- Opowiadanie: Soldierski - Śmieszek

Śmieszek

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Śmieszek

Od godziny Marvin tkwił nieruchomo na metalowej szafce w szkolnej szatni. W ciągu tego czasu przeleciały mu przez głowę miliony myśli i możliwych scenariuszy tego, co za chwilę może się wydarzyć. Ścierpły mu już nogi od ciągłego leżenia w tej samej pozycji i pokusa wydostania się, była silniejsza niż strach, który trzymał go w miejscu.

Będąc tak blisko sufitu miał pewną przewagę – mógł prześliznąć się pod kolejny szyb wentylacyjny i przemknąć niezauważalnie, o ile również będzie dostatecznie cichy. Nie dawało to jednak pewności, że uda mu się wyjść na zewnątrz. Szyb mógł być tak samo zawalony jak ten, z którego przyszedł. Powrót nie wchodził w grę, to oczywiste. Odnogi były w pełni porośnięte jakimś paskudztwem, droga w górę zbyt wysoka. Zresztą ledwo co udało mu się zwiać od tych stworzeń, których mutacja była już tak zaawansowana, że sylwetką już nawet nie przypominały ludzi.

Pozostawały jeszcze drzwi. Prowadziły bezpośrednio na boisko, ryzyko było jednak zbyt wielkie. Marvin ciężko przełknął ślinę. Jeszcze raz wychylił się, żeby spojrzeć w kierunku wyjścia. Dalej tam był – siedział oparty o ścianę z głową zwieszoną na kolanach i splecionymi rękoma. Wyglądał jak zwykły chłopiec. „Chyba niewiele młodszy ode mnie” pomyślał Marvin. Niestety siedział w takiej pozycji, że nie było można zobaczyć jego twarzy. Odkąd tylko tu zszedł, Marvin nie zauważył, żeby młodzieniec się ruszał. Mógł zwyczajnie nie żyć, jednak dookoła nie było śladów krwi. Po zapachu też by nie rozpoznał, czy to trup, bo w tych czasach wszystko nim śmierdziało. „Może umarł z głodu?”. Zostawały jeszcze uszy. Według tego, co opowiadał Herbert, tak samo jak oczy i zęby, uszy powinny, po przemianie, być wyraźnie większe. Ale ten tutaj miał uszy raczej normalne. W każdym razie nie wyglądały na zmutowane. Dzieciak mógł mieć po prostu duże uszy. Dłonie miał zakryte, a na stopach buty, więc pazurów też nie było widać. Śmieszka, jak żartobliwie nazywał tego stwora Herbert, można poznać oprócz pazurów tylko po zmianach na głowie. „A ten, cholera, jakby specjalnie ją przede mną chował” zezłościł się Marvin.

Po raz setny przekierował swoją uwagę na drzwi, żeby dodać sobie pewności w podjęciu decyzji. „Schodzę cichutko na ławkę i jak człowiek, wychodzę przez drzwi. Łepek przecież nie siedzi aż tak blisko”. Pistolet został na górze. Wypadł Marvinowi, kiedy wskakiwał do szybu. Jeden celny strzał wszystko by załatwił. „Cholera, a może on nie wylazł przez te drzwi, bo są zamknięte?” pomyślał. Wahał się jeszcze przez chwilę nerwowo przygryzając wargi. „Niech to szlag”. Wymacał w kieszeni kurtki małą latarkę, zacisnął zęby i powoli, bezszelestnie zaczął przesuwać się w kierunku drugiego otworu od wentylacji.

Chłopiec pozostawał w bezruchu. Jego brak reakcji na nowo rozpalał nadzieje na ucieczkę przez drzwi. Decyzja jednak została podjęta i Marvin nie chciał już dłużej tkwić w bezruchu na szczycie szafki zastanawiając się „co by było gdyby?”. Ostrożnie wsunął się do tunelu. Ten nie cuchnął tak strasznie, jak poprzedni. „Dobry znak, może wychodzi na zewnątrz” Marvin pocieszył się w myślach. Doszedł do miejsca, w którym korytarz skręcał. Zajrzał za róg. Droga była czysta, ale kończyła się po dwóch metrach. Jedyny kierunek, jaki mógł obrać, prowadził w górę. Z powrotem do tych stworzeń, może do innej sali. Na chwilę opuścił głowę i zaczął się zastanawiać, czy to rzeczywiście dobry pomysł. Za sobą miał Śmieszka, a przynajmniej na Śmieszka mu to wyglądało. Tutaj nie wiedział, czego ma się spodziewać. Podsunął się pod spad tunelu, żeby ocenić swoje szanse na wspinaczkę. Ściany czyste, po drodze jakieś odnogi. Coś zamajaczyło w górze. Przyświecił latarką. Napchano tam drutu kolczastego, albo jakiegoś okablowania. Wyglądało na to, że tunel posłużył komuś do ucieczki. Gdyby drutu było dużo, na pewno mógłby zatrzymać delikwentów. Marvin liczył, że tak nie jest, wtedy próbując przez niego przebrnąć najwyżej tylko by się trochę pokaleczył. Mimo wszystko postanowił zaryzykować. Zaczął wspinaczkę. Opierał plecy o jedną ścianę, nogi o drugą i ślamazarnie podnosił się coraz wyżej. Dotarł do odnogi. Pełen nadziei poświecił w nią latarką, ale cała była zapchana grzybem i zmutowanymi porostami. Ruszył dalej. Przy następnej odnodze to samo – na całą szerokość i wysokość tunelu witki, narośle i inne niezidentyfikowane struktury. Marvin wkurzony nieprzychylnością losu posuwał się w górę tunelu. Doszedł do miejsca, w którym mógł ocenić charakter przeszkody, jaka stała na jego drodze. Drut kolczasty, na szczęście nie był upakowany gęsto. Marvin zaczął się przez niego przeciskać. Szło mu to niezdarnie i powoli. Zaczął sobie wmawiać, że gdyby go teraz Herbert zobaczył, albo Gruba, to nie miałby w grupie spokoju. Wszyscy by się z niego śmiali. Przedzieranie się przez drut stało się jeszcze bardziej frustrujące i denerwujące, w miarę jak ta wyimaginowana historia rozwijała się w głowie Marvina. Był najmniej sprawny z całego zespołu, a dzisiejsze zadanie miał wykonać po to, by poprawić swój wizerunek w oczach innych. Najbardziej zależało mu na tym, żeby wreszcie Markus zaczął traktować go poważnie. A teraz Marvin utknął w plątaninie drutu kolczastego w tunelu wentylacyjnym. Pomyślał przez chwilę, uspokoił się, powoli ruszył dalej. Odczepiał drut od ubrania, przedzierał się mozolnie, ale skutecznie. Minął małą kratkę wychodzącą przy podłodze w jakimś pokoju. Ciężko byłoby się tamtędy przecisnąć, więc brnął dalej.

W pewnym momencie przystanął żeby oświetlić sobie dalszą drogę latarką i zamarł w bezruchu. Głosy. Ktoś jeszcze był w szkole. A przynajmniej jakaś żywa istota, która do tej pory nie dała się schwytać żadnej bestii. Marvin usłyszał głuchy strzał, potem czyjeś kroki, bieg po schodach. Człowiek walczył o życie. „Cholera, a jak to ktoś z naszych?” pomyślał Marvin. Serce zaczęło mu szybciej bić. Nie potrafił zidentyfikować, w której części szkoły znajduje się uciekinier, ale na pewno musiał być niedaleko. Przez chwilę dochodziły do niego jakieś hałasy, zaraz potem jednak nastała uciążliwa cisza. Nie wiedział, co ma zrobić. Tkwił w bezruchu, oddychał najciszej, jak tylko umiał i czekał.

Potężne uderzenie w rurę wentylacyjną momentalnie pozbawiło Marvina równowagi. Zsunął się kawałek i zawisł na drucie. Był zbyt zaskoczony, żeby krzyknąć.

