- Opowiadanie: Rumianek - Wiedza

Wiedza

Tak po prawdzie nie wiem, gdzie zmierzałem pisząc to. Chciałem spróbować sił w worldbuildingu w wydaniu nieco twardszym niż wymaga tego przyszykowanie sesji RPG. Stąd też i brak jakiegoś konkretnego zakończenia, tylko parę pomysłów rzuconych na wiatr, które będę próbował rozwijać w innych opowiadaniach.

Serdecznie przepraszam za niewygodną formę przypisów-tłumaczeń. Jak się okazało, strona Fantastyki nie rozumie Wordowych stopek i przypisów.

Oceny

Wiedza

Fryderyk stał w szczerym polu, ze wzrokiem uniesionym ku niesamowitej budowli zawieszonej nad ziemią. Nie zwracał uwagi na silny wiatr który targał jego blond włosami i luźno wiszącym, zielonym płaszczem. Wicher był tak silny, że mógłby porwać chłopaka ze sobą gdyby ten nagle zdecydował się podskoczyć w miejscu – Fryderyk był chorobliwie blady i chudy, a wszystko to z powodu dorastania pośród oparów wytworów alchemicznych. Jego Mistrza nikt najwidoczniej zawczasu nie ostrzegł, że choć praca w laboratorium u dorosłego wywoła w najgorszym wypadku napady kaszlu, to może się okazać zabójcza dla dziecka. Szczęśliwie dla młodego maga, udało mu się dożyć dnia jego dwudziestych urodzin i ujrzeć budowlę zwaną Wiedzą. Jego błękitne oczy lśniły ekscytacją, jak w dniu gdy po raz pierwszy udało mu się zakląć wiatr w butelce. Stojący obok starzec, zwany powszechnie Mistrzem (mawiają, że ze wstydu przed swym prawdziwym imieniem przestał go używać) uśmiechnął się lekko na ten widok. Był on z wyglądu chodzącym archetypem uczonego kryjącego się pod kapturem, z długą siwą brodą sięgającą do pasa wiążącego jego jasnobłękitną szatę. Oburącz dzierżył dębowy kostur, opierając o niego swój ciężar ciała.

Marmurowy posąg olbrzymiego mężczyzny z wyciągniętą nad głowę dłonią był zawieszony do góry nogami metr nad ziemią po której stąpali mag i jego podopieczny. Od stóp statuy rozpoczynały się ściany budowli zbudowane z pergaminu. Całość swym wyglądem przypominała sięgającą ponad chmury piramidę obróconą swym czubkiem ku ziemi.

– Oto więc jesteśmy. Od kiedy wstąpisz do środka, mój młody Fryderyku, nie będziesz już więcej moim uczniem. Zostaniesz pozostawiony sam sobie by poznać tajniki stworzenia. Choć, oczywiście, chętnie przywitam cię filiżanką herbaty gdy twe stopy znów staną na ziemi i postanowisz odwiedzić starego czarodzieja.

– Pamiętam jak mówiłeś, że Wiedza jest największym jednolitym obiektem który widziałeś. Nie sądziłem jednak, że nie będę w stanie ujrzeć jej szczytu.

– Podstawy.

– Słucham? – blady niczym marmur młodzieniec odwrócił wzrok od budowli, wyrwany z podziwu. Spojrzał ku starcowi pytającym wzrokiem.

– Szczyt znajduje się tuż przed tobą. Podstawa Wiedzy jest zakorzeniona niebiosach, skryta przed naszym niedoskonałymi zmysłami.

– Cóż to więc, przez całe me życie niczym pająk krążyłem po suficie tego świata a to co brałem za chmury było jednie mgłą u jego dołu? – Fryderyk nie mógł ukryć rozbawienia wymawiając te słowa. Jego głupkowaty wyraz twarz przerodził się w zaskoczenie i ból gdy kostur uderzył go po łydkach.

– Kryjże swój uśmiech pogardy, Fryderyku, bo przetrzepię ci skórę. Prawdy powiedzieć ci nie mogę, bowiem jej nie znam i nie oddaliłem się nadto w czasie mej podróży wewnątrz Wiedzy. Powtarzam ci jedynie, czego sam się nauczyłem gdy byłem takim młokosem jak ty.

