się czyta komentarz, którego autor daje rady odnośnie pisania, a sam nie umie postawić przecinka czy kropki.

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

Ja się do grona niezadowolonych nie zapiszę, choć – Bogiem a prawdą – do grona tych usatysfakcjonowanych też przyłączać się honor nie pozwala. Zostanę więc gdzieś pośrodku.

Na minus zdecydowanie nielogiczności i niedopowiedzenia w opowiadaniu – wypaśna machina cykająca bez wyświetlacza, cała ta akcja z Człowiekiem W Białych Trampkach (bardzo naiwna, a przy tym masakryczne marnotrawstwo potencjału), totalne odrzucenie motywu rozpadającej się rodziny, który, nota bene, konstruowany był, uważam, bardzo dobrze, takie tam – oraz brak jasnego, sensownego zakończenia; gdyby ono było rzeczywiście jakiegoś rodzaju niedopowiedzeniem, słowa bym nie wyrzekł, ale tak, jak jest, jest po prostu dziurawo, całość przypomina faceta, który zasnął z nogami na szynach i obudził się dopiero w chwili, gdy pociąg odciął mu giry, zostawiając tylko kawałki ud i, gdzieś tam, po drugiej stronie torowiska, stópki. Do tego nie najlepszy warsztat i rozczarowanie gotowe.

Plusy natomiast za pomysł – niby nic oryginalnego, ale motyw jest fajny, po prostu – i generalnie styl, dzięki któremu, mimo wszystko, czytało się całkiem przyjemnie. Elementy humorystyczne, choć nie ma ich jakoś bardzo wiele, a same w sobie też może nie są jakimś kabaretowym objawieniem, jednak też na plus, bo były nienachalne i ładnie się wkomponowały w treść.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Spojrzałem na tagi – myślę: “łał, będzie fajna akcja!” – rozczarowałem się. Choć akcja była, to dość kiepsko zbudowana. Momentami dało się czytać, ale tych momentów było niestety za mało.

F.S

Nowa Fantastyka