- Opowiadanie: tojestniewazne - Oíche Shamhna

Oíche Shamhna

Próba zupełnie innego sposobu prowadzenia narracji niż te, których używałem do tej pory. W konwencji, której sam się po sobie nie spodziewałem. I nie jestem pewien, czy to fantasy. Chyba.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Oíche Shamhna

Nad Londynem powoli zmierzchało. Ostatnie promienie październikowego słońca rozpłynęły się w gęstej mgle wypełniającej wąskie uliczki Whitechapel dokładnie w momencie, w którym Aidan O’Sullivan (a właściwie Aodhán Ó Súilleabháin) zastukał rzeźbioną główką swej cisowej laski w furtkę prowadzącą na podwórze domu przy ulicy świętego Marka numer pięć. Furtkę, która składała się z samych łat, podobijanych gwoździkami kawałków zbutwiałego drewna. Nie doczekawszy natychmiastowej reakcji mieszkańców, mężczyzna rozejrzał się z wyraźnym niepokojem, jakby w obawie przed przyłapaniem na jakimś absurdalnym wykroczeniu i przestępując z nogi na nogę, zaczął rozpalać fajkę. W modnym wełnianym surducie w kratkę i czarnym matowym cylindrze pasował tu jak pięść do nosa, dlatego jak najszybciej chciał przedostać się na drugą stronę muru. Nie zdążył wypuścić trzeciego kłębu dymu, a już dał się słyszeć charakterystyczny chrobot klucza w zużytym zamku i zaraz furtka uchyliła się na tyle, żeby pomieścić kudłatą głowę przygarbionej staruszki o twarzy pokrytej brodawkami. Powoli, z wysiłkiem podniosła na niego zapuchnięte oczy.

 

Dia dult, máthair – powitał ją śpiewnie w ojczystym języku.

– Wrócił pan już? Później się miał pan pojawić, sir – wychrypiała po angielsku czarownica.

– Później, później. Sir, sir, sir, ha ha. Dość tej konspiracji. Nie mogłem się doczekać. Nastąpił przełom, mateczko! – niemal wykrzyknął Aidan głosem przechodzącym w falset i strzepując popiół z poły surduta, wepchnął się przez furtkę na podwórze.

– Ciiii, cicho – donośnym szeptem skarciła go starucha – nie zapominaj się! I uważaj z używaniem Gaedhilge, wiesz, co to może sprowadzić nam na głowy.

– Daj spokój, nikogo tu nie ma przecież, dla nich jest jeszcze dzień, nikt mnie nie śledził. Wszystko dobrze sprawdziłem. A co najważniejsze, one nadal nie mają o niczym pojęcia.

– Niczego nie będą się spodziewać?

– Niczego – przekonywał Aidan.

– Dobrze, zwołam radę.

 

Staruszka podreptała przodem przez zabłocone podwórze, zaś Aidan, dystyngowany i elegancki Aidan O’Sullivan, ruszył za nią energicznym, choć z konieczności skróconym, krokiem.

 

***

 

Anthony Deathridge nie przespał ani jednej nocy od dokładnie trzech lat.

“Trzy lata to wcale nie tak dużo w tym, hmmm… biznesie. Jeszcze tyle przede mną. Właśnie, ile właściwie?” myślał sobie wspominając dzień, w którym życie – “no, powiedzmy” myślał – zmusiło go do podniesienia łańcucha po raz pierwszy.

Czekał właśnie przy jednym z wejść, żeby z nastaniem nocy w końcu wziąć się do roboty, kiedy do jego uszu dotarł rozdzierający krzyk Lady Cethlenn:

– Przeklęci Irlandczycy! Znowu coś knują! Od tak dawna był spokój! I znowu! Musieli jednak coś znaleźć! Po tylu latach!

Czyli jednak czegoś się spodziewały.

 

***

 

W tym samym czasie przeklęci Irlandczycy obradowali przy wielkim dębowym stole ustawionym w salonie londyńskiego domu przy świętego Marka pięć. Grube zasłony nie przepuszczały do wnętrza zbyt wiele światła. Mrok rozświetlały wiszące pod sufitem i na ścianach lampy naftowe.

Przedziwna to była czereda. Wiedźmowata starucha, londyński konstabl w pełnym umundurowaniu, ubabrany krwią rzeźnik, katolicki biskup w purpurze. I elegancki do bólu, uzbrojony w surdut i laskę Aidan O’Sullivan. Przemawiał ten ostatni:

– Bracia w wierze, bracia w narodzie! Wysłuchajcie mnie dzisiaj, bo oto nadchodzi kres naszych trudów. Od siedmiu wieków z okładem cierpimy niewolę pod angielskim butem. Od siedmiu wieków nie my decydujemy o losach Éire. Czterdzieści lat temu zawiązaliście to Bractwo, żeby pewnego dnia zerwać pętające nas łańcuchy i obroże Imperium. Mniejszymi lub większymi krokami nieustannie zbliżamy się do tego celu. Rozwiązujemy problemy, likwidujemy przeszkody. Czasem napotykamy nowe. Ostatnio nasz protestancki przeciwnik, dzięki heretyckiej nekromancji, zaprzągł do swej służby odwiecznych wrogów naszych, dawno, wydawałoby się, pokonanych. Podsłuchują i doprowadzają do szaleństwa agentów Bractwa. Ich działalność o mało nie skończyła się dekonspiracją całej organizacji. Dzisiaj jednak robimy kolejny milowy krok na drodze ku wolności – pozbywamy się ostatniego zagrożenia!

– Panie, hm, kolego, ekhm – wychrypiał duchowny – co pan gadasz? Ekhm. Przecież wszyscy, hm, wiemy, hm, że bez ostrza z Ballybeg, ekhm, nie da się odprawić, hm, tego, no, rytuału. Przecież, yyy, ci nadgorliwi Anglicy skonfiskowali, hm, wszystkie, hm, protoceltyckie topory, ekhm, z brązu znajdujące się na terenie, ekhm, Zjedno… TFU! Pierdoloczonego Królestwa! Czyżby, hm, ktoś wykopał coś nowego?

– Nie do końca. – Aidan pochylił się, wyciągnął prawą rękę i zaraz głuchy odgłos kamienia uderzającego o drewno rozległ się w pokoju. Na samym środku stołu leżał owalny kawałek czarnej skały.

– Co to jest? Przecież to nie jest brąz! Brąz by zaśniedział! – pieklił się rzeźnik.

– Kpina! Wysyłamy pana do Belfastu, na misję najtajniejszą z tajnych, a pan nam coś takiego?! – krzyczał policjant, zrywając się na równe nogi.

Tylko zgarbiona wiedźma zdawała się wiedzieć z czym mają do czynienia.

Taobh Builleach! Synku! Udało ci się!

– Czy ktoś mi, ekhm, wyjaśni…

– Wybaczcie przyjaciele. – Aidan rozpostarł ręce w uspokajającym geście. – Winien wam jestem wytłumaczenie. Misja moja musiała być tak tajna, ze względu na niemal ciągły podsłuch z drugiej strony. Poza tym, chronionym runicznym pieczęciami domem, nie mogłem wypowiedzieć nawet jednego prawdziwego słowa na jej temat. – Usiadłszy, wyciągnął fajkę, jakby przygotowywał się na dłuższą opowieść.

Konstabl opadł na krzesło. Pozostali, rozluźnieni, zamienili się w słuch.

– Oczywiście wszyscy wiemy, że pokonanie Fomhóraigh jest możliwe tylko poprzez rytuał spętania krzykiem. Krew niewinnego, ostrze z epoki brązu, synchroniczne inkantacje. Zadziałało raz w siódmym wieku przed Chrystusem, zadziałało i drugi, kiedy wrócili za Świętego Patryka. Nietrudno było dotrzeć do informacji, przechowały ją wiedźmy z Dhún na nGall, strażniczki naszej kultury. Niestety, nietrudno było do niej dotrzeć również Anglikom. Stąd ogólnoświatowa – bo zniknęły również topory z muzeów amerykańskich i rosyjskich – konfiskata jedynych, wydawałoby się, artefaktów umożliwiających rytuał.

– Ekhm, no dobrze, ale co to to tutaj… – niecierpliwił się ksiądz.

– To to tutaj to kamienny topór z Reachlainn – Rathlin Island, z kamieniołomu Taobh Builleach. Rzecz o kilka tysięcy lat starsza.

– Większość wiedźmich rodów dawno przestała wierzyć w tę legendę, ale O’Sullivanowie przekazują ją sobie od wieków bez utraty ciągłości – dołączyła do wyjaśnień starucha.

– I dzięki temu – kontynuował Aidan – udało się uniknąć dekonspiracji. Po prostu nikt po tamtej stronie nie spodziewał się, że ktoś u nas może o tym pamiętać. Pewnie bali się tego, ale nie mogli mieć pewności. Węszą, coś przeczuwają, ale nie mają pojęcia, z której strony przyjdzie cios.

– No dobra, i co? – zaciekawił się rzeźnik. – Poza innym ostrzem, wszystko idzie tak samo?

– Nie wszystko. Trochę inne warunki, inne inkantacje. Bardziej pierwotny, neolityczny protojęzyk. I niestety nieco większa ofiara. – Aidan skrzywił się niemal niezauważenie.

– Ekhm, to znaczy?

– Biorę to na siebie, athair.

 

***

 

Lady Cethlenn cała się trzęsła. Anthony nie wiedział, co o tym myśleć. Widział okropieństwa odprawiane przez przygotowujących się do straszenia przed Wejściem. Widział eteryczne ciała innych, jak przepoczwarzały się w esencje koszmaru. Ale nigdy nie widział najstarszej ze wszystkich matron Fomhóraigh, Lady Cethlenn, w takim stanie. Ruszył w jej kierunku, ale bał się zanadto zbliżyć do zmieniającej kolory i kształty postaci.

– Coś się dzieje – mówiła – coś się dzieje, a ja nie mam pojęcia, co i nie wiem, jak temu zapobiec. Ale jestem pewna, że uderzą przed Zachodem.

 

***

 

Drugi poziom piwnicy na pierwszy rzut oka nie różnił się od reszty domu. Brakowało okien, to oczywiste, ale wystrój, boazerie, kandelabry, wyglądały dokładnie tak, jak na pozostałych kondygnacjach. Jednak za wielkimi, przeszklonymi drzwiami, które na parterze prowadziłyby do salonu, otwierała się rozległa przestrzeń – ni to grota, ni to świątynia, zbudowana z bazaltowych, wielokątnych kolumn, jakby przeniesionych z Groty Fingala lub Grobli Olbrzyma.

 

– Chodź Ronnie, weź mnie za rękę. Wchodzimy.

– Gdzie idziemy?

– O tu, do Odwróconej Kaplicy. Nie bój się, chodź.

– Do Odwróconej Kaplicy? A po co? Co będziemy tam… Przecież…

– Dzisiaj możesz tam wejść. Chodź. Będziemy straszyć. Jak w Samhain. Zobaczysz, będzie fajnie.

– Kogo straszyć, wujku? Kogo? Mamę? Ciocię? A może małą Julię? O tak! Postraszmy małą Julię, niech płacze! Przebierzmy się za upiory! Hu huuu! Hu huuuu! – rozochocił się chłopak.

 

Na twarzy Aidana O’Sullivana na chwilę zagościł serdeczny, pobłażliwy uśmiech, zaraz jednak zastąpił go wyraz głębokiej troski wymieszanej z poczuciem winy. W spoconej, drżącej dłoni, chował za plecami owalny kawałek czarnego porcelanitu. Przykucnął przy siostrzeńcu i szepnął mu do ucha:

– Nic nie rozumiesz, mały. Będziemy straszyć  d u c h y.

Koniec

Komentarze

Przyciągnął mnie tytuł :) 

Przeczytałam z zainteresowaniem. Zastanawiam się tylko, czy opowiadanie nie jest zbyt hermetyczne. 

 

Choć Ronnie, weź mnie za rękę.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

O, jaki wstyd. Już poprawiłem. Dzięki :)

 

A że hermetyczne? Może trochę, ale nie trzeba wiedzieć prawie niczego o Irlandii, żeby zrozumieć treść. Poza tym lubię być trochę hermetyczny, zdając sobie w pełni sprawę z konsekwencji.

Rozumiem, co napisałeś i choć nieźle się czytało, to jednocześnie nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś mi umknęło. Bardzo prawdopodobne, że mam braki w przygotowaniu – może czegoś nie czytałam, może czegoś nie widziałam – i stąd takie odczucie.

Czy dobrze się domyślam, że los Ronniego jest postanowiony…

 

Aidan O’Sul­li­van (a wła­ści­wie Aodhán Ó Súil­le­abháin) za­stu­kał rzeź­bio­ną głów­ką swej ci­so­wej laski w furt­kę pro­wa­dzą­cą na po­dwó­rze domu przy ulicy świę­te­go Marka numer pięć. – Zastanawiam się, czy mieszkańcy, oddzieleni od furtki murami domu i podwórkiem, będą słyszeć stukanie laski w furtkę?

 

wziął się za roz­pa­la­nie fajki. – …wziął się/ zabrał się do roz­pa­la­nia fajki.

 

Cze­kał wła­śnie przy jed­nym z wejść, żeby z na­dej­ściem nocy… – Powtórzenie.

Może: Cze­kał wła­śnie przy jed­nym z wejść, żeby z nastaniem nocy

 

Grube za­sło­ny nie do­pusz­cza­ły do wnę­trza zbyt wiele świa­tła. – Raczej: Grube za­sło­ny nie prze­pusz­cza­ły do wnę­trza zbyt wiele świa­tła.

 

Ostat­nio nasz pro­te­stanc­ki prze­ciw­nik, dzię­ki he­re­tyc­kiej ne­kro­man­cji, za­przągł do swej służ­by od­wiecz­nych wro­gów na­szych, dawno, wy­da­wa­ło­by się, po­ko­na­nych. Pod­słu­chu­ją i do­pro­wa­dza­ją do sza­leń­stwa na­szych współ­bra­ci. – Powtórzenia.

 

Synku! Udało Ci się!Synku! Udało ci się!

Wi­nien Wam je­stem wy­tłu­ma­cze­nie.Wi­nien wam je­stem wy­tłu­ma­cze­nie.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy: dziękuję bardzo :) Większość poprawiłem, choć z rozpalaniem fajki się nie zgadzam – zostało. Co do drzwi – jeśli masz duże podwórko, XIX wiek (nie ma samochodów na ulicach), a drzwi do domu są otwarte, bo część codziennego życia odbywa się na zewnątrz, będzie słychać uderzanie drewna o drewno.

 

Los Ronniego? Cóż, ja tego nie dopowiem, ale…

Cieszę się, jeśli w czymkolwiek pomogłam.

Moje propozycje są zaledwie sugestiami, z których wcale nie musisz korzystać. To Twoje opowiadanie i tylko Ty decydujesz, jakich słów użyć, by prezentowało się najlepiej.

 

…z rozpalaniem fajki się nie zgadzam – zostało.

 

Sugeruję, byś zajrzał tutaj:

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No dobrze, już dobrze. Przyznaję się do błędu. Ale prawidłowa konstrukcja mi w tym miejscu źle brzmiała, więc w ogóle zmieniłem sformułowanie.

Cieszę się, że pozwoliłeś się przekonać. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Ja też nie wszystko zrozumiałam.

Facet coś zdobył, z kimś się spotkał, opowiada o znalezisku. Słuchacze rozumieją, po co mu to, ale ja nie. Przydałoby mi się więcej informacji, jak można było wykorzystać te brązowe topory, jaka jest standardowa ofiara itd.

Babska logika rządzi!

A czy już mówiłam, że może być zbyt hermetycznie? ;)

Finklo, wygogluj sobie dwa pojęcia-klucze – tytuł i Fomhóraigh.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie lubię wszystkiego podawać na tacy. Zawsze musi być miejsce na domysły, interpretacje, niepokojące swędzenie umysłu czytelnika, że czegoś nie wie. Zresztą, gdyby to było ważne, opowiedziałbym o tym. To jest prosta historia, którą chciałem wprowadzić koncept straszenia duchów. Nie wiem, może powinna być krótsza, żeby te wszystkie szczegóły nie przysłaniały głównego zamysłu. Potem mi się rozwinęła, bo zacząłem czytać o irlandzkiej historii, mitologii, opozycji.

Dzięki osadzeniu w kulturze gaelickiej, historia ma jakieś odniesienie do rzeczywistości i faktycznie, “trudne słowa”, których używa się w fantastyce często bez desygnatów, tym razem można sobie wygooglować, jeśli ktoś ma taką potrzebę. Ale nie sądzę, żeby opowiadanie stało się jakoś bardziej zrozumiałe dzięki temu. Bo niekoniecznie używam tych konceptów w sposób zgodny z irlandzką mitologią (zwłaszcza Fomhóraigh, którzy, choć pełnili w tamtej mitologii rolę przeciwnika mitycznych irlandczyków półbogów, nie mieli natury, jaką im tutaj przypisuję). Ale powtarzam, nie wydaje mi się, żeby znajomość tych wszystkich spraw miała znaczenie. Wystarczy chyba podstawowa wiedza o historycznych relacjach między Irlandią a Wielką Brytanią.

 

Warto mieć nazwę dla przeciwnika, żeby nie pisać za każdym razem “nasi wrogowie”. Warto mieć sposób na nazwanie miejsc, a gaelicki irlandzki to bardzo ładny język, którego nazwy własne mają pewien klimat. Osadzając akcję w Londynie, nie musiałem przy tym tłumaczyć podstawowych cech świata (geografii, polityki), choć z drugiej strony byłem ograniczony w wyborze aktorów, żeby historia była wiarygodna.

 

A może hiperlinki przy najtrudniejszych pojęciach? Jak w “Starości Aksolotla” Dukaja.

Warto mieć sposób na nazwanie miejsc, a gaelicki irlandzki to bardzo ładny język, którego nazwy własne mają pewien klimat.

Ok, ale taki zabieg znacznie zawęża grono odbiorców. Gdybym się tym sama kiedyś nie interesowała, to nie miałabym bladego pojęcia o co w tym tekście chodzi. Nie załapałabym ani odwołań do mitologii, tradycji, ani do stosunków irlandzko-brytyjskich, które są tu jeszcze bardziej enigmatyczne niż straszenie duchów. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No właśnie nie wiem. Przecież jak nazywasz rzekę Anduiną, a spokojną enklawę Rivendell, totalnie nikt już nie wie, co te nazwy znaczą. To są tylko nazwy. Mogą się opierać na jednym albo drugim języku (zresztą zawsze opierają się na jakimś języku, choćby był wymyślony albo istniał tylko jako język nazw), ale jeśli nie są nazwami znanych nam dobrze miejsc, pełnią tylko funkcję etykiety, do której można (ale nie trzeba) odwołać się później albo funkcję tworzenia pewnego klimatu skojarzonego z ich brzmieniem (czy przez brzmienie samo w sobie, czy przez odwołanie do kultury, którą przywołuje użyty język).

Ja też już nie wiem. Oczytałam opowiadanie głównie jako formę opowieści halloweenowej (tytuł), jest przecież starodawny obrzęd/rytuał związany z odpędzaniem/straszeniem duchów. Jest też, ciężko wyczuwalne, bo ukryte, odwołanie, że tymi duchami mogą być angielscy okupanci – tu już miałam lekką zagwozdkę, bo nie do końca pojęłam o co z tymi Anglikami chodzi. Machnęłam na to jednak ręką, jako na nieistotny ozdobnik. Dopiero Twój komentarz te kwestię wyjaśnił. Nie wiem, czy Tobie o taki odbiór i efekt chodziło.  

Gdybyś użył innych określeń, nie powiązanych z halloween, tylko sobie coś tam wymyślił, to pewnie miałabym jak Finkla – czyli w ogóle nie wiadomo o co biega.

Każde słowo, które istnieje w jakimkolwiek języku, ładnie brzmiące lub nie, ma swoje znaczenie. Albo czytelnik się do znaczenia dokopie i coś zrozumie, albo nie. 

Kawa na ławę łopatologicznie nie jest dobra, ale zbytnia enigmatyczność i hermetyczność też nie. 

Mam nadzieję, że wiesz co mam na myśli. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Rozumiem. Choć mam ale: Rivendell nie znaczy nic. I Cymeria też nic nie znaczy. I Rivia też. I tak dalej.

Znaczą, a przynajmniej bardzo konkretnie kojarzą się tym, którzy czytali odpowiednie książki / oglądali filmy itp. Wiesz, co to Asgard? A wiesz co to Barathria? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Chodzi mi o nową fantastykę. Co znaczyło Rivendell, gdy Tolkien wydał Hobbita? Nic.

 

A Asgard to inna sprawa, bo właśnie pochodzi z istniejącej mitologii. Choć też kiedyś mało znanej.

Finklo, wygogluj sobie dwa pojęcia-klucze – tytuł i Fomhóraigh.

A, widzisz… Bo mnie się jakimś cudem pomyślało, że tytuł to imię i nazwisko głównego bohatera.

Babska logika rządzi!

Czytało się dobrze, a nawet bardzo dobrze i choć nie do końca zrozumiałem to nie wygogluję – dzięki temu zapadnie mi w pamięć i mimowolnie, gdy spotkam się z terminami będę pamiętał o Twoim szorcie. Może kiedyś mi się rozjaśni.

F.S

Niekonsekwencję dostrzegam:

i,[-] przestępując z nogi na nogę,

i strzepując popiół z poły surduta,[-] wepchnął się przez furtkę na podwórze.

ale oba zapisy wyszły ci błędne. O ile pierwszego przecinka nie powinno być, to drugi jest konieczny. A ty albo dałeś oba, albo żadnego ;)

W moim odczuciu trochę przesadziłeś z "ekhm" i "hm" w wypowiedziach duchownego – tego się nie da czytać.

Poza tym nic nie zrozumiałam^^ A wydaje mi się, że czytelnik nie powinien musieć “googlać”, by tekst pojąć choć z grubsza.

Tylko nie "Tęcza"!

Bez przesady z tą hermetycznością tekstu. Jak Autor sam napisał, wystarczy orientacja w historii stosunków angielsko-irlandzkich i zasadniczym zrębie mitologii z tamtych stron.

Inna sprawa, że mnie takie bajki słabo ruszają. Przyznaję jednak, że czytało się dobrze.

Tensza: przecinki poprawione, dzięki ;)

 

AdamKB: Dzięki, że zajrzałeś. Twoja opinia mnie cieszy, bo na razie pracuję głównie nad tym, żeby czytało się dobrze. Bardziej skupiam się na stylu niż na samej treści. A na takich, bądź co bądź wprawkach, realizuję niekoniecznie najlepsze pomysły. Kilka tych, które uważam za naprawdę dobre, czeka na czasy, kiedy w końcu nauczę się pisać.

Ja też za wiele nie zrozumiałem, ale klimat ok.

Samo się czytało, ale czuję niedosyt. Hermetyczność mi nie przeszkadzała, ba!, nawet dodała smaczku, tylko ta historia za szybko się skończyła… :(

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Trudno mi powiedzieć, czy hermetyczność tekstu jest tu plusem, czy minusem. Z jednej strony ewentualny brak wiedzy o irlandzkiej mitologii może popsuć komuś odbiór tekstu, ale z drugiej strony po lekturze czytelnik czuje się zachęcony, by te braki wiedzy uzupełnić.

Sam tekst czytało się bardzo przyjemnie. Widać, że sprawnie operujesz słowem, co cieszy mnie niezmiennie. Zdecydowanie miłe prawie-dziesięć-tysięcy-znaków.

zygfryd89, Zalth, vyzart: dziękuję za pozytywne opinie :)

jak pięść do nosa – ja bym już popłynął stylizacją na zamierzchłe czasy i wymyślił jakieś oryginalniejsze porównanie, tyczące się właśnie opisywanych czasów/Anglii ; może “pasował jak Król do rynsztoka”

skarciła go starucha – nie – postawiłbym tu kropkę i rozpoczął dużą literą

myślał sobie wspominając dzień – brakuje przecinka przed imiesłowem

Jestem raczej za zapisywaniem myśli normalnie, podobnie jak w narracji. Nie w cudzysłowach, lecz myśli odcięte przecinkiem.

przy świętego Marka pięć – adres raczej zapiszemy cyfrą, tak jak i datę, resztę liczb będziemy pisać słownie

duchowny – co – tutaj też dałbym kropkę

mówiła – coś – i tutaj też

esencje koszmaru – “esencje” jak l. mn. to także winno być “koszmarów” w tej samej liczbie; ale jeśli mówisz o liczbie pojedynczej, to “esencję koszmaru”

ni to świątynia, zbudowana – bez przecinka, a w tym samym zdaniu słowo “grota” zmieniłbym na pieczara/jaskinia, bo jest brzydkie powtórzenie z nazwą własną

Dla mnie ciut za dużo było tego innego języka. Nie mam pojęcia bez sprawdzenia, co to oznacza, a z kontekstu ciężko się tu połapać w kilku miejscach. Podejrzewam, że to jakieś smaczki, które nadają płynności w toku rozumowania, ale nie chcę wyszukiwać aż tylu słów w googlach, bo mnie to odrywa od tekstu. Więc właściwie mnie nie wessało przez ten element. Preferuję nawiązania literackie, na polu języków obcych czuję się co najwyżej słabo.

Opowiadanie mi się podobało, ale mam podobne wrażenia, jak część przedpiśców. Może gdyby odwołań było odrobineczkę mniej, to byłabym bardziej zadowolona. Czułam za to niedosyt jeżeli chodzi o wydarzenia pokazane z perspektywy duchów :)

Zgadzam się też z Tenszą – za dużo hymkania w wypowiedziach duchownego.

Ogólnie czułam się jakbym zjadła smaczną zupkę, tylko było w niej za mało pieprzu, a za dużo soli albo, no nie wiem, majeranku :P

 

Kim był Anthony? Jednym z Fomorian?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevaz: to jest trochę dziura w tym tekście. Bo tak, on w sumie powinien być jednym z Fomorian, ale w ramach pracy nad tekstem pojawił się początkowo jako duch po prostu. Choć w gruncie rzeczy, nigdzie nie jest powiedziane, że Fomorianie nie mogli mieć na swoich usługach istot o innej, w sensie demonologicznej klasyfikacji, naturze.

Ha, jakieś tam podstawy mitologii iryjskiej mam, ale znajomość twoich myśli już się nie mieści w zasobie moich informacji ;).

Obawiam się, że więcej tu Irlandii niż właściwej fabuły, przy następnej próbie trzeba byłoby to trochę lepiej wyważyć. Zdarza się, gdy autor zafascynuje się obcą kulturą : >.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Hej

Jako miłośnik Irlandii, przeczytałem z zainteresowaniem. I w zasadzie zrozumiałem , do czego nawiązujesz.  Mieszkasz może w Irlandii? 

u

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Nie, ale kiedyś byłem i całkiem mi się podobało. Lubię klimat kultury gaelickiej.

Nowa Fantastyka