-Co jest kurwa… – wyszeptał do siebie.

Z przerażeniem spojrzał w dół. Ten hałas mógł zbudzić Śmieszka, od którego przecież próbował uciec. Nie odrywał oczu od dna tunelu, starał się wychwycić z półmroku każdy możliwy ruch. Minęły, jak mu się zdawało, dwie, może trzy minuty. Do tego czasu potwór powinien już się pokazać. To znaczy jedynie, że dzieciak w tamtym pokoju był po prostu martwy. Tą myślą Marvin próbował uspokoić rozkołatane serce i odetchnął z ulgą. Spojrzał po sobie – wisiał zaczepiony głównie za kurtkę, na wysokości kraty do pokoju, którą wcześniej mijał. Zajrzał przez nią do środka. Pomieszczenie wyglądało na pokój nauczycielski, nie było w nim szerokich stołów ani tablicy, ale nad drzwiami… Coś było nad drzwiami. Marvin wzdrygnął się na ten widok i zamarł w bezruchu. O ile z dołu nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo, tak z pokoju za kratką patrzył w jego kierunku wczepiony w ścianę i sufit nad drzwiami Śmieszek. Wyraźnie powiększona małżowina uszna i jeszcze większe oczy. Zajmowały mnóstwo miejsca na zniekształconej głowie stwora i nerwowo drgały, próbując wychwycić jakiś ruch. Czarne ślepia, naznaczone mnóstwem burych plam, między którymi zwężały i rozszerzały się poziome, kozie źrenice, bacznie skupiały się na kratce kanału wentylacji. Marvin wstrzymał oddech. Wisiał sparaliżowany strachem w plątaninie drutu kolczastego, jak tusza wołowa gotowa do porcjowania. Spojrzenie potwora przeszywało duszę Marvina na wylot. Najstraszniejsza była jego paszcza. Nie miał policzków. Widać było wszystkie zęby, po dwa rzędy w górnej i dolnej szczęce. Nierówne, ostre jak brzytwa kły rozciągały się od jednego ucha do drugiego.

Marvinowi zdawało się, że mija wieczność w zastygniętej wymianie spojrzeń, kiedy nagle uszy Śmieszka odchyliły się delikatnie do tyłu. Teraz i Marvin to usłyszał – ktoś nadbiegał z głębi korytarza. „Tylko nie tutaj, tylko nie tutaj…” powtarzał w myślach. Coraz donioślejsze odgłosy desperackiej ucieczki zbliżały się w ich stronę. Śmieszek pozostał na swoim miejscu, ale nie spuszczał Marvina z oczu. Ani drgnął. W drzwiach po chwili ukazała się postać mężczyzny. Był cały we krwi, obdrapany, z bronią w ręku. Gdy tylko wszedł do pokoju nerwowo rozejrzał się, by ocenić sytuację, ale nie spojrzał nad drzwi. Śmieszek skierował na niego swój wzrok. „Czemu się nie odwracasz?” Marvin chciał zdradzić swoją obecność i ostrzec nieznajomego, gdy ten, jakby telepatycznie odebrał przestrogę, odwrócił się i zauważył stwora. Od razu wycelował w niego i nacisnął spust. Nic się nie stało. Drugi, trzeci raz. Skończyły mu się kule. Marvinowi włosy stanęły dęba. Ukryty w przewodzie wentylacyjnym mógł tylko obserwować całe zdarzenie. Mężczyzna zaczął się cofać, potknął się o krzesło i wywrócił. Śmieszek bezszelestnie zsunął się ze ściany nie odrywając przy tym wzroku od ofiary. Facet zaczął krzyczeć i przeklinać nie godząc się na taki los, kiedy bestia zbliżała się do niego pewnym, delikatnym krokiem. Łzy napłynęły do oczu Marvina. Jego płacz gubił się w dźwiękach szaleńczych prób obrony bezradnego mężczyzny rozszarpywanego zębami i pazurami Śmieszka. Miotał się i darł jak zarzynana świnia. Marvin zapłakany i przerażony zrównywał się z nim krzykiem i miotał w zwojach drutu próbując się wydostać. A kiedy krzyki już ustały, potwór powoli odwrócił swój zakrwawiony pysk w stronę kratki. W tym momencie wydał pojedynczy, donośny jęk, rozdziawiając przy tym całą swoją gębę. Marvin rozpiął zamek kurtki, wysunął się z jej rękawów i rozdzierając spodnie spadł z impetem na dno tunelu. Przez chwilę leżał nieruchomo. Stłumił w sobie ból i uważnie patrzył w stronę kratki, za którą gdzieś tam w górze Śmieszek masakrował ciało biednego człowieka. Cisza. Nic się nie wydarzyło. Marvin przeklął sam siebie. O mało nie zginął tylko dlatego, że bał się zaryzykować przejścia obok martwego chłopca. „Boże, jaki ja jestem głupi” ze łzami w oczach zaśmiał się gorzko. Przed oczami miał już Herberta i Markusa, jak opowiada im o tym, co zaszło. Na szczęście udało mu się ujść z życiem, mimo że misja zakończyła się niepowodzeniem. Zaczął snuć się w kierunku wyjścia. Wychylił się na zakręt prowadzący do szatni, zastygł w bezruchu. Przy wyjściu z tunelu stał chłopiec, a na jego twarzy szkliły się wytrzeszczone czarne ślepia i szeroka paszcza pełna zębów.

Koniec

Komentarze

Scenka poświęcona rozmyślaniom chłopca, którędy i jak ma uciec, wydała mi się niezbyt zajmująca, tym bardziej, że nie bardzo wiem o co tu chodzi. Zastanawiam się skąd te mutanty, dlaczego Marvin jest sam, gdzie reszta zespołu, o którym wspomina, jakie zadanie miał wykonać?

Mam wrażenie, że zaprezentowany tekst nie stanowi zamkniętej całości, że chyba coś go poprzedza, a chłopiec o szklistych ślepiach i szerokiej paszczy nie kończy opowieści.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia – kuleje interpunkcja, jest trochę powtórzeń, trafiają się też zdania, nad znaczeniem których musiałam się zastanawiać.

 

W ciągu tego czasu prze­le­cia­ły mu przez głowę mi­lio­ny myśli i moż­li­wych sce­na­riu­szy tego, co za chwi­lę może się wy­da­rzyć. – Powtórzenie.

 

Ma­rvin cięż­ko prze­łknął ślinę. – Raczej: Ma­rvin z trudem prze­łknął ślinę.

 

Zo­sta­wa­ły jesz­cze uszy. We­dług tego, co opo­wia­dał Her­bert, tak samo jak oczy i zęby, uszy po­win­ny, po prze­mia­nie, być wy­raź­nie więk­sze. Ale ten tutaj miał uszy ra­czej nor­mal­ne. W każ­dym razie nie wy­glą­da­ły na zmu­to­wa­ne. Dzie­ciak mógł mieć po pro­stu duże uszy. – Czy to celowe powtórzenia?

 

Po raz setny prze­kie­ro­wał swoją uwagę na drzwi… – A nie wystarczy: Po raz setny spojrzał na drzwi

 

Pi­sto­let zo­stał na górze. Wy­padł Ma­rvi­no­wi, kiedy wska­ki­wał do szybu. – Pistolet wskakiwał? ;-)

Proponuję: Wy­padł, kiedy Marvin wskakiwał do szybu.

 

mógł oce­nić cha­rak­ter prze­szko­dy, jaka stała na jego dro­dze. – …mógł oce­nić cha­rak­ter prze­szko­dy, która stała na jego dro­dze.

 

-Co jest kurwa… – wy­szep­tał do sie­bie. Co jest, kurwa… – wy­szep­tał do sie­bie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytanie tego tekstu przypomina mi jedzenie delicji w czasach dzieciństwa. Najpierw wyjadało się sam środek, później resztę. Czekamy zatem na czekoladę i biszkopt . Galaretka taka sobie.  

Przeczytałam, ale nie bardzo wiem, jak skomentować. Nie wiem kim jest Marvin, dlaczego jest w szkole, skąd wzięły się mutanty, co to za misja o jakiej wspomina itd.

Podczas czytania, kilka razy przystawałam, żeby zastanowić się kto lub co jest podmiotem w zdaniu. A ostatni akapit widział mi się jako ściana tekstu, którą warto by podzielić na mniejsze części.

Napisane sprawnie. :) 

Być może trochę zabrakło tła,  które pozwoliłoby bardziej przekonać czytnika. 

Nie biegam, bo nie lubię

Po namyśle, jest jeszcze druga możliwość: galaretka jest tak dobra, że zapominam o biszkopcie i czekoladzie. Ale to wymaga dużych umiejętności i wyczucia. Może więc, na początek, poćwicz pisanie od “a do z”? Wrzucanie bohatera do garnka to już chyba trochę wyższy lvl. Najpierw trzeba nauczyć się rozpalić ognisko :)

Zgadzam się z przedmówcami – zabrakło tła dla opisywanej historii.

Ok, domyślam się, że mamy jakieś postapo, część ludzi zmutowała i zmieniła się w krwiożercze potwory. Ale nadal nie wiadomo co, jak i dlaczego, przedstawiona scenka jest zawieszona w próżni.

 

Ponadto nie mogę oprzeć się wrażeniu, że bohater jest po prostu głupi – nie wiemy, co się stało, że wylądował sam w szkole, a to, co wyczytałam między wierszami mówi mi: mały Marvin jest wyśmiewany przez rówieśników, więc żeby dowieść swojej wartości odłącza się od grupy, która zapewnia mu przetrwanie, sam idzie – nie wiadomo po co? – do miejsca, gdzie są mutanty, a potem a) traci pistolet, który jest jego jedyną skuteczną bronią, b) traci kurtkę, która zapewne też jest cennym przedmiotem.

 

Dlaczego Marvin był sam? Po co poszedł do tej szkoły? Skoro nie umie walczyć, a najwyraźniej nie umie, tym bardziej czemu był sam?

Może jakby wiarygodnie wyjaśnić powód, dla którego bohater znalazł się w takiej a nie innej sytuacji, odbiór scenki byłby lepszy. Bo tak to mamy tu w zasadzie tylko bezsensowną rzeź na ofierze.

 

Napisane jest dość sprawnie, więc czytanie nie bolało. Tylko że konstrukcja tekstu szwankuje. Zastanów się, co właściwie chcesz przekazać czytelnikom, a potem właśnie to spróbuj przekazać.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Czytało się całkiem, całkiem ale, choć wysilałem wyobraźnię, to jednak zabrakło zbyt wiele bym mógł zrozumieć. Mimo to jest dobrze – językowo nie męczyło.

F.S

Spodobał mi się początek, wiele obiecywał. Jednak podobnie jak poprzednicy, jestem zawiedziona tym, jak mało się dowiedziałam, a także tym, że utwór jest w zasadzie tylko scenką, bez widocznego celu.  

Technicznie warto byłoby popracować nad kompozycją. Przede wszystkim rozdzielić jakoś te długaśne akapity (ostatni i jeszcze jeden w połowie tekstu).

Uważam, że nadużywasz konstrukcji “zaczął [robić coś]”. Jest tego mnóstwo, czasem bardzo blisko siebie:

Marvin zaczął się przez niego przeciskać. Szło mu to niezdarnie i powoli. Zaczął sobie wmawiać(..)

Mężczyzna zaczął się cofać, potknął się o krzesło i wywrócił. Śmieszek bezszelestnie zsunął się ze ściany nie odrywając przy tym wzroku od ofiary. Facet zaczął krzyczeć

 

 

Nowa Fantastyka