– …Jak mam więc wejść do środka? – spytał uczeń, prostując się w próbie nadania swemu pytaniu powagi – Nie widzę tu żadnej bramy, Mistrzu. Czy też moja nauka ma polegać na przemierzeniu tej konstrukcji niczym stoku górskiego?

– Wszystko co tu widzisz jest bramą. Naukę można rozpocząć w każdym punkcie, wymagany jest jedynie klucz. A oto i on. – starzec sięgnął do rękawa swej szaty i wyciągnął zeń nóż z ostrzem skrytym w skórzanej pochwie. Po chwili wahania, oddał 'klucz' swemu uczniowi.

 

Fryderyk natychmiast wyciągnął ostrze z pochwy. Było chude i krótkie, widocznie przeznaczone bardziej do otwierania listów niż jakiejkolwiek walki. Żelazne ostrze było zużyte i nosiło ślady rdzy, ale najważniejszy jego element był pozbawiony skazy. Idealnie w połowie odległości między końcem rękojeści a czubkiem noża z obu stron w metalu był wyryty symbol α

– Znak początku?

– To początek twojego nowego życia. Zaś do przedarcia pergaminu nie ma lepszego narzędzia niż nóż, czyż nie?

– Myślałem, że by zachować swoje właściwości, znak musi być stworzony kładąc coś nowego na czymś starym. Nie wydzierając go w materiale.

– Tylko gdy tworzysz, Fryderyku. Nie gdy próbujesz otworzyć coś zamkniętego przed tobą.

– A rozdarcie które stworzę samo z siebie zamknie się za mną? Czy też mam na zawsze pozostawić świadectwo mojej bezmyślnej destrukcji?

– Na litość, chłopcze, dlaczego myślisz, że kazałem ci zrobić fiolkę kleju i zabrać ją ze sobą? Idźże już, zanim zaczniesz zadawać zbyt wiele pytań i zejdziesz ze ścieżki magii by zostać filozofem.

 

Fryderyk westchnął ciężko, spoglądając ponownie na posąg zawieszony nad ziemią. Owszem, miał ze sobą naczynie pełne spoiwa leżące luźno w lewej, wewnętrznej kieszeni jego płaszcza. Dawno nie korzystał z tak prymitywnych narzędzi naprawy ale Mistrz nalegał na użycie kleju. „Nauka zaczyna się od początku, nie od środka”, powiedział i trzasnął kosturem o podłogę, dając do zrozumienia, że on wie w tej sytuacji lepiej. Adept nie mógł w tej sytuacji począć nic ponad potrząśnięcie głową i wykonanie polecenia.

Blady mężczyzna chwycił mocniej rękojeść noża, schował pochwę do kieszeni płaszcza i spojrzał ku Wiedzy. Stopy posągu były wysoko nad ich głowami i jeśli musiałby się wspinać ku pergaminowym ścianom, z pewnością miałby duży problem. Z jego chudymi jak gałęzie ramionami ledwo miał siłę podnieść pełną wody kolbę, a co dopiero ciężar swego ciała. Szczęśliwie, ów ciężar był tak znikomy, że mógł utrzymać się na wietrze. I taką też metodę dotarcia do celu postanowił obrać młody mag.

-Aνεμος, μην αφήνετε να πέσω [1] – powiedział Fryderyk tonem głosu nieznoszącym sprzeciwu. Inkantacja, w dużym skrócie, była niczym więcej jak wydawaniem rozkazów dla świata bądź jego elementów. Aby być usłuchanym, wystarczyło mówić w języku dlań zrozumiałym. Dlaczego był to ten dziwaczny dialekt a nie słowa którymi Fryderyk posługiwał się jeszcze przed chwilą, rozmawiając z Mistrzem? Snuto domysły, że to najstarszy z języków a świat jest zbyt uparty by nauczyć się nowego. Niektórzy mówili też, że wszystkie pozostałe języki są tak naprawdę sztuczne, stworzone przez ludzkie wady wymowy, zrozumienia i słuchu na przestrzeni tysiącleci a świat jest głuchy na fałsz. Tak czy inaczej, język magii był tajemnicą skrytą za dwiema zasłonami. Ponieważ nie był on używany w mowie poza inkantacjami, należało być piśmiennym by móc próbować zrozumieć jego działanie i zasady nim kierujące. Ale i to było próżnym wysiłkiem, jeśli nie miało się nauczyciela który mógłby wytłumaczyć ci wymowę zapisanych symboli.

Fryderyk otulił się ciaśniej płaszczem i zapiął wszystkie jego klamry, by okrycie przestało łopotać i, co ważniejsze, nie wleciało mu nagle na twarz gdy wiatr będzie próbował uchronić go przed upadkiem. Wziął głębszy wdech i zaczął biec ku ścianom z pergaminu, jakby od miejsca jego poprzedniego ustawienia a jego celem pojawiły się niewidzialne schody. Wicher który szalał wokół Wiedzy nie był może huraganem, ale mógł na krótki okres utrzymać skórę i kości stanowiące ciało młodego maga. Póki stawiał dalsze kroki odpowiednio szybko, wiatr nie zapadał się zbytnio pod jego ciężarem, pozwalając mu postawić kolejny krok, i jeszcze kolejny, aż dotrze do swego celu. Pozostawało mu tylko mieć nadzieję, że wiatr nie ustanie nagle, zabierając mu grunt spod nóg. Upadek z tej wysokości zakończyłby się tragicznie. Dlatego też biegł póki mógł. Wyciągnął rękę uzbrojoną w ostrze przed siebie, mierząc w ściany budowli. W końcu, z którymś z kolei krokiem, czubek noża wbił się w pergamin a zaraz po tym ostrze przebiło ścianę Wiedzy na wylot. Młody mag szarpnął ręką ku górze a następnie w swoje prawo i rzucił się ku nowo powstałemu rozdarciu. Gdy tylko znalazł się wewnątrz, padł na zimną podłogę, próbując złapać oddech. Całe jego ciało płonęło od tego tytanicznego wysiłku.

 

***

Gdy jego oddech się uspokoił a mięśnie przestały drżeć, oparł dłonie na kamiennej posadzce i podniósł swe ciało do pozycji siedzącej. Odrobina światła która dostawała się do środka poprzez rozdarcie ukazywała jego oczom dość duże pomieszczenie, zbyt duże by móc zobaczyć jego przeciwległy kraniec. Fryderyk mógł jednak dostrzec, że w śnieżnobiałej podłodze wyryte były symbole, ułożone w słowa, te zaś w pełne zdania. Cała posadzka była wielką, otwartą księgą napisaną w języku magii.

Podniósł się do pionu, podnosząc z ziemi „klucz” który wyślizgnął mu się z rąk gdy nie miał sił na nic ponad oddech. Wolną dłonią rozpiął klamry i sięgnął ku wewnętrznej kieszeni płaszcza, upewniając się, że fiolka kleju wciąż była nienaruszona jego upadkiem na twarz. Szczęśliwie, była cała. Młody mag wyciągnął szkło z kieszeni, odkorkował i z pomocą noża rozsmarował jego zawartość po krawędzi porwanego pergaminu, następnie dociskając do niej przeciwległy koniec rozdarcia. Dotykał teraz dłonią nieprzerwaną, kamienną ścianę pełną drobnych żłobień. Coś wydawało mu się w tym wszystkim nie na miejscu, ale nie mógł ująć tego w słowach. Po chwili stwierdził, że doszukuje się dziury w całym i jego zmartwienie jest zbędne. Nóż usmarowany zaschniętym już klejem wsunął na powrót do pochwy. Fiolkę zakorkował i schował na powrót do kieszeni.

Otaczała go jednolita ciemność. Zasklepienie dziury w ścianie pozbawiło go jedynego źródła światła. Szczęśliwie, stworzenie zastępstwa dla świecy było jednym z najprostszych zaklęć, które poznał jeszcze zanim ukończył dziesięć lat.

– Φως [2]– powiedział nakazująco i uniósł dłoń z wyprostowanym palcem wskazującym na wysokość swej głowy. Lecz nic się nie stało. Zaskoczony trwającą ciemnością, obrócił wzrok ku czubkowi wyprostowanego palca.

– Φως ! – powtórzył, unosząc gniewnie głos, lecz ponownie odpowiedziała mu jedynie cisza.

– Co u stu diabłów… – rzekł, opuszczając dłoń – Czyżby rzeczywistość obraziła się na mnie po małej prośbie skierowanej ku wichrom? Czy też może jestem tak szczelnie zamknięty, że nie może mnie usłyszeć? Oto jestem w baśniowej budowli zwisającej z niebios, naturalnym więc jest, że jej ściany osłaniają przede mną prawdziwy świat! Równie dobrze mógłbym próbować powtórzyć w laboratorium jakąś inkantację ze snów. Przecież naturalnym jest, że w bibliotece spisanej językiem magii będzie ona bezużyteczna! Że też nie pomyślałem o tak…

Jego narzekanie trwało, wymawiane coraz ciszej i ciszej, aż przerodziło się w niezrozumiałe pomruki niezadowolenia. Na tę litanię żali również odpowiedziała mu cisza. Młodzieniec westchnął i potrząsnął głową, przerywając swój lament. Nawet jeśli był odcięty od świata, wciąż mógł próbować nakazać coś przedmiotom które wywodziły się spoza tego przeklętego, przerośniętego ostrosłupa.

Pierwsze co przychodziło na myśl to jego ciało. Mógł próbować przekonać własne oczy, by widziały mimo braku światła. To jednak nie było dobre rozwiązanie – po pierwsze, nie miał niczego co nadawałoby się na komponent a po drugie, nie wiedział czy jego głowa zniosłaby nagły napływ informacji, do których postrzegania nie była stworzona. W najgorszym wypadku mogłoby to doprowadzić do jego śmierci, co było dość prawdopodobne przy jego niemal zerowym poziomie zdrowia. Tym samym musiał zdać się na inne przedmioty ze świata zewnętrznego w jego posiadaniu – szklaną fiolkę z resztkami kleju, korek ją zatykający, nóż do kopert usmarowany zaschniętym spoiwem i skórzaną pochwę na owe ostrze. Żadne z nich zdecydowanie nie było lampą, ale jeśli się nie mylił, miał wszystkie elementy niezbędne do jej stworzenia.

Ponownie wyciągnął nóż z pochwy i ujął go w prawicy. Nakłuł czubkiem ostrza palec wskazujący swojej lewej dłoni, aż popłynęła z niego krew. Następnie szybko pochwycił ostrze w zęby i ujął fiolkę, wyciągając z niej korek między kciukiem a palcem wskazującym. Krwią nakreślił okrąg wewnątrz naczynia. Zgodnie ze starym przysłowiem, nikt nie słucha się twoich słów tak dokładnie jak ty sam. Lub przynajmniej drobna część ciebie.

– Το αίμα μου, ήθελα να επιστήσω έναν κύκλο μαζί σας [3] – rzekł, wymawiając pierwsze słowa inkantacji. Przy zaklęciach tego typu zawsze należy określić dokładnie, o której części substancji mowa. Wielu nieuważnych, niecierpliwych magów skończyło swój żywot poprzez nagły zapłon całego ciała. Źródłem ognia był oczywiście portal do domeny któregoś z demonów, otworzony z użyciem własnej krwi zamiast małego jej okręgu wymalowanego na ziemi.

Młody mag pochwycił ponownie nóż w lewą dłoń i zamachnął się nim, przeciągając ostrze po kamiennej ścianie. Posypały się iskry, a resztki zaschniętego spoiwa zapłonęły żywym ogniem. Przez myśl Fryderyka przemknęło, że wszystkie wypadki w pracy z tą łatwopalną substancją przynajmniej nie były na marne.

– Πιάσε τη φλόγα σε αυτό. [4] – i z tymi oto słowami, fiolka naznaczona jego krwią powinna stać się idealnym więzieniem dla płomienia, jeśli jakiś się w niej znajdzie. Nie będzie on wymagać powietrza ani opału by utrzymać się w tym świecie, jak to ogień miał w zwyczaju.

Fryderyk przybliżył płonące ostrze do otwartej fiolki i płomienie niemal natychmiast objęły zaschnięte resztki spoiwa we szkle. Odrzucił nóż na podłogę i zatknął na powrót otwarty koniec pojemnika korkiem. I oto trzymał w dłoni magiczną lampę. Choć światło które dawała było mizerne, była przyjemnie ciepła w dotyku. Blady chłopak obrócił wzrok ku jednemu ze zdań wyrytych na ścianie i zagubił się w lekturze. Czytał o istocie ludzkiego ciała, o inkantacjach i komponentach, o paktach zawieranych między magiem a przedmiotem. Nie było tam niczego, czego nie wiedziałby wcześniej. Lecz mimo to czytał uważnie każde słowo, nie chcąc przegapić żadnego skrawka informacji, którego nie przekazał mu Mistrz w swych naukach.

 

***

 

Wewnątrz Wiedzy nie było niczego poza uczniem i nauką. Nie było czasu, nie było uczuć takich jak głód, pragnienie, zmęczenie czy chęć oddania się innym przyziemnym potrzebom. Nie było też wewnątrz tego monumentu nauki żadnego praktycznego jej zastosowania. Świat, z reguły gotów ugiąć się pod każdy rozkaz Fryderyka, nie mógł usłyszeć jego głosu dochodzącego z wewnątrz Wiedzy. Mag mógł zapamiętać, spisać i recytować nieskończoną ilość zaklęć wyrytych w nieskończonej powierzchni tej dziwacznej biblioteki. Ale nie mógł ich użyć. I im wyżej się, im bliżej był podstaw całości stworzenia, tym pewniejszy był, że w końcu ogarnie go znużenie i poczuje potrzebę ucieczki z tego miejsca. Lecz ilekroć sądził, że jego zasób wiedzy został wystarczająco poszerzony i powinien wrócić do świata zewnętrznego, odnajdywał kolejny fragment wielkiej układanki stawiający przed nim kolejne pytania.

Kroczył przez morze zimnego ognia, płonąc. Płomienie układały się przed jego oczami w symbole, słowa, zdania, opowieści. Historie o pierwotnym człowieku, zrodzonym w popiołach świata który istniał przed ogniem. O pierwszym magu, urodzonym bez języka, stwórcy pisma. O pakcie między ludźmi a płomieniami, zawiązanym u początku historii i pozwalającym śmiertelnikom korzystać z potęgi ognia w zamian za złożenie mu ofiary z dóbr materialnych.

Przeczytawszy ostatnią z tych powieści, zatrzymał się w swym marszu. Jego ciało również było dobrem materialnym, czyż nie? Jednak nie czuł bólu oparzeń a jego ręce… tak, wciąż były na swoim miejscu. Białe niczym śnieg, pokryte setkami tysięcy drobnych symboli wydrapanych w nich nożem, układających się w inkantacje zaklęć. Po raz pierwszy w jego życiu był wdzięczny za swe zdrowie i to, jak wolno leczyły się jego rany. Dzięki temu raz zapisana sentencja nie znikała z jego skóry. Nie była to idealna forma zapisu, lecz musiał radzić sobie z nędznymi narzędziami które posiadał. Zresztą, teraz nie miało to znaczenia. Na jego rękach nie pozostał ani kawałek wolnego miejsca. Nóż przepadł w oceanie płynnego żelaza przez który płynął młody mag, topiąc się w zapiskach o wynalezieniu metali przez rasę przypominającą gigantyczne czerwie, na długo przed początkiem historii ludzi. Lampę rozbił samodzielnie, gdy utrudniała mu zrozumienie historii o pojawieniu się słońca na nieboskłonie – jak bowiem mógł pojąć historię narodzoną w zupełnej ciemności mając ze sobą źródło światła? Płaszcz zaś spłonął razem z resztą jego odzieży w oceanie płomieni przez który teraz kroczył, bez większego znaczenia za ich stratą. Po prostu była ona nieunikniona.

Potrząsnął głową i powrócił do przemierzania wiedzy spisanej w ogniu. W oddali rysowały się schody prowadzące wyżej, spirala białego kamienia jakże wyróżniająca się w bezkresie czerwieni i pomarańczy. Być może kolejna sala odpowie na jego pozostałe pytania i będzie mógł wrócić na zewnątrz z czystym sumieniem.

 

1 Anemos, min afínete na péso – “Wietrze, nie pozwól mi spaść”

2 Fos – “Światło”

3 To aíma mou, íthela na epistíso énan kýklo mazí sas – “Moja krwi, rysuję z tobą krąg”

4 Piáse ti flóga se aftó – “Uchwyć w nim płomień”

Koniec

Komentarze

  1. Przecinkologia kuleje strasznie. Niektóre zdania okropne (poniżej przykłady).
  2. Zbytnio objaśniasz wszystko czytelnikowi.
  3. Dialogi mogą być.
  4. Pomysł dość dobry (jak na fragment).
  5. Idea przypisów nie podobała się.
  6. Obrazy budowane dobrze.
  7. Całość przeczytałem i nawet mi się podobało, choć mogłoby być o 30% krótsze.
  8. Najstraszniejsze zdania:

z długą siwą brodą sięgającą do pasa wiążącego jego jasnobłękitną szatę.

był zawieszony do góry nogami metr nad ziemią po której stąpali mag i jego podopieczny

chwycił mocniej rękojeść noża, schował pochwę do kieszeni płaszcza i spojrzał ku Wiedzy.

otulił się ciaśniej płaszczem i zapiął wszystkie jego klamry, by okrycie przestało łopotać i, co ważniejsze, nie wleciało mu nagle na twarz gdy wiatr będzie próbował uchronić go przed upadkiem

Całe jego ciało płonęło od tego tytanicznego wysiłku.

Otaczała go jednolita ciemność.

i moje ulubione:

W najgorszym wypadku mogłoby to doprowadzić do jego śmierci, co było dość prawdopodobne przy jego niemal zerowym poziomie zdrowia

 

Ignorancja to cnota.

poziomie zdrowia.

Eeee macarena! :D

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Faktycznie – tekst nie zdaje się nigdzie zmierzać. Ponadto widzę, Rumianku, że Twoja zaimkoza i dyskomia jest jeszcze bardziej zaawansowana niż moja :-)

Świat zarysowany bardzo pobieżnie – nie wiem czy oznacza to porażkę w próbie sił z „worldbuildingiem”, czy też taki był zamiar. Postacie również wydają się mało charakterystyczne. Przeczytałam jakieś 2/3 a potem mi się znudziło.

 

 

Nie zwracał uwagi na silny wiatr który targał jego blond

przecinek przed „który” – jeśli ja to widzę, to na pewno musi tu być :D

Oburącz dzierżył dębowy kostur, opierając o niego swój ciężar ciała.

Nie może się po prostu o ten kostur wspierać?

Marmurowy posąg olbrzymiego mężczyzny z wyciągniętą nad głowę dłonią był zawieszony do góry nogami metr nad ziemią po której stąpali mag i jego podopieczny.

Jestem przekonana, że brakuje tu jakichś przecinków

spytał uczeń, prostując się w próbie nadania swemu pytaniu powagi

Patrz, nie wiedziałam, że wyprostowana postawa nadaje pytaniom powagi…

wyciągnął ostrze z pochwy. Było chude i krótkie,

ostrze nie może być chude. Wąskie, smukłe – jak najbardziej. Ale chude na pewno nie.

Żelazne ostrze było zużyte i nosiło ślady rdzy, ale najważniejszy jego element był pozbawiony skazy

Hmmm… Dziwne. Myślałam, że ostrze to właśnie najważniejszy element noża. Nasuwa się pytanie – jeśli nie ostrze to co? Rękojeść?

Idealnie w połowie odległości

Czy nie powinno być: dokładnie w połowie, równo w połowie?

Blady mężczyzna chwycił mocniej rękojeść noża

A skąd tu się wziął blady mężczyzna?

Fryderyk otulił się ciaśniej płaszczem i zapiął wszystkie jego klamry

Czyje klamry? Frederyka czy płaszcza?

 

Hmm... Dlaczego?

 Przeczytałam, rzec można, z przykrością, albowiem tekst został napisany w dość osobliwy sposób. W dodatku lekturę utrudniają lekceważone interpunkcja i szalejąca zaimkoza. Mimo sporej ilości błędów nie zrobiłam łapanki, bo uznałam, że nie jest ona Autorowi potrzebna, skoro usterki wskazane przez wcześniej komentujących nie zostały poprawione.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka