- Opowiadanie: varg - A za grzechy będzie pętla

A za grzechy będzie pętla

Moje pierwsze opowiadanie, autokorektą zmienione tak dramatycznie, że nie wiem już, czy zachowało pierwotny charakter... Oby nadal dobrze się czytało.

Krótka opowiastka o pewnej profesji, pewnej wyprawie i niepewnym finale.

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

A za grzechy będzie pętla

– Kerk! Kurwa! – wrzasnął za towarzyszem, znikającym w buchającej gorącem szczelinie.

Klnąc na czym świat stoi, zbliżył się ostrożnie do krawędzi i wciągnął nosem powietrze. Poczuł dobrze znaną, kwaśną, słodkawą woń.

– Plazma, a niech ją cholera – powiedział ponuro, tym razem już tylko do siebie.

Wypady „na wulkany”, jak to nazywali, zbyt często miewały taki właśnie finał, dlatego mało kto tu zbierał. Z tego samego względu, w okolicy nadal można było wyciągnąć sprzęt wart małą fortunę w czystym złocie. Podobno. Troikowi nigdy aż tak się nie poszczęściło, lecz zyski z upłynniania zebranych skrawków wystarczały przeważnie na dobre pół roku hulaszczego życia.

Trzeba było wiedzieć gdzie i jak chodzić, żółtodzioby padały jak muchy. Napęczniałe bąble wulkanów wyrosły w tym miejscu dawno temu, podobno w samym środku wielkiego, bogatego miasta, rozrywając jego cielsko gwałtowną erupcją. Tak mówiono. Troik nie znał się na tym. Wiedział jednak dobrze, które skrawki należy omijać z daleka, jak poznać, że w glebie pod nogami uwięziona jest bulgocąca plazma, a do tego miał niezłego nosa. Jak szczur, mówili o nim niektórzy. Wcześniej niż inni wyczuwał bowiem, że zaraz stanie się coś niedobrego, zupełnie jak przed chwilą. Ogarniało go to dziwne, drażniące wrażenie, jakby pewne zdarzenia były tylko powieleniem innych, z przeszłości. Kapłani mieli chyba na to jakąś nazwę, ale jak na ironię, nigdy nie mógł jej sobie przypomnieć.

O Kerku wiedział właściwie tyle co nic. Poznali się w „Nocnym Czuwaczu”, podłej tarjańskiej knajpie i tradycyjnym miejscu spotkań lokalnych zbieraczy. Dokładniej, to Kerk zagadnął jego, Troik zasłużył już bowiem na swego rodzaju reputację w branży. Głównie dlatego, że nadal żył, i to wcale nieźle. Cóż, niczego chłopakowi nie obiecywał, a teraz już go nie było. Do zwyczajów profesji należało nie zdradzanie sobie żadnych szczegółów życiorysu, w ten sposób wszystko przychodziło łatwiej. Przyjaźnie kończyły się zbyt szybko i gwałtownie, by na nich polegać. Każdy działał więc w gruncie rzeczy sam, sojusze zawierano przede wszystkim w celu obniżenia kosztów. Od czasu do czasu pojawiał się ktoś nowy, ambitny, szukający szybkich pieniędzy i pleców, z których mógłby po nie sięgnąć. Niektórym się udawało, zgoda, lecz reszta młokosów… bulgotała gdzieś teraz razem z plazmą.

Ta wiecznie gorąca, zielona ciecz była zresztą prawdziwą zagadką. Zbieraczom znane były ogólne prawidła obchodzenia się z nią, w szczegółach jednak nieustannie zaskakiwała. Nie mieszała się z lawą, miała skłonność do pojawiania się znikąd i tak samo nagłego przepadania bez śladu. Niemal jakby wiodła jakieś własne, podziemne życie, kierując się niezgłębioną plazmową logiką. Co ciekawe, zawsze było jej jakby więcej tam, gdzie natrafiali na najcenniejsze skrawki – mechanizmy sprzed wieków o niezwykłej złożoności, niekiedy przerażające, częściej zabawne, a przeważnie po prostu martwe, jak całe miasto, z którego pochodziły. Byli jednak ludzie, a Troik nigdy nie pytał o ich motywy, którzy płacili za nie bajońskie sumy.

Podczas jednej z wypraw natrafił na nienaruszone zbiorniki plazmy. Była to prawdziwa rzadkość, obłowił się wtedy jak radża. Materiał, z którego je wykonywano, obliczony był na przetrwanie tysięcy lat, zbieracz nie znał żadnego innego tak twardego metalu – o ile był to w ogóle metal. Rzecz w tym, że tysiące lat minęły… a diabły wiedzą, jak dawno temu. Nieliczne zbiorniki, jak te, które znalazł, przetrwały w całości, lecz większość zaczęła przepuszczać zawartość na wszystkie strony. Tak powstały olbrzymie jeziora plazmy, rozlane gdzieś głęboko w trzewiach wulkanów. Któregoś dnia, gorąca, cisnąca od spodu lawa miała wypchnąć je z wnętrza jak ropę z rany, pochłaniając wszystko na swojej drodze. Troik słyszał kiedyś taką opowieść od jednego z weteranów. Może było to tylko gadanie, może nie, za to za wciskanie podpitym kmieciom tej i podobnych historii, można było zarobić kilka dodatkowych drinków w bardziej cywilizowanych miejscach Imperium.

Do czyich rąk zbiorniki w końcu trafiły, Troik nie wiedział. Podejrzewał, że technokraci kapłanów Imperium byli gotowi wyłożyć za nie sumki prawdziwie okrąglutkie i przytulne. Ech, gdybyż tak mógł sprzedawać bezpośrednio, a nie przez pośredników, bezwstydnie pasożytujących na jego ciężkiej pracy… Jedno wiedział – po tamtym interesie jego najlepszy paser przepadł bez wieści, nabywszy zapewne jakąś posiadłość z wielkim ogrodem, fontanną i tak dalej, w którymś z bardziej słonecznych zakątków prowincji.

Oczywiście, były też i inne, dobre tereny zbierackie. Tak naprawdę, nikt nie wiedział ile i gdzie, pogranicze było jednak pełne niebezpieczeństw. Jedynie nieliczni z szalonych zbieraczy, którzy zapuszczali się na nowe łowiska, powracali w chwale i z wozami pełnymi łupów, najczęściej szybko zabierając swe tajemnice do grobu. I to nie zawsze wskutek wysiłków zazdrosnych konkurentów.

Troik wolał pozostawać specem od wulkanów. Udawało mu się nie najgorzej prosperować zarówno ze zbieractwa, jak i z wynajmowania swoich usług jako przewodnik. Owszem, ostatnimi czasy zdarzało mu się oprowadzać, po co lepiej zmapowanych terenach, żądnych przygód mieszczuchów, srających w gacie na widok byle pioruna kulistego. I z tego można było dobrze żyć, choć słyszał niedawno historię jednego ze zbieraczy, który wprowadził wycieczkę na minę wrzaskową. Kilka dni później grupa osiłków zabrała go w jakieś miejsce, z którego nigdy już nie wrócił. Cóż, gdyby Troikowi zależało na spokojnej wegetacji, dalej ciąłby drewno w tartaku Gubala, spał ze świniami i kolekcjonował pogardliwe spojrzenia panien, nawet w tym głupim, prowincjonalnym Tarjan. A teraz? Teraz on był panem i mógł mieć, kogo tylko chciał. Prawie. O ile dziewka oddawała się za pieniądze i podarki, cena nie była istotna. I nawet ta suka, Merilla, też będzie mu jeszcze jadła z ręki, wiedział o tym.

To jest życie! – zwykł sobie powtarzać. Fundusze zaczynały mu się jednak kończyć, pilnie potrzebował jakieś solidniejszej roboty. Zgodził się więc na wyprawę z Kerkiem. Młode to było i w ogóle nie pojmujące zagrożeń. Wulkany należało szanować, czuć, rozmawiać z nimi, wsłuchiwać się w ich pomruki, ciche szemranie strumyków rtęci. No i masz, skończyło się, jak się skończyło. Miał nadzieję, że gówniarz nie zdążył narobić jakichś bachorów, które właśnie osierocił.

Ostrożnie ominął szczelinę, na przemian nasłuchując i wciągając powietrze. Przyłożył dłoń do podłoża, próbując wychwycić najmniejsze drgania, lecz nie poczuł niczego. Przechodził tędy już wcześniej, za każdym razem bez przeszkód. Tym razem jednak… gdy zobaczył tę zdechłą jaskółkę, zwątpił. Potrafił rozpoznać zły znak. To coś, pod nimi, mieszało ptactwu w głowach, nie wolno było lekceważyć takich wskazówek. Powiedział przecież pieprzonemu Kerkowi, by miał się na baczności, sumienie miał czyste. Właśnie. Czyste. I już.

Zostawił w tyle Skręt Karku Kerka (jak w myślach nazwał nową szczelinę) i ruszył dalej szlakiem, ledwie widocznym pośród gęstej trawy. Teren poszatkowany był płytkimi wykopami, pozostawionymi przez pokolenia zbieraczy, tu i ówdzie leżały porzucone skrawki o wartości mizernej w stosunku do wagi, jakieś przeżarte rdzą, wielkie kawały jeszcze większych całości. Dobrą godzinę lawirował między nimi, wypatrując śladów.

Także Troik miał kiedyś swojego przewodnika. Wołano na niego Drzewak, taki był zdrewniały w ruchach i pokryty głębokimi bruzdami na ciele – skutek jakiegoś wypadku, lata wcześniej. To właśnie on zdradził mu sekret wyciągania najlepszych sprzętów na wulkanach – trzeba było podążać za tym niskim, dziwnym buczeniem, właściwie bardziej odczuciem, niż dźwiękiem, które wywoływało gęsią skórkę i dziwne myśli w głowie. Sprzęt, oczywiście, zawsze mógł być niebezpieczny, należało więc nie tracić czujności i wypatrywać znaków. Martwe dżdżownice, dwugłowe pająki, czy przerośnięte, silnie asymetryczne rośliny, wszystko mogło się okazać istotne. Niekiedy znajdował pod ziemią czarne kryształy. Powszechnie uznawano je za znak najgorszy ze wszystkich, lecz zyski z ich zbierania były niezrównane. Nie robił tego często, z jednej strony z powodu ryzyka, z drugiej nie chciał nasycić rynku. W tej robocie przydatna była również ta swoista smykałka do interesów. Twórz popyt i kontroluj podaż, podstawowe prawidła sukcesu.

Zbliżył się do czarnej linii w trawie, wydobył z pochwy sztylet, przykucnął i wbił ostrze w ziemię. Weszło do połowy. Pod spodem musiało być coś twardego. Pamiętał to z poprzedniego razu. Jakaś żrąca ciecz musiała tędy przepłynąć i wsiąknąć, ze skutkiem trudnym do oceny, choć w tej chwili podłoże wydawało się raczej bezpieczne. Kusiło go, by zbadać to miejsce, rozsądek podpowiadał jednak dalszą wędrówkę.

Owszem, można było kopać na zewnątrz, lecz najczęściej traciło się tylko czas. W ziemi leżały całe sterty sprzętu, ale by go z niej wydobyć, czasem mało było i setki chłopa. Te duże skrawki i tak najczęściej nic nie robiły. Tkwiły sobie po prostu. Zwaliste, dziwne i milczące. Nie dawały się stopić, zgiąć, ani przeciąć. Logistyczny koszmar. Wszystko, co dobre, czekało w kalderach, w głębokich lawowych korytarzach. I to tam właśnie zmierzał teraz Troik.

Wspiął się wysoko ponad linię lasu i przystanął na chwilę, by odetchnąć. Bez Kerka, dalsza wędrówka była znacznie bardziej ryzykowna, ale skoro dotarł aż tutaj… głupio by było, gdyby śmierć młodego zbieracza nie została przynajmniej odkupiona jakimś gustownym znaleziskiem. Pójdzie znanym szlakiem, postanowił. Tam, gdzie był poprzednim razem. Do czeluści.

Wydobył z plecaka grubą pajdę chleba ze smalcem. Zamyślił się na chwilę, podziwiając widoczne na horyzoncie, jasne wierzchołki potężnych gór. Pełne tajemnic, swym obezwładniającym urokiem usypiały czujność. Lecz tam, dalej, zaczynało się już królestwo zabójczych stworzeń, głodnych mięsa roślin, kleszczy wielkości pięści i innych paskudztw, o których opowiadano nocami przy ogniskach. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuszczał się w tamte okolice, a ci, którzy stamtąd wracali, najczęściej rozum tracili bezpowrotnie. Na tę myśl Troik splunął. Zdecydowanie wolał własną robotę.

Ruszył w dół wulkanicznego leja, schodząc od głazu do głazu tak, by nie zsunęła się większa lawina. Plazma była wysoce niestabilna i potrafiła wybuchać wściekle od najmniejszych wstrząsów. Nie widział jej nigdzie, co prawda, lecz nie można było wykluczyć, że czaiła się gdzieś, przykryta cienką warstewką pyłu. Gdyby chociaż wymyślono sposób jej transportowania, gdyby tak dawała się pochwycić… Wszelkie znane mu próby spełzały na niczym, kończyły się albo natychmiastową eksplozją i śmiercią lub kalectwem, albo przeżarciem zaimprowizowanego pojemnika i… cóż, też śmiercią lub kalectwem. Plazma nie lubiła być więziona. Jedynie oryginalne zbiorniki były w stanie utrzymać ją w ryzach. Troik rozmarzył się na myśl o majątku, jaki mógłby zbić na sprzedaży tej lepkiej, zabójczej mazi.

Dno kaldery usiane było skalnymi odłamkami, a w zacienionych miejscach wciąż wypoczywały po zimie rozległe płaty zmrożonego śniegu. Troik wiedział doskonale, że pod spodem aż roi się od wypłukanych wodą, szerokich pęknięć, w których przepadł niejeden zbieracz. Stąpał teraz ostrożnie, podłoże krateru było w tym miejscu dziurawe jak pumeks i jeden fałszywy krok mógł go wysłać na spotkanie z Kerkiem, gdziekolwiek to miało być.

Z lewej strony usłyszał cichy dźwięk, jakby syk węża. Ziemia wypuściła niespiesznie chmurę trującego, cuchnącego gazu. Nazywali je prykami. Inaczej się nie dało. Troik zatkał pośpiesznie nos i usta szmatą, nasączoną maścią z grzybów tusu. Śmierdziała jeszcze gorzej niż tutejsze wyziewy, lecz przynajmniej chroniła jego drogi oddechowe przed wypaleniem. Stara sztuczka zbieraczy, być może bardziej wiekowa, niż ich fach.

Jak dotąd szło nieźle, Troik dotarł wkrótce do jaskini, gdzie tradycyjnie pozostawił kreskę na kamieniu przy wejściu. Było ich tam już dobre kilka setek, z czego pamiętał dwadzieścia siedem własnych. Od ostatniego razu trochę ich przybyło, zauważył z irytacją. Ktoś wyciągał jego fanty. Może trzeba będzie wkrótce poszukać nowego szlaku, pomyślał. Wytyczanie świeżej ścieżki zawsze było wielokrotnie trudniejsze od przejścia starą, jak teraz. To miała być szybka robota, rach-ciach, zbieramy graty i po wszystkim, a jednak… Kerka już nie było.

Westchnął, zapalił pochodnię i ruszył w głąb ciemnej jamy. W labiryncie korytarzy pod wulkanem łatwo było się zgubić, główną trasę pamiętał jednak doskonale. Wystarczyło zresztą iść po śladach stóp. Oddalając się od rdzenia, dłuższą chwilę schodził stromym tunelem. Zręcznie omijał wszystkie przeszkody. Unikał rtęciowych cieków; zwinnymi susami przesadzał gorące jeziora gejzerów; ogniem wypalał sobie drogę w gęstwinie parzących grzybów, płatami zarastającej przejście. W rzeczywistości, ta część wędrówki należała do najpewniejszych, wszystko, co zalegało kiedyś na tej głębokości, przed wiekami zalał niszczący strumień lawy. Okazjonalne zawały to najgorsze, czego mógł się spodziewać.

Dotarł w końcu do olbrzymiej groty, na której środku rozsiadła się czeluść. Tak mawiał o szerokiej, ciemnej przepaści bez dna, połykającej ściekające zewsząd strużki gęstej plazmy. Kiedyś potknął się tu o skalny odłamek, a płonąca pochodnia wyskoczyła mu z ręki. Patrzył, jak toczy się nieubłaganie po kamiennym podłożu w dół i w dół, prosto ku strumieniom wybuchowej substancji, aż przekroczyła krawędź otchłani i spadła. Myślał już, że to koniec, lecz ciemność wchłonęła ją łapczywie i… nie stało się zupełnie nic. Stał tak dobrych kilka chwil, sparaliżowany strachem, zanurzony w najczarniejszej z czerni, aż nagle pojął, że nadal żyje. Od tamtej pory starał się być bardziej ostrożny.

Grota była wygodnym łącznikiem z pozostałościami podziemnych części pradawnego miasta, tu też zaczynał się korytarz, który odsłonił ostatnim razem. Pamiętał, że nie posiadał się wówczas z radości, takie odkrycia nie zdarzały się już często. Nie była to skała, lecz regularna, prosta i pokryta czymś błyszczącym konstrukcja niewiadomego przeznaczenia. Zauważył, że otwór wejściowy został wyraźnie poszerzony od jego ostatniej wizyty, a podłoże częściowo wysprzątane. I tyle, jeśli chodzi o wyłączność na znaleziska. Westchnął tylko i sam odgarnął kilka kamieni, odsunął oberwaną skądś, ciężką belę z twardego, zimnego materiału. Zbieracze musieli sobie pomagać. Bez tego ginęliby znacznie częściej.

Wbrew jego obawom, korytarz nie wydawał się głęboko spenetrowany, nie natrafił na nowe wykopy czy ukryte poprzednio odnogi. Brnął więc dalej znanymi sobie przejściami, minął szereg drżących, lewitujących kolumn (badał je wcześniej i nie wymyślił sposobu na ich poruszenie, wolał więc ich nie tykać – trzeba było wiedzieć, na co warto tracić czas, a na co nie). Czołgał się i przeciskał wąskimi szczelinami przy osuwiskach, przedzierał wybitymi w ścianach otworami. W niektórych miejscach było tak ciasno, że Troik musiał zastępować pochodnię zwykłą świecą. Tym razem przygotował się jak należy. Jego włosy nadal odrastały po ostatniej wyprawie.

Wreszcie znalazł się w kolejnej, niegdyś może idealnie kulistej, sali, w znacznym stopniu wypełnionej gruzem i ziemią. Gdzieś z góry zwisały grube, czarne, matowe liny o rozczapierzonych zakończeniach. Z jednej strony ścianę przebijał wielki obiekt o regularnym kształcie, być może rzeźbiony słup czy cokół. Zastanawiał się czasem, dlaczego nigdy nie znajdowali tu żadnych posągów. Mniejszych czy większych, nic. Nawet figur szachowych. Zżerała go ciekawość, jak mogli wyglądać twórcy tych pełnych cudów metropolii.

Troik otrząsnął się z zamyślenia, przetarł zakurzoną twarz i przeszedł jeszcze kilka kroków. Wtedy to usłyszał, czy też poczuł, ów niski dźwięk. Ten, na który czekał, sprawiający, że myśli błądziły i same przeskakiwały z tematu na temat. Tunele, plazma, lawa, łąki, potwory, Merilla, Kerk, naraz wszystko błagało go wręcz o ułamek uwagi. Nie była to dla Troika pierwszyzna, potrafił już nad tym zapanować. Wziął kilka głębokich wdechów, uspokoił umysł. Zaraz jednak podekscytowany, z bijącym sercem, ruszył do przodu. Z tego miejsca odchodziły dziesiątki korytarzy, których nie miał wcześniej okazji zbadać. Tym razem planował zabrać dwa razy więcej pochodni, lecz duża ich część odeszła w niebyt wraz z Kerkiem i jego plecakiem. Nie miał czasu na myślenie, basowy ton dochodził zewsząd, zdał się więc na instynkt.

Wybrał jeden z trudniej dostępnych korytarzy, powyżej poziomu podłoża. Musiał wspiąć się do niego po gruzowisku. Kamienie usunęły mu się spod nóg, staczając się z łoskotem. Troik zamarł, nasłuchując dudniącego wśród korytarzy echa. Jeszcze raz miał szczęście, nie wydarzyło się nic niepokojącego.

W odnodze odnalazł kolejne gruzowisko i ginącą w nim ścieżkę. Podążył nią niezwłocznie, przeczuwając, że zbliża się do znaleziska naprawdę wyjątkowego. Coś go tam ciągnęło, łaknęło jego obecności. Sam już nie wiedział, po co tak prze naprzód jak wariat. Jeszcze kilka łuków, kilka prostych i wreszcie odnalazł to, czego szukał.

Dziwny obiekt, połyskujący rdzawo w świetle pochodni, stał tam, zagrzebany wciąż częściowo w ziemi. Ktoś próbował go chyba wydobyć, z niejasnych przyczyn rezygnując jednak w połowie pracy. Wokół widać było wyraźne ślady kopania, sterta wypalonych pochodni sugerowała wizyty wręcz liczne. Troik podszedł powoli, nie spuszczając z obiektu wzroku. Doskonale zdawał sobie sprawę, że pochopne ruchy mogą skutkować porażeniem lub eksplozją, a i to w najlepszym razie. Nie dostrzegł jednak nic, co mogłoby świadczyć o jakimkolwiek wypadku w tym miejscu.

Wcisnął zawadzającą pochodnię pomiędzy kamienie. Wyciągnął z kieszeni maleńkie puzderko, otworzył je i pozwolił jednej z mrówek wdrapać się na palec. Patrzył jak drobne stworzenie zajmuje pozycję na opuszce. Wolno przesunął dłoń w kierunku obiektu, ostrożnie umieszczając mrówkę przy samej jego krawędzi. Owad pokręcił się chwilę w kółko, po czym, jak zawsze, wabiony owym nieodpartym wezwaniem starożytnych cudów, wbiegł na metaliczny obwód artefaktu. Ten zajarzył się naraz błękitnym światłem, lecz szybko przygasł i zasnął.

Troik patrzył jak zahipnotyzowany na bieganinę mrówki, aż ta zaczęła ginąć gdzieś w mroku. Opukał jeszcze obiekt trzonkiem od łopatki, następnie metalowym pręcikiem – standardowa procedura przy wyciąganiu nieznanych skrawków. Żadnych niespodzianek. Ostrożnie, niepewnie, pogładził zimną krawędź wielkiego, matowego lustra, zamkniętego w grubej, owalnej ramie. Gąszcz czarnych lin niczym grzywa zdobił tylną stronę artefaktu, łącząc go z… nie wiedział czym, sznury znikały gdzieś pośród kamieni. W tafli nie widział swojego odbicia, jedynie mętną, bladą srebrzystość. Chcąc przyjrzeć się mocowaniom obiektu, jął pośpiesznie odgrzebywać piasek.

Odsunął ledwie kilka garści, gdy obiekt nagle zajaśniał, a niskie buczenie wzmogło się do poziomu, który stał się nieprzyjemny, a wnet bolesny. Troik zasłonił ramieniem oczy, odwykłe od jaskrawego światła. Zachwiał się przy tym i, łapiąc równowagę, zacisnął dłoń na brzegu znaleziska. Poczuł silne wibracje, powierzchnia lustra zafalowała, zaczęła się wybrzuszać, a następnie pulsować coraz szybciej i szybciej. Troik odskoczył jak oparzony. Pomyślał, że traci zmysły, od przodu widział bowiem masywną ramę i drgającą wewnątrz niej, srebrzystobiałą membranę, lecz gdy patrzył na obiekt z boku, dostrzegał jedynie cienką jak ostrze sztyletu krawędź; żadnego ruchu, czy choćby pyłu w powietrzu. Oszołomiony zastygł, obserwując. Dziwna dwoistość obrazu wydała mu się nagle oczywista i kojąca.

Membrana drgała teraz tak szybko, że przestał ją widzieć. Patrzył więc na rozmytą, bladą mgłę, basowe buczenie porwało go, światła rozbłysły, a on stał się nimi i wpłynął do środka. Widział teraz siebie pod sobą, nad sobą, obok siebie i w sobie. Był wszędzie i wszystko stało się nim, a potem nie było już niczego.

Tylko drgania. W jedną i drugą stronę. Nieskończone.

 

* * *

 

Ocknął się nagle, z twarzą w trawie. W czaszce łupało go jak diabli, w uszach szumiało, a w ustach miał paskudny, metaliczny posmak. Chciał zrozumieć, co się stało, lecz wspomnienia uciekały od niego w popłochu, coraz mniejsze i mniejsze, a on nie mógł ich w żaden sposób pochwycić.

– Troik, wszystko w porządku? – zapytał Kerk.

Zbieracz wstał mozolnie, trzymając się za głowę. Popatrzył na chłopaka; stał tam pieprzony gówniarz i szczerzył się do niego jak głupi. Coś… rzeczywiście było… nie w porządku, ale nie mógł sobie przypomnieć, co.

– Chyba tak – powiedział Troik, sprawdzając jeszcze swoje kości. – Nic mi nie jest, w każdym razie. Co się stało?

– A bo ja wiem? Szedłem przodem, nagle usłyszałem łomot, obejrzałem się, a ty leżałeś już tam w trawie, jakby cię co wychędożyło – zarechotał Kerk. – Potknąłeś się?

– Jakoś… nie wiem. Nieważne. Grunt, że żyję. Ale… – wzrok Troika spoczął na leżącym w trawie, martwym ptaku; wcześniej go nie zauważył. – Lepiej bądź ostrożny. Coś tu nie gra. Wypatruj najmniejszych zniekształceń, cokolwiek może mieć znaczenie.

– Tak, tak. Tłumaczyłeś już. Przewrażliwiony jesteś. Daj spokój, wędrujemy przecież starym, przetartym szlakiem, sam mówiłeś. Co może się nie udać?

Troik wzruszył ramionami i zaczął iść dalej. Eee tam… nie takie rzeczy się zdarzały, nic niezwykłego, myślał. To miejsce wyczyniało z mózgiem dziwaczne rzeczy. Pulsowanie w głowie zanikało stopniowo, po chwili szedł już, jak gdyby nic się nie stało.

Przecięli łąkę i dotarli pod skalny nawis, służący zazwyczaj zbieraczom za punkt orientacyjny. Wtedy Troika ponownie przepełniło to uczucie. Jakby wiedział, że za chwilę coś się wydarzy. Stanął jak wryty. Kerk spojrzał pytająco, lecz zaraz westchnął niecierpliwie, ominął go i poszedł przodem. A idź, sieroto, pomyślał Troik, a chłopak podreptał szlakiem. Nie zatrzymał się… Nie zatrzymał…

Coś przed nimi zabulgotało, Troik zdążył jeszcze usłyszeć ciężki, oleisty chlupot.

– Kerk! Kurwa! – wrzasnął za towarzyszem, znikającym w buchającej gorącem szczelinie.

Klnąc na czym świat stoi, zbliżył się ostrożnie do krawędzi i wciągnął nosem powietrze. Poczuł dobrze znaną, kwaśną, słodkawą woń.

– Plazma, a niech ją cholera – powiedział ponuro, tym razem już tylko do siebie.

 

Koniec

Komentarze

Pozdrowienia od “Pikniku na skraju drogi”.

W którymś miejscu z nagła piszesz o metropoliach (liczba mnoga), chociaż w pozostałych przypadkach piszesz o jednej, starodawnej i zniszczonej metropolii.

Gdzieś tam mignął mi błąd w pisowni rozłącznej. Na inne, o ile są, uwagi nie zwróciłem, tekst wciągnął na tyle, że “jechałem” non stop i bez przymusu.

Moim zdaniem pochrzaniłeś zakończenie. Pętla czasowa, swoją drogą, to chwyt otwierający sporo możliwości, ale wykorzystałeś tylko tę najprostszą.

Jak na debiut portalowy, cztery z plusem wedle starej skali ocen.

Tak, też miałam skojarzenia z “Piknikiem”. I w jeszcze jednym zgadzam się z Adamem – wszystko fajnie, ale to zakończenie… Mimo to, tekst raczej na plus, spodobało mi się.

Babska logika rządzi!

Przede wszystkim dzięki wielkie za przeczytanie i opinię!

Piknikowe skojarzenia jak najbardziej słuszne. Taki mój drobny hołd dla klasyki .

Metropolie były oczywiście… w mojej głowie (gdzie mimochodem zbudowałem połowę uniwersum). Na papier już się nie przelały. Zastanowię się, czy mi to przeszkadza, ale pewnie poprawię.

Z opiniami na temat zakończenia się zgadzam. Sam wyznaczyłem “jedyną słuszną” interpretację tytułem, choć pomysłów miałem znacznie więcej. Nie chciałem jednak przekombinować pierwszego opowiadania, przede wszystkim zależało mi na “czytalności”, zakończyłem więc bez wygibasów. A pomysły… zostaną na później.

Uśmiechnąłem się, bo zauważyłem, że bracia Strugaccy zostawili piętno na wyobraźni młodych twórców. Muszę jednak zaznaczyć, że w powieści “Piknik na skraju drogi nie było zaginionego miasta, ale wizyta obcych na Ziemi – motyw też dość oklepany (Deniken). Opowiadanie niezłe, ale bez rewelacji. Zwiedzanie pogrzebanych, zaginionych metropolii w polskiej fantastyce zapoczątkował Krzysztof Boruń i Andrzej Trepka w powieści pt. “Proxima”.

Tym niemniej autorowi trzeba pogratulować zdolności opisowych i jasnej, plastycznej narracji. Pozdr.

Dziękuję za mobilizujące pozytywy, Ryszardzie. W dzisiejszych czasach niezwykle trudne jest stworzenie czegoś całkowicie nowego, w dużej mierze skazani jesteśmy w tej materii na eklektyzm lub krótkie formy.

Nawet odgrzewane danie może być smaczne. Wiem o tem dobrze, dopiero co odgrzałem pierogi.

Głosuję za Biblioteką

:)

Nie biegam, bo nie lubię

Oj, jestem zauroczona. Bardzo mi się podobały Twoje opisy, cała historia trzyma w napięciu, nie wiadomo, co czyha na człowieka za następnym zakrętem. 

Ale zakończenie rzeczywiście rozczarowuje. Chyba że dopiszesz ciąg dalszy.

A biblioteka jak najbardziej. Na wszelki wypadek zapytam tylko, czy wstawiłeś fragment reprezentatywny, żeby opowiadanie ukazywało się na stronie głównej?

Klik.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki za oba “kliki”! Szczerze mówiąc mam już w głowie kolejne opowieści o tym świecie (niekoniecznie w piknikowym nastroju, heh), ale raczej nie będę do niego wracał od razu – trzeba urozmaicać menu, żeby się nie zanudzić. Troik, ze względów oczywistych, może się już pojawić tylko w prequelach, chyba że…

Fragment wstawiłem. Bez wielkiego pomyślunku, nie wiedziałem jeszcze, do czego to służy. Powinno wystarczyć.

Cholera, ja myślałem, że przynudzam, próbowałem więc obudzić czytelnika takim BAM! na koniec. A Ty mi, Bemik, mówisz, że w napięciu trzyma… Ech, może się jeszcze nauczę rozumieć czytaczy.

Vargu, czytaczy nigdy nie zrozumiesz, to osobna nacja. Czasem człowiekowi wydaje się, że swoim tekstem wspiął się na wyżyny intelektu/akcji/klimatu, a oni mówią: blee, mdłe, do bani, zastanów się, czy nie powinieneś zmienić hobby. A czasem trzaśniesz coś w godzinę, wrzucasz niemal na zasadzie żartu, a potem czytasz: oż w mordeczkę, ale zajfajne.

Najważniejsze, żebyś sam się dobrze bawił przy pisaniu! 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ja odbyłem tę wycieczkę wraz z bohaterem i czułem wszystko, co on czuł, więc tak, bawiłem się przednio. Jeśli choć część tych przeżyć udało mi się przekazać, to bardzo się cieszę.

Za dwudziestym jednak razem towarzyszyła mi już tylko nuda. Może więc i stąd moje obawy. Oswoję się.

No, koniec tych wywodów nowicjusza. Słuchać mi trzeba, nie gadać.

Przeczytałam i w pełni zgadzam się z przedpiściami. Również w sprawie biblioteki.

Hmm... Dlaczego?

Super, dziękuję! Niby nie tak wiele, a jak cieszy!

Gratuluję, to bardzo dobre pierwsze opowiadanie jest :)

Przede wszystkim ze względu na płynność i świat, który zaciekawia. 

Był taki moment, kiedy pomyślałam sobie: on tak łazi i łazi, niechże już w końcu coś znajdzie. Nie jestem jednak pewna, czy mogę obiektywnie powiedzieć, że gdzieś tam zabrakło dynamizmu, bo być może mój mózg był wtedy zbyt zmęczony i nie dawał rady wizualizować wszystkich opisów – czytałam po naprawdę męczącym dniu – i być może stąd taka myśl ;)

Fajnie będzie poczytać kolejne Twoje teksty :)

Zgodzę się z przedpiśczynią – jak na pierwszy tekst, całkiem nieźle.

Kilka miesięcy temu przeczytałem (a właściwie przesłuchałem) Piknik na skraju drogi, ale nie poczułem się “porwany” lekturą. Może rosyjski oryginał okazał się dla mnie trochę za trudny : >, bo poza tytułowym “skrajem drogi”, trochę rzeczy musiało mi umknąć. Przypomniałem sobie natomiast eksplorację dwemerskich ruin w Morrowindzie i w oku niemal zakręciła się łezka nostalgii. Fragmenty tekstu, gdzie opisujesz zagrożenia czyhające na poszukiwaczy artefaktów najbardziej przypadły mi do gustu. Dobrze, że Kerk umarł na początku (i na końcu ;)), bo pobudzający wyobraźnię nastrój samotnego odkrywania to również mocny punkt opowiadania. 

Z drugiej strony, pod warstwą fajnych opisów i “klimatu” nie odkryłem tzw. przesłania ani głębszych przemyśleń. Myślę, że wynika to trochę z przyjętej formy – raczej świadomie zdecydowałeś się na brak konfrontacji podmiotu tekstu z innymi. Choć z trzeciej osoby, opowiadasz historię Troika, skupionego na swojej misji. Nie jest to wada, chciałem tylko zwrócić twoją uwagę, jak wiele fascynująch pól możesz odkryć w swoim następnym tekście ^ ^. Zastanawiałem się też nad tytułem. W pewnym miejscu opisujesz grzechy protagonisty, ale na pewno nie są wyeksponowane na tyle, by czytelnik (przynajmniej ten konkretny) zrozumiał, dlaczego Troika ma spotkać kara. Sama gra słów jest fajna, ale dobrze, gdyby podążało za nią nieco więcej treści : )

Dziękuję, że zabrałeś mnie na wyprawę w nieznane : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dobre, nawet bardzo dobre. 

F.S

Werweno, Nevazie, Foloinie (mam nadzieję że te wołacze nie wołają o pomstę) – dzięki za czytanie, fajnie, że wam się, mniej czy bardziej, podobało. Odkryłem w sobie marchewkowego potwora, każde więc dobre słowo powiększa amplitudę moich wahań nastrojów hi hi. A to chyba mi służy.

Nevaz, a zostawmy już ten Piknik. Związki z nim są raczej luźne (i pośrednie, dotyczące nastroju, nie faktów), zresztą dwemerowie też mi gdzieś przez głowę przemaszerowali, gdy to pisałem. Jak i wielu innych bohaterów historii o odkrywaniu nieznanego. Inspiracje inspiracjami, efekt jest bytem całkowicie autonomicznym. O!

Tytuł… no mógł być lepszy. Jak wspomniałem, trochę sobie strzeliłem w stopę, bo jednak tekst miał jedynie subtelnie sugerować interpretację (ja sam mam ze trzy, gwoli ścisłości), a potem zablokowałem wam ścieżkę do ewentualnych wniosków, mówiąc – więc chodzi o to i o to. Błąd. W dodatku niepotrzebnie uwypukliłem “grzechy”, nie będące z mojego punktu widzenia aż tak istotne, co słusznie zauważyłeś. Oczywiście, zrobiłem tak, gdyż spodobała mi się ta gra słów, umożliwiająca, miałem nadzieję, chwilowe wywiedzenie czytelnika w pole. 

Troik karany jest za doprowadzenie do śmierci wskutek zaniechania, choć kara jest umowna, nie odgórna, reprezentuje ją pewna kombinacja karmy i przypadku. I… chyba nie powinienem tłumaczyć zbyt wiele. Każdy może w tym zobaczyć, co tylko chce.

Uwielbiam narrację pierwszoosobową od czasów Amberu i obawiam się, że będę jej jeszcze nadużywał. Użyłem trzeciej osoby, ponieważ z punktu widzenia Troika nie dałoby się dostrzec już żadnej winy. W końcu on nie uważa, by zrobił coś złego.

Głębsze przemyślenia i przesłanie… Jestem raczej przeciwnikiem wyolbrzymiania tej kwestii (ale rozumiem jej miłośników). Od czytelnika zależy, jakie wnioski wyciągnie z (mojego) opowiadania. Ja dzielę się jedynie pewną koncepcją i powiązanymi z nią emocjami. Mogłoby to być coś np. : “wyobraź sobie, że jesteś sam w głębokim lesie, osaczony przez wilki”. Czy jest w tym głębsza myśl? Pewnie nie. Czy może być fajne? Myślę, że tak. Morały typu “jakbyś, dziadu, las ukochał, ukochałby i ciebie las” mało mnie interesują, zarówno podczas pisania, jak i czytania.

Nie chciałbym budować wykładni do tekstu. Na pewno, mimochodem, znalazła się w nim pewna myśl o nieśmiertelności. I wystarczy wyjaśnień. Nie wiem zresztą, na ile treść jest oczywista, nikt jednak o tym aspekcie nie wspomniał. Jeśli myśl ta nie jest wystarczająco wyeksponowana, to cóż… chytrze użyję jej gdzieś jeszcze raz, bo bardzo mi się podoba, heh.

Jakby co. Nie mam doświadczenia w dyskusjach internetowych, kiedyś jednak mówiono mi, że moja rzeczowość może być odbierana jako atak. Żadnych ataków, same wdzięczności i radość ze świadomości wskazanych niedoskonałości!

Pozwolę sobie na lekki jak tona ołowiu offtop: Nadodrze pozdrawia (choć u nas dość nieprzyjemnie :))

F.S

Rodaaacy! ;)

A jak! :D

Z Nadodrza?

(dobra to nie miejsce na offtop, zaraz tu beryl wpadnie :D i złoi nam skórę :D)

F.S

Dołączam do grupy bardzo zadowolonych czytelników. Mnie również opowieść trzymała w napięciu do samego końca, może nie rewelacyjnego, ale i tak podobało mi się.

Dodam jeszcze, że opowiadanie jest napisane bardzo porządnie, dzięki czemu mogłam skupić się na wyjątkowo satysfakcjonującej lekturze.

Nad wyraz udany debiut. ;-)

 

go­to­wi wy­ło­żyć za nie sumki praw­dzi­wie okrą­glut­kie i przy­tul­ne. – Rozumiem co chciałeś powiedzieć, ale przytulność sumki do mnie nie przemawia.

Może: …go­to­wi wy­ło­żyć za nie sumki praw­dzi­wie okrą­glut­kie i przyjemne.

 

 …i ko­lek­cjo­no­wał po­gar­dli­we spoj­rze­nia od pa­nien… –  …i ko­lek­cjo­no­wał po­gar­dli­we spoj­rze­nia pa­nien

Spojrzenie jest czyjeś, spogląda ktoś, nie od kogoś.

 

Zbli­żył się do czar­nej linii w tra­wie, wy­do­był szty­let z po­chwy… – Czy sztylet był z pochwy, czy z pochwy go wydobył?

Proponuję: Zbli­żył się do czar­nej linii w tra­wie, wydobył z po­chwy sztylet

 

Wy­do­był z ple­ca­ka grubą pajdę chle­ba ze smal­cem.Wy­do­był z ple­ca­ka grube pajdy chle­ba ze smal­cem.

Zakładam, że gdyby w plecaku była jedna pajda posmarowania smalcem, nawet opakowana, to owa omasta w opakowanie by się wtarła/wchłonęła. Natomiast gdy smalec jest między dwoma pajdami, raczej nic mu nie grozi.

 

Ka­mie­nie usu­nę­ły mu się spod nóg, z ło­sko­tem sta­cza­jąc się w dół. – Ponieważ kamienie nie mogły stoczyć się w górę, proponuję: Ka­mie­nie usu­nę­ły mu się spod nóg i stoczyły z ło­sko­tem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, obawiałem się Twojej opinii… Niniejszym dołączam jednak do grona Twych wyznawców! Ja już tych (jakże teraz oczywistych) niuansów nie jestem chyba w stanie wychwycić… 

Pozmieniałem zgodnie z sugestiami, jednak:

– “przytulne” zostawiłem; wszak sumki w dzisiejszej polszczyźnie (potocznej, do której sięgać chyba warto, moim zdaniem) można “przytulać”, mogą więc być one “przytulne” – może zbyt odważne naginanie frazeologii i semantyki, jak na debiut, ale co zrobię, że tak lubię…

– o pajdach muszę chwilę pomyśleć, bo “grube pajdy” z jakiegoś powodu już nie brzmi tak fajnie (może ta nieokreślona liczność sugeruje coś dziwnego); o ile znam sposoby na wydobycie pojedynczej pajdy z plecaka (lata doświadczeń), to sam już tak nie robię, więc zgodzić się muszę;

– “sztylet z pochwy” – :) nasz język jest dość wredny, do tego stopnia, że ktoś równie wredny nawet podaną przez Ciebie wersję mógłby interpretować na opak; niemniej z całą pewnością jest znacznie lepsza, pokornie zmieniłem.

 

Dziękuję za przeczytanie. I bardzo, bardzo się cieszę, że Cię wciągnęło :)

Naprawdę nieźle napisanie opowiadanie, choć pętla czasowa na końcu to niezbyt satysfakcjonujące mnie zakończenie. Za którym razem bohater pojmie, że to o owo zaniechanie chodzi? Za którym razem spróbuje złamać, zmienić bieg wydarzeń? Jak to wtedy rozwiązesz? O, tu zawsze czekam na ciekawe pomysły, a łatwe te czasowe paradoksy nie są.

 

Przyjemnie spędzony czas z “Piknikiem…” w tle :-) Dziekuję!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Proszę :)

Cały wic polega na tym, że musisz sam nadać wartości zmiennym (np. czy los kota Schrodingera w każdym nawrocie jest taki sam), a potem wyciągnąć wnioski. W najbardziej mnie kuszącej wersji… Wróć! Miałem nie dawać wykładni. Natomiast nie sugerowałem, że rzecz ma szczęśliwe zakończenie. Ani że w ogóle ma zakończenie.

Ale dobra, już rozumiem, że otwarte zakończenie nie zawsze się sprawdza.

 

 

Nie chodzi mi o otwartośc zakończenia, a o to, że to obecne – teraz – jest dla mnie kliszą. Zamykasz prostą pętlą czasową, dość standardowym rozwiązaniem i już, a budujesz niezłym tekstem oczekiwanie na więcej. Tadam, sam na siebie pętlę ukręciłeś… ;-) 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Z tą pętlą na siebie masz rację, już mi to też przyszło do głowy :)

Nie przeczę, że pętla jest kliszą, ale… nieświadomość tkwienia w niej, jako mało “medialna”, chyba już mniej? Mnie konsekwencje tej idei trwożą… ale i inspirują.

Choć co ja tam wiem, z pewnością, przez samo lożakowanie na tym portalu, niejedno już czytałeś. Nieświadoma wtórność łazi ze mną jak kot za śledziową wodą kolońską :)

To nie jest kwestia lożakowania. Lożakuję zastępczo, bo brak było płetw do pracy ;-) 

 

To jest kwestia powszechności motywu pętli czasowej, tej powtarzalności, w fantastyce, ba, w main streamie też (ot, taki “Dzień świstaka”, o zeszłorocznym – niezłym – blockbusterze fantastycznym z Tomem Cruisem już nawet nie wspomnę, a to tylko dwa głośne tytuły kinowe). Jeżeli nieświadomość tkwienia w pętli jest tym tematem, który chciałeś ugryźć, przekazać, zmusić czytelnika do refleksji, to – przynajmniej mi – zabrakło wyeksponowania, zabrakło tego uderzenia, że niby coś nei gra, ale w żaden sposób nie można dojść co, gorzej – w finale kazuje się, że bohater nigdy nie dowie się co, że twki w swoistym czyśćcu (finał pesymistyczny). 

Finał obecny odczytałem tak, że być może istnieje szansa na przerwanie pętli o ile odratuje młodego. Nie ma tego defintywnego pieprznięcia między oczy, tego depresyjnego, nie dającego nadziei strzału: sorry, stary, ale właśnie się załatwiłeś na amen. Do końca wszechświata.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Brak mi doświadczenia w balansowaniu pomiędzy podaniem na tacy i “sugerowaniem”, dlatego pokpiłem widać sprawę. Chodziło o to pieprznięcie. Niech Bill Murray budzi się codziennie tego samego dnia, ale o tym nie wie. Nie ma filmu, nie ma Billa, nie ma niczego, jak chciał Kononowicz. Ale jest fajnie :)

Pomysł: To powtórz skróconą scenę przy szczelinie ze dwa razy, może trzy, młody zawsze wpada. Zaeksperymentuj też może, za każdym razem zrób ja krótszą, o parę słów, o parę zdań, aż dojdziesz do

 

– Kerk, kurwa! – krzyknął.

 

*

 

– Kerk, kurwa!

 

*

 

– Kerk…

 

Zobacz, czy coś z tego wyjdzie. To tylko pomysł na szybko :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Pomysł dobry, ale… tak to chyba zostawię. Jest opublikowane, przeczytane i niech będzie, jakie jest. To tylko debiut. Napiszę jeszcze coś lepszego, mam nadzieję.

 

(a cytując stary, głupi kabaret: panowie! za mało “kurwa”!)

Nie bez powodu, varg, nie ma limitu czasu na edycję tekstu ;-) Zawsze można go poprawić, ulepszyć, by nowy czytelnik dostał coś jeszcze lepszego, niż poprzedni ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Można też pokpić jeszcze bardziej :) No, dobra. Może i mnie namówiłeś, ale przemyślę to o sensowniejszej porze.

Napiszę jeszcze coś lepszego, mam nadzieję.

Po pierwsze, vargu, lepszego dla kogo i pod jakim względem?

Jakościowa ocena literatury jest bardzo subiektywna. Jednemu podoba się to, innemu tamto, ktośtam woli styl wzniosły a ktoś inny zwięzły. Twój debiut, vargu, był bardzo udany – za ładne oczy nie wskakuje się przecież do biblioteki.

Po drugie – nie “mam nadzieję" lecz: "jestem przekonany"! W końcu potrafisz pisać – udowadnia to powyższe opowiadanie. teraz to już tylko kwestia pisania dalej :D

Hmm... Dlaczego?

Lepszego wg mnie, oczywiście. Kwestię odbioru czytaczy wyjaśniła mi już Bemik :)

Nie wiem jeszcze, jak to jest z tą biblioteką, w każdym razie dzięki za wielki pęczek marchewek!

Twory piknikopodobne zawsze dobrze. To znaczy, pewnie nie zawsze – w każdym razie ten dobry :D Wulkaniczna sceneria całkiem fajna, akcja leci wolno, ale szybsze tempo mogłoby zabić ten klimat samotnych wypraw. Mnie te "grzechy" w tytule szczególnie nie przeszkadzają, bo bardzo mi się podoba zarówno pod względem brzmieniowym, jak i pomysłowym.

Hmm, mam mieszane uczucia co do tego tekstu. Motywy fabularne, z których korzystasz, są ciekawie zrealizowane, choć nieco już oklepane. Czyta się to miło, piszesz zadowalająco dobrze, ale gdzieś tam co jakiś czas mignie kilka źle postawionych przecinków, skutecznie zakłócając rytm czytania. 

Innymi słowy – dokładasz, zdaje się, wszelkich starań, by zbilansować plusy i minusy tego tekstu. 

W ogólnym rozrachunku jednak opowiadanie pozostawia pozytywne wrażenie. Fabuła potrafi wciągnąć, wykreowany świat sprawia wrażenie spójnego, a opisy są plastyczne i ciekawe. Zdecydowanie nadaje się do biblioteki. 

Teyami, vyzart, dziękuję za wizytę!

Z kwestią “oklepania” nie będę już dyskutował. Właściwie mógłbym, tylko może nie tutaj. Wiem, że zbyt dobrze ukryłem motyw(y) przewodni(e), ale uwypuklając go(je), zmieniając tekst, rozwalę cały koncept (tzn. zapętlenie samego tekstu, które miało podpowiadać nieskończoność, ech). Tak więc raczej zostanie, bo wydaje mi się… estetyczne.

Przecinki… cóż, wolałbym, gdybyś wskazał je palcem. W przeciwnym wypadku nie mogę się odnieść, nijak mi więc ta uwaga nie pomaga.

 

Cóż, mówiąc szczerze, wskazywanie błędów interpunkcyjnych to niewdzięczna robota. Ale spróbować mogę. Twoja interpunkcja jest mniej więcej tam, gdzie trzeba, ale generalnie zapominasz o zasadzie, że przecinkami oddziela się wtrącenia, zdania, bądź równoważniki zdań z imiesłowami zakończonymi na “-ąc” bądź “-ać”. W efekcie tego masz sporo przecinków nadmiarowych, które – jak wspominałem w poprzednim komentarzu – psują rytm tekstu.

I tak w pierwszym zdaniu przecinek przed “znikającym” jest zbędny, bo to nie jest imiesłów zakończony na “-ąc” bądź “-ać”

W zdaniu “Z tego samego względu, w okolicy nadal można było wyciągnąć sprzęt wart małą fortunę w czystym złocie.” przecinek jest zbędny, bo nie oddzielasz od siebie zdań (zdanie musi zawierać orzeczenie, by było zdaniem), ani równoważników z imiesłowami zakończonymi na “-ąc” bądź “-ać”

W zdaniu: “Kapłani mieli chyba na to jakąś nazwę, ale jak na ironię, nigdy nie mógł jej sobie przypomnieć.” masz źle zaznaczone wtrącenie. Zdanie to powinno brzmieć “Kapłani mieli chyba na to jakąś nazwę, ale, jak na ironię, nigdy nie mógł jej sobie przypomnieć.” bądź (co wygląda ładniej) “Kapłani mieli chyba na to jakąś nazwę, ale – jak na ironię – nigdy nie mógł jej sobie przypomnieć.” 

W zdaniu “Dokładniej, to Kerk zagadnął jego, Troik zasłużył już bowiem na swego rodzaju reputację w branży.” pierwszy przecinek jest zbędny, bo to nie jest ani wtrącenie, ani nie oddzielasz zdań/równoważników z “-ąc”/”-ać”

Zdanie “Głównie dlatego, że nadal żył, i to wcale nieźle” jak wyżej, tylko że zbędny jest drugi przecinek.

A tu “zbieracz nie znał żadnego innego, tak twardego metalu” kolejny zbędny przecinek.

 

Rozumiesz, do czego zmierzam?

 

 

 

Dzięki, wiem, że to podła robota, ale skoro już wspomniałeś… Po prostu na tym etapie jestem przekonany, że ew. brak przecinka wynika nie z mojego niechlujstwa, tylko z niepełnej wiedzy o niuansach.

Nie jestem może wyrocznią przecinkową, a wręcz daleko mi do niej, w ogólności jednak staram się podchodzić do nich zdroworozsądkowo. Wszystko co napisałem poniżej, należy więc opatrzyć klauzulą “o ile mi wiadomo, a mogę się mylić”. Każdy zresztą z podanych przykładów pamiętam z własnych rozważań.

W kwestii imiesłowów przymiotnikowych (”znikającym”) jestem lekko w lesie, podane reguły do mnie nie przemawiają, a większość kończy się stwierdzeniem – zależy co chciał podkreślić autor. Zasady nieprzecinkowe dotyczą raczej “był on śledziem marynowanym”, nie zaś “był on śledziem, marynowanym przez miesiąc”. 

Nie wiem, czy zawsze słusznie to interpretuję, jestem otwarty na dyskusję. Tu też się nie zgodzę, że gorzej się czyta ze względu na ten przecinek, bo wręcz lepiej, ale reguły nie zawsze w tej kwestii pomagają.

W zdaniu “Z tego samego względu, w okolicy nadal można było wyciągnąć sprzęt wart małą fortunę w czystym złocie.” może i formalnie przecinka nie musi być, ale spróbuj je przeczytać bez (ja tak robiłem w kółko, zanim podjąłem tę decyzję). Wielu zapomina, że przecinek MA pewną funkcję (oznacza przerwę oddechową), nie służy jedynie wkurzaniu piszących. Nie lubię sztywnego gonienia za regułą, więc ta konkretna wykładnia polskiego, nad wyraz rozbudowanego, “prawa przecinkowego”, całkiem mi pasuje.

Oldskulowy robot mógłby przykładowo powiedzieć “Wiem, że, tobie, jest, zimno.” i byłoby to podkreślenie sposobu w jaki mówi, poprawne, jak sądzę (niektórzy wybraliby może kropki, wielokropki zaś byłyby w tym wypadku mylące).

W zdaniu z “ale, jak” – hmm możesz mieć rację i taka była też moja intuicja, ale powiem, czym się kierowałem (ktoś to zweryfikuje?). W celu minimalizacji liczby przecinków można nie stawiać przecinka po spójniku, jeżeli po nim występuje wtrącenie (oczywiście przecinek wtrącenie zamyka). Teraz doczytałem, że zasada ta dotyczy tylko (czy tylko?) imiesłowowych równoważników zdania (i zwykłych zdań podrzędnych). Na pewno z czegoś ta ich ekskluzywność wynika, ale zęby mi zgrzytają. Myślniki w zdaniu generalnie lubię, choć czytałem gdzieś ich krytykę (jako dowód na nieumiejętność użycia przecinków) i gdzieś mi się ona po głowie wciąż plącze.

http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/nadmiar-przecinkow;8801.html

“Dokładniej, to Kerk zagadnął jego,” – a nie jest to domyślnie równoważnik zdania “mówiąc dokładniej”? Oddzielany przecinkiem?

“Głównie dlatego, że nadal żył, i to wcale nieźle” – moim zdaniem ostatni człon to dopowiedzenie, obstawiam konieczność wstawienia przecinka.

http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/przecinek-a-dopowiedzenie;15273.html

 

Z góry przepraszam, vyzart, jeśli Ty faktycznie jesteś przecinkową wyrocznią i ta dyskusja wywołuje u ciebie przewracanie oczami. Zawsze mogę/możemy się czegoś nauczyć :)

Ale w ogóle uważam, że te bardziej zaawansowane niuanse przecinkowe to już edytorska zabawka i normalni ludzie nie powinni się tym zajmować.

“zbieracz nie znał żadnego innego, tak twardego metalu”

 

tu pewnie też masz rację. na pewno to nie wtrącenie (bo bez tego zdanie traci sens)

chyba myślałem o nim, drugi przecinek mi nie przypasował i powstał potworek :)

 

edit: przecinek usunięty… tylko cholera tęsknię za nim, bo w głowię dalej robię przerwę oddechową…

“innego” i “tak twardego” nie są też równoważne

 

“– Kerk! Kurwa! – wrzasnął za towarzyszem, znikającym w buchającej gorącem szczelinie.“ – kto wrzasnął? Brakuje mi dookreślenia bohatera. Czytelnik od początku powinien chyba wiedzieć, o kim opowieść czyta, prawda?

 

“…zupełnie jak przed chwilą. Ogarniało go to dziwne, drażniące wrażenie, jakby dana chwila była…“ – powtórzenie

 

“…można było dobrze żyć, choć słyszał niedawno historię jednego ze zbieraczy, który wprowadził wycieczkę na minę wrzaskową. Kilka dni później grupa osiłków zabrała go w jakieś miejsce, z którego nigdy już nie wrócił. Cóż, gdyby Troikowi zależało na spokojnym życiu… (…) …To jest życie! – zwykł sobie powtarzać.” – j.w.

 

“trzeba było podążać za tym niskim, dziwnym buczeniem, właściwie bardziej odczuciu, niż dźwięku, które wywoływało gęsią skórkę i dziwne myśli w głowie.“ – Niegramatycznie. Skoro buczeniem, to odczuciem, a nie odczuciu. I dźwiękiem, który wywoływał.

 

“Pikniku nie znam”, jednak i dla mnie pointa, czyli efekt zapętlenia, pozostaje zakończeniem mocno niesatysfakcjonującym. To jeden z tak zwanych “tanich zabiegów”. Ponadto spora część tekstu wydaje mi się zwyczajnie nieciekawa. Całe to opisywanie czym jest plazma i jak wygląda uniwersum, które opisujesz… takich rzeczy nie wtyka się w opisy, tylko powinno się je wplatać stopniowo w fabułę, o ile szczegóły w ogóle są potrzebne. Tu istota np. właśnie plazmy tak naprawdę wydaje mi się nieznacząca, a poświęcasz jej sporo czasu.

Podsumowując: przeczytałam do końca, owszem, opowiadanie uważam za – mimo, że to SF : ) – nie najgorsze, jednak moim zdaniem spokojnie można by upchnąć te 20.000 znaków w 10.000, może 12.000 i też byłoby dobrze.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Brakuje mi dookreślenia bohatera. Czytelnik od początku powinien chyba wiedzieć, o kim opowieść czyta, prawda?

Przyjmuję jako cenną opinię, ale całkowicie, absolutnie się nie zgadzam.

zupełnie jak przed chwilą. Ogarniało go to dziwne, drażniące wrażenie, jakby dana chwila była…“ – powtórzenie

To prawda, zwróciłem już na to wcześniej uwagę, ale chyba wyleciało mi z głowy. Do poprawki, bo razi.

Drugie powtórzenie (ze słowem żyć i pochodnymi) hmm… mnie nie raziło, zwłaszcza że tam po drodze jest nowy akapit bodaj. Ale wystarczy prosta, pretensjonalna zmiana, żeby nigdy więcej! nikogo! nie raziło! :)

Skoro buczeniem, to odczuciem, a nie odczuciu

Bardzo racja. Dziękuję. Jakiś artefakt po zmianach na ostatnią chwilę.

Tu istota np. właśnie plazmy tak naprawdę wydaje mi się nieznacząca, a poświęcasz jej sporo czasu.

Kwestia gustu. To trochę jak ze słynnymi, ostatnimi 30 minutami Odysei. Jedni nie wyobrażają sobie bez nich filmu, inni na nich zasypiają (nic nie wnoszą!, mówią). Twoja opinia jest o tyle cenna, że różni się od pozostałych. Pomyślałbym jeszcze, że wszystkim pasuje takie malowanie świata ;)

Gdybym, cholera, wywalił wszystkie opisy i zakończył drętwą nieskończoną pętlą czasową – to by dopiero była nuda! Trzeba pozwolić czytelnikowi poczuć to zagrożenie, nie? Inaczej Troik by tylko lazł, bał się czegoś, ale Ty nie wiesz właściwie, o co mu chodzi. No, ale co kto woli. Poza tym tutaj chodziło też o odwrócenie uwagi i tzw. “łup w łeb“ i to nie z tego kąta, z którego się spodziewasz. Tylko to łup wyszło średnio, nikt go nie zauważył :)

O uniwersum nie ma praktycznie nic (tyle, że jest jakieś imperium i jacyś kapłani), przyjmuję, że tak Ci się napisało.

Dzięki za przeczytanie! Choć z tym klasyfikowaniem jako SF… Ja bym miał wątpliwości (dlatego podałem “fantasy”).

Przyzwoity tekst. W sumie zabawna gra słowa w tytule, sprawne, wciągające wykonanie. Pozostawienie różnych niezrealizowanych wątków – echa świata przedstawionego poza strefą i tak dalej – należałoby chyba uznać za wadę tekstu. Jak na debiut – nieźle.

I po co to było?

Dzięki za tróję z plusem, syf.ie :)

Z jednej strony, zwiedziwszy tu już to i owo, widzę, że nie wpasuję się łatwo w trendy współczesnej twórczości internetowej. Krótkie, notkowe formy odrzucają mnie pozornością głębi obrazu.

Z drugiej, masz rację. Nigdy chyba nie traktowałem tego opowiadania jak zamkniętą całość. Raczej jako przedsmak, zarys. Wylazło moje zamiłowanie do światotwórstwa i rzeczywiście, może to i wada tego tekstu.

Zależało mi przede wszystkim, żeby wciągnęło. Jeśli się udało, to i tak nieźle, jak na początek.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki, Anet :) Ależ robisz rajd po moim “portfolio”;)

Bo mi się spodobało u Ciebie ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Bardzo się cieszę :)

Ja też ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka